
- Ilustracja: Absurdalna Namiętność
15 lutego
Wchodzi spóźniona. Przeprasza cicho, jakby mówiła to bardziej do podłogi niż do mnie.
Widzę ją pierwszy raz. Idzie powoli w moją stronę. Długie włosy spływają po jej ramionach miękką, gładką falą. Końcówki poruszają się przy każdym kroku, prawie leniwie. Cała wygląda młodo i subtelnie. Dopiero gdy mnie mija, skręca w stronę ostatniej ławki pod oknem. Podnosi wzrok tylko na chwilę. Zaraz patrzy przed siebie, gdzieś obok mojego ramienia, jakby dokładnie tam znajdowało się coś ważniejszego ode mnie. Siada w ławce z kolegą. Nie wiem jeszcze, jak ma na imię. To nasza pierwsza lekcja wiedzy o społeczeństwie. Spóźnia się, a pierwszy raz w takiej sytuacji nie pojawia się złość. Dzieje się coś zupełnie innego. Dziwne uczucie.
Przechodzę przed tablicą. Krok. Potem drugi w przeciwną stronę. Zatrzymuję się. Wracam wzdłuż klasy. Znowu krok, krok. Mówię o zasadach pracy, o tym, jak będę prowadzić zajęcia. Wszystkie spojrzenia są skierowane na mnie. Uczniowie patrzą tak, jakby nie wiedzieli, czy naprawdę warto mi zaufać.
Ona również patrzy na mnie.
I właśnie wtedy to się wydarza. W jednej z tych krótkich, pozornie nieistotnych chwil, które zwykle znikają bez śladu. Unoszę wzrok podczas mówienia i natrafiam na jej oczy.
Ktoś w drugim rzędzie przewraca kartkę. Krzesło ociera się o podłogę. Na moment milknę w połowie zdania.
Nie odwraca wzroku. Oczy ma bardzo jasne. Chłodne. Szarozielone, z cienkim błękitnym połyskiem przy źrenicach. Światło odbija się w nich tak, że wydają się wilgotne, niemal szkliste. Patrzy spokojnie, ale odrobinę za długo, żeby można było to uznać za przypadek.
W jej spojrzeniu pojawia się coś miękkiego i jednocześnie niebezpiecznie uważnego.
Czuję nagły przypływ ciepła pod skórą.
Mam bardzo wyraźne wrażenie, że ona patrzy na mnie inaczej niż pozostali. Uważniej. Jakby widziała coś więcej niż tylko nauczyciela przy tablicy.
Jej wzrok przesuwa się niżej. Na moją prawą dłoń. Zatrzymuje się tam. Jakby czegoś szukała.
Ktoś z tyłu pyta o podręcznik. Odpowiadam, nawet nie odwracając głowy.
Może obrączki.
Jej brwi unoszą się ledwie zauważalnie, a na ustach pojawia się subtelny, trudny do odczytania uśmiech. Wygląda, jakby coś ją zaskoczyło.
Kiedy znowu podnosi wzrok, robi to wolniej niż wcześniej. Jakby już wiedziała, że została zauważona. Znów spotykamy się wzrokiem. Mocniej. Bliżej.
Patrzy inaczej.
I dopiero teraz czuję to napięcie naprawdę. Dreszcz przechodzi przez całe ciało. Nieprzyjemny i przyjemny jednocześnie.
Ona pierwsza spuszcza wzrok. Powoli, niemal niechętnie.
Ale jest już za późno.
Serce przyspiesza, a pod skórą uderza ciepło. Ruszam w stronę jej ławki niemal odruchowo. Kiedy staję obok, dziewczyna instynktownie się prostuje. Szybki ruch. Jakby ciało zareagowało wcześniej niż myśl.
W świetle słońca jej włosy mają ciepły, jasnobrązowy odcień, przecięty delikatnymi złotymi refleksami. Z bliska wyglądają niemal jedwabiście.
W klasie ktoś coś mówi. Ktoś przesuwa krzesło. Pada pytanie z innego rzędu, ale dźwięki odpływają gdzieś dalej. Nie dotykam jej. Nawet się nie nachylam. A mimo to widzę, że moja obecność zaczyna ją rozpraszać.
Siedzi nieruchomo, oparta o krzesło.
Dziewczyna z równoległej ławki ze środkowego rzędu o coś pyta. Czarne włosy opadają jej na ramiona. Biały sweter podkreśla szczupłą sylwetkę i duży biust. Odpowiadam spokojnie, ale wzrok i tak wraca do tej pierwszej. Zatrzymuję go na niej dłużej.
Ramiona dziewczyny lekko ściągają się do środka. Uda przyciskają się do siebie pod ławką. Poprawia włosy, choć chwilę wcześniej robiła to samo.
Odpowiadam dalej, nie odrywam od niej wzroku. Rozmowa z kimś innym i milczenie między nami zaczynają współistnieć, jakby jedno wcale nie przeszkadzało drugiemu.
