Nigdy więcej! IV (Ania)  4.17/5 (10)

16 min. czytania

Źródło: Pixabay

Elwira

– Cholera! – Elwira aż trzęsie się ze złości. – Dupek nie odbiera telefonu, przelewu też nie zrobił, a obiecał! Obiecał mi!

– Kotuś, daj mu pół godzinki, może jest na jakimś ważnym spotkaniu – Kamil marzy, żeby się uspokoiła, choć wie, że pilnie potrzebują pieniędzy. Wystarczyłoby dwieście-trzysta złotych. Już godzinę temu zaczął się zastanawiać, co mogliby sprzedać lub zastawić. Najłatwiej poszłoby pewnie z tabletem albo biżuterią, ale Mała nie zgodzi się chętnie, jest bardziej przywiązana do przedmiotów niż do ludzi.

– Co ty pierdolisz! – Dziewczyna unosi się coraz bardziej. – Do południa miał mieć luz! Obiecał! Skurwysyn!

Chłopak wzdycha głośno. Jego dziewczyna nader często zachowuje się jak rozwydrzony bachor, do bólu niepraktyczna i kapryśna. Sam nigdy nie spełniłby jej zachcianek: tony ciuchów, nawet jeśli niekoniecznie drogich, kupowanych w zatrważających ilościach. Do tego dziesiątki butów, ekskluzywne kosmetyki, najmodniejsza komóreczka, wykwintne restauracje i przede wszystkim w pełni wyposażony, nowoczesny apartament. Kosztowna zabaweczka, nie ma co. Tyle, że przy tak szastającym pieniędzmi facecie, ona nadal nie śmierdzi groszem, a to już dziwne. I źle wróży. Nigdy nie wyżyje z normalnej pensji, nigdy nie będzie naprawdę jego.

– Wyślij mu smesa… – proponuje ostrożnie.

– Wysłałam już dwadzieścia! – Elwira wrzeszczy jak szalona, zawsze tak reaguje, gdy nie dostaje natychmiast tego, czego chce.

Żałosne musieć się prosić, skamleć o resztki z pańskiego stołu, ale sama postawiła się w tej sytuacji, grając nieostrożnie. Na jej miejscu już dawno uzbierałby na własne mieszkanie, a na pewno sporo odłożył. W końcu starzeje się. Z każdym dniem. Wkrótce straci datę ważności, bo zwyrol nie będzie mógł już nazywać jej swoją małą córeczką i prowadzać po knajpach w stroju uczennicy. Wielokrotnie uczulał Elwirę, najwyraźniej bezskutecznie. Zwykle zbywała go opowieściami o tym, jak to przy swoich znajomych obiecywał, że zapisze jej w spadku cały majątek. Wszystko. Nieruchomości, akcje, obligacje, samochód, firmę…

– Moje ty słodkie maleństwo, nigdy nie będziesz musiała pracować… nigdy… – Całował jej drobne palce. – Szymon, ten bezczelny lekkoduch nie dostanie ani grosza. Zobaczysz. Wszystko, co w życiu robiłem, robiłem tylko dla ciebie. Jesteś sensem mojego istnienia – deklarował wzniośle po opróżnieniu kilku butelek, a jego koledzy kręcili głowami z politowaniem.

Kamil wiedział, że Elwira w myślach dysponuje już majątkiem sponsora, układa ich wspólne życie. Przynajmniej kilka razy wspominała o wyjeździe na Filipiny.

– Tam jest tanio, wystarczyłoby jeszcze dla naszych wnuków – mawiała, a przecież gość, nawet dotrzymując słowa co do testamentu, mógłby przeżyć ich oboje. Nigdy nie wiadomo. Cóż z tego, że jest stary?

– Może już mu się znudziłaś – Kamil rzuca złośliwie, wiedząc, że nie uspokoi dziewczyny, a wkurzyć bardziej też nie wkurzy.

– Że coś ty powiedział? – Wściekała mruży oczy, w których rodzi się dzika, niepowstrzymana furia.

– Że ma cię dosyć. – Chłopak brnie dalej, podświadomie chcąc skrzywdzić ukochaną, raniącą go przecież każdego dnia, na każdym kroku podkreślającą jego bezwartościowość. Tak, coraz częściej ma wrażenie, że jest zabawką, żywym wibratorem mającym spełniać każdą zachciankę, gotowym przybiec na skinienie. Jeszcze żeby miała do zaoferowania coś więcej niż ciało…

– Dupek! – Uderza go pięścią w tors. – Idiota! – Wali z całych sił. – Debil!

Kamil nie broni się, przyjmuje biernie kolejne ciosy, dumny, że potrafi wywołać w niej równie silne emocje. Choćby i złość. Tym większą, im sam jest spokojniejszy. Przygląda jej się z góry. Wzburzona wygląda jeszcze piękniej. Oczy lśnią, policzki się różowią, a ściągnięte brwi dodają zadziorności. Najchętniej przyciągnąłby Elwirę do siebie i zaczął szaleńczo całować, wie jednak, że to zły pomysł. Dziewczyna lubi być górą, zdominowana i stłamszona nie odczuwa żadnej przyjemności, zwykle ostentacyjnie zaczyna udawać trupa. Sztywna i niereagująca na nic, pogrążona w głębokiej katatonii. Jakżeby chciał, żeby w łóżku z jeleniem zachowywała się właśnie w ten sposób…

Pod jej naporem cofa się o krok, później dwa, aż w końcu plecami opiera o ścianę. Ona dalej z furią okłada go pięściami i wyzywa od kretynów.

