Hometown II (Barman-Raven)  3.67/5 (2)

39 min. czytania

grafika własna autora

Następny poranek zaczął się ulewą. Zmoknięty Harry z miernym skutkiem zasłaniał się przed deszczem, naciągając pod szyję poły marynarki. Zdążył wypalić kilka papierosów, zanim dostrzegł samochód przyjaciela.

Całą drogę do hotelu dyskutowali o tajemniczych literach. Andy upierał się, że głównym, najbardziej prawdopodobnym motywem jest zdrada małżeńska. Hipotezę o zamieszaniu w całą sprawę dawno nieistniejącego gangu odsuwał na dalszy plan. Agent FBI przyznał w końcu, że ślady nie były jednoznaczne. W zamian uzyskał obietnicę, że jeśli cokolwiek potwierdzi tezę o odrodzeniu Young Boys’ów, ten wątek zostanie również wzięty pod uwagę w śledztwie.

Poprzez zalane deszczem szyby samochodu budynek hotelu wydawał się większy i bardziej masywny niż na zdjęciach. Na dziewczynie w recepcji nie zrobiła wrażenia ani odznaka policyjna, ani legitymacja FBI. Odesłano ich do szefa zmiany. Zostali poproszeni o zajęcie miejsc w hallu. Kilka minut później przyjął ich manager hotelu.

– Panowie, jestem do waszej dyspozycji. Co panów sprowadza? – wysoki, dystyngowany dżentelmen mówił z brytyjskim akcentem, co nadawało mu jeszcze większej galanterii. Harry zastanawiał się, czy akcent jest naturalny, czy raczej wyuczony.

– Chodzi o jednego z państwa gości, pana Gregorego Ilesa – zagaił agent FBI.

– Jeśli chodzi o zajście z poprzedniego tygodnia, to nasz hotel stara się zapewnić komfort wszystkim gościom, jednocześnie szanując ich prywatność. Uznajemy sprawę za niebyłą i odmawiamy dalszych komentarzy – kierownik bez drgnięcia powieki wygłosił komunikat PR–owski.

Harry wymienił z Andym zdziwione spojrzenia. Pierwszy odezwał się policjant:

– Dla pana wiadomości, pan Iles nie żyje. Podejrzewamy, że ktoś mógł mu pomóc w zejściu z tego świata… – zawiesił głos. – Więc jeśli ma pan jakieś informacje…

– Jak to pomóc? – Twarz pracownika hotelu zbladła.

– Mamy powody, by podejrzewać, że został zamordowany – dopowiedział Harry.

– W tej sytuacji…

– W tej sytuacji policja w Detroit oczekuje pełnej współpracy. Na początek niech nam pan powie, co to za sytuacja, której nie chcecie komentować?

Pracownik hotelu odchrząknął.

– Otóż, parę dni temu kilka osób skarżyło się, że widziało pana Ilesa chodzącego w samej bieliźnie, pod wpływem alkoholu, po korytarzach naszego hotelu. Sprawa została wyjaśniona polubownie. Pan Iles obiecał, że sytuacja się nie powtórzy, a my w jego imieniu przeprosiliśmy naszych gości. Nawet, na koszt pana Ilesa, zostały im przesłane kwiaty.

– Macie tu kamery?

– Tak, wszystkie korytarze są objęte monitoringiem.

– Możemy zobaczyć te nagrania?

Widząc wahanie na twarzy managera, Andy dodał:

– Oczywiście możemy zdobyć nakaz, ale to nie wpisze się pozytywnie we współpracę z miastem.

Zawoalowana groźba zadziałała natychmiast. Kierownik podniósł słuchawkę i łącząc się z ochroną, zażądał nagrań z monitoringu.

– Zaraz zostaną dostarczone. Czy coś jeszcze?

– Proszę nam powiedzieć, jakim gościem był Iles? Czy często u was bywał?

– Cóż, to jeden z, można powiedzieć, stałych klientów naszego hotelu. Przyjeżdża regularnie, zdaje się, w sprawach biznesowych. Często spędza czas w naszym barze. Pan Iles, jakby to ująć… ma, to znaczy miał, spore powodzenie u kobiet, jeśli wiedzą panowie, co mam na myśli.

– Możemy oszczędzić sobie szczegółów.

– Co więcej…? Oprócz tego jednego zdarzenia, chyba niczym się nie wyróżniał. Zawsze terminowo regulował rachunki, był lubiany przez obsługę – dawał spore napiwki.

Ktoś zastukał do drzwi. Asystentka kierownika podała mu zaklejoną kopertę. Przeczytał dołączoną do niej karteczkę i przekazał pakunek Harremu.

– Zapis tej feralnej sytuacji.

Agent FBI wydobył płytę CD.

– Czy moglibyśmy odtworzyć ją u pana na komputerze? Rozumie pan, kwestie poufności…

– Oczywiście.

Na ekranie komputera pojawił się pusty korytarz. Po chwili rozsunęły się drzwi windy. Wyszła z niej dziewczyna w towarzystwie jeszcze żywego Gregory’ego Ilesa. Nagranie było słabej jakości. Kobieta ruszyła przodem. Otworzyła drzwi pokoju. Mężczyzna wszedł za nią.

Harry z policjantem pochylili się nad ekranem z obrazem w tonacjach szarości, wyczekując tego, co miało nastąpić.

– Jakieś dziesięć minut można przewinąć – podpowiedział stojący za ich plecami manager hotelu. W przyspieszonym tempie migały klatki filmu, grupa ludzi podeszła do windy; stali przy niej, rozmawiając. Poruszali się jak postacie ze starych, przedwojennych filmów.

– O! Teraz jest ten moment – podpowiedział pracownik hotelu.

Film wrócił do normalnego trybu odtwarzania. Otworzyły się drzwi pokoju i mężczyzna został wypchnięty na korytarz. Gregory Iles nie miał na sobie nic, oprócz koszuli i trzymanego w ręku buta. Po chwili w ślad za nim wyrzucono resztę ubrań. Nadjechała winda i do zaskoczonej widokiem całego zajścia pary dołączyli kolejni goście hotelowi. Nagi mężczyzna powiedział coś w ich kierunku i wsiadł do kabiny. Film się skończył.

Podnieśli się znad komputera. Na twarzy Harrego błądził uśmieszek. W duchu już nie lubił Gregorego Ilesa. Chciał poznać kobietę, która tak wybornie utarła nosa temu dupkowi.

– A gdzie nagranie z kamery znajdującej się w windzie? – zapytał.
– Niestety w tym czasie trwały prace konserwatorskie i kamery w windach nie działały – usłyszał odpowiedź kierownika.

– Dobra, dajmy temu spokój – wtrącił się policjant.

– Jeszcze moment. – Harry oparł dłoń na ramieniu przyjaciela. – Czy kobieta biorąca udział w tym… – szukał słowa – zajściu, jest jeszcze w hotelu?

– Tak, chyba tak – potwierdził kierownik.

– Chcę ją… przesłuchać – o mało co, powiedziałby „poznać”.

– To pani Sally Kowalsky.

– Ta fotografka? – wtrącił się Andy.

Harry popatrzył zdziwiony na starszego kolegę.

– Nie podejrzewałem cię o taką wiedzę…

– Spokojnie, nie interesują mnie fatałaszki. Słyszałem o niej i utkwiło mi w pamięci, bo dziewczyna pochodzi z Detroit. Ostatnio zrobiło się głośno na jej temat.

W zakamarkach umysłu Harrego pojawiło się wspomnienie jasnowłosej dziewczyny o takim samym imieniu. Była kilka lat młodsza i nawet spotykali się jakiś czas, ale były to wspomnienia tak zakurzone, że wydawały się już nieprawdziwe. Z zamyślenia wyrwał go głos z brytyjskim akcentem.

– Panowie, jeśli to wszystko, to muszę was przeprosić, ale obowiązki wzywają. Sami panowie rozumiecie.

– Jeszcze jedno. Chcielibyśmy obejrzeć pokój pana Ilesa. – Kierownik zrobił skwaszoną minę.

– Zaraz się tym zajmę. Dobrze by było, gdyby asystował przy tym ktoś z obsługi hotelu. Takie procedury.

Podnieśli się z miejsc.

– Jesteśmy wdzięczni za pomoc. – Andy uścisnął dłoń managera.

– Współpraca z miastem to nasz obywatelski obowiązek – usłyszał w odpowiedzi wyświechtaną formułkę.

Zeszli do recepcji. Pracownik wyznaczony do asysty w czasie przeszukania pokoju zamordowanego już na nich czekał.

– Podzielimy się. Ja biorę pokój Ilesa, a ty spróbuj złapać tę babkę – policjant rozdysponował zadania. Na całe szczęście rozdał je tak, że Harry nie musiał z niczego się tłumaczyć. Zżerała go ciekawość. Chciał jak najszybciej porozmawiać z panią Kowalsky i sprawdzić, kim jest kobieta, która wywaliła za drzwi gołego Grega Ilasa. Prawie gołego – uściślił w myślach.

Poprosił o połączenie z pokojem Sally Kowalsky. Nie odebrała. Wybrał numer raz jeszcze. Bez skutku. Poprosił recepcjonistkę o zanotowanie krótkiej wiadomości z prośbą o kontakt. Usiadł w hotelowym foyer. Rzucił okiem na tytuły gazet. „Krach branży samochodowej”, „Kryzys uderza w Detroit”. Otworzył strony sportowe – Red Wings zmierzali pewnie po puchar Stanley’a – „Dobrze, że są jakieś stałe rzeczy na tym świecie”.

– Agent Richmond? Pan mnie szuka? – Odwrócił się na dźwięk swojego nazwiska. Był przekonany, że rozpoznaje w głosie coś znajomego. Kiedy obrócił się do kobiety przodem, na jej twarzy widać było zmieniające się w ułamku chwili emocje; od zdziwienia, przez niedowierzanie aż po radość.

– Harry? Harry Richmond? – Patrzyła rozszerzonymi źrenicami w jego oczy. – Harry? To naprawdę ty?

– Sally? – był równie zaskoczony, jak ona.

Podniósł się z fotela. Nawet wysokie obcasy nie zdołały zniwelować różnicy wzrostu. Kobieta pokonała szybko dzielący ich dystans i wtuliła się w jego ciało. Umysł Harrego zareagował falą wspomnień. Zapach lata, miękkość włosów, wieczorne spotkania i spacery, młodzieńcze zafascynowanie, pierwszy pocałunek.

– Ty wredna łajzo! Szukałam cię od jakiegoś czasu… Gdzieżeś zniknął po szkole? Ślad po tobie zaginął… – Sally, tak samo jak przed laty, zasypała go potokiem słów.

