
Źródło: Pixabay
Położył dłoń na jej pośladku i lekko popchnął w kierunku stołu. Odwróciła głowę w jego stronę i tłumiąc śmiech, szepnęła do ucha:
– Badanie artefaktu skończymy po odprawie.
Pokiwał głową z pozorną dezaprobatą.
W jadalni brakowało tylko Browna. Żołnierz zameldował komandorowi, że ten kończy właśnie jakieś analizy i prosi o kilka minut zwłoki. Hoyster skinął głową, akceptując informację, poprawiając przy tym leżący przed nim tablet. Harry nalał kawę z termosu stojącego na stole. Nie minęło dużo czasu, a w drzwiach pojawił się Andy. Po jego minie widać było, że myślami jest zupełnie gdzie indziej; zdawał się być rozkojarzony, gdy siadł obok Jana.
– Skoro jesteśmy już w komplecie – rozpoczął Peter, wstając z krzesła – to możemy zaczynać. Dostaliśmy przesyłkę. Transfer jest teraz możliwy maksymalnie dwa razy w miesiącu, więc bardzo się cieszę, że nasza prośba została załatwiona tak szybko. Okazuje się, że można zaprogramować kamery w hełmach tak, by działały w poszerzonym kącie widzenia. Wyposażono je w prototypowe oprogramowanie umożliwiające patrzenie w sposób, który zasugerował profesor Thompson. Podkreślam, że jest to tylko prototyp, więc nie oczekujcie zbyt wiele. Projekcją w hełmie, po połączeniu ze skafandrem, można sterować z dotykowego wyświetlacza, który każdy z nas nosi na przedramieniu. W ograniczonym zakresie możliwe jest regulowanie rozstawu i kąta patrzenia. W celu zwiększenia bezpieczeństwa zamontowano dodatkowe filtry chroniące przed promieniowaniem. Szczegółowe instrukcje obsługi znajdziecie na swoich tabletach. Proszę się z nimi zapoznać w wolnym czasie.
Elen pod blatem delikatnie gładziła dłonią udo Harry’ego, momentami sięgając wyżej… zdecydowanie wyżej, czym wprowadzała go w zakłopotanie. Gdy zerknął na jej twarz, dostrzegł malujące się na niej skupienie i zaciekawienie wywodem komandora, zupełnie jakby pod stołem nic się nie działo.
– Proponuję, aby jutro profesorowie Thompson i Kerhowen wyruszyli do Bramy Bogów, która tak ich zaintrygowała, i tam przeprowadzili testy, sprawdzając, jak działa innowacja. Potrzebne są wyjściowe parametry do wyregulowania ustawień dla nas wszystkich, zanim zaczniemy używać tej aparatury – kontynuował. – Ja również tam pojadę, a także porucznik Lange. Pozostali zostaną w bazie, aby dokończyć prowadzone analizy oraz uporządkują zebrane dotychczas materiały. Czy ktoś ma jakieś uwagi?
Jan pokręcił przecząco głową, reszta nie odezwała się ani słowem.
Tymczasem dłoń pod stołem zacisnęła się na rosnącym zgrubieniu i nagle, zupełnie niespodziewanie, dotyk ustąpił. Spojrzał na Elen i dostrzegł na jej twarzy wyraźnie widoczne niezadowolenie.
– Chciałbym jeszcze tylko wyjaśnić, dlaczego pojedzie zespół w takim składzie – wznowił komandor. – Nie wiemy, jak osoba posługująca się innowacyjnym sprzętem będzie postrzegała otoczenie. Dlatego musimy podjąć kroki zapobiegające możliwym wypadkom. Koniecznym jest, aby zawsze jeden z nas widział wszystko w sposób normalny. Jego zadaniem będzie obserwowanie poczynań osób korzystających z nowatorskiego sprzętu. Tym razem przyjmę na siebie rolę obserwatora. John pozostanie w transporterze, utrzymując stałą łączność z bazą. Myślę, że skoro jako para – wskazał na Harry’ego i Elen – wnieśli już tyle spostrzeżeń do naszej misji, to zasługują oboje, aby być pierwszymi, którzy sprawdzą aparaturę w terenie.
Na twarzach obecnych zagościł uśmiech, a Mac Alister nawet zaklaskał z aprobatą.
