Nigdy więcej! II (Ania)  4.29/5 (8)

19 min. czytania

Źródło: Pixabay

Robert

Już od godziny stoi w otwartym oknie i wpatruje się w połyskujące w słońcu dachy samochodów. Małe, kolorowe żuczki z brudnymi pancerzykami. Niektóre lekko zmatowiałe albo pobladłe, jakby uprane zbyt wiele razy, inne pyszniące się soczystą, metaliczną barwą, jeden nawet czerwieńszy niż krew. Puszki, grzejące się puszki. Konserwy na spieszących się ludzi. O ileż piękniejszy były skrawek trawnika? – pomyślał tuż przed tym, jak rozległo się pukanie. Zamieniamy świat w jeden wielki parking.

– Ki diabeł – wymamrotał pod nosem, spoglądając w lustrzaną taflę szyby, mającą osłonić go przed światem na zewnątrz. Dostrzegł przygaszone oczy z ponurymi sińcami niewyspania, kiełkujący zalążek brody, którą chciał kiedyś zapuścić i mocno zaciśniętą, wąską linię ust. Całość sprawiała wrażenie wymiętej i wybrudzonej gazetowej stronicy, z niepotrzebnymi już nikomu informacjami sprzed tygodnia. Aż tak się zdezaktualizował?

Szarpnięcie za klamkę, bezskuteczne, bo przecież przekręcił klucz. Często tak robi, udaje, że go nie ma. Gapi się wtedy przez okno, drzemie w wygodnym fotelu, rozmyśla, czyta lub pije. W starych butach narciarskich ma schowaną butelczynę. Pociąga łyk, później drugi, a po tygodniu musi wstawić nową. Z wiekiem coraz trudniej przyjmować mu życie na trzeźwo, wszystkich tych idiotów wokół i ogólny bezsens codziennej krzątaniny.

Nasłuchuje. Ktokolwiek to był, jeszcze nie odszedł. Wstrzymuje oddech, woli się nie ruszać, nie wydawać żadnych dźwięków, miałby przesrane, gdyby jego zwyczaje wyszły na jaw. Już by się od niego nie odpierdolili. Ani szef, ani jego zastępca, ani ten włazidupa Mietek.

Dźwięk telefonu, choć przecież znajomy i dawno już oswojony, wywołuje nagłe palpitacje serca. Wdziera się w przejmującą ciszę jego oazy, wzywa do rzeczywistości, ale przecież nie może odebrać, nie ma go tu. Po paru sekundach piknięcie komórki. Esemes. Pytanie czy ten/ta zza drzwi też usłyszał. Zerka na maleńki wyświetlacz: Gdzie jesteś? Szukają cię. Tyle to już zdążył zauważyć, ale zawsze miło, gdy ktoś martwi się o twoją dupę.

Co jest? – wystukuje szybko, korzystając ze słownikowych podpowiedzi. Powinien mieć już szablon z tym pytaniem. Nie czekając na informację zwrotną, najciszej jak potrafi, zamyka okno i na paluszkach podchodzi do drzwi. Przykłada ucho. Żadnych szmerów. Ostrożnie przekręca klucz i wygląda na korytarz. Spokój. Oczywiście pozorny, bo gdzieś tam pod powierzchnią wrze.

Odwraca się, szukając pomysłu. Jest! Źle zadekretowane uzasadnienie wyroku! Telefon pika, ale już nie sprawdza, bierze z biurka kartkę papieru, która znalazła się tam przez pomyłkę i rusza do sekretariatu.

– Robert, dobrze, że jesteś. – Seksowny rudzielec obrzuca go zniecierpliwionym spojrzeniem. – Szef cię szuka. – Jakby jeszcze tego nie wiedział!

– Znowu coś przeskrobałem? – Sili się na lekki ton, ale ręce ma już spocone, a żołądek ściska twardy supeł. Wyluzował trochę, jeszcze pół roku temu, kiedy toczyło się przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne, przed pracą często wymiotował. Wstyd przyznać, ale taka prawda.

– Mamy nagły zgon. – Sekretarka zupełnie ignoruje zaczepkę, poważna i skupiona. – Szycha i ponoć budzące wątpliwości okoliczności…

– Kto? – Nie lubi spraw z pierwszych stron gazet, fakt, że ich praca ma miejsce głównie pomiędzy najgłośniejszymi nagłówkami, po wydarzeniach a przed wyrokiem, ale jednak co upierdliwi dziennikarze i oświadczenia dla prasy, to upierdliwi dziennikarze. Z drugiej strony rzadko zdarza się zabójstwo, a jak już to wzgardzany przez wszystkich ubój domowy, w przypadku którego sprawcę zazwyczaj zastaje się z nożem w ręku nad ciałem ofiary lub, jeśli gdzieś się na chwilę zawieruszy, wystarczy poczekać, aż skruszony sam stawi się na posterunek. Nudy. Rutyna. Praca na zasadzie kopiuj-wklej. A ileż razy się zdarzyło, że gdzieś zostały ślady poprzedniej sprawy, niedoczyszczone resztki…

– Piotr Traczewski. – Nazwisko przyprawiające o ciarki! Nie, nie, nigdy w życiu! Nie chce mieć z tym gównem nic wspólnego! Wszystko byle nie babrać się w polityce!

– Gdzie? – Zaczyna rozpaczliwie szukać brzytwy, której mógłby się chwycić.

– Słonecznikowa.

Bingo!

– Ale to nie mój teren. – Nawet nie próbuje udawać, że wyjątkowo nie leży mu ten denat. Odpimpongować i tyle!

– Nie możemy znaleźć Alicji. – Zabrzmiało błagalnie. A co go to, kurwa, obchodzi! W zasadzie nawet dobrze się składa, bo blondyneczka jest nie tylko ładna, ale i ambitna, zapewne chętnie się tym zajmie, wręcz miałaby pretensje, gdyby odciągnął od niej błyski fleszy.

– Pewnie jest w krainie czarów albo znowu komuś obciąga. – Wzrusza tylko ramionami i wręcza rudzielcowi wymiętoszoną kartkę, lekko zawilgotniałą od potu.

– Robert! – Sztuczne, teatralnie przesadne oburzenie, jakże typowe dla sekretarki szefa! Mam cię! Wszyscy wiedzą, że Wypych przyłapał małą na kolanach przed Mietkiem, żadna nowość, ale jakże łatwo dzięki temu komuś dopiec.

