Ratownik. Piąty „VICTOR” (jammer106)  4.78/5 (6)

44 min. czytania

Źródło: StockCake

„Człowiek jest psim bogiem. Pies nie zna nikogo innego, nie rozumie nikogo innego. Cała jego psia dusza rozpływa się w jego bogu, wszystkie jego moce poświęcone są jego służbie.” – Burns

 

6 Stycznia 2025. Nowy Sącz – cmentarz komunalny.

 

Lidia, otoczona przez najbliższą rodzinę, stała nad grobem męża. Dziś przypadała piętnasta rocznica jego tragicznej, bohaterskiej śmierci. Wnuk Rafał zapalał kolejny znicz i ostrożnie układał go na grobowcu. Kinga stała obok matki, cicho płacząc. Wyprostowany Jakub przyglądał się złożonym wiązankom i kwiatom, a obok jego nogi siedziała suka Hestia. Ksiądz opiekujący się cmentarzem nie zwracał już uwagi, że wprowadza tutaj zwierzę. Rok temu Kuba ostro z nim dyskutował, przedstawiając solidne argumenty. Duchowny przyjął je do wiadomości i od tamtej pory miał z nim święty spokój.

– Dzieci, zostawcie mnie z ojcem samą – poprosiła wdowa.

Uszanowali wolę matki. Tak było co roku. Zostawała sama, by porozmawiać z duchem męża. Wierzyła, że ją słyszy.

Dwoje dorosłych i nastolatek ruszyli w kierunku wyjścia z cmentarza. Lidka pozostała sama.

– To już piętnaście lat, mój mężu, piętnaście lat, jak nie ma cię z nami. Pewnie tam jest ci dobrze, może tylko trochę smutno bez nas – zaczęła.

Oczy miała wilgotne, zawsze, gdy do niego mówiła, musiała uronić kilka łez.

– Wiem, że mnie słyszysz, wiem, że mi pomożesz i czuwasz nad naszą rodziną. Proszę cię, Rafale, spraw, by ten chłopak poczuł prawdziwą miłość. On tylko pracuje, sam wiesz, co człowiek jest wart bez bliskiej, kochającej osoby. Ty to wiesz i ja to wiem. Niech, tak jak my, oszaleje z miłości, niech to uczucie zagości w jego sercu. Zrób to dla mnie i dla niego – zakończyła.

Odmówiła krótką modlitwę, i dołączyła do bliskich. W cmentarnej bramie minęła się z Malwiną i panią Jadwigą. Ta druga, lekko już niedołężna, jak co roku pamiętała o jej mężu. Lidia ucałowała dłoń staruszki.

– Przestań, dziecko, przestań – usłyszała, a dzieci i wnuk przywitali z kobietami.

Wymieniły kilka zdań, a potem Lidka porozmawiała chwilę z Malwiną. Kątem oka dostrzegła, jak syn sięga do kieszeni po telefon komórkowy. Oddalił się na kilka kroków, a jego mina stała się poważna. Krótko odpowiadał, wdowa podejrzewała, że coś się wydarzyło. Pożegnała się i zbliżyła do Jakuba, który nadal prowadził rozmowę telefoniczną.

– Tak, zaraz będę, ile osób? Coś wiemy bliżej? – usłyszała.

Zakończył. Matczyny zmysł podpowiadał, że nie były to dobre wieści.

– Kuba, co się dzieje?

Kinga zbliżyła się do brata. Nastoletni Rafał patrzył mu prosto w oczy.

– W Albanii zawalił się tunel drogowy. Ruszamy natychmiast, kompletny brak danych. Turcy po ostatniej akcji nas polecili i Albańcy chcą nas. Muszę natychmiast stawić się w remizie. Nasi nauczyli się po Haiti, że każda zwłoka to śmierć ludzi. Wylatujemy natychmiast – odpowiedział poważnym głosem.

– Kinguś, zawieź brata do remizy, ja wezmę Rafałka i pójdziemy jeszcze do ojca, wrócimy na piechotę – szybko podjęła decyzję, a następnie ucałowała syna w czoło.

Objęła go czule, jak to matka, i wtuliła się mocno.

– Wracaj cały i zdrowy – rzuciła, zabierając ze sobą wnuka.

 

Remiza grupy poszukiwawczo-ratowniczej, piętnaście minut później.

 

Jakub przybył do remizy jako jeden z pierwszych. Wcześniej wpadł tylko do domu po dokumenty i niezbędne rzeczy.

Olgierd już był na miejscu. Za miesiąc miał iść na emeryturę. Gdy zebrali się wszyscy, rozpoczęto wstępną odprawę. Najwyższy stopniem i mający dowodzić całą grupą Norbert zebrał wezwanych w sali.

– Panowie, zawalił się tunel drogowy o długości blisko dwóch kilometrów. Nie wiemy za dużo, lecz jest pewne, że to konstrukcja z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W Albanii, gdzie, jak wiecie, bieda aż piszczała, a normy nie były przestrzegane. Wyznaczyłem grupę dwudziestu jeden osób, kto jedzie, macie na tablicy. Skład okrojony do minimum. To tylko tunel, nic więcej – rozpoczął.

Jakub spojrzał na tablicę, jego nazwisko było widoczne. Znów brakowało psiarczyków. Jak to zawsze w styczniu, część psów pojechała na certyfikację lub z innych przyczyn była wyłączona. Na emeryturę przeszły dwa labradory, a przewodnicy certyfikowali nowe. Dwa kolejne czworonogi były wyłączone z przyczyn zdrowotnych. Suka Atena była po zabiegu związanym z ropomaciczem, pies Charon był leczony na alergię pokarmową. Do kompletu brakowało jednego psiaka z przewodnikiem.

