Poniższy tekst stanowi bezpośrednią kontynuację pierwszych Przygód Menandra, które ukazały się w styczniu tego roku. Akcja obydwu utworów toczy się tego samego dnia, dlatego zachęcam do przeczytania najpierw „Agory”, a następnie „Domu”. Finał opowiadania ukaże się niebawem i będzie nosić tytuł „Uczta”.
Dom Menandra mieścił się na zachód od wzgórza Pnyks, w linii prostej o niespełna dwa stadiony od agory, lecz chaotyczna zabudowa Aten sprawiała, że droga tam okazała się nieco dłuższa. Podczas spaceru krętymi, budzącymi się do życia uliczkami prowadzili niezobowiązującą rozmowę. Menander kątem oka zauważył, że Krates i Hipparchia, idąc, trzymali się za ręce, co było rzadkim i niemal skandalicznym przejawem publicznego okazywania sobie czułości, szczególnie między mężem i żoną. Obyczajowość Aten łatwiej tolerowała takie zachowania u eromenesa i erastesa – adoratora i oblubieńca – niż u zaślubionej sobie pary. Gdziekolwiek się pojawili, budzili zatem sensację. Przechodnie pokazywali ich sobie palcami, a czasem wręcz pozwalali na głośne i niewybredne komentarze.
Kiedy minęli kolejną grupkę śmiejących się grubiańsko mężczyzn, zmierzających – sądząc po długich fartuchach – do pracy w jatkach, szatynka zwróciła się do poety:
– Kocham Ateny za bujnie pleniącą się tu filozofię oraz sztukę. Ze wszystkich miast Hellady nie ma drugiego, w którym chciałabym pędzić życie. Przyznam jednak, że czasem nie znoszę twoich rodaków, Menandrze.
– Potrafią być prymitywni, małostkowi i złośliwi – przyznał.
– Są niewolnikami tradycji, konwenansów i zwyczajów – odparła z nagłą irytacją w głosie. – Żyją wedle reguł, które uznają za właściwe tylko dlatego, że tak żyli ich ojcowie i dziadowie. Noszą kajdany, a nawet nie zdają sobie z tego sprawy. I rzucają się na każdego, kto próbuje im uzmysłowić ich istnienie. To dlatego zgładzili Sokratesa, którego wyrocznia delficka obwołała najmądrzejszym z ludzi. I, co najgorsze, wcale się tego nie wstydzą!
– Jesteśmy jego uczniami – wyznał Krates.
– Uczniami? Jak to możliwe? – zdziwił się poeta. – Sokrates umarł chyba ze sto lat temu…
– Nie aż tak dawno, ale masz słuszność. Nigdy go nie oglądaliśmy ani nie słyszeliśmy. Kiedyś miałem okazję porozmawiać z jednym z jego wychowanków, Arystoklesem, szerzej znanym pod przybranym mianem Platona, zanim i on zstąpił do Hadesu. Oboje z Hipparchią czytaliśmy również słynne dialogi, w których zawarł on nauki swego mistrza.
– Jesteśmy filozofami cynickimi – wyjaśniła jego żona, nie przejmując się tym, jak komicznie mogło to zabrzmieć w ustach kobiety.
Menander jednak się nie roześmiał. Coś mówiło mu owe miano.
– Cynickimi? Jak Diogenes z Synopy, stary wygnaniec, który mieszka w przewróconym na bok pitosie?
I którego Ateńczycy przezywają „Psem”, pomyślał, lecz nie wypowiedział tego na głos.
– Ten sam! – rzekł Krates. – Z nas wszystkich on właśnie zaszedł najdalej w dziele naśladowania Sokratesa poprzez ograniczenie wszelkich ziemskich potrzeb. Bardzo go szanujemy, choć uświadamia nam, jak wiele jeszcze pracy przed nami.
Wtedy właśnie ich oczom ukazało się domostwo Menandra: piętrowy, świeżo odmalowany budynek okolony przez ogród, który dopiero niedawno przestał przypominać dzikie i nieprzebyte chaszcze. Nawet drzwi pokrywała nowa farba, a ich zawiasy były dość często oliwione, by otwierać się niemal bezszelestnie. Poeta wiedział jednak, że są zablokowane od środka zasuwą – kiedy wyruszał na swoją nocną wędrówkę, kazał Selene zamknąć podwoje dla ochrony przed rabusiami.
Teraz uderzył w nie kilkakroć pięścią, po czym zawołał:
– Otwórzcie, to ja!
Po chwili usłyszał szczęk. Drzwi uchyliły się niemal natychmiast i stanęła w nich jego niewolnica – a od paru dni również kochanka. Niewysoka, szczupła, o oliwkowej cerze i sięgających ramion, lśniąco czarnych włosach. Piękne, duże, brązowe oczy były wyraźnie podkrążone, lecz na jego widok Bitynka momentalnie się rozpromieniła.
– Wróciłeś panie! Nie mogłam zasnąć z niepokoju!
Rzuciła mu się na szyję. Ramieniem otoczył jej szczupłą kibić i przygarnął do siebie. W innych okolicznościach zganiłby pewnie dziewczynę za nadmierną wylewność, czuł jednak, że filozofowie cyniccy nie będą nią zniesmaczeni. W jej pocałunku było wszystko: słodycz, radość i wspomnienie niedawnej tęsknoty. Dopiero gdy oderwali od siebie usta, dostrzegła dwoje nieznajomych za jego plecami.
– To moi goście. Są równie wygłodniali jak ja, zatem prowadź na śniadanie, Selene!
Kiedy odwróciła się do niego plecami, powtórzył niedawny gest Kratesa: wymierzył niewolnicy klapsa, od którego aż pisnęła – bardziej z zaskoczenia niż z bólu.