– No co? – Jak teatralnie, to teatralnie! Jego zaskoczenie nie będzie gorsze! – Na szczęście nie jesteśmy pogotowiem, denatowi nic gorszego się już nie stanie, można poczekać aż skończy i wszystko przełknie.

– Musisz być taki wulgarny? – Pytanie dopada go w drzwiach, gdzie czuje się bezpiecznie. Chętnie poszuka koleżanki, byle nie musieć się martwić żadnymi Traczewskimi.

– Mówię jak jest – rzuca jeszcze na dowidzenia, niby od niechcenia. Ech, te biurowe gierki. Tylko gdzie ta mała puszczalska może się chować? Sięga po telefon. Wiadomości od kumpla już nieważne. Kasuje bez wczytywania się. – Nie wiesz gdzie jest Alicja? – Zaczepia pierwszą napotkaną osobę. Znajdzie ją, choćby zapadła się pod ziemię! Nie dość, że pozbędzie się śmierdzącego problemu, to ona jeszcze będzie mu wdzięczna…

Dryfuje po ponurych labiryntach budynku, powoli przeszukując kolejne pomieszczenia, zagaduje nawet portiera, czy nie widział, żeby blondyneczka wychodziła. Przy okazji wymieniają kilka słów o wczorajszym meczu. Kibicowanie zawsze dawało mu poczucie wspólnoty, a we wspólnocie siła. Rozważał nawet wytatuowanie sobie na łydce herbu lokalnej drużyny, tej najbliższej sercu, tej która jest najlepsza bez względu, w której lidze występuje. Zrezygnował kiedy kuzynka z typowym dla siebie sarkazmem, stwierdziła, iż słodkie, że identyfikuje się z bandą wyrywających siedzenia kiboli, bo przecież tylko oni robią sobie podobne oznaczenia. 

Ani śladu Alicji, małego blond lachociąga. Też chętnie wziąłby ją w ciemny kąt i wychędożył te zmysłowe, pełne usta, często podkreślane kurewsko czerwoną pomadką, wręcz stworzone, by je penetrować. Cała jest boska, stworzona do jebania, widać po oczach, błyszczących i kuszących, z ognikami prowokacji w intensywnie zielonych tęczówkach. Zgrabna, z zajebiście wąską talią przechodzącą w kobieco zaokrąglone biodra, tyłek jak marzenie, smukłe nogi z zawsze rozwartymi udami, zdającymi się zapraszać śmiałków i tylko nieco zbyt skromne piersi, malutkie, dumnie sterczące ku górze, odrobinę zadziorne, sprężyste, ale przecież nie mogące wypełnić dłoni, nawet jego, niedużych, artystycznych. Ciekawe czy przy niej stałby mu jak należy, wiecznie nieposłuszny woli właściciela, ciągle kompromitujący…

Przypomina wielki szperacz spoglądający w najciemniejsze kąty więziennego dziedzińca. Toalety, schowki na miotły, zejście do piwnicy, mało uczęszczana, boczna klatka schodowa – chciałby przyłapać ją na gorącym uczynku, w ramionach tłustego, obleśnego gościa, którego obwisłe cielsko kontrastowałoby z jej drobną budową, chciałby zobaczyć wypięty tyłeczek, usłyszeć obsceniczne mlaskanie. Już wyobraża sobie Wieprza, rozlazłe, sflaczałe ciało niepoprawnego starego pijaka, zdającego co dzień relację, ile pchnięć wykonał w ciemności swojej katolickiej sypialni. Tylko z żoną, tylko po bożemu, pod kołdrą i we właściwą dziurę, bo inny rodzaj seksu jest nieludzki i upokarzający, nie pomyśli jednak, że szarga godność „starej” swoimi przechwałkami.

– Widziałeś Blondi? – niczym mantrę powtarza to samo pytanie, z rzadka używając imienia lub nazwiska. Mają w załodze tylko jedną taką szałową jasnowłosą, więc wszyscy wiedzą o kogo chodzi. – Widziałaś ją?

– Chwilę temu rozmawiała z jednym z chłopaków z trójki. – Czuje ulgę, uzyskując w końcu jakąś sensowną informację. A więc jest gdzieś w budynku, prawdopodobnie piętro wyżej, w okolicach gabinetu Wieprza, ale na pewno nie u niego. Może u Kaśki?

Sprawdza. Starzał w dziesiątkę! Dziewczyny stoją przy uchylonym oknie i fajczą te swoje ohydne elektropety. Grube, ciemne, nieleżące im w dłoni. Palące kobiety wyglądają znośnie tylko z cienkimi papieroskami, seksownie wyłącznie kiedy te są wetknięte w długie lufki dzierżone w wymuskanych dłoniach zwieńczonych uwodzicielską czerwienią. Wyłącznie!

Krzywi się. Zwykłe faje uważa za prostackie (czyli męskie), a elektroniczne za ich chorą karykaturę. Mimo to obie lustruje uważnym spojrzeniem. Przy Alicji Kaśka wydaje się taka zwykła i nijaka, choć przecież jest całkiem ładna. Ma pełne, kobiece kształty, co nie dziwi u ponad czterdziestoletniej matki trójki dzieci, piękne falujące włosy, farbowane na kasztanowy brąz – nie ma pojęcia jaki jest jej naturalny kolor, choć znają się już od dobrych dziesięciu lat – a do tego ciemne oczy iskrzące inteligencją. No i oczywiście nosi okulary, a on ma słabość do kobiet w okularach. Nawet świetnie skrojona, choć raczej konserwatywna, garsonka traci blask w zestawieniu z prostą, czerwoną sukienką blondynki, uzupełnioną grubym, skórzanym pasem podkreślającym talię.

– Nie chciałbym przeszkadzać – zaczyna cicho, niby niewinnie, żeby nie spłoszyć zwierzyny, zresztą przyjemnie popatrzeć na jej zgrabną figurę – ale musisz lecieć dokonać czynności.

– Ja? – dziwi się Kaśka, ostatecznie nie jej kolej.

– Nie. – Uśmiecha się szeroko, chytrym, kocim uśmiechem. – Ala, jest zdechlak na Słonecznikowej.

