Kupidyn z Middleton St George II (Androidka, Dario, Tomp, Unstableimagination)  4.78/5 (6)

27 min. czytania

Ilustracja: Unstableimagination

Mąż przyszedł późno po służbowej kolacji i na listy nawet nie spojrzał. W sobotę po śniadaniu zniknęły, więc pewnie je przeczytał, ale zamknął się w gabinecie nad jakimiś tomiszczami i wkrótce zaczął stukać na maszynie. Normalka.

Laurze, która nie mogąc się doczekać wieści, zadzwoniła po jedenastej, nie miałam nic do powiedzenia.

Później był lunch, który zjedliśmy niby razem, niby oddzielnie, bo przy quiche lorraine był ze mną w salonie, ale już jabłka z sosem waniliowym zaniósł do gabinetu. Przez te kilkanaście minut, gdy siedzieliśmy razem przy stole, był zamyślony i omijał mnie wzrokiem, co wydało mi się odstępstwem od rutyny, bo zwykle wtedy prowadziliśmy zdawkową rozmowę.

W niedzielę wszystko wróciło do normy. Po śniadaniu pojechał na basen, a popołudnie i wieczór spędził w klubie. Ja zaprosiłam do siebie Laurę, bo zadzwoniła rozemocjonowana. Nadal nie miałam jej nic do powiedzenia, ale za to ona oznajmiła:

– Cały czas myślę o twoim planie. Wiesz, to takie ciekawe! Tak jak prosiłaś, przeglądam tomy w mojej bibliotece w poszukiwaniu erotycznych opowieści. I wiesz co? W zasadzie ich tam nie ma! Wyobrażasz to sobie? Ta Deborah miała talent albo trafiała na ciekawych ludzi. Jak myślisz, czy ona to wymyślała?

– Nie wiem, kochana. Ale to chyba nieważne. Nie tylko prawda rozpala emocje. Przecież w zasadzie wszystko, co masz na półkach w pracy, to fikcja, a czytelniczki płaczą, czytając romanse, chłopakom policzki czerwienieją, gdy śledzą losy Winnetou, a starsi panowie tylko udają, że nie chcieliby być sahibami z powieści Kiplinga czy piratami Stevensona.

– Wciąż biję się z myślami, czy nie wpakowałam cię w jakieś bagno. Przecież ty się podszywasz, zmyślasz i udajesz przed własnym mężem. To się może źle skończyć!

– Gorzej to tylko rozwód – odpowiedziałam sucho. – Zresztą, czy chodzi o fakty, czy o emocje, o miłość, o sentyment, o uczucia? Te będą prawdziwe. Jak u Deborah.

– Jesteś pewna, że u Deborah miłość do męża była prawdziwa?

– Nie. Ale taką była w uszach Mr Millsa.

– Potęga słowa pisanego jest wielka – rzuciła w zadumie Laura sentencją bibliotekarki.

– Tylko nie wiem, czy mojego słowa – odrzekłam po chwili. – Bez twojego wsparcia będzie krucho. Na razie wymyśliłam, a raczej wyciągnęłam z mroków pamięci, tylko jedno opowiadanko, ale nie wiem, czy się nada.

– Jakie?

 

 

Pielgrzym uniósł się z trudem nad stół. Podniósł kufel i upił.

W gospodzie zapadła cisza.

– Słuchajcie mnie, dobrzy ludzie! – Otarł pianę z brody. – Pilnujcie swoich kobiet! Widziano Białego Wędrowca!

Wśród ludzi rozległ się szmer.

– Na drodze z Leeds do Yorku. Tak, wiem, że to daleko stąd. On jednak całą Anglię w kilka dni przejść może.

Podniósł dłoń, by uciszyć okrzyki powątpiewania.

– Wiem, co mówię! Powiadają, że jest szybki jak wiatr, a żadna niewiasta mu się nie oprze. Tak gadać potrafi, że najbardziej cnotliwa z radością mu się odda. Jak sobie jakąś upatrzy, nie odpuści. Pomarszczone wdowy, gospodynie domowe, młodziutkie dziewczęta dopiero co do zamążpójścia gotowe… Pilnujcie wszystkich!

Wybuchła wrzawa. Pielgrzym pociągnął kilka łyków, a usłyszawszy pytanie, wykrzyknął:

– Mężatki? Tych pilnujcie najbardziej! On na święte więzy nie zważa, a ponoć im wierniejsza, tym chętniej ją odwiedzi!

Kiwał głową, słuchając gniewnych pokrzykiwań.

– Nie dajcie się oszukać, że Wędrowiec zdrowie daje. Że po jego odwiedzinach chrome wstają, a ślepe widzą. To jeno plotka podła, przez rozpustnice siana!

Zniżył głos:

– A najgorzej, że on jakimś sposobem zna chęci niewiast. Nawet te najbardziej grzeszne, na samym dnie duszy przezornie schowane.

Wzmogły się oburzone głosy. Niektórzy kreślili na piersi znak krzyża.

– Tak zasię poznać można, że w wasze progi Biały Wędrowiec zawitał, podczas gdy wy w pocie czoła na chleb pracowaliście: Żona z dnia na dzień coraz bardziej niezadowolona. Na sprośności dziwne namawia. A to żeby gębą jej dogodzić albo sznurem pętać. Albo zamiast po bożemu, to od tyłu – na grecką modłę nadziewać!

Zapadła cisza. Kilku podrapało się po głowach. Głosy oburzenia zamilkły.

 

 

– Może być – zadecydowała Laura. – Wcale nie jest gorsze od mojego. Nawet daje więcej do myślenia.

Zatem podałam jej papeterię, pióro, a potem kopertę.

Zastanawiałam się, jak często mam słać te liściki z podpisem „Kochająca Cię [Ty wiesz]”. Początkowo chciałam dwa razy w tygodniu, ale potem ochrzaniłam się za taką niecierpliwość. Przecież nie dam rady, nawet z Laurą, wymyślać i wysyłać opowiastek co trzy, cztery dni! Jak mi się uda raz na tydzień, to będzie sukces.

Tak więc drugi liścik wrzuciłam do skrzynki dopiero w środę, a w weekend mój David znalazł na stoliku w hallu kolejną moją twórczość.

Tej soboty zjadł ze mną cały lunch. Właściwie nie ze mną, tylko z Timesem. Potem poszedł z nim do gabinetu, ale na maszynie nic nie pisał.

Przy niedzielnym śniadaniu wypytywał mnie o organizację systemu pocztowego. Niby przypadkiem, ale w duchu śmiałam się z tych podchodów.

Gdy wyjechał do pubu, zadzwoniła Laura. Żartowałyśmy z tego, jak David ciągnął mnie za język. Po rozmowie usiadłam wymyślać kolejną opowiastkę i długo gryzłam obsadkę długopisu, zanim coś wymyśliłam.