– Więc mamy wszystko ustalone – podsumował. – Ruszamy jutro o ósmej rano, a teraz proszę, niech każdy zabierze swoje wyposażenie. Życzę wszystkim dobrej nocy.
– Mam pewną informację – odezwał się niespodziewanie Andy, jedyny, który nie podniósł się z krzesła. – Może być ona pomocna w jutrzejszej wyprawie.
Wstający już od stołu zamarli na chwilę i ponownie zajęli miejsca.
– Te piramidy i inne obiekty tu posadowione… – Przesunął dłonią po blacie, ścierając niewidoczny kurz – … są puste w środku. To tylko skorupy, imitacje ziemskich budowli. To prawda, że nie można ich prześwietlić standardowym sprzętem. Materiał pozostaje nieprzenikniony…
– To skąd masz pewność, że tak jest faktycznie? – wtrącił zainteresowany Frank.
– Wykorzystaliśmy z Janem obrazowanie radiografii mionowej, technologię użytą na początku wieku przez Japończyków badających piramidę Cheopsa. Nie wdając się w szczegóły techniczne, sprawdziliśmy, że ta metoda sprawdziła się również tutaj. Podczas gdy oni dostrzegli tam ukrytą komorę, my tutaj odkryliśmy jedną wielką pustkę w środku. Przebadaliśmy równocześnie kilka innych obiektów, a rezultaty były identyczne. Nawet kolumny to tylko atrapy, mimo że wydają się tak masywne. Czas badania jest krótki, wręcz bardzo krótki, ale myślę, że nic się tu już nie zmieni.
– W takim razie – niepewnie zaczął Frank – nie znajdziemy kopii artefaktów, które rozkradziono na przestrzeni wieków.
Po chwili dodał z rozczarowaniem w głosie:
– Szkoda. Tak naprawdę po cichu na to właśnie liczyłem.
– Tyle miałem do zakomunikowania – podsumował Brown, podnosząc się z krzesła i zmierzając do drzwi. – Wnioski wyciągnijcie sami. Dobranoc wszystkim.
Przyzwyczaili się mówić „drzwi”, choć tak naprawdę każdy korytarz, segment czy pomieszczenie było zaopatrzone w śluzy. Ciągle otwarte, jednak nieustannie sprzężone z systemami, które mogły zamknąć je w kilka sekund, gdyby tylko pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie.
Niespiesznie, rozmawiając półszeptem, ruszyli do wyjścia.
Nagle głos zabrał Peter, nadal stojący przy stole.
– Czy nie wydaje ci się, Andy, dziwne, że w wielościanach, jak je umownie nazwaliśmy, jest pełno jakiejś aparatury, a w konstrukcjach nic nie ma? Może powinniście zbadać jeden z nich tą samą metodą i porównać wyniki.
Brown, wchodząc już w drzwi, zatrzymał się i odwrócił. Początkowo na jego twarzy było widać zaskoczenie, a potem wyraz twarzy się zmienił. Zmarszczył czoło, zastanawiał się, analizując coś i rozważając, zanim ostrożnie odpowiedział:
– Myślisz, że mogą dać ten sam wynik?
– Nie wiem. – Pokręcił głową komandor. – Ale dałoby to materiał porównawczy.
– Możesz mieć rację – zawahał się, potarł dłonią brodę. – To wykluczyłoby błąd aparatury i potwierdziło lub zanegowało dotychczasowe pomiary. Dobrze – zdecydował. – Rozstawimy ją jutro przy wielościanie.
Skinął głową i wyszedł.
* * *
W module mieszkalnym cały entuzjazm Elen ulotnił się niczym dym. O figlowaniu całkowicie zapomniała. Na myśl o kolejnej wyprawie przez gruzowisko jęknęła głośno podczas narady. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi. Harry wydawał się być podekscytowany.
– Idziemy spać – oznajmił zdecydowanie. – Jutro może się wiele wydarzyć.
– Na pewno! – stwierdziła z rezygnacją, dodając z sarkazmem w głosie: – Możemy zacząć wymiotować od tych podrygów.
Zachichotał cicho.
– Nie będzie tak źle. Skoro już tyle razy dałaś radę, to teraz będzie łatwiej. Pewnie się przyzwyczaiłaś.