Ktoś się śmieje przy oknie. Długopis spada z ławki i turla się przez przejście między rzędami.
Ona próbuje wytrzymać moje spojrzenie jeszcze odrobinę dłużej, ale w końcu patrzy gdzieś obok. Potem znowu wraca wzrokiem w moją stronę. Im bardziej chce wyglądać naturalnie, tym częściej poprawia rękaw albo zmienia ułożenie nóg pod ławką.
Do końca zajęć zostaje może pięć minut. Wszystko, co mam dziś przekazać, już padło. Powinienem zakończyć lekcję, pozwolić im się spakować i wyjść z sali jak po każdym normalnym spotkaniu. Ale nie potrafię jeszcze tego przerwać.
Kilka osób zaczyna sięgać do plecaków. Ktoś zamyka zeszyt z trzaskiem.
Patrzę na nią. Ciepło pod skórą nie słabnie. Wręcz przeciwnie – rozchodzi się powoli coraz wyżej, coraz pewniej, jakby ciało zdążyło już podjąć decyzję przede mną.
Nakazuję jej podejść do tablicy i zapisać temat kolejnych zajęć: „Przedsiębiorczość”.
Od razu wstaje. Bez pytania wykonuje polecenie.
Uległa.
I ku mojemu zaskoczeniu podoba mi się to bardziej, niż powinno.
Ktoś podnosi głowę znad zeszytu. Długopis spada na podłogę. Za głośno w tej ciszy.
Patrzę na nią. Twarz prawie nieruchoma. Usta lekko rozchylone.
To właśnie one przyciągają moją uwagę. Nie dlatego, że są idealne, ale przez sposób, w jaki pozostają otwarte.
Siadam przy biurku. Ona jest przy tablicy. I wtedy pierwszy raz coś zaczyna mi wyraźnie przeszkadzać.
Stoi ze spuszczonym wzrokiem. Zbyt niewinnie. Zbyt cicho. Jakby całą uwagę skupiała wyłącznie na tym, żeby nie podnieść oczu ani odrobinę wyżej, niż musi.
A przecież chcę zobaczyć jej twarz. Oczy. Po to wysłałem ją do tablicy. Ale ona nie daje mi nic.
Widzę tylko kark, linię ramion, nerwowy ruch dłoni. To za mało.
Na tablicy pojawia się pierwsza litera. Potem druga. Przy trzeciej robi błąd.
Ktoś się śmieje.
Dziewczyna szybko ściera fragment dłonią, ale tylko rozmazuje napis. Ramiona spinają jej się mocniej. Nadal na mnie nie patrzy.
I właśnie to zaczyna rozbierać mnie od środka najmocniej.
Irytacja.
Bo przecież sam tego chciałem. Sam stworzyłem tę sytuację. A teraz coraz bardziej przeszkadza mi obecność całej reszty. Za dużo ludzi. Za dużo oczu.
Coraz trudniej udawać, że patrzę tak jak reszta klasy. Odchylam się mocniej w krześle, próbując wyglądać naturalnie. Swobodnie. Jakbym obserwował dokładnie to samo co wszyscy. Dziewczyna poprawia słowo jeszcze raz. Znowu się myli. Tym razem śmiech rozchodzi się wyraźniej. Ktoś literuje jej wyraz niemal głoska po głosce.
Ona milczy. Tylko mocniej zaciska palce na markerze. Nadal ani razu się nie odwraca. Jakby uparcie pilnowała granicy, której nie chce przekroczyć. Im dłużej stoi do mnie plecami, tym bardziej zaczynam mieć absurdalne wrażenie, że odbiera mi dokładnie to, czego chcę najbardziej.
Jej ręka zatrzymuje się w połowie wyrazu. Widzę, jak przenosi ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Jakby dokładnie wiedziała, gdzie patrzę.
I właśnie wtedy coś zaczyna mnie niepokoić. Po raz pierwszy oczy przestają być najważniejsze. Mój wzrok mimowolnie schodzi niżej. Szuka innych szczegółów. Linii pleców. Kształtu biodra pod materiałem spodni. Sposobu, w jaki stoi.
Próbuję znów spojrzeć wyżej. Nie wytrzymuję długo.
Ciekawe, jakie ma na sobie majtki?
Jasna cholera. Naprawdę próbuję to sobie wyobrazić.
To zaczyna iść za daleko w mojej głowie. Powinienem już to przerwać. Podejść do tablicy. Poprawić to słowo. Zająć tym głowę – ale nawet nie próbuję się ruszyć. Sam ruch wyglądałby już podejrzanie.
I nagle ciało robi się zbyt obecne.
Ktoś w tle zamyka zeszyt.
Mam irracjonalne wrażenie, że wszyscy mogliby to zauważyć. Odczytać mnie jednym spojrzeniem. Nazwać mnie kimś, kim najbardziej nie chcę być.
Więc siedzę nieruchomo. Dużo bardziej spięty niż ona.
W końcu ostatnia litera trafia na swoje miejsce. „Przedsiębiorczość”. Poprawnie.