 

 

Drogi Davidzie,

w nadziei, że poprzednia opowieść Ci się spodobała, ślę kolejną:

Lud Sindhi osiedlił się nad jeziorem Kidjani. Jezioro zajmowało część dużej, zacisznej doliny. Okalały je pola pszenicy i lasy morelowe. Łagodny klimat sprzyjał uprawom, a one barwiły wody Kidjani na zielono. Sindhowie lubili zieleń, lubili wodę i budowali domy tak blisko zielonej wody Kidjani, jak tylko się dało. Gdy wyglądali ze swoich okien lub patrzyli z balkonów, widzieli w zielonej wodzie swoje miasto. Nieco bardziej zielone, a przez to piękniejsze. Mężczyźni wpatrywali się w siedzące w oknach zielonkawe kobiety i podziwiali ich zielonkawe piękno, a kobiety durzyły się w zielonkawych mężczyznach.

Pewien młodzieniec zakochał się w zielonkawej dziewczynie. Wychylała się ku niemu z zielonkawego okna, a jej żółtozielone włosy zwisały daleko poniżej parapetu. Słała mu całusy i uśmiechała się, gdy tylko ich spojrzenia się spotykały.

Młodzieńcowi wydawało się, że chętnie widziałaby go w swoim pokoiku za parapetem.

Pewnego dnia, gdy widział zielonkawe pary obściskujące się w innych oknach i tulące się do siebie na zielonkawych balkonach, poczuł taką do niej tęsknotę, że skoczył ku swojej żółtozielonowłosej dziewczynie. Prosto w jej zielonkawe okno.

Zielone wody Kidjani otworzyły się i zamknęły za nim.

Sindhowie opowiadają, że znalazł tam swoją zielonkawą piękność. Że się z nią połączył i że żyją razem w zielonych wodach jeziora w wiecznym szczęściu. Jednak pewna młoda dziewczyna o długich złotych włosach już nie wywiesza ich poza parapet. W ogóle nie zbliża się do okna, bo nie ma komu słać całusów ani do kogo się uśmiechać.

Jej ulubieniec wybrał inną.

 

 

Laura była zachwycona.

– Skąd wzięłaś takie cudeńko? – zapytała.

– Z głowy, czyli z niczego.

– Nie wierzę!

– No dobra! Nie wszystko z głowy. Zielone miasto odbijające się w wodzie wzięłam od Calvina. Ale żółtowłosą pannę i skok do iluzji wymyśliłam sama,

Laura patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– Nie poznaję cię – oświadczyła w końcu. – Jak tak się będziesz dalej rozwijać, może napiszesz książkę?

Musiałam zadziałać na moją przyjaciółkę w stylu „nie święci garnki lepią”, bo w następną niedzielę przeczytała mi swoje dzieło:

 

 

Na Costa de Almería w Andaluzji, niedaleko pasa złocistych plaż, jest pewne mini zoo. Dla tych nieszczęsnych rodzin, których dzieci zobaczyły plakat z parą najsłodszych małych kózek, staje się ono obowiązkowym punktem wakacji.

Po przybyciu okazuje się, że kózek w ogóle tam nie ma, a wszystkie zwierzęta są stare, brudne i zmęczone. To zupełnie nie przeszkadza dzieciom, jednak ojcom boleśnie uświadamia ich własne samopoczucie w tym miejscu. Z nieba leje się żar, plecak klei się do spoconej skóry, a czas zwalnia jak żółw w jednej z odrapanych klatek.

Kiedy jednak nadchodzi moment, w którym dzieci napraszają się lodów, znudzeni ojcowie odkrywają ukryty skarb tego miejsca.

W niewielkiej lodziarni pracuje pewna młoda kobieta. Już składając zamówienie, ojcowie nagle odzyskują siły – prostują się, wciągają brzuchy i ukradkiem ocierają pot z czoła. Długo nie dowierzają i próbują zrozumieć, dlaczego nie mogą od niej oderwać wzroku.

Kiedy w końcu uda się im wydobyć pieniądze z portfela i zapłacić, śliczna dziewczyna dziękuje i wtedy dzieje się coś niesamowitego.

Bo to nie jest po prostu „Gracias”.

Młodej Andaluzyjce udaje się w tym słowie zawrzeć cały temperament Hiszpanii. A dokładnie w środkowej głosce – la zeta – cudownie przedłużonej, tak by szeleszczący dźwięk i widok języka muskającego nierówne zęby zdążyły poczynić nieodwracalne szkody w duszy patrzącego mężczyzny. Dziewczyna jest jedyną osobą na całym świecie nieświadomie władającą Głosem.

Głosem Bene Gesserit.

Jej uśmiech jest równie daleki od zwyczajności. Ciepło i wdzięczność na jej twarzy są tak prawdziwe, jakby sprzedanie porcji lodów było najszczęśliwszą chwilą jej życia. W dołeczki w policzkach męskie spojrzenie wpada jak w przepaść i już nie może się wydostać.

Nie ma ojca, który nie zamiera w bezruchu wpatrzony w lodziarkę jak w obrazek.

Kobieta jest przyzwyczajona, więc czeka cierpliwie, a uśmiech jeszcze nabiera słodyczy.

Przebite strzałą męskie serce krwawi obficie.

Ojcowie w końcu ostrożnie zabierają kupione lody i wycofują się z nieśmiałym uśmiechem. Nie potrafiliby ukryć zachwytu, nawet gdyby chcieli. W drzwiach odwracają się, by po raz ostatni złowić błyszczące spojrzenie.

Dziwnie milcząc, rozdają lody, mylą smaki. Nie słyszą pełnych pretensji pytań żon, dlaczego to tyle trwało. Oglądają się przez ramię na pawilon, choć wiedzą, że dziewczyny już nie widać.

Tej nocy śpią mało, a w ich snach plączą się czarne włosy i szeroki uśmiech.

Przez resztę wyjazdu nic ich nie cieszy. Nawet przestają zerkać zza ciemnych okularów na plażowiczki opalające się topless. Każdego dnia próbują namówić rodzinę na jeszcze jedną wizytę w mini zoo.

Żony nigdy się na to nie zgadzają. Kobiety mają intuicję.

 

 

Zaniemówiłam na moment, myśląc nad zakończeniem. A potem wrzasnęłam:

– Genialne! Naprawdę! Ta „intuicja” na pewno da mu do myślenia. Wyobrażam sobie, że będzie się zastanawiał, co pani „Ty wiesz” chciała mu przekazać.

Laura lekko się zaczerwieniła; mój entuzjazm sprawił jej wielką radość.

– Wiesz… Kocham Diunę i zawsze chciałam mieć Głos. Więc to też mieszanka mojego i odpatrzonego.

Wyciągnęła z pudełka kolejny perfumowany arkusik i wzięła się za przepisywanie.

 

W weekend znów usilnie wypatrywałam w zachowaniu Davida jakichkolwiek oznak świadczących, że coś go frapuje. No, może był bardziej milczący. Może okazywał jeszcze mniejsze zainteresowanie mną, niż poprzednio.

Cóż… Pozostaje mieć nadzieję, że dzieje się tak, bo myśli o „Ty wiesz”. A „Ty wiesz” to ja, więc myśli o mnie.

Nic poza takim pocieszaniem się mi nie zostało.

No i miałam zapaść weny. Wymyśliłam tylko takie coś:

 

 

Wczoraj byłam na wernisażu kobiecego aktu. Artysta okazał się kontrowersyjny.

Kontrowersyjny? Mało powiedziane!