– Po szkole od razu się zaciągnąłem, a wiesz jak to jest w armii…

– Aleś wyrósł!

– Ty za to wcale. – W odpowiedzi pokazała mu język.

– Ile to lat? Dwadzieścia?

– Sally, że też się nie domyśliłem! Mała Sally… – Pewnie była już mężatką, stąd nazwisko, którego nie skojarzył.

– Czy można tu gdzieś spokojnie porozmawiać? – zapytał Harry.

Recepcjonista przypatrywał im się ze zdumioną miną.

– Zapraszam państwa do kawiarni… – popatrzył z dwuznacznym uśmiechem na kobietę.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*

Kiedy przeszli do hotelowego baru, Harry poprowadził ich wprost do szerokiej lady.

– Sally, muszę cię o coś zapytać…

Czuła się dziwnie, siedząc na tym samym krześle co kilka wieczorów temu. Co za traf! Żeby spotkać w tym miejscu swoją największą, młodzieńczą miłość. Patrzyła na dojrzałego mężczyznę, który w odległych czasach stanowił jej ideał faceta. Miał mocniejsze szczęki niż to zapamiętała, ale ta zmiana nadawała jego twarzy bardziej zdecydowany wyraz. Podobał jej się, taki stanowczy i dojrzały. Szerokie wargi, wyrazisty nos – te same cechy podkreślone przez upływ czasu. Kiedy mrużył oczy, bez trudu dostrzegała w nim swojego Harrego, chłopaka, którego zazdrościły jej wszystkie koleżanki z klasy. Starszy i dojrzalszy niż jej rówieśnicy. Oczytany, inteligentny i zawsze niezależny. Właśnie taki wyrył się w jej pamięci. A teraz – po więcej niż dekadzie – teraz siedział przed nią.

– Co mówiłeś? – zreflektowała się, bo na dłuższą chwilę zapadła cisza.

– Tak. Muszę cię spytać, czy znałaś tego człowieka? – Podsunął jej fotografię.

Rozpoznała mężczyznę, z którym kilka dni wcześniej uprawiała seks. Po którym czym wciąż odczuwała niesmak. Nawet nie kaca moralnego. Ale właśnie niesmak.

– Tak. Spotkałam go w tym barze. – Podniosła oczy znad zdjęcia. Skąd to skrępowanie? Przecież obydwoje byli dorosłymi ludźmi, których, oprócz wspomnień, nic nie łączyło.

– Możesz mi powiedzieć, co się stało? – I to utkwione w niej spojrzenie Harrego.

– A czemu mnie o to pytasz?

Po chwili wahania wyjaśnił:

– Bardzo możliwe, że byłaś ostatnią osobą, która z nim rozmawiała. Widziałem nagranie z monitoringu hotelowego. Wiem, że się pokłóciliście i że wylądował na korytarzu. – Nikły uśmieszek zagościł na jego twarzy.

– Jak to ostatnią? Z jakiego monitoringu? Czy śledziliście Grega? Czy jestem w coś wmieszana? – posypały się pytania, w miarę jak docierał do niej sens sformułowania „ostatnią osobą”.

– Spokojnie… – Położył rękę na jej dłoni.

– Ktoś porwał tego… człowieka? – na usta samoistnie cisnęło się określenie „dupek”.

– Obawiam się, że człowiek… – dał jej odczuć, że zauważył, jak dobierała słowa. – … którego zdjęcie ci pokazałem, nie żyje.

– A co ja…?

– Chciałbym, w zasadzie to muszę, spytać, co między wami zaszło.

Wysunęła się spod jego dotyku. Przez chwilę bawiła się szklanką z zamówionym wcześniej drinkiem.

– Tego wieczoru… wypiłam za dużo. Greg odprowadził mnie do pokoju. Zaczęliśmy uprawiać seks, ale mi się nie podobało, więc… Resztę już wiesz.

Popatrzył na nią z uwagą.

– Czy w trakcie tego wieczoru mówił coś, coś zwróciło twoją uwagę? Może się dziwnie zachowywał?

– Nie, raczej nie. Sporo mówił o pracy, wiesz, takie tam, pitu–pitu przy drinku. – Prawdę mówiąc, niewiele pamiętała z rozmowy poprzedzającej wydarzenia na hotelowym korytarzu. Ale nie chciała się do tego przyznawać. Zwłaszcza Harremu.

– Okej. W najbliższej przyszłości nie wyjeżdżaj z miasta, dobrze…? – poprosił. – Gdyby coś ci się przypomniało, to tu jest kontakt do mnie. – Podał jej wizytówkę.

– Dobrze – potwierdziła, wciąż oszołomiona tempem wydarzeń.

– Sally, naprawdę miło cię było zobaczyć, szkoda że w takich okolicznościach. Musimy się wybrać kiedyś na piwo, żeby powspominać stare dzieje. – Uśmiechnął się do niej na pożegnanie.

– Już lecisz?

– Tak. Widzę, że mój partner już na mnie czeka. – Wskazał foyer, gdzie samotnie stał barczysty mężczyzna w prochowcu. Przywołał barmana i uregulował rachunek.

– Zadzwonisz?

– Tak. Muszę już lecieć.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*

„Akurat, zadzwonisz… Już to widzę. A zapowiadał się taki miły poranek, nawet pomimo deszczu” – myślała, jadąc windą na górę.  „Czemu zawsze przyciągam do siebie samych psycholi? Czemu nawet jak już trafi się jakiś normalny facet, to nie umiem go przytrzymać przy sobie? Czy to jakaś zła karma? Jakieś fatum, które skazuje mnie na nieudaczników albo świrów?”

Wyparła te myśli, skupiając się na przygotowaniach. W hotelowym apartamencie szybko przebrała się w strój bardziej odpowiedni do zaplanowanej wyprawy. Dziś chciała wykonać pierwszy poważny krok w stronę realizacji swojego artystycznego pomysłu. Dokumentacja zdjęciowa planu  stanowiła podstawę do późniejszej kreacji. Przygotowała mały zestaw fotograficzny, na tyle poręczny, by zmieścił się w jednej torbie. Dwa obiektywy, zapasowa karta pamięci, laserowy dalmierz, palmtop. Nie przywiązywała wagi do staromodnych metod, choć potrafiła się nimi posługiwać. Zabieranie ze sobą aparatu na klisze byłoby bezsensownym marnowaniem sił i środków. W głowie miała obraz zrzędzącego Frederica, jej mentora, a przez krótki czas również kochanka. On za nic w świecie nie wykorzystałby do pierwszego rekonesansu cyfrówki. „Trzeba poczuć klimat, a to jest możliwe tylko na kliszy” zwykł zrzędzić. Na szczęście pozbyła się tego zboczonego starucha. Teraz mogła działać wedle własnego uznania; teraz to do niej należało narzucanie innym sposobu pracy.

Spojrzała w lustro. Włosy związane w koński ogon, bawełniana, luźna koszula i bojówki w kolorze khaki. Wygodny ubiór, zważywszy, gdzie chciała się dziś zapuścić. Jedynym ustępstwem na rzecz analogowego świata była mapa z zakreślonymi na czerwono miejscami, które planowała odwiedzić. Za oknem już się rozpogodziło, więc zrezygnowała z przeciwdeszczowej parki.

Do pierwszego miejsca dojechała taksówką. Resztę wyprawy i tak musiała odbyć pieszo, by móc zaglądać w zakamarki niedostępne dla samochodu.

– Jest pani pewna, że to właściwy adres? – dopytywał taksówkarz.

– Tak. Dziękuję za troskę, ale jestem już dużą dziewczynką.

– Jak pani chce… Ale to nie jest najbezpieczniejsza dzielnica.

– Wiem, co robię, jeszcze raz dziękuję.

Taksówkarz, mamrocząc coś o braku odpowiedzialności i głupocie, wycofał samochód i odjechał.
Michigan Central Station z rzędami symetrycznych okien już z daleka zapierało dech w piersiach. O monumentalności tego budynku mogła się jednak przekonać, dopiero stając na wprost trójdzielnego neoklasycznego wejścia. Ponad nim górowała fasada, poznaczona wylotami okien, jak mury średniowiecznego zamku otworami strzelniczymi. Powybijane szyby z daleka sprawiały wrażenie pajęczyn, które zawisły w dawno nieużywanym przejściu. Wyżej widniała koronka pustych okien, która nadawała całości wrażenia swoistej lekkości oraz przewiewności.

Wyjęła lustrzankę i seriami ujęć dokumentowała kolejne fragmenty budowli, przechodząc od ogółu do szczegółu. Fotografowała w zapamiętaniu, jednocześnie odczuwając ekscytację z realizacji długo planowanego projektu i chłodny dystans, jaki dawało spojrzenie na świat poprzez szkło obiektywu. Weszła w chłód murów. Gdzieś, klika pięter wyżej, trzasnęła rozbita butelka, wybrzmiało echo czyjegoś śmiechu, metalowa rurka stuknęła o poręcz, jednak Sally pochłonięta bez reszty przez fotografię nie zwracała na nic uwagi. Łukowe sklepienia przywodziły na myśl piwnice lub lochy, gdzie trzyma się skazańców. Idealnie nadawały się do grania kontrastami. Mocna czerwień pomadki na tle szaro brunatnej budowli. Długie kobiece nogi w zestawieniu ze strzelistością okien i przestrzeni w oddali.

Ta sceneria idealnie wpisywała się w szczegóły jej planu.

Po kilku godzinach wędrówki przez niezliczoną ilość podwórek, zarośniętych krzakami i chwastami ogrodów, zapomnianych przez Boga i ludzi kwartałów miasta, zdołała odwiedzić większość miejsc z przygotowanej listy. Wielkie bloki ze szkła i plastiku, gdzie okoliczne dzieci urządzały wyścigi na biurowych krzesełkach, instytucje kultury, które przypominały o latach swojej świetności rzędami krzeseł dla publiczności, jedynymi ocalałymi z grabieży sprzętami, których nie udało się złodziejom zabrać i sprzedać, gabinetami lekarskimi, w których rdzewiał, zbyt ciężki do wyniesienia, sprzęt medyczny, porzucony na pastwę czasu.

W końcu zatrzymała się przy jednym z niewielu otwartych sklepów w okolicy. Natrętne muchy nie dawały spokoju. Czuła się zmęczona. Zmęczona, ale szczęśliwa, ponieważ pomimo wcześniejszych wątpliwości, dostrzegała nareszcie realną szansę na realizację swojej artystycznej wizji.

