
grafika własna autora
Przez otwarte szyby samochodu wpadało orzeźwiające, wieczorne powietrze. Opony szumiały na trzypasmowej jezdni, o tej porze już opustoszałej.
Agent federalny Harry Richmond, dla znajomych “Denzel” (ze względu na podobieństwo do znanego aktora) lubił prowadzić. Siedzenie za kółkiem ułatwiało myślenie, a migające w reflektorach pobocze odrywało od całego dnia natłoku rozmów, telefonów i ludzi. Poruszanie się po asfaltowej szosie uspokajało i rozluźniało. Każdy ma swoje sposoby na skupienie czy wypoczynek. Dla niego tym sposobem była jazda autem.
Zbliżał się do celu. Dawno już minął pierwsze rogatki miasta.
Po monotonnym krajobrazie, przez dłuższy czas widocznym po obu stronach drogi, miał teraz wrażenie, jakby wszystko wokół działo się o ułamek sekundy szybciej, niż był w stanie reagować. Typowy objaw zmęczenia i zbyt długiej trasy, której zakończenie wypadało w mieście.
Mijał gęsto zaludnione osiedla, które świeciły tysiącami jasnożółtych okien, i opuszczone kwartały, zapraszające spokojem ciemności. Detroit – miasto młodzieńczych lat – witało go kontrastami, których on sam by się nie spodziewał. Tutejsza stacja radiowa, jakby wsłuchując się w jego nastrój, zabrzmiała mocnym basem gitar Springsteena. Pochylił się do pokrętła i z głośników popłynęło „Your hometown…” Nucąc wraz z Bossem zastanawiał się nad ostatnim okresem w swoim życiu. Ten „awans” na samodzielnego agenta miał stanowić zawoalowaną próbą wysłania go na urlop. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale po cichu sam rozumiał, że wyjazd z Nowego Jorku był koniecznością, jeśli miał wrócić do dawnej formy.
Wydarzenia ostatniej sprawy wciąż ciągnęły się za nim, nękając czasem nocą w sennych koszmarach. To miało być rutynowe śledztwo, zwykłe morderstwo. Kolejny świrus do złapania. Ale tym razem sprawy nie poszły tak, jak powinny. Harry nie potrafił odtworzyć, pomimo pomocy psychologa, jak to się stało, że znaleziono go na wpółprzytomnego, obok zakrwawionych zwłok ostatniej ofiary. Zabójca nigdy więcej się nie pojawił. Żadnych dodatkowych tropów, śladów. Nic.
Odsunął ponure myśli od siebie. Ledwo pozbierał się po tej traumie. Rozgrzebywanie jej nie miało sensu, więc teraz przeniesiono go tutaj. Rodzinne miasto i zadanie związane z jego drugą specjalnością, jaką przez lata pracy stały się zorganizowane grupy przestępcze. W sumie seryjni i gangsterzy byli do siebie podobni. Początek zawsze brał się w głowie jakiegoś dupka z dostępem do broni.
Rzucił okiem na leżącą obok podróżną sakwę. Czy to nie dziwne, że przenosząc się do zupełnie innego miejsca na świecie zdołał zapełnić tylko jeden worek? Cała historia życia zmieściła się w pojedynczej brezentowej torbie. Wracał tu z dobytkiem porównywalnym do stanu posiadania z czasów, gdy wyjeżdżał stąd kilkanaście lat temu.
Skręcił w zjazd z trzypasmówki. To były kiedyś jego okolice. Teraz nie potrafił rozpoznać żadnego z mijanych budynków. Zwolnił. Gdzieniegdzie wąskie uliczki rozświetlały latarnie, dając złudzenie oświetlenia. Teraz już nie dziwił się zaskoczeniu agenta nieruchomości, kiedy bez zmrużenia oka podpisał umowę na wynajem. Okolica nie wyglądała na szczególnie przyjazną. Mimochodem dostrzegł postacie w oknach obserwujące jego przyjazd zza firanek.
Oprócz sterty śmieci na podjeździe, dom nie wyróżniał się niczym w sąsiedztwie. Harry zatrzymał się przed nim, nie gasząc motoru. Jeszcze raz sprawdził zapisany w notesie adres. W tych sprawach był staromodny, żaden z telefonów ani srajpadów nie mógł się równać zwykłemu notesowi. Wszystko się zgadzało. Wyłączył silnik. Wysiadł z samochodu, wyjął swój skromny dobytek i po chwili siłowania się z drzwiami wszedł do środka.
Zapalił światło. Zrzucony na kanapę worek wzbił kłęby kurzu w salonie. Mężczyzna sprawdził resztę pomieszczeń. Przed nim musiała tu mieszkać jakaś rodzina – pokoje na górze wyglądały jak sypialnie dla dzieci. Zatrzymał się w salonie, wsłuchując się we wszechobecną ciszę. Zawsze po przeprowadzce myślał o tym, kto i jak spędzał wieczory w miejscu, które odtąd miało być jego tymczasowym schronieniem. Dziś jednak nie miał na to ochoty. Bezsensowna ckliwość. Widział wiele takich rodzinnych domów, które zamiast stanowić bezpieczną przestrzeń, stawały się miejscem zbrodni.
Zaczął od kąpieli. Odkręcił ciepłą wodę. W rurach coś zabulgotało, zachrzęściło i po chwili z kranu bryznął rdzawo-brązowy strumień.
– Szlag by to… – Po kilku sekundach i intensywnym kręceniu kurkami udało się wyregulować ciśnienie i temperaturę. Kilkanaście minut szorowania wanny i zanurzył się cały w gorącej wodzie. Wstrzymał oddech. Jak długo wytrzyma pod wodą? Taka głupia zabawa z dzieciństwa. Piętnaście, szesnaście, siedemnaście… Organizm domagał się tlenu. Trzysta dwadzieścia, trzysta dwadzieścia jeden… Przed oczami wirowały czerwone plamki. Wynurzył się po trzystu dwudziestu pięciu. Idiotyzm. Ale czemu nie? W końcu wrócił na stare śmieci.
Po kąpieli wskoczył w dres do joggingu. Ogrzewanie nie było jeszcze konieczne, ale trzeba będzie o tym pomyśleć przed zimą. Jeśli dotrwa tu do zimy.
Wrócił do salonu. Na stoliku przed kanapą rozwinął pas ciemnej flaneli. Przyzwyczajenia z wojskowej dyscypliny: najpierw zadbaj o ciało, potem o broń. Na miękkim materiale rozłożył swoją Berettę. Pistolet, zapasowe magazynki. Przeładował, usuwając nabój z komory. Dłonie same, bez udziału świadomości, rozłożyły broń na części. Przedziwne, jak taka prosta czynność mogła wpływać rozluźniająco na wszystkie mięśnie. Powoli, bez pośpiechu, którego wymagano na treningach, dopasowywał kolejne części zamka do mechanizmu spustowego. Uśmiechnął się. Lubił to robić. Taki rytuał. Wpiął mechanizm w sztywność uchwytu, z wyczuciem połączył resztę zamka wraz z lufą, zajrzawszy uprzednio w jej przekrój. Kurek zewnętrzny. Bezpiecznik skrzydełkowy na zamku. Delikatnie nacisnął spust. Zmontowana broń szczęknęła metalicznie. Na strzelnicy opróżniali dwa, trzy magazynki w minutę. Takie walenie „po całości” nie miało w sobie jednak nic przyjemnego. Nauczył się, że prawdziwą rozkosz z oddania strzału ma się wtedy, gdy w pełni kontroluje się broń i siebie. Czy to już fetysz? Nie… po prostu lubił swoją dziewięćdziesiątkę dwójkę.
Wstał, przeczesał lekko wilgotne włosy, wsunął pistolet do kabury i wyszedł na zewnątrz. Odruchowo zawiesił na szyi plakietkę biura, która oprócz potwierdzania statusu urzędnika federalnego pozwalała dostać się do budynku Centrali FBI i pełniła jednocześnie funkcję elektronicznego klucza do drzwi. Teraz ta „usability” nie będzie użyteczna. Uśmiechnął się smutno, wspominając słowa jednego z techników. Szczerze nie lubił tej gadżetomanii, która opanowała większość kolegów z Centrali firmy.
Zamknął za sobą drzwi. Pamiętał, że mijał po drodze jasno oświetlony sklep. Powinien być jeszcze czynny. Poza tym, dobrze mu zrobi rozprostowanie kości po kilku godzinach za kółkiem. Idąc wzdłuż wyszczerbionego chodnika, dotarł w końcu do jasnego neonu, który informował, że pozostało jeszcze dwieście metrów do celu. Jak dotąd nie spotkał żywego ducha. Miał wrażenie, jakby wędrował środkiem całkowitego pustkowia. Dopiero pod sklepem dostrzegł pierwsze oznaki życia. Przed jasno oświetloną witryną stały, chyba jeszcze nastoletnie, prawdopodobnie prostytutki. Obydwie odziane w błyszczące sukienki. Dziewczyny wyglądały pokracznie, ledwie utrzymujące równowagę na zbyt wysokich szpilkach. „Lecą jak komary do światła” – przemknęło mu przez głowę.
– Cześć, maleńki…
Jedna z nich zastąpiła mu drogę. Wygięła się w wulgarnej pozie. Z otwartymi ustami żuła gumę. Duże koła kolczyków poruszały się w rytm ruchów szczęki.
– Chcesz szybki numerek? – Druga przyłączyła się do koleżanki.
– Przepraszam, dziewczyny, ale nie jestem w nastroju. – Wykonał gest, jakby chciał przecisnąć się między nimi.
– No, malutki, dostaniesz zniżkę, bo chyba jesteś tu nowy. – Tanie perfumy uderzyły w nos wraz z podmuchem wiatru.
– Może kiedy indziej… – Machnął im identyfikatorem przed nosem. Dziewczynki odsunęły się od niego, jakby chorował na dżumę. Jedna z nich pokazała środkowy palec, druga ograniczyła się do splunięcia. Odwróciły się na pięcie i odeszły na chwiejących się nogach. Nie zaczepiany już przez nikogo wszedł do sklepu. Od razu skierował się do kasy.
– Sześciopak Budweisera.
– Jesteś nowy na dzielnicy? – sklepikarz bez ceregieli przeszedł do rzeczy.
– Można tak powiedzieć.
– Coś jeszcze?
– Nie, dzięki. – Podał sprzedawcy banknoty.
– Tu jest reszta… i witamy w Detroit. A na te dwie nie zwracaj uwagi. Są tak naćpane, że dałyby i za darmo.
– Spokojnie, dzięki.
