Kupidyn z Middleton St George I (Androidka, Dario, Tomp, Unstableimagination)  4.87/5 (10)

19 min. czytania

Ilustracja: Unstableimagination

Ten stresujący remont zaczął się w zeszły poniedziałek. Na pięciuset stopach kwadratowych z pomocą kilku ludzi upchnęłam wszystkie regały i część towarów. Z całego sklepiku pozostał tylko handel tytoniem i część pocztowa. No i pomieszczenie biurowe, mój jedyny azyl. Na – jak obiecywał Robbie – „tylko” trzy tygodnie. Przed jego ekipą wyburzeniowo-remontową postawiłam ambitne zadanie: ze starych murów po przejściach wykrzesać coś na kształt sklepu z końca XX wieku.

Na razie budowlańcy zaczęli od burzenia mi spokoju.

W środę szef ekipy pojawił się u mnie w zapylonym kombinezonie z jakimiś szpargałami w ręku.

– Zobacz, kochana, co my znaleźli.

Położył mi na biurku trzy ledwie otrzepane z kurzu koperty.

– Co ty za śmieci mi tu przynosisz! Zabieraj się z tym do diabła!

– To listy. Na mój rozum niedoręczone.

– Może to i były listy. Kiedyś. Teraz to śmieci poza systemem poczty. Nie widzisz, że brak im znaczków?

Pewnie, że widział. Jakiemuś filateliście od siedmiu boleści się spodobały i wyciął. Poza tym koperty były całe, znaczy – nie rozcięte ani nie rozklejone, co najwyżej poszarpane przez remontowców. Najwyraźniej nie adresat wyciął z nich znaczki.

– To co mam z tym zrobić, kochana?

– A idź mi z tym w długą! Ja tego nie widziałam.

Nie poszedł. Położył mi to na moim dotąd czystym biurku i oświadczył:

– Może będzie tego więcej. Jak Ben nie zahaczy i nie wyciągnie wszystkiego, będziemy musieli chyba kuć mur.

– Gdzie?

– W ścianie nośnej. Tam jest kanał wentylacyjny.

Zeszłam do tego, co kilka dni temu było magazynem podręcznym, a dwadzieścia lat temu rozdzielnią przesyłek pocztowych, i kazałam sobie pokazać.

– Poniżej, czy powyżej?

– Poniżej.

– A czy ten kanał nie zaczyna się w piwnicy?

Udaliśmy się na dół. Prąd był już odłączony, więc Robbie świecił sobie latarką. Ja szłam prawie na ślepo. W końcu znam te pomieszczenia od dziecka.

– To chyba tu. – Kręgiem światła wskazał na jakiś metalowy element w ścianie.

– A próbowaliście przepchnąć te śmieci z góry na dół? Albo z dołu do góry? Jezu, czy ja muszę ci takie rzeczy podpowiadać!? Kogo ja zatrudniłam!? Dupę wołową czy fachowca?

Zostawiłam go, gdy zdjąwszy czapkę, drapał się po głowie.

Efekt był taki, że po godzinie przyszedł do mnie ponownie.

 – Miałaś rację, kochana. Wyciągnęlim wszystko przez otwór w piwnicy.

Wręczył mi kupę śmiecia, a w niej kolejne trzy koperty bez znaczków. Jeszcze brudniejsze niż tamte, ale mniej porozdzierane.

Gdy wrócił do swoich, wyszłam na podwórko i wytrzepałam z tej makulatury tyle kurzu i jakichś czarnych tłustych paprochów, ile się dało. Wszystko poza kopertami, które dołożyłam do tamtych, wywaliłam do Robertowego pojemnika na gruz.

Wbrew mocnym słowom poczucie obowiązku trzech pokoleń pracowników Royal Mail nie pozwoliło mi wyrzucić czyichś listów do śmieci. Zostały wysłane jako listy i wiele wskazywało, że ktoś kiedyś postąpił z nimi niewłaściwie. I ja za tego kogoś nie dość, że będę musiała zrobić robotę, to jeszcze przyjdzie mi świecić oczami. Jak zawsze

Cóż, sama chciałam zostać sprzedawcą i urzędnikiem pocztowym w jednym. A życie zmusiło mnie do pracy na podwójnym etacie: kobiety w domu i mężczyzny w pracy.

„To już cztery w jednym” – pomyślałam bez dalszej refleksji.

O dziwo, wszystkie te niedoręczone już nie-listy miały tego samego adresata.

 

Mr Oscar Mills

12 Middleton Lane
Middleton St George
DARLINGTON DL2 1DL
UNITED KINGDOM

 

Czyli tu, nawet blisko.

Gdy zegarek wskazał siedemnastą, upewniłam się, że te lenie od Roberta już wyszły, przekręciłam wywieszkę z napisem „OTWARTE” na „Czynne od 9 am. do 5 pm. Na czas remontu tylko poczta i tabak”, zamknęłam główne drzwi i poszłam na Middleton Lane.

Pod dwunastym na drzwiach była wizytówka z nazwiskiem „Cynthia Norman”. Zadzwoniłam.

Z Oscarem Millsem Cynthia miała tyle wspólnego, że z mężem odkupili od niego ten dom. Dawno, w 1975 roku. Od tego czasu Cynthia zdążyła się rozwieść i w ramach podziału majątku stała się właścicielem nieruchomości. Po kilku minutach zanotowałam adres w Middlesbrough, który były właściciel podał do korespondencji.

Wiedziałam, że jeśli chcę spać spokojnie, muszę tam dotrzeć. Pieprzona solidność Myerów!

Middlesbrough odwiedziłam w weekend. Wizyta była zapowiedziana; wyjawiłam powód swojego przyjazdu, a przez telefon zapewniono mnie, że „kochany dziadunio” wciąż żyje i chętnie mnie przyjmie. „Sama pani rozumie, w tym wieku każdy gość to święto”.

Mr Mills miał 86 lat.

Fakt dostarczenia starych listów w takich okolicznościach stał się sensacją. Po przedstawieniu i serdecznym przywitaniu zostałam ugoszczona herbatą i ciastem. Wręczenie adresatowi sześciu sfatygowanych kopert Barbara uwieczniła na zdjęciach „do kroniki rodzinnej”.

Zaraz potem na jej prośbę z pierwszej lepszej z nich wyjęłam list i odczytałam. Na głos, bo gospodyni nadal trzaskała zdjęcia, a „kochany dziadunio” niewiele widział. Zwyrodnienie plamki żółtej, jak się dowiedziałam.