I dokładnie wtedy rozlega się dzwonek.
Dźwięk brutalnie przecina napięcie, jakby ktoś nagle otworzył okno w dusznym pomieszczeniu. Krzesła odsuwają się od ławek, kilka osób od razu zaczyna rozmawiać głośniej, ktoś śmieje się przy drzwiach. Sala powoli wraca do normalności.
Ona odkłada marker i wraca do swojej ławki bez pośpiechu, spuszczając wzrok dokładnie tak samo jak wcześniej.
Podnoszę się i opieram dłonie o krawędź biurka. Patrzę, jak wkłada zeszyt do plecaka, zsuwa książkę na sam spód i poprawia spadający z ramienia pasek. Robi to wolniej niż reszta. Kątem oka zerka gdzieś w bok – na drzwi, ludzi wychodzących z sali, puste ławki. Ani razu bezpośrednio na mnie.
W końcu zarzuca plecak na ramię i rusza do wyjścia. Mija moje biurko blisko. Wystarczająco blisko, żebym usłyszał ciche „do widzenia”, wypowiedziane miękkim, dziwnie ciepłym głosem.
Nie zatrzymuje się. Nie patrzy mi w oczy. Po prostu wychodzi z sali.
Stoję pewien jednego, że ona doskonale wie, iż została przeze mnie zauważona.
I że wcale przed tym nie ucieka.
7 dni później
Kolejne nazwiska pojawiają się jedno po drugim. Przy każdym żeńskim imieniu podnoszę wzrok i od razu wracam do listy. Szukam tylko jednego.
W końcu pada: Zuzanna. Słyszę jej głos. Spokojny, cichy.
I wtedy zatrzymuję wzrok odrobinę za długo. To ona.
Przez chwilę następne nazwisko przestaje mieć znaczenie. Czuję napięcie w karku i zawężenie obrazu, jakby cała sala odsunęła się dalej.
Kończę sprawdzanie obecności. Wstaję od biurka i zadaję ćwiczenia z podręcznika, wprowadzające w zagadnienie przedsiębiorczości. Następnie tłumaczę zasady debaty oksfordzkiej. Głos trzymam spokojny, neutralny. W klasie pojawia się ruch – pierwsze rozmowy, przesuwane krzesła, grupy tworzą się same. Daję im czas na wybór tematów i wracam do biurka, żeby wyświetlić na tablicy listę zagadnień.
I wtedy znowu widzę Zuzię.
Nie patrzy na nikogo. Siedzi bokiem do okna, z głową lekko przechyloną. Dłoń opiera o skroń, palce muskają włosy przy uchu. Nadgarstek wygina się miękko, jakby napięcie już dawno odpłynęło z jej ciała.
Jej grupa rozmawia obok, ale ona wygląda tak, jakby w ogóle tam nie była.
Mogła usiąść gdziekolwiek. A jednak znowu wybrała miejsce przy oknie. Dokładnie tam siedziała tydzień temu. Ten sam kąt. Nawet linia ramion wydaje się taka sama. Próbuję potraktować to jak przypadek. Nie udaje się.
Patrzę dłużej.
Coś w tym obrazie zaczyna mnie wciągać. Nie sama twarz. Nawet nie spojrzenie. Bardziej ten spokój, który przypomina wycofanie po czymś ciężkim. Jak zgoda na ciszę.
Nie słyszę już rozmów w klasie. Rejestruję tylko szczegóły. Czarną bluzę z kapturem. Materiał ukrywający kształt jej biustu.
Irytacja pojawia się niemal od razu. Nie odpuszcza.
Zauważam, że próbuję sobie wyobrazić, co jest pod spodem.
I właśnie wtedy czuję pierwsze wyraźne napięcie w dole ciała. Na tyle silne, że instynktownie poprawiam pozycję przy biurku i pozwolił myślom odpłynąć dalej. Przez chwilę wyobrażam sobie, że po prostu Zuzia wstaje i wychodzi z sali bez słowa. Bezczelnie. Jakby wszystko było jej wolno. Idzie do ubikacji, a potem wraca do ławki już bez majtek. Chwilę później telefon wibruje mi w dłoni. MMS. Czarne, koronkowe leżą na podłodze. I chcę tylko zobaczyć, czy obserwuje wtedy moją reakcję. Czy widzi, jak bardzo podnieca mnie to, że coraz bardziej przesuwa własne granice.
Dlaczego ona tego nie robi?
Siedzi spokojnie, wpatruje się gdzieś w parking. Co ona tam widzi? Parę aut, dwa drzewa. Nic więcej.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nic nie dzieje się dalej. Dlaczego rzeczywistość nie podąża za tym, co już zobaczyłem w głowie.
Prowokuj mnie. Wzbudzaj to we mnie. Chcę to czuć.
Chcę mieć powód, żeby przekraczać własne granice, ryzykować więcej, niż powinienem.
A może ja to tylko źle czytam?
Może ona wcale nie musi nic robić.
