
Źródło: Pixabay
Inspektor Krzemiński
– Dobra Młody! – Inspektor Krzemiński ostatni raz omiata wzrokiem ogród. – Potrzebujemy namiary na dzieci Traczewskiego, Marzenę i Szymona. Najlepiej, żeby przyszli złożyć zeznania na komendę, skoro i tak będą wybierać się na identyfikację. Trzeba dowiedzieć się, co to za jedna ta jego kochanka, czy mogła mieć jakiś motyw, i czego chcieli ci z CBA. Stawiałbym, że tu jest pies pogrzebany, pewnie pizduś mógł zaszkodzić komuś większemu.
– Potencjalny podejrzany? – Młodszy kolega nieśmiało podnosi głowę znad notesu. Może być ciekawie, o ile oczywiście zgon nie nastąpił z przyczyn naturalnych lub w konsekwencji nieszczęśliwego wypadku. Wreszcie coś nowego… ambitnego?
– Za dobrze by było. Jeśli zdechlak wplątał się w jakąś większą aferę, możemy nigdy się niczego nie dowiedzieć, ale bądź czujny. – Żwawym krokiem opuszczają posesję, kierując się do nierówno zaparkowanego radiowozu. Inspektor się krzywi, prawdziwy pedant z niego. – Monitoring miejski. – Rozgląda się wkoło, sięgając ręką ku klamce. – Na tej ulicy nie ma kamer, ale wjazd na osiedle dałoby się sprawdzić. W nocy, w środku tygodnia poza mieszkańcami pewnie niewiele osób się szwenda. Podczas przesłuchań, jeśli rzecz jasna do nich dojdzie, poprosiłbyś też sąsiadów o nagrania obejmujące ulicę. Tylko psia mać, pamiętaj, każda informacja na wagę złota!
– Się wie!
Już nie raz oberwał, bo zapomniał przekazać notatkę zapisaną na jakimś małym karteluszku, podobno pilną i podobno ważną, ale przecież zupełnie niezrozumiałą, jakby była autorstwa zalanego w czarnoziem szaleńca. Ostatnim razem nic się tam nie trzymało ni kupy, ni dupy, o mało nie zmiętosił przeklętego świstka i nie wyrzucił do kosza, cudem jednak znalazł się pod listą chętnych na popijawę integracyjną i wpadł w łapska Brygidy, starej wampirzycy z pazurami godnymi Nosferatu i sztuczną szczęką zamiast naturalnych kłów. Ten babsztyl zawsze przyprawia go o ciarki, niczym zjawa wychodzi ze ściany w najmniej oczekiwanym momencie, tym swoim skrzekliwym głosem żądając niewykonalnego. Mimo sześćdziesiątki na karku, być może dzięki magicznym sztuczkom lub zmyślnym rusztowaniom, nadal ma nienaganną figurę, idealnie pasując do określenia: z tyłu liceum, z przodu muzeum, upudrowana morda z nadmiarem obwisłej pomarszczonej skóry w najlepszym razie przypomina bowiem mopsa, a czerwona szminka na ustach wykrzywionych w zgryźliwym grymasie wygląda karykaturalnie.
Cholera, wzdryga się na samo wspomnienie, pewnego dnia, idąc za nią na komendę, wpatrując się w mały, zgrabny tyłeczek i chude nogi w czarnych szpilkach z czerwoną podeszwą, pomyślał nawet, że by ją wyruchał. Tak solidnie, od tylca, opartą o ścianę albo biurko. Specjalnie zwolnił kroku, żeby dłużej delektować się kuszącym widokiem i snuć nierealne fantazje – nigdy nie zdobył się na zaczepienie atrakcyjnej laseczki, a ze swoją hiperkatolicką żoneczką uprawia jedynie seks na misjonarza – ale Brygida niestety zatrzymała się przed wejściem i zaczęła grzebać w mikrotorebeczce w poszukiwaniu ulubionych, perfumowanych minicygar. Kiedy zobaczył pomarszczoną twarz z grubą warstwą jaskrawej tapety, momentalnie go zemdliło. Problem w tym, że wyposzczony, w ciągu dnia zaczął zastanawiać się, czy jednak, mając okazję, nie skorzystałby. Nie muszą przecież patrzeć sobie w oczy, w ogóle może nie patrzeć na jej wampiryczną twarz, wystarczy, że chwyci w dłonie dupę i zapakuje…
Opamiętał się dopiero po zwaleniu konia w kiblu. Jak jakiś szczeniak! Gówniarz, wysyłający dzieci nad morze! Po prostu żenada… Gorzej mogłoby być tylko, gdyby rozniosło się po komisariatach, że posuwał takie próchno. Przecież to wstyd, nawet jeśli ma apetyczny zadek. Teraz za każdym razem widząc ją, czuje niesmak – prawie jak po wylizaniu stuletniej patelni z resztkami prehistorycznego żarcia.
Samochód prowadzi mechanicznie, trasę zna przecież na pamięć, całe miasto jest jego piaskownicą – zaleta bycia gliniarzem.
– Obudź się! – Do porządku przywołuje go ostry głos inspektora Krzemińskiego, szarpiącego za kierownicę. – Do cholery!
O mało nie przejechałby psa, pospolitego kundla, być może bezpańskiego, po którym nikt by nie zapłakał, ale przecież policjantowi na służbie nie wypada. Do tego radiowozem! Zwalnia.
– Zatrzymaj się – głos przełożonego nie pozostawia wątpliwości, że się doigrał. Zupełnie nieprzytomnie obserwuje, jak tamten wysiada i okrąża samochód, po czym otwiera drzwi od strony kierowcy. – Wysiadaj!
Posłusznie wykonuje rozkaz. Znowu dał dupy. Wiecznie rozkojarzony. Tylko czekać, aż Krzemiński złoi mu skórę. Oby nie skończyło się kiedyś dyscyplinarką. Stara nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby dostał po kieszeni, liczy każdy grosz i wiecznie jej za mało. Wolałaby, żeby do końca życia był suszącym miśkiem. Kto to widział ambicję i samorozwój? Mężczyzna ma utrzymać rodzinę, harować jak wół, dopóki nie padnie i nawet lodzik mu się w nagrodę nie należy. Ech, za dawnych czasów się działo! Zawsze jakiś ssak leśny trafił się na polowaniu…
– Czy ty słuchasz, co do ciebie mówię? – Wywrzeszczane pytanie wdarło się brutalnie we wspomnienia, niczym gwałciciel w dziewicze łono. Na to konkretne ma alergię, tak często słyszy je z ust żony, szefowi jednak nie odważyłby się tego powiedzieć.
– Przepraszam – bąka, licho wie który już raz tego dnia. Debil, naprawdę debil z niego. Skończony debil.
– Wiesz co Młody? Wysiadaj! – Inspektor gwałtownie hamuje. – Przespaceruj się, może oprzytomniejesz.
Nie śmie odmówić wykonania nawet równie idiotycznego polecenia. Wysiada.
Marzena
Niepozorna szatynka z włosami spiętymi na karku w kucyk niemal mdleje podczas identyfikacji zwłok. W pełni umundurowany policjant pomaga zachować jej równowagę, czuje przy tym pełen ciężar wiotkiego ciała.
– Wszystko w porządku? – pyta idiotycznie.
– Nie… oczywiście, że nie… – jest zadziwiająco szczera, choć przecież większość ludzi automatycznie by potwierdziła. Wie coś o tym, często ma do czynienia z poszkodowanymi.
Przygląda jej się uważnie, jest blada i umęczona, co jednak nieumalowanej twarzy wcale nie odbiera uroku. Nigdy nie był dobry w szacowaniu wieku, tej drobnej kobietce nie dałby nawet osiemnastu lat, a przecież przyszła z pięcio- może sześcioletnią dziewczynką. Podobno córką. Mała czeka teraz na korytarzu w towarzystwie podoficer Malinowskiej. Jest śliczna z tymi swoimi drobnymi loczkami i ogromnymi oczami, bardzo podobna do matki, choć chciałoby się raczej powiedzieć, że do starszej siostry.
Na pierwszy rzut oka mógłby stwierdzić, że oglądanie zdeformowanych przez upadek zwłok ojca okaże się ponad siły Marzeny, wydaje się taka delikatna, nieśmiała i zamknięta w sobie, wręcz wycofana. Wystraszona. Sprawia, że chciałoby się nią zaopiekować. Co to za brat, który zostawia siostrę samą w takiej sytuacji? Przecież trzeba nie mieć serca… wręcz być skurwielem.
Niewiele udało im się ustalić na temat Szymona Traczewskiego. Kilka razy zmieniał kierunek studiów, na żadnym nie goszcząc dłużej niż rok, obecnie też jest tuż przed wylaniem z europeistyki. Nigdy nie pracował, ale mieszka w drogim, należącym formalnie do ojca, apartamencie i jeździ robiącą wrażenie Mazdą MX należącą do firmy leasingowej, z którą umowę ma spółka akcyjna teoretycznie w żaden sposób niepowiązana z rodziną. Najprawdopodobniej od czterech dni nie pojawił się w mieszkaniu, telefonu nie odbiera lub, najczęściej, jest poza zasięgiem. Siostrze najwyraźniej również zniknął z oczu, chyba, że jego nieobecność można wytłumaczyć inaczej. Jakimś konfliktem? Rodzinnymi niesnaskami?