Z butelką kefiru oraz kajzerką usiadła na niewysokim stosie połamanych, betonowych płyt. Już tak dawno życie nie było takie proste i łatwe. Była głodna, więc jadła i nie obchodziło ją nic innego, poza smakiem bułki i kefiru na języku. Przełożyła wypełnioną kartę pamięci do torby. Wystawiła twarz ku słońcu. Po porannym deszczu nie zostało nawet wspomnienie. W oddali usłyszała krzyki. „Dzieci zawsze są dziećmi – nawet tu, w zapuszonych kwartałach chylącego się ku upadkowi miasta”. Roześmiane głosy przełamywały beznadzieję opuszczonego miasta. Uśmiechnęła się i zamknęła oczy, wyczuwając ciepło promieni słońca na policzkach. Nie otwierając oczu, starała się zlokalizować dzieci. Wyczuwała kierunek, skąd nadbiegali chłopcy. Już wiedziała, że w rozrabiającej grupie nie ma raczej dziewczynek. Usłyszała jak najstarszy z nich wydaje podnieconym głosem niezrozumiałe polecenie. Radosny szczebiot ucichł.

Otworzyła oczy na chwilę przed tym, kiedy dłoń jednego z dokazujących chłopców zacisnęła się na pasku jej torby ze sprzętem. Zobaczyła budzącą się w jego oczach panikę. Chwycił za rączkę torby i z krzykiem zerwał się do biegu. Pozostali, jak stadko wróbli, rozpierzchli się na wszystkie strony.

Zareagowała automatycznie. Poderwała się na równe nogi i popędziła za młodym złodziejaszkiem. Biegła ile sił, nie mogąc jednak zmniejszyć dystansu, zbliżyć się do złodzieja uciekającego tuż przed nią. Wbiegli w wąską ścieżkę pomiędzy dwoma barakami, ostry skręt w lewo, przez podwórko. Chłopak niewątpliwie znał teren. Nie oglądał się za siebie, ani nie wahał przy gwałtownych zmianach kierunku. Teraz w prawo, przez balkony i żywopłot. Dzieciak zaczął jakby zwalniać. Wytężyła wszystkie siły i jeszcze trochę przyspieszyła. Nagle chłopiec zatrzymał się, zręcznie uniknął jej dłoni i z całym rozmachem podrzucił jej sprzęt w górę, który zatoczył szeroki łuk i spadł tuż obok, za pobliskim ogrodzeniem. Druciana siatka była zbyt wysoka, by się na nią wspiąć. Obserwując lot torby, zgubiła na moment chłopca z pola widzenia. Teraz bezradnie szukała wzrokiem jego chudej sylwetki pośród krzaków. Zaraz jednak dostrzegła inną postać.

Wysoki, czarnoskóry młodzieniec stanął po drugiej stronie siatki. Niedbale podniósł plecak z obiektywami. Bezsilnie patrzyła, jak napawa się jej bezradnością. Zajrzał do środka. Zdziwiony aż uniósł brwi. Podniósł wzrok. Uśmiechnął się do niej.

– To twoje? – Sally przytaknęła skinieniem głowy.

– Fotografka? Biała fotografka tutaj? Bez mojej wiedzy i pozwolenia? No, no, no…

Wyjął z bocznej kieszonki torby wizytówkę.

– Sally Kowalsky…

– A ty to kto? – zapytała buńczucznie.

– Ja jestem, kim jestem – Odsłonił dziąsła w dziwnym grymasie.

– Stary, nie pierdol, tylko oddaj mi mój sprzęt.

– Ty, biała dziwko! Zabieraj swój tłusty, biały tyłek z mojej dzielnicy! – Wymachując rękoma przed oczami kobiety, wywrzaskiwał kolejne inwektywy pod jej adresem.

– Oddaj mój aparat… – Prośba rozwścieczyła go jeszcze bardziej. Zdawała sobie sprawę, że drugi taki dzień może się nie powtórzyć; że nastrój i klimat, jaki poczuła w czasie robienia dokumentacji z pewnością były nie do powtórzenia. A wypełniona fotografiami karta pamięci znajdowała się w torbie. Jasna cholera! W tej sytuacji jedyne, co mogła zrobić, to zwrócić się o pomoc do policji. Kopnęła ze złością siatkę, która odgradzała ją od przywódcy gangu. Młodzian najwyraźniej starał się zaimponować reszcie grupy. Sprawiał wrażenie naszprycowanego narkotykami. Prowokowanie go nie miało sensu, a jakiekolwiek racjonalne negocjacje nie dawały szans na powodzenie.

Obróciła się na pięcie. Za jej plecami rozległy się drwiące śmiechy. Zdusiła w sobie gniew. „Jeszcze was gnojki dorwę”– pomyślała i ruszyła w stronę miasta. Dotarła do posterunku po niecałej godzinie. Poranny entuzjazm opadł. Ubranie pokryło się kurzem, a wygodne, jak sądziła, buty zaczęły uwierać w kilku miejscach naraz. Jednak pomimo zmęczenia i narastającego głodu postanowiła, że nie odpuści. Dyżurny policjant szybko załatwił jej sprawę. Odpytał ją z parametrów technicznych obiektywów, które zostały skradzione, spisał jej dane osobowe i polecił, by skontaktowała się z nimi za kilka dni. Nie pomagały tłumaczenia, wyjaśnienia i prośby. Oficer był nieubłagany.

– Potrzebujemy tych kilku dni, żeby złodziej spróbował sprzedać swój łup. Bez tego… – Policjant rozłożył ręce. – Przepraszam, muszę odebrać. – Podniósł słuchawkę. – Halo, mówi posterunkowy Jones…

„Jeśli nie odzyskam tych zdjęć, cała robota pójdzie na marne. Policja musi coś z tym zrobić. Ale przecież za nic nie wyrwę tego pączkożercy z ciepłego fotela. Kurwa! Na Manhattanie wiedziałabym do kogo zadzwonić, ale tu, w tej dziurze, nikogo… Moment! Jest ktoś, kto może mi pomóc. Pytanie tylko, gdzie wcisnęłam jego numer…” – chrząknięcie policjanta przerwało jej rozmyślania.

– Czy mogę skorzystać z telefonu? Komórkę też miałam w torbie – Podał jej słuchawkę z niezadowoloną miną. Wykręcała numer z wizytówki Harry’ego trzęsącymi się palcami.

– Tak, słucham… – usłyszała po drugiej stronie ciepły głos mężczyzny.
– Harry?

– Cześć, Sally!

– Zostałam napadnięta. – Mimo, że słowa zabrzmiały spokojnie poczuła wzbierającą falę płaczu, która zacisnęła się kluchą w gardle.

– Jesteś cała? – zapytał z troską w głosie.

– Nic mi nie jest…

– Chciałbym, żebyś przyjechała do mnie na komendę. Dasz radę tu dotrzeć?

– Tak. Wezmę taksówkę.

Po kilkunastu minutach oczekiwania podjechała taryfa. Kierowca zlustrował ją wzrokiem, kiedy podała adres. Chyba nie często zdarzało mu się przewozić pasażera z posterunku policji do komendy. Sally wsiadła do samochodu, nie zwracając na niego uwagi. Przez całą drogę wpatrywała się w szybę. Nie mogła się skupić. Myśli przelatywały przez głowę bez składu ni ładu. Martwiła się o stracone zdjęcia. Zauważyła, że ze zdenerwowania i zmęczenia drżą jej ręce. Dotarli na miejsce w ciągu kilku chwil. Z roztargnieniem podała taksówkarzowi pieniądze za kurs.

– Reszty nie trzeba…

Znajdowała się już przy drzwiach, gdy taksówka ruszyła z piskiem opon, strzelając spalinami z rury wydechowej. Drgnęła przestraszona. Niespodziewany dźwięk wyrwał ją z zamyślenia. Zatrzymała się tuż przed wejściem, poprawiła ubranie. Widząc swoje odbicie w szybie, niezadowolona stwierdziła:
– Wyglądam jak siedem nieszczęść…

W środku przywitało ją pytające spojrzenie pilnującego wejścia policjanta.

– Pani do kogo…?

– Do Harrego Richmonda.

– Do agenta Richmonda?

– Tak jest. Do niego. – Poczuła irytację. Przecież sam ją tu ściągnął.

– Pani nazwisko? – Policjant podniósł słuchawkę.

– Kowalski. Sally Kowalski – starała się zachować przyjazny ton głosu.

– Tak… Dobrze… Powiem, że ma czekać… – Przysłuchiwała się, jak policjant rozmawia z kimś po drugiej stronie słuchawki. Zwrócił się w jej stronę.

– Wejdzie pani na górę, tam skręci w prawo i poczeka przed szklanymi drzwiami. Agent Richmond wyjdzie po panią.

Bez słowa przeszła bramką uchyloną przez oficera.

Na korytarzu trwała charakterystyczna dla każdego biura krzątanina. Zmęczona usiadła na drewnianej ławce ustawionej na wprost dużych przeszklonych drzwi. Dostrzegła, że w sali za nimi trwała narada. Ze swojego miejsca mogła obserwować część zgromadzonych tam osób, w tym znajomą postać Harrego. Agent specjalny siedział nachylony nad stołem, uważnie słuchając niewidocznego rozmówcy. Miał na sobie wciąż tę samą koszulę co rano. Lekko wygnieciony kołnierzyk i poluzowany węzeł krawata nadawały mu bardziej wygląd zmęczonego całym dniem biznesmena, niż agenta FBI.

Marynarka wisiała na oparciu, więc mogła bez przeszkód obserwować każdy ruch jego ciała. Zapamiętała Harrego trochę innego, mniej masywnego, bardziej chłopięcego. Teraz widać było wyraźnie, że zmężniał. Żeby utrzymać taką sylwetkę zbliżając się do czterdziestki, na pewno musiał regularnie odwiedzać siłownię. Mężczyzna poruszył się i odezwał. Nie była w stanie nic usłyszeć przez zamknięte drzwi. Patrzyła, jak jej pierwszy chłopak gestykuluje i tłumaczy coś zgromadzonym. Ta łatwość i szerokość gestów była dostrzegalna już w młodości. Przed oczyma stanął obraz z przeszłości, kiedy w czasie jednego z jesiennych spacerów rozentuzjazmowany Harry coś tłumaczył, a potem podszedł do niej, objął jej głowę i zaczęli się całować. Westchnęła, przecierając oczy. „Co się ze mną dzieje? Skąd we mnie taka czułostkowość? Skąd te wspomnienia, o których nie miałam nawet pojęcia? Nie jestem nimfomanką, która robi maślane oczy do każdego faceta z przeszłości. No dobrze, to nie jest jakiś tam obcy mężczyzna. To jest mój pierwszy facet. Ale i tak nie powinnam  reagować w ten sposób”.