Może to ja narzucam tempo, którego nie ma.
Ktoś prosi mnie o podejście do jednej z grup. Podchodzę. Pytania, wątpliwości, coś do sprawdzenia. Odpowiadam, tłumaczę. Kiwnięcia głową, krótkie uśmiechy. Normalność.
Ale mimo to wracam wzrokiem na nią.
I już nie słucham ich odpowiedzi do końca.
Myślę tylko o siedzeniu przy niej i powolnym wsunięciu dłoni między jej uda. O tym, jak reaguje na dotyk. Jak długo potrafi wytrzymać napięcie, zanim sama pozwoli na to, by ślad wilgoci pozostał na mojej dłoni.
I nagle urywa się to w głowie.
Uświadamiam sobie, jak blisko jestem granicy, zza której nie ma już odwrotu. Czuję to wyraźnie – w napięciu mięśni, w sposobie, w jaki stoję, w twardości penisa ograniczonego materiałem spodni. Jeszcze ograniczonego.
I znowu tworzę ten obraz.
Ona nie cofa się nawet wtedy, gdy jej wzrok zatrzymuje się tam, gdzie nie powinna patrzeć – i już zostaje.
Ktoś w klasie zadaje pytanie. Dopiero wtedy orientuję się, że tu jestem.
Ktoś inny zgłasza wykonanie ćwiczenia.
Kartka szura o blat.
Ona dalej siedzi spokojnie przy oknie, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby ten moment w ogóle nie istniał.
Wieczór tego samego dnia
Słyszę szelest przewracanej strony. Wzrok zatrzymuje się na jednym akapicie, po czym odpływa gdzieś od tekstu. Książka leży mi otwarta na udzie, prawa noga wyciągnięta wzdłuż łóżka, lewa zgięta, stopa oparta o podłogę. Opuszczam głowę na materac i przesuwam dłonią po twarzy, wolno, jakbym próbował się obudzić.
OSHO „Bliskość. Zaufaj sobie i innym”.
Parskam cicho pod nosem.
Zaufaj sobie.
Łatwo napisać.
Od kilku dni nie mogę przestać o niej myśleć. I niepokoi mnie to, że nie chodzi wyłącznie o ciało. Spotykałem kobiety piękniejsze od Zuzi. Zawsze wiedziałem, jak na mnie działają.
A przy niej wszystko wymyka mi się z rąk.
Zaciskam palce na okładce, aż papier cicho trzeszczy. Po chwili odkładam książkę na brzuch i prostuję nogę.
Próbuję wrócić do czytania. Dwa zdania. Trzy. Ale orientuję się, że tekst przestaje mieć znaczenie.
Zamiast liter wraca jej twarz.
Najpierw są to tylko fragmenty: spojrzenie, ruch ust, głos. Później zaczynają układać się w obrazy, które nie należą do żadnego wspomnienia. Powstają same, jakby wyobraźnia przejęła kontrolę nade mną.
Zamykam oczy i wciskam plecy w materac. Oddech staje się cięższy, nierówny. Przez chwilę zaciskam dłonie, próbując zatrzymać narastający chaos.
Nie powinienem tak reagować.
Jakbym był jednocześnie w dwóch wersjach siebie. Jedna mówi spokojnie: „Kontroluj się, jesteś nauczycielem, wiesz, gdzie jest granica”. Druga milczy.
I właśnie ona zaczyna dochodzić do głosu. Nie słowami. Samą obecnością myśli, która nie daje się wyciszyć.
Otwieram oczy i patrzę w sufit.
Dlaczego akurat ona?
W tej szkole są inne ładne dziewczyny. A jednak tylko Zuzia została mi w głowie.
Nie umiem tego wytłumaczyć.
Zamykam książkę, wsuwając palec między strony. Litery przestają układać się w słowa. Zostaje napięcie – nie obraz, nie wspomnienie, tylko coś, co nie chce się rozproszyć.
Ciekawe, jaki lubi seks? Jaka naprawdę jest w łóżku?
Może po prostu czuję, że jest w niej coś dzikiego. Coś żywego, schowanego głęboko pod tą spokojną twarzą, jakby świadomie trzymała to na uwięzi.
Nie wiem, po co tak o niej myślę. Przecież nie wejdzie ze mną w romans.
Ale czy na pewno?
Przełykam ślinę.
Nagle dźwięk powiadomienia przecina ciszę.
Odwracam głowę.
Telefon leży na łóżku, między poduszkami. Patrzę na ekran bez ruchu, zanim sięgam po niego odruchowo.
I nieruchomieję.
Zaproszenie do znajomych na FB.
Przecież to jest Zuzia.
Przez sekundę mam wrażenie, że to pomyłka. Jeszcze przed chwilą była tylko myślą, a teraz pojawia się tutaj – w moim łóżku, w tym pokoju, zbyt realna.