Sala sympozjonów, która niegdyś służyła Menandrowi za sypialnię i pokój dzienny, dzięki remontowi odzyskała dawny blask, a także swą pierwotną rolę. Ściany pokryto freskami przedstawiającymi sceny z wesela Zeusa i Hery, trzy biesiadne łoża ustawione wokół niskiego stołu lśniły nowością. Nieopodal znajdował się krater do mieszania wody z winem. Po krótkim namyśle poeta stwierdził, że poranek zapowiada się zbyt pięknie, by spędzić go we wnętrzu. Zaproponował więc, by zjedli w ogrodzie, na tyłach domu. Jego goście z ochotą na to przystali. Wspólnymi siłami wynieśli meble na zewnątrz i rozstawili je w cieniu zapewnianym przez drzewa mirtu. Następnie obydwie niewolnice, młodsza Selene i starsza Atanazja, zaczęły znosić tam potrawy: chleb, sery z koziego i owczego mleka, oliwki, a także wyciągnięte z przepastnej spiżarni szproty, sardynki i kawałki solonego tuńczyka. Wkrótce na blacie zaczęło brakować miejsca. Poeta posłał zatem dziewczęta po wino, zastrzegając, by było rozcieńczone wodą we właściwej – biorąc pod uwagę porę dnia – proporcji.
– Spróbujcie chleba! To nie jest zwykły, jęczmienny, który serwują w miejskich gospodach. Upieczono go z mąki pszennej, z dodatkiem miodu! – zachęcił młodzieniec, układając się na swoim łożu. – Ostatnio bardzo w nim zasmakowałem, choć oczywiście nie jadam takich specjałów na co dzień. Lecz moich gości nie uraczyłbym niczym pośledniejszym.
Krates i Hipparchia z ochotą zabrali się do śniadania. Znać było, że od wielu dni nie dojadali. Najwyraźniej filozofia cynicka nie popłacała. Wręcz przeciwnie – wyglądało na to, że wszyscy jej wyznawcy żyli w nędzy.
Poeta odczekał, aż małżonkowie zaspokoili pierwszy głód, po czym zagaił rozmowę:
– Jeśli dobrze zrozumiałem, wasze poglądy opierają się na jakiejś formie ascezy…
Szatynka oderwała oczy od jadła i posłała mu rozbawione spojrzenie.
– Dostrzegam ironię w pytaniu zadanym nad tymi wszystkimi przysmakami oraz wybornym winem. Wiedz jednak, że rzadko folgujemy sobie tak dalece jak dziś, gdy gościmy w twoich progach. Masz rację: Sokrates i Diogenes nauczyli nas, że zaspokajanie wszelkich pragnień ciała nie stanowi drogi wiodącej ku szczęściu oraz spokojowi umysłu. Te bowiem można osiągnąć jedynie poprzez ograniczenie żądz i dobre, cnotliwe życie.
Menander przypomniał sobie okoliczności, w których poznał parę filozofów. Nie wyglądali wówczas wcale na ludzi wolnych od pragnień ciała…
– Ograniczenie nie oznacza wyzbycia się – dopowiedział Krates, jakby czytał w myślach poety. – Jesteśmy ludźmi, nie możemy zaprzeczyć swojej naturze. Żądze należy jednak wziąć na powróz i uczynić niewolnikami, inaczej to one nas zniewolą, a potem popchną do dalszych nieszczęść. Jeśli zatem ciągnie cię do smakowitego jadła, kosztuj go sporadycznie. Jeśli gustujesz w kąpielach, niech będą one krótkie i raczej w letniej niż gorącej wodzie. Jeśli lubisz miłosne zapasy, uprawiaj je, lecz tylko z żoną…
Menander powiódł po nich zdumionym wzrokiem.
– Chcesz powiedzieć, że Krates jest ci wierny? – spytał, może niezbyt taktownie, lecz zaskoczenie sprawiło, że na moment całkiem zapomniał o dobrym wychowaniu.
Jeśli brodacz mówił prawdę, był zapewne jedynym mężem w całych Atenach żyjącym podług takich reguł.
Hipparchia wszakże nie wydawała się urażona jego wścibstwem.
– Ateńskie prawo surowo nakazuje żonie, by zadowoliła się jednym tylko mężczyzną. Czemuż nie miałoby to działać w drugą stronę?
Poeta zaczął gorączkowo szukać w myślach odpowiedzi na tak sformułowane pytanie. Niegdyś, w ogrodach Likejonu, Arystoteles wyjaśnił mu fundamentalną wagę, jaką tłumienie kobiecej rozwiązłości miało dla podtrzymania społecznego ładu. Zdrowe państwo dążyło do tego, by wymusić cnotliwe prowadzenie się zarówno panien, jak i mężatek, ponieważ majątek dziedziczono przede wszystkim po linii męskiej. Mąż musiał mieć zatem pewność, że żona była mu wierna, a potomkowie, których wydała na świat, w istocie należeli do niego i mogli po nim legalnie spadkobrać.
Jednocześnie prawo nakładało bardzo niewiele ograniczeń na męską rozwiązłość. Obywatelom Aten nie wolno było sypiać wyłącznie z żonami, synami i córkami innych obywateli. Mieli jednak swobodny dostęp do cudzoziemskich konkubin, ladacznic, heter, a także niewolników obojga płci – i chętnie z tych możliwości korzystali. W takim ujęciu małżeństwo było zatem związkiem zamkniętym i wyłącznym, ale tylko z punktu widzenia kobiety. Hipparchia zaś kontestowała ów odwieczny, uświęcony tradycją porządek rzeczy.
Młodzieniec nie znalazł odpowiedzi na jej pytanie, rzucił więc tylko:
– Przecież mężowie i niewiasty nie są tacy sami!
