Nigdy więcej! I (Ania)  4.33/5 (9)

10 min. czytania

Źródło: Pixabay

Marta

Kiedy wyjrzała przez kuchenne okno, z widokiem na bujnie zarośnięty ogród, nie dostrzegła nawet śladu po nawałnicy, która nocą przeszła przez miasto. Owszem, z liści bzu w swoistej sztafecie coraz niżej skapywały ciężkie krople, ale odbijające się w nich promienie porannego słońca dodawały im ciepła, dzięki czemu stawały się symbolem nadziei i nowego życia, a nie pamiątką tragedii. Dopiero w drodze do pracy ujrzy połamane i powyrywane z konarami drzewa, drobne gałązki wyściełające chodniki, zerwany bilbord i potłuczone szyby, w radiu usłyszy o dwóch ofiarach śmiertelnych i stratach sięgających dziesiątek milionów złotych. Zacznie się zastanawiać, jakim cudem oszczędzony został ich stary, podupadający dom, z dachem od lat wymagającym remontu i nieszczelnymi skrzynkowymi oknami.

Zanim to jednak nastąpi, wypije kawę, przebierze się w strój sportowy: obcisłe, czarne rybaczki z zapinaną kieszonką na klucze i telefon, odblaskoworóżowy stanik oraz mocno wycięty, bladożółty top, na nogi wsunie wygodne, rozczłapane buty, które jej mąż najchętniej wyrzuciłby do śmieci, chwyci szelki i grubą, plecioną smycz, czekając aż ze swojego legowiska wygrzebie się, ospała ostatnimi czasy, Nala, labrador retriever o jasnym, biszkoptowym umaszczeniu i najpoczciwszych na świecie orzechowych oczach. Krzysztof jak zwykle nie wyprowadził jej na spacer. Nigdy nie ma na to czasu, choć sam chciał mieć psa. Czasem odnosi wrażenie, że zostaje dłużej w pracy tylko po to, by wymigać się od domowych obowiązków, zwalając wszystko na nią. Właśnie dlatego wczoraj się pokłócili, skupieni na małżeńskiej burzy, całkiem przeoczyli tę za oknem.

– Nigdy więcej nie waż się mnie uderzyć! – Krzyczała, choć czuła się raczej upokorzona niż wściekła. Pierwszy raz podniósł na nią rękę. Nie uderzył mocno, ale zdecydowanie zbyt blisko ucha, od razu zakręciło się jej w głowie, przez moment myślała, że zasłabnie. Nie zasłabła, za to zaczęła płakać. Nie potrafiła nad tym zapanować.

– Tylko nie rycz. – Ciężko westchnął i wyszedł z pokoju. Żadnej więcej reakcji, żadnego pocieszania czy skruchy. Często nazywa ją beksą, twierdzi że jest przewrażliwiona i nawet jeśli ma rację, tym razem czuła się usprawiedliwiona. Użył nie tylko ostrych słów, ale i przemocy, zadał fizyczny ból, przekraczając kolejną granicę. Nie to było jednak najgorsze.

Pochlipywała, nie mogąc zasnąć, kiedy wrócił do sypialni i bez słowa położył się na niej. Zrobił swoje, podwijając koszulkę nocną, a potem padł obok i zaczął chrapać, absolutnie nieczuły na wszelkie jej rozterki. Prawie jak co noc. Czasem jedynie łaskawie spluwał na palce i rozsmarowywał ślinę u wejścia do pochwy przed wepchnięciem swojego mikrokutasika, na szczęście niewiele grubszego od kabanosa. Większego by nie zniosła, już ten, aplikowany na sucho, powodował ból i obtarcia.

Każdy sztych przypominał o ostrych słowach, nawet jeśli danego dnia nie cedził ich przez zęby: jesteś taka brzydka, że muszę gasić światło, porzygałbym się na widok twojego obwisłego tyłka i piersi nie większych od pryszczy, powinnaś być wdzięczna, że ktoś jeszcze cię chce, ty bezpłodna dziwko.