Na ekranie świeci godzina. To nie daje mi spokoju. Przecież mogła pojawić się wcześniej. Po pierwszej lekcji. Następnego dnia. Kiedykolwiek przez ten tydzień. Nie zrobiła tego. Dopiero teraz, wieczorem. Jeszcze raz patrzę na godzinę. Przypadek. Powinien nim zostać. Nie zostaje.
Wieczorem sama mnie znalazła.
Ta myśl wraca szybciej niż obraz.
Siedziała gdzieś u siebie. Może w łóżku. Może już po prysznicu. I nagle pomyślała o mnie.
Może weszła na mój profil. Może zobaczyła zdjęcie w basenie, nazwisko, twarz. Na chwilę odłożyła telefon. Wróciła. Musiała coś kliknąć.
Kciuk przesuwa ekran.
Jej zdjęcie profilowe otwiera się na pełnym ekranie.
Czarno-białe.
Stoi bokiem przy ścianie.
Od razu przyciąga wzrok linia jej sylwetki. Jedna noga jest lekko ugięta, ciężar ciała przesunięty na bok, przez co biodra układają się w naturalne wygięcie. Obcisłe jeansy tylko je podkreślają.
Dłoń we włosach. Włosy zsunięte na jedno ramię, drugie odsłonięte. Głowa odwrócona od obiektywu – ale to właśnie ten brak spojrzenia w aparat robi wrażenie, jakby wiedziała dokładnie, że i tak ją oglądam.
Nie wygląda, jakby pozowała. Właśnie dlatego trudno oderwać wzrok.
W klasie siedzi spięta, jakby kontrolowała każdy gest. Tutaj to znika.
W dole brzucha rozlewa się ciężkie ciepło.
Patrzę na zdjęcie dłużej.
Myśli zaczynają się rozluźniać. Analiza ustępuje miejsca czemuś prostszemu. Bardziej prymitywnemu. Zatrzymują się na samym ciele. Na tym, jak wygląda.
Czuję nagłe twardnienie w spodniach. Mocne. Fiut napiera na rozporek tak wyraźnie, że odruchowo rozsuwam nogi szerzej na łóżku. Pulsuje ciężko między udami.
Kurwa.
Przecież ona musiała wiedzieć, jak działa to zdjęcie.
To zaproszenie nie wygląda już przypadkowo. Raczej jak uchylone drzwi.
I wtedy dociera do mnie coś jeszcze – to nie chodzi o zdjęcie. Nigdy nie chodziło. Od początku przyciągało mnie to napięcie, które nie szuka rozwiązania – tylko powrotu.
Ekran telefonu nadal świeci w dłoni. Powinienem go odłożyć. Nie robię tego.
Patrzę dalej.
Jeden szczegół wystarcza, żeby reszta wróciła sama. Zdjęcie przestaje być zdjęciem. Coś przesuwa się pod powierzchnią obrazu, zanim nabierze wyraźnych kształtów.
Zuzia jest teraz przede mną, w sypialni, i patrzy na mnie. Nie umiem odczytać tego spojrzenia. Podchodzę szybko, zanim zdąży coś powiedzieć. Jej plecy uderzają o ścianę, a moja dłoń wsuwa się pod materiał koszuli od dołu, bez rozpinania guzików. Powoli przesuwam ją wyżej, czując opór tkaniny na piersi i zmianę jej oddechu. Obejmuję ją dłonią. Ciało reaguje, jakby jednocześnie próbowało zatrzymać ruch i pozwolić mu trwać. Widzę, że nie cofa się.
Nie zabieram dłoni. Przesuwam ją niżej i znów wyżej, zataczając kciukiem niewielkie kręgi. Piersi napinają się pod dotykiem, a guziki koszuli zaczynają się rozchodzić. Oddycha szybciej. Wyobrażam sobie, jak mówi: Już na pierwszej lekcji miałam wrażenie, że między nami coś się wydarzy.
Nadal przesuwam dłoń po łuku piersi, uważniej niż wcześniej. Jej ramiona unoszą się nagle, jakby coś w niej puszczało, a dłonie wplatają się we włosy, zaciskając je w palcach. Tym razem nie zgaduję już kształtu. Czuję go dokładnie. Mam to. Ciężkie, miękkie – wszystko staje się jasne. Słowa same wymykają mi się z ust. To takie miałaś na lekcji… Powinno wystarczyć. Nie wystarcza.
Ponownie patrzy na mnie. Przez kilka sekund nie dzieje się właściwie nic, a jednak ten bezruch przykuwa uwagę. Między nami jest cisza. Dotąd wydawało mi się, że kontroluję sytuację. Teraz nie jestem pewien, czy to ja obserwuję ją, czy ona mnie. To trwa tylko moment. Wystarczy. Oddech robi się płytszy. Powinienem pozwolić tej chwili wybrzmieć. Nie potrafię. Zaczynam się niecierpliwić. Przestaję znosić ten bezruch, choć jeszcze przed momentem właśnie on przyciągał moją uwagę. Chcę, żeby coś się wydarzyło. Natychmiast.
Wpycham nogę między jej uda. Ciało zamiera w miejscu. Odwrotu już nie ma. Skóra ociera się o ścianę – chropowatą, wyczuwalną przy każdym ruchu. Zuzia wstrzymuje oddech, a ciało sztywnieje w moich rękach. To działa na mnie mocniej, niż się spodziewałem. Druga dłoń chwyta koszulę i szarpnięciem ją rozrywa.
Mam przed oczami jej piersi.
Nie potrafię oderwać od nich wzroku.
I tylko patrzę.
Jakby wszystko inne przestało istnieć.
Nachylam się i zaciskam usta na jednej z nich. Pod wargami pojawia się krótkie drżenie. Jej reakcja mówi mi wszystko.
Wreszcie docieram do tego, czego chciałem.
I nie mam najmniejszej ochoty się zatrzymywać.
Patrzę, jak zmienia się wyraz jej twarzy, a oczy ciemnieją. Widzę w niej pragnienie. Zrzucam z siebie koszulkę. Spojrzenie Zuzi zatrzymuje się na moim torsie, a chwilę później przesuwa po nim dłoń. Opuszki palców zostawiają za sobą cienki ślad ciepła.
W wyobraźni znów słyszę jej szept. Jesteś, panie nauczycielu, dokładnie tam, gdzie chciałeś być od samego początku, prawda?
Sięgam ręką do jej twarzy, sunąc po szyi i wzdłuż linii brody, aż do ust. Rozchylają się miękko pod dotykiem, jakby od razu go przyjmowały, a ona domyka kontakt na moim kciuku i zwilża go czubkiem języka.
Druga dłoń zatrzymuje się na jej biodrze i nie puszczam tego miejsca, tylko dociskam, jakby ciało miało to zapamiętać. Zuzia mruży oczy.
Zsuwam dłoń z biodra i wsuwam ją pod krótką spódniczkę. Powoli przesuwa się wzdłuż uda. Bez zatrzymania, aż czuję rosnące, wyraźne ciepło.
Zdejmę z ciebie wszystkie hamulce – szepczę jej do ucha, a ona nagle łapie mnie za szyję i wskakuje na mnie, oplatając biodra udami. Mocno. Czuję ciężar jej ciała i ciepło skóry pod dłońmi. Zaciskam je na jędrnych pośladkach i przyciągam ją bliżej, aż plecami wraca do ściany. Rozlega się głuchy dźwięk.
Całuję ją w usta. Wsuwam dłoń między jej uda i sięgam pod materiał jej majtek, odchylając go na bok. Jeszcze chwila i jej dotknę. Jest lekko wilgotna. Zuzia syczy przez zęby. Nie przerywam ruchu ani pocałunku. Odsuwam dłoń od jej biodra i sięgam do rozporka. Rozpinam spodnie. Opadają na podłogę.
Wchodzę w nią jednym ruchem. Hha… aa… – urywa się jej oddech. Zagłębiam się i po mocnym pchnięciu staje się wyraźnie mokra. Łapię płynny rytm: napieram, a ona ustępuje. Chcę tego jeszcze bardziej. Zuzia obejmuje mnie mocniej rękami i porusza się razem ze mną. Wbija paznokcie w skórę moich pleców. Ból rozlewa się po całym ciele. Wszystko zawęża się do niej i narastającego napięcia między nami. Jej ciało porusza się szybciej, a przyspieszony oddech muska moją szyję. I nie chcę, żeby to się kończyło.
Na moment jej biodra zatrzymują się w pół ruchu. Wracają, ale nie w tym samym rytmie.
Gwałtownie klepie mnie w ramię, potem w klatkę piersiową. Jej twarz jest blisko. Powieki opadają wolniej. Usta rozchylone, wdech urywa się w połowie. Jeszcze raz uderza w klatkę piersiową. Dłoń opada, wraca wolniej. Nie daje już rady… Ostatnie słowo gaśnie.
Nie zatrzymuj mnie teraz – słowa rwą mi się z gardła.
Poruszam się dalej, nie przerywając ani na moment.
Powtarza ledwie słyszalnie. Nie dam… Nie dam…
Jej dłoń znów unosi się i tylko zatrzymuje w powietrzu. Spada niżej. Palce nie domykają ruchu. Nadal próbuje się odsunąć. Nie pozwalam jej. Widzę błysk w jej oczach.
Nim zdążyłem zrozumieć, co zamierza, czuję ostry ból w ramieniu. Wgryza nagle bez wahania. Aaał – urywa mi się odruchowo. Dłonie puszczają.
Osuwa się plecami po ścianie i osiada na podłodze, ciężko łapiąc oddech. W ramieniu pulsuje po ugryzieniu. Ja osuwam się niedaleko niej.
Przez chwilę żadne z nas się nie odzywa. Siedzimy naprzeciw siebie, próbując odzyskać oddech.
Przeciera dłonią policzek, potem skroń.
W końcu przerywa milczenie. Zrób coś…
Nagle dzwonek do drzwi rozrywa ciszę mieszkania.
Zamieram.