Na ścianach wiszą obrazy przedstawiające kobiety nagie od pasa w górę. Wszystkie namalowane postacie patrzą wprost na oglądającego. Artysta w płótnie, farbach i kolorach zaklął ich odczucia. Choć czasem wzrok modelki jest zamglony, a uchwyconą twarz wykrzywia ekstaza, wciąż więź z malującym i, co za tym idzie, widzem, jest uderzająca.

Artysta nawet nie ukrywa, że maluje tylko swoje kochanki i robi to z natury. Każdy, kto widzi obrazy, nie wątpi, że to prawda.

Wśród zaproszonych rozpoznałam co najmniej kilka spośród jego modelek, a sześć innych kobiet marzyło o tym, by zostać zaproszonymi do atelier.

I to wcale nie mężczyźni są największymi wielbicielami jego twórczości. Owszem, doceniają piękno i bezwstydną śmiałość w ukazaniu ciała. Prawdziwa magia jednak dzieje się dopiero wtedy, gdy przed płótnem staje kobieta. Uczucia uwidocznione na twarzach malowanych modelek przechodzą na oglądające. Podobno mogą nawet doznać tej samej rozkoszy!

Oczywiście wszystkie ze śmiechem temu zaprzeczają, twierdząc, że większej bzdury jeszcze nie słyszały.

A jednak. Sama sprawdziłam.

Ręka niejednej drży. Rozbite kieliszki i rozlane wino to temat anegdot. A te nagłe westchnienia! Okrzyki zachwytu! Zbyt wiele i zbyt głośne, by dotyczyły jedynie sztuki malarskiej.

Gdy opuszczałam miejsce wystawy, dopadła mnie melancholia. Podobnie zachowywały się inne. Ich zaczerwienione twarze były pełne dziwnego skupienia, a malinowe wargi zaciskały się w napięciu.

Czyżby rozważały, jak przeżyta rozkosz ma się do wierności?

A może zwyczajnie planowały zakup wybranego obrazu? Może rachowały, jak to wpłynie na ich domowy budżet, bo artysta ceni swój kunszt wysoko?

 

 

– Faktycznie średnie. Jest w tym coś sztucznego, nie sądzisz? – orzekła Laura, utwierdzając mnie w zwątpieniu w siebie.

– Wiem; nie musisz tego mówić. Ale jak nie to, to co?

– Od kiedy przyszłaś do mnie z pomysłem opowieści dla Davida, myślałam, gdzie takie są. I nie ma, ale zorientowałam się, co kręci mężczyzn. W sumie to było odkrywcze… – zamilkła.

– Co niby było takie odkrywcze?

– Że ich rajcuje w zasadzie to samo, co nas, tylko na odwrót. Jak w lustrach. My marzymy, by być zwiewną, bezbronną kobietką, którą uratuje przed grozą świata władczy samiec, a my mu się oddamy z całym zaufaniem. Oni marzą, by spotkać taką kobietkę w opresji, ocalić ją przed potworami i udowodniwszy tym swoją męskość, zdobyć jej uwielbienie i posiąść ją.

Zastygłam w namyśle. Może to prawda? I Laura, i ja jesteśmy samodzielne, rozsądne i niby samowystarczalne, ale czy każda nie marzy o mężczyźnie, który pozwoli nam być na powrót bezbronnymi dziewczynkami nieponoszącymi za nic konsekwencji, zawisającymi na kimś mocnym, na kimś, kto uwolni nas od groźby porażki każdego dnia? Kto odsunie od nas nieśmiertelne strachy, które stale czają się na dnie duszy? Czyż nie tego właśnie szukam w Davidzie?

– Dobra, ale ja potrzebuję kolejnego opowiadanka.

– No właśnie. Nie musi być jakieś rozbudowane. Proponuję coś, co się dzieje w dalekich krajach. Pustynie, inne zwyczaje, biedna dziewczyna i władczy samiec.

– Masz takie coś?

Sięgnęła po notes. Otworzyła i przeczytała na głos:

 

 

Pracowałem wtedy przy karawanach przemierzających Szkarłatne Piachy. Chyba był to trzeci rok w centralnej Afryce. Chciałem sobie dorobić i doszlifować swój suahili.

Tego dnia snułem się po jakimś mieście. Przemierzałem wąskie uliczki bez wyraźnego celu. Wszędzie stragany kupców. Skwar już odpuścił, do zachodu pozostało jeszcze kilka godzin. Zdawać by się mogło, że całe miasto wyległo na ulice, i być może była to prawda. Zewsząd słyszałem tubylczą mowę, która była odległa od narzeczy, które rozumiałem. Wypatrywałem znaków, jakie rozpoznawać nauczono mnie ostatnim razem. Już niemal straciłem nadzieję, kiedy stanąłem przed starszym mężczyzną pilnującym wejścia.

Długo mierzył mnie wzrokiem w milczeniu. Może nie lubił obcokrajowców? Użyłem uniwersalnego języka, który rozumieją wszyscy: brzęczącej monety. Za kawałek miedzi wszedłem do środka. Za zasłonę, schodkami w dół do obszernego pomieszczenia o mocarnych kolumnach. Przestrzeń podzielono tu kotarami i drewnianymi przepierzeniami ozdobionymi lokalnymi ornamentami, a podłogę zaścielały dywany i poduszki.

Już od wejścia czułem w powietrzu delikatną woń palonych ziół. W tym i takich, które wpływają na sny. Sprzedawali je tu pomimo zakazów, lecz nie po to przybyłem. Siedząca pod ścianą dziewczyna przygrywała leniwie na harfie ngombi. Na środku sali siedziały małe grupki palaczy. Rozmawiano cicho, bo tak nakazywały zwyczaje tego ludu.

Przestałem jednak zwracać uwagę na wszystko, bowiem nagle pośród oliwkowych karnacji i szat o obcych fasonach wypatrzyłem rude loki. Nie przywidziało mi się. To nie mogła być kobieta zrodzona w tej ziemi. Pochodziła zza pustyni, a może i zza morza.

Zagadałem więc.

Na początku w suahili, ale porzuciliśmy obce sylaby, oboje bowiem urodziliśmy się w tym samym kraju. Miała uroczy akcent z gór południa. Południa dla mnie, bo jej i moje południe było tysiące mil na północ stąd. Tak czy inaczej była moja bardziej niż którakolwiek ze smagłych, o oliwkowej cerze i czarnych włosach tubylek. Wskazałem za kotarę. W głowie miałem jedynie to, aby mieć ją pod sobą.

Tam, gdy legła na macie, łapczywie zdjąłem z niej abaję, odsłoniłem upstrzony piegami dekolt i małe piersi. Pieściłem je ustami, podczas gdy ona szeptała mi sprośności. Brzmiały wspaniale pozbawione twardych fonemów, z akcentami w odpowiednich miejscach. Kiedy wziąłem ją od tyłu, jęczała jak kobiety z przeszłości, które oznajmiły światu, że stałem się mężczyzną. Rozkazywałem, by za chwilę błagać.

Jakże cudownie było na chwilę powrócić do domu!

Leżeliśmy wtuleni, gdy zaczęła mnie prosić.

Co ja mogłem?