Niemniej identyfikacja dokonana przez Marzenę powinna wystarczyć, i tak nikt nie ma wątpliwości, o kogo chodzi, połowa twarzy zachowała się nietknięta, można porównać ją ze zdjęciami z prasy i internetu, pół miasta rozpoznałoby denata. Tyle, że przesłuchać woleliby oboje. Okoliczności śmierci nie są jasne, a mieli klucze i wiedzę potrzebną do wyczyszczenia monitoringu. Mało tego, zapewne właśnie oni mogli najwięcej zyskać na śmierci tatusia.
– Zechce pani porozmawiać teraz z moimi kolegami, czy woli się pani umówić na inny termin? – pytał łagodnie, choć wie, że inspektor Krzemiński nie lubi czekać.
– Nie wiem… chyba… – Nie dałby głowy, że dotarło do niej, o czym ma zdecydować. – Teraz… niech będzie teraz… – szepcze zrezygnowanym tonem. – O ile mogę z kimś na chwilę zostawić Zuzkę.
– Oczywiście, proszę się nie martwić. – Wskazuje na koleżankę zapatrzoną w małą niczym w święty obrazek.
Marzena się uśmiecha, jej córeczka umie zjednywać sobie ludzi i jest bardzo żywiołowym, pogodnym dzieckiem, tak różnym od niej samej.
Droga na komendę zajmuje im dobre dwadzieścia minut, przez które dziewczynce ani na moment nie zamyka się buzia. Zadaje dziesiątki pytań dotyczących radiowozu, umundurowania i pracy w policji, a co najdziwniejsze, stróże prawa odpowiadają na nie cierpliwie, w sposób adekwatny do wieku. Marzena przez moment zastanawia się tylko, dlaczego przewożą dziecko bez fotelika. To największa zmora, kiedy nie ma się własnego samochodu, nikt cię nie podwiezie, bojąc się mandatu. Ojciec oczywiście chciał im sprezentować nowiuteńką Toyotę, ale nie przyjęła prezentu, mimo że podobno nie mógł go już zwrócić. Zresztą kto wie, czy nie kłamał – zdarza mu się nagminnie. Zdarzało…
Niedawno docieplony budynek z zewnątrz robi całkiem przyjazne wrażenie, w środku panuje jednak totalny nieład. Lamperia rodem z minionej epoki odłazi płatami od ścian, zepsute świetlówki nieprzyjemnie migają, bucząc do tego i trzeszcząc, krzesła skrzypią złowrogo, każdy mebel jest z innej parafii, spora część pamięta czasy PRL-u. Nijak nie przypomina to wymuskanych komisariatów z seriali telewizyjnych. Nijak. Otoczenie sprawia, że Marzena jeszcze bardziej kuli się w sobie. Chce uciec. Zuzki jednak nie zniechęca, ona widzi tylko kolejny nowy świat do odkrycia, kolejnych ludzi, których serca można podbić.
Wchodzą do pokoju z dwoma metalowymi biurkami ustawionymi tyłem do okna a przodem do drzwi. Na obu stoją komputery wyglądające wręcz na zabytkowe, z opasłymi, rzadko już spotykanymi monitorami. Na szafce w kącie kurzy się nawet maszyna do pisania, obok żółknie wyraźnie zaniedbany kwiatek i stygnie czyjaś kawa w wyszczerbionym kubku.
– Dzień dobry. – Ponury mężczyzna odrywa się od papierów i wstaje, niedbałym gestem jednocześnie wita i odgania swojego kolegę.
– Chodź, porysujemy. – Ten schyla się do Zuzi, bierze ją za rękę i wyprowadza z pomieszczenia. Mała z entuzjazmem podąża za nim, zapewne nie tylko dlatego, że lubi rysować (szczególnie upodobała sobie baśniowe, różowe kucyki oraz drzewa z olbrzymimi kwiatami, też najczęściej różowymi), ale również dlatego, że każdy nowy znajomy jest niebywałą atrakcją, najfajniejszą zabawką świata, szczególnie, kiedy poświęca jej całą swoją uwagę.
Zostają sami. Marzena wzdryga się, mężczyzna nie sprawia wrażenia przyjaznego. Szerokie ramiona, mimo lekkiego przygarbienia i twarzy pooranej zmarszczkami, emanują siłą; przenikliwe, bladobłękitne oczy niejedno zapewne już widziały, niezdolne do współczucia i pozbawione sentymentów; szeroko rozstawione nogi z czubkami znoszonych butów skierowanymi ku zewnętrznej stronie każą sądzić, że ich właściciel twardo stąpa po ziemi, ostry w osądach i brutalny w wymierzaniu sprawiedliwości.
– Krzemiński. – Wyciąga dłoń, lustrując przy okazji drobną sylwetkę. Kobieta zdobywa się na odwagę i spogląda mu prosto w oczy.
– Marzena Traczewska. – Jej uścisk jest łagodny i niezdecydowany. Czyżby przywykła raczej do pocałunków? – przechodzi staremu inspektorowi przez myśl. W końcu to elita. Tylko, biorąc pod uwagę stan konta denata, czemu nie przypomina małej księżniczki? Raczej kopciuszka…
– Proszę usiąść. – Wskazuje miejsce. Krzesło jest w miarę nowe, metalowe, z siedziskiem obitym sztuczną skórą. Marzena wiesza torebkę na oparciu, chwilę waha się, czy nie przesunąć odrobinę mebla, ale zaraz siada, nie wykonując żadnego zbędnego gestu. – Jeśli nie ma pani nic przeciwko, przejdę od razu do rzeczy. – Robi pauzę, by dać dziewczynie chwilę na wniesienie protestu, nie doczekawszy się żadnej reakcji, kontynuuje. – Spiszemy zaraz zeznania, ale najpierw chciałbym ustalić podstawowe fakty. Kiedy ostatnio widziała pani ojca, pana Piotra Traczewskiego.
– Wczoraj – pada zwięzła odpowiedź.
– A dokładniej? – Inspektor, odrobinę zakłopotany, zaczyna uważniej śledzić mimikę rozmówczyni. Wolałby usłyszeć coś innego, choćby, że i rok temu. Ale wczoraj? To odrobinę komplikuje sprawę. Niemniej dziewczyna wygląda niczym ucieleśnienie niewinności, kogo jak kogo, ale jej nigdy nie chciałby aresztować. Może odrobinę przypomina mu córkę, sprzed lat, kiedy była jeszcze ufnie zapatrzoną w niego nastolatką.
– Wieczorem.
– A można jeszcze dokładniej? – Nerwowo pociera łysiejący czubek głowy. Robi się coraz gorzej…
– Nie wiem, nie pamiętam, która była godzina – Marzena odpowiada niepewne. Trudno się dziwić, mało kto przywiązuje na co dzień uwagę do drobiazgów istotnych w toku śledztwa.
– Mniej więcej? – Mimo wszystko próbuje.
– Późno. – No tak, na co liczył?
– Co znaczy dla pani późno? – pyta raczej rutynowo, przywykły do podobnie jałowych dyskusji.
– Że Zuzia dawno powinna spać – ona też odpowiada rutynowo, bez zastanowienia reagując na znudzony ton głosu inspektora. Gdyby wyczuła większe zainteresowanie z jego strony, zastanowiłaby się nad odpowiedzią.
– O której powinna? – Ten jakby się ocknął.
– Kładę ją zwykle koło ósmej – zaczyna powoli, tym razem naprawdę zastanawiając się nad odpowiedzią – jeszcze trochę czytam i usypiam, rzadko udaje mi się z jej pokoju wyjść przed dziewiątą.
– Dobrze, czyli było po ósmej… – Policjant woli przyjąć bezpieczniejszą wersję, tak na wszelki wypadek.
– Raczej później… – Dziewczyna nie daje mu szans.
– Dobrze, spróbujemy jeszcze to uściślić. – Myśli o monitoringu. – Może coś sobie pani przypomni. W każdym razie, jak mniemam, pan Traczewski wtedy jeszcze żył? – woli się upewnić.
– Tak. – Przynajmniej tym razem Marzena daje mu dokładnie to, czego chciał. Krzemiński oddycha z ulgą.
– I nic nie wskazywało, żeby miało się to zmienić? – Mimo wszystko instynkt psa, każe mu drążyć. Istny gończy!
– Nie, raczej nie… – Kobieta zdaje się zaskoczona tym pytaniem. Fakt, może wydawać się trochę dziwne. Przynajmniej niewtajemniczonym.
– Dobrze – daje spokój. – Gdzie się spotkaliście?
– W domu. – Kolejne niemiłe zaskoczenie. Tam?!? Na miejscu zbrodni, do cholery?!? Ekhm… wypadku!
– W jego domu? – choć nie chce znać odpowiedzi, dopytuje.