– Do naszego nowego AMZ-6 ładują się psiarczyki, starsi ratownicy, dowódca zespołu operacyjnego i kierowca z logistyki, reszta do autobusu. Do lądowiska w Łososinie jedziemy wszyscy i tam ładujemy się do wojskowego Mi-17, z wyjątkiem kierowcy AMZ i drugiego z logistyki. AMZ zostanie załadowany na Balicach do wojskowego Herkulesa, razem z tymi dwoma. Pytań nie widzę, zabierajcie klamoty i do wozów – zakończył, w iście ekspresowym tempie.

W przypadku takich nagłych sytuacji mieli zawczasu przygotowane oporządzenie i wyposażenie. Wystarczyło tylko otworzyć szafkę i pobrać niezbędne rzeczy.

– Olgierd, a co z czwartym psem i przewodnikiem? – zapytał Jakub.

– Już dotarła, zaopiekujesz się nią i wprowadzisz w arkana naszej pracy – odparł tajemniczo.

– Nią? – zdziwił się chłopak.

Nim zdołał pomyśleć, w drzwiach sali odpraw pojawiła się drobna kobieca postać z burzą loków na głowie. Kuba i Sebastian stanęli jak wryci, i wcale wygląd dziewczyny nie był tego powodem.

– Gaja zmartwychwstała – rzucił Sebastian pamiętający jeszcze Gaję.

Kuba nie był w stanie wydusić z siebie żadnego słowa. Kobieta była przewodniczką gończego słowackiego, kropka w kropkę podobnego do Gai. Na dodatek była z OSP.

– Kurwa, to z Łodzi nie mogli podesłać psiarczyka, tylko jakąś babę z OSP – usłyszał, od jednego z młokosów od geofonów.

Odwrócił się na pięcie i chwycił geofoniarza za poły munduru.

– Masz coś kurwa do OSP? – rzucił mu prosto w twarz.

Sebastian odciągnął Jakuba. Najwyraźniej, młodziak nie wiedział, gdzie wcześniej pracował Kuba.

– To jest pani Ola z OSP, wesprze nas w pracy. Dowódcę zespołu operacyjnego proszę o wprowadzenie w sytuację – przedstawił ją „naczelny”.

Widząc tak liczną grupę mężczyzn, dziewczyna dygnęła nieśmiało. Dostrzec można było w jej ruchach nieśmiałość. Chciała coś powiedzieć, lecz grupa facetów natychmiast ruszyła, by pobrać oporządzenie. Minęli ją, a niektórzy omietli wzrokiem.

– Zabieraj ją do logistyki, niech dadzą jej nasze umundurowanie, jedzie na takich samych wariackich papierach, jak ty wtedy do Haiti, Podobno jest najlepsza u nas w regionie, no i ten pies – usłyszał od Olgierda Jakub.

Kuba stał jak zaczarowany. Przez chwilę nie dochodziło do niego, co mówi przełożony. Ten lekko pchnął go w kierunku kobiety i razem podeszli do niej.

– To jest aspirant Jakub Grabarczyk, zajmie się tobą, ja jestem Olgierd Góral, dowódca zespołu operacyjnego, witamy na pokładzie.

– Aleksandra Sobczyk.

Olgierd dobiegał sześćdziesiątki, Jakub miał trzydzieści cztery lata. Dziewczyna mogła mieć dwadzieścia parę. Burza brązowych loków na głowie, piwne oczy i piegi na twarzy, to Jakub zapamiętał w pierwszej kolejności. Niska, mierząca około stu sześćdziesięciu centymetrów wzrostu dziewczyna przypominała „Babe” z kultowego „Dirty Dancing”.

– To suka, czy pies – zapytał Kuba, patrząc na czworonoga.

– Suczka, ma trzy lata, to Hinata – odparła dziewczyna.

Zabrał ją do kwatermistrzostwa. Kierownik „kwaterki” był równolatkiem przewodnika. Znali się jak łyse konie.

– Kuba, skąd ja mam wziąć mundur na takie chucherko? – rzucił, gdy tylko na nią spojrzał.

– Kamil, nie pierdol, znajdziesz – odparł.

Wygrzebał zestaw na metr sześćdziesiąt pięć, i wydał wszystko, co było potrzebne. Cała grupa czekała już tylko na nich. Nie było czasu na ceregiele, udawanie się do przebieralni, przymierzania. Zabrał ją do najbliższego pomieszczenia i wręczył umundurowanie.

– Przebieraj się – rzucił.

– Może pan wyjść?

Znalazł się z powrotem na korytarzu, czując się jakoś dziwnie. Nie wiedział, czy przez nią, czy przez psa, z jakim się pojawiła. Dostrzegł przez okno kolegów, ładujących do pojazdów najpotrzebniejszy sprzęt.

Kobieta wyszła po chwili. Widać było, że pośpiesznie zakładała uniform. Zatrzymał ją, dłonią podociągał tu i ówdzie. Mundur był nieco za duży.

– Chodź za mną – powiedział i pociągnął dziewczynę za rękaw.

Dwunastotonowego AMZ-6 „Tur” jednostka dostała parę miesięcy temu. Ten transporter opancerzony w opcji 4 × 4 był pojazdem ich marzeń. Mocny silnik w układzie V8, połączony z automatyczną skrzynią biegów. Słowem, niezawodny środek transportu i zarazem stanowisko dowodzenia. Jego wyposażenie mogło przyprawić o zawrót głowy. Agregat, wyciągarka, panel dowodzenia, klimatyzacja i inne udogodnienia dawały pełny komfort działania. Opony odporne na przestrzelenia, układ filtrowentylacyjny (UFW), spełnienie wojskowych norm STANAG odnośnie ochrony przed ogniem i ostrzałem z broni małokalibrowej, były dodatkowym atutem. Razem z Aleksandrą wpadli jako ostatni do wnętrza pojazdu. Kolumna ruszyła.