– Chyba żartujesz! – Dziewczyna podejrzliwie mruży oczy, Robert nieraz próbował ją w coś wkręcić. – Tam umierają tylko ze starości i z powodu tętniaków.

– Mówię jak najbardziej poważnie. – Też mruży oczy, w udawanym pojedynku, bo przecież maleństwo, blond lachociąg, nie może być poważnie uznane za wroga. – Szef cię szukał.

– Przecież ma moją komórkę. – Widać dalej nie dowierza, trudno się dziwić, ale jednak zerka na wyświetlacz.

– Pewnie tak, ale widocznie się nie dodzwonił. – Wzrusza ramionami, choć bynajmniej nie jest mu to obojętne. – Padniesz jak usłyszysz, o kogo chodzi – dorzuca na zachętę.

– Lekarz czy adwokat? – Kaśka interesuje się bardziej.

– Lepiej! – Jakże chciałby ją zaintrygować!

– Nadziany indor? – Tym też się różnią, Alicja znacznie częściej używa kolokwializmów, podczas gdy brunetka uchodzi za bardziej wysublimowaną, grzeczną dziewczynkę wychowaną pod kloszem. Uchodzi to dobre słowo, wcale nie miała łatwego dzieciństwa, ale jednak lepiej odgrywa swoją rolę: statecznej przedstawicielki wymiaru sprawiedliwości.

– Zdaje się, że jeszcze lepiej: nadziany aferzysta. Trupa znalazło CBA.

– Dobra, lecę. – W końcu! Nie żeby zaczęła mu ślepo wierzyć, ale przynajmniej się zainteresowała, odłożyła elektropeta, zerknęła w lusterko, palcem strzepując jakieś pyłki spod oczu i niczym maskę włożyła uśmiech numer trzy, porządny, służbowy, wyrażający życzliwe zainteresowanie.

– Nie chcesz wiedzieć? – Trochę zaskoczył go nagły brak wnikliwości.

– I tak zaraz się dowiem. – Niby prawda…

Zgrabny tyłeczek kołysze mu się tuż przed nosem, odpompowując nieco krwi z mózgu i wpompowując ją zdecydowanie niżej. Wgryzłby się w te pośladki, oj wgryzł!

– Ufff – opada na krzesło, kiedy za blondyneczką zamykają się drzwi.

– Chcieli wysłać ciebie, prawda? – Kaśka śmieje się w głos. Zawsze była bystra, bystra i ładniutka, choć urodą znacznie bardziej klasyczną i mniej wulgarną niż Alicja.

– Żebyś wiedziała! – Nie zamierza jej okłamywać, jako jedna z niewielu w tym cyrku wykazuje się rozsądkiem, a czasem nawet współczuciem. Nieraz mu pomogła.

– Ale jak zwykle się wywinąłeś. – Niby lekkie, nic nieznaczące słowa, a jednak poczuł nieprzyjemne ukłucie. Żona zawsze powtarzała, że potrafi się ustawić. Kochanka, że ma więcej szczęścia od rozumu. Bywa wygodnicki, ale to przecież normalne, prawda?

– Coś w tym złego? – Zaczyna się bronić, choć sam nie wie przed czym. – Przecież Blondi miałaby mi za złe, gdybym przyjął tę sprawę.

– Dwie pieczenie przy jednym ogniu? – Kaśka klepie go po ramieniu, rozwiewając wszelkie wątpliwości dotyczące intencji. Nie miała nic złego na myśli, to tylko głupie podśmiechujki…

– Coś w tym stylu… – Odpala swojego papierosa, jej gabinet jest dobrym schronieniem. Przynajmniej dopóki zwłoki nie zostaną zapakowane w czarny worek.

 

Aldona

Im bardziej jest zmęczona, tym gorzej sypia. Dziś pierwszy raz obudziła się o drugiej i wpatrując się w intensywną czerwień cyfr elektronicznego zegara, zastanawiała, czy przypadkiem nie jest tak, że problemy ze snem jej się śnią. Chyba najgorszy możliwy koszmar: ten o nerwowym przewracaniu się z boku na bok i zerkaniu za okno w poszukiwaniu pierwszych oznak świtu, o zbyt twardym materacu i poduszce, która nie chce się wygodnie ułożyć pod głową, o hałasującej sprężarce mogącej obudzić zmarłego, o tykaniu zegara w przedpokoju i niepokojących szmerach na dachu, koszmar o wpatrywaniu się w przeskakujące powoli cyfry elektronicznego zegara.

Później chyba zasnęła, bo aż do czwartej zero pięć pamięta tylko, że było duszno i gorąco, nie zauważyła nawet, kiedy mąż wstał do toalety. Jak nic problemy z prostatą, ale przecież nie zaciągnie go siłą do lekarza. Czytała w poradniku, że przyczyną może być nadużywanie alkoholu. Zawsze pił, dużo, ostatnio jakby więcej. Dawno przestała z tym walczyć. Szkoda nerwów, lepiej pogodzić się z faktem, że mężczyzna, którego kochała odszedł.

Wstała, w domu zawsze jest coś do zrobienia, bezproduktywnie leżąc, nieustannie przypomina sobie słowa matki o tym, że w łóżku się umiera. Za wcześnie jak dla niej. Właśnie dlatego podlała już roślinki i poprzycinała im uschnięte pędy, wstawiła pranie, wyprasowała zebrane wczoraj, zrobiła listę zakupów i przemyślała kwestię obiadu na dziś. Przyjdzie jej prosić pana Traczewskiego o zaliczkę, na początku miesiąca rozpadły jej się buty i musiała kupić nowe, wydała więcej, niż planowała, ale przecież całe dnie spędza na nogach i potrzebuje wygodnych, tyle że teraz może zabraknąć na rachunek za prąd, a jeśli nawet nie, zabraknie na chleb. Taka karma, całe życie obraca w ręku każdą złotówkę zanim ją wyda, choć ciężko pracuje, nigdy nie było jej dane zaznać stabilności finansowej.