– Tak, tak … Ty wszystko wiesz najlepiej… odkrywco – rzuciła ze złością, naciągając kołdrę na głowę.
* * *
Wstali wcześnie; toaleta, śniadanie, krótkie ustalenia z komandorem, a kilka minut po ósmej ruszyli w drogę. Wisielczy humor Elen zmienił porucznik.
– Pani profesor – uśmiechnął się do niej – dla państwa wygody zmieniłem transporter. Za zgodą komandora, oczywiście. Ten ma fotele na zawieszeniu pneumatycznym. Wstrząsy nie będą tak dokuczliwe, proszę tylko pamiętać, by zapiąć pasy.
– Dziękuję – odpowiedziała Elen, kompletnie zaskoczona, a po chwili dodała: – Bardzo dziękuję, John.
Lange i Hoyster zajęli miejsca z przodu, Harry i Elen usiedli tuż za nimi. Elen spoglądała przez okno, łagodnie kołysana w nowym fotelu, pomimo wyraźnych, wręcz konwulsyjnych podrygów pojazdu. Z każdą kolejną milą pokonanej drogi była coraz bardziej wdzięczna porucznikowi. Chciała podzielić się swoim zadowoleniem z profesorem, ale ten założył hełm i eksperymentował z jego sterowaniem. Szturchnęła go mocno w bok. Spojrzał na nią zaskoczony. Bez pospiechu wypiął hełm z zatrzasków i odłożył na kolana.
– Co się stało? – spytał.
– Nic. Po prostu po raz pierwszy cieszę się z jazdy. – Uśmiechnęła się szczerze.
– Panowie oficerowie… – Nachyliła się do przodu. – Bardzo dziękuję za zmianę pojazdu.
Obydwoje uśmiechnęli się równocześnie, pochylając głowy ze zrozumieniem wpatrzeni w drogę.
– Profesorze – zapytał komandor – co spodziewa się pan odkryć przy pomocy tych pseudo „okularów”? Ma pan jakieś sprecyzowane oczekiwania?
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ale uznałem za dziwne, że ta mozaika występuje w każdej komorze i na każdym wielościennym przedmiocie. Pomyślałem, że może to jakaś informacja, ostrzeżenie… – zawahał się – albo wskazówka dotycząca miejsca schronienia. Coś, co Mac Alister…
– Te mozaiki są też na kilku kompleksach bez komór – wtrącił się ostrożnie Lange, lawirując pojazdem pomiędzy dużymi odłamkami. – Nawet wykorzystując sztuczną inteligencję do katalogowania obiektów, często znajdują się one w mało widocznych miejscach, więc długo potrwa, zanim wszystkie znajdziemy.
– Czyli przypuszczasz, że to może być klucz do wejścia pod powierzchnię? – dopytywał Hoyster.
– Komandorze, to tylko spekulacje – zaśmiał się Harry. – Jeżeli system zadziała i zobaczymy, co przedstawia ta struktura, to wtedy dopiero będziemy się zastanawiać, co dalej.
– A szczeliny, o których mówiłeś – wtrąciła Elen – czym są według ciebie?
– Równie dobrze mogą być architektonicznym ozdobnikiem, jak i pełnić określoną, nieznaną nam funkcję – zauważył niepewnie – Pamiętaj, że nie sprawdzaliśmy ich szczegółowo.
– A co was tak zaskoczyło w tej Bramie Bogów? – ciągnął dalej komandor.
– To bardzo dziwne zestawienie. Wydaje się bez związku. Brama znajduje się w Andach, a piramida na Półwyspie Jukatańskim. O ile czas powstania piramidy jest mniej więcej znany, o tyle na temat bramy wiadomo bardzo mało. Tylko legendy i nic miarodajnego. Są co prawda szacunki, których niczym nie poparto, że brama mogła powstać kilkanaście tysięcy lat temu. Ale jak mówię, to tylko spekulacje.
– Czy myślisz, że ta skalna brama może tu pełnić rolę portalu? – Elen zwróciła się do Harry’ego. – Wierzysz, że to możliwe?
– No cóż, przyznam, że bym się nie zdziwił.
Zaskoczył ich wszystkich; nawet komandor się odwrócił.