– Grabarczyk, dobrze usłyszałam? – zapytała Jakuba.

– Tak.

– Syn, tego strażaka co zginął? – rzuciła bezpośrednie pytanie.

Kuba skinął głową, a ona zlustrowała wzrokiem jego sylwetkę. Miała coś w sobie, czego przewodnik nie mógł rozkminić.

– Jestem zaszczycona – rzuciła patetycznie.

Chłopaki wewnątrz transportera parsknęli śmiechem. Jakub nic nie odpowiedział. Prowadzeni przez radiowóz na sygnałach, mijali miasto. Do Łososiny mieli jakieś osiemnaście kilometrów. Nim się zorientowali, byli już na terenie aeroklubowego lądowiska i dostrzegli wojskowego Mi-17.

– Na Balice i do zobaczenia – krzyknął Olgierd do kierowcy, gdy wszyscy opuścili pojazd.

Śmigłowiec stał na lądowisku z zapuszczonym silnikiem, a potężne łopaty mieliły powietrze. Biegiem ruszyli w kierunku maszyny. Psy z PSP się nie bały, wystraszyła się gończa słowacka.

– Bierz „Hestię” ja zajmę się nią – krzyknął Jakub, widząc zestresowaną sukę.

– Ona jest nieufna, nie da się – odparła dziewczyna, krzycząc.

Nie zważał na to, oddał jej smycz z Hestią i podniósł Hinatę. Mocno przytulił czworonoga do ciała i ruszył w kierunku śmigłowca. O dziwo, psisko wtuliło się w niego i nie drżało tak jak wcześniej. Głaskał sukę po kusie, mówił do niej. To poskutkowało.

– Trzymaj moją, ja zajmę się twoją – rzucił krótko, gdy wszyscy byli na pokładzie.

Śmigłowce konstrukcji Mila nie należały do cichych. Jakub miał doświadczenie zdobyte na kursach na zachodzie z Westlandami, Sikorskimi i Augustami. Tam kultura pracy była o niebo lepsza. Piloci podnieśli maszynę w powietrze.

Podczas lotu psy strażaków spokojnie położyły się na podłodze. Kopia Gai po chwili zrobiła to samo, biorąc przykład ze współtowarzyszy.

– Panie aspirancie, jak pan to zrobił? – zapytała go.

– Jak zginął mój ojciec, przejąłem po nim sukę tej samej rasy, też byłem w OSP, potem pojechałem z nią na Haiti i do Nepalu – odparł.

– Po OSP?

– Podobnie jak ty, byłem w OSP, na Haiti pojechałem na wariackich papierach.

Pokręciła głową nie wierząc, i wzajemnie przekazali sobie psy. Hestia położyła się obok Hinaty.

– Spróbuj odpocząć, przed nami ciężka robota – zwrócił się do niej.

Siedziała tuż obok. Pośród mężczyzn wyglądała jak kruszyna, mniejsze były tylko psy. Jakub po raz pierwszy poczuł coś, czego nigdy w życiu nie zaznał, potrzebę opieki nad tą kobietą. Mało tego, od przełożonego dostał takie polecenie, ba, rozkaz. Przemieścił się do Olgierda.

– Coś wiesz więcej, jak robota? – zapytał.

Olgierd uśmiechnął się, i przyciągnął go bliżej do siebie. Jeden z „geo” ustąpił mu miejsca.

– To moja ostatnia misja, chcę wiedzieć, że przekazuję ludzi w dobre ręce. Zostajesz ze mną i dziś ty dowodzisz, ja zarządzam z tylnego siedzenia, patrzę co robisz, koryguję. Wierzę, że dasz radę – oznajmił Jakubowi.

– Olgierd, tak nie można.

– Można, można – usłyszał.

Pogadali jeszcze chwilę, i Kuba wrócił na swoje miejsce. Ola podniosła wzrok, a on dał znak, by spała. Usiadł w fotelu i po chwili poczuł, jak głowa dziewczyny ląduje na jego barku.

Spojrzał na jej psa, to musiała być jakaś siódma woda po kisielu Gai, klon byłej towarzyszki. Nie wiedząc dlaczego, pogłaskał kobietę po głowie, i sam zapadł w płytki sen.

 

+++++

 

Śmigłowiec doleciał tak blisko miejsca katastrofy, jak to było możliwe. Pilot wykonał koronkową robotę, znajdując w okolicach wypadku sporą polanę i z pomocą Albańczyków, którzy oświetlili przygodne lądowisko, posadził tam maszynę.

– Wstawaj, wysiadamy! – obudził drzemiącą kobietę.

– Powodzenia – usłyszeli od technika pokładowego na pożegnanie, gdy sprawnie opuszczali maszynę tylną rampą.

Uderzyło w nich przerażające zimno, wszędzie było pełno śniegu. Dobiegli do stojących na skraju polany Albańczyków. Oficer łącznikowy wraz z dowodzącym akcją przywitali się z nimi, a reszta strażaków ustawiła się w dwuszeregu. Osiemnastu rosłych chłopów i jedna kruszynka. Wyglądała przy nich jak maskotka.

– Dobrze, albańscy koledzy z tłumaczem zabierają grupę operacyjną bez „geo” w rejon akcji, są tam już miejscowi strażacy, ale bez ciężkiego sprzętu, nawaliło tyle śniegu, że mam obawy, czy nasz „Tur” tam dojedzie. Reszta zostaje tutaj. Czekamy na nasz pojazd. Olgierd, obejmujesz dowodzenie do naszego przybycia – usłyszeli zebrani.