 

 

Shiraz, October 6, 1956

 

 „Jejku! Jeszcze nie było mnie wtedy na świecie!” – pomyślałam, odczytawszy datę.

 

Drogi Oscarze,

dziś piszę do Ciebie z dalekiej Persji. Żeby Ci nie było smutno, że nie możesz mi towarzyszyć, nie opisuję wspaniałej architektury ani potraw, które, choć dalekie od moich przyzwyczajeń, są wyśmienite. Przekażę Ci tylko, co usłyszałam od lokalnego przewodnika. Przysiedliśmy wtedy z Henrym i Susan na niepozornym murku Starego Miasta, by nieco odpocząć, i wtedy to powiedział:

Tutaj w pogodne wieczory wysiadują starcy. Zwykle wspominają stare czasy i jeden drugiemu opowiada z przejęciem o stoczonych walkach i usieczonych niewiernych, których liczba jest zawsze większa od wymienionej przez poprzednika. Chwalą się bukłakami wina w piwnicach swoich domów i pithoi z ziarnem zakopanymi w ogrodach, a liczba ich rośnie z każdym opowiadającym.

Ale jest taka czarowna pora roku, gdy żniwa pszenicy już się zakończyły, a granaty i winne grona do zbiorów jeszcze nie dojrzały. Słońce wtedy wciąż mocno przygrzewa, ale już nie pali, a z otwartych okien haremów dobiegają głosy kobiet: Och!, Tak!, Aaaa!…

Starcy wtedy milkną, gdyż odżywają w nich wspomnienia chwil, gdy i oni takie okrzyki wydobywali z ust swoich żon.

Czują się szczęśliwi.

 

Ta opowieść bardziej mi przybliżyła istotę islamu niż arabeski, rzeźbione kolumny i wszystkie cuda meczetów. Wróciły wspomnienia, gdy sama takie okrzyki wydawałam pieszczona przez Ciebie. Wciąż hołubię w sobie nadzieję, że jeszcze je kiedyś wywołasz.

 

 Z wyrazami miłości

Twoja Deborah

 

 

Wbiłam wzrok w talerzyk, ale resztki biszkoptu nie zmieniły się w pilaw. Czyżbym i ja poddała się nastrojowej opowieści perskiego przewodnika?

„Shiraz”… Piłam kiedyś wino o tej nazwie. Kojarzy mi się z Davidem… Z jakąś randką, bo po ślubie chyba nie; od dawna nigdzie razem nie wychodzimy. Jest taki, jak mówi, zapracowany…

– Dziadku, ależ babcia musiała cię kochać! Na pewno byłeś z nią bardzo szczęśliwy – przerwała moje dumania Barbara.

Twarz starszego pana wskazywała, że miała rację. Nigdy nie widziałam takiego wyrazu zachwytu. Ciche wspomnienie kochanej kobiety wyprostowało zmarszczki. A może uczyniło je nieistotnymi?

– Proszę, niech pani czyta dalej – poprosił mnie senior po chwili ciszy.

– Ale… Ja nie wiem, czy powinnam…W listach od żony są, zdaje się, intymne wyznania, a ja, obca osoba…

– Proszę się nie przejmować. Minęło tyle czasu, nasza miłość przetrwała w bladych wspomnieniach, które pani właśnie ożywiła. Któż bardziej nadaje się na lektora, niż archeolog, który te wspomnienia odkopał spod gruzów zapomnienia?

Mr Mills nawet nie wiedział, że mówiąc o gruzach, jest bliższy prawdy, niż mu się zdaje. Popatrzyłam na Barbarę, a złowiwszy jej zachęcające kiwanie głową, wyciągnęłam ze strzępów kolejnej koperty następny list z przeszłości.

 

 

Katmandu, November 10, 1956

Drogi Oscarze,

 […]

 

Po kilku akapitach sprawozdania z ostatnio odbytego etapu podróży, które przeczytałam obojętnym głosem, przeszłam do intymnego zakończenia, po którym spodziewałam się kolejnego daru żoninego ciepła.

I tak też było, choć początkowo wyglądało, że moje oczekiwania się nie sprawdzą.

 

W Katmandu mówią, że zimą Himalaje są niezwyciężone. W istocie; mało jest ludzi, którzy uszli cało z ich lodowych uścisków, z oślepiających śnieżnych połaci, ze szczelin zdradliwych.

Od starego Szerpy słyszałam, że w samym środku zimowej zawieruchy pomiędzy białymi szczytami Katenga i Tobuche otwiera się zielona dolina Khumbu, w której zawsze świeci gorące słońce, kwitną kolorowe kwiaty, a środkiem płynie szemrzący wesoło strumyk. Pewien wędrowiec zatrzymał się, by się zeń napić, gdy ujrzał piękną nagą dziewczynę. Skinęła nań i uśmiechem zaprosiła, by udał się za nią. Szli, a on obserwował jej powabne pośladki i wyobrażał sobie, co zrobią razem, gdy dotrą tam, dokąd go prowadzi. Rozmarzył się, myśląc o ustach gorących, o piersiach jędrnych, o brzuchu grzejącym go w miłosnym złączeniu.

Zrobiło mu się ciepło i częściowo z tego powodu, a częściowo z niecierpliwości, począł się rozbierać.

Gdy już był w samej bieliźnie, dziewczyna stanęła i odwróciła się doń przodem, a była dokładnie taka, jaką sobie wyobraził. Jej gorące kształty wabiły, więc by ją posiąść, zrzucił resztę odzienia i przywarł do kobiecego ciała w miłosnej żądzy.

Latem, gdy mrozy w dolinie Khumbu zelżały, grupa podróżników znalazła ciało tego wędrowca wmarznięte w wieczne lody południowo-zachodnich zboczy Nuptse. Było nagie.

Szerpa, który mi o tym opowiadał, przekonywał, że to była dobra śmierć. Wypowiadał się o niej z taką miłosną nostalgią, jakby myślał o ostatniej kochance.

 

Kochany Oscarze, jakże mi Cię brak! Marzę o cieple Twego ciała tu, w zimnym i śnieżnym Nepalu, i tylko to wspomnienie mnie rozgrzewa.

 

Trzymaj się ciepło

Twoja Deborah

 

 

Czego miałam oczekiwać po liście o zimie w Himalajach? Niby powinnam poczuć mróz ośnieżonych najwyższych gór świata, a poczułam ciepło. Wrażenie to było tak nagłe i sugestywne, że przesunęłam suwak sweterka o trzy cale w dół.

Wnuczka wymieniła z dziadkiem kilka zdań na temat tamtej podróży babci, po czym zaproponowała, by dalsze listy czytać w kolejności.