– Tak, w jego domu… moim domu… naszym… – Marzena nie potrafi znaleźć odpowiedniego określenia. Kiedyś ten budynek rzeczywiście był jej domem, ich domem, przynajmniej w czysto fizycznym znaczeniu, bo w tym emocjonalnym szybko przestał być. Gdzieś tam nadal snują się cienie przeszłości, kilka dobrych wspomnień i jakiś blady cień związku, jednak wszystko jest obce i wrogie. Może w gruncie rzeczy to już inny dom? Dom z koszmaru sennego?
– Był sam? – Krzemiński wydaje się niezmordowany w dociekaniu prawdy.
– Nie zauważyłam nikogo innego – dziewczyna odpowiada wyjątkowo ostrożnie.
– Dobrze. – Nie zamierza wnikać. Póki co. – W jakim celu się spotkaliście?
– W jakim celu? – powtarza niczym echo kolejne naturalne dla gliniarza pytanie, a zadziwiające zawsze wszystkich kolejnych przesłuchiwanych.
– Mieliście coś załatwić, o czymś porozmawiać? – podpowiada. – Zawsze spotykacie się o takich dziwnych porach?
– Nie, nie zawsze. Chciał zobaczyć Zuzię.
– Tak? – lekko naciska, licząc na rozwinięcie.
– Najczęściej – dziewczyna kontynuuje niepewnie, wbijając wzrok w podłogę – widujemy się w weekendy, raczej na mieście, w restauracji, ale tym razem odwołałam spotkanie. – Czyżby ślad poczucia winy? – Zuzia czymś się zatruła i nie chciałam jej męczyć.
– Tak? – Sam nie wie, który kierunek lepiej obrać, więc pozwala swojej rozmówczyni wybrać.
– Był zły. – Dziewczyna na ułamek sekundy unosi oczy, jakby mimowolnie szukając zrozumienia u starego gliny. – Sądził, że unikam go bez żadnego powodu. Dzwonił do mnie co piętnaście minut z pretensjami.
– Miał powód, żeby tak sądzić? – w głosie Krzemińskiego słychać zdziwienie. Złościć się na córkę? Podejrzewać, że to urocze stworzenie kłamie? Ta wystraszona gołąbka, bojąca się własnego cienia?
– Nie wiem… Może… – Dałby głowę, że jego rozmówczyni z trudem powstrzymuje łzy. – Nasze relacje od dawna się nie układają… – Bierze głęboki wdech. – Od śmierci mamy są już czysto grzecznościowe, jeśli rozumie pan, co mam na myśli.
– Nie bardzo. – Mężczyzna lekko kręci głową, choć w zasadzie rozumie, to normalne, że właśnie matki scalają rodzinę, później zaczyna brakować tego swoistego centrum i wszystko powoli się rozpada… jakby Słońce nagle zgasło.
– My już nie jesteśmy rodziną – młoda kontynuuje niby spowiedź, tylko kimże on jest, żeby jej słuchać? – Nic nas nie łączy, ale staramy się zachowywać pozory.
– Ach tak… – Pragnie przerwać w subtelny, nienachalny sposób, ma jednak bolesną świadomość, że nie potrafi ani nie powinien, podobne informacje mogą okazać się przydatne. – Więc nie mógł was po prostu odwiedzić? – docieka ostrożnie.
– Nie – pada, krótka, zwięzła odpowiedź, jakby rozmawiał z żołnierzem, nie z kobietą.
– Pani mąż miałby coś przeciwko? – Krzemiński próbuje badać kolejne tropy.
– Nie mam męża. – Trafia w ślepą uliczkę.
– Były mąż nie lubi teścia? – Jeszcze nie wie, jak bardzo ślepą…
– Nigdy nie miałam męża.
– Ach tak… – Nieudolnie mieli w głowie ten niepasujący do jego wizji fragment. Samotna matka? Taka śliczna i z dobrego domu? Po co wyprowadzała się od rodziców? – Dobrze… – zaczyna niepewnie, zbity z tropu. – Czy zauważyła pani coś niepokojącego? Może pan Traczewski źle się czuł albo był zdenerwowany?
– Był pijany. – Marzena unosi wzrok, spoglądając staremu gliniarzowi prosto w oczy, niemo pytając, czy podpada to pod coś niepokojącego.
– Ach tak… – Zdaje się, że nie, że pijany facet to raczej norma. – Często mu się zdarza? – Mimo tego kontynuują temat.
– Chyba tak – dziewczyna waży słowa. – Nie jestem pewna, od dawna nie mieszkamy razem.
– Ale nie uznała pani tego za coś nadzwyczajnego? – Policjant uważnie studiuje jej zmieszanie.
– Nie – szepcze cicho, znów spuszczając głowę, niby to zawstydzona, ale przecież nie ona zawiniła, nawet jeśli ojciec był pijakiem.
– A był w dobrym nastroju? – Zmiana tematu wydaje się konieczna.
– Raczej nie, ale to normalne – tym razem ton głosu panny Traczewskiej jest zdecydowanie bardziej pewny i absolutnie pozbawiony poczucia winy.
– Normalne? – Mężczyzna wydaje się zaskoczony.
– Tak, normalne. – Potwierdza. – Po pierwsze raczej nie upija się na wesoło, po drugie rzadko ma dobry humor.
– Stresująca praca? – Nie odpuszcza od razu.
– Raczej ciężki charakter.
– Rozumiem… Dobrze… Ma pani klucze, prawda? – Krzemiński zadaje w końcu pytanie, które powinno paść na początku. Gosposia twierdziła, że ma, ale każde zeznanie warto potwierdzić, a kiedy pojawią się rozbieżności, zacząć węszyć.
– Tak. – Przynajmniej z tym nie ma problemu.
– Nie zginęły przypadkiem? – Szczerze mówiąc wolałby, żeby ich nie miała, żeby nie miała nic wspólnego z tą sprawą, z tym pieprzonym denatem, który najprawdopodobniej (oby!) urżnął się i bardzo niefortunnie spadł z balkonu.
– Nie, zresztą powinnam mieć je przy sobie… – Wykonuje lekki obrót w stronę torebki zawieszonej na oparciu.
– Mogłaby mi je pani pokazać? – Popycha ją lekko słowem w stronę dokończenia gestu.
– Oczywiście. – Daje się popchnąć i po chwili trzyma już w dłoni brzęczący pęk z drewnianym breloczkiem w kształcie kuli. Kluczy jest znacznie więcej, niż potrzeba do otwarcia furtki i drzwi frontowych, wręcz zadziwiająco dużo, biorąc pod uwagę, że rezydencja ma jedynie dwa wejścia, nie licząc garażu.
– Zebraliśmy już chyba wszystkie dowody… – Gliniarz postanawia odłożyć zbadanie wszystkich pozostałych kwestii na później, w końcu córeczka czeka. – …Ale byłbym wdzięczny, gdyby na razie mogła pani tam nie chodzić. Może coś jeszcze będzie potrzebne, może coś przeoczyliśmy… – Nie naciska, łagodnie prosi, tak na wszelki wypadek.
– Oczywiście, nie mam takiej potrzeby. – Marzena podejrzanie łatwo się zgadza. Zwykle ludzie twierdzą, że bardzo, ale to bardzo potrzebują jakiejś pierdoły z zabezpieczonego miejsca, że to kwestia życia lub śmierci. Tyle, że każde odstępstwo od normy wzbudza podejrzliwość tkwiącego głęboko w nim, porządnie wytresowanego psa.
– Dobrze… – Próbuje uśpić własną czujność. – Chyba wiem już wszystko, zajęlibyśmy się teraz spisaniem zeznań, jeśli nie ma pani nic przeciwko. – Przechodzi do rzeczy. – A… – Przypomina sobie jeszcze jedną ważną sprawę. – Chyba, że wie pani, jak moglibyśmy skontaktować się z panem Szymonem. – Gówniarz dosłownie zapadł się pod ziemię, aż świerzbi go, żeby sprawdzić, czy nie używał ostatnio karty kredytowej.
– Mogę podać numer komórki brata. – Inspektor z rezygnacją kręci głową.
– Mamy jego numer, niestety nie odbiera. – Wzdycha.
– Adres rozumiem również państwo znacie? – Marzena bynajmniej nie wykazuje więcej entuzjazmu, cała jej postawa świadczy o tym, że Szymon też jest trudnym tematem. Ech, rodzina!
– Owszem.
– Więc niestety nie mogę pomóc. – Rozkłada ręce, ale na twarzy wyraźnie maluje się ulga.
– Kiedy ostatnio go pani widziała? – Krzemiński autentycznie jest zaintrygowany. Rodzina/nie-rodzina, swary, konflikty, nigdy niewybaczone krzywdy – to pobudza wyobraźnię, daje do myślenia, ale jednocześnie każe współczuć.
– Dawno, nie pamiętam… – Waha się, zastanawia. – Chyba… w okolicach Bożego Narodzenia?
– Obchodziliście razem święta? – Sam nie wie, czemu pyta.
– Przynajmniej próbowaliśmy. – Dziewczyna wyrzuca z siebie z trudem, na wydechu, jakby podobne wyznanie pozwoliło jej zrzucić ciężar z piersi.