Zostawiłem monetę więcej. Może kiedyś uzbiera tyle, aby się wykupić.

 

 

– I jak ci się podoba? – spytała na koniec.

– Mnie średnio, ale dla Davida się nada. Tylko trzeba to jakoś zapowiedzieć. Nie napiszę przecież, że to moje wspomnienie.

Ostatecznie poradziłyśmy sobie. Po godzinie wyszłam z kolejną kopertą w ręce do nadania w środę.

Coraz więcej czasu poświęcałam myśleniu nad nowelkami. Z jednej strony się nie nudziłam, a z drugiej – zaczynałam czuć zmęczenie. Szło mi jak po grudzie. Częściej niż jeszcze kwartał temu bywałam podekscytowana, ale czy to ten rodzaj podniecenia, o którym marzyłam? Czy nie odsuwa mnie od rzeczywistości, od męża, od życia, kierując ku fikcji? Jak to się skończy? Obsesją, może psychozą?

Zwierzyłam się z tych myśli Laurze.

– Gdyby wszyscy literaci mieli się tym martwić, gdy tworzą urojone światy, nie powstałyby Diuna, Fundacja ani nawet opowieść o hobbicie czy Władca pierścieni – uspokoiła mnie.

– Ale ja nie jestem żadnym literatem. W pocie czoła wymyślam coraz gorsze fabułki i coraz mi trudniej.

– Wydają ci się coraz gorsze, bo piszesz coraz lepiej i rosną twoje wymagania. To typowa ścieżka rozwoju.

– Myślisz…?

– Pewnie! Więc przestań marudzić i pokaż, z czym przyszłaś.

To pokazałam:

 

 

Podobno mężczyźni z Agriostamos to najlepsi kochankowie. A przynajmniej tak twierdzi każda, która spędziła z którymś stamtąd choć jedną noc. I to wcale nie sprawy fizycznego wyglądu czy wymiaru sprawiają, że przyjemność, którą dają, jest niezapomniana. Wiedzą jak kobiety dotykać i co szeptać. Wiedzą, kiedy musnąć, a kiedy ścisnąć tak, że aż palce bieleją. Umieją czytać z oczu i z oddechu.

Skąd ta wiedza?

Niedaleko wioski rośnie stary bór. Nikomu nie wolno ściąć z niego nawet jednej gałęzi. W samym jego środku wokół potężnego dębu stoi kilkanaście szałasów. Kiedy chłopak z Agriostamos osiąga swój wiek męski, spędza samotnie miesiąc w jednym z nich.

Przez ten miesiąc, mówią, nimfa leśna nie szczędzi uroków swojego półboskiego ciała, by nauczać wszystkich sekretów kobiecej przyjemności.

Choć sami mężczyźni z wioski milczą jak grób, plotek jest zaskakująco wiele.

Driada ponoć ma na imię Logistra, a jej uroda jest tak olśniewająca, że pierwsze lekcje kończą się, zanim się zaczną. Nauczycielka błyskawicznie podnosi młodzieńców na duchu, umożliwiając kolejne próby. Szepcze im do ucha tajemnice nieznane śmiertelnym i z każdym dniem lekcje są coraz przyjemniejsze również dla niej.

Pod koniec miesiąca odbywa się egzamin. Rozlegające się wtedy radosne okrzyki, westchnienia, a czasem nawet ryki towarzyszą pożegnalnej uczcie.

Co z tego ma driada? Mieszkańcy oficjalnie głoszą jej dobroć, między sobą zaś szepcą o zamiłowaniu Logistry do młodych mężczyzn. I że szałasów wokół dębu przybywa, a uczniom nie wolno do nich zaglądać.

Jeden z kapłanów na łożu śmierci wykrzyczał niezrozumiałe słowa. Coś o tym, że na każde urodzone półludzkie dziecko, pozostające pod opieką driady aż do ukończenia przez nie osiemnastego roku życia, przysługuje 800 kropli ambrozji miesięcznie.

Uznano, że majaczył.

 

 

– O co chodzi z tymi kroplami ambrozji? – spytała przyjaciółka.

– Nie wiem. Nie umiałam zakończyć i tak wyszło.

– Ja bym te trzy ostatnie akapity po prostu wykreśliła.

Po namyśle musiałam się z nią zgodzić.

– A kiedy ty mnie wspomożesz? Bądź miła, daj mi trochę wytchnienia. Weź kawałek mojego ciężaru na siebie!

Laura dziwnie szybko zmieniła temat:

– Daj, przepiszę.

 

Przy sobotnim lunchu zapytałam męża wprost:

– Co to za listy dostajesz co piątek? Od kochanki, kochanka czy maklera?

Pytanie zilustrowałam kpiącą minką.

Spojrzał na mnie przenikliwie i po króciutkiej zwłoce, która nie uszła mej uwagi, odpowiedział sztucznie lekceważącym głosem:

– Eee, to jakiś dowcipniś. Nie przejmuj się. Na razie jeszcze nie przebrał miary i nie ma się czym denerwować.

Dobrze, że mnie nie okłamał i to mi się spodobało.

W niedzielę Laura mnie nie wspomogła, więc zrobiłam jej wyrzut. Skutek był taki, że znów musiała przepisać moje wypociny:

 

 

Wśród rzeźb zdobiących rydwan Surji, boga słońca w Kornaku, jest Rodząca. Oburącz chwyciła za wargi, rozszerzając je, by ułatwić Dziecku drogę do Świata.

Świata ludzi czy bogów?

Skoro Rodząca jest kobietą, to… nic nie wiadomo. Może jest jedną z 16 108 żon Wisznu? Może to Kunti rodzi Karnę Surji?

A jeśli nie jest kobietą? Może jest Menaką wysłaną przez Indrę, by uwieść mędrca?

A może inną nimfą? Kim wtedy będzie potomek? Półbogiem? Półmędrcem? Półczłowiekiem? Półgłówkiem?

Tak właśnie czuł się pewien indolog, gdy szkła jego lornetki zatrzymały się na figurze z piaskowca, nie tyle ukazującej przybywającym tu kiedyś tłumnie pielgrzymom, a dziś turystom, żeńskie krocze, ile skłaniającej do zgłębienia jego tajemnicy.

Objął wzrokiem całą scenę. Ci dwaj po bokach to chyba dewy… Jeśli tak, to… Znów nic nie wiadomo.

A jeśli to nie poród, a… flirt?

Lubieżny, ale nie w oczach Hindusów. Wezwanie, by odwiedzić… kobietę? Wszak sam Budda nie odmówił zaproszeniu wystosowanemu przez heterę. Wprawdzie nie jakąś pierwszą lepszą, tylko przez Ambapali, ale jednak!

W trakcie tych rozmyślań mięśnie ręki zmniejszyły napięcie, soczewki lornetki obsunęły się ku ziemi i ukazały czyjś obfity biust. Nie nagi wprawdzie, jak świątynne rzeźby, bo skryty w kolorowych fatałaszkach, ale za to żywy. Indolog skorygował ostrość i poczuł swędzenie w członku. Czyje te pagórki, godne Wisznu, Surji i Buddy?

Siłą oderwał wzrok od kuszących wypukłości i przeniósł go odrobinę wyżej.