– Będziemy mogli wspólnie towarzyszyć babci Deborah w wyprawie – stwierdziła, a Mr Mills przytaknął.

– Może przyniosła pani jej ostatni list – wyjaśnił. – Któż wie? Wciąż nie mamy pewności, co się z nią stało. Pułkownik Kettley z żoną, którzy namówili ją na podróż dookoła świata, nie przedstawili przekonującego powodu, dla którego moja żona nie wróciła. Wciąż się zastanawiamy, co naprawdę się jej przytrafiło.

Wyjęłam zatem pozostałe cztery listy z kopert i ułożyłam według dat. Potem odczytałam najstarszy.

 

 

Stuttgart, February 2, 1956

Drogi Oscarze,

 […]

W zeszłym tygodniu przejeżdżaliśmy przez Weinsberg, ale dopiero wczoraj Kettley opowiedział mi, że z tą miejscowością wiąże się legenda. Przy czym drogi Henry zaprzysięgał się, że to historyczna prawda.

Sam ocenisz, że piękna.

Twierdził, że w XII wieku tron po zmarłym cesarzu objął Konrad z rodu Staufów. Księciu z rodu Welfów to się nie spodobało i wszczął bunt. Z początku szło mu nieźle, ale gdy Konrad zyskał sojuszników, rycerze Welfów, znalazłszy się w mniejszości, schronili się z rodzinami do zamku Weinsberg. Wkrótce nowy cesarz wraz ze swoimi rozpoczął oblężenie.

Próba odsieczy przedsięwzięta przez zbuntowanego księcia spełzła na niczym. Jego wojska zostały rozgromione w walnej bitwie.

Załoga Weinsbergu broniła się krótko i rozpaczliwie. W obliczu nieuchronnej klęski wszczęto pertraktacje z oblegającymi. Ponieważ cesarz Konrad nie chciał rozpoczynać panowania od rzezi całych rodzin, zgodził się, by dzieci do lat 7 oraz kobiety i dziewczęta opuściły zamek z takim dobytkiem, jaki zdołają wynieść. Uzgodniono, że Weinsberg otworzy bramy o świcie po święcie Trzech Króli, a wszystko, co po południu zostanie w zamku, będzie należało do zwycięzców.

Gdy słońce wstało i jego zimowe promienie przebiły się przez poranne mroźne mgły, rycerze cesarza i sprzymierzonego z nim księcia Fryderyka zobaczyli, jak brama się otwiera i wychodzą przez nią…

Jedna za drugą…

Ale nie same. Na plecach niosą swoich mężów i braci.

Żaden z cesarskich nie pomyślał, że dla kobiet z Weinsbergu najcenniejszym dobytkiem okażą się mężczyźni.

Kroniki zapisały, że wszystkim obrońcom zamku zezwolono na odejście. Cesarz Konrad dotrzymał danego słowa.

 

Z Henrym zgodziliśmy się, że dawniejsi Niemcy byli jednak inni. On sugerował, że i nas, współczesnych angielskich kobiet, nie byłoby na to stać. Co za potwarz! Obie z Susan byłyśmy oburzone!

Możesz być mnie pewien, Oscarze. Na pewno cenię Cię nad wszystkie klejnoty! Jednak dbaj o siebie, bo kobiece siły są, jak wiesz, ograniczone. Wolałabym, gdybyś wydobrzał do reszty i nie wystawiał na trudną próbę moich pleców.

 

Kuruj się, kochanie,

Twoja Deborah

 

 

Jakżeż ona kochała swego męża!

Poczułam smutek, że te piękne słowa dotarły do adresata po takiej zwłoce. Ale i radość, że dzięki mnie nie zginęły wśród śmieci.

„Spóźniony listonosz miłości”… Mama, gdy jej o tym opowiem, będzie ze mnie dumna.

– Dziadek wtedy długo słabował, co było przyczyną pozostania w domu, a krótko przed wyjazdem babci nawet leżał w szpitalu – wyjaśniła Barbara.

Wzięłam do ręki kolejny list.

 

 

Carcassonne, March 9, 1956

Drogi Oscarze,

 […]

Kolejny przewodnik. Ależ ci Francuzi są frywolni! Sam zresztą oceń, bo taką historię nam opowiedział:

Piąty tydzień oblężenia. Karczma obsługiwała już tylko mężczyzn pod bronią. Konina skończyła się kilka dni temu, a ostatnie cebule nadawały serwowanej kaszy symboliczny smak.

Córka karczmarki roznosiła wino biegiem. To też się kończyło. Dziś żołnierze pili więcej niż zwykle, zupełnie jakby chcieli pozbyć się resztek marnego żołdu. Nieważne jednak ile wypili – podkrążone oczy pozostawały bez życia.

W końcu Lisette podsłuchała, że rano ma się odbyć szturm. Nikt nie miał złudzeń – oblegający słynęli z braku litości zarówno dla walczących, jak i dla mieszkańców.

Kiedy zapadła noc, dziewczyna nie mogła zasnąć. Dopiero niedawno stała się kobietą. Czy naprawdę jutro musi umrzeć, nigdy nie zaznawszy mężczyzny?

Wstała i w samej chemisie otwarła tylne drzwi. Ciemne uliczki wypełniała zimna mgła. Drżąc, cofnęła się. Na dnie beczki ostała się resztka wina. Zaczerpnęła kubek i opróżniła go duszkiem. Włożyła kożuszek bez rękawów, poprawiła włosy i wyszła.

Zanim wspięła się na mury, jej ręce przestały się trząść. Kiedy doszła do pierwszej bartyzany, na jej twarzy pojawił się uśmiech.

Zziębnięty strażnik w brudnym skórzanym kaftanie opierał się o krenelaż. Na widok zamglonej sylwetki natychmiast wycelował w nią muszkiet. Z każdym krokiem Lisette mocniej wytrzeszczał oczy.

Palcem przesunęła lufę, zbliżyła się i poprawiła mu krzywy kołnierz. Stanęła na palcach i pocałowała zarośniętą twarz.

Muszkiet z trzaskiem uderzył w bruk.

Męskie dłonie objęły ją chciwie. Smak ust młodego żołnierza burzył krew w żyłach bardziej niż wino. Lisette pomyślała, że jej pomysł był dobry.

Martwe dotąd męskie oczy zapłonęły w ciemności.

Z ukłuciem bólu oddała mu swoje dziewictwo. W zamian nie dostała zbyt wiele. Szybko opadł z sił i tylko gapił się, dotykając jej twarzy, jakby sprawdzał, czy jest prawdziwa.