Wracając do domu, miał pustkę w głowie. Po kilku sekundach mocowania się z zacinającym się zamkiem, wszedł do środka nie zapalając światła. Stanął w salonie. Głośno zasyczała otwierana puszka z piwem. Podszedł z papierosem do okna i pogrążył się w myślach. „Tak bardzo starałem się wyrwać z tej dziury i znów tu jestem. Tyle wysiłku, a wszystko i tak wróciło do poprzedniego stanu. Spodziewałem się jakichkolwiek zmian, ale w tym miejscu czas zatrzymał się dobre dwadzieścia lat temu. Tyle się zmieniło, ale ta zmiana nie wyszła miastu ma dobre. To, co wokół, jest jakby mniejsze, bardziej obskurne, bardziej zapyziałe i jeszcze bardziej prowincjonalne. Jak ja nie cierpię tej mieściny. Jeśli to ma być wypoczynek, to czemu, do jasnej cholery, nie wysłano mnie na przykład do Kalifornii?”
Wypił piwo, zgniótł puszkę i położył się spać.
*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*
Podkute metalem obcasy głośno stukały na lśniącej posadzce lotniskowego terminala. Przeklinała w duchu pomysł, by wybierać się w podróż w szpilkach. Doskwierały jej spuchnięte i obolałe stopy. Pchanie wózka wypełnionego walizkami nie wchodziło nawet w grę. Na całe szczęście obcisła spódnica i widoczny na łydce szew pończoch wystarczająco wabił tak zwanych dżentelmenów. Doskonale wiedziała, że ślinili się na jej widok, mając w głowie tylko jedno. Jeden z nich właśnie szedł obok, robiąc dobrą minę do złej gry, i pchał przed sobą jej walizki i cały sprzęt fotograficzny. Ruchome drzwi rozsunęły się i znalazła się na prawie pustym parkingu przed lotniskiem. Przywołała jedyną taksówkę, jaka oczekiwała na podróżnych. Podziękowawszy zasapanemu adoratorowi, przestała zwracać na niego jakąkolwiek uwagę.
– Pomoże mi pan z bagażami? – zwróciła się do taksówkarza.
– Już się robi, panienko. – Drgnęła na dźwięk jego głosu. Kierowca mówił ze śpiewnym akcentem bardziej podobnym do tego z delty Missisipi, niż industrialnego Detroit. Zwyczajny, siwiejący, czarnoskóry mężczyzna, mocno po pięćdziesiątce. Nim zajął się walizkami, otworzył jej drzwi. Nie spodziewała się takiej kurtuazji. W Nowym Jorku taksówkarz… W Nowym Jorku czekałby na nią kierowca i nie musiałaby martwić się o swoje rzeczy.
– Proszę ostrożne, tam jest delikatny sprzęt…
Po chwli mężczyzna usiadł za kierownicą.
– Tak jest, panienko, już wszystko spakowane, tak jak trzeba. Dokąd…?
Podała nazwę hotelu.
– Panienka pierwszy raz u nas?
– Nie, ale dawno mnie tu nie było.
– Ostatnio dużo się u nas zmieniło, proszę panienki. – W lusterku widziała tylko jego oczy. Dziwnie się czuła. Traktował ją, jakby była córką jakiegoś plantatora.
– Tak, słyszałam, że koncerny wycofały się z miasta…
– A jak się miały nie wycofać? – Trafiła w czuły punkt. Nie cierpiała takich dyskusji. – To wszystko przez te cholerne związki. Oj, przepraszam panienkę…
– Jak to przez związki?
– Normalnie, proszę panienki. Tak związki zawodowe nabruździły, że biznes musiał się przenieść gdzieś indziej, do Azji. – Opinia taksówkarza nie pozostawiała wątpliwości, że był Republikaninem, a nie Demokratą.
– Widzi panienka ten wieżowiec? Mieściła się tu siedziba Daimlera. Teraz nic tu już nie ma. Całe miasto zmarnowali… – Dalej już nie zwracała uwagi na monolog. Zapatrzyła się w okno, na szarość budynków w zapadającym zmierzchu.
– Przepraszam, może pan zrobić głośniej?
Zrozumiał jej intencje, bo urwał w pół zdania. W radio Bruce Springsteen zachrypniętym głosem śpiewał rzewnie o rodzinnym mieście.
„Co za ironia… Tyle lat unikałam tego miejsca, a teraz ono wita mnie w taki sposób. Ale tej okazji nie mogłam przepuścić. Żywa sceneria, jakich mało na całym świecie. Jeśli tylko uda mi się zrealizować swój pomysł, zgarnę kupę kasy, o rozkładówkach w najważniejszych magazynach nie wspominając. To będzie strzał w dziesiątkę. Detroit. Miasto młodzieńczych zabaw. Pieprzone Detroit”.
Wjechali do centrum. Rozglądała się, próbując odnaleźć znajome budynki i ulice. Nic z tego. Jeszcze chwila i zatrzymali się przed podświetlaną fasadą hotelu. Zapłaciła za taksówkę. Bagaż został przejęty przez boya.
Apartament wynajęty przez firmę już na nią czekał. Z ulgą pozbyła się niewygodnych butów. Odkręciła ciepłą wodę. Czekając, aż naleje się jej wystarczająco dużo, rozebrała się. Po chwili zmęczone ciało zanurzyło się w gorącej wodzie. Całkowity bezruch. Przymknęła oczy, pozwalając odprężyć się wszystkim mięśniom. Czuła się tak, jakby chłonęła wilgoć wszystkimi porami, jakby poprzez skórę odpływało zmęczenie, ustępując miejsca rozluźnieniu. Delikatny, pomarańczowy zapach płynu do kąpieli orzeźwiał i pobudzał. „Jeszcze chwilka – pomyślała – należy mi się…” Nie wynurzając się nawet na moment, dolała gorącej wody. Zatkała ręką nos i zanurzyła się pod powierzchnią. Ciemne smugi włosów zafalowały, niczym u topielicy. Wynurzyła się z prychnięciem. Nałożyła szampon na głowę. Piana ściekała po plecach i twarzy, zalewając oczy. Przez moment poruszała się po omacku, próbując zlokalizować prysznic. Spłukała twarz pod silnym strumieniem. Po raz kolejny sięgnęła do kurków.
„Jestem całkiem ładna” – przemknęło jej przez myśl, kiedy popatrzyła na linię swojej nogi. Namydlanie się było dobrym pretekstem, by choć przez chwilę pozwolić sobie na zachwyt nad samą sobą. Miała długie, smukłe nogi. Delikatnie opalone, ładnie kontrastowały z bielą piany. Gładziła się po skórze, oglądając po raz kolejny atrybuty ciała. Silna łydka z wyraźnie zarysowanymi mięśniami przechodziła w gładkie udo. Wędrując po nim w górę, palce nieopatrznie dotknęły warg sromowych, powodując dreszcz na całym ciele. Jeszcze raz namydliła dłoń i delikatnie przesunęła po drugiej nodze. Ledwie zapanowała nad sobą, żeby nie podrażnić się ponownie. Sięgnęła do stóp. Naprężyła palce, strzepując resztki piany. Lubiła swoje kostki. Kształtne, z wyraźnie zaznaczonymi kośćmi. Była dumna z tego, jak prezentowały się w butach na wysokim obcasie. Zanurzyła się jeszcze na chwilę, odwlekając moment wyjścia z wanny. Podniosła się w końcu, rozpryskując wokół kropelki wody. Czuła się świeża i niemal wypoczęta. Sięgnęła po hotelowy ręcznik.
Stanęła przed lustrem. Wytarła włosy. Zaczesała je gładko na jedną stronę. Mokry ręcznik rzuciła na podłogę. Obróciła się, posławszy swemu odbiciu szeroki uśmiech. Podobała się sobie. Mimo trzydziestu dwóch lat, wciąż była atrakcyjną kobietą. Żadnego cellulitu, żadnych zmarszczek, żadnych rozstępów. Wymagało to sporo wysiłku na siłowni i przestrzegania zasad zdrowej diety, ale zabiegi te, przynosiły oczekiwane efekty.
Kilka minut później leżała w pachnącej świeżością pościeli. Kieliszek koniaku przed snem. Na kołdrze rozrzucone były kolorowe czasopisma. Bardziej z obowiązku, niż dla przyjemności przerzuciła kilka kartek, sprawdzając, co prezentowała konkurencja. Nic ciekawego. Nic, co powaliłoby ją na kolana. Przeciągnęła się. Spojrzała na zegar wiszący na przeciwległej ścianie. Prawie północ. Senności brak. Pomimo ponad dwugodzinnego lotu nie czuła zmęczenia. Alkohol dodatkowo rozbudził, zamiast podziałać usypiająco.
Podniosła się z łóżka, przeszła do drugiego pokoju. Uklękła przy jednej z walizek. Przez chwilę mocowała się z zamkiem błyskawicznym. Po chwili podniosła się, trzymając swoją ulubioną szarą spódnicę. Wystarczająco elegancka na wieczornego drinka w hotelu. Z kolejnej walizki wyjęła koszulę w paski. Stylizowana na męską, świetnie uzupełniała całość. Jeszcze tylko pończochy i makijaż. Lekki podkład, odrobina bronzera by podkreślić kości policzkowe. Kreska na powiece i była gotowa. Szminką ledwie musnęła usta. I tak zamierzała zabrać ją ze sobą. Przejrzała się w lustrze. Obciągnęła spódnicę i wygładziła zmarszczki na materiale bluzki. Tak, bizneswoman po godzinach. Chciała właśnie dziś tak wyglądać. Jeszcze tylko nutka perfum. Była gotowa.
Zatrzymaniu się windy towarzyszył cichy dzwonek. Konsjerż skierował ją do hotelowego baru. Stonowane światło, podświetlane na niebiesko pleksiglasowe szyby z zatopionymi bąbelkami powietrza, przytłumiona muzyka, szmer rozmów nielicznych gości. Atmosfera dyskretnego, wielkomiejskiego lokalu, gdzie można zarówno przyprowadzić żonę na kolację, jak i pogadać o sprawach zawodowych. Wybrała miejsce przy barze.
– Czym mogę służyć?
– Koniak… poproszę koniak.
Czekając na podanie alkoholu, rozejrzała się jeszcze raz po wnętrzu pomieszczenia. Oczy powoli przyzwyczaiły się do półmroku. Oprócz niej w sali znajdowało się zaledwie kilka osób. Przy samym barze siedziała tylko ona. „A czego się spodziewałaś? Że trafisz w sam środek imprezy?”. Pomysł z wyjściem z pokoju już nie wydawał się tak znakomity. Obrzuciła wzrokiem barmana, który właśnie postawił przed nią kieliszek. Mężczyzna uśmiechnął się, próbując nawiązać kontakt wzrokowy. Nigdy nie lubiła młodzików, a ten wydawał się bardziej nieopierzonym podrostkiem, niż dorosłym mężczyzną. Nie był w żaden sposób pociągający. Nie czuła presji, tego seksualnego zewu, który sprawiał, że tuż przed miesiączką stawała się połączeniem rozdrażnionej kocicy i nęcącej rosiczki. „W połowie cyklu zjadłabym cię, chłopcze, na śniadanie, ale dziś masz pecha. Nie jestem aż tak napalona”.