– Dobrze… rozumiem… – Nie zamierza wnikać, pewne rzeczy powinny zostać w czterech ścianach.
– Wie pan – po chwili milczenia dodaje sama z siebie. – Chyba jednak widziałam go później.
– Tak? – Zachęca ją do kontynuowania.
– Wpadliśmy na siebie w centrum handlowym jakiś miesiąc temu. Udawał, że mnie nie widzi. Przeszłabym obojętnie obok, ale Zuzka go zauważyła i podbiegła. Był zmieszany, powiedział, że się spieszy, choć wcześniej spacerował bez celu.
– Pierwszy raz mu się zdarzyło? – Potrzebuje dookreślić nietypowość sytuacji.
– Co? – Najwyraźniej nieprecyzyjnie zadał pytanie.
– Udawać, że nie widzi.
– Nie, już to robił.
– Często? – Po raz kolejny się dziwi. Co do cholery z nimi wszystkimi jest nie tak?!?
– Kilka razy – dziewczyna zaczyna ostrożnie – ale zwykle był sam i po prostu sprawiał wrażenie, że nie ma ochoty na rozmowę.
– A wtedy ktoś mu towarzyszył? – Żałuje, że musi dopytywać, wyciągać na siłę informacje, wolałby, żeby opowieść sama płynęła, odkrywając przed nim sekrety rodziny Traczewskich, również te, których nie zna rozmówczyni.
– Tak, kobieta, sporo od niego starsza.
– Ile mogła mieć lat? – Lakoniczność odpowiedzi zmusza go do szukania kolejnych tropów. Od czegoś trzeba zacząć…
– Koło czterdziestu.
– Nie zna jej pani? – Niby oczywiste, ale lepiej się upewnić.
– Nie i przyznam, że raczej nie chciałabym poznać. – Intrygujące.
– Dlaczego? – pyta, bo akurat to chciałby koniecznie wiedzieć. Żaden obiektywny opis nie da mu nigdy równie bogatych danych, jak subiektywne odczucia.
– Trudno to wyjaśnić. – Marzena zastanawia się chwilę nad doborem słów. – Sprawiała wrażenie osoby potrzebującej dużo przestrzeni i uwagi, głośnej – dodaje. – Może wręcz wulgarnej. – Bierze głęboki wdech. – Była wysoka i dobrze zbudowana, a mimo wszystko ubrała buty na wysokiej koturnie. – Milknie, choć sprawia wrażenie, jakby jeszcze nie powiedziała wszystkiego.
– Pamięta pani coś jeszcze? – Krzemiński patrzy uważnie na swoją rozmówczynię.
– Czy to ma jakiś związek ze sprawą? – Ona odwdzięcza się tym samym, być może nawet bardziej ciekawa reakcji gliniarza niż on jej. W końcu zboczyli trochę z tematu…
– Nie wiem… trudno powiedzieć… – Tym razem to on wydaje się zmieszany przenikliwym spojrzeniem dziewczyny, tak niepasującym do skrytej, nieśmiałej postawy.
– Miała długie blond loki – panna Traczewska mimo wszystko kontynuuje, dalej wyzywająco patrząc w oczy inspektorowi – ewidentnie farbowane, z ciemnymi odrostami, mocny makijaż, przez który mogła wyglądać na nieco starszą niż w rzeczywistości, brokatowe tipsy i dużo tandetnej biżuterii kiepsko imitującej złoto. Do tego sztuczne futro w jakieś cętki czy łatki, mimo że na dworze było nieznośnie gorąco.
– Brzmi jak opis tirówki – mężczyzna krótko podsumowuje.
– Być może – zgadza się nieprzekonana. – Nie mam pojęcia, choć na dziwkę chyba była za stara i za mało atrakcyjna.
– A kto powiedział, że dziwki muszą być młode i ładne? – Teraz on przejmuje inicjatywę, próbując ją speszyć.
– Myślałam… – Udaje mu się, Marzena traci rezon i ponownie wbija wzrok w swoje złączone dłonie.
– Chyba mało pani wie o mężczyznach, prawda? – Krzemiński delektuje się swoim małym zwycięstwem.
– Chyba tak – dziewczyna przyznaje pokornie, ostatecznie ich unika.
– Mniejsza z tym. – Policjant lituje się nad słodkim biedactwem. Sierotą. Samotną matką. – Rozumiem, że nie widziała pani więcej tej kobiety?
– Nie.
– A rozpoznałaby ją pani? – Znów przechodzi na tryb automatyczny psa gończego.
– Możliwe, choć nie jestem pewna.
– Dobrze, jeśli zajdzie taka potrzeba, sprawdzimy.
Spisywanie protokołu okazuje się nudną i żmudną czynnością. Stary gliniarz kiepsko sobie radzi z obsługą komputera, co chwilę denerwując się, klnąc, a później przepraszając. Marzena cierpliwe czeka, wielokrotnie podając te same dane i potwierdzając te same słowa. Ostatecznie wychodzi z tego dziwaczny zlepek jej zaznań, policyjnego żargonu oraz rynsztokowej mowy potocznej, najeżonej niezręcznościami językowymi, jeśli wręcz nie rażącymi błędami – zarówno gramatycznymi, jak i ortograficznymi, nie wyłączając edycyjnych i literówek. Podpisuje z niesmakiem, tylko po to, by nie spędzić kolejnej godziny w towarzystwie Krzemińskiego. Wściekłby się zresztą, gdyby poprosiła go o poprawienie, a boi się zdenerwowanych mężczyzn. Są nieobliczalni.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Tomp
2026-08-03 at 22:55
Co do kwestii językowej, to nadal jest dużo błędów (w tym zwykłe ortografy). Tym razem na pierwsze miejsce wybija się błędna edycja wypowiedzi dialogowych. Szczególnie i po wielokroć razi zaczynanie komentarza od małej litery, gdy musi być duża, bo inicjalnym jego leksemem nie jest czasownik.
Autorka wciąż walczy z czasami narracji. To, że córka ofiary jeszcze nie przyjęła do wiadomości śmierci ojca i mówi o nim w czasie teraźniejszym, jest do wytłumaczenia, ale oficer policji takiego błędu nie popełni.
Niezbyt wiarygodnie wypada przesłuchanie kobiety, co do której przesłuchujący nie wie nawet, czy jest lub była zamężna. Nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek śledczy chciał w ten sposób obnażać swą niekompetencję. To przesłuchanie powinno być protokołowane od początku, a co najmniej nagrywane. Zwykłe przesłuchania (a to było przesłuchanie na komendzie, nie wywiad terenowy) zaczynają się od pytania o dane przesłuchiwanego włącznie z legitymowaniem i oświadczeniem, w jakim charakterze delikwenta wezwano.
Wątpię też, czy doświadczony oficer nazywa (nawet w myślach) przesłuchiwaną matkę kilkulatki „dziewczyną” i „Marzeną”. To poza rutyną.
Z przedstawieniem sceny przesłuchania jest inny problem: niby narracja jest prowadzona z perspektywy oficera, na co wskazuje ujawnianie myśli oficera w komentarzach do jego wypowiedzi, ale komentarze w rodzaju „Tym razem to on wydaje się zmieszany” burzą tę perspektywę.
Ten odcinek czyta się lepiej od poprzednich, może z powodu długiej sceny przesłuchania, która jest zborna i zaćmiewa początkową (tym razem autorka opisała tylko te dwie) z mającym problemy psychiczne Młodym. Jednakowoż przedstawianie policji kryminalnej w tak irracjonalnym świetle (stary wyga nie zna procedury i nawet protokółować nie umie, a młodszy wydaje się pomyłką werbunkową) jest – delikatnie mówiąc – nieprzekonujące. Jak na satyrę – mało to śmieszne, a na poważną lekturę – wynaturzone.
Ania
2026-08-05 at 13:19
Chyba naoglądałeś się za dużo seriali kryminalnych, skoro wydaje Ci się, że polska policja jest bardziej profesjonalna…
Tomp
2026-08-05 at 22:29
Byłem przesłuchiwany, a członkowie mojej rodziny nawet występowali w sądzie jako świadkowie. Jeden w sprawie kryminalnej, inny z powództwa cywilnego. Byłem też dwakroć odpytywany przez panią porucznik w ramach wywiadu w sprawie. To odpytywanie nie, ale przesłuchania odbyły się tak, jak napomykam.
Megas Alexandros
2026-08-05 at 23:15
Przyznasz, że jedno przesłuchanie to dość słaba próba, by autorytatywnie wypowiadać się na temat standardów organów ścigania na terenie całego kraju 🙂 nawet badania jakościowe opierają się na większej liczbie przypadków.
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-08-06 at 10:05
Postanowiłem sobie, że nie będę komentował opowiadań Ani, z przyczyn wiadomych, patrząc jednak na to, że w chwili obecnej to jej opowiadania (chwała Autorce za to) oraz moje wypociny, będą królować na forum (Ania ma jeszcze grubo ponad dwadzieścia części do przedstawienia, ja podobną ilość w dwóch seriach), postanowiłem złamać swoje postanowienie (co źle o mnie świadczy) i wrzucić „wiejskiego filozofa mądrości”, zdając sobie sprawę, do czego owa polemika może doprowadzić. Cóż, raz się żyje, kostucha mnie ostatnio nie dopadła, to ze śmiertelnikami powymieniam poglądy.