– Owinęłam sobie dupka wokół małego palca, ty imbecylu! Beze mnie nie wytrzyma nawet tygodnia! Stary pryk nie znajdzie drugiej takiej! – Najwyraźniej trafił w czuły punkt: poczucie godności i wyjątkowości.

– Jesteś zwykłą kurwą, na pęczki takich! – Robi wszystko, żeby straciła nad sobą panowanie.

Przeczuwa, że siniaki i zadrapania będą niewielką ceną za intensywność innych doznań. Najwyraźniej nie myli się, bo Elwira, choć dalej rozeźlona, rozprostowuje pięści, w jej oczach pojawia się nowy, drapieżny błysk, przyprawiający Kamila o ciarki. Palce przejeżdżają ostrożnie po napiętych bicepsach, w dół, aż do łokci, ale po chwili wracają w górę, bardziej zdecydowane. Nacisk jest stanowczy, ale jeszcze nie bolesny, dopiero zapowiada kolejne kroki, uświadamia tkwiącą głęboko w dziewczynie potrzebę dominacji.

Dłonie wślizgują się pod rękawy koszulki, zakradają zdradziecko w stronę ramion i tam zakotwiczają paznokciami w skórę. Z ust chłopaka wydobywa się cichy jęk, napina mięśnie. Pozwoli jej, pozwoli na wszystko. Zaciska zęby, gdy ostre pazury orzą skórę. Zostaną krwawe pręgi, trudne do ukrycia. Kilka razy obnosił się z podobnymi, dumny z namiętności kochanki, ale z czasem to zaczęło wyglądać bardziej na przemoc domową.

Podniecony nigdy nie miał nic przeciwko brutalnym pieszczotom, ale w tej chwili celowo znęca się nad nim, chce zrobić krzywdę, im większą, tym lepiej. Najchętniej zgniotłaby mu jaja albo wykorzystała żołądź jako poduszeczkę na szpilki. Czuje przez skórę szalejące w niej emocje, w tym narastające podniecenie, zwierzęcą chuć, jego zdaniem nietypową dla kobiety. Ona chce posiadać, zawłaszczać – od dłuższego czasu ma apetyt na ciasną, dziewiczą, męską dupę. Robiła podchody, pieszcząc palcami i językiem delikatne wejście, ale też próbując zagłębiać się nieco. Zwykle uciekał biodrami, zaciekawiony i zażenowany jednocześnie. Zawstydzony. Nie przywykł do podobnego zainteresowania, nie wiedział, jak zareagować.

– Zerżnę cię kiedyś, zobaczysz – szeptała czasem w uniesieniu. – Wyjebię twój seksowny tyłek, aż poczujesz mnie w gardle.

Te słowa przerażały go, bał się ich potwornie, bo wiedział, że stać ją nawet na więcej, że gdy odmówi, weźmie go siłą lub podstępem, poprosi o pomoc, któregoś z napalonych kumpli, odda jego dupę innemu facetowi. Wszystko byle pokazać, kto rządzi, byle zrobić z niego szmatę.

Teraz też chciałaby mu coś udowodnić. Wykorzystać. Użyć. A on? On lubi być używany, lubi kiedy Elwira wyładowuje się w seksie, agresję w magiczny sposób przekształcając w pożądanie. Lubi tę dzikość, zwierzęcą chuć nieznającą żadnych zahamowań czy granic, szczerą, bardziej szczerą niż jakiekolwiek inne jej słowa lub gesty. Taka wydaje się prawdziwa, bez masek i upiększaczy.

– To ty jesteś kurwą, gnojku – syczy przez zęby, jeszcze mocniej wbijając paznokcie. – Śmieciem, rozumiesz? Zwykłym śmieciem.

– Czyżby? – Chwyta jej nadgarstki i uwalnia się od zbyt mocnej pieszczoty. – Więc do czego jestem ci potrzebny?

– Wyłącznie jako kutas to rżnięcia! – Elwira w słowa wkłada całą swoją złość, frustrację mającą przecież przyczynę gdzie indziej. – Wiecznie stercząca pała!

– A Traczewskiemu już nie staje? – chłopak pyta kpiąco. Nieraz opowiadała mu o starym pryku i jego zwiędłym ciele, płaskiej dupie z fałdami luźnej, pomarszczonej skóry oraz obwisłym brzuchu zasłaniającym małego, obleśnego kutasa, sterczącego czasem, ale też gwałtownie malejącego w najmniej spodziewanych momentach.

– Przy mnie stanąłby nawet nieboszczykowi! – Z trudem wyrywa ręce z silnego uścisku i wkłada pod koszulkę, tym razem paznokcie wbijając w klatkę piersiową. Kamil syczy z bólu, ale pozwala, by ryła w jego ciele krwawe wąwozy. – Wiesz przecież – Elwira zmienia ton na bardziej zalotny, choć nadal groźny i kieruje dłonie niżej, ku rozporkowi. Chwilę bawi się klamrą, w tym czasie on zdejmuje górę. Chce być dla niej nagi. Całkiem. Chce, by zapragnęła jego ciała.