– Zgoda – przyznała filozofka. – Ale tak samo powinni trzymać swe pragnienia na wodzy i nie pozwalać, by nimi rządziły!
– Poza tym – wtrącił Krates – odmienność nie wyklucza równości.
Menander jeszcze wyżej uniósł brwi. Dzień był jeszcze młody, a już zdążył przynieść wiele niespodzianek.
– Wierzycie zatem w równość między płciami?
– My, cynicy, wiemy – brodacz wypowiedział słowo z naciskiem, jakby chciał dać do zrozumienia, że jego słowa nie mają nic wspólnego w wiarą – że wszyscy ludzie są sobie równi. Kobiety i mężczyźni. Arystokraci i członkowie pospólstwa. Bogaci i biedni…
– …Hellenowie i barbarzyńcy – kontynuowała Hipparchia. A kiedy do ogrodu wyszła Selene, przynosząc kolejną amforę wina, dodała jeszcze: – Wolni i niewolnicy.
Mówiąc to, posłała bityńskiej służce życzliwy uśmiech. Ta zastygła na krótką chwilę w bezruchu, zaskoczona takim przebiegiem rozmowy. Menander wyjął jej z ręki naczynie i postawił na blacie. Przelotny dotyk ich palców przywrócił dziewczynę do rzeczywistości. Szybkim spojrzeniem omiotła stół, by sprawdzić, czy czegoś nie brakuje.
– Czy przynieść więcej chleba lub sera? – spytała nieco zmieszana.
– Jeżeli będziemy czegoś potrzebowali, zawołamy – odparł łagodnym tonem poeta.
Bitynka skinęła głową, obróciła się na pięcie i na powrót zniknęła w domu. Dopiero wówczas zwrócił się do swoich gości:
– Proszę, nie napełniajcie głów moich niewolnic wywrotowymi ideami! Dopiero co je zakupiłem, wcześniej nie było mnie stać na służbę. Chciałbym nacieszyć się nimi, nim całkiem się znarowią!
Choć w jego głosie brzmiało rozbawienie, dobór słów nie przypadł chyba do gustu Hipparchii.
– Sam widzisz! – stwierdziła cierpko. – Będąc uboższym, żyłeś bardziej cnotliwie niż dziś!
Nie chcąc dopuścić do kłótni, Krates wtrącił pospiesznie:
– Wybacz mojej żonie, Menandrze. Kocham ją między innymi za gorliwość poglądów i stanowczość w ich głoszeniu, czasem jednak ponosi ją cynicki zapał. Za nic w świecie nie chcielibyśmy cię urazić, zwłaszcza w twych gościnnych progach.
Zirytowana jego interwencją Hipparchia wzięła z misy garść oliwek i cisnęła nią w męża. Próbował się uchylić, dwie trafiły go w policzek, a jedna w sam środek czoła.
– Nie ma czego wybaczać – odparł poeta, wcale nie tracąc humoru. Oto bowiem w głowie zaczynał mu się formować pomysł na nową komedię, rozmowa zaś z każdą chwilą przynosiła więcej inspiracji. – Szczerość to potrawa, której zbyt rzadko kosztujemy w Atenach. Jestem za nią wdzięczny, nawet gdy ma smak goryczy.
– Widzisz, mężu? Menander nie żywi urazy za kilka słów prawdy. Ciebie zaś proszę, byś nie próbował więcej mnie uciszać. Nie poślubiłam cię po to, byś mówił w mym imieniu.
Krates starł z policzka kroplę oliwy.
– Nawet ja czasem o tym zapominam – przyznał. – Każdego dnia walczymy o to, by nasze małżeństwo nie przypominało tego, co znamy z Aten i naszych ojczystych miast. By było wzniesione na fundamencie innym niż tradycja, ta bowiem często bywa bezrozumna, niesprawiedliwa i okrutna. Wystarczy jednak moment nieuwagi, bym znów osunął się w utarte koleiny.
– Niełatwo jest odrzucić to, czym nasiąkało się przez czterdzieści lat – rzekła koncyliacyjnie Hipparchia. – Najważniejsze, że wytrwale dążysz do poprawy. Ja zaś widzę ją i doceniam, mimo okazjonalnych potknięć oraz kroków w tył.
Przyglądający się im Menander był pod wrażeniem. Nim jeszcze sprzeczka na dobre się zaczęła, już została zażegnana. Mimo znacznej różnicy wieku jego goście zdawali się tworzyć parę bardziej zgodną, niż większość znanych mu ateńskich małżeństw.
Rozlał do kubków więcej wina.
– A zatem oboje pochodzicie spoza Aten – zagadnął. – Jak to się stało, że poznaliście się właśnie tutaj?
– A gdzieżby indziej mogło się spotkać dwoje filozofów? – Z uśmiechem spytał Krates. – Wszystkich nas ciągnie do Słońca Hellady, niczym ćmy do blasku oliwnej lampy!
– Moja rodzina wywodzi się z odległych stron. Przyszłam na świat w trackiej Maronei – uściśliła jego żona. – Ojciec należał do rządzącej miastem oligarchii i musiał uchodzić, gdy zdobyli je Macedończycy. Wywiózł jednak dość kosztowności, by na wygnaniu żyć dostatnio, no i kupić sobie honorowe obywatelstwo Aten.
– To zaś uczyniło Hipparchię jedną z najbardziej upragnionych młodych panien w mieście – ciągnął brodacz. – Jej ojciec mógł do woli przebierać w ofertach matrymonialnych. Gdyby nie okazał się tak bardzo wybredny, zapewne któryś z tych dobrze odżywionych, wypachnionych fircyków zagarnąłby moją najdroższą, zanim jeszcze zdążyłem dowiedzieć się o jej istnieniu!