Nie przedstawię badań jakościowych, podam tylko swoje doświadczenia z organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości, a tak się składa , że przez długi okres czasu byłem społecznym kuratorem wojskowym. Tak, za zgodą Sądu miałem dostęp do akt sprawy powierzonych mi „ananasów”, mogłem robić notatki, zapoznawać się z teczkami nadzoru, wywiadami środowiskowymi, oraz co najważniejsze, okresowo przechodziłem szkolenia. Nie liczyłem ilu miałem podopiecznych, ale przez okres kilkudziesięciu lat było tego coś około pięćdziesięciu (maksymalnie mogłem mieć pięciu „bandziorków”) spraw z Sądu Garnizonowego pod który podlegałem.
Sąd, sądem, ale sprawy prowadziły różne komendy/posterunki Policji z całej Polski i miałem ogląd na procedury przesłuchań i prowadzenia dochodzeń w sprawach, więc można to uznać jako próbę. Kontakt z sędziami i funkcjonariuszami Policji na szkoleniach też pogłębił moja wiedzę na ten temat. Nie, nie miałem „ananasów” posądzonych o morderstwa czy inne zbrodnie, były to występki „mniejszego kalibru”, gdzie Sąd mógł orzec karę ograniczenia wolności, lub warunkowe zawieszenie kary pozbawienia wolności (zawiasy).
Czynność przesłuchania (cytuję z tekstu „Tyle, że przesłuchać woleliby oboje.”) składa się z trzech części i proszę mi tu nie mówić, że w polskiej Policji pracują takie głąby, że tę najważniejszą (pierwszą), nie ogarną, bo to wykona poprawnie elew, kadet, podchorąży szkoły policyjnej i byle posterunkowy w Koziej Wólce. To abecadło i wstęp do dalszych czynności, a tego tu nie ma.
Przesłuchanie świadka składa się z 3 głównych etapów: czynności wstępnych (formalnych), swobodnej wypowiedzi świadka oraz zadawania pytań i czynności końcowych.
Etap wstępny (faza formalna)
Ustalenie tożsamości świadka na podstawie dokumentu z fotografią (np. dowodu osobistego lub paszportu). Zapytanie o dane osobowe: imię, nazwisko, wiek, zajęcie oraz stosunek do stron procesu. Pouczenie świadka o przysługujących prawach, obowiązkach oraz o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań lub zatajenie prawdy (zgodnie z art. 233 Kodeksu karnego).
Etap swobodnej wypowiedzi
Zadanie ogólnego pytań inicjującego, np. co świadek wie w sprawie. Nieprzerwany monolog świadka, podczas którego własnymi słowami relacjonuje znane mu fakty i zdarzenia.
Zadawanie pytań i czynności końcowe
Zadawanie szczegółowych pytań uzupełniających przez organ prowadzący przesłuchanie (sędzia, prokurator lub policjant) oraz strony postępowania. Odczytanie lub sporządzenie protokołu z przebiegu czynności. Złożenie podpisów przez świadka i organ przesłuchujący pod protokołem.
Autorka najprawdopodobniej pomyliła przesłuchanie z rozpytaniem.
Rozpytanie to nieformalna rozmowa policjantów z osobą na miejscu zdarzenia, udokumentowana jedynie notatką urzędową.
Przesłuchanie to sformalizowana czynność procesowa z pouczeniem o prawach, z której sporządza się protokół podpisany przez uczestników.
Rozpytanie Charakter: Czynność operacyjna (nie procesowa).
Cel: Szybkie zebranie informacji i ustalenie przebiegu zdarzenia.
Dokumentacja: Notatka urzędowa.
Prawa: Brak formalnych pouczeń o prawie do milczenia czy odmowie zeznań.
Wartość dowodowa: Nie zastępuje zeznań ani wyjaśnień; może jedynie służyć policjantowi jako „pamięciówka” lub podstawa do wezwania na formalne przesłuchanie.
Przesłuchanie
Charakter: Oficjalna czynność procesowa.
Cel: Pozyskanie pełnoprawnego dowodu w toku śledztwa lub dochodzenia.
Dokumentacja: Protokół (zgodny z Kodeksem postępowania karnego).
Prawa: Obowiązkowe pouczenie o odpowiedzialności za fałszywe zeznania lub prawie do odmowy odpowiedzi/zeznań.
Wartość dowodowa: Pełnoprawny dowód w sprawie, który może być odczytywany i analizowany w sądzie.
Przypominam że dokumentacja (protokół) musi być zgodny kodeksem postępowania karnego, gdyż w innym przypadku zostanie podważona jego zawartość lub zostanie cofnięty celem dokonania poprawek (konieczność ponownego wezwania świadka).
Jeszcze jedno – protokół spisuje się na bieżąco, lub nagrywa się zeznania w formie audio, lub audio i video.
„Ostatecznie wychodzi z tego dziwaczny zlepek jej zaznań, policyjnego żargonu oraz rynsztokowej mowy potocznej, najeżonej niezręcznościami językowymi, jeśli wręcz nie rażącymi błędami – zarówno gramatycznymi, jak i ortograficznymi, nie wyłączając edycyjnych i literówek. Podpisuje z niesmakiem, tylko po to, by nie spędzić kolejnej godziny w towarzystwie Krzemińskiego. Wściekłby się zresztą, gdyby poprosiła go o poprawienie, a boi się zdenerwowanych mężczyzn. Są nieobliczalni.”
W oficjalnym protokole przesłuchania nie znajdziesz policyjnego slangu. Protokół to dokument procesowy, który musi być napisany językiem urzędowym i zrozumiałym dla sądu.
Slangowe określenia mogą pojawić się w protokole tylko w jednym przypadku: gdy są dosłownym cytatem wypowiedzi świadka lub podejrzanego.
Zasada dosłowności: Policjant ma obowiązek zapisać słowa przesłuchiwanego tak, jak zostały wypowiedziane.
Zapis w protokole: Jeśli podejrzany powie: „Wtedy kumpel schował klamkę do budy”, policjant zapisze to dokładnie w ten sposób, ewentualnie dodając w nawiasie wyjaśnienie [broń do radiowozu].
Opis policjanta: W częściach protokołu pisanych przez samego funkcjonariusza (np. opis zachowania) użycie slangu jest rażącym błędem dyscyplinarnym i prawnym.
Wątpię, by funkcjonariusze Policji (przypominam, że zabójstwa, morderstwa nie prowadzą dzielnicowi, ludzie z prewencji itp. z komisariatu/posterunku w Koziej Wólce, tylko f-sze na szczeblu minimum Komendy Powiatowej lub Miejskiej sami wystawiali by się pod odpowiedzialność karną lub dyscyplinarną.
Parafrazując słowa Ani z komentarza napiszę „Chyba naoglądałaś się za dużo seriali kryminalnych, skoro wydaje Ci się, że polska policja jest tak nieudolna i beznadziejna i pracują w niej sami…” Wydaje mi się że Autorka patrzy na to wszystko przez pryzmat Tomasza Komedy (tylko to chyba nie te lata) oraz inspektora Barszczyka z „Pitbula”, widząc tylko niekompetencję funkcjonariuszy. Nie jest kolorowo, ale w tak błahych sprawach jak stworzenie protokołu przesłuchania, gwarantuje, że jest bardzo dobrze. Jest nacisk na statystykę i „papierologię”, niestety kosztem efektów. „Kwity” zawsze muszą być w porządku.
Kończąc wywody podsumuje to w sposób następujący:
„no ale cóż, tę część pisała prawdopodobnie osoba, która niewiele wspólnego ma z organami ścigania i pracą operacyjną, więc trudno oczekiwać zbyt wiele 😉”
Uśmiechy.
Jammer106.
Ania
2026-08-06 at 10:34
Jammerze, ja naprawdę nie wątpię, że jeśli chodzi o teorię masz stuprocentową rację, ale po podpisanym przez obie strony protokole raczej trudno wywnioskować jak doszło do jego sporządzenia. Owszem, papiery się muszą zgadzać i między innymi właśnie dlatego, jak już wspominałam, zostałam poproszona o podpisanie protokołu z datą wsteczną. Antydatowanie jest znacznie poważniejszym wykroczeniem niż poproszenie świadka o dowód po rozmowie, zamiast przed…
Uśmiechy
A.
jammer106
2026-08-06 at 12:06
Aniu!!!!
Nie pisz, nie mów tego głośno, wszak sygnaliści są wszędzie.
Wszelkie dokumenty urzędowe, w tym protokoły sporządzane przez Policję, prokuraturę czy urzędy skarbowe, muszą odzwierciedlać stan faktyczny, w tym rzeczywisty czas dokonania danej czynności procesowej.
