Kogut i babka (Tomp)  3.64/5 (11)

28 min. czytania

Ilustracja: Tomp

Gladys miała dwie przyjaciółki od serca. We trzy urodziły się w Hollow Creek, wszystkie poznały się już w pierwszej klasie Marion C. Moore School, razem się bawiły, wspólnie przeżywały pierwsze zauroczenia chłopakami i znajdywały w sobie wsparcie w uczuciowych zawirowaniach.

Tak było do końca edukacji w Louisville, bo później Madison wyszła za mąż i wyprowadziła się do Ohio, a Olivia wyjechała do Europy. Była ambitna i zawsze chciała studiować na Sorbonie. Cóż, Gladys nie czuła powołania ani do studiów, ani do małżeństwa.

Na te pierwsze i tak nie miała pieniędzy, a pociąg do mężczyzn został poważnie osłabiony po tym, jak Bud ją oszukał i wystawił na pośmiewisko. Było to wprawdzie dawno, w XI klasie, ale uraz pozostał. Bolała nad tym, bo i owszem, chłopaka jej brakowało. Nawet nie tyle chłopaka, co poczucia władzy nad mężczyznami, objawiającego się w tym, co potrafiła zrobić z ich najważniejszym elementem – penisem. Lubiła, gdy kutas prężył się pod jej wpływem, gdy w odpowiedzi na jej działanie strzykał spermą, a najbardziej, gdy w końcu obwisał. Jako źródło jego niemocy, u siebie doznawała przypływu energii i dobrego samopoczucia. To było nawet więcej warte niż orgazm.

Była urodzoną przywódczynią i lubiła dominować, a zabawka erotyczna czy własne palce dawały jej tylko pół przyjemności. Albo i mniej.

Taka była, ale nie spodziewała się, że może natrafić na podobnego faceta. A jednak!…

Bud nie tylko potraktował ją instrumentalnie, ale i nadszarpnął jej ego i zarazem zlekceważył. Okazało się, że był z nią nie dla niej samej, nawet nie dla przyjemności, jaką sprawiała mu swoją buzią, wargami i językiem. Bardziej od tego cenił sobie aplauz kolesi, którym chwalił się, jak mu obciąga Przewodnicząca Samorządu Rocznika i – co gorsza – pokazywał to im na ekranie iPhone’a. Wyjaśniło się, dlaczego nie próbował wejść w jej norkę, czego nie mogła wtedy zrozumieć – na zdjęciach lepiej wychodził jego nagi kutas wypełniający znaną wszystkim buzię Gladys Whitterton niż coś w prezerwatywie tkwiące w trudnej do zidentyfikowania cipie.

Ugodził ją boleśnie.

Po upublicznieniu zdjęć straciła mandat samorządowy i na chłopaka z okolicy nie miała co liczyć. Co z tego, że to doświadczenie dużo ją nauczyło. Odtąd poprzysięgła sobie nikogo nie traktować przedmiotowo, ale uraz psychiczny i opinia obciągary zniszczyły jej życie i szanse na nowy romans. Na nic zdały się przyjacielskie działania wspierające Mad i Olivii. Konieczna okazała się zmiana środowiska, więc po dyplomie przeniosła się do Indianapolis. Znalazła pracę, wynajęła mieszkanie i czekała, aż czas uleczy zranione ego, przejdzie jej gorycz wobec płci męskiej i osłabnie obawa przed kolejnym uczuciowym zaangażowaniem.

Minęły dwa lata. Zyskała nowe znajome. Owszem, niektóre były fajne, ale to nie to, co dwunastoletnia przyjaźń. Ta realizowała się na odległość.

Z Mad ostatnio rzadziej, bo życie małżeńskie i rodzinne – kwartał temu urodziła córeczkę – absorbowało ją z każdym miesiącem więcej. Z Olivią czatowała częściej, ale Gladys wyczuła, że i tamta ma nowe przyjaźnie, które coraz bardziej ją oddalają od szkolnej paczki. Sesje na Snapchacie już nie były cotygodniowe, acz pojedyncze wiadomości i fotki z Europy pojawiały się nierzadko.

I właśnie pewnego dnia Gladys dostała od Olivii jej zdjęcie. Stała na tle szyldu „La Poste Paris Louvre” z niedużą paczką, na której widać było adres odbiorcy. Nie cały był czytelny, ale „Indianapolis, IN4624” dało się odcyfrować. A był to adres Gladys. Podpis pod fotką głosił: „Na urodziny!”

Fakt, te były za osiem dni.

Indagacje, co też jej przyjaciółka śle, pozostały bez reakcji. Znaczy niezupełnie; odpowiedzią była roześmiana buzia Olivii na tle jakiejś kolumny. Wyszukiwanie obrazem w Google pokazało, że to Obelisk z Luksoru na Placu Zgody.

Pozostało czekać na paczkę.

Ta nadeszła po dziesięciu dniach. Gladys wzięła ją w ręce i przez chwilę rozkoszowała się samym faktem, że Olivii chciało się wysłać jej coś z dalekiej Europy. By przedłużyć miłe chwile oczekiwania na niespodziankę, czytała deklarację celną naklejoną na boku przesyłki:

 

Detailed description of contents: Novelty baking mix gift set (100% plant and mineral-based)

HS Tariff Number: 1901.20

Weight: 1.5 kg

Value:. 10 EUR

Category of item: Gift

 

„Zestaw prezentowy z nowatorskimi mieszankami do pieczenia”!? Ciekawe!…

Sfotografowała się z paczką w rękach, wysłała zdjęcie Olivii i już mogła zabrać się za rozrywanie opakowania.

Rychło w jej rękach znalazł się kartonik z napisami w języku francuskim, wśród których wzrok przyciągało fantazyjne liternictwo nazwy produktu: „Coq au vin”.

„Coq”… – przeczytała na głos. Jak cock. Jak kutas. „Kutas!?”

Poczuła, że się uśmiecha.

Z deklaracji celnej wynikało, że brak elementów zwierzęcych. Zresztą napisano: mieszanka do pieczenia. Jakaś mąka?

Nowatorska?…

Poszukała w tłumaczu Google, co znaczy „coq”. Oczywiście „kogut”. A „coq au vin”?

„…klasyczna potrawa kuchni francuskiej. Aromatyczny gulasz, w którym porcje koguta są długo duszone w czerwonym winie z dodatkiem boczku, pieczarek, cebuli, czosnku i ziół” – przeczytała.

Przyjaciółka wydala kilkadziesiąt euro, by przysłać jej jakąś namiastkę francuskiego gulaszu? W dodatku w oszukanej wersji wege? Deklaracja jasno określała, że mięsa i jaj paczka nie zawiera.

Jeden z boków kartonika okazał się rozwijaną harmonijką wielojęzycznego opisu produktu połączonego z instrukcją. Angielska część zaczynała się od uwagi drobnym drukiem:

 

Dla CBP i FDA (Tylko USA):

Prawnie zastrzeżona mieszanka do wypieku. NIE zawiera mięsa, jego pochodnych i elementów zwierząt, NIE zawiera niebezpiecznych substancji chemicznych.

UWAGA! Alergen: soja.

Produkt przeznaczony dla kobiet. Zawiera cztery porcje w oddzielnych torebkach.

 

„Co za seksizm” – pomyślała Gladys. „Tak jakby faceci nie mogli upiec babki. Czy w tej Francji kuchnią wciąż zajmują się wyłącznie kobiety? Co za zacofany kraj!”