– Na szczęście, kiedy on odrzucał kolejne propozycje… młodszy brat opowiedział mi o żyjącym na ulicy mędrcu, który gardzi bogactwem i drwi sobie z konwenansów. Znasz pewnie Metroklesa. Podobnie jak ty uczęszczał niegdyś do Likejonu.
– Poznałem go, choć niezbyt dobrze – skinął głową Menander. – Zniknął ze szkoły jakieś pół roku temu… Nie byliśmy jednak dość blisko, bym rozpytywał o jego dalsze losy.
– Nauki Arystotelesa i Teofrasta przyniosły mu rozczarowanie – ciągnęła swą opowieść Hipparchia. – Pragnął filozofii bardziej praktycznej, wyrażającej się codziennym czynem. Kiedy zatem przez przypadek spotkał Kratesa i poznał jego światopogląd, nie zastanawiał się długo. Zmienił nauczyciela, a wkrótce dzięki niemu i ja poznałam przyszłego męża.
– Wybredny ojciec zgodził się na wasz związek?
Menander uniósł brwi z niedowierzaniem. W Atenach to było niemal nie do pomyślenia, by to dziewczyna decydowała w takich sprawach.
– Och, stawiał zażarty opór! Poddał się dopiero, gdy zagroziłam, że odbiorę sobie życie, jeśli nie zezwoli mi poślubić wybranka. Choć sądzę, że gdzieś w głębi ducha, poczuł ulgę. Uwolniłam go od niekończących się negocjacji z zalotnikami. I od konieczności wydzielenia mi posagu, bo Krates z miejsca zaznaczył, że nie chce słyszeć o takich sprawach.
Poeta spojrzał na brodacza z podziwem. Nie miał pewności, czy sam umiałby się zdobyć na taką wspaniałomyślność.
– A zatem wszystko dobrze się skończyło. Zupełnie jak w moich komediach!
– Mieliśmy ogromne szczęście – zgodził się Krates – choć u jego źródeł legła niejedna katastrofa. Obywatele Maronei do dziś cierpią pod rządami najeźdźców. Moją ojczyznę spotkał jeszcze gorszy los…
Młodzieniec przypomniał sobie jego słowa o nieistniejącym już mieście. Nagle ich znaczenie stało się dlań całkiem jasne.
– Jesteś Tebańczykiem! – bardziej stwierdził, niż zadał pytanie.
– Jestem obywatelem świata, jak każdy filozof. Ale prawdą jest, że z Teb właśnie pochodzę. Moja rodzina była jedną z najzamożniejszych w całej polis. Młodość spędziłem w dostatku, by nie rzec luksusie, a kiedy zmarł mój ojciec, odziedziczyłem po nim pokaźną sumę. Mogłem zająć się handlem, zacząć udzielać pożyczek na procent albo zaangażować się w politykę. Nade wszystko mogłem zaś poślubić córkę któregoś z przodujących w mieście rodów i dzięki posagowi jeszcze pomnożyć swój majątek… Mogłem uczynić to wszystko, lecz przecież wiesz, jak by się to dla mnie skończyło.
Menandra zalały wspomnienia. Przed ponad rokiem, gdy komponował swój poemat o upadku Troi, wyruszył razem z przyjacielem do Beocji, żeby na własne oczy ujrzeć ruiny Teb. Wciąż pamiętał, jakie wrażenie zrobiła na nim skala zniszczeń poczynionych przez macedońskich zdobywców. Z woli króla Aleksandra w całym mieście nietknięte ostało się tylko jedne domostwo – należące niegdyś do poety Pindara. Zapewne właśnie owej wyprawie oraz inspiracji, którą przyniosła, Menander zawdzięczał drugą lokatę wywalczoną w igrzyskach poetyckich w Delfach.
– Można powiedzieć, że filozofia cynicka uratowała mi życie – ciągnął Krates. – Przede wszystkim nadając mu sens, lecz również dosłownie. Bez żalu rozdałem swój majątek i wyruszyłem w świat. Trafiłem do Aten, gdzie znalazłem nauczyciela, Diogenesa, a z czasem sam zacząłem nauczać. Dzięki temu nie podzieliłem losu rodaków.
– Tebańczyków skazano na Andrapodismos – rzekła ze smutkiem Hipparchia. – Mężczyźni poszli pod miecz. Kobiety i dzieci obrócono w niewolników.
– Wśród nich dwie moje siostry oraz kilka kuzynek. Choć próbowałem, nigdy nie udało mi się ustalić, komu i dokąd zostały sprzedane. Mogę mieć tylko nadzieję, że trafiły w ręce łaskawych panów.
Zapadło milczenie. Młodzieniec rozlał resztę wina i uniósł swój kubek do ust. Nagle poczuł się bardzo spragniony i paroma łykami opróżnił naczynie.
– Boleję nad nieszczęściem twej rodziny, Kratesie – powiedział, gdy tylko otarł wargi z resztek wilgoci. – I nad zagładą ojczystego miasta.
A kiedy brodacz podziękował mu skinieniem głowy, dodał:
– Doprawdy, nie wiem, co bym uczynił, gdyby podobny los spotkał Ateny!
– Pisałbyś swoje komedie w Koryncie lub Milecie! – odparła z przekonaniem Hipparchia. – Talent taki jak twój rozkwitnie w każdej glebie!
– Nie sądzę… Czuję się związany z tym miejscem, z żyjącymi tutaj ludźmi. Ich radości, smutki, a nade wszystko przywary są dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji. Może tym właśnie różnią się poeci od filozofów? My karmimy się ludzkimi historiami, wy zaś – wyższymi ideami. Jedno jest pewne: by o tym mówić, potrzeba nam więcej wina! Selene!