Czasem zmuszał ją do dziękowania, zwykle po seksie analnym, również na sucho, życzył sobie, żeby przed nim klękała i całując „Wielkiego Dawcę Przyjemności” opowiadała jak było jej dobrze. Problem w tym, że nie potrzebowała gówna (a zdarzało się!), żeby uaktywnił się odruch wymiotny. Jeszcze zanim się poznali, wystarczyła sama myśl, sugestia, zdjęcie czy pornol z fellatio. Nie ma pojęcia, skąd się to wzięło, nie przypomina sobie żadnej traumy. Z jakiegoś dziwnego powodu Krzysztof uczepił się właśnie tej czynności, twierdząc czasami, że seks bez laski to nie seks tylko ochłapy i gdyby jej na nim zależało, przemogłaby się.

Wzbraniając się, słyszy, że jest oziębłą cnotką niewydymką, skrzywioną psychicznie zdzirą, świętojebliwą wydmuszką. Ulegając, kończy z głową zwieszoną nad kiblem. A jednak zwykle chce go zadowolić, chce żeby był szczęśliwy i zaspokojony, bo poza łóżkiem jest świetnym, troskliwym partnerem. Właśnie dla niego się głodzi, depiluje, uprawia jogging i chodzi na fitness, dla niego farbuje włosy na blond i nosi wysokie obcasy, mimo że ranią delikatne stopy. Krzysztof ma hopla na punkcie szpilek. Kupuje ich dziesiątki. Ostatnio przyniósł takie mieniące się wszystkimi kolorami, z paseczkiem zapinanym powyżej kostki. Ubrała je od razu. Wyszła w nich na spacer z psem i odkurzała mieszkanie. Obtarły do krwi, ale i tak ich nie zdjęła. W końcu to prezent, a nade wszystko on chciał ją w nich oglądać.

– Widzisz, jak się starasz, też jestem dla ciebie miły – powiedział, wpychając do nieprzygotowanej cipy dwa palce. Poruszał nimi intensywnie, sprawiając ból, ale o dziwo zaczęło robić się wilgotno. Sama się tego po sobie nie spodziewała. – Wypnij się – rozkazał lodowatym tonem. Była posłuszna jak zwykle, nie odważyłaby się otwarcie sprzeciwić. Miała nadzieję, że po prostu ją zerżnie choć raz bez towarzyszącego temu bólu, ale nie, seks waginalny to nic szczególnego, należy się jak psu buda, czy suka tego chce, czy nie, a przecież miało być wyjątkowo. Splunął więc na kurczowo zaciśniętą, suchą drugą dziurkę i naparł mocno na zwieracz. Zabolało jak cholera, zacisnęła jednak zęby i wytrzymała. Wszelki opór prowokował go tylko do większej brutalności.

Chwilami jest skłonna uwierzyć, że istnieje tylko dla przyjemności Krzysztofa, że żyje, bo on ma taki kaprys. Chce być posłuszna i uległa, ale czasem nie wytrzymuje. Szczególnie gdy kłamie lub znika bez wytłumaczenia na noc lub dwie. Zawsze wraca z prezentami i w dobrym humorze, głaszcze ją i tuli, szepcze na ucho czułe słówka i komplementy, co tylko wzmaga podejrzliwość.

Drogie perfumy, biżuteria, markowe ciuchy wcale nie sprawiają, że czuje się bardziej bezpieczna, wręcz przeciwnie, im więcej wydaje, tym bardziej uważa ich związek za zagrożony. Koleżanki jej zazdroszczą. Świetnie wykształcony, dobrze sytuowany, zajmujący eksponowane stanowisko, wzbudzający szacunek, a do tego przystojny i tajemniczy, epatujący wręcz zwierzęcym erotyzmem. I odporny na ich zaloty, a więc wierny i zapatrzony w żonę. Żadna nie zrozumiała, gdy pewnego dnia poskarżyła się, że źle ją traktuje. Obciąganie w dzisiejszych czasach to konieczność – usłyszała – jak tego nie zrobisz, pójdzie na dziwki albo, co gorsza, weźmie sobie młodziutką utrzymankę, która, jeśli będzie miała odrobinę rozumu, łatwo cię wygryzie. Teraz masz wszystko, kobieto, wszystko, cokolwiek ci się zamarzy. Trudno się nie zgodzić: wielki dom z jeszcze większym ogrodem, przy których nie musi nawet kiwnąć palcem, egzotyczne wycieczki, ciuchy od wziętych projektantów i cała szafa butów, które pięknie wyglądają (w przeciwieństwie do tych rozczłapanych do biegania), ale w których nie jest w stanie chodzić, bo wszystko ją boli i obciera. Właśnie one sprawiają, że chętnie oddałaby cały ten przepych za możliwość chodzenia w klapkach, bamboszach, mięciutkich mokasynach na płaskim obcasie lub boso. Robi to czasem, gdy Krzysztof nie widzi, chowając wygodne papcie na dnie szafy tak, żeby nigdy ich nie znalazł. Wstydzi się ich, są oznaką słabości i wygodnictwa, a przecież kobieta zawsze powinna wyglądać, jakby właśnie szła na randkę, od świtu do nocy w pełnym makijażu i nienagannej fryzurze.