Dalej następowała instrukcja stosowania:

 

Do wykorzystania cech produktu będziesz potrzebowała:

      • Butelki lub dwóch (na jedną porcję) dobrego, czerwonego stołowego wina. Najlepszy efekt dadzą wina francuskie. Możemy polecić Bordeaux AOC i wina z oznaczeniem Côtes du Rhône.
      • Piekarnika z regulacją temperatury.
      • Miski i dużej deski do wyrobienia masy.

Aby w pełni cieszyć się naszym nowatorskim produktem, dokładnie przestrzegaj poniższej instrukcji.

      • Zawartość jednej torebki produktu wymieszaj z jedną trzecią szklanki (80 ml/3 fl. oz.) wina. UWAGA: do mieszania nie używaj miksera ani metalowych mieszadeł. Zalecamy mieszanie rękami. Resztę wina ze szklanki (150 ml/6 fl. oz.) wypij.
      • Wyrabiaj masę rękami, popijając wino, aż stanie się gładka i przestanie przywierać do dłoni (ok. 10 minut). Gładź ją tak długo, aż będzie jędrna i sprężysta.
      • Wypij kolejne pół szklanki wina.
      • Z połowy masy uformuj podłużny element o kształcie zgodnym z własnymi preferencjami. Osadź go pionowo na podstawce z drugiej połowy.
      • Włóż do zimnego piekarnika. Ustal temperaturę na 100 °F (37 °C) i zacznij wygrzewanie. UWAGA: Przekroczenie 110°F (43 °C ) spowoduje zniszczenie produktu.
      • Co kilka minut wyciągaj produkt z piekarnika i gładź gołą dłonią umaczaną w winie. Wino do gładzenia powinno być ciepłe. Zaleca się łyk lub dwa wina przed każdą operacją.
      • Zorientujesz się, gdy produkt będzie gotowy. Użyj zgodnie z własnymi preferencjami.

Życzymy przyjemności!

UWAGA: Gdy produkt utraci jędrność, istnieje możliwość jego regeneracji. W tym celu należy polać go winem i wygrzewać w połączeniu z gładzeniem jak powyżej. Taką operację można powtarzać do czterech razy.

UWAGA: Produkt Coq au vin nie jest artykułem spożywczym, ale w przypadku konsumpcji nie stwarza zagrożeń zdrowotnych DLA OSÓB NIEUCZULONYCH NA SOJĘ. Producent nie odpowiada za odczucia smakowe.

 

Gladys była zdezorientowana. Pierwszy raz spotkała się z takim dziwnym przepisem. Pieczenie w stu stopniach? Gładzenie? Formowanie w pionową kolumnę? Picie wina? Po czym ma poznać, że produkt jest gotowy? I najważniejsze: do czego jest ten Coq au vin, skoro nie do jedzenia?

Ponownie wbiła w Google „Coq au vin”, ale wszystkie linki odsyłały do francuskiego gulaszu drobiowego. Nic nie dało uzupełnianie zapytań o „mieszanka do wypieku” czy o „HR EURL”, co wydawało się nazwą producenta.

No cóż, kupi wino i sprawdzi, co też właściwie Olivia jej przysłała. Nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, ale była podekscytowana.

W sobotę wróciła do domu późno, bo w barze karaoke obchodziła z koleżankami swoje urodziny. Dopiero po dwóch dniach znalazła czas, by postawiwszy na kuchennym stole odkorkowaną butelkę Bordeaux, otworzyć kartonik Coq au vin, wyjąć jedną z czterech torebek z proszkiem i z instrukcją przed oczami zabrać się za wyrabianie masy.

Po kilku minutach ugniatania uśmiechnęła się. Wypite wino pozostawiło w ustach miły posmak. Było dobre, choć dwa dni temu piła słodsze. Masę wyrabiało się przyjemnie, a mała jej ilość powodowała, że nadgarstki się nie męczyły, bo pracowały głównie palce.

Zgodnie z instrukcją popijała wino.

Po sześciu łykach substancja faktycznie przestała się kleić do dłoni. Miała bladoróżowy, nieco szarawy kolor i przyjemnie się ją głaskało.

Wkrótce rzeczywiście stała się sprężysta.

„Chyba już dosyć?” – pomyślała po kolejnych trzech minutach i trzech łykach Bordeaux. Pora na pół szklanki wina. „Hej, a czy to nie za dużo?”

Ale wypiła z przyjemnością. W butelce została prawie polowa, więc oceniła, że nic jej nie grozi. Dwa dni temu z koleżankami wypiła nawet więcej i bez problemów dotarła do domu.

Pora na formowanie. „Co oni mieli na myśli, pisząc o kształcie zgodnym z preferencjami?” – zastanowiła się. „Jakie są moje preferencje?”

Może z powodu wypitego wina, a może z racji podświadomych tęsknot uformowała… kutasa. Zrobiła to odruchowo, bezmyślnie, a zobaczywszy efekt, prychnęła śmiechem. „Jak Buda” – orzekła, i wydłużyła jeszcze trochę. Potem dolepiła go podstawą do grubego placuszka z reszty masy, obejrzała ze wszystkich stron i wstawiła do piekarnika. Na dolny poziom, bo ciasta lubią rosnąć. Ustawiła temperaturę. Z tym był problem, bo najniższa liczba na pokrętle to było 200, ale pomna ostrzeżeń, cofnęła je bardziej niż o połowę. „Przecież mam go wyjmować i gładzić co chwilę, to poznam, gdy będzie mu za ciepło”. „Go”!? Zorientowała się, że o kawałku jakiejś masy myśli jak o czymś żywym czy nawet człowieku.

To ją ponownie rozbawiło.

 „Co teraz?”

Przeczytała, że wino do gładzenia ma być letnie. Jak to zrobić? Zdecydowała się użyć kąpieli wodnej i wstawiła butelkę z resztką zawartości do garnka z ciepłą wodą. A że nie będzie piła ciepłego Bordeaux, którego zresztą mogłoby zabraknąć, więc otworzyła drugą butelkę. Zaraz nalała sobie z niej pół szklanki. Musi przecież spróbować…

Wszystko zgodnie z instrukcją.

Ile to jest „kilka minut”? Powiedzmy, że pięć, więc na tyle nastawiła minutnik w iPhonie. Potem stwierdziła, że zabiegi z butelkami trwały ze trzy minuty, więc zmniejszyła do dwóch.

Nachyliła się i wpatrzyła w obiekt we wnętrzu piekarnika. Ulepiony jej rękami kutas prężył się w nim ukrytą obietnicą. Mdłe światełko za termiczną szybą nadawało mu ciemniejszy i mniej czerwony kolor.

Czy jej się tylko wydało, że stał się grubszy?

Nagły sygnał minutnika wyrwał ją z transu. Drgnęła, przywołana do kuchennej rzeczywistości.

Otworzyła drzwiczki. Uderzyła w nią fala nie tyle ciepła, ile jego namiastki. Do nosa dotarł dziwny, trudny do określenia zapach. Coś jej przypominał…

Wysunęła blachę i zwilżyła dłonie podgrzanym Bordeaux. Ciepławe wino zabarwiło palce. Ostrożnie, posłuszna absurdalnej instrukcji, ujęła uformowany z masy kształt.

Poczuła dreszcz. Masa zmieniła fakturę. Nie była już matowym kuchennym ciastem, które kiedyś lepiło się do palców. Pod wpływem ciepła, wina i czasu jej powierzchnia stała się gładka, elastyczna i niepokojąco… żywa. Gladys powolnym, pociągłym ruchem przesunęła mokrą od wina dłonią od czubka pałki aż po podstawę. Potem drugi raz…

Nawilżyła dłoń. Trzeci…

Robiła to z jakąś intrygującą przyjemnością. W umyśle pojawiły się oczywiste skojarzenia i reminiscencje, ale sama przed sobą bała się do nich przyznać.