Kobieta wiele razy słyszała, że pierwszy raz nie jest najlepszy, ruszyła więc w kierunku drugiej bartyzany.

I rzeczywiście. Następny strażnik był równie zdziwiony, ale o wiele dłużej przeszywał ją miłym gorącem.

Pasma mgły przesuwały się leniwie nad murami obleganego miasta, to ukrywając, to odsłaniając kobiecą postać w koszuli i kożuszku przemykającą od wieżyczki do wieżyczki.

I czy każdy kolejny strażnik był bardziej doświadczonym kochankiem, czy wino było tak dobre, dość że młoda kobieta, zanim obeszła całe miasto, doświadczyła pełni rozkoszy wiele razy.

Szczęśliwa, choć poobcierana na dole wróciła do swojego pomieszczenia na stryszku karczmy równo ze świtem.

Gdy słońce wzeszło, rozpoczął się atak.

Oblegający rzucili do szturmu wszystkie siły. Być może spodziewali się łatwego zwycięstwa nad osłabionymi głodem wojakami. Tego dnia jednak obrońcy Carcassonne stali na murach jak na defiladzie. Skórzane kaftany zapięte pod szyję, na nich białe krzyże. Żaden nie myślał, jak mało ich jest. W oczach gorzał ogień, jakiego oblegający jeszcze nie widzieli.

Odparli szturm.

Napastnicy ponieśli tak ciężkie straty, że następnego dnia zwinęli obóz i odeszli.

Na dziękczynnej mszy koncelebrowanej w katedrze Lisette słuchała kazania z szerokim uśmiechem. Biskup opowiadał o aniele, który w nocy nawiedził żołnierzy na murach i dał im nadprzyrodzoną siłę.

 

I tak, mój kochany, z każdym etapem podróży natykam się na cudowne opowieści, które Ci przekazuję wraz z moją miłością. Dziś anielską.

Kaftana z białym krzyżem nie musisz zakładać. Wyobrażam sobie ciebie z nim na piersi i to mi wystarczy.

 

 Oddana Ci

Deborah

 

 

Po policzku Mr Millsa pociekła samotna łza. Widząc to i zarazem chcąc przerwać krępującą ciszę, zapobiegliwa Barbara zaproponowała mi kolejną filiżankę herbaty. Chwila jej krzątaniny pozwoliła mi wrócić myślami do tu i teraz. Do Anglii, do roku 1983.

Do mojego Davida.

Ileż bym dała, by zobaczyć na jego policzku taką łzę. Eeech…

Wzięłam w rękę następny złożony na czworo arkusik.

 

 

Agadir, July 5, 1956

Drogi Oscarze,

i tak stanęliśmy u wrót Sahary. Przed nami mnóstwo załatwiania, a to wizy, a to transport, a to przewodnicy. Wczoraj byliśmy u Cooke’a i tam usłyszałam opowieść, którą przekazuję poniżej.

Arabski podróżnik ibn Battuta, który w XIV wieku przemierzył całą zachodnią Afrykę od Tangeru przez Saharę po ocean na południu, opisał swój zachwyt zarówno kulturą Malijczyków, jak i wspaniałością dworu ich sułtana Sulejmana. Podziwiał bogactwo władcy i pobożność całego ludu, bo nikt nie opuszczał modłów w przepisanych islamem porach. Dziwował się mądrości sędziów, którzy byli nieprzekupni i sprawiedliwi. Podkreślał, że nie ma tam kradzieży ani rozbojów, a każdy może zostawić swój dobytek gdziekolwiek i wróciwszy nawet po tygodniach, znaleźć go w stanie nienaruszonym.

Podróżnikowi wszystko w tym kraju się podobało z wyjątkiem jednej rzeczy. Za wielką wadę uznał, że wszystkie służące i wszystkie dziewczyny chodziły tam nago nieosłonięte nawet skrawkiem odzienia. W miesiącu ramadan widywał w Mali mnóstwo gołych kobiet, które chodziły między mężczyznami i przebywały wśród modlących się. Również córki sułtana niczym nie zakrywały swojej nagości.

Cierpiąc z powodu podniet, których nie umiał ukryć, wyjechał i nigdy do Mali nie wrócił.

 

Nie kłopocz się, kochany, do Mali chyba nie dotrzemy. Gdybyś był z nami, to co innego. Męczyłabym wtedy urzędników Cooke’a, by zawieźli cię do tych podniecających Murzynek. Wyobraź sobie te kobiety – jakże naturalnie niewinne i zarazem jakże ekscytujące w swej naiwnej prostocie! Ciekawam, co na ich temat powiedziałby proboszcz Beasley. Może porozmawiasz z nim o tym, Oscarze?

 […]

 Kochająca Cię

Deborah

 

 

Zaczęłam się zastanawiać, czy sama bym Davidowi pozwoliła rozkoszować się takimi widokami. Choć, gdybym była pewna jego miłości, to cóż by mi to przeszkadzało, że sobie poogląda…

A czy mogę być jej pewna?…

Na roztrząsanie własnych dylematów nie miałam czasu, bo Barbara zapytała dziadka ze śmiechem, czy gdy wielebny Humbleton odwiedzi go w przyszłym miesiącu, może liczyć na tę ciekawą indagację, czym wywołała wesołość starszego pana.

Przekomarzali się przez chwilkę, a potem równocześnie zwrócili się w moją stronę, czekając na ostatnią już odkurzoną wiadomość sprzed lat.

 

 

Lagos, September 12, 1956

Drogi Oscarze,

i już jesteśmy za Saharą. Całe szczęście, bo dzięki bliskości oceanu upały pustyni zmieniły się w całkiem przyjemne ciepełko.

Tu, w Lagos, planujemy zatrzymać się na tydzień, dwa. Henry przyznał się, że marzy o polowaniu na lwy i na inne wielkie zwierzęta Afryki. Chce zacząć od króla zwierząt, ale przebąkiwał też o bawole afrykańskim, który jakoby uchodzi za największe wyzwanie. Nie wiedziałam, że polowania są tu pod tak ścisłą kontrolą. Aby nie tracić czasu na zgłębianie, komu, ile i za co należy zapłacić, Henry postanowił wynająć zawodowego myśliwego. Najlepsze wrażenie zrobił na nim jakiś polski arystokrata Sapieha. Spotkaliśmy się z nim i jego miłą małżonką, która – gdy mężczyźni będą polować ­– obwiezie nas po lokalnych ciekawostkach.