Obraz przed oczami nie znika od razu, jakby przez sekundę nakładał się na pokój, zanim całkiem się rozpadnie.
30 marca
Ekran telefonu rozświetla półmrok pokoju. Jej profil mam otwarty od kilku minut. Przesuwam zdjęcia powoli, jedno po drugim.
Najpierw rodzina. Zwyczajne kadry, w których nic nie dominuje, a jednak wszystko jest na swoim miejscu. Uśmiechy, które nie próbują niczego udowodnić. Dalej dwa psy – buldogi francuskie – uchwycone w tych krótkich momentach bez napięcia, kiedy nic się nie wydarza, a właśnie dlatego wszystko jest prawdziwe.
Potem ona z aparatem. Skupiona. Czekająca. Nie na uwagę, tylko na światło. Na moment, który nie powtórzy się drugi raz. Widzę w tym coś, czego wcześniej nie chciałem nazwać: cierpliwość.
Wracam do zdjęcia profilowego. Tego czarno-białego.
I nagle to, co wcześniej wydawało się sygnałem, zaczyna się rozpadać na niespójne interpretacje. Ta sama sylwetka może znaczyć wszystko i nic jednocześnie. Spokój może być pewnością albo dystansem. Milczenie może być otwartością albo zamknięciem. Każdy szczegół, który wcześniej wydawał się tropem, teraz prowadzi w dwie przeciwne strony naraz.
Nie chcę już jej odczytać.
Przez ostatnie dni traktowałem wszystko, co z nią związane, jak tekst, który można rozszyfrować. Jakby istniał ukryty kod, który wystarczy złamać, żeby dotrzeć do prawdy. Każde spojrzenie, każde zdjęcie, każda godzina ciszy, stawały się elementami tej samej układanki. Tylko że układanka nigdy nie składa się w całość.
Odkładam telefon. Patrzę w lustro na szafie. W odbiciu widzę własną twarz – znajomą i jednocześnie obcą w tym półświetle. I wtedy dociera do mnie coś prostego.
Nie śledziłem jej.
Śledziłem własną potrzebę sensu.
Każdy „znak”, który jej przypisywałem, był w gruncie rzeczy próbą uspokojenia czegoś we mnie. Próbą stworzenia spójnej historii tam, gdzie jest tylko druga osoba, której nigdy w pełni nie poznam.
Im dłużej patrzę, tym wyraźniej widzę, że problem nigdy nie polegał na tym, kim ona jest. Tylko na tym, że nie mogłem znieść tego, że nie wiem. I że wiedzieć nie mogę.
To napięcie nie znika. Nie ma w tym ulgi. Jest chłodna jasność, pozbawiona emocjonalnej mgły, która wcześniej wszystko zagęszczała. Znaki przestają mieć znaczenie. Nie dlatego, że ich nie ma. Tylko dlatego, że nie prowadzą już do niczego pewnego.
Otwieram okno wiadomości.
Wiem, czego chcę. Chcę się z nią spotkać. Chcę poznać, jaka jest naprawdę.
Piszę do niej. Czytam wiadomość jeszcze raz. Jest prosta. Nie potrzebuję bardziej błyskotliwego początku.
Na ekranie jest 20:11.
Naciskam „wyślij”.
Wiadomość znika z pola edycji.
Zostaje cisza.
Teraz pozostaje już tylko czekać.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Absurdalna Namietnosc
2026-07-13 at 20:56
Czy tytuł „Uchylone drzwi” ostatecznie okazuje się metaforą wejścia do zakazanej relacji, czy raczej do własnego umysłu – przestrzeni projekcji, fantazji i interpretacji?
Co w tej historii jest najważniejsze: uczucia do drugiego człowieka czy historia, którą sami zaczynamy o nim opowiadać?
Tomp
2026-07-13 at 23:25
Pierwsza obserwacja: robisz postępy.
Zauważyłem większą dbałość gramatyczną i bezbłędność ortograficzną. Może to zasługa redaktora, ale idzie na Twoje konto.
Przestałeś wreszcie bezładnie siekać tekst, przez co stał się czytalny.
Zrobiłeś krok w dobrą stronę w kwestii zrozumiałości toku narracji. Starasz się, ale wciąż nie opanowałeś edycji tekstu, która mogłaby ułatwić (w większości umożliwić) oddzielenie akcji rzeczywistej od urojeń. Wplatanie drugiego planu (urojonego) w rzeczywisty bieg wydarzeń wymaga stosowania odpowiednich środków. Nie jest nim pogrubienie; to stosuje się w literaturze pięknej i beletrystycznej absolutnie wyjątkowo. U Ciebie jest niepotrzebne i (poza śródtytułami) mylące.
Praktycznie dwa plany można edytować różnie, ale ich wyróżnienie jest niezbędne. Środki po temu to:
– inny font lub kursywa;
– interlinia (ta zawsze przy zmianie planu);
– wcięcie całej partii tekstu.
– tło tekstu, ramka.