Dziewczyna płynnym ruchem rozpina pasek i zszarpuje spodnie wraz z bielizną, są na tyle luźne, że nie musi sięgać nawet do zamka. Jej oczom ukazuje się piękny, sprężysty fiut, bliski już pełnej erekcji, apetycznie twardy. Jest długi, smukły, z wyrazistą główką, trzymający się jeszcze w poziomie i nieśmiało ukryty w objęciach napletka, ale wie, że wystarczy, iż chwyci go w dłoń, wykona dwa-trzy posuwiste ruchy, a stanie pod kątem czterdziestu pięciu stopni i wychyli na zewnątrz swoje błyszczące oczko. Uśmiecha się.

– Sterczałby tak dla byle kurwy? – dopytuje figlarnie.

– Tak, łatwy jest. – Kamil nie zamierza odpuścić.

– Dla własnego dobra, nie pyszcz! – Elwira, wściekła, chwyta gładko ogolone jaja. Na tyle mocno, by jęknął, ale z takim wyczuciem, by nie zrobić mu realnej krzywdy. Penis wznosi się dumnie ku niebu. – Masochista – dziewczyna rzuca pogardliwie, ale jej oczy błyszczą.

Uwielbia jego słodką uległość i umiejętność przyjmowania bólu. Tak, najbardziej kręci ją władza, władza nad silnym, młodym mężczyzną, którego pozazdrościłby jej wszystkie koleżanki, za którym oglądają się kobiety, i młode, i starsze. Nad Traczewskim zdarza jej się czuć przewagę wyłącznie, kiedy jest podniecony i cała krew odpływa z mózgu do tego obleśnego fiuta. Wtedy stawia ją na piedestale, nazywa swoją księżniczką, obiecuje rzucić świat do stóp. Złote góry też by obiecał. Tyle, że gdy już się spuści, zwykle w jej szczupłej dłoni lub zalewając spermą nieumalowaną twarz, przytomnieje i zaczyna traktować z rezerwą. Nagle staje się innym człowiekiem: zimnym, wyrachowanym, władczym. Potrafi nazwać ją szmatą albo dziwką, kazać natychmiast się wynosić. Bywa, że Elwira ma ochotę płakać, krzyczeć lub coś rozwalić, ale zwykle dzwoni po prostu po Kamila. Na nim najłatwiej wyładować agresję, co zresztą nawet bywa przyjemne.

– A teraz na kolana! – Głęboko wierzy, iż to uwłacza godności partnera, choć ten klęcząc ma głowę na wysokości jej piersi i wcale nie wygląda na niezadowolonego. Teraz też chętnie opada, nadal zaplątany w opuszczone spodnie. Elwira patrzy na niego z góry, z pełną triumfu satysfakcją. Niewolnik, sługa, dostarczyciel przyjemności…

Jedną ręką odciąga głowę do tyłu, za włosy, paznokcie drugiej wbijając w szyję. Kamil ma piękną, męską grdykę, z jabłkiem Adama odznaczającym się niczym u dojrzałego mężczyzny, nie takiego gówniarza. Lubi przypatrywać się tej części jego ciała, pieścić ją i torturować. Słyszała, że zdarza się, iż zafascynowane koty atakują chrapiących właścicieli, właśnie ten poruszający się rytmicznie fragment, niejako żyjący własnym życiem. Też czasem czuje się jak taki kot, najchętniej wyrwałaby i zjadła, delektując się przerażeniem i śmiertelnymi konwulsjami, patrząc na tryskającą z tętnicy krew. Z trudem powstrzymuje się przed przekroczeniem granicy bezpieczeństwa, w zamian brutalnie wpija się w usta chłopaka. Nie odpowiada jej, doskonale uległy, bezwolny, niczym szmaciana lalka, mimo buzującego wewnątrz podniecenia. Czeka, czeka przyczajony, na to, aż zachce go wykorzystać, dając tym największą możliwą przyjemność. Przegrywając, wygrywa.

– Zapamiętaj… – syczy zdyszana, robiąc krótkie przerwy w pocałunku – że… w tym… związku… to ty… jesteś… dziwką…

Wszystko mu jedno, może być dziwką, szmatą, żywym wibratorem, obelgi tylko podsycają żądzę, podobnie jak złość widoczna w szarych oczach Elwiry. Te iskry dodają smaczku, chęć mordu malująca się na twarzy, rozpala. Najbardziej na świecie boi się obojętności, niech już lepiej go nienawidzi.

Miękko opada na podłogę pod wpływem nacisku ciała dziewczyny. Jest drobna, niemal nic nie waży, jedynie sprężyste piersi rozpłaszczają się swoim ciepłem na torsie. Obejmuje ją, przyciąga, wszystkie kostki wbijają się w napięte muskuły. Mógłby ją skruszyć w ramionach, delikatną laleczkę. Z porcelany. Stara się jednak być ostrożnym, łagodnie otulać, zamiast miażdżyć. Prostuje nogi i pomaga dziewczynie ułożyć się wygodnie. Sterczący kutas przylega do osłoniętego ubraniem wzgórka łonowego. Elwirze wymyka się z ust cichy jęk. Uwielbia to, uwielbia czuć go pod sobą, młodego, prężnego i absolutnie poddanego jej woli.