Dobrze, że Krzysztof wcześnie wychodzi do pracy i nigdy nie widzi, jak idzie pobiegać. W tych znienawidzonych przez niego butach, z włosami niestarannie zebranymi w kucyk i nieumalowana. Wbrew pozorom sauté wcale nie czuje się gorzej, jest wtedy bardziej sobą, tą prawdziwą, niedoskonałą. Z przebarwieniami, rzadkimi, krótkimi rzęsami, spojrzeniem bez wyrazu i wąskimi ustami. Widać też lekko odstające uszy, zwykle starannie zakrywane, a małe piersi dodatkowo spłaszczane są przez ciasny, sportowy stanik. Istna karykatura kobiecości.

Właśnie dlatego lubi biegać, ubrana w strój sportowy staje się niewidzialna, zamykają się tysiące oczu obserwujących ją na co dzień, każdy krok, gest, każdą fałdkę spódnicy. Może być niezgrabna, spocona, brzydko pachnieć – świat i tak ma to w głębokim poważaniu. Przemyka swoją ulubioną trasą, wślizguje w szczeliny rzeczywistości niczym kot. Jeśli głowa przejdzie, cała się zmieści.

Zwykle nie spotyka żadnych sąsiadów, za to w parku mija kilka powtarzających się twarzy. Innych właścicieli psów, biegaczy, starszą panią karmiącą gołębie, bezdomnego zbierającego puszki po wieczornych imprezach pod chmurką, dziadka prowadzącego dwójkę zaspanych urwisów na przystanek autobusowy. Być może wiezie ich do przedszkola albo zabiera od rodziców, żeby samemu się nimi zająć u siebie w domu. Odprowadza do matki pracującej na nocną zmianę? W zasadzie bez znaczenia, prawda zbyt często okazuje się prozaiczna i ponura. Lepiej wyobrażać sobie, że ta dwójka maluchów całe dnie spędza w wesołym miasteczku, kręcąc się na muzycznych karuzelach lub rozbijając elektrycznymi samochodzikami bez hamulców (koszmarem każdego kierowcy!).

Co dziwne, patrząc na piegowate twarzyczki tych dzieciaków – jeden chłopczyk jest rudy, drugi ma czarne, niesforne loczki i zadarty nosek – nie czuje żalu. Starali się o dziecko. Długo i bezskutecznie. Można powiedzieć, że starają się nadal. Własne łono jawi jej się jako spalona słońcem pustynia, wroga i nieprzyjazna, wchłaniająca każdą ilość wilgoci, ale nie dająca w zamian nic. Nieraz fantazjowała, że jest zielonym polem, żyzną glebą, rodzącą plony, karmiącą wszystkich potrzebujących, zastanawiała się jakby to było, gdyby z napęczniałych piersi sączyło się mleko. A mimo wszystko na cudze dzieci patrzy z czułością, nie odczuwając ani krzty smutku z braku własnych. Jej ciało, lepiej niż ona sama, rozumie, że Krzysztof nie jest materiałem na ojca. Samolubny, wybuchowy, stosujący zagrania poniżej pasa, nadmuchujący własne ego kosztem najbliższych, kosztem podważania ich poczucia własnej wartości. Kochając, nie dostrzega wad. Ani swojego uzależnienia od toksycznego związku. Nigdy nie pojmie, gdzie zrobiła błąd.

Biegnie tą samą trasą co zwykle, wolniej niż by chciała, bo pies nie zamierza się spieszyć, obojętny na plany treningowe czy wskazania zegara. Dzięki niemu może podziwiać wyschnięte koryta zaimprowizowanych wczoraj rzek, gobeliny z suchych gałązek i zielonych liści nieodwołalnie skazanych na śmierć, połyskujące w porannym blasku krople wody kurczowo uczepione górnej krawędzi płotu oraz, przede wszystkim, kontemplować ostry zamach moczu, wartkim strumieniem zraszającego żywopłot. Nawet Nala nie jest po prostu pluszakiem-przytulanką, a stworzeniem ograniczonym własną fizjologią, do tego z nad wyraz słabym charakterem – za ulubione ciasteczko zdradziłaby własnego pana. Choć swoją drogą żyć bez ideałów musi być łatwiej.