Czy to złudzenie, że w odpowiedzi na jej głaskania „to coś” delikatnie pęczniało, stawiając opór jej palcom, a zarazem napraszając się o więcej?

Na moment zamarła, a potem wsunęła blachę głębiej, zamknęła drzwiczki, uruchomiła minutnik i wzięła łyk chłodnego wina. Prosto z butelki.

Po którymś kolejnym wzdrygnęła się. Rzut oka na zawartość nie kłamał: to musiało być wiele łyków.

Kolejny dźwięk iPhone’a oznajmił upływ nastawionego czasu. „Już?” Jakoś nie mogła sobie przypomnieć, co robiła przez te pięć minut. O czym myślała?

Wysunęła blachę i mokrą od Bordeaux dłonią śmiało przejechała wzdłuż „tego czegoś”. Przypominało fallusa; był gładki, pięknie obły, nabrzmiały potencją. Nawet główka formowała się w znany kształt kaptura. Na samym szczycie ujrzała łezkowate wgłębienie.

Po kilku ruchach wsunęła blachę, zamknęła drzwiczki i sięgnęła po butelkę.

Gdy minutnik zasygnalizował upływ kolejnych pięciu minut, bez zastanowienia przeszła do ponownego głaskania. Mokre od wina palce ślizgały się po aksamitnej fallicznej powierzchni, która przejmowała od nich krzepki karmin dalekiej Francji. I znowu Gladys odniosła wrażenie, że uformowany przed kwadransem z tajemniczego proszku fallus żyje, że pod wpływem jej dłoni sztywnieje. Teraz już nie był prostym wałkiem, który włożyła do piekarnika. Pod główką w kształcie kapturka widać było wyraźne zwężenie, a nierówności na trzonie układały się w ciemniejsze żyłki.

W obawie, że nie dotrzyma procedury, przerwała, wsunęła blachę i zamknęła drzwiczki. Czy nie głaskała zbyt długo?

Rzut oka do wnętrza sprawił, że z satysfakcją pomyślała o swej zapobiegliwości – gdyby nie włożyła blachy na najniższy poziom, fallus oparłby się o górną grzałkę, co mogłoby go zdeformować.

„Lub uszkodzić piekarnik, hihi”

W rozbawieniu, ale zabarwionym podziwem i narastającym oczekiwaniem – na co? – łyknęła Bordeaux. Tym razem przechyliła butelkę tylko dwa razy, bo nagle dotarło do niej, z czym się jej kojarzy ów zapach, który wdychała przy otwarciu piekarnika. To był zapach podniecenia, potu i spermy; ten sam, któremu kiedyś nie mogła się oprzeć. Który ciągnął ją do mężczyzny. Który pojawił się pierwszy raz od dawna, od trzech lat. I dziś nie wiązał się z obawą… Nie; nie zagrażał, choć… ekscytował. Wzywał…

 „To tylko masa” – powtarzała sobie w myślach, dociskając pupę do kuchennego blatu. „Zwykła soja i minerały. Francuski dowcip Olivii”. Ale wiedziała, że kłamie. Ściany umysłowego zaułka, do którego trzy lata temu uciekła, otwierały się. Wymuszona racjonalność, która była schronieniem dla skrzywdzonej dziewczyny, przestała ją krępować.

Jest w swojej kuchni. Sama. Bezpieczna. Nikt jej nie sfilmuje.

Pora wrócić do dawnej siebie. Do Gladys pełnej wigoru, optymizmu i życia. Do energii, którą zawsze w sobie czuła, a którą przez trzy lata tłumiła. Już nie jest złamaną dzieweczką z Louisville. Jest w Indianapolis.

Spuściła żaluzje i zgasiła światło. Lampka piekarnika wystarczy. Nie nastawiła minutnika; już go nie potrzebowała. Jej ciało samo odmierzało czas tętnem krwi w podbrzuszu. Gdy oczy przywykły do półmroku, nalała sobie pół szklanki wina i wychyliła duszkiem.

Narastała w niej moc. Moc burzenia i kreowania.

Ofiarami tej mocy były słabość, strach i osad zdrady. Zniknęły.

Przedmiotem kreacji była Nowa Gladys. Czuła się tak, jakby wreszcie odnalazła samą siebie, jakby wróciła z trzyletniej emigracji do nowej-starej rzeczywistości. Do czasów, gdy była duszą szkolnej paczki, prowodyrką wydarzeń, przywódczynią dziewczyn w Marion C. Moore School.

Tyle że teraz dojrzalszą.

Wiedziała, co zrobi.

Otwarła piekarnik i umoczyła dłoń w letnim winie.

To coś skąpane w mdłym świetle nie mogło jej zranić. Nie miało kpiącego głosu ani iPhona. Nie miało nawet twarzy, którą mógłby przeciąć nieprzychylny grymas. Było żywą, męską anatomią. Całkowicie poddanym jej woli członkiem.

Tym, do czego trzy lata tęskniła.

Nadszedł czas; czuła to całą sobą. Ujęła fallusa we władcze dłonie i wyjęła z pieca.

Pierwsze odczucie było takie, jakby się oparzyła. Wiedziała, że to nieprawda; nie można się oparzyć męskim kutasem. Bo to był MĘSKI KUTAS. Piękny, w sam raz wyrośnięty okaz. Beżoworóżowy, z granatowymi pasmami pod powierzchnią, które do złudzenia przypominały nabrzmiałe krwią żyłki. Kształt, który na początku przypominał nieporadną rzeźbę dziecka, teraz pod wpływem francuskich czarów, ciepła, głaskania i wina stał się monumentalnie twardy, pulsujący własnym, wewnętrznym żarem.

Na chwilę zamarła, by nacieszyć się jego wyglądem. Potem obróciła się w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Łokciem zahaczyła o instrukcję, która spadła ze stołu na podłogę. Nie będzie już potrzebna. „Użyj zgodnie z własnymi preferencjami” pulsowało w jej głowie w rytm uderzeń serca. Ten sam rytm czuła niżej.

Wróciła pamięć i nawyki zdecydowały o wysokości. Wybór Gladys padł na stołek. Podstawka męskiego członka niespodziewanie doń przywarła, jakby się przyssała.

Uklękła i przybliżyła twarz do francuskiego prezentu od Olivii. Nos wchłonął dobrze znany zapach. Jakże do niego tęskniła…!

Rozchyliła wargi i powoli, celebrując każdy centymetr, wzięła ciepły, sprężysty kształt do ust. Przywoływał niesamowitą liczbę skojarzeń; był gładki, a faktura powierzchni w połączeniu z temperaturą do złudzenia naśladowały żywą tkankę. Na języku poczuła cierpki, wytrawny smak Bordeaux, którym przesiąkł i który dokładnie korespondował z jej podniebieniem. Zaczęła ssać powolnymi, głębokimi ruchami, skupiając się na sztywnej elastyczności, na cieple i wilgoci nadanej przez francuskie wino. Ale to jej dzieło. To jej wargi, jej palce, jej praca nadały mu tę twardość.

Znała tę dumę. Dawno jej nie doznawała…

Zamknęła oczy i rozkoszowała się poczuciem znajomej kontroli.

Język badał gładź i czuł pod spodem dziwne, cieplejsze, wybrzuszone pasma.

Jak pięknie było wrócić do… samej siebie.

W podbrzuszu narastało pulsujące napięcie. To było nowe…

Posuwiste ruchy stawały się coraz szybsze. Z każdym doświadczała nabrzmiałej męskości coraz głębiej w sobie.

Nie dość głęboko. Nie z tej strony!

Uniosła głowę, przez co wyślizgnął się z jej ust. W blasku poświaty z piekarnika błyszczał od śliny i wina.