Czy to nie ta turystka, która wczoraj obdarzyła go w hotelu zalotnym spojrzeniem? Wtedy nie zareagował. „Może jeszcze się nie wymeldowała? Może dziś…?” – pomyślał. „Kształty ma niczym zdjęte z kamiennych rzeźb”.

I nie jest z kamienia.

 

 

Przez cały kolejny tydzień myślałam i nic nie wymyśliłam. Przez to, gdy Laura przyszła na herbatę, byłam zdołowana.

– Nic nie mam! Ratuj, błagam!

Zaczęła mnie wypytywać o pomysły, a ja ją, ale każdy był gorszy od poprzedniego i wszystkie były do wyrzucenia. Na koniec zastygłyśmy w niemym namyśle. Żeby milcząco nie pić herbaty, zaczęłyśmy rozmawiać o sprawach codziennych, a ja rychło przeszłam do żalenia się na Davida.

– Kiedy ostatnio cię dokądś zabrał? – zapytała Laura współczująco, gdy zrobiłam sobie przerwę w marudzeniu.

Zastanowiłam się.

– Nie pamiętam. Naprawdę! Na pewno nie w tym roku. Myślę, że ostatni raz byliśmy u Lorentzów – to jego kolega z pracy – a to było jesienią. Zapamiętałam głównie ją, bo ta Mrs Lorentz miała takie cyce… – Tu wykonałam gest wokół swoich, mający ukazać ogrom tamtych. – …zresztą nie tylko, że David nie mógł od niej oderwać wzroku. A ona… Myślałam, że usiądzie mu na kolana i wyobrażałam sobie, jak wtedy krzesło pod nimi robi „trrrach!” i lądują oboje na ziemi w powodzi falbanek, koronek, tłuszczu, ud i balonowych policzków. – Na myśl o sińcach na zadku męża przygniecionego dwustu pięćdziesięcioma funtami cielska uśmiechnęłam się. Był to pierwszy mój uśmiech tego wieczoru.

– Opisz to.

Zadrżałam.

– Nie umiem. I byłoby to zupełnie nieerotyczne.

– Bzdura! Można to zacząć tak…

I od słowa do słowa powstała taka historyjka:

 

 

Kochany, byłeś w Pietrasanta?

Jeśli nie, to warto je odwiedzić. Jest tam taki lokal tuż przy Vicolo San Biagio. Nazywa się L’Abbondanza di Venere. Łatwo go znaleźć, bo przy wejściu stoją donice z drzewkami oliwnymi – niskimi, ale o wyjątkowo grubych pniach.

Ktoś mógłby pomyśleć, że ta obfitość w nazwie oznacza największe w miasteczku porcje.

Nic z tych rzeczy.

Jedzenie jest, owszem, bardzo dobre, ale dania są śmiesznie małe – zaledwie kilka kęsów zdobi środki sporych talerzy. Co ciekawe, większość klientów wcale nie narzeka.

Patrzą na kelnerki.

I to właśnie te boginie są największą chlubą przybytku. Najpiękniejsze i największe w całej prowincji Lucca. Każda ma tyle urody, że z trudem mieści się nie tylko w kolorowym costume da contadina, ale i w wąskich przejściach tawerny. Uśmiechnięte lawirują z tacami wśród stolików z gracją tym większą, im bardziej są pożerane wzrokiem.

Zupełnie jakby bujność biustów wylewających się z ciasno związanych corsetti miała odwrócić uwagę od rozmiarów dań oraz ich cen.

Bo jest drogo. Nawet bardzo.

A już na deser to mało kogo stać. I nie chodzi nawet o niebotyczną kwotę, którą zań trzeba zapłacić, a podobno jest to równowartość dobrej Vespy. Żeby w ogóle zobaczyć to sekretne deserowe menu, trzeba okazać wizytówkę, na której odwrocie odpowiednia osoba dopisała odpowiednie słowo.

Mówią, że wtedy jest właściwie nieważne, który deser klient wybierze – czy będzie to ognista Francesca, czy skromna Giulia, czy Lucia, którą słychać aż na Via del Teatro – wrażenia w prywatnej degustatorni na piętrze będą niezapomniane. Każda z wybranych przygniecie klienta całym swoim wdziękiem i z radością dopilnuje, by najadł się do syta.

A nie jest to wcale proste – bogactwo wdzięków dziewczyn jest tak duże, że nawet wzrokiem trudno wszystko objąć, a co dopiero dłońmi.

Ponoć bujne muzy są bardzo cierpliwe i uczynne dla tych swoich szczególnych klientów. Z dumą udostępniają każdy zakamarek swojej obfitości. Nawet obie potężne porcje najbielszego panna cotta, każda ze smakowitą czerwienią na szczycie. Trójkątne tiramisù obficie posypane ciemnym kakao też.

Podobno uwielbiać można je na wszystkie możliwe sposoby. Niektórzy są porażeni ilością urody i tylko patrzą na apetyczne fałdki i krągłości pokryte cudowną siateczką rozstępów. Odważniejsi rozsmakowują się w nierównościach pośladków tak ogromnych, że nawet Botero nie potrafiłby oddać ich chwały. Tych, którzy nabierają apetytu na więcej, a nie radzą sobie, dziewczęta uczą, jak dotrzeć do ciasnych skarbów ukrytych w pokładach piękna, każdy sukces nagradzając szerokim uśmiechem lub rozkosznym westchnieniem.

Mówią, że jeszcze się nie zdarzyło, by taki specjalny klient, wychodząc, nie zarezerwował kolejnego posiłku.

Oczywiście, pozostali nie są wtedy już tak zadowoleni. Nagle pojawiają się oskarżenia o nieuczciwie małe porcje, złośliwe sugestie, że jedzenie przepada w drodze z kuchni do stolika. Ot, zwykła ludzka zazdrość. Każdego by skręciło na widok twarzy szczęśliwca schodzącego z piętra w asyście zdyszanej słodkości.

Aha, jeszcze jedno. Krążą pogłoski, że odpowiedni, naprawdę duży napiwek potrafi sprawić, że kelnerka siada na kolanach zwykłego klienta. Kiedy tak się zdarzy, ponoć uśmiecha się do niego tak długo, jak trzeba. Wstaje, dopiero gdy rozkoszny ciężar zrobi swoje.

 

Wiesz, kochany, co mam na myśli.

 

 

Obie zaśmiewałyśmy się z końcowego efektu, co ostatecznie odsunęło w cień mój smutny los.

Rzeczywistość już zupełnie przegrała z fantazją.

Czy to źle?

Czy fantazja zastąpi mi męża?

Może – oby! – nie na zawsze, ale na razie musi.

W każdym razie miałam co wrzucić w środę do skrzynki Royal Mail.

 

Tym razem przy sobotnim lunchu David był zarumieniony i wiercił się niespokojnie na krześle. Obcinał mnie wzrokiem, a założyłam tego dnia najbardziej bufiastą i rozkloszowaną sukienkę mamy, jaką znalazłam w szafie. Zdaje się, że była w niej kiedyś na wyścigach w Yorkshire. Biust – i nie tylko – trochę sobie wypchałam, by skrojony na tęższą figurę gors nie wisiał na moim niewydatnych cyckach. Tak czy inaczej, mąż miał tego dnia na co popatrzeć.