Bityńska niewolnica pojawiła się niemal natychmiast, jakby czekała na jego wezwanie. Nie niosła jednak w rękach amfory. Na jej urodziwej twarzy malował się niepokój.
– Panie, przybył posłaniec.
Nie było w tym nic dziwnego. W progach domu Menandra często stawali słudzy prominentnych obywateli, niosący wiadomości od swoich panów. Zwykle od tych, którzy zlecali mu układanie przemówień, choć nie tylko. Kilka miesięcy temu młodzieniec miał swój skromny udział w zażegnaniu kryzysu politycznego, który groził Atenom wybuchem wojny domowej. Od tego czasu został dopuszczony do grona miejskich znakomitości takich, jak Demostenes, Hiperejdes, Ejschines czy sam Fokion. Mężów, którzy nie potrzebowali wcale jego pisarskich talentów, lecz chętnie widzieli go w swym otoczeniu, na agorze czy podczas sympozjonu.
Poeta oderwał się od przemyśleń i uświadomił sobie, że Selene wciąż nie przekazała najważniejszej informacji.
– Od kogo ten posłaniec?
Dziewczyna opuściła spojrzenie na wiosenną trawę.
– Od Polikseny, mój panie.
Ach, więc dlatego zachowywała się tak dziwnie! Poliksena była nową gwiazdą wznoszącą się na ateńskim firmamencie. Heterą, przybyłą przed paroma miesiącami z Mityleny na wyspie Lesbos, gdzie już zdążyła zyskać sobie niemałą sławę, nie tylko olśniewającą urodą, lecz także słynnymi bankietami, które gromadziły elitę lokalnych myślicieli, polityków i artystów. W końcu jednak porzuciła ojczyznę Safony, gdzie mężczyźni całowali ślady jej stóp, i podobnie jak większość jej słynnych koleżanek po fachu, dała się uwieść splendorowi Słońca Hellady.
Jak dotąd Menander miał okazję ją podziwiać tylko z daleka – w amfiteatrze czy przypadkiem, gdy przechadzała się w orszaku niewolnic pośród straganów. Nie miał pojęcia, że w ogóle była świadoma jego istnienia. A jednak – wysłannik hetery stał u jego wrót. To wystarczyło, by Selene stała się niespokojna i zazdrosna. Menander był jednak zbyt zaintrygowany, by przejmować się emocjami swojej służki.
– Nie każmy mu zatem czekać na ulicy! – zawołał. – Przyprowadź go tutaj. I przynieś więcej wina. Zmieszanego w tej samej proporcji, co poprzednio.
Niebawem posłaniec wkroczył do ogrodu i natychmiast zgiął się w pełnym szacunku ukłonie. Okazał się mężczyzną zapewne tylko parę lat starszym od Menandra. Jego twarz była jednak całkiem gładka, w przeciwieństwie do oblicza poety, pokrytego już pierwszym zarostem, z którego był bardzo dumny i miał nadzieję wyhodować kiedyś brodę. Odziany był dostatnio, w chitoniskos z przedniej wełny, odsłaniający lewe ramię. Jeśli był niewolnikiem, to najwyraźniej cenionym i godziwie traktowanym.
– Bądź pozdrowiony, prześwietny Menandrze – zaczął z emfazą. – Natchniony poeto, którego komedie przyniosły mojej pani, nadobnej Poliksenie, wiele radości. Dotąd znała je tylko z krążących po Helladzie transkrypcji, streszczeń i omówień, ma jednak nadzieję, że teraz, gdy już na dobre rozgościła się w Atenach, będzie jej dane ujrzeć w Teatrze Dionizosa twoje nowe sztuki. Dlatego wznosi w twej intencji, obok zwyczajowych modlitw o zdrowie, również suplikę do błogosławionych muz o to, by zawsze hojnie obdarzały cię natchnieniem!
Młodzieniec zaniemówił, szczerze zaskoczony przemową. Hipparchia posłała mu uśmiech całkiem wyzbyty tak charakterystycznej dla niej ironii. Krates tymczasem skinął posłańcowi głową, jakby uznając jego misję za godną pochwały. Ten zaś najwyraźniej nie miał zamiaru hamować potoku słów, które wylewały się z jego ust:
– Zarazem moja pani, mądra Poliksena, życzy sobie poznać nie tylko twórczość genialnego poety, lecz i kryjącego się za nią mężczyznę. Wielce ją intrygujesz, panie. Nie ma dnia, by pogrążona w lekturze twoich dzieł, nie zawołała nagle: „Kimże jest ten Menander? Muszę się dowiedzieć!” Dlatego też pragnie zaprosić cię na pierwszy organizowany przez siebie sympozjon w Atenach. Odbędzie się on dziś o zmierzchu, w jej rezydencji położonej na wschodnich stokach Wzgórza Nimf. A ponieważ tak nadzwyczajny człowiek jak ty, panie, ma z pewnością równie niezwykłych znajomych, możesz sprowadzić ich ze sobą. Moja pani nie wątpi, że dokonasz słusznego wyboru!
Posłaniec ukłonił się ponownie, dając w ten sposób znak, że już skończył. Tymczasem Menander zdołał już nieco ochłonąć. Po prawdzie on również był ciekaw przybyszki z Lesbos. Mimo to był świadom, że nie powinien jej słudze okazywać nadmiernej skwapliwości. Dlatego jeszcze przez parę chwil milczał tajemniczo, układając sobie w głowie treść odpowiedzi.
– Przekaż swojej pani – rzekł wreszcie, pozwalając sobie na łaskawy uśmiech – że jestem wdzięczny za zaproszenie i o umówionej porze stawię się w jej progach. Może spodziewać się, że przyjdę z dwojgiem przyjaciół. Jestem pewien, że ich obecność również ją uraduje.