Był gotowy.

Ona też.

Wstała. Zsunęła dżinsy i figi. Odrzucone opadły na płytki posadzki.

Gdy pochwą poczuła pierwsze, gładkie wejście, z gardła wyrwał się cichy jęk akceptacji. To, co ją wypełniało, było odpowiednio ciepłe i śliskie. To nie była namiastka, to był ON, Pan Penis Samoistny, i ona go wykorzysta „zgodnie ze swoimi preferencjami”. Te były oczywiste, a on się do nich dostosuje.

Już się dostosował.

Początkowo Gladys poruszała się wolno, wchłaniając, a potem wypychając z siebie każdy cal jego długości, obściskując całą elipsę jego obwodu. Nadawała rytm. To ona decydowała, jak głęboko, jak mocno i jak szybko. Wróciła dawna moc. Już nikt jej nigdy nie pozbawi.

Przyśpieszyła. Półmrok, nuta aromatu rozgrzanego wina zmieszana z zapachem potu i seksu, osad smaku Bordeaux, wrażenia dotykowe i radość oczekiwania finału – wszystko to zlało się w jedno pasmo czystej, niedoznanej dotąd rozkoszy, która eksplodowała w niej nagle, brutalnie i falami.

Ciszę mieszkania wypełniły głośne jęki spełnienia.

Gdy kilka minut później wróciła do rzeczywistości, zauważyła zmianę. Zgodnie z ostrzeżeniem instrukcji produkt zaczął tracić objętość, a wraz z nią swoją męską jędrność. Gladys poczuła, jak wiotczeje w jej pochwie i w naturalny sposób się z niej wysuwa. Zużyła go. Jej moc sprowadziła nań tę niemoc.

Wstała. Na taborecie półleżał zmaltretowany, różowawy kształt. Z podłogi podniosła swoje ubranie, a wraz z nim instrukcję mówiącą o możliwości „regeneracji do czterech razy”.

Uśmiechnąwszy się, wyciągnęła rękę po wino. Rozmyślając o kolejnych podobnych wieczorach, wzięła tęgi łyk.

W sobotę kupi więcej tego Bordeaux. Nie może dopuścić, by jego brak zakłócił proces regeneracji.

 

*****

 

Gladys, pchając w Total Wine & More wózek z zakupami, pewnym krokiem zmierzała do alejki z winami francuskimi. Już z daleka słyszała rozbawione głosy chłopaków, którzy – jak się wnet okazało – blokowali koszami na kółkach przejście akurat do tego regału, na którym było jej Bordeaux. Skręciła więc w sąsiedni pasaż z zamiarem obejścia głośnej grupki, gdy rozmowa ją zainteresowała.

– A co za różnica Merlot czy Cabernet. Weź, nie cuduj!

– O, tu masz jakieś ładne. Patrz! Słodkie!

– Słusznie, co będziesz szukał jakiegoś gorzkiego badziewia…

– Nie gorzkiego. Mówiłem, że ma być stołowe.

– Bo tak pisze ta twoja instrukcja? Weź się ogarnij! I tak ci te cuda-wianki nie wyjdą!

– We Francji wyszły – zaoponował głos, który najwyraźniej miał przeciw sobie resztę kolegów.

– Weź wyluzuj! Myślisz, że uwierzymy, że ciacho z figą coś tam, jakaś babka z proszku wystawiła ci z piekarnika piczę do ruchania?

Zabrzmiał potrójny śmiech, a Gladys zatrzymała się i cofnęła, by być dokładnie na wysokości głosów po drugiej stronie. Babka z proszku do ruchania? Z piekarnika? Bardzo to przypominało jej Coq au vin.

– Uciszcie się, jeszcze strażnik przyjdzie… – tonował rozbawione towarzystwo zupełnie spokojny oponent. Na tle bawiących się jego kosztem rówieśników wydawał się dziwnie flegmatyczny.

– Ale czemu nie? Pochwal się mu, jak nam: „Chłopaki, ta mieszanka to jest kosmos! Dajesz wino i mleko, ugniatasz, a to rośnie w piecu, pęcznieje, aż w końcu samo wypycha drzwiczki piekarnika i wypina się z niego gorąca, jędrna dupcia!”. Tak mówiłeś, czy nie?

Gladys utwierdziła się w swych skojarzeniach. Najwyraźniej prezent Olivii miał swój męski odpowiednik.

– Pewnie nawet nie umiałeś jej użyć!

– Ależ koledzy! Doceńcie dbałość naszego geniusza o ekologię. „Sto procent roślin i minerałów”! Nasz Luke dba o planetę! To go rajcuje i dlatego pieprzy się z figową babką.

Dwa głosy zarżały, a trzeci dopowiedział:

– Bądźmy wyrozumiali! Skoro nasz wydziałowy geniusz studiuje na dwóch kierunkach i jeszcze jakiś fakultet na Purdue Online, to na dziewczyny czasu brakuje i musi się spuszczać we francuskie ciasto!

Rechoty odezwały się ze zdwojoną mocą.

– To jest zaawansowana technologia polimerowa, a nie zwykłe ciasto – mruknął ten czwarty tak cicho, że gdyby nie to, że uszy Gladys już chyba przypominały Gargamelowe i wystawały ponad regał, nie zrozumiałaby.

– Jaki z niego geniusz – zakpił po chwilce jeden z tych rechotliwych. – Do drugiej porcji tak mu się paliło, że ją przegrzał i zamiast wypiętego ciacha z dziurką wyszedł mu gumiasty zakalec!

– Dobrze, że się powstrzymał przed włożeniem kutasa w takiego gniota! Już widzę ten artykuł w „The Campus Citizen”: „Najlepszy student Wydziału Chemii zakleszczony w keksie domowej roboty”.

Ponownie rozległ się rechot trzech gardeł, a Gladys pozostało podziwiać opanowanie studenta będącego obiektem niewybrednych kpin. Wśród znanych jej chłopaków doszłoby do bitki, a co najmniej obiekt słownej napaści odgryzałby się podobnymi. Ten zachowywał kamienny spokój i to spowodowało, że uznała go za wartego uwagi. Musiała go zobaczyć.

Zobaczyć i może… poderwać.

Śmiałymi krokami okrążyła regał. Zbliżając się do grupki wyżywającej się na koledze, słyszała jeszcze:

– To nie moja wina. Termoregulator się zaciął.

Ten, który się usprawiedliwiał, miał wygląd typowego outsidera: chudy, z rozczochraną czupryną, w lenonkach i Nike’ach, których model wylądował na wyprzedaży rok temu. Ze sznurowadłami porządnie zawiązanymi na kokardkę.

Rzuciwszy zdawkowe „przepraszam”, bezceremonialnie rozsunęła swoim wózkiem roześmianych kpiarzy, odepchnęła dwa kosze tarasujące dostęp, zdjęła z półki butelkę znanego jej dobrze Chateau de Camarsac i zwróciła się do okularnika:

– To wino będzie dla twojej francuskiej mieszanki najlepsze. Wiem, bo sama wypróbowałam z powodzeniem.

Wszystkie uśmiechy zgasły. Gladys, wciąż z wyciągniętą ręką trzymającą butelkę wina, zmierzyła wzrokiem milczącą grupkę.

– A wy, zamiast marnować koledze czas swoimi „światłymi uwagami”, powinniście raczej słuchać z uwagą, co ma wam do powiedzenia o technologiach polimerowych. Bo w przeciwieństwie do was zna się na nich. Na wypiekach też. Założę się, że żaden z was nawet nie wie, jak upiec zwykłe ciasto brzoskwiniowe, a co dopiero taki francuski specjał. Zmiatajcie do nauki i zostawcie kolegę w spokoju! No już!