Grupa liczyła dwudziestu jeden ludzi. Dowodził Norbert, a razem z nim w ścisłym gronie był oficer łącznikowy i koordynator medyczny. Dwóch chłopaków z logistyki miało dolecieć wojskowym „Herculesem”. Grupa operacyjna stanowiła trzon sił i składała się z dowódcy, dwóch geofoniarzy, oficera Haz-Mat, czterech przewodników psów, czterech ratowników i czterech starszych ratowników.

– Za mną – zakomenderował Olgierd i wyznaczone osoby oraz zwierzęta ruszyły.

Brodzili w głębokim śniegu, posuwając się za Albańczykami. Droga prowadząca do tunelu była zasypana. Wciąż padał gęsty śnieg, na dodatek zdążyło się już ściemnić. Minęli pozostawione na poboczu wozy strażackie.

– Boże, oni mają jeszcze takie strucle – zdziwił się któryś z młodych ratowników.

Rzeczywiście, byli dobre dziesięć, piętnaście lat za Polakami. Tak starego sprzętu nie było w najbardziej zapyziałej remizie OSP.

Docierali już na miejsce wypadku, gdyż dojrzeli ledwo rozświetlone wnętrze tunelu. Psy z trudnością pokonywały głęboki śnieg.

Udali się do rozstawionego namiotu, który zapewniał ochronę przed zimnem i padającym śniegiem. Wewnątrz było kilku albańskich strażaków, w tym dowodzący akcją. Zajęli miejsca, gdzie tylko mogli, a do dowodzącego Albańczyka podszedł tłumacz i oficer Haz-Mat. Ten drugi zamierzał wyciągnąć jak najwięcej od miejscowego kamadira. Uzyskane informacje miały zadecydować o sposobie i taktyce działania.

Jakub spojrzał na kobietę, drżała z zimna.

Młodszy kapitan Paweł Krajan, oficer Haz-Mat, rozmawiał długo ze swym albańskim odpowiednikiem. Po jego minie widać było, że sytuacja nie wyglądała kolorowo. Albańczycy sporo mówili i jeszcze więcej gestykulowali. Pracujący nieopodal agregat zagłuszał nieco ich słowa, tak, że ciężko było zrozumieć nawet pojedyncze wyrazy. Rozmowa przeciągała się, lecz Paweł musiał poznać najdrobniejsze szczegóły. Jego zadaniem było ocenienie ryzyka, był ciałem doradczym Olgierda. Wszyscy z niecierpliwością czekali aż tamci skończą, zdając sobie sprawę, że każda minuta to potencjalnie stracone ludzkie życie.

– Olgierd, nie jest dobrze – zaczął Paweł.

– Mów, wszyscy słuchać! – rozkazał Olgierd.

Nadstawili uszu, ważna była każda informacja.

– Planów tunelu nie ma. Tu był taki bajzel jak upadła komuna, że wszystko gdzieś przepadło. Tunel ma 1850 metrów długości, znajduje się na wysokości 1150 metrów nad poziomem morza. Wykuto go w skale bez betonowych elementów wspierających. Budowę ukończono w 1971 roku. Zbocze o skomplikowanej budowie geologicznej. Zawalił się strop na długości około 600-700 metrów. Gruzu i skał sporo, ciężko określić ile – kontynuował.

Od razu na myśl przychodziła podobna katastrofa, która miała miejsce w Szwajcarii w lutym 2024 roku. Tam, w tunelu mającym ponad pięćdziesiąt lat, zawalił się strop. Wówczas spadło jedynie około dziesięciu metrów sześciennych gruzu, tutaj z pewnością było go dużo, dużo więcej. W Szwajcarii, jako przyczynę wypadku podano nagłe odwilże oraz skomplikowaną budowę geologiczną.

– Góra wciąż pracuje, a teren jest zagrożony trzęsieniami ziemi. Przez ostatnie dwie doby zanotowano kilka wstrząsów o sile nieprzekraczającej czterech stopni w skali Richtera – raczył ich kolejnymi informacjami.

– Wewnątrz znajduje się kilkanaście pojazdów. Kamery wjazdowe zarejestrowały ruch, niestety kamera wyjazdowa była zepsuta, więc nie wiadomo, ile aut znalazło się w tunelu i ile zdążyło go opuścić. Wejście do środka jest tylko z tej strony, przez wąski przesmyk przy stropie. Ryzyko oceniam na bardzo wysokie, kwalifikuje się na „VICTOR” – zakończył.

Nastała chwila ciszy. Wszyscy patrzyli na Olgierda, a ten spojrzał na Jakuba.

– Jakub, słuchamy, jaka taktyka? – zwrócił się do niego.

Kuba nabrał powietrza w płuca.

– Rekonesans dwóch przewodników z psami. Po zlokalizowaniu żywych wchodzi tylko jeden zespół „Tango”. Jeżeli na szczycie góry jest otwór, wprowadzimy tam kamery termowizyjne i dmuchawę. Tylko ochotnicy, procedura „VICTOR”. Pełna ostrożność. Ratownicy ograniczają do minimum przebywanie w strefie. Zabierają poszkodowanego i przeprowadzają wywiad poza rejonem niebezpiecznym. Do czasu zakończenia naszych działań Albańczycy przerywają swoje – przedstawił swój plan operacji.

Olgierd kiwnął głową na znak zadowolenia, sam by tego lepiej nie wymyślił. W całości akceptował zamysł.

– Na górę nikt nie wchodził, Albańczycy próbowali, ale jest cholernie ślisko i niebezpiecznie. Puścili drony, jest niewielki otwór, na tyle duży, by wąska rura dmuchawy mogła tam wejść – usłyszeli od Haz-Mata.