Skupiła się na planowaniu kolejnych dni. Zatopiona w myślach bawiła się kieliszkiem. Zwykle na pierwsze zdjęcia próbne wysyłano początkujących w firmie – była to żmudna, ciężka praca. Tym razem uparła się, że chce sama zrobić wywiad, wybrać miejsca, zaplanować sesję. To jej autorski pomysł i nie chciała, żeby jakiś pół-amator spieprzył sprawę. W dodatku tu się wychowała. Nikt z firmy nie znał tego miasta lepiej od niej.
Z zamyślenia wyrwało ją dziwne wrażenie, jakby ktoś się jej przyglądał. Poczuła czyjś wzrok na plecach. Powoli obróciła się na stołku barowym. Facet, który świdrował ją oczami, siedział na drugim końcu lokalu. Ciemnowłosy, wysoki, z lekkim zarostem. Rozchełstany niedbale kołnierzyk odsłaniał smukłą szyję. Odpowiedziała na to natarczywe spojrzenie lekkim uśmiechem. Wyszczerzył w odpowiedzi białe zęby. Roześmiała się. Nigdy nie była dobra w te miłosne podchody, erotyczne gierki. Aluzje, uśmiechy, niedopowiedzenia – to arsenał, z którego nigdy nie nauczyła się korzystać. Przez chwilę przypatrywała się swojemu odbiciu w ciemnej powierzchni alkoholu w kieliszku. Podniosła wzrok i zobaczyła, jak nieznajomy stawia swoją szklaneczkę z drinkiem na barze w pobliżu jej kieliszka.
– Hej, jestem Greg. – Pierwszy wyciągnął rękę na powitanie, siadając obok niej na krześle.
– Cześć. – Uścisnęła dłoń.
– A ty?
– Ja nie jestem Greg… – Zdawała sobie sprawę z tego, że odpowiedź była idiotyczna.
– Okej, myślałem, że chcesz pogadać, ale jak nie… – Zrobił ruch, jakby zamierzał wstać.
– Sally.
– Cześć, Sally. – Po raz kolejny wyszczerzył się w uśmiechu. – Co tu porabiasz? Często tu bywam, ale ciebie widzę po raz pierwszy.
„No nie… Trafiłam na barowego żigolaka” – pomyślała.
– Nie, nie jestem… Jak to się mówi? Ćmą barową? – odpowiedział, jakby odczytując jej myśli. – Często przyjeżdżam w interesach i nocuję w tym hotelu. A miasto po północy jest zupełnie wymarłe. Dlatego… – Rozłożył ręce.
– Planowałam następny dzień. Pytałeś, co tu robię – wyjaśniła, widząc zdziwienie w jego oczach.
– Jasne. A czym się zajmujesz? – Miał w sobie jakiś dziwny czar, jakąś nieokreśloną charyzmę.
– Fotografią modową. Takie wiesz… ciuchy, modelki, koks… – Roześmiali się oboje. – A ty jak zarabiasz na życie?
– To nie jest jakieś ekstrawaganckie zajęcie, ale daje się z tego wyżyć.
– Czyli…?
– Powiedzmy, że kupuję i sprzedaję.
– Ale co sprzedajesz?
– Ale obiecaj, że nie będziesz się śmiać.
– Nie mogę, bo nie wiem, co powiesz… – Obudziła się w niej ciekawość. Z daleka wyglądał na wyższego, ale i tak był przystojny. Obrzuciła wzrokiem jego ubranie. Potrafiła ocenić, że miał na sobie kilka tysięcy. Był więc również bogaty.
– Zajmuję się obrotem złomem. Kupuję i sprzedaję żelastwo.
– Jesteś złomiarzem…? – Nie udało jej się powstrzymać uśmiechu.
– Mniej więcej. Tylko, że na odrobinę większą skalę.
– To ciekawe, opowiedz mi o tym…
Patrzyła na niego, zastanawiając się, jaki jest w łóżku. Pod marynarką rysowały się mocne ramiona. Czy jest gwałtowny, zaborczy? Czy może łagodny i czuły? Podobała mu się. Widziała to w jego mowie ciała – w jego dłoniach, w rozszerzonych źrenicach, w pochyleniu sylwetki do przodu. Była fotografem, niejeden raz ustawiała modelki tak, by eksponować napięcie seksualne. Teraz, w trakcie rozmowy, odruchowo obserwowała, jak ich ciała otwierały się na kontakt. Kolejny drink. Nie powinna mieszać alkoholi, ale przecież żyje się tylko raz. Jego ciepła dłoń, kiedy wstając do toalety oparł się przypadkiem o jej kolano… Czekała sama przy barze, wyobrażając sobie odrobinę kwaśny, odrobinę słodki dotyk przyrodzenia w ustach. Przełknęła ślinę, próbując pozbyć się sensualnego wrażenia. Nie pomogło. Sięgnęła po szklankę z drinkiem. Przepłukała gardło. Przesunęła językiem po zębach. Miała nieomal wrażenie dotyku penisa na wewnętrznej stronie policzka. Jeszcze chwila i nie podniesie się ze stołka barowego, nie zostawiając na nim mokrej plamy. Wrócił. Specjalnie przeciskał się między krzesłami a barem w taki sposób, żeby poczuła zgrubienie w spodniach. Prowokacja, ale jakże miła. Kolejny drink. I oszałamiająca biel uśmiechu. Zapach perfum mężczyzny siedzącego obok mieszał się z jej własnym. Czekoladowy, imbirowy…? Nie potrafiła rozpoznać mieszanki. Kolejny drink. Ups! Rozlany na barze. Chyba już wystarczy.
– Odprowadzisz mnie…? – Poczuła, że zaczął się jej plątać język.
Wsparła się na jego stabilnym ramieniu. Nie wiedziała, czy kręci jej się w głowie od alkoholu, czy od tych jego perfum. Przytuliła się do miękkiej marynarki. W oddali zamajaczyły drzwi windy. Wtuliła się w zagłębienie pomiędzy obojczykiem, a szorstką brodą. Czuła podniecenie, którego krople wypływały z niej z każdą chwilą. Jezu, jak on pachnie! Znajomy dźwięk sygnału windy. Nie czekała na zamknięcie drzwi. Pociągnęła mężczyznę na siebie. Otworzyła szeroko usta, pozwalając, by jego język wszedł w nią głęboko. Smakował żądzą i alkoholem. Najchętniej oddałaby mu się bezwolnie, podsuwając ciało pod zaborczy dotyk, ale chciała poczuć go w sobie. Natychmiast. Już. Teraz.
Z pośpiechem sięgnęła do jego spodni. Stalowa sprzączka zadźwięczała o metalowe okucia windy. Niecierpliwie podciągnął spódnicę, obnażając opięte koronką uda. Chwycił za pośladki chłodnymi dłońmi. Uniósł ją bez trudu. Poczuła, że wreszcie przejął inicjatywę. Objęła kochanka za głowę, obcasami zahaczając o poręcze. Bezwstydnie wypięła biodra w przód. Wszedł w nią, odsuwając na bok koronkę majtek, mocno i zdecydowanie. Poruszał się z gwałtownością, o jaką by go nie podejrzewała. Wąska kabina windy wirowała wokoło. Pożądanie odebrało jej oddech. Czuła go w sobie przy każdym pchnięciu. Oparła się o ciało kochanka, podrygując w rytm ruchów wewnątrz pochwy.
Otworzyła oczy. Lustra, którymi wyłożona była kabina, pokazywały ich ciała złączone w erotycznym uścisku. Popatrzyła na swoje rozłożone nogi, na napięte łydki i drgające szpilki. Na poruszający się między nimi tyłek kochanka (jak on miał na imię? Nieważne!)… Czerpała estetyczną przyjemność z tego widoku. Była rżnięta w windzie. Pierdoliła się z nieznajomym facetem. Ciemny garnitur i jasność ud, zmultiplikowane w wielu odbiciach. Podniecenie sięgnęło szczytu. Zawsze była wzrokowcem. Orgazm przyszedł w oszałamiającym kalejdoskopie barw i świateł. Mężczyzna jęknął i w jej wnętrzu rozlała się ciepła fala. Zastygł wyprężony.
Po chwili odsunęli się od siebie. Ledwie stała na trzęsących się nogach. Przed oczami wciąż wirowały kolorowe plamki. Dźwięk rozsuwanych drzwi windy. Maszerowała korytarzem, nie oglądała się na niego. Pustka w głowie. Zwielokrotnione dźwięki kroków dudniły w czaszce. Kartą magnetyczną otworzyła drzwi. Wciąż czuła za sobą jego obecność.
Poddała się biegowi zdarzeń. Wszedł za nią. Całował, rozbierając ją przy tym. Zaplątała się w spódnicy i upadła na miękki dywan. Stał tuż obok. Pachnący. Napierający. Nieustępliwy. Przeniósł ją na łóżko. Otworzyła przed nim uda. Poczuła ciepłe liźnięcie, i tuż po tym ciężar jego ciała. Wszedł w nią. Uspokojony. Poruszał się czule i delikatnie. Głaskał po twarzy i włosach, szepcząc jakieś słowa. Nie rozumiała tego, co do niej mówił. Wszystko dostrzegała jakby zza tiulowej zasłony. Kształty rozmywały się i traciły ostrość. Dźwięk docierał do niej dziwnie zniekształcony.
Biodra mężczyzny poruszały się coraz szybciej. Jak mechaniczny stwór przygniatał ją swoim ciężarem. Czuła wewnątrz siebie przesuwający się nieustannie tłok – w przód i w tył. Leżała pod nim, nie mogąc uczynić najmniejszego ruchu. „Nie chcę tak…”
– Nie chcę tak! – Zatrzymał się. Wyczołgała się spod niego. Uniósł się na kolana. – Wyjdź, proszę…
Już się nie uśmiechał. W oczach widziała jedynie zdziwienie.
– Co się stało?
– Wyjdź.
– Ale o co chodzi? – Rozłożył bezradnie ręce.
– Nie słyszysz? Wynocha! – Wypchnęła go siłą z pokoju, wciskając mu do ręki koszulę i jeden z butów. Po chwili otworzyła drzwi ponownie i wyrzuciła pozostałe rzeczy. Przekręciła zamek. Zasunęła dodatkowy skobel i z trudem utrzymując równowagę, skierowała się do kuchni. Po chwili gorączkowych poszukiwań odnalazła do połowy opróżnioną butelkę. Wypiła spory haust. Koniak zadziałał niemal natychmiast. Przestały jej się trząść ręce.