Dziewczyna poprawia pozycję, nieznacznie kręcąc tyłkiem, teraz penis naciska na złączenie warg sromowych, przez materiał jest nawet lepiej, przytłumienie doznań przedłuża zabawę i sprawia, że jej ukoronowanie staje się jeszcze bardziej ekstatyczne – niczym małe trzęsienie ziemi, burzące stary ład i wprowadzające nowy porządek. Orgazm zawsze odświeża. Uspokaja. Przynajmniej ten z Kamilem, po seksie z Traczewskim czuje się brudna, ma ochotę szorować ciało lub upić się, żeby alkoholem doczyścić duszę. Kiedy czerpie z tego satysfakcję, miewa wręcz wyrzuty sumienia. Zdecydowanie woli nie dochodzić, to pozwala zachować odpowiedni dystans.

Oczyszcza umysł i skupia się na doznaniach. Biodrami zatacza drobne kółka, szuka miejsca, kąta, rytmu… Chłopak nawet nie drgnie, czeka, czeka, aż ona weźmie swoje, być może również przy okazji dając coś jemu. Nie jest zachłanny ani niecierpliwy. Wie, że warto. Czasem nawet warto odpuścić, zapomnieć o sobie.

Elwira zamyka oczy i odcina się od rzeczywistości, kołysze łagodnie biodrami, ocierając o cudną twardość mężczyzny. Nic innego się nie liczy, tylko przyjemność rodząca się w dole brzucha. Narasta powoli, boleśnie powoli, ogarniając kolejne partie, rozgrzewając serce i przyćmiewając umysł. Świat staję się miękki i słodki niczym wata cukrowa, podobnie lepki, spowija Elwirę, więzi. Choć ruchy przybierają na sile i zamaszystości, jej wydają się wolne, ospałe, przytłumione różowym obłoczkiem.

– Nigdy… więcej… nie… – krzyczy, osiągając punkt kulminacyjny – nazwiesz… mnie… kurwą!!!

Zaczyna drżeć konwulsyjnie, a przygnieciony jej ciałem fiut z trudem wyrzuca z siebie nagromadzone nasienie, spluwając niemrawo na brzuch. Kamil nie rozumie własnych reakcji, szczególnie na słowa powtarzane już dziesiątki razy – nieustannie prowokuje dziewczynę do powtarzania ich, do wykrzykiwania mu w twarz. Czasem obiecuje sobie więcej tego nie robić. Ale robi.

 

Kazimierz

Rdzewiejące liście miniaturowych, pierzastych paprotek rozstawionych po całym mieszkaniu, Kazimierz Gryc za każdym razem odbiera jako osobisty afront. Dba, podlewa, spryskuje, usuwa uschnięte pędy, przesadza, nawozi, a jednak regularnie, co pół roku pojawia się bliżej nieokreślona zaraza i dziesiątkuje jego słodkie maleństwa. Rezonują w nim wtedy słowa matki o tym, że wyłapują złe wibracje, oczyszczają nas i nasze otoczenie, kosztem własnego życia. Czuje się winny, czuje, że sam jest chorobą, zarazą sprawiającą, że wszystko umiera, choć przecież żyje z leczenia ludzi…

Niby nic się nie zmienia, każdy dzień od lat stanowi wierną kopię poprzedniego, ale gdzieś pod powierzchnią zwyczajności czai się mrok. Nie bez powodu został sam, nie bez powodu odeszli najbliżsi, ci, których kochał. Najbardziej brakuje mu kobiet, trzech wyjątkowych kobiet, między którymi nie potrafił wybrać i których nie utrzymał przy sobie. Swego czasu powychodziły za innych, teraz już ich nie ma i każdą zdradę należy wybaczyć. Po kawałku łamały serce, rozbijały w pył, a jednak wracał do nich, przybiegał na każde zawołanie. Sługa. Pies.

Dla własnej żony starał się być dobry, życzliwy i czuły. Nie umiał jednak dość dobrze kłamać – wiedziała, z całą pewnością wiedziała i cierpiała z tego powodu. Z czasem zbyt wielkie brzemię zmaterializowało się w postaci guza, stając największym grzechem Kazimierza Gryca, doktora medycyny, który przeoczył nowotwór złośliwy panoszący się pod jego własnym dachem. Robiąc pierwsze badania, miała już przerzuty do mózgu. Odeszła szybko, za szybko, by zdołał się przygotować.

Jedyne, co wyszło mu w życiu to córka, prześliczna dziewczyna o wielkich, brązowych oczach oraz onieśmielającym uśmiechu. Czasem ma wrażenie, że ona nadal nosi żałobę po matce i niemo wyrzuca mu lekarskie zaniedbania. Te powłóczyste spojrzenia i półuśmiechy! Westchnienia! Szkliste oczy! Ta tajemniczość wodząca na pokuszenie kolejnych mężczyzn. Pod tym względem zupełnie nie przypomina mu żony:  cichej, spokojnej kobiety, zawsze skromnej i nieco wycofanej. Podobna jest raczej do kochanki, tej, którą stracił jako ostatnią.