– Powtórzę twoje słowa, panie – odparł posłaniec i po raz trzeci złożył mu pokłon. – Moja pani, łaskawa Poliksena, będzie wyczekiwać waszego przybycia. Do tego czasu bywaj w pomyślności i zdrowiu!
Odwrócił się na pięcie i energicznym krokiem opuścił ogród. Selene pobiegła za nim, by dopilnować, by trafił do wyjścia. Przez pewien czas wśród śniadających panowała cisza. Przerwał ją Krates.
– Słyszałem o tej Poliksenie. Od jakiegoś czasu agora aż huczy od plotek na jej temat. Ponoć jest nie tylko piękna, lecz również elokwentna, jakby pobierała nauki od najwybitniejszych sofistów. Oprócz typowych dla jej profesji zamiłowań, jak śpiew i taniec, kocha się również w poezji oraz filozofii.
– Dużo o niej wiesz, mój mężu – wtrąciła z rozbawieniem Hipparchia. – Ktoś bardziej nieufny niż ja mógłby zacząć podejrzewać, że celowo nadstawiasz uszu na poświęcone jej rozmowy!
– Nie przeczę! Zaiste, chętnie bym z nią pomówił. Pomyśl, droga żono, co by się stało, gdybym przekonał kogoś takiego do wstąpienia na drogę cynickiej cnoty!
– Hetera wyznająca nasz światopogląd? Dobrowolnie ograniczająca swoje potrzeby, pozbywająca się prezentów otrzymanych od adoratorów, by w końcu ich również porzucić w imię okiełznania cielesnych pokus? Wyobrażasz sobie Poliksenę żyjącą tak jak my? Nocującą w portykach i żywiącą się czym popadnie? A może mieszkającą w wywróconym pitosie, jak Diogenes?
– Nie wierzę, by zdecydowała się na tak radykalną przemianę – przyznał brodacz. – Tym niemniej, warto byłoby spróbować. Ponoć Arystoteles wykładał filozofię samej Fryne, królowej ateńskich heter. A przecież wiesz, co on myśli o zdolnościach intelektualnych niewiast. Dlaczegóż Poliksena nie miałaby się okazać równie pojętną uczennicą?
Menander przysłuchiwał się tej wymianie z coraz szerszym uśmiechem.
– Przekonałeś mnie, Kratesie! – zawołał nagle, unosząc ramię w teatralnym geście. – Umożliwię wam rozmowę z przybyszką z Mityleny! Będziecie mieć cały wieczór na przekonanie jej do waszych racji!
Hipparchia zwróciła ku niemu spojrzenie.
– A więc dlatego oznajmiłeś posłańcowi, że przyjdziesz z dwojgiem przyjaciół! Zaskoczyłeś mnie tym „dwojgiem”, bo o ile mi wiadomo, na sympozjony, prócz heter, pornai i flecistek chadzają wyłącznie mężczyźni…
– Jeszcze jeden konwenans, który należy odrzucić! – odparł z przekonaniem poeta. – Czyż nie tym właśnie parają się cyniccy myśliciele?
– Tak jest w istocie – brodacz skinął głową. – Pojawienie się na bankiecie nas, męża i żony, wywoła pyszny skandal! Z gatunku takich, które dają ludziom do myślenia o przebrzmiałych zwyczajach i bezrozumnych prawach.
– Szybko zapaliłeś się do tego pomysłu! A czy pomyślałeś, w czym udamy się na tę ucztę? Nasze ubrania są podniszczone i brudne… – Hipparchia ripostowała tak pospiesznie, że zupełnie nie zauważyła, iż zaczęła rozumować jak stateczna ateńska matrona. – Służba Polikseny przegna nas jak nędzarzy, którymi zresztą jesteśmy!
– Nie przegna, bo będziecie ze mną – zapewnił z całą mocą Menander. – A co do stanu waszego odzienia, może uda się na to coś poradzić. Rozkażę Atanazji, by wyprała ubrania i rozłożyła je na słońcu. Dzień zapowiada się pogodnie, bez trudu zatem wyschną do wieczora. Może nawet starczy czasu, by w kilku miejscach je zacerować.
– Tym zajmę się sama – zastrzegła szatynka. – Nie chcę być we wszystkim wyręczana, zwłaszcza przez niewolnicę.
– Domyślam się, że nie macie stroju na zmianę – ciągnął poeta. – Dlatego zapraszam, byście na czas prania i suszenia zatrzymali się tutaj. Mam wygodny pokój gościnny, który chętnie oddam wam do dyspozycji! A żebyście się nie nudzili, poślę wam również amforę tego wina, które właśnie niesie Selene!
– Jak moglibyśmy odmówić tak hojnej propozycji? – odparł, wyraźnie zapalony do całego pomysłu Krates.
Wobec takiego obrotu sprawy sceptyczna z początku Hipparchia nie stawiała dłużej oporu. Tak uchwalono wspólną wyprawę na sympozjon u Polikseny.
* * *
Menander wydał niewolnicom polecenia. Selene odprowadziła małżonków do komnaty gościnnej. Niebawem wróciła bez dzbana z winem, zamiast niego niosąc w rękach ich odzienie. Była zarumieniona; najwyraźniej z typowym dla nich brakiem pruderii zrzucili szaty w jej obecności. A może nawet, wiedzeni pożądaniem, posunęli się dalej. Poeta nie podejrzewał wszakże, by próbowali wciągnąć służkę do igraszek we troje. Ufał słowom Kratesa: „Jeśli lubisz miłosne zapasy, uprawiaj je, lecz tylko z żoną.” Tym niemniej Bitynka wyglądała na mocno zmieszaną.