Wszystkich zatkało, a jeden z dotychczasowych szyderców zamarł z otwartymi ustami.

Włożyła do swojego kosza trzymaną butelkę, dołożyła do niej jeszcze trzy i zwróciła się do Luke’a:

– Chodź, pomożesz mi włożyć zakupy do samochodu.

Wycofała wózek i ruszyła w stronę kas. Chłopak ruszył za nią. Wiedziała to; nawet nie musiała się oglądać.

Wkrótce się z nią zrównał.

– Wow, ale z ciebie twarde ciacho. – W głosie wyczuła podziw. – Skąd znasz Miches aux figues? Myślałem, że w całej Indianie tylko ja mam ten produkt.

Gladys o Miches aux figues nie słyszała, ale łatwo się domyśliła, że to coś takiego jak jej Coq au vin, więc udała oblataną w temacie.

– Jak widać, nie tylko. HR EURL to mało znana francuska firma, która w niewielkich ilościach wypuszcza takie produkty dla koneserów. W USA ich nie znajdziesz. Jak zdobyłeś to Miches aux figues?

– Latem byłem we Francji na wymianie studenckiej. I tam… Jakoś przypadkiem… Kolega mi pokazał… – jąkał się Lucas z rumieńcem na twarzy.

W kasie zapłacili oddzielnie – on za swoją butelkę, a ona za resztę.

– Czy jedna ci starczy? – spytała z powątpiewaniem.

– Yyy… Jak tak mówisz, to… A tobie nie starczyła?

– Mi nie, ale ja mam inną wersję. Dla kobiet. Jednak musisz wiedzieć, skoro to nie pierwszy raz?

– Yyy… Prawdę mówiąc, to w USA jeszcze mi się nie udało. Za pierwszym razem myślałem, że czegoś nie zrozumiałem z instrukcji… Wyszły mało wyrośnięte i… Nie to, co w… No, mniejsza o to. A za drugim się zorientowałem, że mam walnięty termoregulator i… Sama wiesz…

– „Wyszły”? Piekłeś kilka naraz?

Lucas się speszył. Spojrzał na nią przeciągle, jakby się zastanawiał, czy odpowiedzieć. Jednak wyjaśnił, wciąż zarumieniony:

– „Les miches” to po francusku chlebki, ale i pośladki. A „figues” to figi; owoce, nie majtki. Jednak chłopacy we Francji tak mówią na… No wiesz… Na to, co dziewczyny mają między nogami…

– O, widzę, że ty nie tylko jesteś znawcą chemii polimerów, ale i francuskiego! – Gladys obcięła chłopaka spojrzeniem pełnym aprobaty.

– Hmm… Mama jest z Francji i mamy tam rodzinę, więc jestem dwujęzyczny.

Zestawiwszy te pośladki z wcześniej usłyszanym opisem, jak „puszysta gorąca dupcia sama wypycha drzwiczki piekarnika”, Gladys była pewna, że męska wersja jest jednak trochę inna niż jej Coq au vin. Zapragnęła ją zobaczyć.

– Zaintrygowałeś mnie. Kiedy planujesz kolejną próbę?

– Yyy… Nie wiem… Mój piekarnik jest zepsuty. Z Mikem obgadałem, że mogę przyjść do niego, ale to… to chyba nie jest dobry pomysł. Wszystkim wypaplał i… A może… Skoro jesteś takie sprytne ciacho i znasz się na tym, to…

Gladys uśmiechem odpowiedziała na komplement.

– Jesteś wporzo gość. Dawno nikt mnie nie nazwał „ciachem”, a dziś ty już dwa razy. To chcesz u mnie? Byłabym zazdrosna o te gorące pośladki.

Miał to być żart, ale nie został zrozumiany. Lucas wziął zazdrość zupełnie serio.

– Nie, nooo… Co ty… Przepraszam! Zapomnijmy o tym.

Zawstydził się tak, że Gladys aż się go zrobiło żal. Akurat dotarli do jej samochodu i zajęli się przekładaniem zakupów, więc nie musiała się śpieszyć z odpowiedzią. Jednak temat wymagał wyjaśnienia, a nowa znajomość – pierwszy obiecujący chłopak w jej dorosłym życiu – kontynuowania.

Użyła blankietu starego mandatu.

– Tu masz mój numer. Możesz dzwonić w poniedziałki i czwartki o siódmej wieczorem. Umówimy się na te „gorące pośladki z figą”.

Gdy ruszała ze swojego miejsca parkingowego, widziała w lusterku rozczochranego drągala z butelką w ręce. W drugiej trzymał kartkę, a jego twarz zdobiły rumieniec i uśmiech niedowierzania.

 

Luke zadzwonił w pierwszym możliwym terminie, czyli w poniedziałek. Minutę po siódmej.

– Yo, czy to z tobą kupowałem wino… w sobotę?…

Fakt, nie przedstawili się sobie. Ona podsłuchała jego imię z rozmowy, ale Lucas – jak prawdziwy naukowiec – okazał się na tyle roztargniony, że o jej nie zapytał. Ale i ona się nie popisała; powinna napisać imię przy numerze, jeśli nawet nie oznajmiła go wcześniej.

– Tak. Sorry, nie przedstawiłam się. Jestem Gladys.

– Lucas. Luke. Ja też się nie przedstawiłem. Jak twój dzień?

– Dziękuję, dopiero co wróciłam z pracy. A ty?

– Właśnie przerabiam materiał na fakultet. Ale dzwonię, jak kazałaś…

– Fakt! Cholernie punktualnie!

– No, bo… Wiesz, chodzi o ten piekarnik…

– Aha… Chcesz przyjść w czwartek?

– Pewnie! – rzucił z zapałem. – O której?

 

Pięć minut przed siódmą Gladys dostała od Luke’a esemesa, że spóźni się trzy minuty. Gdy dokładnie trzy minuty po siódmej odezwał się gong domofonu, była pod wrażeniem. Nie tylko mózgowiec, ale szanuje nowo poznaną dziewczynę i umie zarządzać czasem. Nie jak…

– Proszę – rzekł, wręczając jej termoizolacyjną torbę. – Nie wiedziałem, czy nie jesteś wege, więc na wszelki wypadek wziąłem obie wersje.

– Dziękuję. – Zajrzała do wnętrza i znalazła tam dwa pintowe kubki z logo BRICK-a, topowej miejscowej lodziarni. – Wow! Czyżbym nie tylko ja miała ochotę na loda?

Luke z początku nie zareagował, ale po chwili podtekst tej wypowiedzi musiał do niego dotrzeć, bo policzki mu się zarumieniły.

Gdy włożyła oszronione pojemniki do zamrażarki i odwróciła się, zastała na kuchennym stole rzeczy, które wyłożył do eksperymentu. Chłopak stał w jakimś zmieszaniu.

– Bo… Właściwie… – stękał, ściskając w ręce jakąś szmatkę.

– Ścierki mam – oznajmiła. Tej używam do przecierania blatu, a tu… – Wskazała na drążek obok zmywarki. – …wisi ręcznik do naczyń. Niepotrzebnie przyniosłeś.

Nawet nie spojrzał.

– Tak… Nie… Nie w tym rzecz… Tylko że instrukcja… Ale to chyba nieważne…

– Co nieważne? Lepiej nie lekceważ zaleceń producenta, bo znów ci coś nie wyjdzie.

– Ale… Sama zobacz. Powinienem cię uprzedzić wcześniej…

Zachowanie chłopaka było tajemnicze. Spojrzeniem wskazywał leżącą na stole papierową harmonijkę. Wyglądała analogicznie jak instrukcja do Coq au vin.