Skądinąd podziwiaj mnie, kochanie, bo nauczyłam się wymawiać to dziwne nazwisko! Nawet kreśląc do Ciebie te słowa, musiałam zerknąć na jego wizytówkę, by go nie zniekształcić. Pytany o losy, które go tu przywiodły, wyznał, że sowieci pozbawili go rodzinnych dóbr, a że zawsze lubił myślistwo i zna się na tym, to zarabia tu na życie jako organizator polowań.

Otóż opowiadał on, że w ramach pracy nad jednym ze zleceń jechał w prowadzonym przez pomocnika Land Roverze przez rozpaloną słońcem sawannę, gdy usłyszał ryk i zaraz po nim na pakę wskoczyły mu trzy miejscowe dziewczyny. Powód ich przestrachu objawił się za chwilę: dorodny lwi samiec z kilkorgiem samic.

Polakowi krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach bynajmniej nie z powodu króla zwierząt, a raczej z przyczyny obecności niespodziewanego ładunku. Wszystkie dziewczyny były zgrabniutkie, golutkie i niczego nie zakrywały. Najpierw, wodząc wzrokiem za zostającym z tyłu zagrożeniem, wypięły się doń pośladkami, ukazując kuszące różowością szparki, a potem, już uspokojone, epatowały go sterczącymi piersiami. Wśród chichotów rozprawiały o czymś. Najprawdopodobniej o nim, bo pokazywały nań palcami.

Do wioski nie było niestety daleko i po parominutowej jeździe samochód dotarł do kilku chat krytych trawiastą strzechą. Tu dziewczyny zeskoczyły i zniknęły w jednej z nich. Kobieta, która z niej wyszła, nie była młoda ani naga. Spódniczka z traw zakrywała jej łono, a piersi miała wyschłe i obwisłe.

– Proszę wybaczyć moim córkom – odezwała się do Sapiehy łamaną angielszczyzną. – Nigdy białego cudaka nie widziały i śmiały się, że widać mu zimno, bo cały odzieżą się dogrzewa.

 

Jakżebym chciała dać Ci w zapewne już chłodnej i dżdżystej Anglii choć namiastkę tutejszego słońca i ciepła! Tymczasem mogę Ci tylko polecić twój ulubiony sweter i grzanie się przytoczoną opowiastką, mój ty „biały cudaku”.

 

Z wyrazami miłości

Deborah

 

 

W salonie Barbary zapadła cisza, po której odezwał się Mr Mills:

– Więc to już!…

– Tak, nadal nie wiemy, co stało się z babcią – powiedziała Barbara. A potem zwróciła się do mnie z wyjaśnieniem: – Najnowsza znaleziona przez ciebie korespondencja jest z listopada, z Nepalu. Dziadek dostał jeszcze dwie późniejsze: z Indii i Japonii. Ta ostatnia została wysłana już po rozstaniu z Kettleyami i jest pisana w sposób podobny do tych, które znasz. Nic z niej nie wynika, poza miłością do męża, czyli do dziadka.

– Nie męcz pani, Barbaro. Jestem bardzo wdzięczny, że zechciała pani ocalić te słowa Deborah od zagłady. To było dla mnie ważne.

Z wysiłkiem wstał, by uścisnąć mi rękę, co oznaczało pożegnanie. Spojrzenie na zegarek wykazało, że zasiedziałam się u Barbary i Mr Millsa dłużej niż powinnam. W jedno popołudnie rozmowie z nimi poświęciłam więcej czasu, niż z Davidem w całym tygodniu!

Bo też z nim jakoś przestałam umieć rozmawiać. Jak mam mu okazać miłość, skoro raczej współistniejemy, niż współżyjemy?…

O tym myślałam przez całą drogę powrotną do Middleton St George.

 

W domu czekał mnie, jak to w niedzielę, samotny wieczór. Od dwóch lat tak samo. David relaksował się w pubie beze mnie. Bilard, brydż, strzałki – męskie rozrywki.

Podczas jedzonej w pojedynkę kolacji przywoływałam z pamięci czułości, jakimi Deborah raczyła Oscara, przypominałam sobie łzę wzruszenia na twarzy Mr Millsa. Czy zobaczę kiedyś taką na twarzy mojego męża?

Doszłam do wniosku, że jesteśmy bliżej rozstania niż miłości.

Myślałam o tym cały tydzień. Musiałam komuś się pożalić, a tym kimś mogła być tylko Laura. Umówiłam się z nią na niedzielną herbatkę.

 

Laura była moją przyjaciółką. Starsza ode mnie o kilka lat, romantyczna samotniczka, tyle że niekoniecznie hetero. Pracowała w Crown Street Library, więc była oczytana, stąd zawsze miałam z nią o czym rozmawiać.

– Słuchaj! – odezwałam się tym tonem, który zna każda kobieta, bo oznacza dopuszczenie do osobistych tajemnic. – Znalazłam, właściwie Robert znalazł w jakiejś dziurze mojego sklepu, stare koperty z listami. Najwyraźniej niedoręczone, bo widocznie ktoś kiedyś połakomił się na znaczki; wyciął je, a potem usunął dowody przestępstwa. Ha! Ale trafiło na taką pieprzoną obowiązkową urzędniczkę Royal Mail w trzecim pokoleniu jak ja. A co taka robi? Doręcza! No więc, kochana, doręczyłam.

Tu opisałam Laurze cały zeszłoniedzielne popołudnie u Mr Millsa. Odmalowałam własnymi słowami treść opowieści, którymi raczyła go żona. Podzieliłam się wrażeniem, jakie na nim zrobiły, i myślami, które mi towarzyszyły, gdy widziałam jego łzę spływającą po policzku.

– I wiesz co? Zaczęłam żałować, że nie wyjechałam w podróż dookoła świata, bo mogłabym z niej wysyłać Davidowi takie sentymentalne erotyki. I może gdybym się zawieruszyła gdzieś w krajach Pacyfiku, jemu spłynęłaby choć jedna łza żalu po mnie. A ja patrzyłabym na to z góry i miała satysfakcję.

– I za to chciałabyś oddać życie? – spytała Laura. – Przecież możesz pisać listy i nie umierać!

– Nie bądź głupia! Jak ja mam pisywać do Davida takie opowiastki? O czym? Mam relacjonować, jak Susan od Hartley’ów dyktowała pani Dobberton przepis na indyka? Albo jak nastoletnia latorośl Kittych przyszła do mnie z trzema rozpiętymi guzikami bluzki? Zrobiła to celowo, ale to jeszcze nie erotyka! Davidowi pociekłyby łzy, ale ze śmiechu!

