
Źródło: Pixabay
Marzena
– Dzień dobry. – Marzena nieśmiało przekracza próg kancelarii. Solidne meble i stonowane kolory mają dodawać powagi, ale ją przyprawiają raczej o mdłości. – Jestem umówiona z panem Chmielewskim. – Nie przywykła do używania tytułów, wszyscy jesteśmy ludźmi, niezależnie od zajmowanych stanowisk czy wykształcenia, każdemu należy się równy szacunek, przynajmniej z założenia. W jej oczach można stracić, ale raczej nie zyskać.
– Panna Traczewska? – Farbowana blondyna z nienaturalnie wielkimi, sprawiającymi wrażenie opuchniętych, ustami wstaje zza biurka.
– Taaak. – Pod czujnym spojrzeniem kobiety natychmiast opuszcza głowę. Wcale nie chciała się gapić!
– Proszę za mną. – Sekretarka kieruje się w głąb korytarza, zalotnie kręcąc biodrami. Uczą gdzieś tego? Chodu niczym z wybiegów? – Czy podać coś do picia?
– Nie, dziękuję. – Dziewczyna pragnie czym prędzej pozbyć się efektownej, sztucznej lali na niebotycznie wysokich obcasach, wprawia ją w zakłopotanie wulgarnym erotyzmem, cielesnością w pełni podporządkowaną męskim fantazjom.
– Przyszła panna Traczewska –rzuca teatralnym szeptem do swojego szefa, uchylając drzwi.
Mężczyzna podnosi się na widok klientki, leniwym, sprężystym krokiem okrąża biurko, w szerokim uśmiechu odsłania lśniąco białe zęby i wyciąga rękę. Nie dostrzegłszy jednak reakcji, wykonuje zamaszysty gest, żeby wskazać Marzenie miejsce. Niepokoi go nieco sztywny dystans zachowywany przez młodą dziewczynę, coś wydaje się bardzo nie na swoim miejscu.
– Zapraszam – mówi ciepłym, choć sztucznym tonem, pasującym bardziej do kelnera niż notariusza.
– Dziękuję. – Jak zawsze miła i uprzejma, siada na kanapie w rogu pokoju, bardzo uważnie przytrzymuje przy tym spódnicę, nie chcąc odsłonić choćby o milimetr za dużo. Najchętniej cała opatulałaby się dokładnie, ale praca wymaga zachowania pewnego kodu.
– Coś do picia?
– Nie, dziękuję. – Powtarzające się pytania są już nużące, odpowiada jednak spokojnie, skromnie opuszczając wzrok na własne dłonie spoczywające na kolanach.
– Na pewno? – Mężczyzna spogląda na nią podejrzliwie. Dziewczyna nie wygląda bynajmniej na rozpieszczonego, bogatego bachora; ubrana schludnie i ze smakiem, ale w rzeczy zbyt tanie, jak na swoje pochodzenie. Niewinną, dziewczęcą urodę podkreśliła subtelnym, niemal niedostrzegalnym makijażem, a na dodatek zachowuje się niczym wystraszona pensjonarka.
– Tak. – Zdaje się przynajmniej wiedzieć, czego chce.
– Dobrze… – Zamyślony zaczyna niepewnie. – Jak się pani czuje?
– Bywało lepiej. – Marzena zbija go z tropu swoją szczerością. Niby nieśmiała, a trafiająca celnie. Trzeba przyznać, że w zaistniałej sytuacji pytanie rzeczywiście było idiotyczne.
– Nie chciałbym zajmować zbyt wiele czasu… – Mecenas Chmielewski w jednej chwili postanawia przestać kluczyć. Z Traczewskimi nie należy bawić się w podchody, powinien wiedzieć.
– To nie czas jest problemem. – Marzena na ułamek sekundy podnosi wzrok na rozmówcę i jej szare oczy przeszywają go na wylot. Przepełnione spokojem i inteligencją zdają się wwiercać w duszę, chciało by się rzec: niebezpieczne.
– Mimo wszystko przejdę do rzeczy. – Mija chwila nim mężczyzna dochodzi do siebie. Nie bardzo wie, co też takiego ma w sobie ta młoda, niepozorna istotka, ale bez wątpienia jest silniejsza, niż przypuszczał na wstępie.
– Tak? – Jednym słowem stawia mu wyzwanie.
– Pani ojciec – przybiera wyuczony, urzędowy ton – pan Piotr Traczewski, od lat był moim klientem.