– Co z rannymi, gdzie ich ewakuować? Tu nie ma żadnych karetek? – zapytał jeden z ratowników.

Tłumacz na bieżąco przekazywał najstarszemu stopniem Albańczykowi, co zamierzają zrobić. Czekali chwilę na odpowiedź.

– W drodze są dwa wojskowe transportery M-113, powinny być za jakiś kwadrans, mają nadzieję, że wjadą pod sam tunel. One będą zwozić rannych, do miejsca, gdzie są karetki – usłyszeli.

– Przekaż mu, by jego ludzie przerwali pracę na czas poszukiwań. My obejmujemy dowodzenie– polecił tłumaczowi Olgierd.

Pozostała kwestia wyznaczenia czwórki ludzi do pracy. Olgierd nawet nie rzucał hasła „Ochotnicy”, bo wiedział, że dłoń podniesie każdy.

– Jakub, wybierz ludzi – polecił przyszłemu następcy.

Kuba poczuł na sobie wzrok wszystkich, a te spojrzenia dosłownie go przewiercały. Szybko analizował sytuację. Znał każdego z ratowników i przewodników. Ci pierwsi działali w standardowych parach, nie chciał mieszać grup, bo takie działanie nigdy nie było mile widziane.

– Zespół „Tango 3” jako główny, „Tango 4” jako zapasowy – wskazał, zaskakując co niektórych. Nie byli to ratownicy z najdłuższym stażem. Przynajmniej dwóch z nich miało tylko kilka lat służby. Olgierd skrzywił się nieco. – Przewodnicy to Sebastian i ja – dodał.

Ten drugi wybór nie pasował operacyjnemu. Kuba miał być tu z nim i dowodzić akcją, a ten wybrał wejście w niebezpieczny rejon.

– Nie, nie zgadzam się – zaprotestował.

Natychmiast doskoczyła do niego trójka pozostałych przewodników, a potem wszyscy podeszli do Jakuba.

– Szanuję twoje doświadczenie, ale twoje miejsce jest przy mnie – usłyszał od Olgierda.

Kuba spojrzał na wszystkich. Kalkulował ryzyko, a to było spore. Szanował ich, byli jak jedna rodzina.

– Kapitanie, to nie jest zwykły „VICTOR”, to „VICTOR” do sześcianu. Nie będą wchodzić na trzy metry pod gruzy, wchodzą do tunelu i będą operować setki metrów od wyjścia. Góra pracuje. Nie zaryzykuję ich życiem. Tomek ma dwójkę małych dzieci, Irek ma jedno, a żona jest w ciąży z drugim. Wybrałem Sebastiana, bo ma już dorosłe dzieci, a siebie, bo jestem kawalerem. W razie czego rodziny łatwiej to zniosą – umotywował wybór.

– Kurwa Kuba, nie kracz! – wyrzucił z siebie zaskoczony Olgierd, lecz musiał uznać wagę tych argumentów. Ciężko było z nimi polemizować.

– W takim przypadku to ja powinnam być razem z aspirantem Grabarczykiem, jestem panną i mam nad aspirantem Sebastianem przewagę – dołączyła do rozmowy Aleksandra.

Wszyscy gruchnęli śmiechem, bo jakie to dziewczę mogło mieć przewagę nad najstarszym i najbardziej doświadczonym przewodnikiem?

– Co to za przewaga? – zapytał ją, z kpiną w głosie Irek.

– Jestem szczupła i wszędzie się zmieszczę, jestem lekka, co nie spowoduje zbytniego osuwania się rumowiska. Rzuciłam okiem na tę szczelinę, nim weszliśmy do namiotu. Pan Sebastian tam się najprawdopodobniej nie przeciśnie – odparła śmiało.

Fakt, Sebastian to był kawał chłopa. Wzrostu ponad metr dziewięćdziesiąt, krępa budowa ciała.

– Wykluczone, możesz zostać w odwodzie – zaprotestował Olgierd.

– Ona ma rację, podobnie jak i Jakub, Olgierd biorę to na siebie, wysyłaj ich, bo szkoda czasu – usłyszeli za plecami głos dowódcy. Nawet nie zauważyli, jak do namiotu wszedł przełożony. – Olgierd, nie ma czasu, starzejesz się bracie. Przeciągasz odprawę, a ludzie czekają na pomoc – zwrócił uwagę.

Komendant przejął dowodzenie. Uwagi i wnioski operacyjnego mógł zaakceptować lub nie. Ostateczna decyzja należała do niego.

– Ale ona… – Olgierd próbował coś ugrać, wpłynąć na Norberta.

– Przypomnij sobie, co zrobiłeś piętnaście lat temu. Wezwałeś go i dałeś mu psa, puściłeś na gruzowisko, a teraz mamy twojego następcę. Daj szansę dziewczynie. On jej nie da zrobić krzywdy – szepnął do niego komendant, a następnie zbliżył się do wyznaczonej pary przewodników i popatrzył im prosto w oczy.

– Zabierzcie wszystko, co wam potrzebne. Działajcie bez zbytniego ryzyka. Opiekuj się nią, to rozkaz – zwrócił się do Kuby i usłyszawszy od niego zdawkowe „Tak jest” , pociągnął Olgierda za rękaw.

– Pozostają tutaj dwa zespoły „Tango”, reszta za mną do „Tura” – rozkazał.

Jednak AMZ-6 był niezawodny. Mieli swoje Stanowisko Dowodzenia. Wdrapał się po tej ślizgawicy prawie na sam szczyt. Mogli w cieple i pełnym komforcie siedzieć w jego wnętrzu.