Do tego te przeklęte haluksy, trudno przez nie dobrać wygodne obuwie, nieuwierające w obolałe miejsce i jednocześnie nieściskające powykrzywianych palców. Tyle tego w sklepach, a nie sposób coś wybrać. Większość ma niskie podbicie, dziwaczne czubki, nijak niepasujące na normalną stopę, co dopiero na chorą, i cieniutkie podeszwy, przez które czuć każdy kamyczek. Rok temu córka podarowała jej buty medyczne, dość brzydkie, białe klapki, jakie noszą pielęgniarki, wygodne i mięciutkie, precyzyjnie wyprofilowane, chciała sobie dokupić drugie, żeby mieć do pracy, ale nigdzie ich nie znalazła, nawet w specjalistycznych sklepach. Były inne, podobne, tyle że drogie, a to przecież zawsze ryzyko, jak te pasują, tamte wcale nie muszą. Może przywiozła je od siebie?

Poranną kawę wypiła przy programie śniadaniowym. Parzoną, posłodzoną trzy łyżeczki, ze szklanki w staromodnym metalowym koszyczku z uszkiem, niepraktycznym, bo szybko się nagrzewającym. Nie bardzo słuchała, prezenterzy pletli trzy po trzy, ale zapatrzyła się na sandały dziewuszki na korkowej, wysokiej koturnie. Czy mając równie chuderlawe nóżki naprawdę jest w stanie w nich chodzić? Muszą być przecież ciężkie…

Męża obudziła, wychodząc. Nie lubi, kiedy rano snuje się z kąta w kąt i zajmuje łazienkę, gdy ona jej potrzebuje. Wyspany zresztą ma lepszy humor, nie zrzędzi i czasem nawet się uśmiecha. Za młodu miał piękny uśmiech. Teraz niestety zęby już nie te – o zgrozo, jednego nawet sam sobie wyrwał! – a i w oczach brakuje dawnego blasku. Kiedy się zestarzeli? Sama czasem czuje się, jakby nadal miała dwadzieścia lat. Gdzie podział się cały ten czas?

Choć wczorajsza burza była groźna, poszarpała drzewa, połamała gałęzie, a nawet kogoś zabiła, w gruncie rzeczy ucieszyła się, że padało. Solidnie. Nie będzie musiała podlewać ogródka, zawsze to trochę grosza zaoszczędzone i nieco mniej wysiłku. Żal jej lat pracy poświęconej na przekształcenie szarego podwórka w zielony ogród, a tegoroczna fala upałów starała się za wszelką cenę przepalić trawnik rdzawą żółcią i zbrązowić liście najwytrwalszych nawet roślin. Spękana ziemia błagała wręcz o deszcz, a cóż ona mogła jej zaoferować? Ledwie kilka kropel, zaostrzających apetyt, zamiast go sycić. Wygląda na to, że straci najpiękniejszy, pachnący rododendron, ten który ma duże biało-żółte kwiaty skupione w bujną koronę. Bardzo lubi azalie, ale jakoś żadna nie chce przetrwać u niej dłużej niż dwa-trzy lata, wszystkie w końcu marnieją. Sąsiadka zawsze powtarza, że dobrze rosną tylko kradzione, więc trzeba ukraść. Tyle, że nie wystarczy ułamać gałązki i ukorzenić, trzeba by wykopać komuś całą roślinkę z ogródka. Przecież nie można. Zdarzało jej się podszczypywać róże czy zioła, ale to co innego.

Ulice usłane śladami nawałnicy: błotem, które ku studzienkom kanalizacyjnym poniosło butelki po piwie i foliowe torebki; większymi i mniejszymi gałęziami, uschniętymi i przyozdobionymi zielonymi jeszcze liśćmi; mulistymi kałużami i tymi bardziej przejrzystymi przy rurach spustowych, niezaprojektowanych na równie obfite opady; rozwianymi śmieciami i mchem wypłukanym z rynien; przyprawiały o melancholię, choć powietrze było wreszcie czyste i rześkie, pozbawione duchoty typowej dla nagrzanej słońcem betonowej dżungli. Głowę miała zaprzątniętą analizowaniem zniszczeń. Znak drogowy trzymający się na ostatnim włosku, pęknięta szyba, powywracane donice…

Nie zdziwiło jej wcale, że stragan pani Eli nie został jeszcze rozstawiony ani że w piekarni przyjmowano dopiero dostawę. Po takiej burzy wielu ludzi spóźni się do pracy, część nie dojedzie, a strażacy będą mieli ręce pełne roboty. Cóż począć?

Zamiast świeżej rzodkiewki kupiła ulubione pączki pana Traczewskiego, dla siebie grahamkę i drożdżówkę z budyniem – po pracy będzie się spieszyć, żeby odebrać Zuzię z przedszkola, więc na obiad nie starczy czasu. Pan Traczewski się zresztą ucieszy, za każdym razem, gdy wkłada mu do kanapek „zielsko”, twierdzi, że woli być szczęśliwy niż zdrowy. Czasem się wręcz śmieje, że złego nawet diabli nie wezmą, więc nic mu nie grozi i może jeść, co tylko chce.

Nieco roztargniona znaną trasę pokonywała automatycznie, równie dobrze mogłaby zamknąć oczy, jej ciało pamięta każdy zakręt, schodek, każdy krawężnik, nawet mijanych ludzi i ich codzienne rytuały. Dopiero za ostatnim zakrętem przystanęła, rozdziawiając usta w zdumieniu.

Pod domem jej chlebodawcy uwija się zgraja obcych ludzi, w mundurach i bez, stoi policyjny samochód z włączonym kogutem, duża karetka i kilka innych aut. Przy jednym palą papierosy zamaskowani mężczyźni z karabinami, przywodzący na myśl bankowych konwojentów albo raczej rabusi. Nic przyjemnego. Zwalnia kroku. Nie rozumie. O co chodzi? Zaczyna wypatrywać kogoś, kto wyglądałby jednocześnie przyjaźnie i na rozgarniętego, a wtedy zza furtki wyłaniają się nosze z czarnym, foliowym workiem, obok nich kroczy niska blondynka w czerwonej sukience i niebotycznie wysokich szpilkach.