Umyślne wpisanie wcześniejszej daty na protokole przesłuchania niesie za sobą surowe konsekwencje zarówno dla funkcjonariusza, jak i dla osoby przesłuchiwanej
Dla urzędnika / funkcjonariusza: Odpowiedzialność z art. 271 Kodeksu karnego (poświadczenie nieprawdy). Osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne (a datowanie czynności procesowej taką jest), podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat.
Dla osoby przesłuchiwanej (świadka/podejrzanego) : Współudział w sfałszowaniu lub przerobieniu dokumentu (art. 270 KK) bądź podżeganie/pomocnictwo do poświadczenia nieprawdy, co również jest zagrożone karą do 5 lat więzienia.
Zgodnie z procedurą karną (art. 151 § 2 Kodeksu postępowania karnego), prawo przewiduje sytuację, w której protokół nie został należycie podpisany bezpośrednio po zakończeniu czynności. Przepisy wskazują jednak legalną ścieżkę naprawienia tego błędu, zamiast podrabiania daty:
Złożenie podpisu w późniejszym terminie: Brakujące podpisy mogą być uzupełnione później.
Wskazanie aktualnej daty: Osoba podpisująca musi wpisać aktualną, rzeczywistą datę składania podpisu (dzień, w którym fizycznie podpisuje dokument), a nie datę wsteczną.
Wskazanie przyczyny opóźnienia: Obok podpisu i nowej daty należy bezwzględnie dopisać oficjalną przyczynę, dlaczego protokół nie został podpisany natychmiast (np. przeoczenie, nagłe przerwanie czynności, błąd systemu).
Jeśli jesteś osobą przesłuchiwaną i funkcjonariusz prosi Cię o wpisanie daty wstecznej: Odmów wpisania nieprawdziwej daty. Masz prawo wpisać obok swojego podpisu bieżącą datę i godzinę. Możesz także zgłosić formalne zastrzeżenie do protokołu (zgodnie z art. 150 § 2 KPK)
Jeśli protokół został już antydatowany: Taki dokument posiada wadę prawną i może zostać całkowicie zdyskwalifikowany jako dowód w sądzie. Jeżeli sprawa wyszła na jaw, warto niezwłocznie skonsultować się z adwokatem lub radcą prawnym w celu podjęcia kroków obronnych i zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez organ prowadzący.
Jeżeli podpisałaś ten protokół z wsteczną datą to jesteś współwinna. Pytanie jak dawno to było. Biorąc pod uwagę, że to przestępstwo jest zagrożone górna karą 5 lat pozbawienia wolności to okres przedawnienia wynosi 10 lat .
Sprawy, w których byłem kuratorem, to nie teoria, tylko realne wyroki. Policyjne protokoły zawsze, podkreślam zawsze miały z pietyzmem wypieszczoną część wstępną (bo o to mam największe uwagi).
Oj Anno, taka mądra kobieta, a dałaś się podejść niczym dziecko ( jeżeli podpisałaś). Co to się podziało…
Pozdrawiam.
Ania
2026-08-06 at 12:23
I znowu, nie wątpię, że porotkoły, które widziałeś miały pieczołowicie wypełnioną część wstępną, cały czas chodzi mi o to, że nie byłeś przy ich spisywaniu i nie wiesz jak dokładnie powstały i na ile odzwierciedlały rzeczywisty przebieg przesłuchania. Po samym dokumencie trudno wnioskować czy procedura została w pełni zachowana. Tymczasem w tekście mamy tylko informację, że „Spisywanie protokołu okazuje się nudną i żmudną czynnością.”…
Ania
2026-08-06 at 08:28
No proszę, a mnie nie dość, że przesłuchiwano jeszcze mniej profesjonalnie, to jeszcze poproszono o podpisanie protokołu z datą wsteczną.
Tomp
2026-08-06 at 13:04
I zgodziłaś się na współudział w przestępstwie zagrożonym karą wieloletniego więzienia? Czyżby Twój wspólnik w mundurze był aż tak czarujący, że do tego stopnia straciłaś głowę?
Na szczęście dla Ciebie traktuję Twoje oświadczenie jako nieudolną fikcję literacką, bo inaczej zgodnie z art. 304 § 1 KPK czułbym się w obowiązku złożyć zawiadomienie o podejrzeniu…
Jednakowoż nie możesz wykluczyć, że ktoś inny (a szefowie NE restrykcyjnie przestrzegają prawa), nie potraktuje Twego wyznania jako fantazję.
Ania
2026-08-06 at 13:39
Nie wiem skąd u Ciebie i Jammera przeświadczenie, że nie dość, że się zgodziłam to jeszcze nie jestem świadoma konsekwencji 🤔
Coś chyba u Was słabo z czytaniem ze zrozumieniem…
Uśmiechy
A.
jammer106
2026-08-06 at 14:26
„a mnie nie dość, że przesłuchiwano jeszcze mniej profesjonalnie, to jeszcze poproszono o podpisanie protokołu z datą wsteczną.” – fakt, to stwierdzenie nie mówi jasno, że podpisałaś, ale też nie zaprzecza temu, że to uczyniłaś.
Nigdzie nie stwierdzam, że podpisałaś. Snuje domysły, nie do końca wierząc , że to uczyniłaś („Jeżeli podpisałaś ten protokół z wsteczną datą to jesteś współwinna.”, „Oj Anno, taka mądra kobieta, a dałaś się podejść niczym dziecko ( jeżeli podpisałaś)), bo kto jak kto, ale po Tobie nie spodziewałbym się takiej lekkomyślności. Pozostawiłaś mnie w niepewności, dlatego snuje dwa scenariusze, wierząc, że nie popełniłaś przestępstwa. Tak Aniu, art. 270 kk to przestępstwo , a nie wykroczenie (a tak twierdzisz w swoim komentarzu cytuję „Antydatowanie jest znacznie poważniejszym wykroczeniem „). Dlatego zarzut, że czytam bez zrozumienia jest nieco chybiony, bo to Ty mylisz pojęcia. Wykroczenia znajdują się w kodeksie wykroczeń, w kodeksie karnym mamy przestępstwa podzielone na dwie kategorie – zbrodnie i występki.
Miałem prawo tak domniemywać, gdyż Twój komentarz nie był do końca precyzyjny, pozostawiał niedomówienia, które mogłem zinterpretować różnie.
Bardziej jednak wierzyłem w opcję, że jako wzorowa, mądra, wyedukowana obywatelka zachowałaś się właściwie.
Uśmiechy.
jammer106
Ania
2026-08-06 at 14:36
Tyle, że nie rozmawiamy tu o mojej postawie obywatelskiej, odpowiedzialności czy ewentualnych popełnionych przestępstwach, tylko o tekście, a obaj przeszliście na tematy zupełnie z nim niezwiązane… Nie rozmawiamy też o kodeksie karnym, a „wykroczenie” poza kodeksami oznacza po prostu działanie sprzeczne z przyjętymi normami. Biorąc pod uwagę, że zestawiałam w swojej wypowiedzi niepoprawną kolejność czynności podczas przesłuchania z antydatowaniem, „przestępstwo” byłoby zdecydowanie zbyt mocnym słowem, bo niezachowanie procedur jako takie zwykle nie jest jeszcze przestępstwem.
Uśmiechy
A.
jammer106
2026-08-06 at 15:08
Zwróciliśmy (konkretnie Tomp) uwagę na błąd w Twoim opowiadaniu tyczący się początkowej procedury przesłuchania, które Ty potraktowałaś jako rozpytanie, wskazując Ci jak to powinno wyglądać. Ty uparcie twierdzisz, że nie mamy racji bo… tu argumentów brak, jakieś wspomnienie o filmach, serialach i nagle, przez nikogo nie wywołana , sama wywalasz stwierdzenie, które może wskazywać na popełnienie przestępstwa. Mamy tak przejść obok tego bokiem? My, prawi obywatele!
Z dobrego serca ostrzegamy Cię przed skutkami takiego zachowania (gdybyś rzeczywiście to uczyniła) , wskazuję Ci w jaki sposób można uniknąć odpowiedzialności karnej. Czy działam nienormalnie, chcąc pomóc?
” a „wykroczenie” poza kodeksami oznacza po prostu działanie sprzeczne z przyjętymi normami.” – Aniu, gwałt tez może być różnie odczytany, niektóre opowiadania na innych portalach robią gwałt na moim umyśle , to też bezładny pośpiech lub zamieszanie. Rozmawiamy konkretnie o Twoim opowiadaniu, tej części, gdzie główna akcja skupia się na przesłuchaniu i pojęcia wykroczenia, przestępstwa rozumiemy z poziomu karnistyki.
Antydatowanie protokołu przesłuchania zawsze jest przestępstwem. Jeżeli dla Ciebie kodeks karny wykonawczy z komentarzem nie jest wyrocznią, to naprawdę dalsza dyskusja nie ma sensu. Skoro wiesz wszystko lepiej, dalsze nasze spory uważam za jałowe i nic nie wnoszące.
