Ślub hrabianki Izabeli (giovanni)  4.28/5 (6)

11 min. czytania

Firs Zhuravlev, „Przed weselem”

Od urodzenia należałem do świata lokajów, pokojówek i kucharek. Moi rodzice chcieli zapewnić mi inną przyszłość ale cóż! Niewiele mogli zrobić.

Wychowałem się w zamku hrabiego Karśnickiego. Widziałem tam codziennie ten inny świat: eleganckich strojów, wytwornych manier, błękitnej krwi. Niewiele miałem jednak w sobie zazdrości: ten porządek rzeczy wydawał mi się zupełnie naturalnym. „Tak jak słońce jest na niebie, a trawa na ziemi; tak jesteśmy służącymi a oni panami.” – mówiła czasem moja matka. Ja myślałem tak samo.

 

To uczucie, które przesądziło o moim życiu i wypełniło je, nie narodziło się jednego dnia. Wzrastało: jak kwiat zasiany w ogrodzie, podlewany, pielęgnowany troskliwie, rozwija wreszcie swoje płatki, tak moja miłość do hrabianki Izabeli Karśnickiej zaczęła się już w dzieciństwie. Różnica urodzenia była od początku ogromną przepaścią między nami. Nigdy nie pozwolono nam ani bawić się razem, ani rozmawiać, jednak mimo to narodziła się we mnie niezwykła fascynacja tym zakazanym aniołem. Patrzyłem na nią nie jak na jedną z moich rówieśniczek, lecz raczej uosobienie wszelkich ideałów.

Któregoś dnia Isabelle uciekła spod czujnego oka swojej niani. Przyszła do mnie, gdyż widziała, że jestem wolny jak ptak, nikt nie pilnuje każdego mojego kroku. Choć byłem wtedy jeszcze malcem, zabrałem ją w góry na ścieżki, które znałem tak dobrze. Chroniłem ją jak wierny pies, nasłuchując każdej prośby, najdrobniejszego rozkazu. Nie słyszałem jednak ich wiele: traktowała mnie jak równego sobie. Mimo młodego wieku pilnowałem uważnie, aby moja pani nie spadła w którąś z rozpadlin. Podbiegała do nich co chwilę, aby zrywać górskie kwiaty: zawilce, sasanki, goryczki, szarotki. Za każdym razem uśmiechała się do mnie i pytała o ich nazwy. Najbardziej podobały jej się bielutkie sasanki. Uwiła sobie z nich wianek, resztę kwiatów niosłem w bukiecie.

Wreszcie doszliśmy, do miejsca, które pragnąłem jej pokazać. Był to płaski wierzchołek wysokiej góry, otoczony groźnymi przepaściami. Poprosiłem, żeby podeszła tam razem ze mną.

 – To moje miejsce w tych górach – wyznałem. – Zawsze kiedy jestem bardzo zły, albo smutny uciekam z zamku, przychodzę tu i patrzę na inne szczyty. Są dla mnie jak bracia, dzielę się z nimi każdą moją myślą.

 – Czy może to być od teraz nasze wspólne miejsce? – zapytała nieśmiało.

Zgodziłem się. Choć nigdy nie udało mi się już tam z nią wyrwać, to jednak zawsze będąc w owym miejscu myślałem tylko o niej. Może zostawiła tam jakąś swoją cząstkę? Cząstkę swojej duszy?

Tamtego dnia, w tym magicznym miejscu, Isabelle chwyciła mnie za rękę. Tego też już nigdy nie zapomniałem.

Od tamtego momentu moja miłość do niej zakwitła i stałem się raczej niewolnikiem niż panem swego serca. Złapano nas o zmroku, po poszukiwaniach przez całą służbę. Nigdy w życiu nie spotkała mnie już sroższa kara niż wtedy. Ale nigdy też nie żałowałem tamtych kilku chwil z hrabianką.

Czas płynął, nasze ciała się zmieniały. Pojawiły się we mnie pragnienia, które wydały mi się niegodne mojej pani. Czułem, że robię coś złego, kiedy mój wzrok zatrzymał się tam, gdzie dekolt odsłaniał kawałek jej delikatnej, śnieżnobiałej piersi. Wypierałem to rozpaczliwym wysiłkiem z mojej świadomości, zastępując nowymi najgłębszymi dowodami poświęcenia i oddania. Któregoś dnia, kiedy kareta przyjechała z miasta, Isabelle wysiadła, trzymając w rękach śliczną figurkę.  Widziałem jaką radość sprawiał jej ten – rzekłoby się – drobiazg. Zacząłem więc rzeźbić dla niej z kawałków drewna porzuconych przy pałacowym magazynie. Początkowo szło mi dość opornie. Ze złością ciskałem niekształtne bryły w nurt rzeki. Ale z czasem koniki, żołnierze, bażanty zaczęły wychodzić mi coraz lepiej.