Krysia uwodziła swoim melancholijnym wizerunkiem, oszczędna w ekspresji, jednym uśmiechem sprawiała, że mężczyźni padali do jej stóp, lekkim grymasem dając lub odbierając nadzieję, unosząc do nieba lub strącając w otchłań piekielną. Choć elegancka i powściągliwa, sprawiała diaboliczne wrażenie. Złamała niezliczoną ilość serc, również kobiecych, tylko po to, by w końcu ulec tej małej kreaturze o rozbieganych oczkach i dać się zamknąć w złotej klatce.

Rolą statecznej pani domu znudziła się dopiero po pięciu latach. Nie zaczęła znowu bywać ani umawiać się z dawnymi kochankami, ale przywołała właśnie jego, zakochanego w niej po uszy jeszcze od czasów podstawówki. Dyskrecja przede wszystkim – powtarzała niczym mantrę – plotki mogłyby mnie zabić. A przecież nie skrzywdziłby swojej małej przepióreczki… nigdy!

Szybko stała się największą tajemnicą Kazimierza, pięknym i mrocznym sekretem, raz dodającym energii, raz wypalającym od środka. Odczuwał wdzięczność za każdą wspólnie spędzoną chwilę, większość z nich była beztroska, jakby świat nie istniał poza czterema chroniącymi ich ścianami, ale czuł też lęk i poczucie winy. Zdradzali, oszukiwali, kłamali, odbierali najbliższym swój czas i uwagę, okradali ich. A jednak nie potrafił zakończyć tego związku, zakończyła go dopiero śmierć.

Jako jedyna pokazała mu swoją nagość, szczerze i bezpruderyjnie, bez żadnych otoczek i upiększaczy, w pełnym świetle dnia. Każdą niedoskonałość uznał za wzruszającą, każdą zmarszczkę, fałdkę czy rozstęp, suma wszystkich wad stanowiła doskonałą całość, ideał, najpiękniejszą kobietę na świecie. Poczuł się wyróżniony tym darem. Intymnością. Teraz już wie, że nigdy więcej nie dotknie kobiety. Kobiety, w odróżnieniu od pacjentki…

Ona teoretycznie była jednym i drugim, nie mógł jednak ani na chwilę pozbyć się tkliwości. Kochał ją, kochał ją czule, bez fajerwerków i chęci podpalenia świata, byle zdobyć ją na wyłączność. W gruncie rzeczy układ mu odpowiadał: oboje mieli rodziny, których nie zamierzali rozbijać. Z mężem nie sypiała od trzeciej, niedonoszonej, ciąży, ale nie wyobrażała sobie, że mogłaby coś zmienić. Nie pozwoliłby.

Nigdy nie rozmawiali o Piotrze. Czy to o przeszłości, czy o chwili obecnej. Nie opowiedziała mu, jak się poznali, co w sobie polubili; nic nie wiedział o przyczynach ich konfliktów ani sposobie spędzania wolnego czasu; a mimo wszystko czuł, że chodzi o coś więcej niż zwykłą, małżeńską nudę. Bała się go, zdaniem Gryca kochanka bała się swojego męża. Panicznie. Ten człowiek zresztą dość powszechnie wzbudza lęk. Ma charyzmę i koneksje, w razie potrzeby ucieka się do nieczystych zagrań, od dawna krążą plotki o jego konszachtach z półświatkiem. Kto wie, co by się stało, gdyby ich romans wyszedł na jaw… może skończyłby bez jaj albo w cementowych bucikach.

Kazimierz sam sobie wydaje się ciepłą kluchą, bezpłciowcem niezdolnym do wielkich czynów, ale też do wielkich podłości. Nie zapewniłby kobiecie bezpieczeństwa ani  wygód wystawnego życia, żonie zaoferował przytulne M3, stałą pensję i wczasy nad morzem raz do roku. Zdecydowanie za mało, nawet jeśli twierdziła, że wystarczająco. Zresztą może rzeczywiście pragnęła czegoś innego; czegoś, czego nie potrafił jej dać. Czasu. Oddania. Miłości…

Zasłużył na samotność, na milczącą pustkę czterech ścian, kurczącą się z każdym rokiem i porastającą kurzem. Dopiero kiedy przeżył dotkliwą stratę, zrozumiał, że dostaje się tyle, ile się wkłada. Najpierw trzeba zainwestować, bez kapitału nie ma odsetek, ale przecież nie jest finansistą, nikt mu nie wytłumaczył jak to działa, co zrobić, żeby osiągnąć sukces, ten najważniejszy: prywatny. A teraz? Teraz przypomina własne mieszkanie, bezsensownie zagracone i puste jednocześnie, w którym jedynymi towarzyszami są nieszczęsne, usychające paprotki. Kazimierz Gryc też usycha.

 

Szymon

Grube kotary szczelnie tamują dopływ światła słonecznego, odcinając duszny hotelowy pokój od reszty świata. Ciemność jest wyspą, schronieniem, azylem, daje poczucie bezpieczeństwa. Skulony na wąskim łóżku chłopak oddycha płytko. Odgonił od siebie koszmary, ale nie może zasnąć, męczy się, utrata świadomości przyniosłaby ulgę. Niestety proszki zostały w domu, nie ma nic, co zmusiłoby rozedrgany organizm do odpoczynku. Najlepiej do snu bez snów. Po wódkę nie wyjdzie, za bardzo się boi.