– Mówisz poważnie, profesorze, czy to tylko żart? – Komandor spoglądał na Harry’ego, a na jego twarzy malowało się coś na kształt zatroskania o jego zdrowie.
– Dojeżdżamy – odezwał się John. – Stajemy jak poprzednio?
Nie czekając na odpowiedź, sprawnie manewrował pojazdem i wyłączył silniki, gdy tylko zajęli miejsce na wprost wejścia.
– Pozwólcie, że coś wam opowiem – rozpoczął akademickim tonem Harry. – A wnioski wyciągniecie sami. To bardzo dziwna historia, chociaż nie ma tam żadnej widocznej bramy.
Zamyślił się, westchnął i rozpoczął opowiadanie.
– Każdy interesujący się nieznanymi zjawiskami słyszał o zaginięciach w Trójkącie Bermudzkim, nazywanym też Trójkątem Diabła. Nie każdy wie, że jest też Trójkąt Smoka. Ten obszar, położony w pobliżu Japonii, to miejsca, w którym znikają z nieznanych powodów statki i ludzie, podobnie jak w Trójkącie Bermudzkim. Jest też taki trójkąt na jeziorze Michigan. Mnie natomiast dawno temu zaintrygował inny obszar na terenie Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim dlatego, że jest na ten temat pełna dokumentacja policji, strażników leśnych i FBI. To tak zwany Trójkąt Bennington, położony w północno-zachodniej części stanu Vermont.
Słuchali go z wyraźnym zaciekawieniem.
– W listopadzie tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku grupa myśliwych wędrowała przez las na wspomnianym terenie. Przewodził im mężczyzna w wieku siedemdziesięciu czterech lat, bardzo doświadczony myśliwy. Szedł przed grupą i na ich oczach nagle zniknął. Pomimo rozpoczęcia natychmiastowych poszukiwań przez pozostałych uczestników polowania, a później policję i służby leśne, nie udało się go odnaleźć. Sprawa pozostała nierozwiązana. W grudniu tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku grupa studentów wybrała się na biwak do lasu, przewodziła im dwudziestoośmioletnia dziewczyna, której imienia już nie pamiętam – powiedział, potarłszy w zamyśleniu czoło.
– Szła na czele grupy, kilka metrów przed nimi i podobnie jak myśliwy, zniknęła. Do poszukiwań zaangażowano wszystkie dostępne służby, a dochodzenie ciągnęło się miesiącami. Niestety, nie ustalono niczego konkretnego. Ktoś twierdził, że widział podobną do niej osobę wsiadającą ze starszym mężczyzną do samochodu w jednej z położonych niedaleko miejsca zdarzenia miejscowości. Pojazd odnaleziono w Nowym Jorku, spalony. Pozostała tylko nierozwiązana zagadka. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku miało miejsce kolejne znikniecie. Matka z nastoletnim synem przyjechała do sklepu, czy może stacji paliw, na zakupy. Przepraszam, ale szczegółów już nie pamiętam – wtrącił. – Syna pozostawiła w samochodzie. Kiedy wróciła, nie zastała go w pojeździe. Najpierw sama szukała chłopaka, a potem wezwała policję. Sprowadzono psy, które podjęły ślad i zaprowadziły ich do lasu, gdzie trop się urywał. Co najciekawsze i najbardziej dziwne to fakt, że zaprowadziły ich na miejsce zniknięcia dziewczyny z tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku.
– Więc jeśli miałbym powiedzieć, czy Brama Bogów to portal, to powiem: tak. Choć brzmi irracjonalnie, to dopuszczam taką myśl. Czytałem dokumenty opisujące zniknięcia tamtych osób oraz działania śledczych. To nie było rutynowe postępowanie, lecz dokładna analiza wszystkich możliwych aspektów sprawy. Natomiast jak bramy działają i czy ta tutaj w ogóle działa, to zupełnie inna kwestia. Tak przy okazji to komandor do dziś nie wspomniał ani słowem, w jaki sposób znaleźliśmy się na Dysku. Wiemy – bo tak nam powiedziano – że przespaliśmy dziesięć dni, podróżując do tego miejsca. A może to też była teleportacja…
Przyglądali się Hoysterowi z wyraźnie widocznym zaciekawieniem.