– Ależ pisać możesz totalne fantazje i wcale nie musisz się podpisywać! Na razie. Kiedyś się przyznasz albo nie. Zrobisz, jak zechcesz. Już to widzę:

 

 

Drogi Davidzie!

Mieszkańcy nieprzyjaznych wybrzeży Wysp Celtowych mówią o pięknych dziewczynach, które w niektóre pogodne dni wyłaniają się z morza, zrzucają foczą skórę i nago wygrzewają się na nasłonecznionym skalnym cyplu. Starzy rybacy opowiadają o nich swoim wnukom i twierdzą, że jeśli uda się komuś zabrać takiej skórę i ukryć ją lub zniszczyć, zostanie ona jego kobietą, zadba o dom jak żadna inna, urodzi dzieci i przyniesie szczęście w połowach.

Jednego ze słuchaczy zafrapowała ta legenda i zapamiętał ją. Gdy wyrósł na mężczyznę i pewnego razu wracał swą łodzią do domu, zobaczył sześć nagich dziewcząt opalających się na niedostępnej od lądu skale. Przed nimi, na bazaltowej półce, leżały porzucone focze skóry.

Trzy ruchy wioseł i był przy głazie. Wyciągnął rękę i chwycił jedną z nich.

Pięć dziewcząt poderwało się, zmieniło postać i jako foki zniknęło w wodzie. Szósta stanęła przed rybakiem. Smutnymi oczami wpatrywała się w mężczyznę, który trzymał w rękach jej przepustkę do morskiego domu.

Była piękna.

Oddał jej trzymane futro.

Focze oczy nabrały blasku, dziewczyna przeobraziła się w zwierzę i wskoczyła do topieli.

Mężczyzna ten nigdy swej decyzji nie żałował. Nigdy się nie ożenił, a morze mu darzyło.

Często w połowach towarzyszyła mu foka, której wąsaty i – jak sądził – uśmiechnięty pysk widywał u burty. Wyobrażał sobie, że to ta wybrana, a później uwolniona. Jego niedoszła żona z legendy.

Jego szczęście.

 

 

Patrzyłam na przyjaciółkę oniemiała.

– I podpisz to „Twoja kochana itd.” czy jakoś tak – dopowiedziała Laura.

Gdy odzyskałam zdolność myślenia, spytałam:

– A ty skąd znasz takie coś?

– Z książek.

Popadłam w namysł. A potem, od słowa do słowa, urodziłyśmy całą strategię. Na koniec uzgodniłyśmy, że tajemnicze listy do Davida będą podpisywane:

 

Kochająca Cię

[Ty wiesz]

 

…i umówiłam się, że wpadnę do przyjaciółki z perfumowaną damską papeterią, która od lat tkwiła zapomniana na półce mojego sklepiku, i piórem Watermana mojej matki na prawdziwy, ciekły atrament. Poza bankierami w City i może prawnikami w Sądzie Najwyższym UK nikt już takim czymś nie pisze, więc i atrament kurzył się na jakiejś półeczce. Wszystko po to, by Laura napisała ten tekścik swoją ręką, bo chociaż wcale nie byłam pewna, że mąż rozpozna mój charakter pisma, zawsze istniała taka możliwość.

W środowy wieczór podyktowałam Laurze adres:

 

Mr David Coupper

2 Thorntree Gardens
Middleton St George
DARLINGTON DL2 1LG
UNITED KINGDOM

 

…nakleiłam na kopertę znaczek za 13 pensów i poszłam ją wrzucić do skrzynki pocztowej, która stała zaraz za rogiem Qebec St. Wiedziałam, że w południe następnego dnia pojawi się ambulans i przewiezie mój list 35 mil na północ do sortowni w Tyneside Mail Centre w Gateshead, skąd kolejnego dnia wróci do Middleton, czyli do mnie. Do nas. Do Davida.

„Umiera się tylko raz” – pomyślałam, zanim klapa skrzynki trzasnęła nieodwołalnie, i byłam ciekawa, co wyczytam z twarzy Davida w weekend, bo w piątek powinien to przeczytać. Utarło się, że skoro w zasadzie wszystkie listy są do niego, ja po wejściu do domu odkładałam to, co wpadło przez szczelinę w drzwiach, na blat stolika w hallu.

Tak było i w piątek. Między kopertami z banku, z rachunkami i reklamami była i moja.

Drogi Czytelniku,

widzimy Cię! Nie chowaj się, zajmiemy Ci jeszcze chwilę, nim zjedziesz niżej i może też użyjesz mocy klawiatury, by z nami się porozumieć.

Zapewne dotarłeś tutaj, bo śledzenie spóźnionych o ćwierć wieku relacji z romantycznej podróży Cię zaintrygowało. Musisz jednak wiedzieć, że powstanie tej dziwnej opowieści z elementami epistolarnymi nie jest zasługą jednej osoby (my sami nie mamy pewności, czy wszyscy są osobami). Później powiemy więcej, jak wyglądała nasza współpraca, ale już uprzedzamy, że była dziwna. Bardzo dziwna. Wręcz wyrwana z innego świata. Kierowania pracami naszego zespołu podjął się uparty lider, który również odpowiada za spoiwo między kolejnymi listami stanowiącymi niezależne miniaturowe utwory. Przyjęliśmy zasadę, by Kupidyna z Middleton St George można było czytać na trzy różne sposoby:

– jako fabułę, w której miniatury odgrywają rolę sterującą;

– jako opowieść o kryzysie małżeńskim z pominięciem listów;

– jako zbiór miniaturek z pominięciem fabuły (ciekawe, która spodoba Ci się najbardziej).

W projekcie udział wzięli:

  • Leniwa, ale kreatywna na niestosowne sposoby – Androidka.
  • Wspaniały i majestatyczny – Dario.
  • Przewodzący stadu indywidualistów, będący największym z nich, niezastąpiony ster i okręt projektu – Tomp.
  • Puchaty, brzęczący radośnie trzmiel i specjalista od bycia cudownym – Unstableimagination

Przejdź do kolejnej części: Kupidyn z Middleton St George II

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments
Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Polskie przysłowie brzmi: „Co dwie głowy, to nie jedna”, a tutaj mamy aż czterech autorów. Z dużym zaciekawieniem podszedłem do lektury tej pracy.

Widoczny jest wyraźny wpływ jednego z autorów — Tompa — na konstrukcję fabularną tekstu, która została zrealizowana wzorcowo. To bardzo złożona struktura narracyjna i mam nadzieję, że Czytelnicy będą jej świadomi oraz ją docenią, ponieważ otrzymujemy tekst z bardzo wysokiej półki pod względem narracyjnym. Całość zbudowana jest na trzech poziomach narracji, a żadna ze scen nie istnieje samodzielnie — wszystkie płynnie przechodzą jedna w drugą, tworząc spójną całość.