Uśmiechy.
jammer106
Ania
2026-08-06 at 17:00
Jammerze, po pierwsze jeśli coś jest niezgodne z procedurami to jest niezgodne z procedurami, ale ja nie piszę podręcznika przesłuchań, tylko beletrystykę. To że coś POWINNO wyglądać w ten czy inny sposób, wcale nie znaczy, że tak wygląda. Policjanci są tylko ludźmi i nie zawsze przestrzegają procedur – tego dotyczył mój przykład i to był mój argument w dyskusji, w której twierdzisz, że nie wysunęłam żadnych argumentów. Tekst nie zawiera też protokołu, a jedynie wzmiankę, że był on spisywany po rozmowie, która jest częścią opowieści, więc Twój argument o tym, że widziałeś protokoły i one wyglądały inaczej wydaje się cokolwiek absurdalny…
Po drugie w dobrym tonie jest nieudzielanie rad, o które nikt nie prosił. Tym bardziej rad, które mają komukolwiek pomóc uniknąć odpowiedzialności karnej (no chyba, że jest się adwokatem tej osoby). Gdybyś rzeczywiście był prawym obywatelem, zależałoby Ci na tym, żeby osoby popełniające przestępstwa ponosiły konsekwencje.
Po trzecie deliberujemy nad słowem „wykroczenie” w konkretnym zdaniu: „Antydatowanie jest znacznie poważniejszym wykroczeniem niż poproszenie świadka o dowód po rozmowie, zamiast przed…”. Gdybym użyła w nim słowa „przestępstwo”, dyskutowalibyśmy o tym, że sprawdzenie dokumentu tożsamości w złym momencie jest niezgodne z procedurami, ale przestępstwem nie jest. I nie, zdecydowanie nie toczymy rozmowy na poziomie słownictwa kodeksowego, tylko luźną pogawędkę w mówię potocznej.
Uśmiechy
A.
jammer106
2026-08-06 at 18:43
„Po drugie w dobrym tonie jest nieudzielanie rad, o które nikt nie prosił.” – chciałbym przypomnieć Twoje dobre rady, wchodzące w moją prywatę, o które Cię też nie prosiłem. Udzieliłaś mi ich pod moim opowiadaniem. Cytuję „To przykre, że nie wtajemniczyłeś żony w swoją twórczość. Pisanie to bardzo czasochłonny i angażujący proces. Warto mieć zaufanego pierwszego czytelnika, który zwróci uwagę na błędy… Może powinieneś się zastanowić czy tego nie zmienić?” – czy tu ktoś delikatnie nie wcina się nieproszony w moje życie osobiste coś sugerując? Bo mam jakieś dziwne odczucie, że tak.
„Swoją drogą w młodszym pokoleniu również mężczyźni często usuwają lub przycinają owłosienie łonowe, więc zawsze możesz spytać młodszych kolegów.” – kolejna, złota rada, przekraczająca nieco granicę. A jak tam odbiegliśmy od meritum sprawy to głowa mała.
Była jeszcze chyba trzecia, bym zasięgnął opinii o depilacji u koleżanek, jeżeli się nie mylę. Również „nie wchodząca zbytnio” w moją strefę komfortu. To tak gwoli przypomnienia.
Widzę tu mentalność Kalego.
Ania udzielać porad — dobrze. Udzielić porad Ani — oj, niedobry jesteś.
„Gdybyś rzeczywiście był prawym obywatelem, zależałoby Ci na tym, żeby osoby popełniające przestępstwa ponosiły konsekwencje.” – nie czytasz tego co napisałem ze zrozumieniem. Nie pokazuje Ci jak uniknąć odpowiedzialności, nie podpowiadam jak obejść prawo. Wszystko co napisałem jest zgodne z prawem i podparte KK, a stwierdzenie „Jeżeli sprawa wyszła na jaw, warto niezwłocznie skonsultować się z adwokatem lub radcą prawnym w celu podjęcia kroków obronnych i zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez organ prowadzący.” – jest jedynym słusznym wyjściem z sytuacji (chyba że sprawa się przedawniła), dlatego twoje stwierdzenie „Tym bardziej rad, które mają komukolwiek pomóc uniknąć odpowiedzialności karnej” – uważam za obraźliwe w stosunku do mojej osoby, bo nic takiego nie napisałem. Wskazałem legalną pomoc prawna polegającą wyłącznie na obronie praw osoby podejrzanej lub oskarżonej w granicach obowiązujących przepisów, a otrzymałem od Ciebie łatkę osoby podejrzanej o zajmowanie się poplecznictwem (również jest to karane zgodnie z art. 239 Kodeksu karnego).
Na tym definitywnie polemikę zakańczam, gdyż skręca ona w złym kierunku.
Uśmiechy.
Jammer106.
Ania
2026-08-07 at 13:22
Jammerze, naprawdę byłabym wdzięczna, gdybyś postarał się być bardziej konsekwentny i trwał dzielnie w swoim postanowieniu niekomentowania moich teksów i kończył dyskusje, w momencie, gdy twierdzisz, że nie ma już o czym dyskutować. Zdaje się, że powinieneś oszczędzać sobie teraz nerwów.
Wiem, że w życiu nie przyznasz, że nie masz racji, ale w dyskusji pod „Strażniczką Bałtyku IV” zdecydowanie brzmiałeś, jakbyś prosił o rady i o pomoc, nawet jeśli to była jakaś nieporadna próba flirtu i w głębokim poważaniu miałeś ulepszanie swoich tekstów. Dokładnie z tego powodu nie lubię pracować jako korektorka z mężczyznami – pracę nad tekstem zwykle mają gdzieś.
W poprzednim komentarzu natomiast sam wyraźnie napisałeś: „wskazuję Ci w jaki sposób można uniknąć odpowiedzialności karnej” i do tego zdania ja odniosłam się w swoim.
Uśmiechy
A.
PS Wszystkich zainteresowanych naszą wymianą zdań odsyłam do źródła, czyli do komentarzy pod „Strażniczką Bałtyku IV” Jammera (jeśli komuś spodoba się ta lektura, dalszą część można śledzić pod moim „Arturem”, gdzie autor nagle stał się ekspertem od kobiecej psychiki).
Tak w skrócie. Otóż zwróciłam tam uwagę, że autor wykłada się na różnych babskich drobiazgach, takich jak na przykład depilacja (która pojawia się w tekście opowiadania!), więc skoro może robić kwerendę odnośnie innych tematów, powinien zrobić i w tym. W odpowiedzi na mój komentarz padła już pierwsza propozycja przejścia na priva, ale też deklaracja zagłębienia się w temat, żeby nauczyć się czegoś na przyszłość. Biorąc to za dobrą monetę w kolejnym komentarzu wyjaśniłam o co chodziło mi z depilacją (i nie tylko), żeby w odpowiedzi przeczytać żale o tym, jak to w swoim otoczeniu nie ma i nigdy nie miał kompletnie żadnej kobiety, z którą mógłby porozmawiać o „babskich sprawach” (co ciekawe padło tam również zdanie: „bądź realistka Droga Aniu, nie patrz na to jak powinno być, a jak jest”) i że żona nawet nie wie, że pisze. No co odpisałam, że to przykre i że może powinien się zastanowić czy tego nie zmienić, co zapewne można uznać za nieproszoną radę, ale raczej innego kalibru niż cała ta panika moralna pod niniejszym opowiadaniem. W odpowiedzi, nieproszony o szczegóły, autor znowu zaczął pisać na temat swojej żony i ryzyku wyrzucenia z alkowy po trzydziestu latach wspólnego życia oraz koleżankach, których nie śmie spytać czym depilują okolice intymne. Wywody zakończył stwierdzeniem, że byłabym świetną korektorką jego opowiadań w kwestii szeroko pojętej „kobiecości”. Jako że absolutnie nie byłam zainteresowana taką fuchą, zasugerowałam, że skoro nie potrafi rozmawiać z koleżankami, może powinien porozmawiać z młodszymi kolegami (no, kolejna nieproszona rada, skoro sam chwilę wcześniej stwierdził, że przydałaby mu się w tej tematyce MOJA pomoc). Oczywiście powinnam była polecić mu, żeby sobie wygooglał, ale akurat jeśli chodzi o depilację, więcej jest w internecie marketingu niż prawdy. Co dostałam w odpowiedzi? Kolejną propozycję przejścia na priva! Bo podobno za bardzo zboczyliśmy z tematu…
jammer106
2026-08-07 at 15:02
„naprawdę byłabym wdzięczna, gdybyś postarał się być bardziej konsekwentny i trwał dzielnie w swoim postanowieniu niekomentowania moich teksów” – dla Ciebie Boska wszystko. Mówisz i masz. Rozumiem , że ten deal zadziała w dwie strony?
„Zdaje się, że powinieneś oszczędzać sobie teraz nerwów.” – znów się w Tobie obudziła „ciocia, dobra rada”?
„nawet jeśli to była jakaś nieporadna próba flirtu…” – Aniu, to było bycie miłym, bo byłem tu świeży. Wiem, że masz o sobie wysokie mniemanie, ale, ja aż tak zdesperowany nie byłem wtedy i nie jestem teraz, by z Toba flirtować. Schlebiasz sobie zanadto.