– To tajemnica wojskowa – mruknął ostrożnie komandor, unikając ich wyczekujących spojrzeń.
Rozbłysły światła dodatkowych reflektorów, a z tyłu pojazdu rozległ się trzask wypinanego robota.
– Wyobrażenie miałem zupełnie inne – odezwał się Peter, przyglądając się budowli i zmieniając temat rozmowy. – A to wygląda jak pogrubiona i przekrzywiona litera T wykuta w murze.
Wszyscy troje przyglądali się uważnie.
– Procedura jak zwykle – zadysponował Lange, przerywając ciszę. – Najpierw skany robota, a dopiero potem wy ruszycie.
Holograficzny obraz zmaterializował się bezgłośnie, ukazując wszystkim widok z kamery maszyny. Porucznik wprawnie kierował nią w stronę bramy. Minęła tylko chwila, a pojazd pojawił się przed szybą czołową, zmierzając do celu. Harry przypomniał sobie, jak w Newadzie zapoznano ich z obsługą robotów. Mały zwiadowca poruszał się na sześciokołowym podwoziu z zainstalowanym całym szeregiem różnych sensorów i umieszczonych na teleskopowym maszcie kamer. Przysadzista, zwarta i niewysoka konstrukcja była typowym przykładem wojskowej funkcjonalności. Mierzył może z pięć stóp długości i trzy lub cztery stóp szerokości. Ze złożonym masztem kamery był nie wyższy niż cztery stopy. Z boku zamontowano mu wysuwany chwytak, przypominający mechaniczne ramię. Oryginalnie miał być jeszcze wyposażony w dron, ale zrezygnowano z tego pomysłu, biorąc pod uwagę brak atmosfery na Dysku.
Spełniał rolę jeżdżącego laboratorium, a jak tłumaczył im podczas szkolenia Jan, wyposażono go również w ograniczoną sztuczną inteligencję do samodzielnego działania w terenie. Kiedy ktoś spytał: – Co oznacza „ograniczona”? – wyjaśnił, że zablokowano część oprogramowania odpowiedzialnego za taktykę pola walki. Dopiero wtedy wszyscy zwrócili uwagę na wystający w górnej części kawałek krótkiej, masywnej grubej tulei. Tam właśnie mieścił się laser z całym systemem celowniczym. Frank zainteresował się jego mocą, a gdy usłyszał, że to osiemdziesiąt tysięcy kilowatów w impulsie, otworzył usta ze zdziwienia. Na temat źródła zasilania Kowalski odmówił informacji.
– To chyba nie były duże meteoryty – zastanawiała się na głos Elen, patrząc na pooraną powierzchnię. – Kratery mają niewielką średnicę. Podejrzewam, że prawdopodobnie były zbudowane z żelaza lub niklu, skoro uszkodziły ten materiał. Jednak rozglądając się podczas jazdy, oceniam, że musiał to być bardzo gęsty potok odłamków.
– Jan już wydobył kilka z nich i wysłaliśmy je do zbadania na Ziemię – odpowiedział Peter. – Ale jak to Jan, on nigdy nie powie, co myśli, dopóki nie jest pewien wyników.
Łazik wjechał do wnętrza i jedynie światło błądzące po ścianach pomieszczenia pozwalało go zlokalizować.
– A swoją drogą, to trochę dziwne – zastanawiał się na głos porucznik. – Ci, którzy to wszystko stworzyli, nie zabezpieczyli się na wypadek takiej katastrofy. Mogliby na przykład wykonać jakiś manewr unikowy, aby ograniczyć skutki uderzenia…
– Mówisz jak wojskowy – wtrącił szorstko komandor. – Nie wiemy przecież, czy budowa samego Dysku została ukończona. Zdaje mi się, że ten potok meteorytów zaskoczył Obcych. Niektóre konstrukcje wyglądają na niedokończone, jakby nagle przerwali pracę i uciekli.
– To dlaczego nie wrócili, gdy było po wszystkim? – nie ustępował porucznik. – Przecież my tak robimy. Wszystkie zorganizowane społeczeństwa zwierząt postępują w ten sposób. Kończy się kataklizm, a my wracamy, aby odbudować to, co zostało zniszczone. Podobnie jak pszczoły czy mrówki.