A ja? Myślałam nawet, by zrzucić widelec albo serwetkę, by mieć pretekst do nachylenia się i spojrzenia na jego spodnie, ale się powstrzymałam. Obrus i tak zasłaniał to, co mnie interesowało.

Od tych myśli i na moich policzkach pojawił się rumieniec.

W kolejnym tygodniu Laura wspomogła mnie zupełnie niezłą nowelką:

 

 

W pewnej wiosce w Fedorii żyła cudna dziewczyna, która nigdy nie opuszczała swej chaty. O jej piękności rozprawiano w całej okolicy, więc wycieczki złaknionych jej piękna schodziły się zewsząd, by ją podziwiać. Od świtu ustawiano się w kolejce przed jej chatą, czekając, aż pozwoli im wejść. Ktokolwiek ją zobaczył w mroku izby, okiennice bowiem miała zawsze zamknięte, przyświadczał, że ma prawo zwać się najpiękniejszą.

Wielu pytało ją, dlaczego w ciemnościach żyje i światu piękna swego nie objawia. Takim odpowiadała niezmiennie: „Dla waszego dobra to czynię, bo słońce urodą zaćmiewam i gdyby ono mnie zobaczyło, ze wstydu przygasłoby i świecić przestało”.

Zdarzyło się pewnego razu zaćmienie słońca. Rzecz zupełnie naturalna, znana uczonym i przemijająca, jednak wieśniacy Fedorii byli ciemni i na astronomii się nie znali. Gdy słońce swój blask schowało, pomyśleli, że owa dziewczyna je spłoszyła, wbrew deklaracjom krasę swą mu ukazując, przeto wtargnęli tłumnie w ciemności podwójne i z zemsty za czyn jej zgubę wszystkim, jak im się zdawało, niosący, zabili ją.

Wtedy słońce na nowo blask swój pokazało i świeciło jak dotąd.

Tylko jeden z sąsiadów, młody i niedoświadczony, a wielką miłością kierowany, odwiedził chatę z trupem piękności, odsunął wszystkie okiennice i odkrył, że dziewczyna wcale pięknością nie była i tylko mrok chaty krył pospolitość jej rysów.

Początkowo ów młodzian był zły, że stracił złudzenia, ale że nie chciał się przyznać do swej głupoty, pochował sąsiadkę w sekrecie przed innymi i odkrytej tajemnicy nie wyjawił.

Gdy się zestarzał i zmądrzał, zrozumiał, że złudzenia też mają swoją wartość, a piękno nie tyle jest cechą oglądanego przedmiotu, co wytworem umysłu oglądającego. I taką w ostatnie lata życia doń wróciła – nie jaką okazała się po śmierci, a jaką zdawała mu się przed owym zaćmieniem słońca. Przypomniał ją starcom podobnym sobie, a wszyscy wychwalali jej piękność i cieszyli z tego, że ją widzieli.

 

 

A niech David się zastanowi, na czym polega piękno. Czy na tym, co jest, czy na tym, co chce się, by było. To było nawet tak głębokie, że zwątpiłam, czy się nad tym pochyli. Ale że tekścik mi się podobał, przepisany wkrótce przez Laurę na pachnącą papeterię wylądował w kopercie, a ta w mojej torebce. Wyślę jak zwykle w środę.

I tak zrobiłam.

A w czwartek na podłodze hallu pod szczeliną na listy wśród reklam leżała jedna koperta. Zaadresowana do mnie.

Niczego nie przeczuwając, rozdarłam ją i wyjęłam z niej zwyczajną kartkę maszynopisu.

 

 

England, April 5, 1983

Droga korespondentko!

Polski arystokrata opowiadał o polowaniu urządzonym przed wojną przez jednego z magnatów w zachodniej Polsce. Syn księcia z ubogich wschodnich rubieży podziwiał w niej miasta, zamożność okolicy, liczbę wiosek i mnogość żyjących w nich włościan, ale i zwierzynę, której starczyło na udane polowanie dla stu czterdziestu zaproszonych: pokot zbliżał się do pięciu tysięcy zajęcy. Na koniec zachwyt ubogiego, jak się autor tej opowieści nazywał, księcia ze wschodu został ugruntowany innym wydarzeniem.

Późny obiad dla gości zorganizowano na terenie pałacowego parku, który sąsiadował z rzeką. Uczestniczyli w nim myśliwi-mężczyźni wraz z damami. W połowie uczty gospodarz dyskretnie wywołał od stołu kilkunastu wybranych i wręczył im lornetki. Wskazał w lewo na wstęgę wody rozlewającej się po nizinie wśród pól i łąk.

W dali kąpały się chłopskie córki. Kilkadziesiąt nagich postaci chlapało się wodą w promieniach słońca przed zachodem wśród wesołych śmiechów, których stłumione odległością odgłosy dochodziły do uszu patrzących. Ich wzrok wzmocniony szkłami skupiał się to na jednej, to na innej, a panowie w surdutach i garniturach przypatrujący się golaskom wymieniali pełne zachwytu uwagi na temat wiejskich piękności, oceniając je i dyskutując z innymi oglądającymi na temat wyboru ogólnej faworytki.

Spośród dam przy stolach żadna nie okazała fochów wobec męskiej słabości do kobiecego naturalnego piękna. Wszak były arystokratkami.

 

Kochający Cię

Fan Krótkich Opowiadań

 

 

Oniemiałam!

List, a właściwie opowieść, przeczytałam trzy razy. Zmieniłam buty na domowe, umyłam ręce i przeczytałam jeszcze raz.

Zamyśliłam się, a po kwadransie zadzwoniłam do Laury.

Nie odebrała.

David przyszedł nawet wcześniej niż zwykle. Rzucił „Hello!”, zawadził wzrokiem o stolik, a potem razem zjedliśmy kolację. Rozmowa, którą przy posiłku prowadziliśmy, w zasadzie nie wykraczała poza zdawkowe ramy, ale pod koniec napomknął, że „z tym dowcipnisiem już wie, jak sobie poradzić”. Patrzył mi przy tym prosto w oczy.

Ha! Dawno tak się nie wiłam pod jego spojrzeniem, które krasił drwiący uśmiech.

Cóż, była to jakaś odmiana, może nawet zamierzona. Przecież było jasne, że chodziło mi o to, by David domyślił się we mnie autorki słanych mu nowelek. Jednak teraz, gdy to najwyraźniej nastąpiło, zorientowałam się ze strachem, że jestem na to zupełnie nieprzygotowana.

Jak reagować?

Mam pisać dalej? Może przestać?

A jak pisać, to nawiązywać do jego korespondencji, czy udawać głupią?

Z tym nawiązywaniem, to już nie zadziałało, bo jutro on odbierze coś, co wysłałam przed przeczytaniem dzisiejszego listu.

„Lauro, przyjaciółko, dlaczego nie odebrałaś telefonu!”