Osunęła się na podłogę. Czuła odrazę i wstręt. Lepkość spermy płynęła po udach. Zmieszana z jej śluzem tworzyła białawą maź. Muszę się umyć. Na czworaka ruszyła w stronę łazienki. Nie zapalając światła, wczołgała się do wanny i odkręciła wodę. Wylała na siebie płyn do kąpieli. W nos uderzył mydlany zapach. Z zawziętością szorowała uda i łydki. Namydlonymi palcami sięgała głęboko w pochwę, byleby tylko pozbyć się zapachu kochanka. Wymyła włosy i jeszcze raz oblała się spienioną wodą. Nie pomagało. Wciąż miała w nozdrzach aromat seksu.
Podstawiła głowę pod strumień wody. Zakrztusiła się. Nie mogła zapanować nad sobą. Zaniosła się szlochem. Siedziała w kucki na samym środku wanny, z prysznicem lejącym wodę wprost na głowę, i płakała rzewnymi łzami. Pamiętała, jak tato mówił: ”Płacz, kochanie, w płaczu nie ma nic złego. Płacz oczyszcza”. Więc płakała. Nad sobą, nad światem, nad bogu ducha winnym Gregiem, nad jutrzejszym dniem, nad tatą, którego już nie było… Po kilku minutach, kiedy udało się już zapanować nad sobą, wyszła z łazienki. Poruszała się jak w amoku. Założyła hotelowy szlafrok. Z komody obok łóżka wyjęła czyste prześcieradło. Stare, poplamione seksem, wyrzuciła do kosza. Sięgnęła do butelki z alkoholem. Kolejny łyk koniaku. Sztywno stawiając kroki, jeszcze raz ruszyła w stronę kuchni. Wyjęła z szuflady nóż. W srebrnej klindze mogła dostrzec zniekształcone odbicie swojej twarzy.
Ostatnie pociągnięcie z butelki. Ułożyła się na pachnącym czystością łóżku. Po kilku sekundach zapadła w sen, cały czas zaciskając dłoń na rękojeści noża.
*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*
Wielopoziomowy parking spowijały ciemności. Światło mrugającej kilka poziomów niżej jarzeniówki nie docierało do tej kondygnacji. Pomiędzy filarami betonowej konstrukcji hulał letni wiatr znad zatoki. Nawet bezdomni znajdowali bardziej przytulne miejsce na nocleg.
Jego sportowy wóz mógłby wzbudzić zainteresowanie, ale nie było tutaj nikogo, kto zajmowałby się takimi sprawami. Całkowite odludzie w samym centrum miasta. Mężczyzna przeciągnął się w samochodowym fotelu. Spojrzał na tarczę zegarka. Jeszcze kwadrans. Minuty wlokły się niemiłosiernie, sprawiając, że ekscytacja i ciekawość tego, co miało nastąpić, sięgały zenitu.
Po ich pierwszym spotkaniu i dzikich ekscesach w hotelu zakończonych tak nagle, nie spodziewał się, że jeszcze będzie miał okazję ją spotkać. A tu proszę, taka niespodzianka. Przez chwilę zastanawiał się, w jaki sposób zdobyła numer jego służbowej komórki, ale przecież rozdawał swoje wizytówki na lewo i prawo. Jej szept w słuchawce był całkowitym zaskoczeniem. Próbował odtworzyć w pamięci obraz jej twarzy, ale bardziej z tego wieczoru pamiętał inne części kobiecego ciała. I jeszcze ten parking. Dość nietypowe miejsce na randkę. Po raz chyba pięćdziesiąty tego wieczoru rzucił okiem na cyferblat. Jeszcze tylko kilka minut. W oddali zajaśniały reflektory. Oto i ona…
Przekręcił kluczyk w stacyjce i włączył swoje światła. Jeszcze tego brakowało, żeby rozminęli się na tym odludziu. Wyszedł z samochodu i oparł się o maskę pomiędzy reflektorami. W blasku świateł zauważył, że jego ciemne buty przyprószone są betonowym pyłem. Idiotyczne będzie wyglądać w najlepszym garniturze od Armaniego z brudnymi butami. Pochylił się, by choć chusteczką przetrzeć czarne noski. W tym samym momencie z naprzeciwka nadjechało auto. W końcu się doczekał.
Zaparkowała kilkanaście metrów przed nim. Ustawiła swój wóz w ten sposób, że dwa snopy jasnych halogenów oślepiały go całkowicie. Domyślił się, że wysiadła z samochodu. Usłyszał trzask zamykanych drzwi. W ciszy jej kroki poniosły się echem. Szła wprost ku niemu, stukając obcasami szpilek o betonową podłogę. Na tle reflektorów sylwetka kochanki wyglądała jeszcze bardziej kusząco. Pomimo ciepłego wieczoru miała na głowie chustkę, a jej twarz zakrywały duże, ciemne okulary słoneczne. Wyglądała bardziej jak Brigitte Bardot w Saint-Tropez, niż Sally Jakaśtam w Detroit.
Jej chód przywodził na myśl drapieżne zwierzę. Przy każdym kroku kołysała zmysłowo biodrami. Kiedy już miał się podnieść i wyciągnąć rękę na powitanie, położyła na swoich ustach palec nakazując milczenie. Z łatwością dostrzegł krawędź pończoch wystających spod krótkiego płaszczyka. Z trudem przełknął ślinę. A więc to miała na myśli, mówiąc, że wynagrodzi mu zajścia z poprzedniego wieczoru…
Wyciągnęła rękę w zapraszającym geście. Minąwszy tanecznym krokiem, pociągnęła go za sobą i oparła się o maskę jego samochodu. Stanęła tyłem, wyginając ciało tak, że spod krótkiego trencza widać było wyraźnie nagie pośladki z ciemnymi paskami podtrzymującymi pończochy. Patrzył na to przedstawienie oniemiały z wrażenia.
Przytuliła się pupą do jego ud, najwyraźniej prowokując do tego, żeby wykazał się inicjatywą. Wsunął więc dłoń pomiędzy pośladki. Palce trafiły na wilgoć gotowej do seksu kobiecości. Naparła na niego, zachęcając do śmielszych działań. Zamruczała gardłowo. Pochyliła się jeszcze bardziej, rozstawiając szerzej nogi. Opierając cały ciężar na jednej ręce, drugą sięgnęła za siebie, wprost do zapięcia jego spodni. Poczuł, jak niecierpliwe szarpie się z rozporkiem. Nie potrzebował dalszej zachęty. Sam wydobył naprężonego penisa na wierzch. Jęknęła. Jeszcze moment i zanurzył się w wilgotności. Nie czekała na niego. Kołysząc się w przód i w tył sama nabijała się na kutasa. Nie był w stanie powstrzymać gwałtowności ruchów. Z całą mocą bioder wbijał się w kobiecy srom. Brakowało tylko jednego. Chciał wziąć ją jak dziwkę.
Szarpnął gwałtownie za chustę. Zaskoczony zatrzymał się w półruchu, gdy zobaczył, że wraz z chustą zdarł z niej również włosy. Między palcami wisiały długie, białe pasemka.
– Ty nie jesteś…
Kobieta zareagowała błyskawicznie.
W świetle reflektorów błysnęło ostrze. Sięgając do rany na krtani, mężczyzna wypuścił z dłoni perukę. Zakrztusił się krwią. Opuszczone spodnie uniemożliwiły krok w tył. Przewrócił się na plecy, rozpryskując krew na betonie. Po kilku sekundach ciało znieruchomiało. Na twarzy pokrytej bąbelkami krwawej zawiesiny wciąż malowało się zdziwienie.
*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*–*
Harry poprawił raz jeszcze krawat. To był jego pierwszy dzień w nowej pracy, tylko dlatego zdecydował się na białą koszulę. Przedziwny rytuał; wiedział, że będzie się wyróżniać w komisariacie, ale i tak wszyscy oczekiwali od niego, że przyjdzie odświętnie ubrany. Jak dzień inicjacji. Obowiązkowy do przejścia. Choć kompletnie pozbawiony sensu.
Wysiadł z samochodu i raźnym krokiem ruszył do drzwi. Siedzący za komputerem policjant popatrzył na niego nieufnie. Wylegitymował się. Kazano mu się wpisać do grubego zeszytu przepustek. Wyszukał odpowiednią rubrykę na nazwisko i imię. Pomyślał, że pewne rzeczy pozostają niezmienne bez względu na szerokość geograficzną. Nowoczesność i informatyzacja stanowiła fetysz dla urzędników, ale zeszyt i własnoręcznie wypełnione rubryczki wciąż królowały na każdej komendzie w tym kraju.
Komendant przyjął go w swoim gabinecie. Krótkie spotkanie. Informacja o tym, że dokumenty o udzieleniu pomocy przez FBI policji Detroit dotarły jeszcze w zeszłym tygodniu. Deklaracja wparcia w działaniach i wezwanie na spotkanie do burmistrza. Koniec. Zamykając za sobą drzwi, Harry uświadomił sobie, że dla naczelnika policji jego przybycie było tylko kolejną z setek formalności do odbębnienia w czasie dnia pracy. Na specjalne względy nie miał co liczyć.
Idąc przez korytarz dostrzegał, jakie poruszenie wywoływała jego osoba. Ściszone głosy, ukradkowe spojrzenia, szepty. Standard nowego środowiska. Wtem na jego ramieniu oparła się ręka. A raczej łapsko.
– Harry! Kupę lat, ty urzędasie!
Obrócił się i wpadł w potężne ramiona.
– Andy?
– A któż by inny, dzieciaku!
Nie spodziewał się znaleźć tu swojego mentora z początków pracy w policji. Duże dłonie przyjaciela sprzed lat poklepywały jego plecy.
– A ty jeszcze nie na emeryturze? – zapytał, uwalniając się w końcu z objęć.
– Jeszcze do końca tego roku, Ty zmężniałeś w Nowym Jorku. – W oczach kolegi dostrzegał iskierki rozczulenia. – Chłopaki! To jest mój wychowanek, który poszedł w górę. – W głosie olbrzyma pobrzmiewała nieskrywana duma. Oczuwał wręcz fizyczne rozluźnienie atmosfery. – Chodź, przedstawię cię chłopakom.
– Może później, Andy, teraz mam się stawić u burmistrza.
– Tego wrednego dusigrosza? Wiesz, że skurwysyn obciął nam budżet o połowę?
– Nie wiedziałem, ale muszę się zbierać. Jeszcze pogadamy. – Zerknął na zegarek. – Spóźnić się na pierwsze spotkanie z pracodawcą byłoby szczytem głupoty.
– O, nie… Musimy pogadać. Tyle czasu… Podrzucę cię. I tak mam sprawę w magistracie. Pogadamy po drodze.
Razem zeszli do podziemnego parkingu. Poobijany samochód Andy’ego znakomicie pasował do sylwetki właściciela. Nie grzeszył czystością, ale w środku można było uczuć się swobodnie.
– Opowiadaj, dzieciaku, co się z tobą działo przez te lata…
Harry w skrócie przedstawił swoją drogę zawodową. Zawahał się przy ostatniej sprawie, nad którą pracował.