Myśleć tylko o oddychaniu, skupić się na oddechu, być jedynie własnymi płucami, pracującymi rytmicznie. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Przy zaciśniętych powiekach i spierzchniętych wargach zamienionych w cienką, prawie niewidoczną linię. Klatka piersiowa unosi się i opada, szczupłe ciało nieznacznie drży pod cienkim trykotem.

Nigdy i nigdzie nie czuł się bezpiecznie, ktoś kiedyś tłumaczył mu, że to ze względu na brak równowagi między układem współczulnym i przywspółczulnym. Tylko czemu zależność nie miałaby być odwrotna? Czemu dusza ma reagować na sygnały organizmu, a nie organizm na sygnały płynące z duszy? Woli własną wersję. Niepokój towarzysz mu od zawsze, wszelkie szmery i szelesty, przemykające cienie, sprawiały, że serce zaczynało tłuc się szalenie, dłonie pocić, nogi odmawiać posłuszeństwa. Za punkt honoru postawił sobie jednak nieokazywanie emocji. Masochistycznie dążył do konfrontacji z własnymi lękami i dokąd go to zaprowadziło? No dokąd?

Czasem odnosi wrażenie, że pełen pychy wszedł w prasę do miażdżenia złomu, licząc, że powstrzyma bezlitosny mechanizm i został starty na miazgę, na krwawą paćkę, może nie dosłownie, ale bardzo realnie. Co gorsze, nie ma nikogo, kto sprzątnąłby ten bajzel, kto wyciągnąłby pomocną dłoń…

Zapracował sobie na ból i samotność, na duszną pustkę pokoju hotelowego, osobiście zatrzasnął wszystkie drzwi i spalił mosty. Zero, kompletne zero, nienadające się do niczego, przegrywające po raz kolejny. Nie przypomina sobie, żeby jako dziecko kiedykolwiek wygrał. Cokolwiek. Choćby na odpustowej loterii. Zawsze wiatr w oczy. Niby obeszło się bez wielkich tragedii, ale też bez sukcesów. Taka powolna egzystencja w znoju codzienności, przepełniona uogólnionym niepokojem oraz lękiem o przyszłość, wyczekiwaniem katastrofy. Nic dziwnego, że po raz pierwszy poprawnie typując wynik meczu, dosłownie pływał w endorfinach.

Zaczęło się wcześnie. Teoretycznie miał wszystko: rodziców, siostrę, dom, zabawki jakich tylko zapragnął, a nawet gosposię. Nie musiał sprzątać czy wynosić śmieci, martwić się, że lodówka będzie pusta ani, że w wakacje zostanie w mieście. Grafik szczelnie wypełniały drogo opłacone zajęcia dodatkowe, a nauczyciele w prywatnej szkole nie wymagali zbyt wiele. Mimo wszystko nie był szczęśliwy. Brakowało mu śmiechu, beztroski, uwagi wiecznie nieobecnego ojca, skupionego wyłącznie na ukochanej córeczce i akceptacji matki, krytykującej każde nierozważne posunięcie. Pod pozornym spokojem rodziny niczym z obrazka, pulsowało coś złowrogiego, co najwyraźniej wyczuwał jedynie on, ale czego nigdy nie potrafił uchwycić, zdefiniować. Choroba drążąca od środka, nienawiść zatruwająca serca, z trudem powstrzymywana agresja. Napięcie. Bolesne i niepokojące.

Wielokrotnie próbował uciec, wyrwać się z ekskluzywnego więzienia, ale nie starczało sił. Ani samozaparcia. Tchórz. Mięczak. Dopiero kiedy siostra przetarła szlaki, zebrał się na odwagę, było już jednak za późno, mrok wypełzł na powierzchnię, zniszczył ich wszystkich, zabił jego matkę, kobietę słabą i afektowną, stanowiącą ogniowo między furiatką a histeryczką, niezbyt bystrą, ale dumą i nieskorą do przyznawania się do błędów. Nie potrafi wybaczyć jej braku czułości, zawsze odnosił wrażenie, że nie przepada za własnymi dziećmi, interesowała się bardziej butami, miała ich całkiem pokaźną kolekcję, podobnie jak torebek oraz kolczyków. Prawdziwa dama – mawiali o niej ludzie. On jednak potrzebował matki, po prostu matki. Mamy.

Oczywiście, że tęskni i że cierpiał, kiedy odeszła, ale pustka istniała już wcześniej, zimna przestrzeń niedająca zapełnić się niczym innym. Lodowata bryła smutku, pozbawiająca wszelkiej radości. Nie zdoła jej stopić, od dawna nie wierzy w ukojenie – są rany, które można zaleczyć powierzchownie, ale które aż do wydania ostatniego tchu, nie przestają boleć. Jego cała rodzina jest taką raną. Cała. Jedną, wielką raną.

Kiedy był mały, to gosposia ocierała łzy i chuchała na bolące miejsca, robiła za powiernicę tajemnic i spowiednika w jednym, jako jedyna słuchała. Szkoda tylko, że miała czas, bo jej płacono. Za pieniądze nie da się kupić autentycznej troski. Miłości.