Harry i Elen z zaciekawieniem przysłuchiwali się wymianie zdań między oficerami. Komandor milczał.
– Może tak późno podjęli próbę ucieczki, że sami zginęli w tym roju meteorytów – niepewnie wtrąciła Elen.
– Skończył rozpoznanie – stwierdził Lange, zamykając dyskusję, gdy robot pojawił się przed bramą. – Nie ma zagrożeń. Możecie ruszać.
Na ekranie wszystkie wskaźniki świeciły się na zielono.
Kolejno opuścili pojazd przez śluzę. Zbliżyli się do wejścia, przystając nieruchomo w sercu ciszy i martwoty spowijającej wszystko wokół. Przytłaczająca, łapiąca za serce niewypowiedziana groza unosiła się w powietrzu, a jedynym dźwiękiem, który czasami przerywał tę ciszę, były westchnienia współtowarzyszy, słyszalne wewnątrz hełmów. Monumentalne budowle otaczały ich zewsząd, przygniatając majaczącymi w oddali, nierozpoznawalnymi konturami. A nad ich głowami, obojętny na wszystko, zimny przestwór kosmosu pulsował światłem odległych gwiazd.
– To, co? Wchodzimy? – Nagle pod hełmy wdarł się zgrzytem głos Harry’ego, gdy zimny wrzód strachu zaczął wpełzać do ich umysłów.
– Ruszamy – niepewnie zadecydował komandor.
Pomagając sobie nawzajem, dotarli do wnętrza komory.
– No, profesorze – odezwał się Peter, stojąc za jego plecami. Już słychać było, że otrząsnął się z wcześniejszego przygnębienia. – Niech pan rozpocznie swoje czary, a my poczekamy.
Profesor przybliżył się do mozaiki, włączył aparaturę i zmarszczył brwi. Nic się nie zmieniło – nadal widział tylko męczący oczy nierozpoznany wzór geometryczny. Podniósł rękę i zaczął manipulować ustawieniami. Najpierw pojawiła się jednolita powierzchnia z kilkoma niewyraźnymi plamami. Musiał spuszczać wzrok i wyłączać aparat, wprowadzając zmiany na panelu przedramienia. Ta niedogodność go irytowała, ale tylko raz – cicho, ale słyszalnie dla towarzyszy – zaklął pod nosem. Po zmianie rozstawu obraz się wyostrzył, ale teraz widział podwójnie. Denerwowało go, że zastosowano metryczne jednostki miary zamiast calowych, do których był przyzwyczajony. W głębi duszy cieszył się jednak jak dzieciak, że przyrząd działa.
Rzucił okiem na wyświetlacz. – Nadal nieostre – szepnął do siebie. Zwiększył rozstaw. Przed sobą miał jaskrawo żółtą planszę z sześcioma wystającymi punktami, średnicy około jednego cala każdy. W zależności od kąta, pod jakim na nie patrzył, przypominały sześć wystających przycisków. Trzy zielone ustawione w stożek skierowany ku górze i trzy czerwone, podobnie rozmieszczone, lecz skierowane ostrzem w dół. Zamarł na chwilę, uważnie analizując widok. Po prawej stronie krawędzi planszy biegła niezbyt szeroka linia, zakończona u góry czerwonym punktem. Przypominała stary termometr obrócony do góry nogami.
Podał im parametry ustawienia i czekał, aż dostrzegą to, co sam już widział.
Przez jakiś czas przesuwali palcami po wyświetlaczach zamocowanych na przedramionach, zanim uruchomili swoje kamery
– Co to jest? – zdziwił się Hoyster. – Wygląda jak panel sterowania. Lange, ty to widzisz?
– Już przełączam na widok z pańskiej kamery.
Po dłuższej chwili zasugerował nieśmiało:
– Ma pan rację. To wygląda podobnie jak panel sterowania. Tylko dlaczego po trzy sztuki, a do tego jedne czerwone, a drugie zielone? – spytał i dodał szybko: – No to co robicie dalej?
– Pani profesor wróci do transportera, wprowadzisz do wnętrza komory łazik i przekażesz mi jego sterowanie. – Jego głos nabrał ostrości, która wykluczała jakąkolwiek dyskusję. – Ja z Harrym spróbujemy aktywować to urządzenie. Gdybyśmy zostali odcięci, to po godzinie ruszysz robotem na ratunek. Czy wszystko jasne?