Wzięła ją do rąk.

Uwagę dla CBP i FDA pominęła. „Alergen: soja”. No jasne. A dalej:

„Produkt przeznaczony dla mężczyzn. Zawiera cztery porcje w oddzielnych torebkach”.

Oczywiście, że dla mężczyzn. Teraz już nie oskarżała Francuzów o seksizm.

Dalej też podobnie jak u niej:

„Potrzebował będziesz… mleko (koniecznie świeże), czerwone wino stołowe (polecamy…), dużą miskę, fartuch kuchenny…”. Hmmm. U niej o mleku i fartuchu nie napisali. No dobra. I dalej procedura:

 

    • Wypij szklankę wina.
    • Pomyśl o lasce, która cię rajcuje, odszukaj jej zdjęcie lub filmik, w którym występuje, i pooglądaj dwie do pięciu minut, popijając drugą szklanką wina.
    • Zdejmij dżinsy (lub inne spodnie) i slipy (ew. bokserki lub inne majtki, jakie nosisz) i załóż fartuch.

 

Gladys przełknęła ślinę. To rzeczywiście był przepis dla mężczyzn. Spojrzała na zawstydzonego chłopaka – wciąż zarumieniony ściskał swoją precyzyjnie złożoną szmatę. „To musi być ten kuchenny fartuch!”

Wyobraziła sobie nagiego od pasa w dół Luke’a i zrobiło się jej miło. W duszy i tam, w dole.

Otworzyła butelkę Bordeaux i nalała wina do szklanek. Dwóch. Jedną podała chłopakowi.

– Jak jesteś początkujący w kuchni, to przestrzegaj przepisu. To podstawa.

Żeby dać dobry przykład i samej się rozluźnić, zaczęła pić. Patrzyła Lucasowi prosto w oczy, hipnotyzując go.

Osiągnęła pożądany rezultat. Obie szklanki równo pokazały dno.

– To teraz masz pomyśleć o jakiejś ślicznotce. A potem ją oglądać przez kilka minut – przypomniała instrukcję. – Napełniła szklanki ponownie. Musiała otworzyć drugą butelkę.

Luke odłożył zwinięty fartuch i złapał za iPhona. Poklikał, zabrzmiał jakiś podkład dźwiękowy, ale został ucięty po kilku taktach. Spojrzał na nią; wzrok chłopaka prześlizgnął się po Gladys z góry na dół, po czym na moment wrócił na jej twarz. Gdy go utkwił ponownie w ekraniku, znów się zarumienił.

W efekcie dalszych ruchów palców sytuacja powtórzyła się dwakroć; w ostatnim kawałku rozpoznała Just Keep Watching Tate McRae, ale i ten fragment nie brzmiał dłużej niż kilkanaście sekund. Znów zawisł wzrokiem gdzieś w połowie jej sylwetki.

„Czyżbym coś tam miała? Niemożliwe! Tak mokra przecież nie jestem!…”

Podniósł do ust szklankę z winem, pociągnął w zamyśleniu dwa łyki. Ponownie ją zlustrował, ale tym razem z dołu do góry. Zatrzymawszy się na jej oczach, wybąkał:

 – Eee… Trudno mi się zdecydować. Żadna z tych gwiazdeczek estrady, Spotify’a i YouTube’a mnie nie… – Przełknął ślinę. – …rajcuje. To tylko komercja.

– A w kogo wpatrywałeś się poprzednio?

– No właśnie!… – Wzruszył ramionami.

– To mamy winowajcę. Dlatego ci nie wyszło. I co teraz zrobimy?

Nie była głupia i dobrze wiedziała, co autor przepisu na Miches aux figues miał na myśli.

Tym razem Lucas podniósł szklankę do ust i nieśpiesznie wypił łyk.

– Nie wiem…

Ale Gladys wiedziała.

– Mam pomysł. Wpatruj się we mnie. Jestem żywa, niekomercyjna, jestem blisko i postaram się to patrzenie jakoś ci umilić.

Lucas wpatrzył się w nią zbaraniały.

– Naprawdę?… Mogę?…

– Pewnie! Tylko szybko, bo czas leci, a instrukcja mówi: „do pięciu minut”. I odłóż iPhona. Daleko. To będzie zupełnie prywatny pokaz. Innego audytorium sobie nie życzę.

– Jasne!

Dopiła swoje Bordeaux, którego smak już kojarzył się jej jednoznacznie z seksem, i odsunąwszy się na środek kuchni, odstawiła taniec w miejscu.

To był jej popisowy numer. Działał zawsze. Na wszystkich niezależnie od płci. Wystarczyło, że wcześniej rozluźniła się drinkiem lub dwoma, że poczuła tę lekkość, że nabrzmiały jej sutki.

Jak teraz.

Po minucie wężowych ruchów wprowadziła element specjalny. Od dawna tego nie robiła; chyba od…

Wystudiowanym ruchem ramion złapała za dół bluzki. Powolutku zaczęła go unosić, nie przerywając ruchu bioder. Czasem udawała, że opuszcza, by po trzech sekundach podnieść go wyżej… I wyżej…

Gdy odsłoniła biustonosz, szybszym ruchem ściągnęła wierzchni ciuch przez głowę i rzuciła na stół.

Oczy chłopaka mało nie wyszły z orbit. Zupełnie na ślepo chwycił szklankę z winem i pociągnął dwa solidne łyki.

Tymczasem Gladys wiła się od stóp do szyi. Dołączyła ruchy głowy, dbając, by wpatrywać się stale w Luke’a, choć on rzadko łapał jej spojrzenia; częściej błądził wzrokiem wzdłuż jej ciała.

Przyszła pora na stanik. Rozpięty, zwisł trzymany z boku przez trzy sekundy, zanim nie opadł na posadzkę.

Lucas prawdopodobnie tego elementu baletu nie zauważył, bo patrzył na jej uwolnione od koronek i fiszbinów piersi.

Gladys wiedziała, jak działają na mężczyzn.

Podobało jej się to, jak na nie patrzono. Lubiła ten wzrok; czuła się wtedy Panią i Królową sceny, Władczynią Widza.

Luke pociągnął kolejny łyk.

Skończyła występ. Pozwoliła mu się jeszcze trochę pogapić, po czym przypomniała chłopakowi, że czas mija.

– Kolej na następny punkt procedury. – A gdy wciąż wpatrywał się w jej biust, sucho przywołała go do rzeczywistości: – No co? Na co czekasz? Mam ci sama ściągnąć te Wranglery?

– Ale…

– Nie ma „ale”! W kuchni albo przestrzegasz przepisu, albo rezultat będzie daleki od oczekiwań. Jak zostaniesz mistrzem ciastkarskim, będziesz wymyślał własne sposoby, ale na to przyjdzie czas potem. Teraz rób, co trzeba. W końcu nie po to do mnie przyjechałeś, by skończyło się na gapieniu i gadaniu!

Tak upomniany Lucas odwrócił się do niej tyłem i zaczął zsuwać spodnie.

– Hej! – zaprotestowała. – To nieładnie odwracać się do dziewczyny plecami, a już na pewno jest niegrzecznie wypinać się na nią gołą dupą w jej własnej kuchni! Zwłaszcza gdy właśnie pokazała ci cycki!

Upomniany nie wiedział co zrobić, a Gladys śmiała się w duchu z sytuacji, która… Tak, już wiedziała, jak się zakończy.

O ile chłopak nie ucieknie, trzymając spodnie w ręku. Na ten obraz omalże prychnęła śmiechem. Siłą się powstrzymała, bo Luke jest z tych, którzy mogliby tak się zachować.