Zdrowych relacji z rówieśnikami też nie potrafił zbudować, podskórnie czuł, że nie widzą jego prawdziwej twarzy, zbyt powierzchowni i zainteresowani korzyściami z zadawania się z dobrze sytuowanym kolegą. Pod maskę, zupełnym przypadkiem, zajrzała jedynie dwa lata młodsza dziewczynka chodząca o kulach, bystra i rozwinięta ponad wiek, ale bardzo chorowita. Kontakt urwał im się, kiedy przeszła na nauczenie domowe. Żałuje tego, bardzo, może znalazłaby klucz do poranionej duszy, jeśli nie uleczyła, przynajmniej pomogła dźwigać ciężar.

Z czasem zagubiony, samotny chłopiec stał się małym, wystraszonym zwierzątkiem, pozwolił by mary przejęły nad nim władzę, opanowały zatrwożone serce i niczym cień towarzyszyły w dzień i w nocy. Rozedrgany i niepewny, poszukiwał ucieczek, czegoś, co go odetnie, przeniesie w świat wirtualny, w świat doznań nieadekwatnych do tych codziennych, szarych i przytłumionych. W końcu rzeczywistość całkiem wyblakła, niby śniony w kółko, męczący koszmar, z tych przerażających udręką zwykłych, niefortunnych zdarzeń i dziwną ociężałością własnego ciała. Sny stały się wybawieniem, nawet te złe, choć w gruncie rzeczy wolał nie śnić, a zanurzać się w niebyt.

Teraz też by chciał, nie potrafi się jednak wydostać z pułapki, życie nagle stało się kiepskim thrillerem z nim w roli głównej, tkwiącym w głowie niezależnie od stanu świadomości. Jedynie skupienie na prostych czynnościach, na własnej fizyczności i najbliższym otoczeniu daje ułudę kontroli. Oddech, nad tym panuje. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Spokojnie. Powoli. Delektując się każdym milimetrem rozszerzającej się klatki piersiowej, jakby był swoistym zwycięstwem nad światem, udanym podbojem.

Przejdź do kolejnej części: Nigdy więcej! V

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

A czemu tu tak pusto? Przy poprzednim rozdziale trudno się było przebić przez harmider komentarzy, a teraz…

W każdym razie chciałam powiedzieć, że Elwira to niezłe ziółko. I nie tylko kurwa, ale i sadystka 🙂

Rozmemłanego Kazimierza polubiłam, neurotycznego Szymona trochę mniej. Wygląda na to, że martwa szara eminencja odcisnęła swoje piętno na wszystkich. Podoba mi się Aniu, jak sypiesz nam okruszki.

Wydaje mi się, że to najlepiej napisany rozdział jak dotąd. Oby tak dalej!

Zależało mi na wielogłosie i przedstawieniu sieci relacji między bohaterami, choć w pełni zdaję sobie sprawę, że nie jest to klasyczna narracja i niektórych czytelników może drażnić. Tym bardziej cieszę się z każdego głosu świadczącego o tym, że mimo wszystko da się przyswoić tę historię 😊

Uśmiechy

A.

Cześć,

bardzo spodobała mi się ta część. Przede wszystkim dlatego, że jej głównym bohaterem jest… denat. Każdy z opisanych bohaterów miał z nim bliższe lub nieco dalsze relacje. Przez ich historie coraz lepiej poznajemy sylwetkę Piotra Traczewskiego. Okazuje się on postacią bardzo mało sympatyczną, która jednak odcisnęła swoje piętno na bardzo wielu ludziach.

Nawiasem mówiąc, jestem bardzo ciekaw, co się stanie, gdy Elwira dowie się, że straciła sponsora. A Szymon, że w końcu wyzwolił się spod głębokiego cienia rzucanego przez ojca…

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Zgadzam się z Emilią, że literacko jest to jako dotąd najlepszy rozdział. Aż miło się czyta niektóre akapity.

Niestety chyba często jest tak, że to właśnie te najmniej sympatyczne postacie odciskają największe piętno na innych ludziach… a przez to bywają wdzięcznymi kandydatami na bohaterów literackich 🫣

Takiego Piotra czy Krzysztofa łatwiej zapamiętać niż Martę czy Aldonę.

Uśmiechy

A.

P.S. Które akapity były szczególnie przyjemne?

Paradoksalnie w tym rozdziale najbardziej spodobały mi się opisy przyrody zawarte w partiach Kazimierza i Szymona. Sam nie umiem za bardzo ich pisać, tym bardziej doceniam więc Autorki i Autorów, którzy potrafią 🙂

Fakt, o przyrodzie potrafię rozprawiać długo. Zwykle się hamuję, żeby nie zanudzać Czytelników 😅

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Witam 🙂

Megas w swoim komentarzu zwrócił uwagę na fabularną stronę tekstu i odniósł się do niej konkretnie. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na istotny wątek tego tekstu, który zresztą nieustannie przewija się w twórczości autorki – dominację.

Ania przedstawia rozbudowany, mocno seksualizowany obraz dominacji. Ale czy tylko dominacji? Wydaje się, że nie. Obecny jest również motyw potrzeby kontroli oraz zależności od innych ludzi. Autorka przeplata te wątki w taki sposób, że dominacja, kontrola i zależność zaczynają funkcjonować niemal jako elementy tego samego mechanizmu, choć w rzeczywistości nie są pojęciami tożsamymi. Kontrola nie musi oznaczać dominacji, a tym bardziej zależności. W tekście pojawia się więc pewne zacieranie granic między tymi pojęciami, co na poziomie literackim może być oczywiście uzasadnione, ale warto mieć świadomość, że nie oznaczają one tego samego.