– Wiem. – Znów jednym słowem przywołuje go do porządku.
– Powierzył mi także kwestię swojego testamentu. – Tym razem rzeczywiście przechodzi do rzeczy. – Ale do tego musiałbym skontaktować się jeszcze z pani bratem.
– Przykro mi, raczej nie pomogę. – Marzena bynajmniej nie wykazuje najmniejszej choćby skruchy, wręcz przeciwnie, wyprostowana sylwetka kontrastuje ze słowami, dając wrażenie zadowolenia lub wręcz dumy, że może rzucać ważniakowi w drogim garniturze kłody pod nogi.
Tak, do Mikołaja dociera nagle, że jej chodzi o oznaki statusu, ona ich nie lubi. Kręci z powątpiewaniem głową, nie będzie łatwo.
– Nie ma pani kontaktu z bratem? – Ciągnie wątek, bo nie rozumie. Szymon Traczewski od dwóch dni nie odbiera telefonów, momentami dość natarczywych, ale przecież mógł zmienić numer albo wyjechać na egzotyczną wyprawę poza zasięg sieci komórkowych.
– Myślałam, że mam… jakiś… – Dziewczyna mruży oczy, jakby się nad czymś zastanawiała.
– Nie rozumiem…
– Zniknął – Marzena wyjaśnia. – Policja go szuka, chcieli przesłuchać go po śmierci ojca.
– I nie udało się? – Chmielewski jest autentycznie zdumiony.
– Nie.
– Dziwne. – Mężczyzna drapie się po brodzie, w jego przypadku to typowy objaw zadumania. Zamyka się wtedy na bodźce, próbując, często bezskutecznie, przemielić problem. Nie słucha rozmówców, nie dostrzega zmian w otoczeniu, za to czuje jak ze znacznym oporem kręcą się koła zębate w głowie, czysto wirtualne, ale jednak.
– Skoro pan tak mówi… – Ona zdaje się zauważać nieobecność Mikołaja, może wręcz czytać w myślach, bo przenikliwość jej spojrzenia jest przerażająca, wystraszyłby się, gdyby ją odnotował.
– W takim razie chyba poczekamy, aż coś się wyjaśni… – mówi mężczyzna po dłuższej chwili, z wyraźnym wahaniem w głosie. Dałoby się przekonać go do alternatywnych rozwiązań, ale jej się nie spieszy.
– Jak pan uważa – odpowiada po prostu, całkowicie obojętna.
– Proszę pani – mecenas unosi nieco głos, żeby przykuć uwagę dziewczyny lub może wręcz ją zdyscyplinować. Ostatecznie powinni wspólnie o czymś zadecydować. – Pan Traczewski spisał testament, zgodnie z którym dziedziczy pani cały majątek. Oczywiście pani brat może sądownie domagać się zachowku…
– Nie chcę żadnego spadku – wchodzi mu w słowo, wyjątkowo zdecydowana. Wagę słów podkreśla zmarszczone czoło i groźne spojrzenie, tym razem naprawdę niebezpieczne i przydające Marzenie lat.
– Nie rozumiem… – Mikołaj traci rezon. – Pani rodzinny dom, kilka innych nieruchomości, firma, akcje, obligacje… – wyjaśnia niepewnie. – To znaczny majątek… można wszystko spieniężyć…
– Nie chcę ani grosza! – kobieta unosi głos. – Nic!
– Mało rozsądne postawienie sprawy. – Mimo wszystko pozwala sobie na uwagę. Zdziwiony i zaintrygowany, bo jeszcze nigdy w całej, długiej karierze zawodowej nie zdarzył mu się podobny przypadek. Zwykle spadkobiercy biją się o każdy grosz, próbując wywalczyć dla siebie jak najwięcej i dopytując o sprytne optymalizacje podatkowe, żeby nie dać państwu na sobie zarobić.
– Możliwe. – Ku jego jeszcze większemu zaskoczeniu dziewczyna przyznaje mu rację, odzyskując przy tym swoją wcześniejszą łagodność.
– Ten majątek… – niemal się jąka. – Mogłaby pani… zapewnić… córce… dostatnie życie.
– Córce, jej wnukom i ich prawnukom – Traczewska precyzuje z całkowitą obojętnością. – Ale wie pan, panie Chmielewski, prawda jest taka, że dzieci potrzebują miłości i troski, wolą, żeby rodzice poświęcali im czas, niż kupowali nowe zabawki. – Bierze głęboki wdech, jakby zbierając siły przed trudnym wyznaniem. – Pozwoli pan, że wychowam Zuzię po swojemu i dam, co potrafię dać. Tych pieniędzy nie potrafię… – Kończąc zdanie, zrywa utrzymywany wcześniej kontakt wzrokowy i opuszcza głowę.
– W zasadzie nie musi pani – Chmielewski zaczyna niepewnie. – Jeśli odrzuci pani spadek, dziewczynka będzie dziedziczyć z pani bratem, o ile oczywiście nie ma innych spadkobierców – tłumaczy cierpliwie, coraz bardziej zszokowanej rozmówczyni. Marzena rozchyla lekko usta i mruga nerwowo, zaczyna drżeć jej prawa powieka. Wpatruje się w prawnika bez zrozumienia. O tym nie pomyślała…
– Nic mi nie wiadomo, żeby byli – waha się, bo w sumie nic nie jest wykluczone. – Ale nie chciałabym…
– Proszę się z tym przespać – Mikołaj odzyskuje rezon, nadal wyraźnie zatroskany, ale już znacznie spokojniejszy. Nie jego sprawa, czy dziewczyna przyjmie spadek. Zostaje zawsze syn. I wnuczka. Wszyscy czasem potrzebują odrobiny dystansu, jeśli to nie pomoże pannie Traczewskiej, zapewne pomoże jemu. Przemyśli sprawę, ułoży alternatywne plany działania, przygotuje psychicznie na dziwactwa bogaczy. – Proszę poważnie się zastanowić. Sądzę, że rezygnując ze spadku, popełni pani wielki błąd. Przecież zawsze można oddać pieniądze na zbożny cel – zachęca, bo jednak najprościej byłoby zrobić wszystko zgodnie z wolą nieboszczyka. Miałby czyste sumienie, współpracowali przecież wiele lat i doskonale wie, że klientowi bardzo zależało na córce.
– Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego! – Marzena gwałtownie unosi głos, jednocześnie wstając. Wzburzona, lekko poczerwieniała na twarzy, znów przez ułamek sekundy wydaje się groźna. Chmielewski próbuje wyobrazić sobie, o co mogli pokłócić się z ojcem, że nawet po jego śmierci chowa urazę. Nic nie przychodzi mu do głowy. Traczewski, choć mało kto nazwałby go miłym czy porządnym, zawsze uważany był za przykładnego męża i ojca, wzorową głowę rodziny, gotową zrobić wszystko, aby zapewnić bliskim bezpieczeństwo. Takim ludziom nie wchodzi się w drogę.
– Przecież ojciec zapewne gromadził je, żeby zapewnić pani stabilizację – próbuje jeszcze raz, choć wie, że nie dotrze do młodej osóbki. Właśnie takie, na progu dorosłości, bywają najbardziej uparte, przedkładają zasady nad zdrowy rozsądek, próbując nadal coś zmienić. Jemu się odechciało, już jakiś czas temu.
– Nie obchodzi mnie to! – Szara myszka, w tajemniczy sposób przeistoczona w uosobienie furii, raźnym krokiem dosięga drzwi i nerwowo ciągnie za klamkę.
– Pani Marzenko… – jeszcze próbuje za nią wołać, ale nie robi sobie wielkich nadziei, nie pobiegnie za gówniarą, nie ma mowy! A jednak zrywa się z miejsca, odruchowo, i robi kilka kroków. Wytraca impet w połowie gabinetu, nieco zmieszany nieprzystającym do jego godności nieokrzesaniem. Zawsze z trudem przychodziło mu zachowanie dostojnej postawy, bywał zbyt energiczny, za bardzo się spieszył i niepotrzebnie wyrywał do przodu, a przecież trzeba powoli, z rozmysłem i uwagą.
Zwalnia, zatrzymuje się, waha, w którą stronę podążyć, robi dwa duże kroki i zerka na korytarz. Panny Traczewskiej już nie ma. Zamyka drzwi, wraca za biurko. Wieczorem będzie jeszcze więcej rozmyślać o tej dziwnej rodzinie i pieniądzach, z którymi doskonale wiedziałby, co zrobić. Coś pożytecznego oczywiście.
Marzena natomiast wręcz wybiegła z budynku, napędzana mętlikiem w głowie. Powinna czym prędzej wrócić do Zuzki i zwolnić opiekującą się nią koleżankę, ale jakoś nie potrafi, nogi same niosą ją przed siebie, zupełnie bez celu. Na świeżym powietrzu lepiej się myśli. Chodząc.
Niby zawsze wiedziała, że kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, odziedziczą z bratem imperium ojca, o ile oczywiście ten nie zapisze go jakiejś dziwce albo nie przepije, ale nigdy nie sądziła, że to nastąpi równie szybko. Już. Teraz. Powinno za dwadzieścia, trzydzieści lat, kiedy mała będzie dorosła i na tyle świadoma, żeby samodzielnie podjąć decyzję, czy chce czegoś od dziadka. Brudnych pieniędzy brudnego sukinsyna, próbującego wyprać sobie nimi sumienie, kupić miłość i szacunek, a może nawet przebaczenie. Nie wszystko ma jednak cenę, nie tę wyrażoną w pieniądzach czy złocie.
Tylko czemu postanowił odebrać Szymonowi należną część? Czy ich stosunki były aż tak napięte? Bardziej niż z nią? Raczej niemożliwe… Nigdy nie żywili do siebie zbyt ciepłych uczuć, ale bez przesady, syn to syn, dziedzic, kontynuator rodu, nawet jeśli nieroztropny i humorzasty. Nie odziedziczył po ojcu siły charakteru, najwyżej skłonność do uzależnień i zamiłowanie do pań negocjowalnego afektu – choć w sumie ciekawe, że tatuś wolał nieprzyzwoicie młode, a synalek podstarzałe. Chyba. Podobno.
Nie weźmie tych pieniędzy. Nigdy. Nie jest w stanie. Nie potrafiłaby z tym żyć. Nawet mogąc zrezygnować z pracy i całkiem poświęcić się córeczce, jedynemu świetlistemu promyczkowi na tym ponurym świecie. Nie, po prostu nie. Nie udźwignęłaby takiego ciężaru. Brat pewnie będzie jej wdzięczny, najpierw spłaci długi, a później zaciągnie kolejne, jeszcze większe, straci firmę i dom… lub może opamięta się i stanie na nogi. Oby. Ustatkuje. Jakaś miła dziewczyna zapewne mogłaby go zmienić. Tylko co, jeśli się nie uda? Zmarnuje sobie życie? Chyba żadnej nie potrafiłaby tego życzyć. Żadnej…
Unosi nagle głowę, nie poznaje ciasnych, szarych uliczek, sprawiających nieprzyjazne wrażenie. Przechodzi ją nieprzyjemny dreszcz. Zawsze uważała na siebie, unikała niebezpieczeństw. Szczególnie po tamtym, choć przecież wydarzyłoby się bez względu na wszystko. Musiało. Teraz lepiej to rozumie, co nie znaczy, że potrafi wybaczyć.
Ból, obrzydzenie, wstyd, poniżenie, smutek, rozczarowanie – zaznała wtedy wielu negatywnych emocji, rozkładającej na łopatki mieszanki, która o mało nie pozbawiła jej woli życia. Tak naprawdę ocaliła ją Zuzia, zakochała się w małej od pierwszego wejrzenia.
Hodując ją w sobie, czuła się przerażona, coś obcego i tajemniczego rosło wewnątrz ciała, pęczniało, powoli odbierając miejsce jej samej, wciskając się w kręgosłup, napierając na pęcherz, wyżerając od środka. Bała się, bała się, że ta mała istotka w końcu pochłonie ją całą, obejmie, niejako redefiniując relację tak, że to ona stanie się dzieckiem, płodem w ciele matki, dojrzewającym jeszcze i tworzącym się na nowo. Dużo wtedy spała, a sny mieszające się z jawą, podsycały lęki. Wszystko zmieniło się w trakcie porodu, doznała czegoś mistycznego, jakby od środka aż po naskórek rozlała się ogromna, świetlista energia, naładowując wyczerpane akumulatory.
Nikt jej nie popędzał, niczego nie przyspieszał ani nie nacinał, miała świetną opiekę, w prywatnej klinice, czuła się bezpiecznie z lekarką i położną. Ojciec zadbał, żeby w pobliżu nie było żadnych mężczyzn. Nie wpuszczono też na salę nikogo z rodziny. Liczyła się tylko ona i dziecko. Pozwolono jej znaleźć własny rytm i pozycję. Ostatecznie rodziła w wodzie.
Otworzyła się, dosłownie się otworzyła, niemal bez bólu. Czuła jak Zuzka wysuwa się łagodnie, rozpychając miękki tunel, stworzony przecież właśnie po to, by mogła przyjść na świat. Przepełniała ją siła narastająca z każdym skurczem, szczęście, wręcz euforia. Kiedy wyszła główka, nastąpił moment kulminacyjny, coś niewyobrażalnego. Doznania fizyczne i emocjonalne zlały się w jedno, nastąpiła jasność, jej prywatne oświecenie. To ona się narodziła, do nowej roli i nowego życia. Od tej chwili miała już cel. Sens. Wszystko stało się prostsze.
Po przesileniu nastąpiła błogość, słodka i rozleniwiająca. Wiedziała, że córeczka jest zdrowa, nie potrzebowała do tego lekarzy ani żadnych skal, wystarczył głośny, radosny krzyk, wcale nie płacz… Nigdy nie zapomni chwili, gdy chwyciła małą w ramiona. Miłość od pierwszego wejrzenia. Nagła i zaskakująca. Istniejąca w nadmiarze rozrywającym serce.
Później wiele słyszała o cierpieniach porodowych, jej tego oszczędzono, najgorszy był połóg. Mimo całej tej mistyki, organizm się buntował, krocze piekło, utrudniając chodzenie i sprawiając, że oddawanie moczu stało się torturą, wyciekała z niej krew, ale inna niż podczas okresu, więcej. Po kilku daniach również sutki stały się zaczerwienione i opuchnięte, jednak nawet gdyby zdecydowała się na karmienie z butelki, musiałaby odsysać pokarm, a to również nie było przyjemne. Przyzwyczaiła się w końcu. Więcej, polubiła moment, gdy mała zaciskała swoje zachłanne usteczka.
Niestety, mimo słońca, które macierzyństwo wniosło w jej życie, chmury wciąż wracały. Nadal wracają. Czasem w zaskakujących momentach, jak teraz na widok brudnych okien i wiszących w nich pożółkłych firanek, roślinki usychającej na parapecie, ponurego tynku w nieokreślonym, szaroburym kolorze osypującego się ze ścian starych kamienic oraz przepełnionych śmietników. Na tamtym podwórku też stał duży kontener obstawiony workami niemieszczącymi się w środku. Po mokrym od deszczu chodniku turlała się pusta butelka, a obok prostych drzwi obitych blachą piętrzyły się stosy niedopałków i łupinek prażonych pestek słonecznika. Pamięta doskonale. Brud i zapach moczu.
Żaden nie wyglądał groźnie, obaj doskonale zwyczajni, młodzi, szczupli i lekko podpici, bez wątpienia działali świadomie i z rozmysłem. Przed jednym zapewne zdołałaby się obronić. Miałaby szanse. Chyba…
Krzyczała, drapała, próbowała się wyrwać. Nikt nie pomógł. Za to zakrwawione płaty skóry pod paznokciami dostarczyły niezbitych dowodów. Niby tylko kilka siniaków, drobne zadrapania, a jednak została jakaś zadra, niegojąca się rana. Zresztą, może potrzeba jedynie więcej czasu. Nie chciałaby Zuzce wpoić strachu, który sama teraz czuje. Brzdęk szkła przyprawia ją o ciarki, dudnienie grubej blachy sprawia, że zamiera. Mruga. Świat rozmywa się przez wzbierające łzy. Nie wie czemu płacze. Za dużo, za dużo wszystkiego…
Gdyby tylko mogła odciąć się od swojego nazwiska, uciec przed przepychem i próżnością całego tego zadzierającego nosa środowiska, żyć prosto i spokojnie, może nawet na cichej prowincji, wśród bujnej zieleni i śpiewu ptaków, na polskiej, sielskiej wsi, gdzie obie odzyskałyby spokój. Pracowałaby w sklepie albo piekarni, zarabiała dość na skromne życie, bez brudnych pieniędzy ojca, na myśl o których zaczyna ją mdlić. Przecież jest zwykłą dziewczyną jakich wiele, nieprzykuwającą niczyjej uwagi i nieproszącą się o kłopoty. Mała nie miałaby drogich zabawek, ale za to matkę z uśmiechem na twarzy, ciepło, miłość, szczęśliwe dzieciństwo. Ich firanki zawsze lśniłyby nieskazitelną bielą w czystych oknach, podłoga byłaby pozamiatana, a sprzęty zadbane, choć stare, zużyte i zupełnie niewyszukane. Starałaby się nic nie marnować, naprawiać co zepsute, robić sweterki na drutach i szyć ubranka dla lalek. Stałaby się inną osobą. Lepszą. Silniejszą.