Musi trochę zwolnić. Wbrew sobie.

Na razie faktycznie odwrócił się do niej przodem. Wyszedł z nogawek, odłożył złożone Wranglery na stołek, po czym złapał za fartuch.

– Ej! Wszystko rób według przepisu! – przypomniała.

Tym razem nie posłuchał. Front fartucha się rozwinął i Gladys zobaczyła wydrukowany na jego białym tle fantazyjny napis „Kiss the Cook”.

Jej niedowierzanie musiało być widoczne, bo Lucas, wyprostowawszy się ze slipami w ręce, wyjaśnił:

– Głupie, wiem. Ale takie były akurat na wyprzedaży.

Gdy słowa przebrzmiały, Gladys zrozumiała powód odstępstwa od francuskiej instrukcji – sam środek fartucha, akurat w miejscu słowa „Kiss”, wyraźnie się wybrzuszał.

Nie mogła się powstrzymać. Zwyczajnie nie była w stanie. W dwóch krokach zbliżyła się do chłopaka i oznajmiwszy:

– Skoro mam ucałować kucharza, to już ja wiem, w co!

…popchnęła go tak, że oparł się o szafkę, po czym opadła na kolana. Zanurkowała pod zadrukowany napisem o całowaniu płat materiału i jej oczom ukazał się dorodny męski członek w pełnym wzwodzie. Nakierowała go ręką ku wargom i zaczęła „używać zgodnie z własnymi preferencjami”.

Po półminucie stwierdziła, że płótno jej przeszkadza, bo ma ochotę się przekonać, jak Luke ocenia jej działania. Odsunęła fartuch na bok. Teraz mogła patrzeć w górę.

Powieki chłopaka były półprzymknięte. Prawie na nią nie patrzył; wystarczały mu doznania dotykowe i pozazmysłowe. Usta wyginał delikatny uśmiech fascynacji, a policzki opuścił rumieniec, przez co wydawały się bledsze, niż zapamiętała. Za to wargi miał powiększone i karminowe. Prawie kobiece. Anielsko piękna twarz przepełniona szczęściem mogłaby stać się natchnieniem dla artysty malarza.

„Istny cherubin”.

Tymczasem Gladys rozkoszowała się tym, co miała w buzi. Po Coq au vin nie była to jakaś drastyczna zmiana sensoryczna. Nie, różnica wynikała z czegoś innego…

Długo nie docierało do niej, co jest jej źródłem. Pieściła męskiego członka, cieszyła się zarówno swoją dominacją, jak i jego aplauzem, gdy zrozumiała, że to właśnie interakcja daje te unikalne odczucia. Przez to, że kutas jest żywy, że stanowi element człowieka, który odczuwa nim jej dotyk, reaguje na jej wargi, język i ssanie podświadomymi odruchami, oboje mogli śmiało twierdzić, że nie tylko współuczestniczą w obopólnej przyjemności, ale i ją współtworzą.

Coq au vin nie odczuwał. Reagował słabo i nie przekazywał zwrotnych sygnałów. Gladys, świadoma wyższości ciała nad tworem przemysłowym, zachwycała się przypomnianymi po latach reakcjami żywego mężczyzny. Już niemal zapomniała, jak to jest. Ona mu dawała siebie za pomocą warg, języka i gardła, a on wzbogacał jej doznania ciepłem niesionym przez krew, odpowiadał nabrzmieniem, pulsowaniem… Wpychał się w nią coraz głębiej, czym oznajmiał pełnię aprobaty dla jej żądzy, ruchów i umiejętności.

Jeszcze nabrzmiał i potem strzyknął.

Z półprzymkniętych warg Lucasa wydobył się gardłowy jęk, a ręce przytrzymały zbyt teraz ruchliwą głowę, w której gardło tryskał ejakulatem.

Drugi raz, trzeci…

Jeszcze raz. I jeszcze.

Po ostatnim skurczu puścił ją i Gladys powróciła do swoich działań, ale w znacznie zwolnionym rytmie i bez ssania. Praktyka sprzed lat dała o sobie znać i perfekcyjnie „odprowadzała kutasa na spoczynek”. Cierpliwie czekała na ostateczne świadectwo swej kobiecej władzy – czuła się potężna mocą, którą wyssała z mężczyzny. Oni nie mogą, jak kobiety, raz za razem. Wbrew męskiej propagandzie to kobieta jest „ta lepsza”, to Ewa jest udoskonalonym Adamem. I Gladys właśnie tak się w seksie czuła – jako uosobienie doskonałości.

Przewidywania spełniły się jak zawsze. Wprawdzie członek Lucasa nie skurczył się, jak…, ale zmiękł i obwisł jak Coq au vin. Odsunęła twarz o stopę, by z właściwej perspektywy nacieszyć się swoim dziełem Bo to ona doprowadziła go do utraty sił.

Spodziewała się, że przemijającej, bo na tej chwili świat się nie kończy. Po tym wieczorze powinny przyjść następne.

Wstała i odsunęła się na krok.

– I w ten sposób całą francuską procedurę diabli wzięli. Żałujesz?

– No wiesz!… Jak możesz tak mówić! – Luke już nie był blady; róż, który tak dobrze korespondował z cherubinim pięknem jego twarzy, wrócił na policzki.

Złapał za fartuch i próbował nim zakryć przyrodzenie.

– Czy chcesz, bym włożyła bluzkę?

Zastygł, po czym wystękał:

– Nnnie… Ale zrozumiem, jeśli to zrobisz. Ta sytuacja musiała być dla ciebie bardzo krępująca.

Gladys nie powie przecież, że uwielbia ten sposób okazywania mężczyźnie swej władzy. Gdy jako kobieta może z nim zrobić wszystko. Gdy jest zależny od niej. Gdy potem obwisa bezwładnie, podczas gdy ona zachowuje pełnię żywotności; ba – zwykle zyskuje jej więcej! Nie powie tego, bo go wystraszy, a tego nie chce. Musi być delikatna, bo nie daj Boże Luke ucieknie…

– Nie bardziej niż dla ciebie. Ale jestem egalitarystką. Skoro ty się zakrywasz, to myślałam, że chcesz, żebym i ja schowała cycki.

– Ttto… nie chcesz?

– Nie zależy mi. Jak sobie je pooglądasz dłużej, nic im nie ubędzie. – Zafalowała ciałem, a sutki zakreśliły w powietrzu elipsy. – Ale wtedy i ja chcę mieć na czym zawiesić wzrok. Równość zobowiązuje.

– Znaczy, mam przed tobą wywijać fajfusem?

– A fe! Jakim fajfusem! Kto tak brzydko mówi na jakże piękny męski organ! Może teraz nie jest w pełni mocy, ale niedługo znów…

Zanim skończyła, pojęła, że się myli. Lucas zdjął fartuch i jej oczom ukazał się gruby i szybko unoszący się ponad poziom członek. W kolorze policzków właściciela, czyli intensywnie różowym.

„Chyba przesadziłam ze ssaniem” – pomyślała Gladys. A głośno powiedziała:

– No, teraz to rozumiem!

Chwilę popatrywała z zadowoleniem na męskie przyrodzenie. Jego zaletą w porównaniu do Coq au win była zdolność do samoczynnej regeneracji bez kąpieli w winie. Jak widać szybszej i na pewno więcej niż czterokrotnej. Dużo więcej! Choć w obu przypadkach to było jej dzieło. Na pewno nie sterczał pod wpływem jakiejś innej pięknotki ani wspomnienia francuskiej mieszanki polimerowej.

Szybko przypomniała sobie, że jest nie tylko dziewczyną z gołymi cyckami, ale i gospodynią.