– Nic nie musisz mówić… Słyszałem to i owo, no i widziałem cię w telewizji. – Andy pocieszająco poklepał go po kolanie. – I wysłali cię na zieloną trawkę…?
– Urlop – uściślił Harry.
– Kurwa, jaki to urlop? W Detroit?
– No, właściwie to mam doradzać policji w sprawie gangów.
Towarzysz zaśmiał się znacząco, po czym dodał:
– Nie obraź się, ale co tu jest do doradzania? Dzieciaki nie mają przyszłości, to im głupoty chodzą po głowie. Daliby nam więcej środków na prewencję, to by nie było problemu z gangami. Sranie w banie takie…
– A co u ciebie? Jak tam z Margaret, wciąż drzecie koty?
– Nic nie wiesz… – ton głosu Andy’ego się zmienił. – Maggie umarła rok temu. Pieprzone konowały wycisnęły z nas wszystko do końca, a i tak…
– Co się stało? – Harry miał przed oczyma uśmiechniętą twarz kobiety, która była dla niego drugą matką.
– Rak. Istniałaby jeszcze szansa, gdyby pojechała do specjalistycznej kliniki, ale sam wiesz… Z pensji policjanta…
– A ubezpieczenie?
– Zlikwidowaliśmy fundusz. Na studia dla dziewczynek.
– O kurwa, stary… Przykro mi. Nic nie wiedziałem… – Poczuł się strasznie głupio.
– A co mieliśmy zawracać ci głowę… Poza tym, Maggie w końcówce i tak było wszystko jedno, a ty miałeś swoje problemy. No, dobra… – Po chwili milczenia olbrzym potrząsnął głową, jakby się chciał uwolnić z natrętnych myśli. – Już prawie jesteśmy, panie doradco. Zaparkuję za rogiem. Spotkamy się w Starbucksie na dole.
Zatrzymał samochód przy krawężniku. Na odchodne rzucił jeszcze za Harrym:
– Fajnie, że wróciłeś, dzwońcu. Połamania nóg u tego czarnucha! Ups… sorry!
Młodszy z mężczyzn stał na chodniku, obserwując znikający za zakrętem samochód.
„Bezsprzecznie wróciłem na stare śmieci. Są rzeczy, które się nigdy nie zmieniają.” – uśmiechnął się do swoich myśli.
Na spotkanie dotarł punktualnie.
Czarnoskóry burmistrz siedział rozparty w fotelu przy stole konferencyjnym. Uścisnął mu rękę, nie podnosząc się z miejsca.
– Niech pan siada. – Polityk nabrał głęboko powietrza. – Nie będę owijał w bawełnę ani silił się na poprawność polityczną. Interesuje mnie tylko moje miasto.
„Nieźle się zaczyna” – pomyślał Harry słuchając dalszej części przemowy.
– Priorytetem naszej pracy są efekty i wyniki. Każdy z nas wie, co ma robić, i wie, że ma to robić skutecznie. Nie obchodzi mnie, jak i dlaczego. Wyznaczamy cel i ten cel realizujemy. Pan, panie… – Rzucił okiem na rozłożone przed nim papiery. – …panie Richmond, trafił tu do dobrze naoliwionej maszyny. Nie chcę, by w wyniku pańskiej obecności ta maszyna pracowała choćby o jotę gorzej. Rozumiemy się?
„O czym ten facet bredzi?” – zadawał sobie w duchu pytanie Harry, czekając na przerwę w tyradzie.
– I nie obchodzi mnie to, czy jest pan białym protestantem, czy czarnoskórym muzułmaninem. Ma się pan nie wcinać i nie przeszkadzać. Nie lubimy, gdy rząd federalny przysyła swoich gryzipiórków, skoro nie jest nam w stanie realnie pomóc. Sami sobie poradzimy, już sobie radzimy, z przestępczością zorganizowaną.
„O, i po to cała ta przemowa… Kutas złamany potrzebował się nakręcić, żeby przejść do sedna sprawy”.
– Niech pan zostawi to mojej policji i komisarzowi…. Niech pan nie przeszkadza. Jest pan zwykłym obserwatorem z ramienia FBI. Tylko tyle. Rozumiemy się? – burmistrz doszedł do końca przemowy.
– Panie burmistrzu…
– Panie Richmond – przerwał mu. – Jeszcze jedno: nie życzę sobie żadnego gwiazdorzenia w telewizji.
– Rozumiem pana stanowisko – Harry starał się mówić spokojnie. – Jestem tu po to, żeby pomagać na tyle, ile umiem, i na tyle, ile będę potrzebny. Nie mam zamiaru się… jak pan to określił „wcinać”… – Przerwały mu hałasy dobiegające z korytarza.
Nagle otworzyły się drzwi. Do mężczyzny zarządzającego miastem podeszła bardzo atrakcyjna kobieta i powiedziała coś szeptem. Sądząc po jej zachowaniu, posiadała w tym biurze sporą władzę. Spod długich rzęs spojrzała na Harry’ego całkowicie obojętnym wzrokiem.
– Rozumiemy się, mam nadzieję – powtórzył burmistrz. – Dziękuję, że zechciał nas pan odwiedzić. Pani Goodson wskaże panu drogę.
Po chwili Harry znalazł się w windzie.
„A więc to tak czuje się persona non grata” – pomyślał zjeżdżając na dół.
Zatrzymał się na środku hallu szukając wzrokiem zwalistej sylwetki przyjaciela. Klepnięcie dużej dłoni w ramię spowodowało, że nieomal podskoczył.
– Więc już wiesz, jaki typ nami rządzi. Wracamy na komendę, czy chcesz się napić kawy i zjeść pączka?
Widząc niezdecydowanie Harry’ego, sam podjął decyzję.
– Weźmiemy na wynos i pojedziemy pozwiedzać. Pokażę ci stare kąty.
– Dobra, a ja wyjdę na fajkę, okej? – Harry miał mętlik w głowie po spotkaniu z burmistrzem. Potrzebował chwili czasu, żeby sobie to wszystko poukładać.
Odpalił papierosa, stając tyłem do grupki pracowników biurowca, którzy też oddawali się zgubnemu nałogowi.
“Czyżby Biuro nie wiedziało co tu się dzieje i jakie tu są nastroje? A może to rzeczywiście była „zielona trawka”? Albo ktoś upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu – wysłali konsultanta, więc mieli sprawę gangów z głowy, i przy okazji pozbyli się agenta, który się do niczego nie nadawał. Skurwysyny…” Trąbienie pontiaca wyrwało go z zamyślenia. Wyrzucił niedopałek na ziemię i ruszył do samochodu.
– Wskakuj, młody, bo tu nie można się zatrzymywać. – Stary, poczciwy Andy wciąż starał się przestrzegać zasad ruchu drogowego, nawet będąc na służbie. – Zajmij się kawą. To co najpierw? Pojedziemy obejrzeć stare okolice. Nie wiesz nawet, jak wiele się pozmieniało. Wszystko jest inne. Nawet dzieciaki z gangów. Kiedyś było wiadomo, kto stoi po czyjej stronie. A popatrz teraz… Te wszystkie internety, tablety, komórki… Kurwa, całe to miasto chyli się ku upadkowi. Tyle lat sobie człowiek wypruwał żyły i co? Gówno jak się rozlewało, tak się rozlewa. – Mężczyzna zakręcił kierownicą, nie przerywając tyrady. – Tu był nasz stary dom… Pamiętam jak przychodziłeś po służbie, żeby się wygadać. Teraz już nic nie ma. Wyburzyli, zaorali i świeci, puste pole w środku miasta. O, tam dalej była szkoła dziewczynek. Świętego Alberta. Ale teraz obydwie już mężate i dzieciate. Musimy się kiedyś spotkać razem. – Zatrzymali się na światłach. – I co nasz burmistrz ci powiedział? Pewnie naobiecywał gruszek na wierzbie? Kłamliwy skurwysyn. Jak można było roztrwonić taki majątek? Wiem, wiem, że to ta globalizacja, ale kurwa, kiedyś byliśmy potęgą, potęgą bracie… I jak baran się człowiek starał, a tu i tak wszytko szlag trafił. Tyrada pewnie nie miałaby końca, gdyby nie radio policyjne, które zamigotało czerwoną lampką.
– Do wszystkich jednostek w pobliżu Albert Street. Zgłoszenie kod 111.
Policjant momentalnie chwycił za mikrofon.
– Cześć, Rita, tu Andy. Jestem w pobliżu. Co się dzieje?
– Cholera, Andy, tyle razy ci mówiłam, że masz się zgłaszać numerem wozu!
– Oj, Rita, kochanie… Co jest grane?
– Podobno znaleziono zwłoki.
– I z tego powodu takie zamieszanie?
– Ktoś podobno wypatroszył gościa w starej szkole, to nie jest normalne!
– Jasne, przyjąłem, sprawdzę, o co chodzi.
– Andy…
– Tak, ślicznotko?
– Nie wpakuj się w jakieś kłopoty.
Twarz starego policjanta pojaśniała wewnętrznym blaskiem.
– Lubię tę starą jędzę – odpowiedział na pytające spojrzenie Harry’ego. – To co? Pojedziemy razem, czy wolisz przerzucać papierki?
– Nie wkurzaj mnie.
– Wiedziałem. Pies to nie zawód, to charakter. – Zwalisty policjant zakręcił kierownicą, jednocześnie ustawiając przy przedniej szybie migającego na niebiesko koguta.
Dojechali na miejsce w kilka minut. Zaparkowali poobijane auto na chodniku.
– W schowku są rękawiczki, weź też i dla mnie – rzucił kierowca.
Na miejscu już pracowała ekipa koronera. Wyładowywali z białego pick-upa swój sprzęt.
– Hieny już się zjawiły… – Starszy mężczyzna nie pałał przyjaźnią do techników w białych strojach ochronnych. – Tilda i jej pieprzony doktor Wu…
– Co chcesz? Robią swoją robotę – odpowiedział Harry.
– Hej, młody! – Andy przywołał do siebie sierżanta. – Co tu się dzieje?
– Znaleźli wypatroszone zwłoki, my mamy zabezpieczyć okolicę.
– Macie taśmy? – Podoficer skinął głową. – Od tego miejsca, tam za drzewo, aż do tamtych krzaków wygrodzić mi taśmami i nikogo nie wpuszczać.
Doświadczenie starszego policjanta okazało się bardzo przydatne w tej sytuacji. Agent FBI z uznaniem patrzył, jak przyjaciel organizuje żółtodziobów, jak rozdaje zadania i zarządza ludźmi.
– Ciekawe co oni takiego znaleźli? – lekko zasapany Andy podszedł do Harry’ego, który oparty o maskę samochodu palił kolejnego papierosa.
– Czemu po prostu tam nie wejdziemy? – spytał agent.
– Zwariowałeś? Ta suka wydrapałaby ci oczy! – Andy ciężko oparł się o maskę samochodu. – Dobra, wychodzą. Doktorze! Można na chwilkę?