Harry nagle wstał, uścisnął wyciągniętą do niego prawicę. Mocno i stanowczo. Potem uśmiechnął się i złożył dłonie jak do modlitwy, a następnie przetarł nimi twarz. Patrzyła zafascynowana na długie palce mężczyzny. Na gesty, które jak echo odzywały się z przeszłości. To od jego rąk narodził się u niej fetysz męskich dłoni.

Szklane drzwi, dzięki którym mogła bezkarnie podglądać naradę, otworzyły się ze szczękiem. Z pomieszczenia zaczęli wychodzić policjanci. Na moment przysłonili jego sylwetkę. Rozległ się gwar głosów. Po chwili spostrzegła, że Harry i jego partner pozostali sami w sali konferencyjnej. Została zauważona. Uśmiechnął się do niej szeroko. Takiej serdeczności nie sposób udawać. Pokazał na migi, że potrzebuje jeszcze pięciu minut. Kiwnęła głową.

Siedząc na ławce, mogła obserwować nie tylko wnętrze sali za drzwiami ale również pozostałą część komendy policji w Detroit. Mogła też bez trudu słyszeć, o czym rozmawiają jej pracownicy. Przy jednym z biurek siedziało dwóch szczególnie głośnych policjantów. Ich rozmowa dotyczyła gangów i plagi, jaką się stały. Musiała im w duchu przyznać rację. Sama, nie dalej jak godzinę temu, odczuła to na własnej skórze. Mężczyźni zmienili temat. Zaczęli omawiać sprawę jakiegoś zabójstwa. Mimowolnie nadstawiła uszu.

– Słyszałeś, stary, o tym truposzu z wyciętymi jajami?

– No, to dopiero świadczy o tym, że to miasto zupełnie wariuje.

– Idę o zakład, że to nie są porachunki…

– No coś ty? Jeśli nie to, to co?

– Słyszałeś wcześniej, żeby ktoś obcinał fiuta ofierze? Trzeba być jakimś psycholem…

– Nie chce mi się wierzyć. Takie sprawy to zwykle morderstwa na kobietach, a tu przecież jest facet. Kto byłby w stanie zrobić coś takiego?

– A bo ja wiem? To pewnie może jakiś gej, albo czarnuch.

Dalszą rozmowę zakłóciło pojawienie się Harrego.

– Sorry, ale musieliśmy dokończyć. Chcesz coś do picia? – Obrzucił ją badawczym spojrzeniem.

– Na pewno nic ci się nie stało?

– Tak, wszystko w porządku. Ale kubka kawy nie odmówię.

Po chwili trzymała w dłoni typowo biurową lurę, ni to zimną, ni gorącą.

– To wszystko, co udało mi się zdobyć. – Uśmiechnął się przepraszająco. Zaprosił ją do salki za przeszklonymi drzwiami.

– No, dobrze. Opowiedz mi, co ci się przytrafiło.

Opisała mu swoje popołudnie, starając się nie zanudzać go szczegółami dotyczącymi fotografowania. Kiedy skończyła, poczuła coś na kształt ulgi.

– Najbardziej wkurza mnie to, że cały dzień pracy poszedł na marne.

– Sally, nie zrozum mnie źle, ale czy zdajesz sobie sprawę, ile miałaś szczęścia? Powinnaś się cieszyć, że nie stało się nic gorszego. – Pogłaskał ją czule po policzku. Od tego dotyku aż przeszły ją dreszcze.

– Mam do ciebie jeszcze parę pytań. Przypomnij sobie, jak wglądał przywódca tych dzieciaków. Może miał jakieś charakterystyczne cechy, może jakieś tatuaże, które rzuciły ci się w oczy, jakieś emblematy…?

Zamknęła oczy, przywołując obraz lidera gangu. Pod powiekami wyświetliła się wykrzywiona w nienawistnym grymasie twarz.

– Chłopak był czarnoskóry, ale to już wiesz… Silnie umięśniony, bez tatuaży, przynajmniej ja ich nie dostrzegłam… – Starała się uruchomić swoją pamięć jak w przypadku fotografowania, od ogółu do szczegółu. – Od pasa w górę był nagi, ale co innego zwróciło moją uwagę. Zachowywał się tak, jakby znajdował się pod wpływem narkotyków. Miał dziwne oczy. Wiesz… one były niebieskie. Nie widziałam jeszcze tak niebieskich oczu. I na spodniach miał taką naszywkę. Nie wiem, czy to ważne, ale utkwiła mi w pamięci, bo była czerwona.

– Rozpoznałabyś go na zdjęciu?

– Jasne, pamiętaj z kim rozmawiasz. – Wykonała ręką gest, jakby przyciskała spust migawki aparatu i uśmiechnęła się zmęczona.

– Dobra, ktoś zaraz przyjdzie i pokaże ci kilka zdjęć. Okej?

Przytaknęła. Chciała dorwać tego sukinsyna, który tak bezczelnie ukradł sprzęt. Tymczasem Harry pochylił się nad nią.

– Obiecaj mi, że nie będziesz już tak ryzykować. Dobrze? – Patrzył jej prosto w oczy.

Pokiwała głową. Czuła się jak mała, bezbronna dziewczynka, którą ktoś się w końcu zaopiekował.

– Dobrze – udało jej się wydukać.

– A teraz ja postaram się coś zrobić w sprawie twojego sprzętu. A ty obejrzysz zdjęcia. Później pojedziesz do hotelu i odpoczniesz. Okej? – Utonęła w jego brązowych oczach. Chciała, żeby ją przytulił, żeby objęły ją silne męskie ramiona. Ale nie mogła sobie na to pozwolić. Nie teraz, nie przy szklanej tafli drzwi, odgradzających od reszty świata.

– Zadzwonię do ciebie, albo nie… Zrobimy tak: jak już odpoczniesz, dasz mi znać, to może wybierzemy się na drinka? Hmm?

Po godzinie przeglądania fotografii młody oficer w świeżo wyprasowanym, granatowym mundurze w końcu się poddał. Na stole piętrzyła się sterta albumów ze zdjęciami z policyjnych kartotek. Żadne z nich nie przedstawiało młodego złodziejaszka. W końcu, zmęczonej Sally pozwolono opuścić posterunek. W drodze do hotelu nie marzyła o niczym innym, tylko o prysznicu. Zanim dotarła do łóżka, była już tak zmęczona, że nawet nie sprawdziła poczty ani facebooka. Kiedy tylko jej głowa dotknęła poduszki, zasnęła jak kamień.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*

Wychodząc po całym dniu spędzonym na posterunku, Harry odczuwał  zmęczenie, ale jednocześnie wypełniało go poczucie dobrze wykorzystanego czasu. Dzięki protekcji starszego przyjaciela nie wzbudzał już sensacji, choć nie sposób było nie zauważyć ukradkowych spojrzeń rzucanych zza biurek. Śledztwo w sprawie zabójstwa rozwijało się w kilku kierunkach, z których co najmniej dwa wydawały się obiecujące. No i w końcu udało mu się umówić na randkę. Czy to rzeczywiście była randka? Przechodząc obok metalowych drzwi laboratorium, zawahał się na chwilę. Mieszanka dziwnych uczuć; zażenowania i poczucia wstydu. A może to tylko niepotrzebne skrupuły? Machnął ręką i ruszył zdecydowanym krokiem przed siebie.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*

Deszcz chlupotał w dziurawych rynnach, wlewając się strumieniami na mokrą ziemię. W ciemnym zaułku pomiędzy barakami z falistej blachy panowały niemal całkowite ciemności. Młoda kobieta poruszała się po omacku, przyciskając blade dłonie do blaszanych ścian. W mroku zabrzęczała potrącona puszka. Dziewczyna zastygła w bezruchu, wstrzymując oddech, nasłuchując i wpatrując się w głęboką czerń nocy. Przetarła czoło, odgarniając spływające po twarzy krople. Mokre pasemka włosów przykleiły się do czoła. Starała się opanować świszczący oddech. Serce biło jak oszalałe ze strachu. Wyczuwała za sobą ścigających ją ludzi. Nie myślała już o odzyskaniu swoich rzeczy, pozostawionych we wnętrzu opuszczonej fabryki. Teraz po prostu chciała się stąd wydostać.

Powoli przesunęła się kilka kroków naprzód. Wysunęła głowę poza róg budynku. Rozejrzała się wokół. W oddali zamajaczyła uchylona brama w siatkowym ogrodzeniu. Światło żarówki w metalowym kloszu rzucało cienie wokół celu jej wędrówki. Brama a za nią żółty aparat telefoniczny.

W ciemności za nią błysnęło. Jasne snopy światła latarek przeszukiwały przestrzeń pomiędzy barakami. Pogoń zbliżała się z każdą chwilą. Zebrała resztki sił. Jeszcze tylko jeden skok. Ledwie kilkanaście metrów odsłoniętego terenu. Nogi drżały z wysiłku i zdenerwowania. Zebrana w dłoni, podwinięta spódnica nie krępowała ruchów Obejrzała się za siebie. Wciągnęła powietrze głęboko w płuca. Zaklęła w duchu i wyskoczyła spomiędzy hal fabrycznych, kierując się wprost do wyjścia. Biegła co sił, byleby tylko wydostać się z tego koszmaru.

Zdyszana dopadła do ogrodzenia. Żelazne skrzydło bramy zazgrzytało, kiedy przemknęła, śpiesząc do telefonu. Drżącymi rękoma podniosła słuchawkę. Odetchnęła z ulgą, kiedy usłyszała sygnał. Palce z trudem odnalazły odpowiednie cyfry. „Dzień dobry, tu numer alarmowy 911. Za chwilę nastąpi połączenie. Proszę czekać.” Wpatrywała się w aparat telefoniczny, jakby siłą woli próbując przyspieszyć bieg zdarzeń.

– Tak, słucham? Numer alarmowy…

– Ścigają mnie! To jacyś cholerni psychopaci! – wykrzyczała do słuchawki.

– Proszę się uspokoić. Gdzie pani się znajduje i kto panią ściga? – konsultant policyjnego call centre próbował wydobyć z niej informacje.

Poczuła silny uścisk na szyi. Ręka w czarnej rękawiczce wyjęła z jej dłoni słuchawkę.

– Halo, proszę pani…? – jeszcze raz zapytał konsultant. Odpowiedziała mu głucha cisza. Po chwili połączenie zostało przerwane.


Obudziwszy się, zdała sobie sprawę, że świat wokół jest odwrócony do góry nogami. Po sekundzie dotarło do niej, że znajduje się wysoko pod sufitem, skrępowana szorstką liną. Jej ciało wygięte było w nienaturalny łuk, tak, że już po chwili od odzyskania przytomności ból napiętych mięśni stał się nie do zniesienia. Próbowała jęknąć, ale usta wypełniał knebel, tłumiący jakiekolwiek dźwięki.