Po raz pierwszy zdarzyło mi się, aby tekst erotyczny wyszedł poza poziom analizy i wywołał u mnie emocje. Przez dłuższą chwilę siedziałem w ciszy i zastanawiałem się nad jego znaczeniem.

W mojej interpretacji utwór dotyczy komunikacji w związku, ukazanej w wyraźnej konstrukcji opartej na dwóch historiach: Oskara i Deborah oraz narratorki i Dawida. Pierwsza para jest fizycznie od siebie oddzielona, ale emocjonalnie pozostaje bardzo blisko siebie. Każdy list kończy się deklaracją miłości. Druga para natomiast mieszka razem, lecz praktycznie ze sobą nie rozmawia — funkcjonują obok siebie, zamiast tworzyć prawdziwą wspólnotę.

Wbrew powszechnemu przekonaniu to nie odległość fizyczna niszczy związek, lecz brak dialogu. Szczególnie poruszyła mnie symbolika listów — nie są one jedynie zgubioną korespondencją, lecz świadectwem utraconego czasu, niewypowiedzianych uczuć i miłości, która istniała nawet wtedy, gdy list nie został doręczony.

Narratorka staje się w tym ujęciu kimś więcej niż listonoszem. Kim? Na to pytanie każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam.

No to nam ten wybitny kwartet wysmolił pierwszą część znamienitego koncertu. Z niecierpliwością czekam na kolejne, bo pierwsze takty rozbudziły moje zmysły.
Bardzo rzadko spotykam się a tak subtelną i na swój sposób smacznie podaną erotyką. Smacznie! To jest rarytas, perełka, ba diament. Mam tylko jedną prośbę – Trzymajcie ten poziom, a nawet niech on rośnie, choć przy tak wysoko zawieszonej poprzeczce w pierwszej części, ciężko będzie wzbić się Autorom wyżej. Wierzę w to jednak, bo do tego zabrała się czwórka znamienitych osób i aż ciekawi mnie procentowy udział każdego z nich ( a może strategia pracy była inna). W chwili obecnej pokazaliście się jako zgrany fantastyczny zespół (mniemam jednak, że bez burzy mózgów i lekkich zawirowań się pewnie nie obyło). Jesteście indywidualistami, każdy ze sporym dorobkiem, wyrobionym warsztatem (oj widać go, widać), fabularnym zmysłem i okiełzać swoje wizje z pewnością było WAM trudno. Dlatego czapki z głów i jeżeli ten projekt nie zajmie „pudła” w TOP1 10 NE, to uznam to za rażącą niesprawiedliwość.
Absurdalna Namiętność uprzedził mnie ,gdyż opisał większość aspektów, o których miałem wspomnieć. Tekst przeczytałem wczoraj, musiałem odsapnąć, dojść do siebie i zebrać słowa. Tak mnie Wsze opowiadanie „sponiewierało” w dobrym tego słowa znaczeniu.
Jednakże NA nie wspomniał o ważnym aspekcie opowiadania, może tylko dla mnie, a może też dla innych – wymiar edukacyjny. Ile to ciekawostek dowiadujemy się z owych listów, przemierzamy świat z bohaterką i w każdym z listów dostajemy ciekawe informacje (kapitalnie doprawione erotycznym sosem), Chwała za wątek polski w osobie Sapiehy.
W jednym momencie zatrzymałem się tylko, nie wiedząc co to jest gra w strzałki , a to dobrze nam znany dart i gdy przetłumaczyłem ów wyraz wyszło mi „strzała”, no marny ze mnie anglista bo na strzałę pamiętałem tylko „arrow”. Czy zamiana tego na dart lub lotki – bo tak to u nas w Polsce się przyjęło jest konieczna. Nie, jest dobrze.
Z niecierpliwością czekam na kolejne odsłony i mocno trzymam kciuki.
15/15 – gdybym mógł dać więcej, to bym tak uczynił, ale niestety…
Pozdrawiam.

Uroczy pomysł. W kolejnym rozdziale przekonamy się, czy wykonanie też równie ujmujące! Choć zawarte tutaj miniaturki zdają się dobrze rokować na przyszłość.

Długo zwlekałem z odpowiedzią na pierwsze komentarze.
Przyczyn zwłoki było kilka.
Po pierwsze, nie jestem przyzwyczajony do tak bezkrytycznych komplementów i jedynym ich wyjaśnieniem wydaje mi się przypisanie ich w dużej części do pozostałych trojga współautorów. W zespole siła!
Po drugie – nie chcę antycypować dalszych losów małżeństwa Coupperów. Niech przemówią dalsze części opowiadania, a będą jeszcze dwie. Na ewentualne szczegóły kuchni autorskiej też przyjdzie czas później, ale nie liczcie na jakieś procentowe rozliczenie udziałów: ten dał 10 procent, a tamten 30; pracowaliśmy jako zespół – „wszyscy za jednego i jeden za wszystkich” (A. Dumas).
Po trzecie – liczyłem, że głos zabiorą Androidka, Dario i Unstableimagination. Zwłaszcza dwoje pierwszych alfabetycznie uważam za uprawnionych do pierwszych odpowiedzi. Może i ich „zatkał” entuzjazm pierwszych czytelników? Na pewno wszyscy nie posiadamy się ze zdumienia i jesteśmy zszokowani tak dobrym odbiorem naszej pracy.
Kto pierwszy z nas wyjdzie z szoku, niech napisze więcej.