Rzeczywiście, ekipa zabezpieczająca ślady właśnie wyszła z budynku.
Niska postać ściągnęła biały kaptur kombinezonu ochronnego. Mężczyzna o azjatyckich rysach twarzy uśmiechnął się szeroko na widok policjanta.
– Andy… Przydzielili cię do tego?
– No, nie było nikogo innego w pobliżu…
– A to kto…? – Azjata ruchem głowy wskazał Harry’ego.
– Agent specjalny Richmond, FBI. – Uścisnęli sobie dłonie.
– Szybko działacie, chłopaki.
Do doktora Wu podeszła kolejna niewysoka postać. Zdjęła maseczkę ochronną i kaptur, spod którego rozsypały się blond włosy. Stanęła bokiem tak, że jej twarz pozostawała niewidoczna za zasłoną z długiej grzywki. Nawet pod ubraniem ochronnym widać było szczupłą sylwetkę z obfitym biustem.
– Andy’ego znasz. – odezwał się doktor. Kobieta potwierdziła skinieniem głowy. – A to jest agent Richmond z FBI.
Odwróciła się do Harrego i wyciągnęła dłoń w rękawiczce.
– Jestem Harry… – Zatkało go na jej widok. Połowę twarzy pokrywała blizna, jak po oparzeniu. Wnioskując po drugiej, zdrowej części, musiała być kiedyś piękna. – Khem! Miło mi… – Próbował nie patrzeć na zniszczoną skórę. Skupił wzrok na zdrowym oku.
– No więc… Mężczyzna, około trzydziestki, rana cięta w okolicy krtani, brak genitaliów. – Doktor Wu przeglądał swoje notatki na małym tablecie. – Rany kłute i szarpane w okolicach podbrzusza, najprawdopodobniej post mortem.
Kobieta wykonała nieznaczny gest dłonią, jakby chciała przerwać opis.
– Na pewno post mortem. – poprawił się Azjata. – Rany tworzą coś w rodzaju napisu… Jakby litery, YB. – Doktor przechylił tablet, by pokazać policjantowi zdjęcie. – Co jeszcze…? Przyczyną śmierci było wykrwawienie z rany na szyi, przypuszczalnie dobę temu. Ofiara została ukrzyżowana – również po śmierci. W dość – przyznaję – pomysłowy sposób. Mnóstwo odcisków palców w całym pomieszczeniu. Brak jakiegokolwiek dokumentu tożsamości. To chyba tyle.
Koroner podniósł wzrok znad notatek. Kobieta wykonała nieznaczny ruch. Doktor popatrzył na nią.
– Jeszcze jedno; Ti twierdzi, że został zabity w innym miejscu, a ciało zostało tu przewiezione i dopiero wtedy okaleczone. Truposz jest wasz. Toksykologię i ewentualną identyfikację prześlę wam do komendy.
– Okej, dzięki, Wu, jakbyśmy czegoś potrzebowali, będziemy dzwonić.
– Jasne, kolejny zwykły dzień… – Twarz Azjaty wykrzywił uśmiech.
Doktor i dziewczyna pomaszerowali w kierunku wozu koronera.
– To co? Idziemy obejrzeć miejsce zbrodni? – zwrócił się do Harry’ego Andy. Wchodzili po schodach, kierując się taśmami rozwieszonymi przez zespół koronera.
– Zatkało cię, jak zobaczyłeś jej buziunię, przyznaj…
– Co jej się stało?
– Tilda pracowała w Nowym Jorku i podobno puszczała się na lewo i prawo. – Zasapany Andy musiał przystanąć po przejściu kilkudziesięciu schodów. – I raz bzyknęła się nie z tym, co powinna… Facet okazał się być zwykłym popierdoleńcem. Podobno torturował ją kilka dni. Skurwiel wyciął jej język i oblał kwasem. Żeby już nigdy więcej nie mogła się puszczać.
Podjęli wspinaczkę na nowo.
– Odbiło jej po tym zupełnie…
– Wyobrażam sobie.
– No… Stąd nauczka jest dla żuczka, żeby uważać, z kim się bzykasz… – Starszy mężczyzna dyszał ciężko.– Kurwa, daleko jeszcze?
Taśmy z napisem „Crime scene. Do not cross” skręciły w bok, wyprowadzając ich z klatki schodowej. Wokół rzucały się w oczy ślady wandalizmu. Obdrapana farba korytarza, powybijane okna, walające się wszędzie śmieci i napisy wykonane sprayem niemal na każdej płaskiej powierzchni. Zbuntowana młodzież Detroit brała srogi odwet na budynku znienawidzonej instytucji.
Otwarte na oścież drzwi jednej z klas zapraszały do środka. W pomieszczeniu panował bałagan, poprzewracane stoliki z pulpitami do pisania piętrzyły się pod oknami, w kącie straszyło pianino z powyrywanymi gdzieniegdzie klawiszami. Na wprost drzwi zobaczyli przybite do czarnej tablicy zwłoki mężczyzny w garniturze.
– O, ja pierdolę… – wyrwało się Harry’emu.
Założywszy lateksowe rękawiczki, podeszli do ciała. Ofiara wisiała bezwładnie pod swoim ciężarem przyszpilona gwoździami do tablicy, kilka centymetrów nad podłogą. W miejscu, gdzie powinno znajdować się przyrodzenie, pomiędzy nagimi udami ziała ogromna rana, z której zwisały jelita.
– Chłopaku… W coś ty się wpakował? – wymamrotał pod nosem starszy policjant, pocierając wierzchem dłoni spocone od niedawnego wysiłku czoło. Harry z uwagą przyglądał się obrażeniom na szyi. Sięgnął do kieszeni i wyjętym z niej długopisem odchylił zakrwawiony kołnierzyk koszuli. Rana miała gładkie brzegi. To było jedno, precyzyjne cięcie. Pochylił się, by obejrzeć wycięte genitalia. Po chwili gwałtownie wstał i powiedział z uznaniem w głosie:
– Ta mała miała rację.
Andy popatrzył na niego zdziwiony.
– Zapewniam, że jeśli coś można było znaleźć, to nasza ślicznotka niczego nie przepuściła.
Harry pochylił się sprawdzając paznokcie ofiary.
– Naprawdę jest taka dobra?
– Najlepsza. A przy tym najbardziej wredna. Co ona twierdziła? Że nieboszczyk został tu przywieziony? – Andy zastanawiając się potarł znów czoło.
– To akurat jest proste… Widzisz gdzieś ślady krwi? – Odsunięty przez kolegę policjant rozejrzał się wokoło.
– Jasne… Przy takiej ranie musiałoby zachlapać pół klasy, tu jest za mało krwi… Za mało jak na takie obrażenia. Rzeczywiście ktoś go musiał tu przywieźć. I jeszcze te jaja…
– Pod paznokciami nie ma nawet śladu, czyściutko, więc ofiara się nie broniła – dodał Harry.
– Ja cię pierdolę… Kto mógł zrobić coś takiego? – głośno zastanawiał się Andy
– Nie wiem… – Harry nachylił się nad zwłokami. – Rzeczywiście pomysłowe.
Oparł jedną dłoń na krawędzi tablicy a ta przesunęła swój kąt nachylenia.
– Ktoś położył go sobie na tablicy w poziomie, przybił i dopiero później przekręcił i zablokował. Popatrz na te ślady tutaj. – Agent FBI wskazywał długopisem rany na podbrzuszu. – To chyba rzeczywiście litery.
– Dobra, młody, zbieramy się stąd. Nic już tu nie znajdziemy, chyba że gdzieś między ławkami zaplątał się wycięty fiut.
Na razie było za wcześnie, by wysnuwać jakieś wnioski. Mieli zbyt mało informacji. Harry pospiesznie schodził po schodach, analizując sytuację. Na pierwszy rzut oka wyglądało to albo na zabójstwo w afekcie, może zemsta na kochanku niewiernej żony, albo… Drugą możliwością był seryjny zabójca. Ale nie słyszał o żadnych innych ofiarach. „Prawdopodobnie” – poprawił się w myślach. Należałoby zajrzeć do archiwów i kartotek z kilku ostatnich lat. Nie tylko z Detroit, ale i z okolicznych stanów. Niektórzy seryjni atakują w większych odstępach czasu.
Miał ochotę na papierosa. Mdlący zapach wypełniał nozdrza. Chciał jak najszybciej wydostać się z budynku szkoły. Na całe szczęście, to dochodzenie spadnie na głowę kogoś innego. Klął w myślach, że wmieszali się w to dochodzenie. Ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, to szukanie kolejnego psychopaty. W końcu odetchnął świeżym powietrzem. Pozbył się ochronnych rękawiczek i poluzował węzeł krawata. Próbował trzęsącymi się dłońmi wyjąć i odpalić papierosa. Ze złością ścisnął w pięści paczkę Marlboro.
– Kurwa mać!
– Synek, opanuj się. Ludzie patrzą. – Stary przyjaciel poklepał go po ramieniu i ściszonym głosem dodał: – Idź do samochodu. Mnie czeka jeszcze papierologia. Tam sobie zapal i weź się w garść.
Harry odszedł na bok. Ani widok zwłok, ani sama makabryczność scenerii nie zrobiły na nim wrażenia. To przez ten zapach – przywoływał wspomnienia, które Harry najchętniej wymazałby z pamięci. W końcu udało mu się przypalić papierosa. Zaciągnął się głęboko dymem, pozwalając by smak tytoniu wyparł z ust trupi odór. Popatrzył na dłonie, które jeszcze lekko drżały. „Szlag by to! Pierwsza sprawa po powrocie, a ja już się rozklejam. Muszę się poskładać do kupy. Weź się w garść!”
Zobaczył zbliżającego się Andy’ego.
– Jedziemy. – Policjant jak gdyby nigdy nic zajął miejsce za kierownicą samochodu.
– Przepraszam, stary – wydukał z poczuciem winy Harry.
– Nie ma o czym mówić. Pewnie jak dojedziemy, będą już wyniki z laboratorium.
– Przydzielili ci tę sprawę?
– No jasne, kto pierwszy, ten lepszy. – Andy wyszczerzył się w uśmiechu.
Chwilę jechali w milczeniu. Agent opuścił szybę.
– Co myślisz o tym…?
– Wygląda na to, że koleś przespał się z żoną niewłaściwego męża. To proste. Ludzie zabijają albo dla kasy, albo z miłości. Albo z obydwu powodów. W tym przypadku facet wkurwił zazdrosnego mężulka, a ten wyrwał mu jaja. Trzeba uważać, gdzie pakuje się fiuta, bo można go stracić.
– Takie proste?
– Tak, synek, takie proste. Najprostsze rozwiązania są zazwyczaj najlepsze. Dowiemy się, kim był ten gość, którego zaszlachtowali, i okaże się, że dymał wszystkie panienki w okolicy.