– Tak jest, komandorze – służbiście odpowiedział porucznik. – Czekam na panią profesor.
Pomogli Elen opuścić piramidę, choć ta pałała nieukrywanym oburzeniem. Komandor usłyszał kilka cierpkich słów, zanim udało się ją odesłać do pojazdu. W to miejsce wjechał bezgłośnie łazik.
– Pani profesor na pokładzie – zameldował Lange. – Odjeżdżam na sto stóp. Powodzenia.
– Ustawiam stoper na godzinę – poinformował go Hoyster. – No to, profesorze, zaczynajmy.
– Hmm… – zaczął się zastanawiać Harry. – Naciśnijmy te trzy czerwone równocześnie. Co pan na to?
– Próbujmy.
Peter trzema palcami nacisnął wybrane punkty. Czekali w milczeniu, ale nic się nie działo. Odsunął dłoń.
– To może teraz zielone.
Harry przycisnął zielone punkty. Przez kilka sekund nic się nie działo, a potem z posadzki podniósł się pył, wzbił się obłokiem, który wypełnił wnętrze, zanim został wyssany na zewnątrz. Pionowa tafla zaczęła przesłaniać wejście, niepowstrzymanie sunąc w dół. Nie usłyszeli dźwięku, odczuli jedynie wibrację, gdy głucho stuknęła, zamykając pomieszczenie.
– Patrz tutaj.
Harry zwrócił uwagę Petera na ścienny panel, gdzie zielona linia wznosiła się ku czerwonemu punktowi. Minęło kilkanaście sekund, nim do niego dotarła. Czerwień zmieniła się w pulsującą zieleń, aż zamarła, a naprzeciw zamkniętego wejścia zaczęła unosić się ściana. Przed nimi roztaczała się czerń, powoli wypierana przez jasnoniebieską poświatę. Nie dało się dostrzec żadnych źródeł światła, zupełnie jakby sączyło się ze wszystkich ścian. Wszystkie powierzchnie pokrywały różnobarwne hieroglify, lecz nie to przykuło ich uwagę.
– Coś podobnego! – wyrwało się z ust kompletnie zaskoczonego komandora.
Naprzeciwko nich, na podłodze, jakby zmęczony długim czekaniem, oparty o ścianę siedział człowiek.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Tomp
2026-06-11 at 21:06
„osiemdziesiąt tysięcy kilowatów” – tak się jednostek nie wymiaruje.
Trzy punkty na płaszczyźnie ZAWSZE przypominają trójkąt, ale stożka przypominać nie mogą NIGDY.
Nudy się nie skończły niestety.
Velaya
2026-06-12 at 18:29
No dobrze, pojawił się nie wiadomo skąd człowiek. Ale mężczyzna czy kobieta? Stary, młoda? Z skafandrze kosmicznym, czy nago?
Te wszyztkie cliffhangery mają chyba zaskakiwać, szokować, budzić ciekawość, ale jak dotąd żaden z nich nie zadziałał, bo dostaliśmy za mało informacji, by naprawdę je poczuć.
I teraz znowu, ot, człowiek. A podtytuł rozdziału sugerował coś dużo bardziej interesującego!
Megas Alexandros
2026-06-15 at 11:38
Autor konsekwentnie (i nie oglądając się na krytyczne uwagi 🙂 ) prowadzi historię i przedstawia nam kolejne tajemnice kosmicznego dysku. Mam wielką nadzieję, że finał wynagrodzi nam długie czekanie między odcinkami i nie do końca fortunne cliffhangery. Jeśli dobrze liczę, jesteśmy już po połowie historii, więc powinniśmy się powoli zbliżać do punktu kulminacyjnego.
Pozdrawiam
M.A.
Nefer
2026-07-02 at 09:53
Ciąg dalszy utworu utrzymanego w stylu klasycznej, twardej opowieści SF. Spro ożywienia wniosło powiązanie sytuacji z tajemnicą „Trójkąta Bermudzkiego” oraz podobnych, mniej znanych miejsc na kuli ziemskiej. Jako czytelnicy musimy poczekać, co Autor zamierza nam zaprezentować.