– Gotowy na lody? – Szybko uściśliła: – Nie chodzi mi o kolejne lizanka. Te muszą poczekać. Przyniosłeś coś z BRICK-a. Może zjemy?

Z pucharkami pełnymi mrożonego kremu przeszli do pokoju, wzięli po poduszce i ze skrzyżowanymi nogami usiedli na podłodze. Gladys jako egalitarystka nie będzie udostępniać swych wdzięków bez wzajemności, a tej blat stołu by ją pozbawił. No i wciąż łaknęła uwielbienia, które odczytywała ze spojrzeń ogniskujących się na jej biuście. Tak długo była go pozbawiona…

Rozmawiali o jej pracy i jego studiach, potem trochę o rodzinach. Po kwadransie lody się skończyły i to był sygnał końca randki. Dziewczyna nie chciała dziś posunąć się za daleko, ale musiała jakoś zachęcić chłopaka do następnej. Napomknęła więc:

– Te Miches aux figues wciąż na ciebie czekają. Ale już nie dziś. Jak przyjdziesz na drugą próbę, przynieś więcej wina, bo zaczniemy od początku. Od początku, to znaczy od wzorca. Pokażę ci te „pośladki z figą” na żywo, żebyś, znając oryginał, mógł go z polimerowej mieszanki perfekcyjnie odtworzyć.

Chłopak się uśmiechnął.

– Na pewno żaden polimer, choćby cudowny i francuski, nie dorówna temu ideałowi. Nawet nie przystąpię do próby naśladownictwa. A wina przywiozę cały karton. To na kiedy mnie zaprosisz?

– I nie będzie ci żal, że u mnie nic nie rośnie w piecu, nie pęcznieje, że samo nie wypycha drzwiczek piekarnika, co tak malowniczo opisywałeś kolegom? Sama bym chciała zobaczyć, jak z mojej kuchenki wypina się gorąca, jędrna dupcia. Aż mnie ręka świerzbi, by dać takiej konkurentce soczystego klapsa!

Członek, przed chwilą mało już jędrny, ponownie zaczął się unosić. Na policzki wrócił rumieniec. Lucas popatrzył na wnętrze swej prawej dłoni.

– Wiesz… Nie pomyślałem… że ty też. Bo ja nieraz miałem na to ochotę. Wypięte pośladki, klaps… Korci mnie, by spróbować. Co ty na to? Za tydzień?

Gladys była zaskoczona. Delikatny, wstydliwy chłopak i taka propozycja…

Poczuła, jak się rumieni.

Siedzi oto przed nią wyluzowany i inteligentny student, który na pewno góruje rozumem nad wszystkimi jej kolegami ze szkoły. Który najwyraźniej zna swoją wartość, ale nie jest bucem jak… Chyba go nie doceniła…

Tym bardziej warto dbać o tę znajomość.

– Chciałbyś?

– Pewnie!

– To za tydzień oprócz Bordeaux przynieś prezerwatywy. Ale rosnąć nie potrafię. Już jestem dorosła i bardziej nie będę. Do piekarnika się nie zmieszczę, więc o wypychaniu drzwiczek moją dupcią też możesz zapomnieć. Pasuje?

– Pewnie!

Poderwał się, by się ubrać, a Gladys odprowadziła spojrzeniem jego sterczącego członka. Szkoda, że nie może pokazać Olivii zdjęcia swojej uśmiechniętej twarzy na tle tego… obelisku.

Jednak cyknęła fotkę, której centrum wypełniała jej rozradowana buzia. W ciemniejszym tle z boku majaczyła odwrócona tyłem męska postać wkładająca spodnie. Wyśle przyjaciółce, jak tylko za Lukiem zamkną się drzwi. Olivia ucieszy się, bo zrozumie, że jej przyjaciółka została odczarowana.

Prezent znad Sekwany spełnił swoją rolę.

 


 

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Doceniam pomysłowość. Doceniam małe szczegóły: jak choćby to, że numer HS Tariff faktycznie się zgadza. Nieco gorzej wyszło z „lodami” (po angielsku nie używa się tego rzeczownika do określania seksu oralnego, ale rozumiem, że to w ogóle takie „twarde ciastko” z takimi rzeczami).

Z „lodem” masz całkowitą rację, ale problem językowy jest szerszy. Nie mogłem przecież użyć seksualnie dwuznacznych (jak polski lód/loda) angielskich słów „cream” (również wytrysk spermy, który znaczeniowo: „ice cream” = lody jest wszak bliski polskim lodom), a szczególnie „whipped cream” (dosłownie „bita śmietana”, ale i to ma konotacje seksualne, a przy skrócie żargonowym „whip” oznacza uległego mężczyznę). Podobnie jest z „babką”, bo słowo to istnieje i we Francji (Lotaryngia, gdzie oznacza wypiek jak w Polsce), ale bez konotacji z kobietą, i w USA, gdzie z kolei oznacza placek żydowski o zupełnie innym wyglądzie; również bez konotacji.
Z kolei „ciacho” (które w Polsce oznacza obiekt seksualnego podziwu i raczej dotyczy mężczyzn) w USA (cookie) jest powszechnym komplementem, a w połączeniu z przymiotnikami „smart”, „hard” itp. nabiera indywidualnych cech podrywu.
O francuskich idiomach nie mówię, ale miałem problem z męskim analogiem „coq au vin” zrozumiałym dla Amerykanki.
Sprawa idiomów seksualnych jest zbyt złożona, by to ująć kompetentnie w erotycznym tekście polskojęzycznym (stąd Twoje zastrzeżenia), ale i w takim jak ten komentarzu.
Ogólnie, jeśli nie chce się poprzedzać takiego opowiadanka wstępem porównywalnym do Wprowadzenia do Dróg Japonii, to trzeba sobie radzić polskimi odpowiednikami, a nie dosłownymi tłumaczeniami obcych idiomów. I tak zrobiłem.

Muszę zapytać: skąd rodzą się takie pomysły? Którymi ścieżkami podąża rozum wymyślający takie fabuły? Skąd czerpie inspiracje? Opowiadanie o seksualnym uzdrowieniu zaczynające się od wypieków. Nazwałabym to erotyką kulinarną, ale przecież Coq au vin nie był przeznaczony do spożycia. Jestem zaintrygowana, rozbawiona i zdumiona. Gdzie kupić taki produkt?

Tu inspiracją była gra słów. Część zagrała lepiej (Coq…), a część z przyczyn językowych ugrzęzła w amerykańskiej fabule, bo polska nazwa produktu dla mężczyzn brzmiałaby lepiej: „Upiecz sobie babkę”. Faktycznie zaczęło się od wyobrażenia sobie chłopaka kupującego taki proszek w sklepie, zagniatającego (bardzo erotyczny motyw!) ciasto, które po włożeniu do piekarnika rośnie do pełnowymiarowej, pulchnej ślicznotki, jej pupa wypycha drzwiczki, te się otwierają, a za nią wysuwa się (tyłem) cała reszta. Chłopak zamieszkuje z nią, chadzają do miasta, potem ona pcha wózek, a w nim pulchny dzidziuś…
Ech, rozmarzyłem się.
Sam bym kupił, ale nie wiem, gdzie 🙁 .

Opisane wyobrażenie kojarzy mi się mocno z mitem o Pigmalionie i Galatei. Wydaje się, że z tego pierwotnego pomysłu też mogłoby wyjść bardzo ciekawe opowiadanie.

Pozdrawiam
M.A.

Domowe wypieki zabawek erotycznych. Czego to ludzie nie wymyślą 🙂 gdyby nie zostało to opisane z humorem, zostaloby tylko teatralnie przewrócić oczami i powiedzieć: faceci…

Leave a Comment