Nie zna jej, choć śliczna, na kochankę Traczewskiego wydaje się za stara, nie należy też do rodziny. Babcia wielokrotnie powtarzała, że obce piękne kobiety zawsze źle wróżą, niszczą świat jaki znamy i odbierają mężczyznom rozum. Lepiej nie dopuszczać ich do bliskich. Ta konkretna, mimo że z jasnym obliczem, blond włosami i tą przeklętą czerwoną sukienką, natychmiast skojarzyła jej się z kostuchą, z aniołem śmierci, pocałunkiem odbierającym duszę. Worek, czarny worek, widywany czasem w wiadomościach i policyjnych serialach, odbierający człowiekowi tożsamość. Już wie, że nie będzie komu zjeść pączków. Zeschną się. No i co z rachunkiem za prąd? Czy ktoś w ogóle zapłaci jej za ten miesiąc? Może Marzenka…

Ma pełną świadomość, że nie wolno jej odwrócić się na pięcie i odejść, unikając całego tego cyrku, ale nie potrafi też zrobić kroku w przód. Stoi niczym wmurowana, kiedy wielki, jasny pies podchodzi ociężale i zaczyna obwąchiwać stopy, a później reklamówkę z pieczywem. Nie daje się łatwo odciągnąć. Kojarzy go, podobnie jak jego panią, nigdy nie byli jednak równie blisko, zwykle ta para wyłaniała się zza zakrętu, kiedy otwierała furtkę i wchodziła na posesję, widywała więc ich z daleka, wtopionych w krajobraz, stanowili jedynie drobny element mozaiki codzienności. Nie zastanawiała się, kim są ani dlaczego, ich istnienie przyjmowała jako coś naturalnego, gdyby zniknęli, zapewne zauważyłaby brak, ale też szybko się do niego przyzwyczaiła. Przez trzynaście lat niejedna osoba zmieniła przyzwyczajenia, miejsce zamieszkania czy stan skupienia. Były śluby, porody i zgony. Nic nowego na świecie.

Labrador i biegaczka mijają ją, zmierzając w oko cyklonu. Bez wątpienia zamierzają przebiec obok, ale zatrzymuje ich umundurowany policjant. Nie słyszy rozmowy, mężczyzna notuje coś, kiwa, dziewczyna wzrusza ramionami, po czym odwraca się w półobrocie i gestem całej ręki wskazuje wprost na nią. Zaczyna się!

Nagle wszystko przyspiesza, czuje lęk i niepokój, nie lubi rozmawiać z obcymi, wobec mundurowych czuje respekt – wpajano go jej od małego – ale ten tutaj raczej nie zasłużył na szacunek, gburowaty i nieprzyjemny.

– Jak się pani nazywa? – Bez żadnego przywitania zaczyna przesłuchanie, na dodatek na środku ulicy, jakby była przestępcą!

– Aldona Miechowska – odpowiada odrobinę niepewnie. Czyżby miała ochotę skłamać?

– Jest pani krewną Piotra Traczewskiego? – Widać przesłuchanie musi trwać dalej.

– Nie. – Bynajmniej nie zamierza ułatwiać małemu służbiście pracy, choć przecież, gdyby się uśmiechnął, powiedziałaby wszystko sama. Chyba. Zrelaksowany mógłby sprawiać całkiem sympatyczne wrażenie, ale teraz ze ściągniętymi brwiami i ustami wykrzywionymi w złowieszczym grymasie po prostu całym sobą odpycha.

– Znajomą? – Dobra, to wcale nie jest śmieszne, może trwać wieki! Po co marnować czas?

– Nie. Pracuję tu. – Poddaje się, lepiej mieć formalności za sobą i wrócić do domu, przemyśleć, co dalej ze sobą zrobić, gdzie znaleźć pracę…

– Od dawna? – Aż miękną jej kolana, kiedy zaczyna liczyć.

– Od trzynastu lat. – Stara się ukryć rezygnację i rozgoryczenie, ale chyba słabo wychodzi, bo policjant rzuca znad notesu pełne politowania spojrzenie.

– Przychodzi pani codziennie? – Po raz pierwszy zadając pytanie, patrzy jej prosto w oczy. Ma zielone, podobne do oczu chłopca, w którym się kiedyś kochała. Ładny był i wrażliwy, wielka szkoda, utopił się wczesną wiosną, lód się pod nim załamał.

– Tak. – Wzdycha ciężko, jakby nagle czując ciężar tych wszystkich lat. – Znaczy w niedziele i soboty nie – dodaje, żeby być precyzyjną. Nie udźwignęłaby siedmiu dni w tygodniu, choć pan Traczewski może by i chciał, zapłaciłby lepiej, ale przecież, na Boga, każdy potrzebuje odpoczynku, nawet ona.

– O której?

– Tak jak teraz. – Czuje się zdezorientowana, przecież to oczywiste! – Piętnaście po ósmej, czasem parę minut później, po drodze robię zakupy.

– Ma pani klucze? – Dopiero teraz wygląda na naprawdę zainteresowanego, nawet ton głosu wydaje się mniej urzędowy.

– Tak. – Unosi wyżej pęk, który cały czas bezwiednie trzymała w dłoni, nagle podejrzanie ciężki i wilgotny, podobnie, jak lekko drżące dłonie. Pomyśleć, że nawet nie spytała co się stało, mało tego, wcale nie jest ciekawa.

– Będę musiał spisać pani dane. – Mężczyzna stuka długopisem w notes, w bardzo głośny i irytujący sposób, mający chyba przydać mu powagi lub podkreślić słowa. – Może usiądziemy?

Idą razem do Królestwa Aldony – pan Traczewski zwykł tak nazywać własną kuchnię – urządzonego w raczej staromodnym, można by rzec: rustykalnym, stylu, mimo zainstalowania wszelkich nowoczesnych udogodnień. W centralnym punkcie stoi tu wielki, niewykorzystywany od dawna, dębowy stół wraz z ośmioma krzesłami do kompletu, pozostałe meble też są drewniane, z ceramicznymi klameczkami zdobionymi błękitnym, roślinnym motywem, marmurowe blaty odcieniem zostały dopasowane do kafelków pokrywających podłogę, w przeciwieństwie do czerwonych zasłon mających wyłącznie ozdobny charakter i wnoszących do wystroju odrobinę koloru. O zioła rosnące na parapecie w prostych, glinianych doniczkach nikt już nie zadba. Uschną. Wzięłaby je do domu w odruchu litości dla bezbronnego życia, ale przecież nie godzi się wynosić nieswoich rzeczy, na dodatek z rezydencji nieboszczyka. Przed wyjściem zatrzyma jedynie kuchenny zegar, nie wolno mu już bić, skoro serce jego pana stanęło w miejscu.