– Norbi, jak mu się coś stanie, to jego matka nam tego nie wybaczy – rzucił do przełożonego w nieregulaminowy sposób operacyjny.

– „Szrama” czuwa nad nim i nad nami wszystkimi. Pamiętasz wypadek naszego Defendera rok po jego śmierci, ten przewodnik od Aresa, nie pamiętam jak mu było na imię, był tak pokiereszowany i razem z psem wyszli z tego. Zero strat od piętnastu lat, nawet w JRG – przypomniał kapitanowi przełożony.

Olgierd pamiętał. Wypadek był paskudny. Wywrotka kierowana przez pijanego kierowcę uderzyła w służbowy samochód. Z Land Rovera pozostała kupa żelastwa. Stan obu strażaków i psa był określany jako krytyczny, a przeżyli. Nie wrócili już do służby, ale wyszli z wypadku. Pies zdechł, ale ze starości.

– Obyś miał rację – odparł Olgierd, wchodząc do wnętrza „Tura”.

 

+++++

 

Jakub był wściekły. Przydzielili mu tę dziewczynę z OSP. Sam tam zaczynał i nie miał żadnych uwag do tej organizacji. Jednak oprócz siebie, teraz musiał uważać również na nią.

– Twój kryptonim to „Foxtrot 4” – poinstruował ją.

Nakazał, by na radiotelefonie ustawiła maksymalną moc nadawania. Wchodzili do zasypanego tunelu, a tam propagacja fal radiowych była diametralnie inna niż na otwartej przestrzeni. Należało się liczyć z tym, że w najgorszym wypadku transmisja będzie słabo słyszalna, albo wręcz przerywana.

– Dowodzę, słuchasz się mnie. Jasne?

– Tak jest – odparła.

Podniósł wzroki nim weszli do tunelu spojrzał w niebo.

– Tato, chroń nas – szepnął cicho.

Ruszył pierwszy, wcześniej zdejmując z „Hestii” szelki. Każdy pies miał na łapie wąską opaskę z nadajnikiem GPS, gdyż technika od czasów jak zaczynał, znacznie się rozwinęła.

Kobieta spuściła gończego słowackiego i powoli, ostrożnie wspinali się po rumowisku. Zapalone latarki przy hełmach oświetlały teren.

 Zgodnie z ustaleniami Albańczycy wycofali swoje siły. U podnóża osypiska pozostała para „Tango 3”.

Jako pierwszy dotarł na szczyt rumowiska. Szczelina między zwałem skał a stropem była rzeczywiście wąska. Psy przeszły pierwsze i  otrzymawszy komendę „szukaj”, ochoczo ruszyły do pracy. Podziwiał tę dziewczynę; miała w oczach miarę. Sebastian z pewnością by nie przeszedł. Czołgał się przez dwa, może trzy metry, ocierając plecakiem przewodnika o strop. Gruzowisko powoli opadało. W świetle szperacza dostrzegł pierwsze pojazdy. Spojrzał na zamontowany na prawym barku detektor tlenu. Poziom był akceptowalny, mogli posuwać się dalej.

– Tu „Foxtrot 1”, sprawdzenie łączności – rzucił w eter.

– Tu „Hotel”, słyszę cię głośno i wyraźnie – odpowiedziała baza.

Odwrócił się. Ola posuwała się parę metrów za nim. Czołgała się, z zadkiem nieco zadartym do góry. Najwyraźniej wojskowe „czołganie przez pełzanie” było jej obce. Oba psy zniknęły w czeluściach, zaczynając poszukiwania.

 Znajdowały się w wąskim tunelu, dlatego nie przydzielano sektorów. Kilka lat po śmierci ojca procedury zostały zaostrzone. Teraz, aby oddać sektor, dwa psy musiały potwierdzić, że nie ma tam nikogo żywego.

Jakże technika poszła do przodu przez te piętnaście lat! Jedno pozostawało niezmienne od wieków – psi węch. Żaden geofon, żadna kamera termowizyjna, ani inne nowinki nie były w stanie zastąpić czworonożnego towarzysza, nawet sztuczna inteligencja.

– Tu „Foxtrot 1” widzę pierwsze pojazdy, psy rozpoczęły pracę.

– Tu „Foxtrot 4”, sprawdzenie łączności – usłyszał w radiotelefonie.

– Tu „Hotel”, słyszę cię głośno i wyraźnie.

Mógł się już podnieść i na czworaka przesuwać dalej. Z kieszeni wydobył chemiczne źródła światła. Miał ich mnóstwo, a w plecaku czekały kolejne. Nie zabierały tlenu, a oświetlały teren. Złamał i rzucił cztery z nich. Po przesunięciu się o kilka kolejnych metrów mógł się wyprostować. Silne światło szperacza na hełmie oświetliło tunel.

„Nie jest aż tak źle” – przeszło przez myśl.

Gruzowisko jawiło mu się jako pasmo górek i dolin. Część pojazdów była całkowicie przysypana, inne tylko częściowo.

– Tu „Foxtrot 1”, dawajcie „Tango” – rzucił, dostrzegając w oddali siedzącą postać obok samochodu.

Nic ratownika i psiarczyka tak nie motywowało do działania, jak widok żywej osoby. Skoro ta przeżyła, to z pewnością musiało być owych więcej.

– „Tango 3”, przyjął.

Siedzący poszkodowany, mężczyzna, powstał i na czworakach ruszył w jego kierunku. Oba psy były przy nim. Jakub przywołał Hestię.

– Tu „Hotel”, transporter dotarł – usłyszał.

Pogłaskał psa po pysku. Było chłodno, ale miał na sobie bieliznę termoaktywną i zimowy kombinezon z nomexu. Na razie nie odczuwał dyskomfortu z powodu temperatury.