– Dobrze się pani czuje? – Do rzeczywistości sprowadza Marzenę obcy, zachrypnięty głos. Mruga. Nie od razu dostrzega siedzącego na murku starszego, przygarbionego mężczyznę z puszką piwa w ręku. – Dobrze się pani czuje? – powtarza tamten, być może zastanawiając się, czy nie ma przypadkiem do czynienia z wariatką.
– Tak – dziewczyna odpowiada niepewnie, dalej nieobecna. Rozgląda się. Wszystko wydaje się dziwnie zamglone i odległe, jakby przestrzeń rozmyła się i rozjechała, pozostawiając wokół szarą pustkę z rozrzedzonym powietrzem, zbyt ubogim, by nasycić płuca. Obraca się. Robi niewielkie kółko. Drugie. Nie poznaje miejsca i nie bardzo wie jak się w nim znalazła. Ojciec – przypomina sobie nagle – i jego prawnik… znów ją osacza, próbuje zamknąć w kolejnej pozłacanej klatce, przejąć kontrolę…
Potrząsa głową. Nie da się. Nie może. Musi bronić Zuzki. Uciec. Uwolnić się. Dostrzega sklep na rogu ulicy, już wie gdzie jest i jak wrócić. Podbiega do witryny. Tak! Nie pomyliła się! Uśmiech rozjaśnia zmęczoną twarz. Ledwie krok, ale w dobrą stronę. Zwalnia, przybiera swoją typową, nieśmiałą, spokojną pozę. Nie lubi rzucać się w oczy, wybiera stonowane kolory i proste kroje, mówi cicho, nie odzywa się niepytana, zawsze uprzejma, ale chłodna, rzadko nawiązuje nowe relacje. Zdecydowanie woli towarzystwo kobiet, w nim czuje się bezpieczniej.
Po kilku głębszych wdechach i opanowaniu paniki, w końcu może zebrać myśli. Oczywiście, że nie chce domu ani pieniędzy. Musi być jakiś sposób. Trzeba sprawdzić. Dowiedzieć się. Siądzie nad tym wieczorem, gdy mała pójdzie spać. Problemy są w końcu po to, żeby je rozwiązywać.
Przejdź do kolejnej części – Nigdy więcej! VIII
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Megas Alexandros
2026-09-29 at 16:03
Zaiste, Aniu,
tak jak zauważyłaś w komentarzu pod poprzednią częścią, bohaterowie nadający tytuły rozdziałom zaczynają się powtarzać. To bardzo dobrze, bo o mały włos, i byłoby ich zbyt wielu by się w tym wszystkim zorientować. Cieszę się ,że mieliśmy okazję wrócić do Marzeny, towarzyszyć jej zarówno w najszczęśliwszych, jak i najbardziej tragicznych chwilach życia. Wydaje się sympatyczną, choć mocno poobijaną przez życie dziewczyną. Ciekawe, czy starczy jej sił, by wybić się na główną bohaterkę tej historii. W każdym razie – zamierzam jej kibicować!
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-09-30 at 09:31
Witam Aleksandrze,
o ile dla mnie to Marzena była punktem wyjścia do tej opowieści, obawiam się, że trudno w niej wskazać głównego bohatera. Jeśli ktoś miałby nim być to prawdopodobnie jej ojciec, którego nie zobaczymy ani nie usłyszymy we wysłanej osobie.
Uśmiechy
A.
Megas Alexandros
2026-10-02 at 13:28
Uczynienie głównym bohaterem i centralną osobą dramatu – nieboszczyka, który w dodatku odchodzi przed rozpoczęciem akcji utworu – to pomysł, który bardzo mi się podoba, choć nie jestem pewien, czy potrafiłbym skopiować 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-10-02 at 13:38
Też nie wiem czy starczyło mi talentu i pomysłowości, żeby wystarczająco dobrze to zrealizować 😉
Uśmiechy
A.
Emilia
2026-09-30 at 09:45
Wydaje mi się, że gdyby połączyć część VI i VII razem, całość miałaby większy dramatyzm i byłaby bardziej sycąca dla czytelników. Przecież notariusz z VI występuje i tutaj, w odcinku w całości poświęcionym Marzenie. Aż się o to prosiło 🙂
Tym niemniej część VII podobała mi się, tak jak i jej bohaterka.
Ania
2026-09-30 at 09:59
Możliwe, ale po prostu nie chciałam psuć ciepła samej sceny małżeńskiej…