Pokonując strach zakradłem się któregoś razu pod jej otwarte okno i położyłem pierwszą udaną figurkę na jej biurku. Schowałem się później za krzakiem bukszpanu czekając z bijącym sercem na reakcję uwielbianej dziewczyny. Otworzyła drzwi, piękniejsza niż góry wśród porannych mgieł. Jej włosy, jasne jak pszenica rozświetlona słońcem oślepiły, mnie niemal swoim blaskiem. Piękno jej twarzy nieporównywalne do niczego innego wypełniło moje serce zachwytem. Isabelle podeszła do okna i zaskoczona wzięła do ręki figurkę. Na jej twarzy rozkwitł najpiękniejszy z uśmiechów świata. Skierowała spojrzenie ku ogrodowi. Wzruszenie odebrało mi resztkę rozsądku. Zamiast schować się lepiej stałem wpatrzony w nią jak w boginię, więc nic dziwnego, że mnie zobaczyła.

 – Dziękuję.  – powiedziała tylko. Poczułem, że te słowa, choć tak zwyczajne, napełniły mnie szczęściem. Wyszedłem więc zza osłony i stałem po prostu rozpromieniony naprzeciwko dziewczyny, którą tak kochałem. Ona zaś chwyciła małe nożyczki i obcięła malutki pukiel swoich włosów.

 – Weź to. – poprosiła. – Czytałam, że dawno temu damy dawały taki pukiel swoim rycerzom, a oni nosili go całe życie przy sercu jako największy skarb.

 – Dziękuję, pani. Będę ci służył z całego serca i pójdę dla ciebie choćby na pewną śmierć – odpowiedziałem głosem drżącym z niepohamowanego wzruszenia, biorąc z jej rąk to, co miało być odtąd najcenniejszym przedmiotem jaki posiadałem.  Nie znalazłem więcej słów. Ona, biorąc to za nieśmiałość roześmiała się serdecznie i podała mi rękę do pocałowania. Ukląkłem więc na kolano, tak jak czynili to rycerze i ślubowałem jeszcze raz bronić jej choćby z narażeniem życia. Ktoś mógłby pomyśleć, że to były dziecięce zabawy. Ale ja przysięgałem naprawdę i dotrzymałem tej przysięgi.

 

Wszystko zmieniło się wkrótce po siedemnastych urodzinach Isabelle. Hrabia popadł w długi, wyprzedał część posiadłości, lecz wciąż wisiała nad nim straszliwa groźba bankructwa. Jedyną nadzieją był bankier Marczyński z Krakowa. Wdowiec, posiadający ogromną fortunę, zgodził się spłacić długi hrabiego w zamian za rękę jego córki. Ten iście handlowy kontrakt został przypieczętowany podczas uroczystej kolacji w zamku hrabiego. Uciekłem wtedy do ogrodu, by zostać sam na sam ze swoim zranionym sercem. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie w pełni, jak niemożliwa do spełnienia jest moja miłość do hrabianki. Po raz pierwszy poznałem ból śmiertelnej zazdrości.

 

Ślub odbył się w katedrze, jak dowiedziałem się z opowiadań, w bardzo przygnębiającej atmosferze. Rodzina hrabiego była zbulwersowana wydaniem szlachetnie urodzonej córki za plebejusza. Później rozpoczęło się wesele, opłacone hojnie przez Marczyńskiego. Pod wpływem napitków i jadła twarze biesiadników rozpogodziły się. Jedynie Isabelle wyglądała niczym duch człowieka, blada, z przestrachem patrzyła na Marczyńskiego, który choć potężny i silny jak tur, wzbudzał w niej raczej odrazę niż przychylność.

 

Przygotowywana z takim zapałem przez służbę sypialnia dla państwa młodych, udekorowana białymi różami i aksamitami prosto z Paryża została wreszcie pusta. Prześlizgnąłem się tam niezauważony, raczej z gorzkiej rozpaczy, niż z ciekawości. Moja czysta miłość do Isabelle krwawiła, gdy patrzyłem na te wszystkie poduszki na których miała zostać zbezczeszczona moja dama serca. Ścisnąłem mocniej trzymany przy sercu pukiel włosów.

Nagle usłyszałem kroki. Nie było już czasu na ucieczkę. Zdążyłem się schować wąskiej szczelinie między dwiema szafami, która przysłonięta jeszcze ślubnymi dekoracjami zdawała się być całkiem niewidoczna z zewnątrz. Do sypialni weszli państwo młodzi. Wzrok zamglił mi się łzami, kiedy wargi bankiera łapczywie wpiły się w usteczka Isabelle. Opierała się szarpiąc go za koszulę. Wtedy rzucił ją brutalnie na łóżko. Aby popisać się swoją siłą i fantazją, zdarł z niej niezwykle drogą suknię ślubną z Paryża, rozrywając przy tym szwy. Ukazał się widok, którego ja nie ośmieliłbym się wyobrazić sobie w najśmielszych fantazjach. Choć było to ciało bogini, najpiękniejsze dzieło stworzone przez Boga, to nie mogłem znieść myśli, że ktoś właśnie je profanuje. Ze wściekłości zalała mnie krew. Rozum mówił, że Isabelle zgodziła się wyjść za bankiera dla dobra ojca i ze nie wolno mi protestować. Ale serce głośno krzyczało co innego, co innego przysięgałem na ten pukiel włosów tkwiący właśnie w zaciśniętej kurczowo ręce. Tymczasem Marczyński rozebrał się już zupełnie i wszedł z impetem między rozchylone uda kobiety, którą kochałem. Jego ogromna męskość miarowo zanurzała się w jej pochwie, ociekając krwią z przerwanej błony. Isabelle krzyczała, ale nie z rozkoszy, lecz z bólu. Tymczasem ja byłem na skraju obłędu. Cierpienie, jakiemu poddane było moje serce zwielokratniała jeszcze świadomość, że moje własne dołączyło się niejako do tej bezwstydnej profanacji, wykazując podniecenie. Nie mogłem sobie tego wybaczyć. Czułem się przez nie zdradzony. Bankier zagłębiał się coraz częściej w swoją żonę, aż wreszcie doszedł. Nasienia było tak dużo, że wyciekało, mocząc prześcieradło. Przerwa nie trwała długo. Marczyński włożył miękkiego jeszcze fallusa do jej ust, a gdy ten pod wpływem przyjemnych doznań wyprężył się, wepchnął go aż do gardła. Nie mogłem patrzeć na twarz Isabelle. Mojej upokorzonej damy serca. Po jej policzkach spływały łzy, kiedy penetrował te niewinne usta. Cały czas walczyłem z sobą, by opanować podniecenie i zamiast niego zacząłem odczuwać gniew, rosnącą furię na bankiera. Wyszedłem z kryjówki, ale wciąż nic nie dostrzegł, ponieważ był do mnie zwrócony plecami. Chwyciłem ciężki, złocony kandelabr stojący na szafce i stanąłem za panem młodym. Zamachnąłem się trzymanym przedmiotem i z impetem rozbiłem nim głowę Marczyńskiego

 

 – Co zrobiłeś? – spytała Isabelle, tłumiąc narastający płacz. Nie mogłem wytrzymać spojrzenia tych ukochanych oczu.

 – Przysiągłem kiedyś – odpowiedziałem cicho. – Zawsze cię chronić, pani. On był złym człowiekiem.

 – Kocham cię… I nie mów do mnie „pani”. – wyszeptała cicho. Otuliłem ja ciepłą pierzyną i wziąłem w ramiona.

 – Będę musiał zapłacić za to co zrobiłem. – oznajmiłem najdzielniejszym głosem, na jaki zdołałem się zdobyć. – Jeśli będę musiał umrzeć, uczynię to dla ciebie.

 – Dziękuję. Ale nie możesz umrzeć. Chcę być z tobą.

Wziąłem ją na ręce – jak papierową laleczkę. Zaniosłem do łazienki. W porcelanowej wannie obmyłem z nasienia i krwi, troskliwie jak niemowlaka. Kiedy dotykałem w najbardziej intymnych miejscach, nie protestowała. W jej oczach wciąż lśniły łzy.

 – Kocham cię – wyznała raz jeszcze. – Pocałuj mnie.

To był najdelikatniejszy z pocałunków. Moje wargi ledwie dotknęły jej ust. Wziąłem ją znów na ręce. Przeniosłem do sypialni. Położyłem na łóżku. Obsypałem pocałunkami jej szyję, a potem zszedłem niżej. Masowałem językiem jej piersi muskając naprężone sutki.

– Bądź delikatny. – poprosiła – Nie spraw mi bólu.

Sunąłem językiem w dół jej brzucha, aż w końcu znalazłem się między ślicznymi, różowymi wargami, bramami do kobiecego łona. Isabelle westchnęła, kiedy zacząłem je delikatnie pieścić. Wkładałem cały kunszt aby wynagrodzić ból, jaki sprawił jej wcześniej Marczyński.

– Ta noc… – mówiła urywanym głosem. – musi… starczyć nam… za całe życie razem. Nie pozwolono nam się połączyć… I nigdy nam już na to nie pozwolą… Niech więc ta noc nigdy się nie kończy…

Zrzuciłem z siebie bieliznę i powoli zanurzyłem wyprężonego członka w jej kobiecości. wargami poszukałem jej ust. Nasze ciała złączyły się w namiętnym, gorącym tańcu. Znów krzyczała. Ale tym razem nie z bólu, lecz z rozkoszy. Wchodziłem w nią coraz szybciej, wspierając się na rękach. Byliśmy przez chwilę jak małżeństwo, wśród ślubnych białych róż, połączeni najbardziej, jak tylko mężczyzna może się złączyć z kobietą. Kochałem ją i przez chwilę tylko to się liczyło. Kiedy jednak wyczerpany opadłem na łoże obok Isabelle, do mojej świadomości znowu dotarł upiorny czyn, jakiego dokonałem i tymczasowość naszego szczęścia.

– Nie bądź taki smutny. – szepnęła mi do ucha i zaraz później całując w policzek. – Cieszmy się chwilami, które mamy tej nocy. Rano wszystko pryśnie, jak sen, jak bajka. Ale teraz wierzmy, że jest ona prawdą. Wyobraź sobie, że jesteś księciem z królewskiego rodu, a ja twoją wybranką z sąsiedniego królestwa. Kochamy się, a nasza miłość cieszy wszystkich. Jesteśmy teraz w królewskiej sypialni, a czeka nas bajkowe życie bez trosk. Czy nie przyjemniej spędzić tę noc którą mamy, wierząc, że tak właśnie jest? Jak mówił któryś filozof: szczęście jest ukryte tylko w przelotnych chwilach. Nasze szczęście wypadło owej nocy. I tak możemy się cieszyć, bo niektórzy nie zaznają go nigdy.

– Nie muszę sobie wyobrażać, że jesteś księżniczką. – odpowiedziałem smutnym głosem. – Dla mnie zawsze nią byłaś. Gdybym jeszcze ja był księciem… – urwałem na chwilę. – Gdyby moja miłość mogła wystarczyć, żeby być z tobą na zawsze…

Pocałowała moje usta. Zaskoczony oddałem pocałunek, a wtedy ona dosiadła mojego naprężającego się znów członka. Zaczęła unosić się nieco w górę i w dół, w czym pomagałem jej poruszając biodrami. Spojrzenie utkwiłem w jej niedużych, lecz bardzo kształtnych piersiach. Rękami dotykałem ich, rozkoszując się delikatnością wypielęgnowanej skóry. Tymczasem tempo zwiększyło się znacznie. Poczułem się jak niewolnik ujeżdżany przez swoją panią. Tym razem to ja krzyczałem z przyjemności. Tej nocy okazywaliśmy sobie miłość jeszcze wiele razy. Nie mogło to jednak trwać wiecznie. W końcu zmorzył nas sen, odbierając resztę jedynej nocy…

Obudziłem się o świcie. Byliśmy wciąż wtuleni w siebie, pocałowałem ją w kark. Wtedy odwróciła się i otworzyła oczy.

 – Zawołaj służbę – powiedziałem pośpiesznie. – Powiedz im, że włamałem się tu, zabiłem Marczyńskiego i ukradłem twoją biżuterię. Schowam się na terenie pałacu. Kiedy mnie znajdą przyznam się…

 – Nie. Kocham cię i nie dopuszczę do tego, żeby cię złapali. – Odmówiła stanowczo, choć jej głos drżał – To ja się przyznam. I tak moje życie kończy się wraz z tym rankiem.

 – Przysięgałem być twoim rycerzem, oddać za ciebie życie. – przypomniałem. – Dziś przyszedł czas dotrzymać obietnicy.

 – To była tylko zabawa.

 – Ale ja przysięgałem naprawdę. Poza tym, to ja go zabiłem, więc muszę za to zapłacić. Tak jest sprawiedliwie.

 – Ale wraz z twoją śmiercią, coś we mnie również umrze. Musisz to zrozumieć.

Naszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Po chwili ukazała się w nich młoda służąca ze śniadaniem na tacy. Na widok ciała bankiera zamrugała z przerażenia oczyma i upadła zemdlona. Brzdęknęły tłuczone naczynia, jedzenie rozsypało się po podłodze.

Isabelle chwyciła mnie za rękę.

 – Uciekaj – prosiła. – Powiem im, że to ty go zabiłeś. Tylko ucieknij daleko, za granicę. Tak, żeby cię nie złapali. Nie wiem tylko, jak będę mogła żyć bez ciebie.

 – Przysięgnij, że się nie przyznasz – rozkazałem wzruszony do głębi.

 – Przysięgam. Teraz biegnij, szybko. Zaraz przyjdzie ktoś inny. Musieli usłyszeć hałas.

Wyskoczyłem przez okno. Isabelle patrzyła na mnie wciąż, na jej twarzy malowała się rozpacz. Kiedy pobiegłem aż do alejki i odwróciłem się, płakała, z twarzą ukrytą w dłoniach.

Przeprawiłem się przez góry do Ołomuńca. Pieniądze na bilet zbierałem zatrudniwszy się jako murarz. Wreszcie z całą kwotą udałem się na dworzec. Wkrótce później byłem już w Pradze. Przejechałem całe Niemcy, docierając wreszcie do Francji. Osiadłem w Lyonie. Języka nauczyłem się dość szybko. Zatrudniłem się w jednej z fabryk tej przemysłowej metropolii.

Minęły dwa lata. Moje życie stało się posępne niczym to szare miasto. Pozostawałem wciąż kawalerem, gdyż w moim sercu na zawsze pozostała tylko Isabelle. Najładniejsze nawet Francuzki nie robiły na mnie wrażenia. Tęskniłem za moją ukochaną nie tylko nocą, ale też dniami, pracując. Widziałem ja często w snach. Któregoś deszczowego dnia w jednej z gazet natknąłem się na króciutką notkę.

„Polska: Hrabianka Izabela Karśnicka, żona zamordowanego dwa lata temu w noc poślubną bankiera Marczyńskiego popełniła samobójstwo.”

Od razu wsiadłem w pociąg. Nie dbałem już o to, czy szukają mnie, czy nie. Po prostu moje życie nie miało bez niej sensu.

W Polsce dowiedziałem się, że tak jak obiecywała, obwiniła mnie. Wolna od podejrzeń nie prowadziła jednak, jak wcześniej, beztroskiego życia. Zmuszona przez ojca do powtórnego ożenku wymknęła się na kilka dni przed planowanym ślubem w góry i skoczyła w przepaść. Od razu wiedziałem, gdzie iść.

 

Wspiąłem się na szczyt i stanąłem tam, gdzie wiele lat wcześniej było nasze wspólne miejsce. Po drodze zebrałem bukiet tych wszystkich górskich kwiatów, które zrywała kiedyś Isabelle. Niebo było niemal całkiem zakryte ciemnymi chmurami, które otulały najwyższe szczyty gór. Wtedy zobaczyłem ją, jak idzie w moją stronę. Miała na sobie śnieżnobiałą sukienkę, na jej przepięknej twarzy błąkał się nieziemski uśmiech szczęścia. Miała na sobie ten wianek ze świeżych, bielutkich sasanek. Wzięła mnie za rękę, tak jak wiele lat wcześniej, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi.

 – Kocham cię – wyszeptała. Spróbowałem ją objąć. Nie opierała się. Nasze usta spotkały się w pocałunku. Później odepchnęła mnie lekko. Powiedziała cichutko, ledwie słyszalnie:

 – Chodź ze mną tam, gdzie będziemy mogli być już zawsze razem. Będziesz tam szczęśliwy.

Trzymając mnie wciąż za rękę poprowadziła kilka kroków w stronę przepaści. Widziałem już tylko moją ukochaną. Poczułem jeszcze, że spadam. Świat rozpromienił się nieziemskim blaskiem…

* * *

Notka za gazety codziennej:

„Ciało poszukiwanego od dwóch lat mordercy bankiera Marczyńskiego zostało znalezione dziś rano w Tatrach. Miejsce w którym popełnił samobójstwo było dla niego szczególne: tam również zginęła jego ukochana, hrabianka Izabela Karśnicka. Mimo straszliwych obrażeń jakie odniosło jego ciało, w zaciśniętej dłoni wciąż tkwił bukiet górskich kwiatów.”

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Czasem miło odpocząć od ambitniejszych dzieł, w które obfituje ostatnio Najlepsza, żeby przeczytać sobie taki oto tani, acz fajnie napisany wyciskacz łez. Choćby po to, by przepłukać nieco zmęczone lekturą oczy…

Interesujący tekst, ulokowany chyba w dwudziestoleciu międzywojennym. Szkoda, że hrabianka nie uciekła z ukochanym, tylko zdecydowała się popełnić samobójstwo.

Widać łatwiej rozstać się z życiem niż z przywilejami wysokiego urodzenia.

Leave a Comment