– „Tango 4” na pozycji w odwodzie.

– „Tango 1” w gotowości do przejęcia poszkodowanego od „Tango 3” – zaskrzeczało w radiu.

Wszyscy wiedzieli co robić. Każda osoba z zespołu była gotowa nieść pomoc, włożyć swoje „pięć groszy”, by uratować jak największą liczbę osób. Jakub mógł być dumny. Pomimo że nie był najstarszy w grupie, niedługo miał przejąć pod swoje skrzydła tak zgrany zespół.

Ola klepnęła go w ramię. Odwrócił się i spojrzał jej w oczy. Miała w sobie coś, co przypominało, jak się czuł, gdy po śmierci ojca, pracując na gruzowisku, wskazał ratownikom swoją pierwszą znalezioną ofiarę.

– Wracaj tam do góry i oświetl im teren, żółte światła chemiczne, niech się nie zgubią. Muszą pogłębić nieckę, bo ewakuacja będzie trwała za długo. Jeden pracuje, drugi ubezpiecza – polecił.

Ich hełmy uderzyły o siebie, dziewczyna musnęła go ustami w policzek.

– Dziękuję – powiedziała i cofnęła się, wykonując polecenie.

Jej pocałunek był niewinny, subtelny, i zrobiła to tak nagle, że nie zdołał zareagować. Nie wiedział, czy powinien ją zganić za ten gest.

Od dawna tylko praca zajmowała serce przewodnika. Nie miał zamiaru wiązać się z kobietą. Nie chciał nikogo narażać na stres przy każdym wyjeździe na akcję. Miał potrzeby, jak każdy facet, i zaspokajał je w dość banalny sposób: salony masażu, seks z prostytutkami, a w ostateczności – masturbacja przy dobrym pornolu.

 Dobrze widział, jak matka przeżyła śmierć ojca. Razem z siostrą sugerowali jej, by znalazła sobie nowego partnera. Jak ich wtedy opierdoliła, pierwszy raz widzieli rodzicielkę w takim stanie, pierwszy raz usłyszeli z jej ust grube przekleństwa.

– Zrobiłam – usłyszał nieregulaminowe stwierdzenie w radiu.

Machnął na to ręką. Kto z nas jest nieomylny? Nieraz słyszał w radiotelefonie, jak w ferworze akcji starsi koledzy nie przestrzegali przepisów korespondencji radiowej.

Wyglądający na czterdzieści parę lat facet dotarł do niego. Jakub rzucił w jego kierunku kilka wyuczonych zapytań po angielsku. Tamten nic nie odpowiedział. Zatrzymał delikwenta, i usadził przy sobie.

– Zabieraj gościa i do szczeliny, niech spróbują poszerzyć nieckę. Jeden robi, drugi ubezpiecza, zrozumiałaś? – nakazał, gdy wróciła.

– Tak jest.

Psy w jakiś dziwny sposób znalazły między sobą porozumienie. Najczęściej, gdy w tak wąskim pasie działały dwa czworonogi, wzajemnie się nie uzupełniały. Każdy z nich chciał operować tam, gdzie zapach człowieka był najsilniejszy. Teraz jednak, Hestia z Hinatą podzieliły sobie sektory. Jedna przeczesywała teren od prawej strony, druga zaś od lewej.

 Jakub ruszył do przodu, gdy gończa słowacka dała głos przy częściowo przysypanym samochodzie. Mógł dostać się do pojazdu z boku. W świetle szperacza dostrzegł trzy osoby uwięzione w aucie.

– Szukaj, szukaj dalej – rzucił komendę.

Suka siedziała jak uparta, za nic na świecie nie chciała ruszyć się dalej.

 „Co u licha?” – przeszło Kubie przez myśl.

Skąd miał wiedzieć, jak wtedy Gaja zachowała się na gruzowisku, w dniu, gdy jego ojciec zginął ratując niemowlę? Nie był wtedy z nimi, nie mógł tego wiedzieć. Pozostawało domniemywać, co też to zwierzę chciało mu przekazać.

Wybił szybę w bocznych drzwiach poczciwego opla. Ściągnął rękawicę i dotknął pasażerkę pojazdu w okolicach tętnicy szyjnej. Czuł puls.

– „Foxtrot 1”, dawajcie „Tango” – zameldował zadowolony.

Ola znalazła się tuż obok niego. Przekazał wytyczne, co ma robić. Nie mieli kołnierzy ortopedycznych. Zabrali ze sobą tylko niezbędne wyposażenie.

– Na moją odpowiedzialność, wyciągamy – zadecydował i razem przez rozbitą tylną szybę wyciągnęli nieprzytomną kobietę.

Ocenił stan poszkodowanej na „żółty”

– Na oddechu, słabym, ale jest – wyszeptała Ola.

Była dobra, nie zjadła jej panika. Widział na szkoleniach i w akcji facetów, którzy w takich sytuacjach pękali. W najlepszym wypadku „zacinali się”, jak to mówiono w slangu, i nie mogli działać dalej.

W radiu usłyszeli, że do ewakuacji wchodzi „Tango 4”. Ratownicy wymieniali się. Najważniejsza rzecz była utrzymana: jak najmniej osób w strefie niebezpiecznej. Na pewno tym cichym bohaterom, jakże niedocenianym, było ciężko. Ileż to razy Jakub wraz z suką słyszał peany na swój temat. On był tylko ogniwem, które znajdowało poszkodowanego. Ciężka, brudna i twarda robota spadała na ratowników. To oni, po znalezieniu poszkodowanego, byli najważniejsi. Określali stopień urazów, decydowali o kolejności ewakuacji, ratowali życie. Kuba, jak każdy strażak, miał przeszkolenie z pierwszej pomocy. Jednak to oni, licencjonowani ratownicy, posiadali wiedzę i doświadczenie. Ileż to razy się mylił, przekazując poszkodowanego. Sugerował „RED”, a było o stopień niżej.