Gdy kładłam się spać, byłam na etapie nerwowej rozsypki. Dlatego w piątek, gdy Royal Mail transportowała zaadresowaną do Davida kopertę do naszego mieszkania, w południe wywiesiłam na drzwiach świeżo wyremontowanego sklepiku kartkę „Otwarcie o 2 pm” i podjechałam do wiktoriańskiego gmachu Crown Street Library w Darlington. W wejściu powitało mnie wysokie popiersie, ale kamienna twarz fundatora, którym wg podpisu był Edward Pease, nie chciała ze mną rozmawiać. Laura też; udawała, że jest zajęta obowiązkami, ale udało mi się ją zmusić, by wycedziła, że przerwę ma od pierwszej do drugiej pm.

Musiałam poczekać. Czas wykorzystałam na to, by kupić nam coś, co zastąpi lunch.

O pierwszej chciała wyjść do otwartej jakoby niedawno w pobliżu francuskiej pattiserie, ale twardo wcisnęłam w jej rękę pudełko z kanapką i kazałam usiąść. Nie miałam ochoty krzyczeć na nią publicznie.

– Mów, zdrajczyni! – wysyczałam. – Skąd David wie?

Popatrzyła na mnie z bezczelną obojętnością.

– A co, myślałaś, że jest głupi? Ty chyba rozum straciłaś, sądząc, że taki facet jak David miesiącami będzie sobie czytywał prowokacyjne liściki i nie uruchomi szarych komórek. Przecież masz inteligentnego męża! Dodał dwa do dwóch, wyeliminował to, co niemożliwe, i zostałaś mu ty. Wcześniej czy później musiał do ciebie dojść.

– Ale… Ale już? Tak szybko?…

– To chyba dobrze, nie? Wolałabyś, gdyby okazał się jełopem?

Wypuściłam nadmiar powietrza i zadałam zjadliwe pytanie:

– Pomogłaś mu?

– Ja??? – odparła nieszczerze.

Wszystko było jasne. Nie byłam tylko pewna, czy straciłam przyjaciółkę i czy przez to odzyskam męża.

– Co proponujesz?

– Ja? – Tym razem brzmiało to szczerze. – Twój pomysł, twój mąż, twoje małpy i twoje zoo.

– Ooo, nie tylko mój pomysł. Nie zostawisz mnie tak! Wiesz, co mi przysłał?

– Skąd!

Znów wyczułam nieszczerość. Aż się zagotowałam.

– Wal się!!! Wiem, że wiesz. Może nawet sama mu to podpowiedziałaś…

– Przysięgam, że nie!

– Nieważne! Podsuwaj mu te opowiastki, skoro cię to bawi. Ale przypominam, że mnie swej mądrości szczędziłaś. Dalej! Od teraz weź się do galopu, albo koniec z przyjaźnią. Co mam mu odpisać?!

– Pokaż.

– Co niby?

– To, co ci przysłał.

Wyciągnęła rękę, a ja wyszperałam w torebce maszynopis Davida.

Przeleciała go wzrokiem.

– Dobra. Pomyślę. Spotkamy się na niedzielnej herbatce?

Co za bezczelna zołza!

– Nie!

Wyszłam. Chciałam trzasnąć drzwiami, ale miały spowalniacz, który to uniemożliwił. Pieprzona technika!

 

Zanim nastało niedzielne popołudnie, była sobota. A w sobotę David wziął mnie do Darlington Civic Theatre na Piotrusia Pana. Była to całkiem miła odmiana i przypomniały mi się narzeczeńskie randki.

Laurze powiedziałam „Nie!” nie tylko w złości, ale dlatego, że wyliczyłam sobie, że nie mogę słać liścików co tydzień, jak dotąd. Mój odbierze David w piątek. Zanim się zbierze i odpisze, będzie – jak to potwierdził odpowiedzią na Pietrasanta – czwartek. Ja będę miała czas do środy.

Więc będziemy sobie pisywać co dwa tygodnie.

No i dobrze. Poprzednie tempo przyprawiało o niepotrzebną nerwowość.

Teraz poczekam na drugi maszynopis od Davida.

 

Każdą wolną chwilę spędzałam w bibliotekach, jak nie w Darlington, to w Middlesbrough. Zwykle ograniczały mnie godziny otwarcia – tylko samoobsługowa Rainbow Community bywała w tygodniu czynna wieczorami i ona jedyna w soboty i niedziele do czwartej po południu. Tak więc czytałam, szukałam i… niewiele znajdowałam.

Jak zresztą uprzedziła mnie Laura.

Pieprzona Laura…

Cały czas myślałam, co mi David odpowie, ale w czwartek listu do mnie nie było. W piątek też.

Tak się nań nastawiałam, że byłam zawiedziona. David chyba też.

 

W niedzielę przełamałam się i odwiedziłam Laurę.

– No co? – zapytałam zaczepnym tonem. – Myślicie, że to koniec? Czy też może chcesz na mnie zwalić całą robotę?

Laura, dowiedziawszy się, że David na mój ostatni list nie odpowiedział, miała nietęgą minę. Potem zaczęła mnie – sama nie wiedziałam – pocieszać czy przekonywać, że nic się nie stało.

– Pisz dalej. Możesz co najwyżej wyrazić niepokój, dlaczego nie kontynuuje.

– Ale co!? No dalej! Zaproponuj coś, jak jesteś taka mądra.

Otworzyła notes.

– Może coś takiego:

 

 

Natura jest niesamowita!

Miliardy organizmów, w nich miliardy miliardów komórek. Niemal nieskończona liczba mutacji w każdej sekundzie.

Ewolucja patrzy na każdą z nich i czeka na kolejny cud.

Tak też było na skraju lasu obok małego miasta – tuż przy ścieżce, którą jego mieszkańcy w weekendy jeździli na rowerach.

Pojedyncze nasiono mniszka lekarskiego leżało w wilgotnej ziemi. Dokładnie w momencie podziału pierwszej komórki zarodka grupa fotonów gamma przedarła się przez jonosferę i huknęła w podwójną helisę DNA.

Zasady rozprysły się we wszystkie strony. Polimeraza w panice poskładała je z powrotem. W zupełnie innej kolejności.

Nikt nic nie zauważył. W lesie dalej ćwierkały ptaki.

A zarodek dzielił się dalej, nieświadomy wagi mutacji, która znalazła się w każdej nowej komórce mniszka.

Dopiero dwa miesiące później, w sobotę – kiedy pierwszy żółty kwiat się rozwinął – okazało się, że zapach tego konkretnego mniszka jest czymś naprawdę wyjątkowym.

Pierwsza była młoda kobieta. Jechała ścieżką, ciesząc się porannym treningiem. Nagle poziom libido wystrzelił w kosmos. W kilka sekund całe jej ciało zrobiło się niezwykle wrażliwe. Westchnęła głęboko i zdziwiona zwolniła. Każda nierówność ścieżki stała się przyjemnością. Odruchowo wygięła się, wypinając pośladki.

Gdy wstrząsy trafiły prosto w najwrażliwsze miejsce, głośno jęknęła.

Przestraszona, rozejrzała się.

Z trudem utrzymała kierownicę. Przygryzając wargę, mocniej przywarła do siodełka. Trzydzieści metrów dalej, w nagłej kulminacji przyjemności wjechała w krzaki.