– Obudziłaś się? – odezwał się męski głos. Próbowała obrócić się w jego stronę, ale oplatająca ją lina blokowała wszystkie ruchy.

– No tak… Przecież mi nie odpowiesz. – W głębokim tembrze głosu można było rozpoznać nuty rozbawienia.

„Co za skurwiel! To musi być jakiś sadomaso popierdoleniec. Kurwa! Nie będę się pierdolić na darmo, i to jeszcze bez choćby jednego „strzału”. Ale wszystkie dragi zostały na squacie w fabryce…” Przez myśl przebiegły jej wspomnienia z ostatnich chwil, nim straciła przytomność. „To nie jest zwyczajny świr, który chce podupczyć. Nie brzmi jak te wszystkie miękkie faje, którym ego rosło od tego, że zerżnęli związaną laskę. O kurwa! Ale się wjebałam w gówno.” Zaczynała się bać. Jeszcze raz szarpnęła więzy. Bez skutku. Potrząsnęła głową. Czuła, że ślina wypełniająca usta wycieka poprzez knebel na twarz i oczy. Cieknąca strużka trafiła do nosa, blokując możliwość oddychania.

– Nie szarp się, bo zrobisz sobie krzywdę. – Dobiegł do niej głos mężczyzny. – Zaraz przyjdzie, to cię zdejmę.

Spokojny ton faceta poza zasięgiem wzroku jeszcze wzmagał jej lęk. W nagłym ataku paniki szarpnęła się i wyginając do granic możliwości kręgosłup, zakołysała całym ciałem. Zobaczyła podłogę przysypaną resztkami oblazłej z sufitu farby i potłuczonych naczyń z białej porcelany.

Duża dłoń mężczyzny szarpnęła ją za włosy.

– Uspokój się, dziwko! – Struchlała z przerażenia.

Znów widziała tylko białą powierzchnię sufitu, na której w częściowo rozbitym kloszu, jasnym punktem świeciła się żarówka. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Ubranie zmoczone na deszczu było prawie suche. Tylko w miejscach, gdzie lina wrzynała się ciało, pozostały resztki wilgoci.

W powietrzu rozległ się dźwięk komórki. Drgnęła ze strachu.

– Tak, tak… Odzyskała przytomność. Jesteśmy u dentysty. Tak. Czekam – usłyszała strzępki rozmowy. „U jakiego dentysty? O co tu, kurwa, chodzi?”. Jej tok rozumowania przerwał znajomy głos.

– No, mała, się doczekałaś, ale jeszcze tylko to… – Na jej głowę został nałożony ciemny worek. Szarpnęła się w niemym buncie. Bez jakiegokolwiek efektu.

Po kilkunastu sekundach skrzypnęły otwierane drzwi.

– Zdejmij ją! – padło krótkie polecenie. Aż wstrzymała oddech – to był kobiecy głos.

Poczuła jak świat wraca do normalnego położenia. Mężczyzna, posapując z wysiłku, zdjął ją z podwieszenia. Gdyby mogła, westchnęłaby z ulgi. Została posadzona na miękkim fotelu. Kaptur nie pozwalał na zorientowania się, gdzie się znajduje, ale przynajmniej ta pozycja pozwalała odpocząć plecom.

Ktoś oparł dłoń o jej kolano.

– Posłuchaj mnie. Chcę wiedzieć parę rzeczy. Rozumiesz? – kobieta mówiła powoli, akcentując mocno pytanie. Pokiwała głową, dając znać, że zrozumiała.

– Wiem, że się boisz i że ze strachu jesteś w stanie powiedzieć wszystko, co chciałabym usłyszeć – kontynuowała kobieta. – Dlatego zostawię cię tu na chwilę, a potem przyjdę i szczerze porozmawiamy.

Związana dziewczyna potrząsnęła głową. Pierwszy cios odebrał jej dech w piersiach. Kolejne uderzenia zrzuciły ją z fotela. Zwinęła się w kłębek, próbując chronić głowę i brzuch, ale mężczyzna dobrze znał swój fach. Razy spadały na plecy i żebra, zmuszając do wyprostowania tułowia, a wtedy kopnięcia uderzały w odsłonięty brzuch.

Czuła, że się dusi, że nie może złapać oddechu. Pod powiekami zrobiło jej się czerwono. Tępy ból ciosów z przodu wywoływał mdłości i mieszał się z ostrymi, kłującymi szpilami promieniującymi od pleców. Jedyne, co mogła zrobić, to skupić się na przetrzymaniu tej fali agresji. „Nie, nie… Już dość… Błagam…” Jęczała bezgłośnie, tłumiona przez knebel w ustach. Ciemność co chwila rozbłyskiwała snopami iskier, kiedy spadały na nią kolejne uderzenia.

Nagle wszystko ustało. Ktoś podniósł ją i posadził.

Po chwili usłyszała otwierające się drzwi. Zawiasy zaskrzypiały przeraźliwie. Z rozbitego nosa kapała krew, a całe ciało miała obolałe od uderzeń. Nie mogła nawet otworzyć oczu. Po raz kolejny delikatna dłoń dotknęła jej kolana. Skuliła się podświadomie w oczekiwaniu na ból.

– Teraz rozumiesz, że zależy mi na szczerości. – To było raczej stwierdzenie niż pytanie.

– Zdejmij jej to.

Świat pojaśniał i otworzywszy oczy, ujrzała swych oprawców. Zauważyła też, że rzeczywiście znajdowali się w zrujnowanym gabinecie dentystycznym. Na wprost niej stała kobieta. Jeszcze chwila i uwolniono ją z knebla. Nareszcie mogła swobodnie oddychać. Zebrała w ustach ślinę i krew, zastanawiając się, gdzie może jej się pozbyć. Ostatecznie splunęła w kuwetę przygotowaną dla pacjentów.

– Taka ładna dziewczyna, a włóczy się po takich okolicach… – Agesorka wyjęła i zapaliła papierosa. – Powiedz mi szczerze… kto cię przysłał? FBI, DEA…? Nie każ mi wierzyć, że jesteś zagubionym emo–dzieciakiem, bo jesteś na to już za duża.

Dziewczyna popatrzyła nierozumiejącym wzrokiem.

– Jestem sama. Nazywam się Karen, moje dokumenty…

– Jeszcze ci mało? – przerwała jej kobieta.

Uderzenie nie było mocne, ale rozcięło ledwo zasklepioną wargę.

– Kto jest jeszcze z tobą?

Odruchowo zasłoniła się przed uderzeniem.

– Proszę pani, jestem sama i nikt mnie nie przysyłał. Przysięgam! – Opuchnięte wargi sprawiały, że słowa z trudem wydostawały się z ust. Szlochając, upadła na kolana przed odpytującą kobietą. – Błagam, ja nic nie wiem…

– Przywiąż ją. – Napastniczka najwyraźniej zmieniła zdanie. – Widzisz… Ja muszę mieć pewność. – Jej głos ledwie przebijał się przez stukanie metalowych narzędzi. Tymczasem Karen została przywiązana do fotela dentystycznego. Kobieta pojawiła się znowu w zasięgu wzroku dziewczyny.

– Muszę wiedzieć – powiedziała, podnosząc głos, by przekrzyczeć wizg wiertła. Z rozmachem przejechała po dłoni przywiązanej do poręczy mebla. Strzępki mięśni i chrząstek bryzgnęły na podłogę.

– Aaaaa!! – z gardła dziewczyny wydobył się zwierzęcy wrzask. Rana piekła żywym ogniem. Nie mogła poruszać palcami. Zmasakrowana ręka pulsowała bólem.

– Czy jesteś szczera? Tak do bólu szczera? – kobieta zbliżyła wiertło do twarzy dziewczyny.

– Tak, tak, tak. Mówię prawdę. Jestem tylko ja. Jestem sama. – Pomimo szoku wywołanego torturami dotarło do niej to, co właśnie powiedziała. Zrozumiała, że tymi słowami podpisała na siebie wyrok.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*

Przeglądając się w sklepowej wystawie, raz jeszcze poprawił marynarkę. To niedorzeczne podniecenie i ekscytacja towarzysząca spotkaniu były jednocześnie przyjemne i w jakiś sposób krępujące. Zastanawiał się, ile czasu minęło od ostatniego razu, kiedy szykował się na randkę. Nie mógł sobie przypomnieć. Nie miał problemu z kobietami, ale były to raczej luźne spotkania, najczęściej kończące się szybkim seksem bez zobowiązań. Wykonując swój zawód, nie liczył na biały domek z płotkiem i kanapki szykowane przez czekającą w domu żonę. To był jego wybór.

Randka – przeżuwał to słowo, nie rozumiejąc, skąd w nim tak dużo onieśmielenia. Czy była to kwestia wspólnej przeszłości? Po prawie dwóch dekadach nic już ich przecież nie łączyło. Podobno pierwsze miłości odciskają swoje piętno na całe życie, ale żeby aż tak? Wytarł w chustkę higieniczną spoconą dłoń. A może to kwestia nadziei i obaw z tym związanych? Czy miał jakieś nadzieje? Raczej nie. Więc czegoś się obawiał? A może nie chciał deprecjonować tej malutkiej resztki wspomnień w konfrontacji z dzisiejszą, realnie istniejącą Sally. Co też mnie podkorciło, żeby się umówić na spotkanie? I to właśnie z nią.

W końcu ruszył przed siebie zdecydowanym krokiem. Drzwi hotelowe zasunęły się za nim z cichym szumem. Nie ma już odwrotu – pomyślał i roześmiał się w duchu. Zachowywał się jak nastolatek.

Siedziała przy barze. W dżinsach i białej tunice wyglądała swobodnie i jednocześnie elegancko. Nigdy nie nabył tej umiejętności swobodnego łączenia ubrań tak, by stanowiły sensowną całość. Była atrakcyjna. Musiał przyznać, że czas obszedł się z nią łagodnie. Pomyślał o siwych pasemkach na swoich skroniach. Bezwiednie sięgnął do włosów. W tym momencie Sally podniosła wzrok. Zmieszany udał, że macha do niej na przywitanie. Uśmiechnęła się w odpowiedzi.

„To będzie jakiś koszmar…” – przemknęło mu przez głowę, gdy podchodził bliżej. Sally podniosła się z kochera i nadstawiła policzek do pocałunku.

– Wszędzie poznałabym ten błysk w oku. – Patrzyła mu prosto w twarz. – Napijesz się czegoś?