– A czemu ciało zostało przewiezione? Przecież zazdrosny mąż…
– A bo ja wiem? – przerwał mu Andy. – Może po prostu go zabił, wystraszył się i próbował zmylić tropy, urządzając taką scenkę?
Harry zamilkł pod presją pewności siebie przyjaciela. „A może to ja mam jakąś obsesję? Może doszukuję się w tym drugiego dna, a tymczasem wyjaśnienie jest rzeczywiście >>takie proste<<? Cholera – po co mi kolejna sprawa. Jeszcze nie dałem sobie rady z jedną a tu już następna. A co jeśli się zaangażuję i znów… dam ciała?”
Komendę wypełniała gromada ludzi. Dzwoniły telefony, stara igłowa drukarka wypluwała z siebie zapisane drobnymi literami kartki, trzaskały zamykane drzwi. Wydawać by się mogło, że panuje tu chaos. Jednak wprawne oko Harry’ego dostrzegało, że każda z osób wiedziała, co ma robić, że przepływ dokumentów odbywał się w jako-takim porządku, a gorączkowa bieganina wynikała bardziej z natłoku obowiązków, niż z bałaganu.
– Widzisz jaki mamy tu bajzel? Roboty jest po łokcie. – Andy poprowadził Harry’ego do swojego biurka. Na blacie piętrzyły się papierzyska. Poustawiane w wysokie stosy, sprawiały wrażenie niestabilnych.
– Przepraszam za bałagan, ale sprzątam stare sprawy i się trochę nazbierało. Zaraz sprawdzę, czy Wu ma coś dla nas.
Agent przysłuchiwał się, jak Andy rozmawia z laboratorium przez zdezelowany aparat telefoniczny stojący na biurku.
– Macie tożsamość ofiary…? Jak do cholery… Tak… – Duża sylwetka policjanta z trudem mieściła się za biurkiem.
– Już notuję… – Policjant gorączkowo poszukiwał czystej kartki do zapisania informacji. Bezskutecznie.
– Wu, kurwa, nie tak szybko… – i po chwili: – Dobra, już idziemy do ciebie. – Trzasnęła odkładana słuchawka.
– Chodź do tego czubka. To piętro niżej. Zobaczysz królestwo tych świrów.
Zeszli po schodach. Za dużymi, obitymi metalem drzwiami, otworzyło się przed nimi chłodne wnętrze laboratorium. Harry poczuł, jak pod wpływem zimna podniosły mu się włoski na rękach. Długie, jasno oświetlone pomieszczenie było przeciwieństwem bałaganu na górze. Otaczała ich pachnąca sterylnością przestrzeń. Z niewidocznych głośników dobiegały dźwięki ledwie słyszalnej muzyki klasycznej. Wszystko zostało ustawione w porządku, o jakim szpitalne sale operacyjne mogą tylko marzyć. Ni stąd, ni zowąd pojawił się koroner.
– Wiemy już kim jest, a raczej był, nasz nieboszczyk. Niejaki Gregory Iles, lat trzydzieści trzy, lokalny biznesmen. Nie karany. Kilka wykroczeń drogowych, trawka… w sumie nic ciekawego. Zajmował się obrotem metalami. Całkiem nieźle mu się powodziło. – Doktor nie tracił czasu.
– Skąd…? – zdziwił się Harry.
– Tu na dole mamy takie coś, co się nazywa Internet. Słyszał pan o tym cudownym wynalazku? – Złośliwie uśmiechnął się Azjata. – Tilda jest dobra w kojarzeniu faktów. Tu macie jego profil.
Doktor podał agentowi teczkę z wydrukami komputerowymi. Mężczyzna wyjął zdjęcie, znajdujące się na wierzchu. Z kartki spoglądał na nich uśmiechnięty przedstawiciel klasy średniej, zupełnie niepodobny do zwisających ze szkolnej tablicy zwłok.
– Jesteście pewni?
– Musimy jeszcze porównać odciski palców i uzębienie, ale jesteśmy prawie pewni, że to on. Chyba, że chcesz go jeszcze sobie obejrzeć, to zapraszam do kostnicy. Właśnie go przywieźli.
– Jasne, nie trzeba – odparł ze złością Andy, zamykając teczkę.
– Gość lubił zatrzymywać się w hotelu Westin. Od tego bym zaczął.
– Wu, nie ucz ojca dzieci robić. Czy ja ci mówię, jak masz badać truposzy? – Wysunięta do przodu szczęka świadczyła o irytacji policjanta.
– Wyluzuj, doktor ma rację – próbował uspokoić przyjaciela Harry.
Konfrontacja wisiała na włosku. Gołym okiem widać było, że ci dwaj nie pałają do siebie uczuciem.
– Dobrze, to na nas już czas. – Pociągnął Andy’ego za rękaw. – Dzięki, doktorze.
– Zawsze do usług, agencie Richmond. – Głos Wu ociekał wymuszoną uprzejmością.
Agent FBI odetchnął z ulgą, kiedy metalowe drzwi zatrzasnęły się za ich plecami.
– O co wam poszło?
– O nic, kurwa. Po prostu nie lubię żółtków… I czarnuchów też.
– To przestaje być śmieszne. – żachnął się Harry.
– No dobra, dobra. Na dzisiaj już wystarczy babrania się w truposzach. Ja mam kupę roboty papierkowej, sam widziałeś. A ty pewnie powinieneś się jakoś urządzić w nowym miejscu. Umówmy się na jutro rano, pojedziemy do tego pieprzonego hotelu. Pasuje?
– Jasne, o której jutro? – Pomysł, by uzupełnić lodówkę i posprzątać dom wydawał się racjonalny.
– Za kwadrans ósma, może być?
– Jasne. To w końcu twoje śledztwo. – Mrugnął porozumiewawczo do przyjaciela. Rozstali się przy drzwiach komendy.
Po wizycie w supermarkecie i zataszczeniu wszystkich zakupów do domu, Harry zabrał się za sprzątanie. Sprzątał z głośno nastawioną muzyką płynącą z radia. W ruch poszedł odkurzacz i szmata do podłogi. Południe zastało Harrego w salonie. Wytarł ostatnią szafkę i usiadł zmęczony na kanapie. Uznał, że zasłużył na piwo. Cały dom został oczyszczony z pozostałości po poprzednich mieszkańcach. Przez pootwierane na oścież okna wpadało świeże powietrze.
Próbował nie myśleć o śledztwie, ale wciąż nurtowało go przeczucie, że coś przeoczył, że jakiś szczegół umknął jego uwadze. Rozkładał w głowie wszystkie fakty na czynniki pierwsze, potem próbował je zsumować, ale za każdym razem brakowało jakiejś części układanki. Elementy pozornie pasowały do siebie, ale brakowało im spoiwa, motywu, który by je wszystkie połączył. Spojrzał na zegarek. Pora na tyle wczesna, by zdążyć na komendę i obejrzeć raz jeszcze zwłoki bez wywoływania sensacji.
Nie musiał się legitymować. Dzięki protekcji Andy’ego został potraktowany jako „swój”. Policjant pilnujący wejścia nawet nie spojrzał w stronę książki przepustek. Wymienili uśmiechy. „Procedury są dla obcych” – pomyślał Harry, uchylając drzwi do laboratorium. Przywitało go znajome uczucie chłodu na skórze. Wszedł do pustego pomieszczenia. Jego pośpieszne kroki niosły się echem. Tym razem nie towarzyszyła mu muzyka.
– Jest tu kto? – zawołał. Odpowiedziała mu cisza. – Halo! – Nic, żadnej odpowiedzi. – Halo! Doktorze Wu!
Przeszedł wzdłuż laboratoryjnych szafek zawierających nieznane mu specyfiki. Zatrzymał się przed drzwiami z dużym napisem KOSTNICA/PROSEKTORIUM. Lekko uchylone, pozwalały dostrzec poruszające się cienie na podłodze. Ostrożnie pchnął jedno skrzydło drzwi przed siebie końcem buta. Otworzyły się bezdźwięcznie. W ścianie na wprost znajdowało się kilkanaście metalowych klap z klamkami. Domyślił się, że to szuflady na ciała, przechowywane do identyfikacji i badań. Wielokrotnie w swoim zawodowym życiu odwiedzał kostnice, ale nie odbywało się to w tak przytłaczającej ciszy. Mężczyzna zwilżył językiem spierzchnięte usta. Kolejny krok i zobaczył, że jedna z szuflad była wysunięta, a leżące w niej ciało całkowicie obnażone.
Krótkie spojrzenie wystarczyło, żeby rozpoznać Grega Ilesa. Ktoś manipulował przy zwłokach pochodzących z zabójstwa, nad którym, chcąc nie chcąc, pracował. W głowie pojawił się ostrzegawczy alarm. Drzwi do laboratorium nie były zamknięte i nie było nikogo z personelu.
Ostrożnie, by nie zdradzić się najmniejszym dźwiękiem, sięgnął do kabury. Kątem oka dostrzegł ruch. Zareagował automatycznie. Pistolet błyskawicznie znalazł się w jego dłoni. Szczęknęło odbezpieczenie i w tym samym momencie Harry płynnym ruchem obrócił się w stronę zagrożenia. Pamięć mięśniowa kierowała ramieniem. Jak na strzelnicy, ciało zareagowało samoczynnie. Tuż przed naciśnięciem spustu zatrzymał się, celując prosto w wystraszoną twarz pani patolog.
Tilda wypuściła z dłoni metalowe narzędzie, które z głośnym brzękiem potoczyło się po podłodze. Na uszach miała duże słuchawki, nie do końca tłumiące głośną muzykę. Następna sekunda ciągnęła się w nieskończoność. Spięte mięśnie w końcu odczytały impulsy wysyłane przez mózg. Lufa Beretty, która prawie dotykała czoła dziewczyny, zakołysała się i opadła w dół. Mężczyzna westchnął i rozluźnił ramię. Tilda wciąż stała jak zamurowana. Podszedł do niej i zdjął z jej głowy wciąż rozbrzmiewające ogłuszającym rockiem nauszniki. Wtedy dopiero wypuściła powietrze z płuc.
– Mało brakowało… – pierwszy odezwał się Harry.
Odpowiedziała pełnym wściekłości milczeniem.
– No co? Wołałem przecież! – próbował się tłumaczyć, kiedy rzuciła się na niego z pięściami. Chwycił ją za przedramiona, broniąc się przed jej histerią. Przewyższał ją prawie o głowę, więc bez trudu przytrzymał zaciśnięte w pięści dłonie, którymi próbowała go uderzyć.
– Już, już… uspokój się. Przestań! – Potrząsnął całym ciałem, żeby oprzytomniała. Zamarła na moment, a po chwili wybuchła niekontrolowanym płaczem. Wtuliła się w jego tors jak mała dziewczynka. Puścił kobiece dłonie i pozwolił się objąć. Nie wiedząc, co zrobić z rękoma, przytulił drżące w spazmach, drobne ciało.