Siadają, a jakżeby, przy prostym, dębowym stole, mężczyzna przegląda zawartość notesu, zadaje jedno czy dwa mało znaczące pytania i przeprasza na chwilę, jednocześnie prosząc o przygotowanie dowodu osobistego, o ile oczywiście ma go przy sobie. Ma.

Wszędzie kręcą się ludzie, słychać gwar rozmów, od wyprowadzki Szymona nigdy nie było tu równie głośno. Uświadamia sobie, jak bardzo jej tego brakowało, cisza pustego domu, o wymiarach niepasujących do samotnego człowieka, nawet zajmującego eksponowane stanowisko, przyprawiała o ciarki, wręcz przerażała. Nienaturalna i wroga. A przecież nie tak dawno była żona i dzieci, pies, zamknięta w klatce szynszyla, ciągle ktoś wchodził i wychodził. Kilka razy dziennie zmywała podłogę w holu i znacznie częściej uzupełniała lodówkę.

Mieszkając samotnie, pan Traczewski wcale nie zgnuśniał, wręcz odzyskał młodzieńczy wigor, najwyraźniej przypominając sobie, że codzienność to nie tylko obowiązki. Choć o jego rozrywkach krążą akurat nieprzyjemne legendy. Nie chciała w nie wierzyć, przynajmniej do czasu, gdy na własne oczy nie ujrzała drobnej dziewczyny przebranej w mundurek uczennicy. Była łudząco podobna do Marzenki, tylko kilka lat młodsza, nieprzyzwoicie młoda, ledwie pełnoletnia lub może jeszcze nie. Nie wie, co robili na górze, i na Boga, nie chce wiedzieć. Uciekła wtedy w popłochu, tłumacząc sobie, że ta mała wcale nie wyglądała na zastraszoną czy zlęknioną, wręcz przeciwnie, najwyraźniej świetnie się bawiła. Nigdy nie zapomni jej bełkotliwych słów:

– Co robi tu ta stara prukwa? – Tak, dokładnie tak powiedziała, aż pan Traczewski się zmieszał, zabrał dziewczynę do salonu, a ją bardzo przepraszał, również nie całkiem trzeźwy, ze szklaneczką bursztynowego płynu trzymaną w dłoni i oddechem śmierdzącym gorzelnią. Jej stary podobnie cuchnie dopiero następnego dnia, pamięta więc, że zastanawiała się, kiedy też chlebodawca musiał zacząć pić. Była przecież ósma piętnaście rano! Środa, jest niemal pewna, że środa.

Nikt nigdy nie nazwał jej w równie obraźliwy sposób, potrzebowała wielu godzin, żeby się uspokoić. Nic dziwnego, że chętnie skorzystała z dnia wolnego. Podlała tylko kwiaty na parapetach, z wyjątkiem stojących w salonie, i poszła na spacer. Kupiła wtedy nową bluzkę, tę fioletową, z małymi dzwoneczkami wieńczącymi kokardkę zawiązaną na dekolcie. Nie pomogło, po powrocie do domu nadal czuła roztrzęsienie. Zamknęła się w łazience i płakała, obserwując jednocześnie swój szloch w lustrze. Dawno nie widziała własnych łez, ale wtedy coś w niej pękło, to była jedynie kropla, która przelała kielich goryczy.

Po panu Traczewskim nie zapłacze, płakała po jego żonie, wystarczy. Zresztą nie ma co załamywać rąk, kiedy trzeba walczyć o być albo nie być.

Zamieszanie powoli ucicha, młody policjant wraca z kolegą, starszym, bardziej doświadczonym i nieumundurowanym. Inspektor Krzemiński, z twarzą naznaczoną bruzdami zmarszczek, pierwszymi siwymi włosami i jasnoniebieskimi oczami zdającymi się przeszywać na wylot. Już dawno powinien być ochroniarzem albo portierem, ale dalej służy jako pies. Kilka razy zamierzał odejść, ciągle wyznacza sobie nowe terminy, boi się jednak pustki we własnym mieszkaniu, czterech ścian, które staną się trumną kurczącą się powoli do rozmiarów tej standardowej. Dwa metry na siedemdziesiąt centymetrów na czterdzieści osiem… Nieważne ile stóp pod ziemią, grunt, że bez powietrza i bez koszmarów.

Podchodzi też śmierć w czerwonej sukience. Kładzie poufale dłoń na ramieniu mężczyzny, szepcze coś do ucha, odchodzi, telefonuje, wraca. Będzie się kręcić niczym sęp nad padliną, podczas długiej rozmowy, prowadzonej oschłym, rzeczowym tonem.

– Pani tu sprząta?

– Tak.

– Zna pani zwyczaje Traczewskiego?

– Tak mi się wydaje.

– Wie pani, ile jest kompletów kluczy? Kto je ma?

Odpowiada na kolejne, banalne pytania, zdradzając tajemnice rodziny. Nigdy nie była domownikiem, a przecież ma wrażenie, że zna ich lepiej, niż oni siebie nawzajem. Wie, co lubią jeść na śniadanie, czy sypiają dobrze, jakie tkaniny wywołują u nich uczulenie i kto marznie w stopy. Dzieciaki po wyprowadzce z domu zmieniły się trochę, o dziwo bardziej Szymon niż Marzenka, choć to ona została matką, ale nadal są sobą, on lekkomyślny z zawsze wygniecioną koszulą, co rusz robi sobie krzywdę – ostatnio nie chciał przyznać się skąd oparzenie na dłoni – ona cicha i poważna, zdaje się przepraszać, że żyje, a jednak potrafi stawić czoła największym nawet przeciwnościom losu. Kiedy bliżej się przyjrzeć pod zastygłą, szarą skorupą można wyczuć rozgrzane, płynne wnętrze – utajoną siłę, której lepiej nie budzić.

Policji nie interesują stosy brudnego prania, dywany do wytrzepania ani rośliny, które zamknięte w czterech ścianach uschną bez opieki, chcą znać nazwiska, daty, adresy, marki samochodów a najlepiej numery tablic rejestracyjnych. Podobno wyczyszczono monitoring, podobno ktoś wczoraj tu był, choć śmierć na pierwszy rzut oka wygląda na nieszczęśliwy wypadek.

– Pani to nie interesuje! – stanowczym tonem wcina się blondynka w czerwonej sukience. Inspektor robi przepraszającą minę i wraca do swoich banalnych pytań. Zwyczaje, godziny, regularnie powtarzający się goście, czy wydarzyło się ostatnio coś szczególnego albo czy pan Traczewski czymś się niepokoił. Wyglądał wczoraj na zmartwionego? Cóż, za każdym razem, gdy jest trzeźwy wygląda, więc coraz rzadziej jest trzeźwy…

Przejdź do kolejnej części – Nigdy więcej! III

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Błędów może i mniej niż w pierwszej części, ale za to „w kolorze KAFELEK” aż mną skręciło. Sprawdziłem, czy można to uznać za stylizację, ale nie – wszystkie postacie wypowiadają się w taki sam, niecharakterystyczny sposób. Poza tym stylizacja narracji (bo ten „kolor KAFELEK” nie pojawia się w wypowiedzi) to wyższa szkoła jazdy i w tym tekście jej nie widzę.
Nadal w narracji występuje niepoprawna mieszanka czasów. Jest to o tyle dziwne, że już w szkole podstawowej (mojej) była to pierwsza zasada, jaką wpajano: całe wypracowanie ma być w jednym czasie. Dziś wiem, że od tej zasady są odstępstwa i nie każdą prozę można porównać do wypracowania, ale jak „się wpatruje”, to na pewno nie „wymamrotał”. No i kwestia średników: pojawiają się w jednym jedynym akapicie, za to w nadmiarze, podczas gdy kilkudziesięciu brakuje w innych miejscach. Widać, że stosowanie tego znaku interpunkcyjnego autorce zdecydowanie nie leży.
O treści kawałka całości trudno się wypowiadać na zasadzie „nie chwal dnia przed zachodem”, więc poczekam na koniec. Zobaczymy, jak się fabuła rozwinie.

Do końca jeszcze długa droga, więc chyba nie warto czekać…

Nie bardzo rozumiem o co chodzi Ci z tym kolorem kafelek. Owszem, kolor nie został konkretnie określony, a jedynie podkreśliłam, że gama kolorystyczna pomieszczenia jest spójna (z wyjątkiem zasłonek). Nie ma natomiast żadnego obowiązku określania kolorów wszystkich pojawiających się w narracji przedmiotów.

Pozwolę sobie tylko zaznaczyć, że cały tekst powstał dziesięć lat temu i teraz publikowany jest jedynie po drobnej korekcie, można rzec, że technicznej. Żadne opinie nie wpłyną na jego treść czy sposób narracji.

Uśmiechy

A.

Tompowi chodzi o kolor KAFELKÓW. Odmianę słowa. Już to poprawiłem.

Pozdrawiam
M.A.

Dzięki za wyjaśnienie i za poprawienie. Przyznam, że nie miałam pojęcia jaka jest poprawna odmiana 😅 Chyba za rzadko używam tego słowa…

Uśmiechy

A.

To do kwiatków gramatycznych dorzucę jeszcze „marznie w stopy”.

No to akurat jest strumień świadomości bohaterki 😉

W drugim rozdziale akcja nie posuwa się zanadto naprzód, za to poznajemy dwie kolejne „osoby dramatu”. Są one nakreślone umiejętnie i przekonująco. Powiem więcej – do Roberta zapałałem instynktowną sympatią! Znerwicowany prokurator-bumelant z problemem alkoholowym od razu skojarzył mi się z Harrierem Du Bois z niezapomnianego „Disco Elysium”. Mam nadzieję, że jeszcze wróci, bo mimo wszystkich jego wad i niedomagań czuję, że jak przyjdzie co do czego, okaże się znacznie bardziej przenikliwym śledczym niż „Śmierć w czerwonej sukience”.

Historia Aldony mniej mnie poruszyła, ale i tak ją polubiłem. Skupienie na postaciach, często drugoplanowych (a przynajmniej takimi się wydają), ich empatyczna obserwacja – to duże atuty tego utworu.

Wskazałbym tylko jedno potknięcie formalne. O ile rozumiem, podrozdziały poświęcone konkretnym postaciom – noszące tytuły od ich imion – mają się skupiać na tych właśnie bohaterach i pozwolić na zajrzenie w ich umysł. Tymczasem w podrozdziale Aldony niespodziewanie, na krótko, jesteśmy wprowadzani w umysł Inspektora Krzemińskiego, poznajemy nawet jego plany po zakończeniu policyjnej służby (były policjant z dochodzeniówki portierem? chyba za nisko się ceni). Chyba powinniśmy z wejściem do jego głowy poczekać na zadedykowany mu podrozdział.

Przeczytałem z przyjemnością, czekam na więcej!

Pozdrawiam
M.A.

No przecież obiecywałam więcej chaosu 😉

A.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Jesteś bardzo pracowitą i twórczą Autorką. Przeczytałem już sporą część Twojej twórczości i na tej podstawie dostrzegam pewne charakterystyczne cechy, które regularnie powracają w Twoich tekstach.

Przede wszystkim seksualność niemal zawsze ma u Ciebie charakter jednostronny, przedmiotowy, często wulgarny i kompulsywny. Jest również przedstawiana w sposób bardzo intensywny, momentami wręcz nachalny. Nie piszę tego jako zarzutu. Wręcz przeciwnie – traktuję to jako próbę znalezienia klucza interpretacyjnego do Twojej twórczości.

To, co najbardziej zwraca moją uwagę, to funkcja erotyki. U Ciebie erotyka nie jest celem samym w sobie. Nie służy przede wszystkim pobudzaniu czytelnika. Jest narzędziem charakterystyki bohaterów – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – budowania relacji dominacji i uległości oraz ukazywania sposobu, w jaki postacie postrzegają świat i innych ludzi. W istocie wiele Twoich utworów to przede wszystkim portrety psychologiczne. Dlatego nawet tam, gdzie pojawiają się bardzo mocne sceny seksualne, nie odbieram ich jako erotyki konsumpcyjnej, lecz psychologiczną. Seksualność ma znaczenie interpretacyjne – mówi coś istotnego o bohaterach i o świecie przedstawionym. Z tego powodu nie nazwałbym tych tekstów pornografią (jak np. u WIKI). Sceny erotyczne nie istnieją dla samych siebie, lecz pełnią określoną funkcję artystyczną i psychologiczną.

W tym opowiadaniu dobrze widać, że pod agresywną seksualnością Roberta, który kreuje się na pewnego siebie uwodziciela, kryją się przede wszystkim lęki, kompleksy oraz poczucie życiowej porażki. Seksualizacja kobiet staje się mechanizmem kompensacji własnych deficytów i próbą podtrzymania kruchego obrazu własnej męskości.

Ten sposób konstruowania bohatera bardzo przypomina mi motyw obecny w Twoim opowiadaniu „Nigdy więcej” z 2017 roku. Tam główna bohaterka, prokuratorka, wchodzi w relację seksualną z Frankiem nie dlatego, że szuka przyjemności. Seks staje się dla niej formą samokarania, upokorzenia, przeżywania dominacji i uległości, a przede wszystkim sposobem regulowania napięcia emocjonalnego oraz próbą pogodzenia konfliktu między dwoma obrazami własnej osoby – „ja społecznym” i „ja prawdziwym”. W obu tekstach seksualność pełni więc funkcję psychologiczną, choć dotyczy odmiennych problemów wewnętrznych bohaterów.

Szczególnie interesujący wydał mi się natomiast motyw projekcji.

Mam wrażenie, że seksualność Roberta ma przede wszystkim charakter projekcyjny. Bohater nie tyle dostrzega rzeczywistość, ile nakłada na nią własne fantazje, lęki i pragnienia. Alicja istnieje dla niego przede wszystkim jako ekran, na który rzutuje własną psychikę. Nie próbuje zrozumieć jej charakteru, motywacji ani emocji. Interesuje go przede wszystkim jej ciało, które interpretuje zgodnie z własnymi wyobrażeniami. Czytelnik stopniowo odkrywa więc, że najbardziej erotyczne fragmenty opowiadają nie tyle o Alicji, ile o samym Robercie.

To bardzo przypomina motyw, który wykorzystuję w swojej nowej pracy „Uchylone drzwi”. Tam również projekcja staje się podstawowym mechanizmem psychologicznym. Bohater zakochuje się od pierwszego wejrzenia, lecz z czasem okazuje się, że przedmiotem jego uczuć nie jest sama Zuzia, lecz obraz, który stworzył w swojej wyobraźni. Zamiast próbować ją poznać, obserwuje ją z dystansu, interpretuje każdy gest i coraz bardziej zamyka się we własnych fantazjach. To właśnie projekcja staje się źródłem rozwijającej się obsesji.

Widzę jednak jedną istotną różnicę między naszymi tekstami. U Ciebie projekcja ma przede wszystkim charakter seksualny. Robert interpretuje ciało Alicji zgodnie z własnymi fantazjami i potrzebami. W „Uchylonych drzwiach” projekcja dotyczy przede wszystkim sfery psychicznej. Mojego bohatera nie fascynuje przede wszystkim ciało Zuzi, lecz wpływ, jaki wywiera ona na jego psychikę. To doświadczenie jest dla niego nowe i niepokojące, ponieważ wcześniej kobiety pociągały go głównie seksualnie, natomiast tutaj pojawia się fascynacja o zupełnie innym charakterze.

Ostatecznie mam wrażenie, że oba teksty spotykają się w jednym bardzo ciekawym motywie – zastępowania rzeczywistości projekcją. Zarówno Robert, jak i bohater „Uchylonych drzwi” przestają widzieć drugiego człowieka takim, jakim on rzeczywiście jest. Zamiast tego widzą własne znaczenia, własne potrzeby i własne wyobrażenia. To prowadzi do ciekawego pytania natury psychologicznej i filozoficznej:

czy człowiek kiedykolwiek naprawdę poznaje drugiego człowieka, czy też zawsze – przynajmniej częściowo – spotyka przede wszystkim własną projekcję?

Wiesz, że stare teksty też można komentować, prawda? 🤔

Często stosuję narrację pierwszoosobową, co zapewne może dawać wrażenie jednostronności, ale przecież ta druga strona z jakiegoś powodu angażuje się w akt seksualny, ma swoje potrzeby, fantazje, pragnienia i swój własny punkt widzenia. Uważam, że sfera erotyczna jest ważnym elementem ludzkiego życia i bez jej sportretowania charakterystyka danej postaci zdecydowanie jest niepełna, bez względu na to, czy mówimy o bohaterze aseksualnym, czy hiperseksualnym. Nie powiedziałabym jednak, że w moich tekstach erotyka jest narzędziem do budowania bohaterów. Erotyka to emocje, nie proste wyjmij-włóż, więc opisywana czysto mechanicznie na mnie na przykład nie działa. Żeby działała muszę wiedzieć kto i dlaczego angażuje się w daną sytuację, dlatego osobom przyzwyczajonym do czegoś innego, może się wydawać, że mają przed sobą szkic psychologiczny…

„Nigdy więcej!” z 2017 roku to część publikowanego właśnie cyklu i w odpowiednim momencie zastanie przypomniane. Jego bohaterkę, Alicję, Czytelnicy właśnie poznali. Nie zgodziłabym się ze stwierdzeniem, że w relacji z Frankiem nie szuka przyjemności, zdecydowanie szuka, nawet jeśli doga do niej jest kręta i wyboista. Ludzie mają różnie. Seks też pełni wielorakie funkcje. Niech pierwszy rzuci kamień, kto nigdy nie masturbował się lub nie uprawiał seksu tylko po to, żeby się zrelaksować lub lepiej spać 😉

Co do Roberta, zapewne znasz powiedzenie: głodnemu chleb na myśli.

Dla mnie odpowiedź na postawienia przez Ciebie pytanie jest oczywista. Nie da się całkowicie i bezdyskusyjnie poznać drugiego człowieka, zawsze postrzegamy go przez pryzmat naszych wyobrażeń i oczekiwań. Nie zmienią tego nawet wspólnie przeżyte lata, podczas których bardzo się do siebie upodobnimy – zawsze zostanie jakaś nieodkryta przestrzeń lub potencjał do zaskakującej zmiany – a w tym przypadku mówimy o współpracownikach i/lub nauczycielu i uczennicy.

Uśmiechy

A.

Leave a Comment