– Chętnie. – Próbował skupić się na wyborze drinka z karty. W końcu zrezygnowany poprosił o piwo.

– Popatrz jakie spotkanie… Po tylu latach. Opowiadaj, co się z tobą działo. – Nie pozwoliła mu jednak dojść do głosu. – A wiesz, że ja zupełnie niedawno przyjechałam, ledwie kilka dni temu. I od razu trafiamy na siebie. Dziwne, prawda? Nie wydaje ci się? Moja kumpela zajmuje się takimi sprawami i twierdzi, że wszystko ma swoją przyczynę, że zawsze jest jakiś sens tego, co wydarza się nam i wokół nas. Rozumiesz?

Zapalił papierosa. W czasie, gdy ona trajkotała bez chwili przerwy, miał moment, by ochłonąć. Spod przymrużonych powiek przyglądał się sympatii sprzed lat. Próbował odnaleźć w kobiecej sylwetce naprzeciwko siebie echa odległych wspomnień z młodości. Dotarło do niego, że tak naprawdę była obcym człowiekiem. Spodziewał się jakiegoś drgnienia, poruszenia emocji, ale nie czuł nic. Owszem, podobała mu się jako kobieta, ale równie dobrze mógłby spotkać się z kimkolwiek innym. Początkowe zdenerwowanie wydawało się idiotycznie niedorzeczne.

Śledził jej ruchy z uwagą, wyłapując charakterystyczne pozy i gesty. W ten sposób najłatwiej poznaje się drugiego człowieka. Efekt wielu lat pracy w Federalnym Biurze Śledczym. Poprzez nieuświadomione sposoby ułożenia dłoni, przechylenia głowy, ustawienie sylwetki można było się zorientować, że Sally Kowalsky była energiczną i otwartą osobą. Niewątpliwie charakteryzowała ją również spora gadatliwość. W niczym nie przypominała przestraszonego i umorusanego dziewczęcia z posterunku.

– Jak sądzisz? – Pytanie wyrwało go z zamyślenia.

– Przepraszam, zamyśliłem się. Pytałaś o…?

– Nieważne. Nic się nie zmieniłeś. Wiesz… Kochałam się w tobie na zabój. Byłeś zupełnie inny niż reszta chłopaków.

– Hmm… Co masz na myśli mówiąc ”inny”? – To, co słyszał, było przyjemne, ale zupełnie nie zgadzało się z jego własną wizją młodzieńczych lat.

– No, tak cię zapamiętałam. Zawsze byłeś oczytany, inteligentny i niezależny. Zawsze byłeś schludnie ubrany, zadbany. Ależ byłam w tobie zadurzona… – roześmiała się, obserwując reakcję Harry’ego.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*

Krople stukały o parapet. W świetle latarni gałęzie okolicznych drzew pochylały się pod naporem wiatru, rzucając rozkołysane cienie na ściany pokoju.

Milczeli oboje, słuchając jednostajnego szumu deszczu.

Nie czuł się senny. Ze swojego miejsca na kanapie mógł obserwować spływające po szybie krople. Lubił deszcz. Odnajdywał w jego monotonii uspokajającą siłę. Oszczędność czasu i środków. Niektórzy wyjeżdżają nad morze, niektórzy wspinają się w górach, żeby naładować akumulatory, a jemu wystarczyła chwila sam na sam z opadami atmosferycznymi.

Za plecami czuł ciepło kobiecego ciała. Co za przedziwny zbieg okoliczności. Powrót do tego miasta wydawał się dopustem Bożym. W najśmielszych marzeniach nie spodziewał się ponownego spotkania z Sally. Przyjeżdżając tu, miał jak najgorsze przeczucia. Najpierw ta sprawa z Nowego Jorku i zesłanie na totalne zadupie a potem jeszcze rozmowa z burmistrzem.

A teraz… Teraz w jego wynajętym domu, w podrzędnej dzielnicy, na rozkładanym łóżku leżała światowa gwiazda fotografii.

A on? Po gównianej misji w Iraku został zwerbowany przez Biuro i utknął tam na kilkanaście lat. No, nie do końca utknął. Szybko poszedł w górę, ale mimo, że lubił swoją robotę, zdawał sobie sprawę z tego, że dotarł do szklanego sufitu. Tyle się słyszało na temat równouprawnienia i parytetów rasowych, ale jasnym było, że awansować mógł już tylko w poziomie. Co nie znaczy, że nie spełniał się w swojej pracy. Lubił zamykać złych drani. Poza tym, te zdziwione spojrzenia, kiedy wyjmował legitymację – on Afroamerykanin z przedmieść Detroit – bezcenne.

Nie zastanawiał się dotąd, co będzie robił dalej. Dotąd… Jak to było? Wszystko ma swój sens, przyczynę i skutek… Przyczyna w jego przypadku była równie niezrozumiała co możliwe skutki. Nie miał siły na to, by po raz kolejny mierzyć się z demonami zagrzebanymi w  umyśle tak głęboko, że nawet psychiatrzy z Biura nie potrafili mu pomóc.

– Śpisz?

– Nie.

Poczuł uginające się łóżko.

– O czym myślisz?

– O deszczu. – Skrzyżował w myślach palce.

– A ty?

– Ja też. Lubię jak pada…

Przez chwilę trwali w milczeniu.

– Powinniśmy się położyć…

– Yhm.

– Co robisz?

– Wstaję zapalić. – Podniósł się z łóżka i stanął przy otwartym oknie.

– Strasznie kopcisz, przecież niedawno nie paliłeś.

– Yhm… – potwierdził, zaciągając się głęboko – Nauczyłem się w armii.

– Jak tam było?

W ciszy mogli usłyszeć spalające się drobinki tytoniu w papierosie.

– Czy kogoś zabiłem? O to chciałaś zapytać? – uśmiechnął się smutno w ciemności.

– O to też…

– Tak, zabijałem. – Zaciągnął się dymem. – Jak tam było? Gorąco i sucho. A oprócz tego, jak na każdej wojnie: długie momenty nudy i krótkie chwile zagrożenia. Nuda była najgorsza. Trzeba było czymś zająć ręce. Dlatego zacząłem palić. Fajki były najskuteczniejsze. Pamiętam gościa z naszego oddziału, który przed każdą akcją się onanizował. Ale ileż można walić konia…?

Zamilkł na chwilę.

– Temu chłopakowi urwało ręce. To był mina pułapka. Rozpieprzyło całego Humvee.

– Mój Boże… Naoglądałeś się tam…

– No. – Zgasił papierosa, zastanawiając się po jaką cholerę jej to opowiada.

Wrócił do łóżka. Wsunął się pod kołdrę. Sally stłumiła ziewnięcie.

– Chodź tu, mała. – Włożył rękę pod jej głowę, pozwalając, by przytuliła się do piersi.

– Śpimy – zakomenderował.

Wtuliła się w jego ciało. Po chwili poczuł, jak oddech kobiety się wyrównuje. Jeszcze przez chwilę błądził myślami wokół wspomnień z wojska, ale po kilku sekundach  on również zapadł się w czerń snu.


Obudziły go promienie słońca. Otworzył oczy. Jasnobeżowe zasłony, półotwarte okno. Przez dwie sekundy był całkowicie zdezorientowany. Odwrócił głowę i dotarły do niego wspomnienia wczorajszego wieczoru. Rozsypane na poduszce blond włosy i śpiąca obok kobieta dowodziły, że wczorajsza randka nie była marzeniem sennym. Blondynka w  łóżku oddychała przez rozchylone usta.

Czemu się z nią nie przespał? Onieśmielała go, a jednocześnie w irytujący sposób przyciągała do siebie. A może nie chciał zbrukać jednego z ostatnich dobrych wspomnień? Była jedną z niewielu kobiet, które pojawiły się w jego życiu, a jednocześnie nie przewinęły się przez jego łóżko.

“Kobieta, która zostaje sprowadzona do roli żony, matki, partnerki traci swój czar i urok. Prawdziwa miłość jest możliwa tylko na odległość.” Gdzieś przeczytana sentencja wyświetliła się w  głowie.

Czy się zadurzył w Sally? Nie pamiętał swoich młodzieńczych uczuć. A teraz?

Zdecydowanie była atrakcyjna. Czy to, że odnajdywał sporo przyjemności w samym przebywaniu blisko niej mogło o czymś świadczyć?

Nie zdołał dojść do żadnych konkluzji, bo jego towarzyszka o mały włos nie rozbiła mu nosa, przeciągając się w pościeli.

Wygrzebał się spod kołdry i na bosaka, starając się zachowywać jak najciszej, przeszedł do łazienki. Po drodze rzucił okiem na wyświetlacz komórki. Kilka nieodebranych połączeń. Większość z lokalnego numeru, oprócz tego dwa od Andy’ego. Migająca koperta sygnalizowała wiadomość na poczcie głosowej.

“Cześć synek, mamy nowego trupa. Pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć. Odezwij się… To jest naprawdę popierdolone.”

Wcisnął przycisk –„ oddzwoń”.

“Cześć, tu Andy, zostaw wiadomość” – komórka policjanta była wyłączona albo znajdował się poza zasięgiem.

Szybki prysznic. Ton głosu starszego mężczyzny budził niepokój. Golił się pośpiesznie, zastanawiając się, co mogło zszokować starego wygę.

W pośpiechu wypadł z łazienki. Wprost na Sally, która stała otulona jego szlafrokiem z dwoma kubkami kawy w dłoniach.

– Myślałam, że już nigdy stamtąd… – urwała w pół zdania.

Nic dziwnego, stał przed nią całkiem nagi.

“O cholera, zapomniałem, że ona tu jest!” Co gorsza poczuł, jak penis unosi się w mimowolnym wzwodzie.

Pierwsza zareagowała Sally.

– Już się tak nie popisuj… – roześmiała się.

Zakrył przyrodzenie dłonią i pomaszerował do szafy z ubraniami. Ukryty za skrzydłem drzwi zakładał bieliznę. Czuł się jak dureń. Tymczasem Sally nie opuszczał dobry humor.

– Więc jednak pogłoski o murzyńskim rozmiarze nie są całkowicie zmyślone.

Uśmiechając się kącikiem ust, patrzyła jak zakłada koszulę.

– Możesz już przestać się ze mnie naigrywać?

– Mogę, jeśli wyjaśnisz mi jedną rzecz…

– Słucham.

– Jak to jest możliwe, że kiedy ci staje, nie tracisz przytomności?

Roześmiali się oboje.

– A serio; czemu się tak nagle zerwałeś?

– Mamy kolejną ofiarę. Dzwonił Andy i muszę się zbierać. Ale ty nie musisz się spieszyć.

– A co z kluczami? – Podała mu kawę.