Czym prędzej przekazała swoje brzemię Atanazji, która przyjrzała mu się z nieskrywaną odrazą. Nigdy jeszcze nie musiała prać tak lichych i zaniedbanych ubrań. Mimo to zabrała się do pracy i jej pan nie wątpił, że wykona ją sumiennie.
Tymczasem Ateńczyk wziął Selene za nadgarstek i nie mówiąc już ani słowa, pociągnął za sobą. Zarwana noc zaczęła już dawać mu się we znaki. Wieczorem zaś, na sympozjonie u Polikseny, winien być w pełni sił, zarówno cielesnych, jak i umysłowych. W celu ich regeneracji zamierzał przespać większą część dnia. Nim jednak uda mu się ta sztuka, najpierw musi doprowadzić się do krańcowego wyczerpania. Znał tylko dwa sposoby, by to osiągnąć – jeden znacznie przyjemniejszy od drugiego. A poza tym, gimnazjon znajdował się zbyt daleko.
– Czy nie powinnam wpierw posprzątać po śniadaniu?
Bitynka próbowała oponować, bardziej z poczucia, że tak właśnie czynią cnotliwe dziewczęta, niż z niechęci do tego, co miało się wydarzyć. W ciągu paru nocy, które ze sobą spędzili, przekonała się przecież, jak bardzo potrafi być namiętna i ochotna.
– Później, czarnulko – odparł pieszczotliwie, przekraczając próg swojej alkowy. – Teraz mam dla ciebie bardziej naglącą powinność!
– Jak sobie życzysz, mój panie – uległa z chęcią.
Gdy zwrócił się ku niej i ramieniem ujął jej talię, bez dalszych oporów splotła mu ręce na szyi i nadstawiła usta na pocałunki. Z czego zaraz skwapliwie skorzystał. Drugą rękę wsunął w kruczoczarne włosy służki i mocniej przyciągnął ją do siebie.
Przez dłuższą chwilę wpijał się w słodkie wargi, nim wreszcie wsunął między nie język. Selene przyjęła go z cichym westchnieniem, a wkrótce wyszła mu naprzeciw. Śmiało jak na dziewczynę, która przed kilkoma ledwie dniami utraciła swe dziewictwo! Oczywisty brak doświadczenia nadrabiała entuzjazmem, co wciąż ujmowało Menandra za serce.
Nagle poczuł, że oddziela ich od siebie zbyt wiele warstw tkanin. Sięgnął zatem do wiązań na ramieniu Bitynki. Jej ręce powędrowały w dół, do brzegu jego tuniki. Rozdziewali się nawzajem, coraz bardziej niecierpliwi. Niebawem peplos zaczął osuwać się w dół, odsłaniając wiotkie ciało. Poeta pospiesznie zsunął odzienie przez głowę i odrzucił gdzieś za siebie.
Łoże stało nieopodal. To był świeżo zbity, zakupiony po ukończeniu remontu mebel, który zastąpił swego rozpadającego się już poprzednika. Zaścielało je lniane prześcieradło. Luksus rzadko spotykany w ateńskich domach. I jeszcze rzadziej dostępny dla niewolnic. Menander z rzadko spotykaną w jego wieku delikatnością ułożył Selene na posłaniu. Popatrzył z góry w brązowe oczy. Ujrzał w nich pragnienie równie silne jak to, które sam odczuwał. Uniósł do ust dłoń. Nie przerywając kontaktu wzrokowego poślinił dwa palce, wskazujący i środkowy, a potem sięgnął w dół, między smagłe uda. Pierwszą wilgoć poczuł już na płatkach okalających srom. To skłoniło go do głębszej eksploracji. Wnętrze wprost ociekało miłosnymi sokami. Dziewczyna zadrżała, a z jej ust dobył się cichy jęk.
Nie czekając dłużej, poeta wycofał palce. Lecz wnet ich miejsce zajęła jego dumnie wzwiedziona męskość. Wchodził powoli, krótkimi pchnięciami, pozwalając służce przywyknąć do swego kształtu i rozmiaru. Opuściła powieki, może z przyjemności, a może z nagłego zawstydzenia. Rozchyliła lekko wargi. Czuł drobne dłonie przeczesujące mu włosy i gładzące plecy. Wsłuchany w kolejne westchnienia, zanurzył się w niej w pełni, dotarł najgłębiej, jak potrafił. Znów docisnął swe usta do jej i poczuł, że odwzajemnia pocałunek. To zachęciło go do szybszych i mocniejszych sztychów. Biodra młodzieńca unosiły się i opadały, członek aż po nasadę zanurzał się w rozkosznej ciasności.
W pewnym momencie, w miłosnym uniesieniu, w głowie Menandra zaświtała niepokojąca myśl: Po co mi ta Poliksena, skoro mam tutaj, we własnym domu, kochankę tak hojną i uroczą? W dodatku całkiem wolną od próżności i pychy, przywar niemal każdej hetery… Czyż romans z Fojbiane o słodkim uśmiechu niczego go nie nauczył? Dlaczego pędził wciąż za niedościgłymi mirażami, skoro na wyciągnięcie ręki miał dziewczynę z krwi i kości, nie tak wykwintną i wysmakowaną, lecz za to lojalną i szczerą?
Dłonie Bitynki sunęły po wilgotnym od potu grzbiecie, aż spoczęły na pośladkach młodzieńca. Palce zacisnęły się na nich. Teraz przy każdym pchnięciu przyciągała go ku sobie, jednocześnie wypełniając mu uszy melodią spazmatycznych jęków. Poeta coraz silniej pracował biodrami, czując, jak przyjemność wciąż wzmaga się i wzmaga. Był pewny, że to już nie potrwa długo… lecz myśl raz zrodzona, nie dawała mu spokoju. Czemu, ach czemu, przyjął zaproszenie na sympozjon? Przecież znajomość z kolejną ladacznicą wcześniej czy później zakończy się rozczarowaniem… Na własne oczy widział także, jak Selene drży z niepokoju na sam dźwięk imienia rywalki. Czy gotów jest poświęcić to, co tak chętnie mu ofiarowała?