Za pomocą tego ostatniego można nawet wprowadzić trzeci plan, czego kiedyś dokonała Androidka w swoim najlepszym, obecnie niedostępnym tekście.
I jeszcze o interlinii.
Ta służy ogólnie oddzieleniu czasu i miejsca. Gdy stosujesz przeskok czasowy, to ona zapobiega dezorientacji. Powinieneś jej użyć, gdy opis lekcji skacze z pierwszych minut ku ostatnim. Bez tej interlinii opis akcji jest ułomny, a chodzący dotąd po sali nauczyciel niespodziewanie pojawia na krześle.
Z kolei w miejscu:
Przez chwilę wyobrażam sobie, że po prostu Zuzia wstaje i wychodzi z sali bez słowa. Bezczelnie. Jakby wszystko było jej wolno.
Idzie do ubikacji, a potem wraca do ławki już bez majtek.
…interlinia wprowadza dezorientację, bo rozdziela (jak rozumiem) bezpośrednio po sobie następujące wydarzenia jednego planu.
Nadal popełniasz wiele kiksów stylistycznych i sytuacyjnych.
„Przechodzę pod tablicą” Każdy widzi to dosłownie: pod spodem. Idzie na czworakach, czy tablica tak wysoko zawieszona? Uniknąłbyś tego stosując przyimek „przed”.
„robi to wolniej niż wcześniej” W obecności przymiotnika „wolniej” leksem „wcześniej” staje się okolicznikiem sposobu, podczas gdy ma być okolicznikiem czasu. Znacznie lepiej zastąpić go przez „dotąd”.
„Próbuję znów spojrzeć wyżej. Nie utrzymuję tego długo” Czego nie utrzymuje? Brak odniesienia zaimka „tego” do jakiegokolwiek rzeczownika.
„Na ekranie wybija 20:11”. Pomijając niepotrzebny bold, na ekranie nic nie „wybija”. To nie zegar wieżowy z kurantem. Te zresztą biją o pełnych kwadransach.
„Właściciele spojrzenia”
itd., itp. Tego jest bardzo dużo.
Zdarza się błędny akcent zdaniowy. Ale obok tego odnotowałem genialne zaakcentowanie atmosfery napięcia właśnie przez nietypowy akcent zdaniowy:
„Rozmowa z kimś innym i cisza między nami zaczynają istnieć jednocześnie, jakby jedno wcale nie przeszkadzało drugiemu”.
„Ktoś się śmieje przy oknie. Długopis spada z ławki i turla się przez przejście między rzędami”.
Cały tekst opisem obsesji przypomina mi Sanję Niko. Jest gęsty od niedomówień, co go różni od Windy, ale też skupia się nie na akcji, a na atmosferze, którą oddajesz tu lepiej niż w poprzednim opowiadaniu. Gdyby nie wskazane usterki, czytałoby się nieźle.
Ponieważ Twoje teksty opierają się na przenikaniu planów, zalecam przestudiowanie tematu edycji pod tym kątem. Bez jej opanowania Twoje opowiadania tracą wiele na atrakcyjności przez niezrozumiałość.
Veronique
2026-07-15 at 17:37
Bardzo śliskie opowiadanie, porwadzone z perspektywy drapieżnika, który nigdy nie powinien być wpuszczony do szkolnej sali.
Kunsztownie napisane, ale to tylko zwiększa niechęć do pierwszoosobowego protagonisty. Przeczytał z ciekawością, ale i rosnącym obrzydzeniem.
Do końca miałam nadzieję, że stłumi swoją obsesję w sobie, ale nie, zaproponował spotkanie, by poznać swoją uczennicę „jak kobietę”.
Megas Alexandros
2026-07-16 at 10:24
Opowiadanie stanowi przekonujący opis obsesji głównego bohatera. Choć sam gustuję raczej w historiach, gdzie więcej się dzieje (i takie też piszę), doceniam skupienie się na psychologii i życiu wewnętrznym postaci, na całej tej burzy myśli i uczuć, która huczy w jej głowie. Myślę, że ciekawe byłoby połączenie jednego i drugiego – opisanie bohatera działającego, który na każdym kroku odczuwa ten umysłowo-intelektualny wielogłos i musi podejmować decyzje, za którym głosem pójdzie, trochę jak to, co zrobiono w (bardzo literackiej) grze Disco Elysium.
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-07-21 at 12:06
Przeczytałam z przyjemnością, mimo przynajmniej kilku rażących w oczy wpadek językowych i naprawdę doceniam bardziej spójną i oczywistą niż w poprzednim opowiadaniu narrację. Doskonałym wyborem było też otwarte zakończenie. Podobnie jak Tomp nie bardzo rozumiem niektóre wybory edycyjne, niemniej w przeciwieństwie do niego jestem przekonana, że usilna próba „oddzielenia akcji rzeczywistej od urojeń” bardzo zaszkodziłoby tekstowi. Mamy tu w końcu narrację pierwszoosobową, która zawsze przedstawia subiektywny punkt widzenia…
Uśmiechy
A.