– No, już dobrze, mała… Nie chciałem cię wystraszyć. – Nie myślał zupełnie o tym, że sam również najadł się strachu. Jej oddech powoli się uspokajał.
Dopiero teraz dotarło do niego, w jak dwuznacznej pozycji się znajdowali. Dla postronnego obserwatora wydawać by się mogło, że to czuły uścisk dwojga kochanków. Swoją drogą, pod białym fartuchem wyczuwał obłości i wypukłości. Ile to już czasu nie uprawiał seksu? Nie pamiętał, kiedy ostatni raz był z kobietą. Zmysły podrażnione solidną dawką adrenaliny stawały się coraz bardziej wyczulone na bliskość dziewczęcego ciała. Poczuł, że lada moment wtulona w niego Tilda poczuje sztywniejącą męskość. Odsunął nogę, tak by nie dotykać jej ciała swoim łonem.
Przymknął oczy, próbując zmusić samego siebie do porzucenia seksualnych zamiarów. Przecież nie wypadało tego robić tu, w prosektorium. Nie mógł tego zrobić z tak oszpeconą kobietą. Nie mógł? Podniecenie uderzyło falą hormonów do głowy. Zakazany owoc. Profanacja jej pokiereszowanego ciała oraz miejsca, gdzie należało zachowywać się godnie. To miejsce, ta kobieta – to właśnie nakręcało najbardziej.
Tilda, jakby wyczuwając szóstym zmysłem, co dzieje się w myślach mężczyzny, wsunęła udo pomiędzy nogi Harry’ego. Jeszcze mocniej wtuliła się w jego ciało. Podniosła głowę, lekko przechylając ją na bok, jakby oczekiwała pocałunku. Zagryzła dolną wargę, wpatrując się w usta agenta. Sekunda po sekundzie ich twarze dążyły ku sobie. Kobieta lekko uniosła się na palcach, by w końcu doszło do czułego dotknięcia. Wstrzymany oddech, ledwie muśnięcie. Odepchnęła go od siebie.
Zaskoczony urwanym kontaktem już chciał zaprotestować, kiedy nakazała mu milczenie, przykładając palec do swoich w ust. W pośpiechu zdjęła laboratoryjny fartuch, odsłaniając jedynie koszulkę i krótkie, dżinsowe spodenki, które po krótkiej chwili wylądowały na podłodze.
Obróciła się, opierając o wysuniętą szufladę z nieboszczykiem. Rozstawiła szeroko nogi, dłonią sięgnęła do paska stringów i odciągnąwszy je na bok, otworzyła drogę do swojego wnętrza. Opalone pośladki prowokowały nagością. Nie ptrzebował wyraźniejszego zaproszenia. Doskoczył do niej, mocno złapał za biodra i wszedł w nią, nie troszcząc się o delikatność. Przytrzymał mocniej talię, podczas gdy jego biodra zaczęły wybijać rosnący rytm. Kobieta pod nim zaparła się o metalową szufladę i kołysaniem całego ciała wychodziła naprzeciwko pchnięciom. Zgrali się w mechanicznej miłości. Wygłodniali seksualnego spełnienia, z osobna dążyli do orgazmu. W ciszy chłodnego pomieszczenia słychać było tylko odgłosy zderzających się ciał oraz ich przyspieszone oddechy.
Poczuł, jak wzbiera w nim, mająca lada chwila wybuchnąć, fala rozkoszy. Nie zdążył. Tilda rzucana spazmami orgazmu wyprężyła się z cichym kwileniem i uciekła biodrami przed kolejnym pchnięciem. Z wciąż uniesioną pupą głośno dyszała, nie mogąc złapać oddechu. Harry podciągnął spodnie. Odszedł kilka kroków. Odwrócił się i oparł o ścianę, ciężko dysząc. Potrzebował seksu, ale… to nie powinno było się zdarzyć. Podniósł wzrok. Kobieta, którą przed chwilą niemal zgwałcił, już doprowadziła się do porządku. Właśnie zakładała fartuch.
– Przepraszam…
Odpowiedziała prychnięciem i wzruszeniem ramion. Nie miał pojęcia, jak zinterpretować to zachowanie. Podeszła do komputera i wystukała coś na klawiaturze. Przywołała go skinieniem głowy. Spojrzał na monitor.
„Zamknij się. Przyszedłeś obejrzeć ciało?” – przeczytał na ekranie.
– Tak, chciałem jeszcze raz rzucić okiem.
„Więc na co czekasz?” – odpisała. Nawet ten nietypowy sposób komunikacji nie był w stanie ukryć jej opryskliwości.
– No dobra… – Zaskoczyła go ta obcesowość, ale z drugiej strony wolał to niż ckliwość.
Zbliżył się do trupa Ilesa. Dzięki obniżeniu temperatury, ciało nie wydzielało już prawie zapachu. Patrzył, starając się nie skupiać na szczegółach. Chciał zyskać ogólne wrażenie, całościowy obraz, który być może wskaże elementy, jakich poszukiwał. Zastygłe w pośmiertnym stężeniu rysy twarzy, rozcięte gardło, mocna klatka piersiowa, brzuch z wyżłobionymi literami, brak przyrodzenia, wysportowane, umięśnione nogi. To wszystko. Nic nowego nie udało mu się odkryć.
Intensywnie myślał. Który z elementów nie pasował do reszty? Jeszcze raz skupił się na zwłokach – tym razem tylko na obrażeniach; rozpruta krtań, wycięte litery, brak penisa i jąder… Odwrócił się nagle i podszedł do obserwującej go laborantki.
– Mogę skorzystać z komputera? – W milczeniu ustąpiła mu miejsca. Po chwili przedzierania się przez kody dostępu zalogował się do bazy danych Federalnego Biura. Wpisał hasło w wyszukiwarkę.
– Chwilę to potrwa – odezwał się do Tildy, która cofnęła się, przyłapana na zerkaniu ponad jego ramieniem w monitor.
Wyjął z kieszeni pomiętą paczkę i wydobył z niej papierosa. Dziewczyna bez zastanowienia wytrąciła mu go z ust. Spojrzeniem wskazała mu napis zabraniający palenia. Pokręciła przecząco głową, wyraźnie dając znać, że nie pozwoli na łamanie tego zakazu. „Ciekawe, co zrobiłaby, gdyby na ścianie była tabliczka zakazująca pieprzenia się od tyłu?” – przemknęło mu przez głowę. Przerwał mu dźwięk zakończonego wyszukiwania. Spojrzał na wyniki.
– Masz drukarkę? – Przytaknęła. – Mogę? – Kolejne skinienie.
Zadrukowana kartka z cichym burczeniem wysunęła się z urządzenia.
Wylogował się z systemu. Zamknął okno przeglądarki. Przed oczyma pokazały się zdjęcia liter wyciętych na podbrzuszu ofiary. Tilda musiała pracować nad nimi, kiedy zaskoczył ją nieoczekiwanym wtargnięciem do kostnicy. Chwycił wydruk i wstał od komputera.
– Dzięki.
Uśmiechnęła się zdrową stroną twarzy. Teraz jej blizny nie wydawały się aż tak szpecące. „Seks, czy przyzwyczajenie się do widoku?” Nie zastanawiał się dłużej nad tym. W końcu znalazł tę część zagadki, która podważała wersję z zazdrosnym mężem.
– Do zobaczenia. – Zamykając za sobą drzwi, miał dziwne wrażenie, jakby uciekał przed zdradzoną kochanką.
Ledwie znalazł się na zewnątrz, odpalił papierosa, wyjął komórkę i wybrał numer Andy’ego.
– Słuchaj, znalazłem coś. Z tym trupem, to może nie być kwestia zazdrosnego męża. Mówią ci coś słowa „Young Boys”?
Mężczyzna po drugiej stronie słuchawki przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
– Czy to nie nazwa gangu?
– Tak, staruszku… Zgadnij, jak się podpisywali na zwłokach swoich ofiar?
– Nie mów, że tymi samymi literami, co u naszego kochasia… Jesteś pewien?
– Tak, jestem. Byłem właśnie u Tildy…
Po drugiej stronie rozległo się znaczące chrząknięcie.
– Jesteście już po imieniu?
– Nie, to nie tak, jak myślisz…
– Nic się nie zmieniłeś, synek.
– Potwierdziłem te dane w bazie Biura – przerwał mu Harry.
– Okej, pogadamy o tym rano w drodze do hotelu. Może się jednak do czegoś przydasz, panie doradco. A od tej wrednej suki trzymaj się z daleka. Dobrze ci radzę. Stać cię zresztą na więcej…
Dziękuję Megasowi za pierwsze korekty i wsparcie – bez Ciebie ten tekst w ogóle by nie powstał.
Dziękuję Amandzie Ero – Tobie zawdzięczam wyłapanie wszystkich błędów fabularnych i ostateczny szlif.
Jesteś najlepszą korektorką jaką znam.
.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Anonim
2016-03-26 at 18:26
Wciąga… ?
Kyle
Lurker
2016-03-27 at 22:25
Tak sobie myślę, że to może być początek bardzo ciekawego cyklu kryminalnego… oby tylko autorowi starczyło wytrwałości, by doprowadzić go do końca.
Madź
2016-03-29 at 08:38
Podobało mi się i czekam z niecierpliwością na kolejną część!
I wyłapałam jednego babola:
„Z ulgą pozbyła się niewygodnych butów. Odkręciła kran w wannie. Czekając, aż naleje się jej wystarczająco dużo, rozebrała się.” – woda nie była wcześniej wspomniana żeby używać słowa „jej”.
Madź
Jarek
2016-03-30 at 13:31
Całkiem udany start. Miejmy nadzieję, że tak samo będzie z lądowaniem. I że po drodze lot okaże się ciekawy, ale bez błędów pilota 🙂
kenaarf
2016-03-31 at 22:15
Barman przyzwyczaił czytelników do krótkich form. Miniatury to z pewnością jego, że się tak wyrażę, konik. I jest w tym dobry. Jednak nie zamyka się w owych streszczeniach życia. „Dziennik pokładowy” to jeden z przykładów, że Kruk też czasami musi odpocząć od siebie samego. Chociaż… z drugiej strony… Zdejmując metaforyczność z tekstu. Ale to wie tylko Autor.
Pierwsza część „Hometown” to zapowiedź, wprowadzenie do czegoś większego. Wygląda na to, że Najlepsza zyska kolejny, świetny kryminał. Z ocenami na razie należy się wstrzymać. Kryminały same zastawiają pułapki na autorów. Oby Barman nie wpadł we własne sidła.
Pozdrawiam,
kenaarf
Tomp
2026-05-22 at 23:29
Czytam, czytam i coś mi nie pasuje. Nie wiem, co, więc wracam do początku i czytam…
I olśnienie! Ktoś w tym kinie nie włączył lampy w projektorze i leci sama fonia.