Można jednak postawić pytanie: nad czym właściwie bohaterowie próbują uzyskać kontrolę? Elwira chce dominować nad Kamilem, Kamil natomiast próbuje kompensować poczucie odrzucenia i własnej bezwartościowości poprzez wywoływanie w Elwirze silnych emocji. Traczewski sprawuje nad Elwirą władzę przede wszystkim poprzez zależność ekonomiczną i emocjonalną. Kazimierz próbuje poradzić sobie z poczuciem winy, samotnością i stratą, natomiast Szymon usiłuje odzyskać choćby częściową kontrolę nad własnym lękiem, który jednocześnie sam wywiera nad nim władzę.

W tym sensie dominacja nie jest jedynym mechanizmem obecnym w tekście. Równie ważne są zależność, potrzeba kontroli, kompensacja i poszukiwanie poczucia własnej wartości.

Niewątpliwą zaletą jest to, że Ania nie przedstawia dominacji wyłącznie w aspekcie fizycznym, co niestety robi dość wielu autorów podejmujących ten wątek, ale próbuje ukazać jej znaczenie psychologiczne i wejść głębiej w temat. Warto zwrócić uwagę, że takie podejście jest obecne u autorki również we wcześniejszych pracach. Uważny czytelnik może zatem obserwować rozwój tego zagadnienia na przestrzeni całej jej twórczości.

Czy Ania przedstawia nowe ujęcie dominacji, inne od wcześniejszych? Warto sprawdzić 🙂

Witam 🙃

Zacznę od tego, że raczej trudno prześledzić mój rozwój jako pisarki opierając się na chronologii publikacji na Najlepszej Erotyce. Po pierwsze nie jest to cała moja twórczość. Po drugie, z różnych względów, moje teksty nie były tu publikowane zgodnie z kolejnością powstawania. Ten na przykład ma już dziesięć lat, a „Odkrywając siebie” jest starsze niż „Magnetyzm”, tyle że zostało opublikowane drukiem i musiałam poczekać aż wydawnictwo straci do niego prawa. Zdecydowanie lepiej wygląda sytuacja z krótkimi formami…

Co do dominacji, kontroli i zależności w zasadzie sam sobie przeczysz – w jednym akapicie twierdzisz, że przedstawiam je jako element tego samego mechanizmu, zacierając granice między tymi pojęciami, w kolejnym całkiem słusznie zauważasz, że Elwira chce dominować nad Kamilem, a jest zależna od Traczewskiego. Kiedy mówimy o dwóch różnych relacjach, raczej trudno mówić o zacieraniu granic między pojęciami. Bohaterka najwyraźniej w jednej relacji próbuje kompensować sobie deficyty z drugiej. To nader częsty mechanizm…

Natomiast jeśli chodzi o Kamila – może warto rozważyć alternatywą wersję? Może chłopak niczego sobie nie kompensuje, tylko wkurza partnerkę, bo lubi ostry seks?

Uśmiechy

A.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

W formalnym odczytaniu mojego komentarza rzeczywiście może pojawić się wrażenie sprzeczności. Tutaj jednak jej nie ma. Dlaczego? W tekście dominacja, kontrola i zależność zostają sprowadzone do wspólnego mechanizmu psychologicznego. Pomimo tego, że tekst łączy te zjawiska, ja potrafiłem je później analitycznie rozdzielić, ponieważ skorzystałem z analizy poszczególnych bohaterów i ich relacji. Pozwoliło mi to rozłożyć ten mechanizm na poszczególne elementy i wskazać, gdzie występuje dominacja, gdzie zależność, a gdzie potrzeba kontroli. Czyli tekst na poziomie narracji je splata, a analiza postaci pozwala je rozdzielić.

Chyba musisz mi to rozrysować 😅

Cóż takiego Twoim zdaniem napisałam, że aż trzeba było rozplątywać to niczym węzeł gordyjski, bo dalej nie rozumiem… każdy Czytelnik, w mniej lub bardziej świadomy sposób, dokonuje jakiejś analizy bohaterów.

„W tekście dominacja, kontrola i zależność zostają sprowadzone do wspólnego mechanizmu psychologicznego.”

Kompletnie nie odniosłem takiego wrażenia. Każdy z nas jest uczestnikiem wielu relacji społecznych, odgrywa w nich różne role i wiążą się z nimi określone odczucia i emocje. Wcale nie musi się to łączyć we „wspólny mechanizm psychologiczny”.

„Pomimo tego, że tekst łączy te zjawiska, ja potrafiłem je później analitycznie rozdzielić, ponieważ skorzystałem z analizy poszczególnych bohaterów i ich relacji. Pozwoliło mi to rozłożyć ten mechanizm na poszczególne elementy i wskazać, gdzie występuje dominacja, gdzie zależność, a gdzie potrzeba kontroli. ”

Wydaje mi się, że bohatersko walczysz z problemem, który sam sobie stworzyłeś 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Leave a Comment