„Wszystkich zainteresowanych naszą wymianą zdań odsyłam do źródła,… dalszą część można śledzić pod moim „Arturem”, ” – o , i może na tym powinnaś zakończyć komentarz, bo każdy zainteresowany swój rozum ma i odpowiednio połączy kropki, bez potrzeby Twoich tłumaczeń z polskiego na nasze.
Ania
2026-08-07 at 16:10
To może przypomnij mi kiedy ostatnio skomentowałam jakieś Twoje opowiadanie, bo naprawdę nie pamiętam 🤔
jammer106
2026-08-07 at 15:21
I właśnie przez skromność i samokrytycyzm na najdelikatniejszą krytykę reagowałeś tekstami w stylu „ale przecież jestem w TOP10”? 🤔 – tak Aniu, dokładnie jest tak jak mówisz, i przytoczę tutaj jedyny chyba mój komentarz na temat owego TOP10.
„2. Wysokie oceny – cholerka, dwa z siedmiu moich opowiadań są w TOP 10. Dlaczego się pytam? Odpowiedź po części znam – to tak żeby się świeżak nie zniechęcił, ale świeżakiem ja byłem po trzech opowiastkach. Pewnie zaraz spadną w rankingu i bardzo dobrze, bo przy takowych uwagach i niedoskonałościach nie mają prawa tam być….”
Czytelnik sam odpowiednie wnioski wyciągnie, nie będę go „prostował” moim tłumaczeniem.
Yen
2026-08-08 at 20:50
Aniu,
nie ustrzegłaś się błędów, o których tu już wspomniano, np. ze zmianą czasu albo perspektywy narratora, ale do Twoich opowiadań wracam, bo jest w nich coś ciekawego. Nie poddajesz się schematom typu facet-macho albo facet-oblech, a kobieta-anioł czy kobieta-dziwka. Twoje postaci są bardziej złożone, mimo że nie poświęcasz im wiele miejsca w tym konkretnym cyklu. Nie ma wybuchania płaczem co chwilę , żeby pokazać wrażliwości czy kobiecość ani walenia po mordzie, żeby zaznaczyć męskość. Jest mrugnięcie okiem do czytelnika, któremu zostawia się pole do interpretacji. To lubię, nie pisanie wprost, jaki rodzaj lastryko leżał na ścianie albo jaki typ maszyny stał w rogu pokoju 🙂
Dyskusja o procedurze przesłuchania raczej nie jest potrzebna. Wszyscy tutaj oparli się na własnych doświadczeniach. To ja mam takie: poszłam na przesłuchanie jako świadek, potencjalnie podejrzana. Pani policjant popatrzyła na mnie, na moje powiązania z poszkodowaną i powiedziała: pani to chyba niewiele ma do powiedzenia w tej sprawie.
No cóż, skoro organ ścigania sugeruje, że nie muszę się wysilać ze składaniem zeznań, to mogę powiedzieć, że nic nie wiem, prawda?
Nie, żebym wiedziała.
Bo nie wiedziałam.
Ale pani policjantka też nie wiedziała, że nie wiem.
Ania
2026-08-10 at 13:56
Miło mi słyszeć, że moja opowieść kogoś choć trochę wciąga 😊
Uśmiechy
A.
Thorin
2026-08-07 at 08:25
A co tu się, za przeproszeniem odjaniepawliło? Dwaj panowie atakują autorkę za to, że napisała o niezbyt zgodnym z przepisami przesłuchaniu?
Od kiedy to polska Policja jest taka obeznana z przepisami i protokołami? Przypominam, że komendant tejże Policji wwiózł do Polski uzbrojony granatnik podarowany mu przez ukraińskich partnerów i odpalił go w swoim gabinecie. To mówi chyba wszystko o polskiej Policji i jej przywiązaniu do procedur 🙂
A już grożenie autorce donosem za jej wyznanie po prostu jest komiczne. „Policja? Proszę przyjechać na internet”. Mam nadzieję, że Ania korzysta z maskowania adresu IP i teraz po cichu śmieje się z obydwu odpalonych kolegów po piórze.
Niestety po raz kolejny zauważam tu zjawisko: kółko wzajemnej adoracji, czyli księciunio i jego wierny Toudi najeżdża na kolejnego autora (tym razem płci żeńskiej). Czy intencją tych panów jest, by na Najlepszej Erotyce zostali wyłącznie oni?
Ania
2026-08-07 at 13:23
Wiesz, popełniłam największą możliwą zbrodnię – śmiała nie piać w zachwytach nad ich tfurczością 😅
Tomp
2026-08-07 at 14:42
Ależ nie ma problemu. Nie chcesz, by komentować Twoje tfurczości, to nie będę.
jammer106
2026-08-07 at 14:49
Mam przeprosić czy dziękować za ten zaszczyt, że mogłem publikować swoją 'tfurczość”, zaśmiecając tak piękny ogród jakim jest NE?
Twoje stwierdzenie znamienita „Ałtorko” jednego portalu (niestety powoli chylącemu się ku upadkowi), mówi o Tobie więcej niż jakakolwiek rozbudowana analiza.
Postaram się już więcej nie kalać tego wspaniałego gniazda swoją „tfórczością”, a gwoli ścisłości, to w moich komentarzach pod moimi opowiadaniami, zawsze pochodziłem do swoich opowiadań z dużą dozą krytycyzmu i prosiłem o konstruktywną krytykę, niż peany.
Usmiechy.
Ania
2026-08-07 at 14:58
I właśnie przez skromność i samokrytycyzm na najdelikatniejszą krytykę reagowałeś tekstami w stylu „ale przecież jestem w TOP10”? 🤔
Tomp
2026-08-07 at 14:46
Hahaha! Fraza „Policja? Proszę przyjechać na internet” jest tak charakterystyczna, że rozwiałeś wszystkie wątpliwości co do swej tożsamości.
Thorin
2026-08-07 at 17:05
Doprawdy, nie wiem, za kogo mnie uważasz i szczerze mówiąc mi to zwisa i powiewa…
Tym niemniej…
Dorośnijcie obaj, bo zachowujecie się jak przeładowani hormonami nastolatkowie, koniecznie chcący coś udowodnić dziewczynie, która nie zwraca na was uwagi.
Megas Alexandros
2026-08-04 at 21:59
Dobry wieczór,
scena przesłuchania jest skonstruowana ciekawie, jako swoisty pojedynek między świadkiem (a może już podejrzaną?) i śledczym. Pojedynek, w którym on stara się wydobywać informacje, a ona na różne, czasem nieuświadomione, sposoby utrudnia mu pracę. Podoba mi się psychologiczna gra między nimi, niepewność obydwu stron, tańczenie wokół tematu.
Nie uważam, by Krzemiński zachowywał się podczas przesłuchania nieprofesjonalnie. Marzenę może sobie w myślach nazywać, jak chce, ważne, że werbalnie odnosi się do niej z kulturą. A spisywanie protokołu często następuje na końcu, bo żeby robić to w trakcie, w pokoju musiałoby być dwóch funkcjonariuszy, inaczej ciągłe notowanie rozbijałoby dynamikę rozmowy. A w Policji zawsze mnóstwo wakatów…
Co do samej Marzeny, zaczynam podejrzewać, że ojcem jej córeczki jest denat Traczewski. To by tłumaczyło zarówno jej uniki w kwestii tożsamości ojca, jak i niechęć do własnego rodziciela. Oraz ogólną ostrożność w kontaktach z mężczyznami.
Zarzut mam jeden, ten sam co przy poprzedniej części. Miałem wrażenie, że podrozdziały zatytułowane są imionami postaci, z których perspektywy prowadzona będzie opowieść. A tu w podrozdziale „Inspektor Krzemiński” poznajemy perspektywę nie jego, tylko jakiegoś niższego rangą, nienazwanego z imienia funkcjonariusza. A w podrozdziale „Marzena”, co rusz i uparcie dochodzi do słowa umysł… Inspektora Krzemińskiego! To wprowadza sporo zamieszania i wcale nie ułatwia lektury.
Ogólnie jest jednak ciekawie, mimo, że akurat w tej części – mało erotycznie. Czekam zatem na ciąg dalszy!
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-08-05 at 13:26
W końcu obiecywałam więcej chaosu 😉
Następna część będzie akurat zawierać odpowiednią porcję erotyki, przy czym o ile w całości ważne jest różnorodne podejście bohaterów do sfery seksualnej i kilka scen erotycznych jak najbardziej się pojawi, fabuła jest tu jednak czymś więcej niż tylko pretekstem do opisywania seksu…
Uśmiechy
A.
Emilia
2026-08-05 at 15:45
Fabuła rozwija się ciekawie, dając nam szansę na poznanie kolejnych osób dramatu. A czy będziemy z czasem wracać do poprzednich? Bo nie jestem pewna, czy warto zapamiętywać wszystkie szczegóły ich dotyczące i prowadzić obszerne notatki 🙂
Ania
2026-08-05 at 15:59
Notatek nie warto robić, ale tak, zdecydowanie będziemy wracać do poznanych już osób. Tyle że części będzie sporo, bo aż 23, więc trochę nam to zajmie 🥴
Uśmiechy
A.