Potem spieniona fala rozkoszy nakryła owe rozważania i utopiła je w swej kipieli. Ciałem Menandra wstrząsnął silny dreszcz. Usta rozwarły się do krzyku. W beztrosce szczytowania zapomniał nawet o tym, by w porę wysunąć się z pochwy Selene. Zamiast zrosić nasieniem drżący brzuch i pokryte ciemnym meszkiem łono, raz po raz wytryskiwał głęboko między jej udami. Ona zaś wcale nie zamierzała przypominać mu o roztropności. Przeciwnie, jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na pośladkach kochanka i dociskała za nie ku sobie.
Kiedy w końcu wysunął się z Selene i przyjemnie zmęczony opadł na pościel obok niej, nie miał już sił do roztrząsania swoich decyzji i wyborów. Wreszcie zaczęła go ogarniać upragniona senność. Opuścił powieki i uśmiechnął się błogo. Tego było mu potrzeba… Przez parę chwil miał jeszcze świadomość, że niewolnica gładzi go pieszczotliwie po torsie, szepcząc czułe słówka. Następnie uniosła się z łoża, zapewne po to, by wrócić do swych obowiązków. Tak bardzo pracowita i sumienna… Gdyby nie cudzoziemskie pochodzenie, stanowiłaby dobry materiał na żonę.
– Zbudź mnie, gdy słońce zacznie chylić się ku zachodowi… – wymamrotał, a przynajmniej tak mu się zdawało.
Ostatnim, co usłyszał przed odpłynięciem do królestwa Morfeusza, były ciche, oddalające się kroki.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.



Blog Comments
Megas Alexandros
2026-08-13 at 20:16
Dobry wieczór!
Mam przyjemność zaprezentować Wam kolejny odcinek Przygód Menandra. Co tu dużo ukrywać… początkowo planowałem, że trzy składające się na całość części „Agora”, „Dom” i „Uczta” ukażą się w krótkich, maksymalnie miesięcznych odstępach… no ale jak zwykle wmieszało się realne życie i ostatecznie tak się nie stało. Liczę jednak na to, że „Uczta” pojawi się tu jeszcze w tym roku. Trzymajcie kciuki.
Jak zawsze pragnę podziękować Arei Athene, która robi korekty mojej pisaninie. Tym razem uczyniła to w wyjątkowo trudnych okolicznościach, tym większa więc dla niej chwała. Jak mawiali starożytni Grecy, kydos!
Pozdrawiam
M.A.
-
2026-08-19 at 17:40
Witaj Aleksandrosie, kiedy kolejne części Odysei i Babilońskiej Niedoli?
Megas Alexandros
2026-08-19 at 19:38
Witaj, o Bezimienny!
Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za miesiąc i za dwa miesiące 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Nefer
2026-08-20 at 08:23
Uroczy obrazek z codziennego życia w miarę zamożnych obywateli Aten, w którym zawierasz nadto wiele konkretnych wiadomości o obyczajach, systemach filozoficznych, polityce starożytnych Greków. Interesujące, intrygujące i ciekawie podane.
Megas Alexandros
2026-08-20 at 10:00
Witaj, Neferze,
takie właśnie było moje zamierzenie, by „Przygody Menandra” stały się cyklem mniej sensacyjnym i przygodowym, lecz raczej skupiły się na codziennym życiu mieszkańców Hellady, ich obyczajowości i sposobie patrzenia na świat. Trochę jak we współtworzonym przez samego Menandra gatunku dramatycznym, czyli nowej komedii ateńskiej. Będzie tu miejsce na to wszystko, na co często brakuje w innych moich pracach.
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-08-21 at 14:11
Szkoda, że nie starczyło miejsca na opis kolejnych igraszek Kratesa i Hipparchi (swoją drogą to w końcu brunetka czy szatynka? 🤔), ale całość jest naprawdę przeurocza i zdecydowanie rozkręciła się w stosunku do pierwszej części, która była tylko skromnym preludium. Coś czuję, że finał nie zawiedzie…
Uśmiechy
A.
Megas Alexandros
2026-08-21 at 14:48
Dzięki za spostrzegawczość, Aniu! Hipparchia jest szatynką. Już poprawiłem to w tekście 🙂
Jej igraszki z Kratesem znalazły się w poprzedniej części, więc teraz, musząc dokonać wyboru, którą scenę opiszę, zdecydowałem się na Menandra i Selene.
Myślę jednak, że w finale para filozofów będzie mogła ponownie zabłysnąć. A kto wie, może nawet ich światopogląd zostanie poddany niełatwej próbie!
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-08-21 at 15:08
Szczerze mówiąc liczę na tę próbę – ostatecznie równouprawnienie może przybierać różne formy 😉
Megas Alexandros
2026-08-22 at 22:04
W starożytności trudno mówić o jakkolwiek rozumianym równouprawnieniu – ale faktycznie ateńska hetera, na spotkanie której niebawem się udadzą, jest zapewne najbardziej swobodną kobietą w mieście…
Czym skończy się ta konfrontacja? Mam nadzieję, że starczy mi talentu oraz przychylności Muz, by dobrze to opisać 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-08-24 at 11:46
Jak zawsze wszystko spoczywa na barkach kobiet! 😉
Trzymam zatem kciuki za Muzy…
Uśmiechy
A.