– Zostaw je pod wycieraczką.

– Nie boisz się?

– A co tu można ukraść…? – Wzruszył ramionami. – Poza tym cała okolica już wie, że jestem gliną.

– Okey, jak chcesz. Ja tylko wezmę prysznic i też będę się zbierać.

– Sorry, nie mogę czekać. – Upił łyk i odstawił kubek. – Dzięki za kawę.

Nadstawiła policzek do pocałunku. Zawahał się.

– Widziałam twojego kutasa i spędziłam tu noc, nie wygłupiaj się…

Cmoknął ją w policzek.

– Zadzwonię.

– No, dobra, zmykaj już.

Zamykając za sobą drzwi, pomyślał: “Czy tak mogłoby być? Kawa o poranku, całus na “do widzenia”? Jak w kiepskich filmach. Brakowało tylko, żeby poprawiła mi krawat.”

Zanim uruchomił silnik, raz jeszcze spróbował połączyć się z Andym. Bezskutecznie. Ruszył w kierunku posterunku. Kilka chwil później zadzwoniła komórka.

Centrala. Otrzymał adres miejsca, gdzie znaleziono ciało.

Kiedy dotarł na miejsce, technicy już składali swój sprzęt. Odetchnął z ulgą. Na dziś miał już dość kontaktów z kobietami, a podejrzewał, że spotkanie z Tildą nie będzie należało do przyjemnych. Poszukał wzrokiem Andy’ego. Starszy mężczyzna stał otoczony wianuszkiem mundurowych.

Kiedy Harry przeszedł pod policyjną taśmą, a tym samym wkroczył na miejsce zdarzenia, jeden z policjantów ruszył w jego stronę. Agent musiał się wylegitymować i dopiero wtedy został przepuszczony dalej. Chwilę później został zauważony przez Andy’ego.

– Cześć dzieciaku. Co, ciężka noc? – Odeszli na bok poza taśmy. Harry zapalił papierosa.

– Daj spokój, spotkałem się z Sally. – Machnął lekceważąco ręką. – Co tutaj mamy?

– Tu mamy niezły bajzel… Zaraz, coś ty powiedział? Synek, zacznij, kurwa, w końcu myśleć głową a nie fiutem! Przecież to jeden z naszych głównych świadków. Gdyby prokurator się dowiedział, że spałeś z tą dupą…

– Ej, nie spałem z nią – to po pierwsze. A po drugie, ja nie prowadzę tego śledztwa – przerwał mu agent.

– No niby racja… – zreflektował się stary. – Jesteś pewien, że chcesz to oglądać? To prawdziwa jatka.

– Skoro już mnie  tu ściągnąłeś… – Agent wdeptał niedopałek papierosa w zaniedbany trawnik.

– Facet, wiek około pięćdziesiątki, brak dokumentów, silnie zbudowany, ale to raczej typ robotnika niż kulturysty, biały. – Policjant raz jeszcze rzucił okiem na swoje notatki.

– Prawdopodobny czas zgonu – około dwie doby temu. Przyczyna śmierci: liczne rany cięte w okolicach tętnic szyjnej i udowej. Brak śladów walki.

Harry rozejrzał się wokół. Jak okiem sięgnąć same opuszczone hale fabryczne. “Dogodne miejsce” – pomyślał. – „Założę się, że świecącej nocą żarówki nie ma w promieniu kilometra.”

– Czemu ściągnęli tu właśnie ciebie? Nie powiesz mi chyba, że byłeś akurat w pobliżu?

– Facet nie ma jajec.

– Co?

– Nie ma genitali. Tak się mówi w wielkim świecie?

– Genitaliów – mruknął pod nosem Harry.

– Co tam burczysz?

– Nic, nic. Pozwolisz, że się rozejrzę?

– Synek, nie wkurwiaj mnie! Rusz to swoje czarne dupsko do środka. Może się na coś przydasz, panie konsultancie.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*
48 godzin wcześniej.

Wymazana błotem ciężarówka skręciła z głównej drogi i przez nieoświetlony plac wjechała pomiędzy zabudowania fabryczne. Kierowca uśmiechał się pod nosem. Kolejny raz udało mu się zahaczyć o bar, a dzięki niedawno odkrytemu skrótowi przez nieczynną fabrykę stara nie będzie suszyć mu głowy. Byli małżeństwem już ponad trzydzieści lat. Mniej więcej od dziesięciu poważnie zastanawiał się nad tym, czy aby poślubienie Sandry nie było największą pomyłką jego życia. Drugą – do wyboru – był przyjazd do tego miasta. Przed oczami stanął mu obraz żony – w szlafroku, z kapciami na stopach i wiecznie wplątanymi we włosy papilotami. Po jaką cholerę kręciła włosy, skoro od kilku lat nie wyściubiła nawet nosa poza próg domu? Jedyne wytchnienie od monotonnego przewożenia gruzu z jednej kupy na drugą stanowiły wieczorne chwile w pobliskim barze. Sącząc piwo, mógł gapić się bez przeszkód na wielkie cycki barmanki. Głupawa rozrywka, ale to było lepsze od niekończących się telenowel, które wypełniały życie Sandry i które był zmuszany oglądać przed zaśnięciem.

Jakaś postać zamajaczyła w reflektorach samochodu. Odruchowo zwolnił.

Krótka spódniczka, buty na wysokich obcasach, skórzana kurteczka. Dziewczyna wyglądała jakby właśnie wyszła z dyskoteki. Stała na poboczu z wystawioną na bok ręką w geście typowym dla autostopowiczów. Co ona robiła w takim miejscu o tej porze? Zatrzymał maszynę tuż obok nieznajomej. Przechylił się przez kanapę i otworzył drzwi od kabiny po stronie pobocza.

– Co ty tu robisz? – zadał pierwsze pytanie, jakie przyszło mu do głowy.

– Jechałam na skróty i wysiadło mi auto – odpowiedziała, przekrzykując warkot silnika.

– Wsiadaj, podwiozę cię, mała, na stację benzynową.

– To pewnie jakaś pierdółka, ale ja się zupełnie na tym nie znam. Nie mógłby pan rzucić okiem?

Poprawiając kurteczkę narzuconą na ramiona, odsłoniła fragment brzucha. Poczuł jak ciśnienie skacze w górę. Taki kociak, taka ciemna noc… Słodki Jezu!

Drżącą ręką przekręcił kluczyk w stacyjce. W jednej chwili zapadła cisza.

Wyskoczył z szoferki. Dopiero teraz był w stanie, w przygasającym świetle gasnącego dnia, docenić walory kobiety. Na wysokich obcasach niemal dorównywała mu wzrostem.

– To gdzie masz ten samochód?

– Tam, za zakrętem – pokazała ręką kierunek. Ten ruch sprawił, że jej pełne piersi zafalowały. Głośno przełknął ślinę. Czysta chuć uderzyła do głowy. Nie mógł przecież… A może jednak…?

– Słuchaj mała… – zdobył się na odwagę. – A co ja z tego będę miał?

Nie wyglądała na zaskoczoną.

– Potrafię się odwdzięczyć – wydęła poszminkowane usta.

– Skąd mam wiedzieć, że to nie jakaś podpucha? – Naciskał. Czuł swoją przewagę. Była zdana na jego łaskę. Następny samochód mógł się pojawić za kilka godzin – najprawdopodobniej o świcie.

– Okey. Czego byś oczekiwał… – Podeszła tak blisko, że wyczuwał jej perfumy. Położyła dłoń na jego szerokiej klatce piersiowej, mocno nacisnęła wskazującym palcem. Palec zjechał w dół aż zatrzymał się w okolicach napiętego już od kilku chwil penisa.

– Mam się nim zająć?

Wszystko wydawało się cholernie nierealne, jak fabuła filmu porno. Przez głowę przebiegła myśl, że byłby idiotą nie korzystając z takiej propozycji. Jak to mówią, okazja czyni złodzieja.

– Od czegoś trzeba zacząć…

Chwycił dziewczynę za włosy i ściągnął w dół. Wyswobodziła się i ze złością w oczach warknęła:

– Zabieraj łapska.

– Weź go! – Przyciągnął głowę pechowej autostopowiczki do wyjętego na wierzch kutasa.

Zachwiała się na szpilkach, straciła równowagę i uderzyła kolanami o zabłoconą powierzchnię drogi.

Nadziała się ustami na wzwiedzioną męskość. Patrzył zachłannie, jak usta dziewczyny zaciskają się na przyrodzeniu. Wyjęła go z ust. Polizała wzdłuż, rozmazując ślinę i preejakulat. Nie był w stanie się powstrzymać. Kilka ruchów dłoni i wystrzelił. To z pewnością nie była jej pierwsza laska w życiu, bo odchyliła penisa tak, że nasienie trysnęło obok na ziemię.

Podniosła się z jezdni.

– No, to teraz możemy już iść do… – coś zabrało mu oddech. Świat zawirował wokół. Zdołał zarejestrować tylko dziwny szpitalny zapach.


Leżał na podłodze. Bezwładny. Nie mógł się poruszyć. Dwoje stojących nad nim ludzi prowadziło sprzeczkę.

– Przez ciebie wybrudziłam sobie pończochy!

– Nie myślałem, że ten robol tak szybko przejdzie do rzeczy. – To chyba było o nim.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że jest całkiem nagi. Poczuł gęsią skórkę – od betonowej podłogi wiało chłodem.

– Obudź tego ćwoka! – kojarzył ten głos. Należał do kobiety, którą chciał… która…

Poczuł kopnięcie.

– Hej! Budzimy się… – Otworzył powieki. Świat zawirował przed oczami. Ale powoli wracało czucie w kończynach. Jeszcze nie do końca świadomy chciał zapytać, o co w tym wszystkim chodzi. Z gardła wydobył się nieartykułowany bulgot.

– Zaraz ci minie. – Czarna rękawiczka poklepała go po twarzy.

– Jezu, czy to wszystko musi tyle trwać? – pytanie dziewczyny zawisło w powietrzu.

Usłyszał trzask zapalniczki. Wokół rozniósł się aromat tytoniu. Spojrzał w górę. Palącym okazała się kobieta.

– Budzisz się, zboczku? – Kolejne kopnięcie. Teraz już wszystko pamiętał. Wieczór, autostopowiczka, blow-job i dziwny zapach. A potem ciemność. A mówi się, że to niewykorzystane sytuacje się mszczą. Kiedy pierwszy raz w życiu chciał zrobić coś naprawdę dla siebie, kiedy myślał, że po raz pierwszy uśmiechnęło się do niego szczęście…

– Wstawaj. – Męskie dłonie pomogły mu się podnieść.