Każdy postój na obwąchanie słupka czy kosza na śmieci niezmiernie Martę irytuje. Bardziej niż mąż wchodzący w butach na biały dywan. Po nim warto sprzątać, a na psa nie warto czekać, nawet jeśli okazuje więcej ciepła i akceptacji, próbuje pocieszać w trudnych momentach i wie kiedy odejść w kąt. Brutalna hierarchia. Albo jesteś podnóżkiem albo masz podnóżek.

– No już! – Szarpie za krótką smycz. – Wystarczy! – Ciągnie ile sił, ale zwaliste cielsko stawia opór. Bierny. Nieprzemyślany. Mający źródło jedynie w skupieniu na doznaniach i skojarzeniach wywołanych zapachem. Informacja jest ważniejsza niż ślepe posłuszeństwo, niż lojalność. Przynajmniej przez chwilę, bo nasyciwszy nozdrza, labrador odwraca się i pełnym obowiązku krokiem rusza w wyznaczonym przez panią kierunku. Nie stać go na więcej niż ukradkowe wyrywanie paru sekund dla siebie, dla swojej prostej, zwierzęcej natury i potrzeby kontaktu z innymi, podobnymi sobie. To spacery najlepiej przypominają o zniewoleniu, kiedy nie można pójść własną drogą zgodnie z instynktem i pragnieniami, kiedy nie można śmiało poznawać otoczenia, tropić tajemnic swojego i innych stad.

Za zakrętem jednak to on przyspiesza, wcześniej rozleniwiony i powolny, dostrzega ruch, ludzi, samochody. Tyle nowych aromatów! Tyle wrażeń! Tyle obcych miejsc do zasmakowania dzięki subtelnym śladom pozostawiony na oponach i podeszwach butów! Istne szaleństwo! I znów szarpnięcie smyczy, ale tym razem w tył. Ograniczające. Odgradzające.

– Spokój! – ostry głos pani.

Na wąskim chodniku stoją cztery ciemne samochody bez żadnych oznaczeń, w tym jeden z kogutem na dachu. Kierowca oparty o maskę pali papierosa, wpatruje się w okno z opuszczonymi, brązowymi roletami. Dwóch mężczyzn prężnym krokiem zmierza w stronę drzwi. Przed chwilą przekroczyli furtkę, zdziwiło ich, że nie była zamknięta, mimo zamontowanego przy niej domofonu z kamerą. Kilku innych, uzbrojonych i zamaskowanych, jakby to miało uniemożliwić ich rozpoznanie – chyba tylko ludziom z tymi ich ułomnymi zmysłami! – otacza już dom. Dom tego, co nie lubi zwierząt; tego, co kiedyś kopnął w bok; tego, co zawsze pachnie whisky i cygarami oraz głośno rozmawia przez telefon, nie szanując rozmówców.

– Tylko żadnej przerwy na lanie! – Czuły psi słuch wyłapuje zmęczony, zachrypnięty szept.

– Jasne szefie – ten niższy brzmi zdecydowanie przyjaźniej. I na mniej zmęczonego przy okazji. Ma pudelka miniaturkę gryzącego buty, zapewne z frustracji, że tak często zostaje sam. Na czarnych spodniach widać ślady sierści, ale zapach jest już słaby.

– Nie chcę sprawdzać, co ten kretyn trzyma w spłuczce.

– Taaa – dokończenie deklaracji przyjęcia rozkazu przerywa gwizd dochodzący z ogrodu. – Co do cholerrr…

– Mamy zwłoki – na niezadane jeszcze pytanie odpowiada zdyszany głos najmłodszego w tej grupie mężczyzny, niedoświadczonego młokosa, któremu na widok denata zrobiło się niedobrze. Dlatego zwiał, żeby poinformować dowódcę. Każda wymówka dobra. Teraz walczy z treścią żołądkową podchodzącą do gardła i uściskiem dławiącym płuca. Nigdy nie podejrzewał siebie o podobne słabości.

Nala przystawia nos do płotu. Rzeczywiście, ludzkie truchło, gospodarza, jak zwykle pachnącego whisky i papierosami bardziej, niż samym sobą. Nieciekawe, już bieganie jest ciekawsze choć męczące. Odwraca się zniesmaczona, zamierzając odejść leniwym krokiem, ale najpierw spogląda na swoją panią. Ta stoi z podniesioną głową i zafascynowanym wzrokiem wpatruje się w połamaną, drewnianą balustradę balkonu na wysokości pierwszego piętra. Wysokiego pierwszego piętra, bo większość piwnicy znajduje się nad powierzchnią gruntu, jednak nie tak wysokiego, by od razu zabić się, spadając.

– Tak, to on – dobiega zza płotu. – Nie ma najmniejszych wątpliwości. Cholera! Widzę profil, ale twarz jest raczej cała, nie będzie problemów z identyfikacją. Jeszcze nie sprawdziliśmy budynku… – To ten z chrypką, najwyraźniej rozmawia przez telefon. – Oczywiście. Tak. Nie ma sprawy… – Rozmowa trwa nadal, ale one nie będą jej słuchać. Wracają do domu. Pani ciągnąca za sobą niezbyt żwawego labradora retrievera o biszkoptowym umaszczeniu i najpoczciwszych, orzechowych oczach na świecie.

Przejdź do kolejnej części – Nigdy więcej! II 

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Cieszę się Aniu, że rozpoczynasz publikację swojego kolejnego cyklu!

Czyżby miał to być kryminał? Po obyczajowym (i dość dramatycznym) wstępie przenosimy się na miejsce zbrodni – bo nie wygląda to na samobójstwo. Domyślam się, że obydwa wątki będą się splatać, a Marta oprócz rozwiązywania problemów swojemu życia osobistego z Krzysztofem, zostanie też dotknięta konsekwencjami tego dramatycznego zgonu.

Główna bohaterka (przynajmniej na razie) została nam przedstawiona w umiejętny sposób, z jej wadami i zaletami. Chętnie poznam jej dalsze losy.

Jeśli miałbym jakieś uwagi, to chyba tylko taką, że trzeba zdecydować się, czy narracja jest prowadzona z perspektywy Marty (Krzysztof „poza łóżkiem jest świetnym, troskliwym partnerem”), czy też z neutralnej, wszechwiedzącej („Jej ciało, lepiej niż ona sama, rozumie, że Krzysztof nie jest materiałem na ojca. Samolubny, wybuchowy, stosujący zagrania poniżej pasa, nadmuchujący własne ego kosztem najbliższych, kosztem podważania ich poczucia własnej wartości.”). Albo, albo. Inaczej w partiach narracyjnych będzie narastający chaos wzajemnych zaprzeczeń.

Jestem ciekaw jak to się rozwinie!

Pozdrawiam
M.A.

Powinieneś spodziewać się tylko więcej chaosu… i dramatyzmu 😉
Czy to jest kryminał? W pewnym sensie tak, ale jednak nieco slow i z rozbudowanym tłem obyczajowym.

Pozdrawiam

A.

Przeczytałem tekst pierwszego odcinka z dużą konsternacją. Liczba błędów wszelakich do Ani zgoła niepodobna. Jeden wskazał Megas. W pierwszych dwóch akapitach mamy już wszystkie trzy czasy gramatyczne, później dochodzą tryby. Nie zawsze wiadomo, o kim autorka pisze, bo np. gramatycznie o psie lub Krzysztofie, a logicznie o Marcie. Uderzyło mnie, jakże charakterystyczne dla Ani, przedstawianie mężczyzny jako jakiegoś masochisty seksualnego, mimo że reszta opisu mówi o nim jako o wygodnickim sobku. Otóż, Aniu, jaki facet używa kobiety notorycznie na sucho? Toż dla własnej przyjemności każdy (naprawdę!) ją nawilży. Choćby śliną. A jak mają być klimaty BDSM, to każe jej się przygotować.
Ponieważ NE nie ma szczęścia do kryminałów (bo sexkryminał niełatwo skomponować), z równą Megasowi ciekawością czekam ciągu dalszego.
Mam nadzieję, że kolejne części przejdą staranniejszą redakcję.

Naprawdę Tompie wydaje Ci się, że znasz upodobania seksualne wszystkich mężczyzn? Na jak szerokiej próbie robiłeś swoje badania terenowe?

Uśmiechy

A.

„Otóż, Aniu, jaki facet używa kobiety notorycznie na sucho? Toż dla własnej przyjemności każdy (naprawdę!) ją nawilży. ”

O, czytałem swego czasu o tym, że w Afryce subsaharyjskiej bardzo popularny jest „seks na sucho”. I wielu mężczyzn naprawdę go woli. Co ma swoje przełożenie na tempo rozwijającej się tam pandemii AIDS, bo podczas takiego stosunku znacznie łatwiej o otarcia i transmisję wirusa.

Więc jednak są amatorzy takich praktyk, nawet mimo ich szkodliwości oraz ryzyk.

Pozdrawiam
M.A.

I myślisz, że fetysze z Afryki Subsaharyjskiej przeniosły się na nadwiślańskich Polaków? 🙂

Nie. Myślę, że nie mówisz za wszystkich facetów. Ani na tej planecie, ani nawet w Polsce 🙂

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Już pierwszy akapit wprawił mnie w konsternację z powodu przyjętego przez autorkę stylu prowadzenia narracji. Już w pierwszym zdaniu czytelnik otrzymuje aż pięć odrębnych informacji. Drugie zdanie jest jeszcze bardziej skondensowane – przekazuje siedem elementów znaczeniowych w obrębie jednego okresu zdaniowego. Później jest jeszcze intensywniej, czego przykładem jest zdanie rozpoczynające się od słów: „Dopiero w drodze do pracy…”, w którym Autorce udaje się zawrzeć aż dziesięć informacji. W efekcie cały akapit sprawia wrażenie przeładowanego i ciężkiego w odbiorze.

Nie zdążyłem jeszcze przetworzyć informacji zawartych na początku zdania, a już otrzymywałem kolejne wtrącenia, metafory i zależności składniowe. Miałem wyraźne poczucie przeciążenia pamięcij, co utrudniało płynną lekturę i zapamiętywanie treści.

Mam świadomość, że autorka świadomie wybrała taki sposób prowadzenia narracji. Pozostaje jednak pytanie, czy jest to rozwiązanie optymalne dla większości czytelników.

W tekście dominują zdania wielokrotnie złożone, kolejne obrazy są dokładane, zamiast zamykać wcześniej rozpoczęte myśli, pojawia się wiele rozbudowanych przydawek, a opis często zostaje połączony z interpretacją w obrębie jednego zdania. Zamiast najpierw pozwolić czytelnikowi zobaczyć obraz, Autorka od razu narzuca jego znaczenie. Wszystko to sprawia, że tekst jest bardzo gęsty, nie daje czytelnikowi chwili oddechu… W moim odczuciu odbiór lektury stawał się przez to męczący.

Ja wiem, że żyjemy w świecie, w którym większość ludzi ma deficyty uwagi, ale osobiście nie lubię lania wody i traktowania czytelnika jak idioty. Ten tekst nie próbuje zadowolić wszystkich, nie ma ambicji wylądować w Top 10 Empiku, był pisany hobbystycznie, z wewnętrznej potrzeby i jest publikowany na niszowym portalu, na którym sama ustalam czy zdania wielokrotnie złożone są dopuszczalne czy nie. Specjalnie postanowiłam dawkować go w małych porcjach, żeby czytelnicy mieli większe szanse przyswoić treść, a może nawet się nad nią zastanowić…

Pozdrawiam

A.

Rozumiem, że Krzysztof jest kumulacją wszystkich cech, jakich nie lubimy u mężczyzn, ale obdarzenie go jeszcze „mikrokutasikiem” to już trochę za dużo, totalny overkill, czyni go karykaturą, a nie kimś, kogo można by się obawiać. Jeszcze trochę takich elementów i zaczniemy mu współczuć, zamiast go nienawidzić!

Hmmm… Bo ja wiem? Przystojny, wykształcony, dobrze sytuowany, wzbudzający szacunek, daje drogie prezenty i zdaniem otoczenia jest zapatrzony w żonę. Koleżanki zazdroszczą. Wątpię, żebym przypisała mu wszystkie możliwe negatywne cechy. Nie mam zresztą ambicji wzbudzenia w Czytelnikach nienawiści do tej czy innej postaci 😉

Pozdrawiam

A.

Leave a Comment