„”Po pierwsze, nie jestem przyzwyczajony do tak bezkrytycznych komplementów i jedynym ich wyjaśnieniem wydaje mi się przypisanie ich w dużej części do pozostałych trojga współautorów” – no Tomp taki zdziwiony, niesforny, mały Kazio. Przestań z tą nad wyraz wielką skromnością. My tu duże, chłopaki i dziewczyny i każdy dobrze z nas wie, kto lejce trzymał. Skromność jest zaleta, nadmierna zaś wadą.
Zebrałeś zespół, koordynowałeś działania i finalnie usmażyłeś przesmaczne dzieło. Przyjmij na swoje spracowane dłonie, te kwiaty, w postaci naszych komentarzy, a jakżeś zawstydzony, to wypchnij Androidkę do przodu, niechże ta przemówi., wszak pamiętam jej komentarze. Nadaje się na rzecznika, Waszego teamu, a może Unstable. Sam najlepiej wiesz kogo.
Bezkrytyczne uwagi? Pytam się do czego? Na razie nie ma do czego się przyczepić. Jak opuścicie poziom w kolejnych odsłonach to wtedy ja pierwszy je wskażę, bo jak we wcześniejszym komentarzu stwierdziłem, wystartowaliście z wysokiego pułapu, cholernie wysokiego.
” i jesteśmy zszokowani tak dobrym odbiorem naszej pracy” – bo to kawał dobrej roboty. Parafrazując słowa z Top Gun ” Maverick wraca do akcji” to ja jammer stwierdzam, jeżeli będziemy tu mieli takie skarby w postaci opowiadań tego pokroju to „NE wraca do akcji” Jest lider teamu w postaci Tompa, to i skrzydłowi robią swoje.
Patrz Foxie i wyciągnij wnioski… tak na koniec wspomnę, a jakie jest moje przesłanie… chyba każdy wie.
Chylę czoła przed każdym z osobna.
Tak trzymać.

Hej, dziękuję, -my za miłe komentarze, cieszymy się, że się podoba.
Krótko: za wszystko pomiędzy opowieściami (miniaturkami) odpowiadają Tomp i Unstable. To oni więc wymyślili i opisali losy małżonków. Tomp zbierał od nas miniaturki i dokonywał ich pre-selekcji i dopasowania. Odpowiadał też na nasze uwagi.
Nam, poza drażnieniem go swoimi uwagami (np.: daty powinny być po polsku) przypadła rola dostarczyciela miniaturek. Można zgadywać czyjego pióra jest ta historyjka albo tamta.

Odpowiedz

unstableimagination

Mimo że zostałem uznany za alfabetycznie niezbyt uprawnionego do pierwszych odpowiedzi, to z muszę sprostować, bo jeszcze ktoś uwierzy.
Jak słusznie zauważył Jammer i Namiętna Absurdalność, za ogromną większość, w tym całą warstwę wiążącą, chwała należy się Tompowi.
Zgadzam się z Dariem, że nasza rola sprowadziła się do miniaturek i sporadycznych uwag, mających na celu drażnienie szefa projektu.
Przy okazji, cieszę się, że mogłem dołożyć kilka cegiełek i dziękuję wszystkim czytającym i komentującym!

Niby o kuchni miało jeszcze nie być, ale skoro Unstable się wypiera udziału w konstruowaniu fabuły wiążącej, a więc historii kryzysu małżeńskiego państwa Coupperów, to oświadczam, że to nieprawda. To właśnie w czasie intensywnej wymiany uwag między mną a nim ta wersja została wybrana spośród kilkunastu przedstawionych, dopracowana w kolejnych dyskusjach (już nie tylko z nim), aż przybrała obecny kształt. Bo rzeczywiście – punktem wyjścia były miniaturki.
A drażnienie było twórcze, coś jak ostroga wbijana przez jeźdźca w bok konia. W dyskusjach roboczych nazywaliśmy to dopingiem z trybun 😉 .

Ej, ja czegoś nie rozumiem. Kto wycinał znaczki w tych listach? I to czyhał przez ileś miesięcy na konkretne listy od tej babki, która podróżowała dookoła świata? Przecież to wymagało zorganizowanej, długotrwałej działalności. Jakiś sfrustrowany pracownik poczty? Może to jest śledztwo, które powinna podjąć główna bohaterka!

Znaczki i niedoręczone listy to nie klejnoty koronne UK i po ćwierćwieczu nikt nie będzie wszczynał śledztwa. Napisanie dziecięcego kryminału typu Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai nie leżało w zamysłach kolektywu autorskiego.
Pozbawionym fantazji podpowiem, że w Middleton St George w 1956 roku listy spoza UK zapewne były rzadkością i na znaczki mógł się połaszczyć nieodpowiedzialny pracownik lokalnej rozdzielni przesyłek. Obdarzeni fantazją znajdą dziesięć innych możliwości.

Cześć,

gratuluję pomysłu na opowiadanie. Jest naprawdę przedni. Kupidyn rozpoczyna się interesująco i budzi ciekawość wobec kolejnych planowanych części.

Swoją drogą chętnie przeczytałbym o tym, co wydarzyło się podczas tej podróży dookoła świata. Bo to ta tajemnica wydaje mi się najbardziej fascynująca!

Pozdrawiam
M.A.

Chociaż alfabetycznie pierwsza, to z gremium autorskiego wypowiadam się ostatnia. Może powinnam zmienić nick na ŻelbetonozaurzycoMK6900?
Ponieważ moje osoby współautorskie już wyraźnie przedstawiły wszystko (a ja nie lubię omawiać tego, co stworzyłam, by nie narzucać interpretacji), mi pozostaje podziękować za ciepły (chociaż w obecnych warunkach to ciężkie słowo) odbiór owocu naszej kooperacji autorskiej przez nawet najbardziej wybrednych czytelników.
Praca w tak zaszczytnym gronie była dla mnie dość przyjemnym, ale zarazem bardzo wymagającym doświadczeniem – o czym zapewne czytelnicy się przekonają przy okazji kolejnych „posłowi” w ramach części drugiej i trzeciej. Tuszę, że również ich przyjęcie będzie podobne (o ile od nadmiaru dobrych emocji i z upałów nikogo nie odwiedzi Południca). Pijcie wodę i unikajcie słońca (chyba, że jesteście tytułową bohaterką wspaniałego utworu Klara i Słońce).

Do zobaczenia pod częścią trzecią, ja wracam do zamrażarki – przygotowywać kaczki dla redaktora.
Androidka’

Przy tego typu projektach olbrzymi podziw wzbudza, że udaje się je dociągnąć do końca. Ani praca w zespole, ani koordynacja grupy kilku osób nie należy przecież do łatwych, samo to w sobie budzi więc szacunek. Bardzo podoba mi się pomysł na fabułę, przez kilka linii fabularnych przywodzący na myśl „Rękopis znaleziony w Saragossie” Potockiego. Miniatury również wypadają bardzo dobrze, a z pewnych źródeł wiem, że i w kolejnych częściach będą one przykuwały uwagę olbrzymią różnorodnością. Czekam zatem na kolejne części.

Cieszę się z pozytywnego przyjęcia pierwszej części i mam nadzieję, że kolejne spełnią Twoje oczekiwania. I niezmiennie żałuję, że życie Ci się tak ułożyło, że musiałeś zrezygnować z zasilenia naszej czwórki swoim udziałem.

Leave a Comment