Drugi był mężczyzna w średnim wieku. Kiedy zapach mniszka dotarł do jego płuc, spodenki napięły się niemal natychmiast. Z trudem powstrzymał rękę. Z pobliskiej budki telefonicznej połączył się z żoną. Słowa brzmiały jak rozkazy. Po każdym z nich głos w słuchawce był coraz bardziej zdziwiony. Kiedy wspomniał o sznurze do prania, żona zamilkła na dłuższą chwilę.

W końcu w jej posłusznej odpowiedzi mężczyzna usłyszał dokładnie ten ton, jakiego oczekiwał.

W drodze do domu nieświadomie pobił rekord szybkości trasy.

Trzecia była para studentek ostatniego roku. Przyjaciółki zatrzymały się, żeby napić się wody.

Tuż przy kwiatku.

Na chwilę zamarły, po czym butelki upadły na ziemię. Dziewczyny wpiły się w siebie z namiętnością, jaką żadna z nich nigdy nie obdarowała swojego chłopaka. Wyplątały się z rowerów i padły na trawę. Tarzały się, a stukot kasków spłoszył ptaki z pobliskich drzew.

W końcu zrozumiały, że takiego pragnienia nie ugasi żaden pocałunek. Odważniejsza obróciła się. Dwie pary sportowych szortów niemal jednocześnie zsunęły się do kolan.

Leżąc na boku, przywarły do siebie. Nie spodziewały się, jak trudne jest jednoczesne jedzenie i bycie daniem. Biodra niewprawnie szukały rytmu i do reszty miażdżyły rośliny.

Brak umiejętności nadrobiły zapałem i w końcu dwa ciała niemal jednocześnie wygięły się w łuk.

Z zawstydzonymi uśmiechami pojechały dalej, zostawiając za sobą wygniecioną trawę i wyrwanego z korzeniami mniszka.

Ewolucja pokiwała smutno głową. Ten cud okazał się zbyt niebezpieczny.

 

A na koniec dopisz:

 

Mam nadzieję, Davidzie, że następne porcja fotonów od Ciebie dotrze do Ziemi niebawem.

 

 

– Trochę bzdurne. I niepokoi mnie ten sznur. Takie praktyki mnie nie podniecają. Ale dobra! Dziękuję. Teraz to przepisz.

– Właściwie po co? Przecież już nie musisz się kryć.

Miała rację! Dlaczego sama na to nie wpadłam?

– Fakt! I nie muszę wysyłać liścików pocztą. Równie dobrze mogę je sama podkładać na stolik w hallu.

Więc przepisałam to sama. Opowieść o kwiatku położyłam tradycyjnie w piątek na stoliku. Tyle że w niezaklejonej kopercie.

Znów się spotykamy, Drogi Czytelniku.

Naprawdę już przeczytałeś? A może przewinąłeś, by sprawdzić, czy nadal tu jesteśmy?

Cóż możemy powiedzieć? Wspólne pisanie było dla nas wyzwaniem. Wymagało przerwania nie tylko żeglugi po księżycowym Morzu Spokoju, liczenia ziaren piasku na Saharze, szabrowania działu ksiąg zakazanych Watykanu, ale nawet pieczenia bułek paryskich i nauki języka Moliera!

O czym to my…

A, opowiadanie! Tak. Autorzy wrzucili do puli 46 miniaturek, ale 14, podobnie jak stało się to z niektórymi listami Deborah, gdzieś zaginęło. Na szczęście te najlepsze udało nam się złapać, nim odleciały niesione wiatrem lub zostały pożarte przez psa. Prace nad całością trwały prawie cztery miesiące! Cztery! Niektórzy się ociągali, inni w pocie czoła wytężali zwoje mózgowe, jeszcze inni biegali po boisku i ćwiczyli strzelanie goli. Jak oceniasz naszą pracę? Dobrze? Źle?

Mamy nadzieję, że się z nami podzielisz swoją opinią.

Kolektyw autorski:

Androidka, Dario, Tomp, Unstableimagination.

 

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

No cały jammer niewierzący, że ten kwartet wyjdzie jeszcze wyżej. Oj jakim ty jammerze małym człowieczkiem jesteś! Dałeś im wysokość, a dostałeś teraz gest „Kozakiewicza”. Nie wstydź ci za tamten komentarz!? Oj , nie podniosą poprzeczki. Utrzymają w promocji – wieszczyłeś. PODNIEŚLI., a Tobie głupio. Przeproś, No przepraszam – na tyle mnie stać.
Jeżeli tamto było na ocenę celujący, to to…. Nie mi się wypowiadać, takiemu małemu żuczkowi. Nauczony (ucz się jammer), że pierwszy epizod to typowe „walnięcie”, a potem to idzie, albo nad, albo pod kreską, ja głupek…
Mamy Tompie „Serbski Reportaż”, którymi obaj się zachwycamy, ale to inny kaliber (jak byś zebrał dobry team , to stratujesz z w tej kategorii i nie wiem…).
Czytałem dwa razy i tylko jeden mam dylemat (nie uwagę) owo „quiche lorraine” – kurczę, ale obce wstawki inaczej zapisuję (kursywą), albo tłumaczę w nawiasie. Podejrzewam, że ta forma jest właściwa/dopuszczalna, czepiam się, ale już tak mam.
Nie jestem uważnym Czytelnikiem, być może jest coś podobnego (w co wątpię), gdyż nie porównuje bitew/pojedynków (zawsze zastanawiam się jaki to ma sens), jeden wyraz , stwierdzenie i do porównania godne dzieła, każde napisane w innym stylu), ale Tompie ( Ty trzymasz ten team), czapki z głów.
Może ja , taki drobny pisarczyk już nic nie powiem , bo rzucałem gromami, że jak…
Niech owa historia trwa, a chciałbym , żeby trwała najdłużej.
Wyrazy szacunku dla Szanownych Autorów.
Pozdrawiam.

Okrywam się pąsem jak dziewica pod wpływem komplementów. Taka niedzisiejsza i z ludu, bo te współczesne… 😉
Co do quiche lorraine, to jest to normalnie stosowana w Polsce nazwa dania. Coś jak pizza, ragout, kebab, sushi, fondue, paella czy tortilla, których to nazw też nie tłumaczysz w menu ani w żadnym innym tekście.
https://www.youtube.com/watch?v=V9AM2qUxWJg
https://aniagotuje.pl/przepis/quiche-lorraine
+ kilkanaście innych przepisów w internecie. Ja to znam od czterdziestu lat pod tą właśnie nazwą. Nigdy nie spotkałem się z praktycznym użyciem dosłownego tłumaczenia „placek lotaryński”.
O wyróżnieniach w tekście (jako że chciałbyś, by quiche lorraine pisać kursywą) prześlę mejla.

W poprzedniej części opowiastki stanowiły centralną zagadkę, ale były dawkowane oszczędnie. W tej przeciążają nieco tekst, czyniąc go trudniejszym w lekturze.

Jedne opowiastki lepsze, drugie gorsze. Centralny koncept natomiast jest bardzo ciekawy i za niego należą się gronu autorskiemu gratulacje.

Szkoda tylko, że raczej nie poznamy już losów tajemniczej Deborah Mills.

Leave a Comment