– Możesz mówić? – Czarna rękawiczka uderzyła w policzek. Udało mu się skupić wzrok. Znajdowali się w opuszczonym domu. W jednym z takich, których gruzy wywoził ciężarówką. Obdrapane ściany, odpadający sufit, połamane meble. Dom do rozwałki – jak mówili w firmie.

– Czego chcecie? – wydusił z siebie.

– Chcemy, żebyś powiedział dla kogo pracujesz… – Cichy głos mężczyzny skłonił go do mówienia. Jakby bez udziału świadomości. Wymienił nazwę firmy budowlanej, w której w końcu udało mu się zahaczyć po wielu miesiącach życia z zasiłku.

– A tak naprawdę? – Popatrzył na kobietę, nie rozumiejąc, co ma na myśli.

– Jesteś pewien, że ten środek naprawdę działa? – pytanie skierowane było do właściciela czarnych rękawiczek.

– Na sto procent. I jest nie do wykrycia.

– I chcesz mi powiedzieć że ten ćwok zupełnie przez przypadek się tu kręci od tygodnia?

– Zapytajmy. Czemu tędy jeździsz?

– To mój skrót… Do domu. – Dotarło do niego, jak żałośnie musiało to brzmieć. Nagle zaczął żałować swoich wieczorów w barze i cycatej barmanki.

– Dobra, niech ci będzie. Ale tego, że jesteś zboczonym oblechem… tego ci nie daruję. – Kobieta podniosła się ze swojego miejsca i podeszła bliżej niego.

– Ubieraj się. – Wskazała leżące na podłodze ubrania. Popatrzył ze zdziwieniem.

– Przecież to damskie ciuchy…

– A nie lubisz? To odpowiednie ubranie dla takiego kutasa, która napastuje kobietę, gdy ta prosi o pomoc.

– Nie założę tego. – Zbuntował się i natychmiast pożałował swoich słów. Zimny dotyk z tyłu na szyi i szczęk odbezpieczanej broni był wystarczającą motywacją.

Wkładał poszczególne elementy ubioru, czując się jak debil. Przeklinał dzień, w którym odkrył ten pieprzony skrót.

Kobieta zgasiła papierosa. Dokładnie zgniotła niedopałek podeszwą buta na wysokim obcasie.

Przysunęła się do niego na centymetry. Tak blisko, że znów poczuł aromat jej perfum. Pochyliła się i wyszeptała:

– Już nie zgwałcisz żadnej dziewczyny.

Nie zdążył w żaden sposób zareagować. Ostrze cięło przez skórę, sięgając do najbardziej wrażliwych sfer. Krew trysnęła z kilku miejsc jednocześnie.

*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*

Oględziny na miejscu zbrodni nie przyniosły żadnych nowych wniosków. Makabrycznie okaleczone ciało zostało spakowane do czarnego worka i przewiezione do kostnicy. Jedynym nowym faktem był nietypowy strój nieboszczyka.

– I co o tym myślisz? – zagadnął Harry’ego starszy policjant, kiedy zasiedli nad kawą w kawiarni na przeciwko komisariatu.

– Dziwnie to wygląda. Na pozór mamy podobny przypadek do Ilesa – zgadza się charakter zadanych obrażeń, rany śmiertelne i to, że ciało zostało przewiezione z miejsca zbrodni. Ale tym razem nie ma wyciętych inicjałów no i ta feminizacja… To wszystko jakieś popieprzone jest.

– Mów mi jeszcze. To miasto kompletnie zwariowało. Po co ubierać trupa w pończochy i biustonosz? Jakim trzeba być czubkiem, żeby coś takiego wymyślić?

– Z tego, co widziałem, nieboszczyk był tak ubrany przed śmiercią – odpowiedział Harry.

– Co Ty mówisz, synek? Że niby sam się… To jeszcze bardziej popierdolone. To jakiś zboczeniec…

– Miałem kiedyś taką sprawę – przerwał mu Harry – zabójstwo w środowisku, jak mówisz, zboczeńców. Takie zachowanie nazywa się cross–dressing i czasem jest mylone z transwestytyzmem. A nie zawsze o to chodzi. Są faceci, którzy… jakby to wytłumaczyć… są kobietami w środku i ubierają się w damskie fatałaszki. – Harry napotkał niezrozumienie w oczach starszego kolegi. – Ale są też tacy, którzy dają się tak traktować w relacjach z kobietami i wtedy to się nazywa feminizacja – taki rodzaj poniżenia, jedna z ról w BDSM.

– Bedeesemy kojarzę – to było coś o Greyu, ale z tego co pamiętam nikt się tam za kobietę nie przebierał. – Andy pochwalił się znajomością literatury współczesnej.

– Czyli mamy do sprawdzenia sexshopy, kluby dla transów i kluby BDSM. Zapowiada się cudowny dzień… – dodał policjant z krzywym uśmiechem.

– Na szczęście nie ja prowadzę to śledztwo – uśmiechnął się Harry.

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Nie mój klimat, więc mogę spokojnie skupić się na uszczypliwościach ;D

Fragment idealnie psujący do rozmowy, od której się wczoraj migałeś: „Czuła się jak mała, bezbronna dziewczynka, którą ktoś się w końcu zaopiekował”. Ech! Spełnienie marzeń!

A teraz o szacunku dla czytelnika – i żeby nie było Barmanie, że czepiam się korektora, sam wielokrotnie podkreślałeś, że to autor odpowiada za efekt końcowy! – jest trochę „niedoróbek”:
– take zachowanie 😉
– średniki zamiast dwukropków („A serio; czemu się tak nagle zerwałeś? albo „Mieszanina dziwnych uczuć; zażenowania i poczucia wstydu.”),
– rażące błędy interpunkcyjne jak brak kropki na końcu zdania („Krople stukały o parapet”) lub spacji („trwałanarada”) – no dobra, przyczepisz się, że to wcale nie jest błąd interpunkcyjny ;),
– rażące błędy „gramatyczne” („Po którym czym wciąż odczuwał niesmak”).
I nie jestem w stu procentach pewna, ale coś nie gra mi z imieniem Tida. Może to była Tilda? 😉

Dziękuję Aniu, za te uwagi. Większość poprawiłem.
Mea culpa.

No nie no! I jeszcze psujesz zabawę grzecznym przyznaniem się do błędu ;p

We wskazanych przez Ciebie poprawkach średników na dwukropki nie wolno wstawić dwukropków. Średnik jest nieszczęśliwy, zalecanym znakiem interpunkcyjnym jest przecinek, a w pierwszym zdaniu można też użyć myślnika.
Twoje wyliczenie błędów wzbogacę o kilkukrotnie powtarzający się komentarz do wypowiedzi następnej umieszczony w linii wypowiedzi uprzedniej po myślniku. W ten sposób edytuje się tylko komentarze do wypowiedzi w danym akapicie, nie w następnym.

Czy każda kolejna część będzie opatrzona tą samą grafiką? Ktoś tu chyba idzie na łatwiznę 🙂

Przychodzisz tu czytać czy oglądać obrazki?

Wciąga! I przyznaję bez bicia, że przy czytaniu tekstów Barmana kompletnie nie zwracam uwagi na błędy ortograficzne czy interpunkcyjne, bo zbyt zachłannie połykam kolejne akapity. Nawet tematyka kryminalna mnie nie zrazi, choć zwłaszcza w odcinkach wprawia mnie w niepokój tym gorszy, że do kolejnej części upłynie kilka tygodni…
Po prostu, Barmanie, chylę czoła przed stylem i kompozycją. Obawiam się, że w Twojej interpretacji przeczytałabym z zainteresowaniem nawet instrukcję obsługi zmywarki.

…ale w przeciwieństwie do bohatera, w tej części tęskniłam za Tildą. Dobra, mocna, intrygująca postać.

Dzięki.
To mamy podobne – Ty nie zwracasz uwagi na interpunkcję i ja też tego nie robię, różnimy się jedynie stronami monitora 😛
Dlatego dziękuję bogom za korektę działającą na Najlepszej.
Jeśli o instrukcję zmywarki chodzi, mam pewien pomysł fabularny… :]
Ja też nie lubię opowieści ciętych na kawałki. Ale NE to strona z opowiadaniami. Każda część powinna dać się czytać jako osobna 'story’. Czy udało mi się osiągnąć ten efekt? Czytelnicy oceniają sami.
Tilda jak Terminator powinna wychylić się zza ekranu i powiedzieć: I’ll be back!

Ów tekst odbiega od tego, co zazwyczaj serwuje nam Barman. Historia niby wymyślona, ale gdzieś tam pod powłoczką kryją się emocje. Prawdziwe. Spotkać „sympatię”, kochankę sprzed lat. Urwany kontakt. I nagle, przy spotkaniu, iskra powraca. Sama tego doświadczyłam. Facet w udanym związku małżeńskim, dziecko w drodze. Spotkanie klasowe, na którym nie miało mnie być. I bach! Na parkiecie setki osób, a my widzimy tylko siebie. Naelektryzowani sobą. Hmm, miłe uczucie.

Fabuła rozwija się niespiesznie, a przecież niebawem ma nastąpić koniec opowieści. Wiele pytań, wiele zagwostek. Interesujący i charyzmatyczni bohaterowie. Ciekawe, jaki scenariusz Autor ułożył sobie w głowie. Sama mam kilka pomysłów, jak to wszystko może się zakończyć, ale to nie ja tworzę tę historię.

k.

Jako fanka wszelkiej maści kryminałów, musiałam przeczytać to opowiadanie. I nie zawiodłam się. Wciągnął mnie świat przez Ciebie wykreowany, jego mroczny klimat. Czułam, że zanurzam się w tej historii razem z bohaterami. Czekam na następny odcinek i odkrycie kilku tajemnic.

Kiedy kolejna część? Minęły już trzy tygodnie. Będę musiała czytać od początku.

🙂 jak tylko znajdę chwilkę – opowieść już prawie spisana
Dziękuję.

Panie Kruku, nie dziękuj pan tylko pisz. A fotka będzie znowu jak powyżej? ?

First things first – najpierw zakończę to co przyjąłem jako zlecenie.
Potem zasiądę do porno-opowieści. Bez presji terminów i tykającego zegara. Z rudym kotem na kolanach i pustą popielniczką na drewnianym stole.

Fotka – taką przyjąłem konwencję.

Rudy mówisz? ;D

Dla mnie ilustracji może nie być wcale. Wystarczy mi wyobraźnia.
Sprawdzałam tylko, czy mi wytkniesz, że tu się czyta ?

Ciężko się to czyta i pewnie dlatego tekst nie był w stanie mnie zainteresować. Uwaga do poprzedniego odcinka pozostaje w mocy.

Leave a Comment