– „Foxtrot 1”, dajcie „Tango”.

– „Tango 2” przyjąłem. Ruszam.

 

Olgierd wymieniał zespoły jak rękawiczki, dbając o to, by każdy poczuł się potrzebny. Podobnie było na Haiti, gdzie doskonale zdawał sobie sprawę, że po pięciu dniach uratowanie kogokolwiek graniczyło z cudem. Pomagali, jak mogli, w szpitalu polowym. Beknął za to brakiem awansu, bo był bezpośredni. Bez ogródek w wywiadzie dla jakiejś telewizji wylał swoje żale i, co najgorsze, wskazał winnych. KG SP może by mu wybaczyła, ale MSWiA niestety nie. Tkwił więc z cennym doświadczeniem na tym samym etacie.

Jego wniosek o odejście na emeryturę przyjęto w KG PSP z radością. Oni tak, zwykli wyrobnicy, nie. Miał swoje lata, był kilka lat starszy od „Szramy”. Pozbywanie się takiego specjalisty było lekkomyślnością. Facet z doświadczeniem, z kursami na zachodzie, z papierami instruktora w przynajmniej trzech specjalnościach. W każdej chwili mógł zastąpić psiarczyka, ratownika i oficera Haz-Mat.

 

Razem z Aleksandrą wstępnie określali stan rannych. W pojeździe pozostała trzecia osoba – kilkuletnie dziecko. Sprawdził stan, oddychało płytko. Nie dostrzegł żadnych obrażeń.

– Dziecko w pierwszej kolejności, zabieraj je najbliżej wyjścia – polecił przewodniczce.

Wykonała polecenie. Było jej ciężko, a  zespół „Tango 2” prawdopodobnie czołgał się, pokonując wąski odcinek drogi. Musiała uzbroić się w cierpliwość.

Obie suki ruszyły na dalsze poszukiwania. Jakub rozglądał się i zbliżył do znajdującego się w pojeździe obok ciała. Mężczyzna nie żył. Nienaturalnie wygięte ciało wskazywało na skręcenie karku.

Posuwał się za psami, pozostawiając przewodniczkę z tyłu. W radiotelefonie usłyszał, że przekazała dziecko i wezwała kolejny zespół do rannej kobiety.

Psy dotarły do kolejnego zwału gruzu, który sięgał wysoko, prawie pod strop. Wspinał się powoli za czworonogami. Obie suki pokonały wzniesienie i były po drugiej stronie.

Dało się słyszeć szczekanie. Odwrócił się i w marnym świetle dostrzegł że  dziewczyna tkwiła przy poszkodowanej. Mieli kolejnego rannego, a poprzedni nie został jeszcze ewakuowany.

„Cholera, szybciej, chłopaki, szybciej” – w myślach poganiał ratowników.

Nie chciał i nie mógł zostawić jej samej. Nie można było wykluczyć, że stan uratowanej osoby może się pogorszyć. Wyciągnął kolejne chemiczne źródła światła i znaczył nimi drogę, jaką się poruszał. W ciemnościach były drogowskazem dla nich i ratowników. Czas płynął nieubłaganie. W końcu pojawił się zespół. Ola przekazała ranną i ruszyła ku niemu. Psy szczekały po drugiej stronie osuwiska.

Znów czołgali się, szorując plecami o strop tunelu. Zamontowana na hełmie latarka rozświetlała wąski przesmyk.

Po kilku minutach dotarli do miejsca, gdzie rumowisko opadało. Usłyszał piszczenie detektora tlenu, ostrzegające, że jego poziom w powietrzu spadł do dolnej dopuszczalnej granicy.

– Cofnij się, nawiąż łączność z bazą i poproś o dwa tlenowe aparaty ucieczkowe, nie możemy ryzykować – polecił dziewczynie, a ta skinąwszy głową, przystąpiła do odwrotu rakiem.

Jakub obawiał się, że może mieć problem z nawiązaniem łączności. Pokonali wszak kolejną zaporę tłumiącą propagację fal radiowych.

Ruszył dalej, a w radiu usłyszał niewyraźnie, że nawiązała łączność z bazą. Schodząc z gruzowiska, cały czas kontrolował poziom tlenu na detektorze, a ów po chwili przestał pikać. Spojrzał na wskaźnik, poziom był niewiele powyżej dopuszczalnego minimum. Omiótł teren ręczną latarką. Było tu osiem, może dziewięć pojazdów. W tym miejscu szkody poczynione przez zwały skał i ziemi były mniejsze. Dojrzał psy. Podobnie jak wcześniej, podzieliły sobie teren. Zarówno Hinata, jak i Hestia dawały szczekaniem znaki, że znalazły żywe osoby.

„ Zuchy psy” – pochwalił je.

Powolnym i ostrożnym krokiem doszedł do gończego słowackiego. W leciwym mercedesie za kierownicą dostrzegł mężczyznę w swoim wieku. Facet był przytomny i wydawało się, że nie poniósł większych obrażeń. Zagadał do niego po angielsku i, o dziwo, mężczyzna go zrozumiał. Zadał mu standardowe pytania dotyczące stanu zdrowia i usłyszawszy odpowiedzi zakwalifikował go na „GREEN”. Oprócz otarć, drobnych skaleczeń i potłuczeń nic mu nie było. Poinformował, że za chwilę do niego wróci, i udał się do swojego labradora.

Hestia znalazła dwie osoby uwięzione w samochodzie. