Kupidyn z Middleton St George III (Androidka, Dario, Tomp, Unstableimagination)  4.78/5 (6)

32 min. czytania

Ilustracja: Unstableimagination

Moja ostatnia nowelka została przez Davida zabrana, gdy tylko wrócił z pracy, ale w niedzielę, gdy wyjechał do swojego pubu, a ja zbierałam się, by odwiedzić bibliotekę, na stoliku zobaczyłam nową kopertę. Niezaklejoną. Adresowaną „Droga Claire”.

Z maszynopisem.

Zanim roztwarłam złożoną kartę, zastanowiłam się, kiedy to pisał. Czy wczoraj stukał maszyną? Robi to w niemal każde sobotnie przedpołudnie, ale czy wczoraj?…

 

 

Droga Claire!

Pewien żonaty od niedawna mężczyzna zauważył, że coraz trudniej mu przychodzi spełnianie obowiązków w sypialni. Gdy niebawem całkiem stracił zainteresowanie małżonką, pojął, że ona przeciwnie – goreje coraz większym pożądaniem mężczyzn. Udał, że wyjechał z miasta, i obserwował, co też będzie się w jego domu działo. A działo się dużo, bo co wieczór odwiedzali go amatorzy łóżkowych igraszek z ognistą mężatką.

Którejś nocy odegrał scenę powrotu. Zakołatał do bramy, zawołał: „Wróciłem!” i pobiegł za narożnik, by podejrzeć, jak z okna jego sypialni wyskakuje nagus ze spodniami w ręce, przesadza płot podwórza i znika w oddali.

Sprawiło to, że męskość stwardniała mu jak kiedyś.

Wypróbował to kilkakroć i rzecz się powtarzała.

Kolejnym razem, gdy gach znikał za załomem uliczki, mężczyzna ów wpadł do sypialni. Napotkawszy rozgrzaną i podnieconą, a zarazem niepewną swego losu małżonkę, doprowadził ją swoim sterczącym narzędziem do takich krzyków, jakich nigdy przedtem od niej nie słyszał.

Odtąd zawarli porozumienie. Ona mogła przyjmować kochanków, kiedy tylko chciała, ale podświadomie czekała, kiedy odezwie się pod oknami okrzyk „Wróciłem!”, bo wiedziała, że za chwilę dozna przyjemności inaczej nieosiągalnej. Później uzgodnili ze sobą, że kobieta gotowość swą oznajmi stojącemu pod oknem małżonkowi umówioną sylabą miłosnego okrzyku.

Po kilku miesiącach wszyscy mężczyźni w mieście wiedzieli, w czym rzecz, ale zamiast się zniechęcić, zakładali się między sobą, kto ile razy zostanie z ową mężatką do końca, a ile razy będzie się ratował ucieczką przez płot. Weszło to w zwyczaj i gdy ów małżonek po latach umarł na skręt jelit, pół miasta przyszło na jego pogrzeb i wszyscy płakali w szczerym żalu na równi z jego żoną.

Po miesiącu marazmu mężczyźni tego miasta uzgodnili, kto i kiedy będzie wołał „Wróciłem!”, i ku radości wszystkich z wdową włącznie zwyczaj był kontynuowany przez długie lata. Ba, kiedy owa kobieta w końcu umarła, rajcy wytypowali jej następczynię, a ona uznała za wielkie wyróżnienie, że powierzono jej celebrowanie tej zaszczytnej tradycji, o której już było głośno w całej krainie.

 

Kochający Cię

David

P.S. Mam nadzieję, że nie weźmiesz tego dosłownie, jak i ja opowieści ze sznurem. Nie wiem nawet, czy mamy w domu odpowiedni.

 

 

Pierwsze wrażenie: nagłówek „Droga Claire!”. Drugie – „jakie to ładne”. Trzecie – podpis: „Kochający Cię David”.

Usiadłam. Potem zadzwoniłam do Laury i odczytałam jej opowiastkę o podróżniku krzyczącym „Wróciłem”.

– Czy masz dla mnie coś równie dobrego?

Cisza w słuchawce trwała o sekundę zbyt długo.

– Chcesz przyjechać?

– Nie. Ja zapraszam.

 

Po słowach powitania, gdy zamknęłam za nią drzwi, Laura spytała:

– A po co właściwie z Davidem chcesz dalej wymieniać liściki?

Zmilczałam. Bo właściwie – dlaczego?

– Przecież możesz teraz mu opowiadać te swoje erotyki na przykład przy kolacji, a on zadeklamuje ci swoje – kontynuowała.

W tym momencie już wiedziałam, co odpowiedzieć, ale Laura jeszcze nie skończyła.

– Po co robić kilkudniowe przerwy? Rozmawiajcie! Może tak go podochocisz któregoś wieczoru, że wreszcie się spotkacie… nie tylko przy stole.

Po tym dokończeniu nie wiedziałam, od czego zacząć, więc moja odpowiedź była mało składna. Cóż, jak to u kobiet, ale każda to zrozumie i… zrozumie. W sensie: pojmie. My myślimy ekspresją, nie formą gramatyczną.

– Siadaj. – Rozerwałam opakowanie Rich Tea i wyłożyłam na paterę biszkopty. – Nie zdążyłam nic upiec. Nie mogę opowiadać erotyków. – Nastawiłam czajnik. – Nie umiem wymyślać na bieżąco, co zresztą wiesz. I nie chodzi mi o to, by rzucił się na mnie jak ten wracający…

– Chyba nie odniosłaś wrażenia, że David chce, byś się gziła z obcymi we własnym domu jak Messalina!?

Ta myśl mi nie przyszła do głowy, ale wypowiedziana przez Laurę zwiększyła tylko mój zamęt.

– Bo ja wiem?… Nie! Nie myślę. Nie wiem, o co mu chodzi, i dlatego nie zaryzykuję rozwijania przed nim erotyków na żywo. Nie będę się przecież ich uczyć na pamięć. Wyobrażasz sobie, co by było, gdybym w jakiejś emocjonującej czy sentymentalnej scenie zaczęła dukać, usiłując sobie przypomnieć, co dalej? Blamaż do końca życia!

– Rozluźnij się! Myślę, że Davidowi chodzi o to samo, co tobie. Po prostu się bawi! Razem się bawicie i to chyba coraz lepiej.

– Właśnie! Dlatego na razie niczego nie będę zmieniać. – Czajnik zaczął gwizdać, więc wyłączyłam grzałkę i sypiąc i zalewając herbatę, mówiłam dalej: – Dawaj, co masz najlepszego!

– Nic nie mam poza takim ratunkowym tekścikiem. Sama oceń… – Położyła przede mną otwarty notes.

 

 

– Opowiem wam o kobiecie – zwrócił się sufi do słuchaczy w największej medresie Islamadiny. – Kobieta jest w połowie Bogiem, a w połowie Szejtanem. W połowie człowiekiem, a w połowie zwierzęciem. Jedna jej część obraża Allacha, a druga go wielbi. Mało! Połowa kobiet doprowadza wiernych do świętości, a druga – do grzechu. Połowa jest piękna i wzniosła, a połowa – brzydka i odrażająca. Połowa głupia, a połowa – mądra.

Szmer rozszedł się po ławach hudżry.

– O, świątobliwy nauczycielu! – zapytał najodważniejszy uczeń. – Jak postępować z kobietami, by odsiać te grzeszne, nieludzkie, bezbożne, brzydkie i głupie, by nie wiodły nas do tego, co Allachowi niemiłe?

Sufi podniósł dłoń, a z niej wysunął jeden kościsty palec, który skierował w górę ku stolicy Boga.

– Zacznijcie od siebie.

Szmer ponownie wypełnił hudżrę.

– O, świątobliwy nauczycielu! – nie ustępował ów uczeń. – Czy jak w nas nie będzie grzechu, bezbożności, brzydoty i głupoty, czy jeśli my nie będziemy zwierzętami, to kobiety się zmienią?

– Na pewno – odrzekł z wielką mocą suchy jak szczapa nauczyciel.

Kolejny raz szmer wypełnił hudżrę, zanim z ostatniej ławy pod ścianą ktoś się odezwał:

– O, świątobliwy nauczycielu, ale czy to w ogóle możliwe?

– Nie – odrzekł sufi. – I dlatego bądźcie wyrozumiali wobec kobiet, bo one są jak wy, a wy – jak one. Szukajcie Boga, to go w nich znajdziecie. Szukajcie piękna – a ono tam będzie. Szukajcie mądrości – a spłynie z ich ust. Przeciwnie: będziecie chcieli zobaczyć Szejtana – ujrzycie go w kobiecie. Zapragniecie spółkować ze zwierzęciem – napotkacie je w niej. Zapomnicie o dążeniu do świętości – one przywiodą was do grzechu.

Tym razem żaden szum nie zakłócił ciszy.

 

 

– Słabe – orzekłam. – Przefilozofowane i brak erotyki, a nawet ciepła.

– Wiem.

Skończyło się jak zwykle, to znaczy na herbatce z biszkoptem. Niczego lepszego nie było – ani na stole, ani w naszych umysłach.

Z braku natchnień nie chciałam zbytnio przyśpieszać akcji korespondencyjnej, ale w zaistniałych okolicznościach uznałam, że nie mogę czekać do piątku. Coś między mną i Davidem się działo i nie mogłam tego czegoś usypiać długimi przerwami.

W poniedziałek byłam pewna, że muszę poszukać istotnego wsparcia. Kiedyś wpadł mi w oczy artykuł w „The Northern Echo” o jakimś kółku literackim. Zadzwoniłam do redakcji i ich sekretarka była tak miła, że znalazła mi telefon do przewodniczącej.

– Serdecznie zapraszamy! – odezwał się w słuchawce energiczny damski głos. – Spotykamy się akurat w tę środę o szóstej pm. – Podała adres.

W środę zostawiłam na stoliku kopertę z wykładem sufiego i poszłam do „kółkowych literatów”.

Wsparcie miejscowych fascynatek literatury – na zebraniu obok pięciu pań w raczej starszym wieku był tylko jeden mężczyzna – okazało się nie do przecenienia. Na samym spotkaniu, dowiedziawszy się o moich potrzebach, dostałam od którejś z nich zaledwie jedną opowieść, ale za to jaką! Jednak później, w czwartek, piątek i w weekend już prywatnie i telefonicznie obnażały przede mną swoje rozbuchane jaźnie; do tego stopnia, że wreszcie mogłam przebierać w fabułach i tekstach.

Tymczasem w niedzielę, po wyjściu męża na brydża, na stoliku czekał na mnie liścik.

 

 

Droga Claire!

Mówi się, że życzliwość abuzyjskich kobiet i dziewcząt nie ma sobie równych. Gdy tylko wędrowiec zbliży się do pierwszych domostw, gospodynie tamtejsze wychodzą na drogę i, kłaniając się i uśmiechając obiecująco, namawiają gościa, by zawitał do nich. Każda kusi opisem wygód, które jej dom zapewni obcemu. Chwalą się a to łożem wyściełanym, a to wieczerzą najwyszukańszą, a to łaźnią z ciepłą wodą, bo, nadmienić trzeba, w Abuzji przez pół roku panują chłody przenikliwe niesione północnym wiatrem.

Żadna jednak nie powie o najważniejszym, czego strudzony i stęskniony wygód i ciepłej strawy podróżnik pożąda tylko w swej podświadomości. Gdy on obnażony wchodzi do łaziebnej kadzi z nagrzaną wodą, gospodarz zabiera jego odzienie do prania, a gospodyni, zrzuciwszy swoje, zanurza się w kąpieli wraz z gościem. Myje go starannie z pyłu podróży, gładzi swoimi dłońmi nie tylko plecy, ramiona i nogi, ale i sięga pod brzuch, by serdecznością swojego ruchu i ciepłem wody obudzić jego przyrodzenie. Gdy tego dokona, woła wszystkie domowniczki, które nago stają przed wędrowcem, by wybrał, z którą chciałby kontynuować kąpiel. Gdy którą wskaże, inne odchodzą, a ta wybrana udostępnia mu wszystkie swoje wdzięki tak długo, jak on zechce. A największą hańbą dla niej jest, gdy gospodarz nie zdąży w czasie tej przedłużonej kąpieli uprać i wysuszyć przybyszowi odzienia.

Potem siadają wszyscy pospołu do wieczerzy, która różnorodnością smaków i wykwintnością dań nie ma sobie równych na ziemiach od ogrodów Zafne po Góry Korfanu.

Gdy zaś wędrowiec zaspokoi głód i spłucze z gardła kurz drogi miodowym winem, odprowadzają go do przygotowanej komnaty z łożem tak szerokim, że i trzy osoby legać na nim mogą. I rzeczywiście, dwie najgorętszej krwi dziewki zajmują miejsca po obu stronach gościa, że i najzimniejsze powiewy z gór są mu niestraszne, a noc mija szybko, dając mu godny wypoczynek przed czekającą go dalszą drogą.

Niektórzy podróżni na odchodnym pytają gospodarzy goszczących ich domostw, jaka wiara i jaki bóg nakazuje im tak dalece idącą uprzejmość. I taką słyszą odpowiedź: „Od najdawniejszych czasów przodkowie nasi głosili: »Gość w dom, bóg w dom«, więc inne zachowanie sprowadziłoby na nas gniew Niebios”.

 

Kochający Cię

David

 

 

O, patrzcie! Ale Davida wzięło, hihihi!

Gdy przeczytałam ponownie, też poczułam ciepło abuzyjskiej gościnności. Szkoda, że mamy małą wannę, zdecydowanie jednoosobową.

Łóżka też – dopowiedziałam sobie.

Zatem w środę zostawiłam Davidowi na stoliku w hallu takie dzieło od jednej z Darlingtonowych literatek. Wydawało mi się dobrą odpowiedzią na męskie fascynacje podróżnika z dala od domu:

 

 

Pewien czerwonoskóry wojownik z plemienia Apaczy, a może Nawaho, był znany ze swej szaleńczej odwagi. Pytany, skąd ma taką pogardę wobec śmierci, odpowiadał:

 Mam kilka squaw. Wszystkie są mi dobrymi żonami. Rodzą dzieci, wyprawiają skóry, szyją mokasyny i koszule ze skóry jelenia. Wszystkie mnie kochają, ale jedna z nich, Chenoe, skradła mi serce. Zaklęła je w amulet, który zawiesiła na swojej szyi, i nigdy się z nim nie rozstaje. Ona przebywa w dalekim wigwamie, gdy ja tu, na prerii, zdzieram skalpy wrogom. Jak widzicie, nie jestem odważny; ja po prostu wiem, że żadem kojot z Dakota nie przebije mego serca włócznią czy strzałą, bo ono nie jest tu. Moje serce bije bezpiecznie na piersi ukochanej Chenoe.

 

Szkoda, że nie znam takich zaklęć, Davidzie. Miałabym Twoje serce na zawsze przy sobie.

 

 

Podczas sobotniego lunchu David wypowiedział się na temat kilku otrzymanych opowieści. Orzekł, że najbardziej podoba mu się historyjka o tawernie w Pietrasanta, ale popisał się galanterią:

– W zasadzie wszystkie są ciekawe. Każda ma jakiś przekaz wymagający zastanowienia.

Nie pozostałam mu dłużna i rozmowa była gorąca jak jej tematyka. Nie była jednak długa, bo David zaproponował wypad do Barnard Castle.

– Śpieszmy się, bo nam zamkną muzeum.

Coś takiego! Wprawdzie w Bowes Museum byłam na szkolnej wycieczce, a fanką ceramiki i osiemnastowiecznych automatów nie jestem, ale ruszyłam za mężem z ochotą.

Wieczorem przyznałam, że dawno nie spędziłam tak miłego popołudnia. David był czarujący jak przed ślubem, podwieczorek zwieńczony kieliszkiem sherry był wręcz rozbuchany w porównaniu z dotąd moczonymi w herbacie biszkoptami z paczki i wreszcie mieliśmy o czym rozmawiać.

Laura się nie odezwała, a i ja nie dałam jej znaku życia. Wciąż ją podejrzewałam, że gra na dwie strony, co ochłodziło nasze stosunki, a kilka opowieści od moich nowych znajomych miałam w rezerwie. Czekałam, na co zdobędzie się mąż.

W istocie, gdy w niedzielę wyjechał na golfa, zostawił coś takiego:

 

 

Droga Claire!

Tylko Ty w chłodnej i deszczowej Anglii potrafisz rozgrzać oziębłe serce męża. Jak ten Przyjaciel:

Poeta siedzi z Przyjacielem w barze obok zejścia na plażę. Są tu obaj dlatego, że Przyjaciel go zaprosił. Dlaczego właśnie tu? Dlaczego o tak nietypowej porze? Kawę w Rio pija się niemal całą dobę, ale w samo południe, gdy słońce pali i przyciemnia nawet brązowe już z natury ramiona i oblicza Brazylijczyków, bary i kawiarnie Ipanemy świecą pustkami. Ci nieliczni, którzy miast kąpieli w falach pobliskiego Atlantyku wybrali bar Veloso, chowają się przed skwarem w cienistym wnętrzu i sączą zimne piwo lub drinki z lodem.

Poeta z Przyjacielem rozmawiają. Nie wiadomo o czym. Przyjaciel robi wrażenie rozkojarzonego; często rozgląda się, raz nawet wstał, by podejść do balustrady tarasu i potoczyć wzrokiem wzdłuż Montenegro.

Zawiedziony, siada. Wraca do rozmowy, ale Poeta widzi, że interlokutor nie słucha.

Aż nagle z wyrazem ulgi Przyjaciel podrywa się i ściska palcami ramię swego towarzysza.

– Idzie! Patrz!

Obaj doskakują do balustrady.

 

Młoda, kusząca, wyniosła i piękna.

Tak czarująca; choć zimna – ponętna.

Kiedy mnie mija, to serce me drga…

 

Poeta czuje, jak penis wybrzusza mu płótno spodni.

 

Jak bajadera swym biustem kołysze.

W myśli rozbieram, wzrokiem nań wiszę,

Krążąc wciąż przy niej, już płonę jak ćma…

 

Dziewczyna świadoma swego piękna idzie, nie rozglądając się. Mija Veloso, nie podnosząc wzroku na taras.

 

Ach, czy nadejdzie ta chwila,

Kiedy mnie wreszcie zobaczy!

Ach, ile dla mnie to znaczy…

Lecz spojrzeniem mnie ciągle omija,

Obojętnością zabija…

 

Dochodzi do plaży i znika, zmieszawszy się z tłumem.

 

Ach, czy kiedyś opuści mnie wreszcie zła passa,

Bo bez wzajemności mój ogień wygasa,

A żyć bez miłości to smutek i żal.

 

Po chwili stojącej samotności dłużącej się jak wieczność mężczyźni wracają na krzesełka. Przyjaciel w zamyśleniu ssie przez słomkę wodę z roztopionego lodu po swoim drinku, a Poeta sięga po serwetkę. Musi to zapisać, póki w uszach nie przebrzmiał stukot sandałków. Póki pamięć odtwarza jej rozkołysany krok. Póki przed oczami buja się biust. Póki myśl wypełnia powidok wiolonczeli w bikini. Póki smyczek pręży się w spodniach.

Póki słowami faluje przestrzeń…

 

Kochający Cię

David

 

 

Przeczytałam kilkakroć i nie mogłam się nadziwić.

„Rozgrzewam jego serce? Jak przyjaciel?” – Zdałam sobie sprawę, że się uśmiecham. „A nie jak wiolonczela w bikini?…” – Wolną rękę położyłam na swojej talii. Była wąska, ale jakoś wiolonczela nie przyszła mi dotąd do głowy. Może przez to, że poniżej było za mało. „Jednak bikini mogę sobie kupić, czemu nie. Tylko gdzie się w nim pokażę?”.

Ale – wróciłam do prozy dnia – skąd David wziął tak poetycką historyjkę? Skąd te wiersze, bo wiedziałam, że poetą nie jest. Wątpiłam, by wobec absorbującej pracy w sądzie miał czas na szperanie po bibliotekach. Skąd to ma?

Poczułam zazdrość, bo jeszcze rano myślałam, że to ja dzięki wsparciu kółka literackiego będę górować nad mężem.

 

Podczas poniedziałkowego obiadu wyraziłam zachwyt opowiadaniem.

– Skąd je wziąłeś? Zdecydowanie nie wygląda mi to na amatorszczyznę.

Uśmiechnął się tajemniczo.

– Ty masz swoje sekrety, mam i ja.

– Jakie sekrety! – Wzruszyłam ramionami z nieszczerą obojętnością.

– A skąd w ogóle pomysł takiej korespondencji?

– To nie tajemnica – odpowiedziałam i od słowa do słowa wyjawiłam genezę opowiadań, a co za tym idzie, sprawę niedoręczonych listów do Millsa.

David był nimi bardzo zaciekawiony, więc obiecałam, że temat rozwinę, gdy będzie więcej czasu, bo teraz pora na spanie.

 

We wtorek jedna z nowo poznanych pań z klubu literackiego zadzwoniła, pytając, czy może mi coś przesłać listownie.

– To jest zbyt nieprzyzwoite, bym ci dyktowała przez telefon, kochana.

Podałam adres, a potem pomyślałam, że może i ja dlatego wolę słać liściki niż mówić. Ale czy kiedykolwiek przesłałam Davidowi coś naprawdę świńskiego? Bo nie miałam zamiaru zapoznać go ze wszystkim, czym miłośniczki literatury mnie obdarzyły. Na przykład z takim thrillerem:

 

 

O Kamiennych Pannach mówiono tu i ówdzie. Opowieści o pieczarze, w której pobyt można przypłacić życiem. Bajania w różnych wersjach, choć żadna nie zdradzała położenia groty. W Górach Strzelistych, jasne, ale gdzie dokładnie? Te szczyty ciągną się milami, zarówno po horyzont, jak i w górę. Niegościnne jak tamtejsi górale.

Tematem zainteresowałem się, gdy w moje ręce wpadł zapomniany diariusz badacza gór. Jeden z raportów rutynowych ekspedycji Akademii. Na ostatnich kartkach autor opisywał okolice wioski Skalnicy. Utrzymywał, że odnalazł właśnie tę oddaloną od pasterskich szałasów grotę, że był w środku. Wiedziałem więc „gdzie”.

Dotarłszy do Skalnicy, rozpytywałem o Kamienne Panny. Nikt nic nie powiedział. Ani o uczonym, ani w ogóle o niczym. Gdy tylko poruszyłem ten temat, poproszono mnie, aby odjechał.

Jednak jeden chłopaczek skusił się na srebro. Pokazał mi drogę, poszedł ze mną. Zabobonny rozbił obozowisko najdalej, jak się dało od ciasnego zakamuflowanego wejścia.

Sama jaskinia nie była wielka. Płaski kamień mniej więcej na środku i sterczące dookoła monolity – osławione Panny. Jak się wysiliło wyobraźnię, to może i przypominały nieco postacie z welonami. Wyżłobienia na największym z nich formowały coś w rodzaju dekoltu, stąd pewnie mówiono o kobietach, a nie mnichach. Gdzie obiecane, niemal realistyczne płaczące niewiasty? Gdzież najwygodniejsze łoże? Położyłem się na owym kamieniu lekko zawiedziony, a znużony drogą zasnąłem natychmiast.

Śniło mi się, że jestem w domu. Że podeszła do mnie żona, by rozmasować mi barki. Nawet nie wiedziałem, jak byłem spięty, dopóki jej cudowny dotyk nie zaczął rozluźniać mi mięśni. Wkrótce oprócz palców dotykały mnie jej wargi. Wsunąłem więc dłoń pod jej koszulę, wymacałem jędrną pierś. Oddechy nasze stały się dłuższe.

Nakryła nas moja druga żona. Popatrzyłem na pierwszą; porozumieliśmy się bez słów, zezwalając drugiej na dołączenie. Obie zrzuciły swoje fatałaszki, a potem rozdarły moją koszulę.

Nie zaprotestowałem, choć trochę mnie to zaskoczyło.

Czułem, jak ich dłonie suną po moim torsie. Pierwsza chwyciła za mojego członka. Ledwo stwardniał, gdy druga się na niego nabiła. Patrzyłem na jej podskakujący biust nieco mniejszy niż pierwszej, która głaskała się w oczekiwaniu na swoją kolej. Wskoczyła na mnie, gdy zrobiło się miejsce.

Oddychałem coraz szybciej, gdy ruszała się w swoim tempie.

Tymczasem zwabiona hałasami zabawy zjawiła się trzecia żona. Ta nawet nie pytała o pozwolenie, jej suknia od razu znalazła się na podłodze. Ośliniwszy palce, dotykała się poniżej łona.

Druga, ochłonąwszy, zaczęła pieścić mój tors. Trzecia stawała się coraz bardziej niecierpliwa, ale pierwsza niczym się nie przejmowała.

Trzymałem się twardo, gdy z ulgą usłyszałem odgłos jej orgazmu. Sprzeczka drugiej i trzeciej o kolejność dała mi odrobinę wytchnienia. Zwycięska trzecia usiadła na mnie. Nasuwała się pospiesznie, jakby bojąc się, że ktoś jej mnie zabierze. Druga ocierała swoje podbrzusze o moje ramię, użyłem więc palców. Kobieta przyjęła moją pieszczotę, balansując biodrami. Pierwsza, widząc to, chwyciła moją wolną dłoń i wsunęła sobie między uda, czym uraziła trzecią, bo tym samym przerwałem głaskanie jej piersi. Ale ta nic nie powiedziała, przyspieszyła i osiągnęła zaspokojenie.

Zmiana. Teraz pierwsza. Zmiana. Druga. Ponownie trzecia. Pierwsza. Czwarta o oczach szarych jak granit.

Oddychałem już płytko, ale penis pozostawał twardy i pulsujący. Wciąż niezaspokojony.

Wtedy poczułem kopniaka.

To był mój przewodnik. Wlókł mnie zamroczonego niemal ćwierć mili. Był wściekły. Wrzeszczał, że nikt tam się nigdy nie obudził.

 

 

Nerwowo przeglądnęłam, co mam, i w efekcie namysłu napisałam Davidowi coś takiego:

 

 

Drogi Davidzie,

my, kobiety, rozgrzewanie mamy w swej naturze.

Nawet gdy wiąże się to z wielkim kosztem.

 

Kilku zziębniętych podróżnych skupionych w zimową szarugę przy ognisku postanowiło się rozgrzać rozmową. A że nic z wyjątkiem polityki tak nie rozpala mężczyzn jak płeć niewieścia, gawędzili o dziewkach, które ich kiedyś grzały.

Gdy wszyscy poza jednym roztoczyli swe opowieści o podbojach w łożnicy lub na sianie, nawychwalali się pośladków jędrnych, piersi mlecznych, cip chętnych i oddechów chutliwych, krasząc wspomnienia dokonaniami swych członków i słuchając sprośnych pochwał audytorium, zwrócono oblicza pełne oczekiwania ku ostatniemu.

Ten długo milczał.

Napastnicy zabili jego rodziców, a chatę spalili. Ocalał tylko on i niewolna służąca. Do Stavardu, gdzie mieszkał stryj, było dziesięć mil. Noc była księżycowa, droga wiodła przez śnieg i zamarzłą odnogę fiordu. Źle stąpnąwszy, wpadł w topiel z głową, ale wypłynął na powierzchnię. Kobieta wyciągnęła go na brzeg, rozebrała, roztarła i odziała we własną koszulę; przytuliła do nagiej piersi, osłoniła oboje własną opończą i poniosła dalej. Miał sześć lat i ważył swoje, ale go dźwigała. Rano osłabła. Zatrzymała się, zdjęła opończę, nałożyła ją na niego i nakazała zamierającym tchem: „Biegnij do stryja. Nie ustawaj. Staniesz – umrzesz”. Na więcej nie starczyło jej sił.

Dobiegł do Stavardu, nie zatrzymując się po drodze nawet na chwilę. Gdy ludzie stryja dotarli do kobiety, była już sztywna i zimna jak lód.

Nie opowiedział tego, by nie przepełnić serc towarzyszy mrozem, który sam odczuwał, ilekroć ten dzień odżywał w jego pamięci. Mrozem, który uciekał na myśl o cieple jej piersi i jej miłości.

A myślał o nich każdej zimowej nocy.

Przejęty wspomnieniem dorzucił drew do ognia. Jego towarzysze tego ciepła od kobiety nie doznali i musieli się grzać płonącymi bierwionami.

 

Kochająca Cię

Claire

 

 

Zapowiedziana nieprzyzwoita opowieść nadeszła w piątek. Dobrze, że David jej nie przeczytał, bo była iście obsceniczna. No bo jak nazwać takie coś:

 

 

W kuchni zachodzi ją od tyłu. Jedną dłoń kładzie na usta, drugą już podwija suknię; brzuchem dociska do stołu, stopą zmusza do rozszerzenia nóg.

– Cicho sza – szepcze do ucha. – Nie chcemy, by wszyscy się dowiedzieli i nas przyłapali.

Nie pyta o zgodę, nie prosi o pozwolenie – bierze, na co ma ochotę. Napiera i zmusza do ugięcia pleców. Nadal zatyka usta, ale już twardym kutasem przez materiał ociera się o tyłek i palcami masuje półkule i przedziałek. Czeka, aż majtki zrobią się wilgotne.

Ona się nie opiera. Jeśli, to o blat, którego dotyka biustem i dłońmi. Zaciska powieki i sznuruje usta, by nie wydać z siebie nawet najcichszego pisku czy jęku.

Czuje, jak zadziera jej suknię, wsuwa ręce pod gors na pozbawione biustonosza piersi, aby zaraz potem gnieść je niczym ciasto na chleb. Dłonie ma mocne, więc to doznanie jest lekko bolesne, ale i zadziwiająco przyjemne. Takie, jak lubi. Zsuwa jedną rękę ze stołu, sięga za siebie i wkłada pod gumę spodni od piżamy. Chwyta twardego i żylastego fiuta, marząc, by co prędzej go wsadził. W pizdę, w usta, w…

Dociska ciało do blatu. Wypina się mocniej.

On łapie za jej majtki i zsuwa je poniżej kolan. Klęka, twarz wkłada pomiędzy uda. Muska językiem raz po raz, jakby degustował, czy już jest dość wilgotna. Gdy test wypada pomyślnie, staje i opuszcza spodnie do kolan. Uwolnioną i nabrzmiałą męskość wbija głęboko w różową szparę. Rżnie mocno, szybko, w równym rytmie. Kończy równie gwałtownie, jak zaczął – ciepła struga nasienia tryska do wnętrza.

Wysuwa się. Przez chwilę rozkoszuje się widokiem spermy skapującej z różowych fałd.

Teraz ona się odwraca i pada na kolana. Bierze wiotczejącego członka do ust i wysysa zeń resztki białego nektaru, oczami szukając w jego twarzy znamion szczęścia.

W nagrodę zostaje pogłaskana po głowie.

Podciąga majtki i poprawia suknię, a on podciąga spodnie. Całuje ją w policzek i wychodzi. Ona zadowolona wraca do robienia śniadania.

Mąż wchodzi do kuchni, też ją całuje w policzek, ale w drugi.

– Jeszcze śpi? – pyta.

– Chyba jest w łazience i się myje – odpowiada, po czym pyta przewrotnie: – Nadal mnie nie lubi?

– Och, daj mu czas. W końcu zostanie z nami do końca wakacji. Aha, w poniedziałek wyjeżdżam na szkolenie. Mam nadzieję, że się nie pozabijacie, jak mnie przez tydzień nie będzie?

Prychnęła, mocniej zaciskając uda na myśl o całym tygodniu sam na sam z pasierbem.

– Chyba sobie poradzimy.

 

 

Odłożyłam to do sekretnego pudełka po czekoladkach chowanego w bieliźniarce. Tak, miałam takie jak każda kobieta. Przykryło tam inne otrzymane wcześniej od Tracy:

 

 

Lady Chatterley faktycznie kochała konie. A wśród nich najbardziej swojego ogiera, Oriona.

Przeczytała kiedyś w „Timesie” artykuł o tresowaniu zwierząt. Zachęta – spełnienie rozkazu – nagroda. Odruchy warunkowe; o, to było najciekawsze. Przejęta tą wiedzą nauczyła Oriona, by, chrupiąc jabłko, wysuwał węża.

Był tak fascynujący!

Schodziła do stajni na długo przed lunchem, podsuwała pod zwierzęcy pysk jabłko. Czuła się wtedy jak rajska Ewa. I jak Ewę kusił ją wąż, który wtedy wysuwał się spod Orionowego podbrzusza. Regularnie.

Dla niej.

A ona patrzyła.

Po jakimś czasie zapragnęła tego węża pogłaskać. Był miły w dotyku, a masowanie go podobało się ogierowi, jak i jej: Orion rżał i naskakiwał na bale boksu, a lady czuła podniecające ciepło w kroku.

Potem podczas lunchu kręciła się na krześle; każda pozycja była nie dość wygodna.

Szybko odkryła w sobie jakiś niedosyt. Był umiejscowiony między nogami i objawiał się podczas pieszczenie ogierowego węża.

Któregoś dnia kazała iść za sobą pokojówce.

Początkowo było jak zwykle. Dała jabłko, pokazał się wąż. W tym momencie pokojówka miała już oczy wybałuszone jak żaba, a jej policzki nabrały koloru karminu.

– Włóż mi rękę między nogi – rozkazała lady Chatterley.

Służąca okazała się bardziej doświadczona niż jej pani i wkrótce obie jej ręce miały co robić, bo i krocza były dwa. Usta też stanowiły parę, więc się złączyły.

Któregoś dnia coś trysnęło z Orionowego węża, a było tego tyle, że suknia służącej została obryzgana, a ona krzyknęła i potem wzdychała dziwnie.

– Czego jęczysz, głupia – zrugała ją lady. – Dasz suknię do prania i będzie jak nowa.

– Ja nie z tego, milady. To winien koń i moja ręka.

Podpytana, wyjaśniła wszystko, a lady postanowiła sprawdzić, czy to zrozumiała.

Odtąd nie ręka pokojówki gościła pod krynoliną, a zupełnie inny organ przywołanego stajennego. Trochę przypominał ogierowego węża, ale był znacznie mniejszy. Chłopak był młody i chętny, a służąca się zaoferowała, że ona go najpierw przygotuje, „by milady była potem zadowolona”.

Odtąd lady Chatterley na lunchach przestała się wiercić na krześle.

W kolejnym tygodniu stajenny powiedział, że przecież pokojówka nie jest do niczego potrzebna, a lady Chatterley przyznała mu rację. Odtąd służąca miała tylko masować węża, by trysnął, bo to było bardzo podniecające. A najbardziej, gdy któregoś dnia pokojówka wypięła się pod ogierem wspartym przednimi kopytami o przegrodę i wsadziła sobie jego węża między nogi. Gdy ją oblał, w stajni rozległy się rżenie i trzy okrzyki rozkoszy.

Niespełna rok później lord Chatterley wydał wielkie przyjęcie z okazji chrzcin następcy rodu.

 

 

W sobotę znów mieliśmy o czym rozmawiać, tym razem podczas wyprawy wokół Durham. Czasu starczyło, bym przedstawiła Davidowi treść erotycznych i sentymentalnych relacji Deborah z podróży po świecie. Był pod wrażeniem i dopytywał o szczegóły dotyczące autorki.

Po spacerze po ogrodach David wziął mnie na iście pionierską wyprawę do ruin starego klasztoru. Dobrze, że uprzedził, bym wzięła porządne buty! A kulminacja wieczoru nastąpiła w pubie nad rzeką. Wprawdzie pie and mash było mniej satysfakcjonujące niż utworek o Rio de Janeiro, ale cóż – zimna Anglia to nie gorąca Brazylia.

Już tradycyjnie w niedzielę otworzyłam kolejną kopertę z maszynopisem:

 

 

Droga Claire!

W prefekturze Yamanashi przekazuje się z pokolenia na pokolenie taką opowieść:

Pewien rolnik ożenił się z dziewczyną z nieodległej wsi i żył z nią szczęśliwie przez kilka lat. Pewnego dnia, gdy wrócił z pola, zastał w chacie dwie identyczne kobiety zajęte pracami domowymi. Obie wyglądały i zachowywały się jak jego żona. Nie mógł ich odróżnić. Nie wiedząc, co o tym myśleć, obserwował je przez kilka tygodni, usiłując dociec, która z nich jest prawdziwa.

W łożu nie dostrzegł różnicy. Rozmawiał z nimi na codzienne tematy i obie były tak samo w nich zorientowane. Obie były mu posłuszne, jak żona powinna zachowywać się wobec męża. Żadna nie była wprost zazdrosna o drugą, choć do siebie odnosiły się różnie; czasem współpracowały zgodnie, a czasem czubiły się i patrzyły na siebie kosym okiem. Jak to kobiety.

Gdy pytał je, która jest jego żoną, nieodmiennie każda wskazywała na siebie.

W domu dobrze się działo, dobytku przybywało. Ogród powiększył się o nowe grządki, a mężczyźnie żyło się lepiej.

Jednak zagadka „która jest jego żoną” gnębiła tego wieśniaka do tego stopnia, że stała się jego obsesją. Zasięgnąwszy rady bogów, postanowił wygnać jedną z kobiet; tę, która nie wydawała mu się prawowitą małżonką. Tak też zrobił i został z jedną.

Po kilku miesiącach zauważył, że w domu czegoś brakuje. Było smutniej, a adresatem złych emocji żony zamiast tej drugiej stał się on sam.

Po roku na początku zimy podejrzał, że jego kobieta znika na wiele godzin. Jednego z takich dni poszedł za nią. Akurat spadł śnieg i zobaczył na nim ślady lisich łap.

Pojął, że przed rokiem wygnał z chaty prawowitą żonę, a zostawił kitsune. Ta zgryzota zatruła mu życie i doprowadziła do przedwczesnej śmierci.

 

Kochający Cię

David

 

 

Zamyśliłam się. Co to jest „kitsune”? I co on chce przekazać? Że ma drugą na boku i nie wie, którą wybrać? Że ma w domu dwie Claire – jedną szarą i drugą od historyjek? Bzdura!

I co mam na to odpowiedzieć?

Postanowiłam rzucić na szale to, co mam najlepszego. W środę obdarzyłam Davida czymś takim:

 

 

Przy Rue de l’Amour jest mała Café des Cœurs. Jej bywalcami są pary zakochanych z całej dzielnicy La Défense. Przy cynkowym barze zamawiają kawę, croissanty, czasem kieliszek białego wina lub Pernoda. Siedzą przy dwuosobowych stolikach, patrzą sobie w oczy i rozmawiają o miłości.

Po kilku takich spotkaniach niektórzy podchodzą do barmana i proszą o 'les peintures de mariée’. Wtedy na ladzie pojawiają się dwa słoiczki i dwa pędzelki, a cała café zamiera. O kolorach farb decyduje właściciel lokalu; są czerwone, niebieskie, różowe i żółte, ale zawsze różne. Zamawiający podchodzą do ściany i malują na niej dwa różnokolorowe, stykające się ze sobą serca. Potem wracają do swoich dwuosobowych stolików i ukłonami dziękują za wiwaty i toasty, których klientela Café des Cœurs im nie szczędzi, uznając ich za narzeczonych.

Tak jest dziś, a barman opowiada, że tak było zawsze.

Cała ściana Café des Cœurs była pokryta parami serc, gdy chłopcy poszli na front.

Dziewczyny przychodziły same, zamawiały kieliszek wina i godzinami milcząco wpatrywały się w serca, które niedawno namalowali ich narzeczeni.

Zaczęła krążyć legenda, że gdy chłopak ginie na wojnie, ściana to wie. Było to prawdopodobne, bo pojawiało się na niej coraz więcej pojedynczych serduszek.

Życie na Rue de l’Amour zamarło.

Niektóre dziewczyny siedziały w bezruchu przy stolikach całymi dniami, pilnując, by nikt im serc nie ukradł ani nie zamazał. Umawiały się na dyżury, a właściciel został zmuszony prowadzić café całą dobę, choć interes stał się nieopłacalny.

Czasem dawał się słyszeć nagły szloch, a współobecni, idąc za linią spojrzenia płaczącej, natrafiali na puste miejsce po kolejnym sercu.

Po kilku miesiącach wojny strażujące narzeczone znały mapę ściany i wszystkie serca na wyrywki. Obudzone w środku nocy mogłyby je wszystkie namalować z pamięci. Tym większe poruszenie spowodowało takie, które – przez kilka dni nieobecne – wróciło na swoje dawne miejsce.

Gdy okazało się, że ściana może się pomylić, tragizm oczekiwania ustąpił miejsca nieśmiałej nadziei.

Innym razem w południe wszedł inwalida z obandażowaną głową. Rozejrzał się i zażądał czerwonej farby. Podszedł do ściany i obok samotnego żółtego serca domalował drugie.

Jedna z dwóch dyżurujących wymknęła się na zewnątrz i po pięciu minutach do Café des Cœurs wbiegła płacząca z radości dziewczyna i rzuciła się przybyłemu na szyję.

Tym sposobem ściana straciła całą swoją wiarygodność, a samotne narzeczone przestały się nią przejmować. Niektóre same domalowywały brakujące serca, jakby wymuszając na niej powrót swoich chłopców.

Niektóre po wielokroć.

Jak chłopcy z La Défense walczyli dla swoich wybranek w okopach, tak dziewczyny w Café des Cœurs toczyły ze ścianą boje o ich życie.

Niektóre skutecznie.

 

 

Po przyjściu z pracy David zniknął z moim liścikiem w gabinecie, a przed późną kolacją zszedł do piwnicy po wino. O dziwo przyniósł to, które najbardziej lubię: Chablis Premier Cru.

Jedzenie upłynęło w milej atmosferze, którą David najwyraźniej starał się zapewnić. Ja wciąż czekałam, czy wypowie się o Café des Cœurs, ale nie; rozmawialiśmy o lokalnych wydarzeniach, pytał o remont sklepiku, przedstawił anegdotki z pracy, ale wszystko w stylu tradycyjnej, mieszczańskiej angielskiej pary małżeńskiej. Kochającej się? Może, ale przez blat stołu.

Jednak zupełnie się myliłam. Gdy weszłam do łóżka, mąż się zapytał, czy może mi towarzyszyć. Było to tak niezwykłe – w tym roku to się jeszcze nie zdarzyło – że aż zwątpiłam, czy go właściwie rozumiem, i zaniemówiłam.

Nie doczekawszy się odmowy, David wsunął się pod mój pled i przypomniał, że nadal jest mężem. Był delikatniejszy niż w mojej pamięci poprzednich aktów małżeńskich, głaskał i szeptał różne sprośności, więc odpowiadałam tym samym.

Orgazmu nie osiągnęłam, ale było nadspodziewanie przyjemnie.

Czego to nie zdziałają erotyczne opowieści na perfumowanym papierze!

Byłam ciekawa, czy odpisze i kiedy. Może natchnienie wyczerpało mu się w łóżku? Może uznał, że etap zdalny ma za sobą, skoro przeszedł z przyjemności intelektualnej na fizyczną?

Nie. W niedzielę jak zwykle znalazłam na stoliku liścik.

 

 

W samym sercu Głębokiej Pustyni, tam gdzie po horyzont ciągnie się jedynie piach, suną leniwie po niebie, niczym olbrzymie obłoki, podniebne miasta. Mieszkają w nich dżiny o ciałach utworzonych z powietrza.

W swojej naturalnej postaci są dla nas niedostrzegalne – nie widzimy powietrza, gdy nie ma nic, co jego ruch mógłby przesunąć, zdradzając tym jego obecność. Geniusze wiatru wolą by tak było. Żyją ponad nami nie tylko dosłownie, również w swoim mniemaniu.

Dla nich jesteśmy przykuci do ziemi, masywni, sztywni. Widzą nas bryłkami wody zmieszanej z ziemią, tak odległymi od ich codzienności, jak to tylko możliwe. Oczywiście wiedzą o nas, ale nie zaprzątają sobie nami myśli, tak jak nas nie zajmują losy mrówek.

Pośród podniebnego ludu zdarzają się jednak jednostki ciekawskie. Taką była Vera.

Przybyła z Głębokiej Pustyni. Nie ukrywała, kim jest. Okrywała się szczelnie białą lnianą abają. Starszy plemienia pozwolił jej u nas zostać. Początkowo nie mówiła wiele, przysłuchiwała się wszystkim uważnie. Potem pytała o różne rzeczy. Pewnego wieczoru przysiadła się do mnie przy pasterskim ognisku.

Czy to dlatego, że byłem samotny? A może jednak lubiła moje bajania o krainach zza piachu?

Za nie odwdzięczyła mi się opowieściami o swoim domu, o tym, jak jej pobratymcy widzą nasze masywne cielska, te chaotyczne zlepki mocy tylu żywiołów.

Mówiąc o ludziach, właściwie o ludzkich ciałach, zawsze używała przymiotników, jakich używamy do opisu kamieni: ociężałe, twarde, niezmienne, ale także: gładkie.

Poprosiła mnie o pocałunek. Odsłoniła przede mną swoje błękitne, jak pustynne niebo w południe, lico. W dotyku jej skóra była idealną imitacją ludzkiej.

Tłumaczyła mi, że splotła strumienie gazu, skrępowała wichrami, skleiła z pomocą mocy. Siłą woli nadała im stałość i fakturę solidnego ciała. Wplotła też nieco wody, ziemi i ognia, jak dziewczęta wsuwają we włosy paciorki. Wszystko po to, aby jej ciało było ciężkie i gładkie. Ludzkie.

Mówiła, że najtrudniejsze było nadanie koloru. Żaliła mi się, że pewnie nigdy nie uda się jej oddać pełni wrażenia przy kontakcie, ale ja nie miałem osiągniętemu efektowi nic do zarzucenia. Uwielbiałem go.

Chciała, abym ją muskał, jak i sama chciała dotykać.

Początkowo nazywała to „studium porównawczym”, ale przyznała się w końcu, że pali ją obcy dżinom ogień, że pragnie, aby pożądano i jej.

Wodziłem więc swoimi dłońmi i ustami po jej utkanym z zefirów ciele. A ilekroć sprawiałem jej przyjemność, delikatny lazur ustępował. Uczyłem się więc, jak mocno i gdzie mam nacisnąć.

Którejś nocy po prostu rozkazała mi położyć się na ziemi i nabiła się na moją sterczącą męskość. Była we właściwym stopniu zarówno miękka, kiedy ujmowałem jej piersi, jak i twarda, gdy chwytałem za biodra. Dokładnie jak kobieta powinna. I była wilgotna, jak i gdzie kobiety potrzebują.

Im bliżej jej było do orgazmu, tym bardziej cała stawała się przezroczysta. Na początku widziałem zarysy organów, przez które prześwitywało nocne niebo. Potem własnego penisa, na którym zaciskały się ścianki niewidzialnej pochwy. W końcu zostawał jedynie jej kontur.

Sunąłem kciukiem wzdłuż niewidzialnego kręgosłupa, słuchając jej jęków. Łapałem na oślep za właściwe miejsca, co przeradzało się w spazm zwiastujący orgazm.

Wtedy mogłem już trysnąć. Obserwowałem, jak nasienie gromadzi się tuż przy żołędzi. A potem jak wycieka powoli, jakby goniło wysuwającego się członka.

Vera nigdy nie dyszała po szczytowaniu, ale powoli odzyskiwała swoją cielistą karnację.

Została z nami na zawsze, wiecznie młoda. W czasie igraszek zawsze odsłaniała niebo.

 

 

Tego się po mężu nie spodziewałam. Toż to prawie porno!

Tak się podochociłam, że nie czekając na środę, natychmiast położyłam w hallu moją odpowiedź:

 

 

Przeleć mnie! Wystrzel mnie na Księżyc! Leć ze mną do gwiazd! Scal mą jaźń z Jowiszem! Pokaż, co wiosną śni podniecający Mars!

A znaczy to: bądź w mym śnie! Całuj mnie!

Przejmij me życie! Uderz w nie jak wielki meteor! Zmień je! Wprowadź mnie na nową orbitę!

A znaczy to: bądź w mym śnie! Całuj mnie!

A znaczy to: kochaj mnie, jak ja kocham cię!

Obdarował ją niezliczonymi pocałunkami. Na tarasie swego domu zrobił coś więcej: odkrył przed nią Kosmos pełen wybuchających supernowych, nieopowiedzianego piękna galaktyk, kwintylionów gwiazd, ciągłej ekspansji przestrzeni.

I wielokrotnych skurczów pochwy.

Pod nocnym niebem usłyszała Świętą Sylabę Om.

Wszystko zgodnie z Kamasutrą.

Jak wobec takiej mnogości niewysłowionego piękna wszechświata dalej myśleć o samotności? Czy można być smutnym w obliczu boskiego stworzenia?

Nowego stworzenia, które nosi odtąd pod sercem?

 

 

Nie wiem, czy odczytał ten pean w niedzielę, bo gdy wrócił, już spałam. W poniedziałkowy ranek liściku na widoku nie było.

Ale podczas kolacji David zapytał:

– Pamiętasz nasz ostatni wspólny wyjazd?

– Pewnie! To było zaraz po ślubie. Tydzień w uroczym pensjonacie w Szkocji. Pani NicGregor… Była katoliczką, dobrze pamiętam?

– Tak, ale… Cieszę się, że dojrzałaś do dziecka.

– Ale… Że do dziecka??? Ja… – I tu przypomniałam sobie ostatnie zdanie wczorajszego mojego tekściku, które przemknęło się z oryginału od Sharon, jakbym je zaakceptowała!

– Należy mi się urlop. Pomyślałem, że możemy się wybrać śladami listów. Trochę romantyzmu… Mogłoby pomóc… Co ty na to?

– Kiedy? Muszę załatwić zastępstwo w sklepie. Nie wiem, czy Helen zastąpi mnie na pełen etat…

Wątpliwości miałam więcej, ale nie umiałam ich wyrazić. O dziecku rozmawialiśmy tylko raz, w pensjonacie NicGregor, i wtedy stwierdziłam, że nie jestem na to gotowa. Jezu, to było trzy lata temu!

Może wtedy zaczęliśmy się od siebie odsuwać?

Faktem jest, że – jak powtarzała mama – dzieci tworzą dom.

Ale czy chcę mieć dzieci? Teraz???

Chyba… ttak. Tak! Chcę!

Wobec tego wszystko inne zeszło na dalszy plan. Helen musi się zgodzić, a jak nie, znajdę inne zastępstwo lub wymówię Royal Mail i zamknę sklepik. Przecież pracuję tam tylko z rozpędu.

I z samotności – rozbrzmiała mi w duszy nieśmiała podpowiedź świadomości.

„Z dziećmi nie ma samotności” – odezwał się w głowie głos mamy.

– Ale poradzę sobie – kontynuowałam już zdecydowanie. – Kiedy wyjazd? Na jak długo? Co mam przygotować?

– Dostanę miesięczny urlop od 18 lipca. Wystarczy ci czasu, by załatwić zastępstwo? Planuję trasę sentymentalno-wspomnieniową po miejscach opisanych w listach. Jasne, że Katmandu i Yamanashi są za daleko, a szukanie Abuzji czy Islamadiny jest skazane na niepowodzenie, więc proponuję Hiszpanię, Włochy, Niemcy … Trochę mi żal gorącej Afryki i Persji, ale tam teraz nie warto jechać. Zostawimy je na później.

Brzmiało to sensownie. Jezu, nigdy nie byłam na kontynencie! Zobaczę… o ile dobrze rozumiem, to Weinsberg, Carcassonne, Pietrasantę, Andaluzję, może Paryż! Ale frajda!

 

*****

 

Podróż zaczęliśmy od południa Hiszpanii. Na Costa de Almería znaleźliśmy wprawdzie wiele lodziarń, ale pozostało nam cieszyć się smakami naprawdę znakomitych mrożonych deserów, bo żadnej panny obdarzonej czarodziejską urodą i Głosem nie napotkaliśmy.

Potem podziwiałam nie tyle stare mury i budowle Carcassonne, bo i w Anglii takich nie brakuje, co to, jak w całym zamrożonym w średniowieczu mieście egzystują współcześni Francuzi: na sznurkach suszy się pranie, a sklepiki, w których siedem wieków temu sprzedawano siodła i bułki, i dziś służą rymarzowi i piekarzowi, jakby nic się nie zmieniło. To było piękne, ale o Lisette i jej poświęceniu nikt nie słyszał, czym byłam zawiedziona. Deborah zmyślała? Kolejna prawda okazała się złudą.

Pod wpływem zawodu literaturą, która nie przekładała się na rzeczywistość, wymogłam na Davidzie dłuższy pobyt w Rzymie. Wieczne Miasto z jego powszechnie znanymi zabytkami było piękne, tym bardziej że David w dni nadskakiwał mi jak w narzeczeństwie, a wieczorami zachowywał się… jak ogier. Muszę przyznać – realny seks w namacalnym łóżku powoli przyćmiewał złudną erotykę na papierze.

W Pietrasanta nie było oczywiście śladu L’Abbondanza di Venere. David nie czuł się oszukany; mój mąż twardo stąpał po ziemi i byłam pewna, że nie uległ złudzeniom fikcji literackiej. Tak, w podróży poznawałam zimny męski umysł z tej lepszej strony.

A właściwie, dlaczego w wakacje nie raczymy się naszymi erotykami? Pozostawienie gotowych, a niewysłanych opowieści w Anglii wydało mi się nieprzemyślane, a nawet głupie.

Wracaliśmy przez Niemcy. W Ratyzbonie sobie przypomniałam, że jedna z członkiń koła literackiego tu umiejscowiła akcję. Szkoda, że nie wzięłam ze sobą tamtego telefonogramu.

Jak to szło…

Zeszłam do recepcji po hotelową papeterię, ale nie mieli. No coś takiego! Jak ta wojna zmieniła świat!

W końcu podano mi biały nieliniowany arkusz jak dla maszynistki. Spryskałam go moimi perfumami i długopisem napisałam na nim to, co wydobyłam z pamięci:

 

 

Niezasłużenie jednostronnie mówi się o ratyzbońskiej Studentenkeler. Odbiera się temu lokalowi całą pikanterię, opisując go jako ciut lepszą spelunę z niezłym jak w całej Bawarii piwem. Podkreśla się specjalność lokalu: Schweinshaxe mit Knedel.

Och, litości!

Jeśli ktoś do Studentenkeler ma iść wyłącznie na beczkowego Hellesa z pianką i pić go do golonki lub klopsów, to na zdrowie takiemu! Na zdrowie tym kobietom, które skusi świeżo mielona arabica podawana według niemieckiego zwyczaju ze śmietanką. Pewnie wezmą do niej ciasto z którejś z pater wystawionych na oszklonej ladzie. Wszystkie są słodkie i kuszą wspomnieniem babcinego pieca.

Ano, wielu twórców i grafomanów wspominało, jak te smaki rozkoszne przywoływały do nich kapryśne muzy, a kilkanaście małżeństw zawarto za sprawą jabłecznego strudla. Lecz i nie to czyni Studentenkeler miejscem wyjątkowym.

Iść tam należy wieczorem w ostatni piątek miesiąca z nadzieją, że uda się znaleźć wolne miejsce wśród wystrojonych i wymalowanych panienek. Przychodzi ich wiele i różnych, nawet takich z dobrych domów i liceów o najwyższym czesnym, których zwykle w tego typu spelunkach nie uświadczysz. Palą papierosa za papierosem, głównie eksponując moment pierwszego wypuszczonego dymka, obowiązkowo w kształcie kółeczka. Piją na potęgę – te lepsze wino, a inne – piwo; bez znaczenia – z kufla czy z wysokiej szklanki. Niemal żadna nie ma stanika, a majtek te, które przyszły z chłopakami – będzie czym ich kusić, rozchylając w odpowiednich chwilach nogi.

Te drugie…

Dobrze, że ich ojcowie zostali w domu!

Jak tylko stary zegar w Brückturm wskaże ósmą, światła w Studentenkeler przygasają, a na klubową scenę wchodzą dwaj skromni chłopacy z gitarami. Wtedy rozlega się słyszalny nawet cztery przecznice dalej kilkusetosobowy pisk podniecenia i krzyki zachwytu.

Muzycy wywołują w fankach najbardziej nieprzyzwoite myśli i doznania. Doprowadzają je do szału. Żadna nie wie, czym bardziej: grą, śpiewem, kostiumami czy ruchami. Powszechne są omdlenia jak na koncertach The Beatles czy amerykańskiego Elvisa. Już po riffie, który kończy pierwszy utwór, można zobaczyć rzucane na na estradę figi, a wizg setek gardeł trzęsie fundamentami budynku, grożąc zawaleniem wiekowych murów. W połowie koncertu podniecone słuchaczki zachowują się, jakby miało nie być jutra. Opisać tego fenomenu się nie da, należy to przeżyć samemu.

I tak co miesiąc, dopóki mężczyzna nie postanowi uczynić takiej żoną i matką swych dzieci. Wówczas chodzić do Studentenkeler już nie wypada, chyba że na kawę i ciasto, ale nie w piątkowy wieczór.

Pozostają wspomnienia, jak to było przed ślubem.

 

 

Kartkę położyłam mężowi na półce w łazience przy jego przyrządach do golenia.

Jak wchodził do łóżka, mamrotał, że jemu pomysły na historyjki skończyły się, gdy zajął się żywą erotyką. Chyba miał na myśli mnie.

Cóż, jakby mu kiedyś osłabło zainteresowanie żywą, zawsze mam kilka arkusików papierowej w pudełku po czekoladkach, hihi!

 

W drodze do stolicy Francji i mody zahaczyliśmy o Weinsberg. Z zamku zostały ruiny. Całkiem romantyczne, ale wyobrażenie sobie kobiet wynoszących z nich mężów i braci na plecach było zbyt trudne.

 Tu – jak mi się wydawało – ostatecznie wyleczyłam się z nadziei na znalezienie śladu literatury w rzeczywistości. Wszystkie niespełnione oczekiwania kompensował David, który zachowywał się nie jak angielski prawnik, ale jak nieangielski playboy z harlequina. I czekałam na obiecany Paryż, miasto królewskich metres, markiza de Sade, Moulin Rouge, romantycznej, jak i płatnej, wyuzdanej miłości. To ono miało stanowić ostatni etap naszej podróży.

Wpisaliśmy się do księgi gości w Richmond Opera Hotel, który, acz luksusowy, miał wszelkie cechy klasycznej Francji z wyobrażeń – wnętrza jak z czasów cesarstwa, ale z windami i ciepłą wodą w łazienkach, a położenie o milę od Île de la Cité z katedrą, La Sainte Chapelle i Pont Neuf, a o pół mili od Ogrodów Tulleriés. W zasadzie wszędzie blisko.

Trzeciego dnia po impresjonistach w l’Orangerie, lunchu i krótkim spacerze ku grobowi Napoleona, David zatrzymał taksówkę. Wsiadłszy, zadysponował:

– Rue de l’Amour, Café des Cœurs.

Serce mi piknęło nieznanym rytmem. Podświadomie oczekiwałam, że kierowca odwróci się ku nam i zaprotestuje. Przecież ta fantazja nie istnieje! Nie można jechać na drugą stronę lustra!

Prowadzący Citroena paryżanin nie był Alicją. Jak to Francuzi nie miał krawata, ale na pewno był zwykłym mężczyzną, a nie tworem z bajki. Ruszył, płynnie włączył się w strumień samochodów, a ja spojrzałam na męża.

Jego twarz nic nie wyrażała.

Dlaczego mi to robi? Dlaczego chce zranić mi serce kolejną konfrontacją moich złudzeń z szarą rzeczywistością?

Do celu musiało nie być daleko, bo wkrótce auto się zatrzymało. Wysiedliśmy, David przez okienko kierowcy wsunął banknot zapłaty za kurs i ująwszy mnie pod rękę, skierował…

Pod szyldem „Café des Cœurs” przeszłam jak w transie. Usiedliśmy przy malutkim stoliku, na którym leżał bilecik z napisem: „RÉSERVÉ”. Mąż zaproponował:

– Tu kobiety pijają białe wino, ale jest podłe. Proponuję kawę lub Pernoda. Zamówię jedno i drugie.

Podszedł do baru obitego srebrzystą blachą i po chwili wrócił ze szklankami wypełnionymi mętną cieczą, a Francuz postawił przed nami dwie filiżanki z kawą.

– Je vous souhaite une bonne soirée!

Nic nie odpowiedziałam, nawet się nie uśmiechnęłam, bo oglądałam ściany, a w tym obaj panowie tylko mi przeszkadzali. Serca, serca, serca… Przytulone, samotne, kapiące czerwonymi łzami, przebite strzałą. Różowe, niebieskie, zielone, żółte, fioletowe, liliowe, granatowe…

Mąż włożył mi szklankę do niezainteresowanej niczym dłoni i odruch zadziałał. Bezwiednie podniosłam ją ku ustom i wetchnęłam orzeźwiający anyżowy zapach. Podziałał jak sole trzeźwiące.

– Skąd… Dlaczego to jest prawdziwe…?

– Bo miłość jest prawdziwa, droga Claire. Tylko czasem śpi. Ale potem dzięki tobie się budzi i… Jesteśmy w Paryżu, kochanie. Pij najbardziej francuski trunek i powiedz, jakie les peintures de mariée mam wziąć? Bo jedynym fałszem nowelki było, że barwy miłości wybiera barman. W rzeczywistości decydujemy o nich my.

Och nie, to już ostatni raz?

A może i nie? Tak jak prawdziwe małżeństwo Claire i Davida dopiero się zaczyna, tak może jest i z naszą przygodą? Jesteśmy zespołem kreatywnych ludzi, którzy czekają, aż znów zabrzmi róg wzywający do chwycenia za klawiatury, by ponownie stworzyć coś ciekawego.

Kolektyw autorski:

Androidka, Dario, Tomp, Unstableimagination

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Ostatnio mi, ŻelbetenozaurzyceMk6900, przyszło się wypowiadać ostatniej z gremium autorskiego i obiecałam przybyć pod częścią trzecią. Dzisiaj zaszczytnie rozdziewiczam sekcję komentarzy.

Już teraz mogę podziękować wszystkim, którzy postanowili, w czasach innych i niezliczonych rozpraszaczy uwagi, znaleźć czas na lekturę naszej trylogii. W imieniu swoim, jak i pozostałych osób autorskich, wyrażam wielką radość za możliwość towarzyszenia wam zarówno w okresie premierowym, jak i w dalekiej przyszłości. Kto wie, może spotkamy się tutaj w kwietniu 2077 A.D. i uznamy, że takich tekstów już się nie piszę. Teraz to tylko braindance z planów porno, a od kiedy UE nałożyła wytyczne dotyczące rozmiarów to już nie to samo co kiedyś, kiedy siury były duże, twarde i plastikowe w rozmiarze XXXXXL.
Pisanie takiej formy było mocno eksperymentalnym ruchem (zarówno przez próbę zebrania takiej zgrai, jak i ustalenia co należy robić), ale jak powiedziano w finalnym sezonie The Bear: „By przełamać schemat, trzeba złamać schemat”. Dlatego i wam życzę, byście mieli możliwość myślenia nieszablonowo, kierowali się sercem i jedli pięć porcji warzyw oraz owoców dziennie dla bycia zdrowymi (w końcu do 77 zostało aż 51 lat!).

Równie wielkie podziękowania należą się całej ekipie wspaniałych osób, które przyłożyły się do tego. Z perspektywy czasu wyszły pewne ograniczenia techniczne, których nie dało się przeskoczyć. Nie zmienia to faktu, że rdzeń całości pozostał niezmienny i piękny (z pewnym wyjątkiem, o czym zaraz). Dlatego zachęcam was, drodzy entuzjaści dłuższych form, do sięgnięcia po ich inne utwory, jeśli jeszcze ich nie znacie – gwarantuję, że warto.

Bo jak sobie przypomnę, kto napisał tę miniaturkę (tak, tę!) to go znajdę i wymierzę mu sowitą karę. Jak powykręcany i zarośnięty dzikim buszem był umysł, który stworzył ten pornograficzny koszmarek? Łoboże, łohydne! Przecież całość miała być romantyczna opowieść, a nie rodzynkiem rodem ze stron czasopisemka z posklejanymi stronami, które leży koło kibelka w domu samotnego faceta. Co sobie czytelnicy o nas pomyślą, skoro wstawiliśmy to, a odrzuciliśmy ten niezwykle głęboki i metafizyczny melodramat o kwitnącej na śniegu sakurze i magicznych łzach jednookiego węża!?! Biada nam, biada.

Cześć,

muszę przyznać, że wyszedł Wam ten eksperyment całkiem dobrze, miejscami nawet wyśmienicie! Jest to jeden z niewielu udanych projektów wieloautorskich na naszym portalu (a pomysłów oraz inicjatyw było sporo, oj było). Tym bardziej cieszę się, że ten okręt udało się pomyślnie doprowadzić do portu.

A gdybyście kiedyś postanowili powrócić do tej spółki i stworzyć coś jeszcze, chciałbym nieśmiało zasugerować opisanie dalszych losów Deborah Mills. Myślę, że nie tylko ja jestem ciekaw, jak potoczyła się jej dalsza podróż dookoła świata po tym, jak rozstała się z pułkownikiem Kettleyem i jego żoną. No i co tam się wydarzyło, że postanowiła resztę ekspedycji odbyć sama!

Pozdrawiam
M.A.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Jednym z elementów, na które zwróciłem szczególną uwagę w całej serii, jest fakt, że erotyka nie stanowi tutaj celu samego w sobie, lecz pełni funkcję środka narracyjnego. Jest to podejście bardzo bliskie mojemu rozumieniu literatury erotycznej. Z tego względu określenie tego utworu mianem „opowiadania erotycznego” byłoby nie tylko zbyt daleko idącym uproszczeniem, ale wręcz błędną klasyfikacją, odbierającą tej pracy znaczną część jej wartości.

Osią konstrukcyjną tekstu nie jest bowiem seks, lecz proces odbudowy małżeństwa poprzez literaturę. Erotyczne opowieści stają się językiem, dzięki któremu dwoje ludzi na nowo uczy się rozmawiać, poznawać siebie i odzyskiwać utraconą bliskość. Seks nie jest tutaj celem, lecz narzędziem prowadzącym do odbudowy więzi emocjonalnej.

To interesujący i zarazem rzadko spotykany pomysł. Współczesna kultura bardzo często przedstawia erotykę jako wartość samą w sobie, podporządkowaną doraźnej przyjemności i indywidualnej konsumpcji doznań. Tymczasem autorzy proponują spojrzenie odmienne – pokazują, że seksualność może służyć trwałości relacji, miłości, wzajemnemu poznaniu i odbudowie wspólnego życia. Niezależnie od tego, czy czytelnik podziela taki światopogląd, trudno odmówić tej koncepcji odwagi i oryginalności.

Na szczególne uznanie zasługuje konstrukcja listów, które są fundamentem całej powieści. Każdy z nich spełnia jednocześnie trzy funkcje. Po pierwsze, opowiada odrębną historię, często utrzymaną w odmiennej stylistyce i konwencji. Po drugie, odsłania coś o osobie autora listu – jego emocjach, pragnieniach, sposobie myślenia i stopniu otwierania się przed współmałżonkiem. Po trzecie, realnie wpływa na rozwój relacji Claire i Davida, stając się kolejnym krokiem w procesie odbudowy ich małżeństwa. Dzięki temu listy nie są ozdobnikami ani luźnymi wstawkami, lecz stanowią zasadniczy mechanizm napędzający fabułę.

Na uwagę zasługuje również dyscyplina kompozycyjna. Autorzy konsekwentnie powtarzają schemat: codzienność, list, reakcja, odpowiedź i kolejna zmiana w relacji bohaterów. Choć konstrukcja opiera się na powtarzalnym rytmie, każda kolejna wymiana korespondencji przesuwa akcję o krok naprzód i pogłębia więź między bohaterami. Powtarzalność nie prowadzi więc do monotonii, lecz buduje napięcie emocjonalne i daje czytelnikowi poczucie stopniowego rozwoju historii.

To oczywiście tylko jeden z wielu walorów warsztatowych tego tekstu. Na równie wysoką ocenę zasługują narracja prowadzona z perspektywy Claire, umiejętne różnicowanie stylów poszczególnych opowieści, naturalne dialogi oraz konsekwentne wykorzystanie motywów powracających, które spajają całość w jednolitą i przemyślaną kompozycję.

Tak jak nie jestem koneserem Twoich opowiadań, tak z wielkim zainteresowaniem czytuję Twoje komentarze. Niektórzy (znam takich przesmradzaczy!) powiedzą, że to dlatego, że mnie w nich chwalisz. Hmmm… Czytać wyrazy aplauzu jest rzeczywiście miło, o czym wiedzą wszyscy autorzy, a już szczególnie amatorzy, bo to ich jedyne wynagrodzenie, ale w Twoim przypadku wielką wartością jest masa konkretów, które zawierasz w komentarzu. Analizujesz treść i kompozycję równie uważnie, jak ja język. Twoje komentarze są w zasadzie recenzjami, bo nie skupiasz się na jednym szczególe i masz dużo do powiedzenia. Zawsze czytam je z zainteresowaniem i często dowiaduję się z nich czegoś nowego, a zawsze cieszę się z porównania mojego oglądu dzieła z Twoim.
Tak jest i w przypadku tej recenzji, za którą dziękuję. Myślę, że mogę użyć liczby mnogiej: dziękujemy!

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Podczas studiów przez dwa lata uczestniczyłem w ćwiczeniach z analizy tekstów źródłowych, obejmujących łącznie 120 godzin akademickich. Te zajęcia wykształciły u mnie nawyk uważnego czytania. Dlatego, gdy sięgam po tekst, lubię mieć pod ręką kartkę i długopis, aby notować jego strukturę, główne motywy, sposób prowadzenia narracji oraz inne elementy warsztatu pisarskiego.

Traktuję to jako ćwiczenie intelektualne, które pozwala mi utrzymywać umysł w dobrej formie. Jednocześnie daje mi możliwość dzielenia się z innymi czytelnikami obserwacjami dotyczącymi tego, co w danym tekście rzeczywiście działa i dlaczego.

Wiele osób uważa, że napisanie opowiadania erotycznego jest łatwe i że poradzi sobie z tym każdy. Moim zdaniem wynika to z nieznajomości warsztatu literackiego. Dobry tekst – niezależnie od gatunku – składa się z wielu współdziałających elementów: konstrukcji fabuły, kompozycji, narracji, charakterystyki postaci, języka, rytmu czy budowania napięcia. Opanowanie tych środków wymaga nie tylko talentu, lecz także wiedzy, dyscypliny i systematycznej pracy.

Dlatego w swoich komentarzach i mini-recenzjach staram się zwracać uwagę przede wszystkim na warsztat autora. Chcę pokazać, że wartościowa analiza tekstu nie powinna ograniczać się do subiektywnych wrażeń czytelnika, lecz uwzględniać również rozwiązania literackie, które decydują o jakości utworu.

Chętnie poznam kolejne publikacje.

No proszę. Udało się Wam doprowadzić tę wieloaurorską opowieść do całkiem udanego finału. Nieco zbyt wiele cukru pod koniec zostało umiejętnie zrównoważone szklaneczką absyntu.

Jedyny dyskomfort sprawiła mi myśl, że gdy bohaterka pije ten 'najbardziej francuski trunek’, najpewniej jest już w ciąży, po trwającej miesiąc podróży wypełnionej zwiedzaniem Europy oraz seksem.

Oby ten mający od 45 do 80 procent alkoholu specjał nie zaszkodził progeniturze!

Powoli i z trudem odzwyczajam się od dyskutowania z nałogowymi przesmradzaczami, którym a to za słodko, a to za dużo procentów, a to za mało seksu, a to „udowodnij, że w Konstantynopolu byli Murzyni”, którym nie pasuje, że ktoś znaczki wyciął z kopert („bo to przecież zbrodnia gangu”), którzy wiedzą, jak wszystko napisać lepiej, choć niczego nie napisali itp. Rozum mi mówi, że nie warto na nich się wkur…, nie warto zużywać klawiatury i zapychać odpowiedziami serwerów. Tak więc i tu nie zabiorę głosu w sprawie świadomości ogólnej szkodliwości alkoholu na ciążę w 1983 roku ani w krajach, gdzie wciąż powszechnie pija się wino do obiadu. Za to powiem (bo Pernod – NIE ABSYNT! – i jego kultura picia są – jak widać – niektórym w Polsce nieznane podobnie jak umiejętność czytania ze zrozumieniem), że szklaneczka tego drinku zawiera ¾ (trzy czwarte!) wody (stąd jego mętność) plus lód. I nigdzie nie piszemy, że Claire wypiła go choć łyk. Podobnie jak nie piszemy, że właśnie ma miesiączkę. Bo to możliwe, prawda?
Tylko po co o tym pisać?

Ojej, komuś tu się ulało…

Skoro przedstawiasz swoje dzieła publice, wypadałoby przywyknąć, że nie wszyscy będą całować ślady Twoich stóp. Po to chyba macie strefę komentarzy, by ktoś komentował, niekoniecznie z pozycji na klęczkach?

A jeśli nie umiesz zmierzyć się z krytyką, to może faktycznie czasem lepiej zmilczeć, niż tak się odsłonić…

Zresztą, mój komentarz był raczej z tych przychylnych – pochwaliłem wszak finał, więc nie masz się za bardzo o co turbować.

Co do alkoholu – Pernod, absynt, tak czy inaczej 40%. To, że wypijesz to z wodą nie zmienia tego faktu 🙂 co do świadomości szkodliwości alkoholu w ciąży – FAS odkryto w 1973 roku. Myślałby ktoś, że David i Claire to oświeceni i wykształceni ludzie, w dodatku świadomie starający się o dziecko.

Faktycznie, w finale Claire nie wypiła, tylko powąchała. I miejmy nadzieję, że na tym poprzestanie! I jej i autorowi powyższego komentarza życzę trzeźwości, również osadów!

A tego, czy coś napisałem, czy też nie, zwyczajnie nie wiesz, więc po co tak bezzasadnie spekulować? Z równym powodzeniem mógłbym przewidywać, że podczas lektury mojego komentarza, nerwowo zadrga Ci powieka. Bo ktoś ośmiela się krytykować, czy też jak wolisz, przesmradzać!

I tak, też mógłbym się pomylić, więc tego nie czynię!

JA WIEM, że napisałeś; wiem, gdzie i co. I pod jakimi nickami. Ale nie TU. Tu to nie TAM.
Znam Cię od pięciu lat.
Krytykę cenię, bo jest oparta na faktach. Ty nie krytykujesz, nigdy nie miałeś podstaw ani chęci, by wgłębić się w merytorykę, bo to wymaga pracy i staranności. Przesmradzanie to krytykanctwo, szukanie dziury w całym, ganienie wymyślonych uchybień. Czepiasz się, by okazać wyższość i prężyć ego.
Gdyby nie to ego, przyznałbyś, że szklaneczka czegoś dziesięcioprocentowego nie wygląda już tak strasznie jak absynt 68%, który sam wymyśliłeś, byle tylko mieć co napisać. Zresztą absyntu w 1983 roku we Francji nie podawano.

Nie darowalbym sobie, gdybym nie złożył temu „teamowi”, gratulacji za pięknie zakończenie serii. Obiecywałem, że zrobię to pierwszy, ale cóż, życie figle płata. Ów komentarz piszę, leżąc na szpitalnym łóżku oddziału kardiologii.
Dotrzymaliscie słowa, utrzymaliście poziom i co należy do rzadkości ostatnimi czasy w opowiadaniach i to niekoniecznie erotycznych, mamy happy end. Całość epatuje dobrem, cieplem, co w dzisiejszych czasach jest rzadkością. Obecnie króluje kontrowersja , epatowanie przemocą, gwałtem i kultem pieniądza, lajków i innych wytworów pop kultury.
Pokazaliście, że bez tych elementów, da się stworzyć wybitne opowiadanie, ciepłe, romantyczne, a zarazem z opisami opierającymi się o perwersje.
Brawo, wierzyłem w Was od początku i czytając posłowie pod tekstem, choć słabym jeszcze w ów róg dmucham, abyś Ty Tompie, ową szlachetną kompanije ponownie pod swoją chorągiew wziął i znów szarżę podobną do tej przeprowadził.
Czego sobie i Tobie życzy
z lazaretu, cudem śmierci wyrwany Twój druh jammer.

Dziękuję za słowa uznania. Jednakowoż w sprawie kontynuacji wspólnego pisania jestem za tym, by funkcja lidera była przechodnia. Może się uda 🙂 .
Kuruj serducho, trzymaj się, wojaku! Nie może Cię przecież zabraknąć na naszym froncie (pseudo)literackim! Mam nadzieję, że tak się wynudzisz na szpitalnym łóżku, że wrócisz do nas ze zwielokrotnioną energią i nowymi pomysłami.
Czuwaj, druhu!

Trzymaj się tam

Jammerze,

życzyłem Ci już wprawdzie na privie, ale tego nigdy za wiele, więc – wracaj do zdrowia i sił!

Pozdrawiam
M.A.

Odpowiedz

unstableimagination

O, kurde, trzymaj sie tam! Wielkie dzięki za wszystkie miłe słowa. Nie ukrywam, że każdy Twoj komentarz radość mi przyniósł, ale przede wszystkim dbaj tam o siebie. Szczerze zdrowia życzę!!!

Leave a Comment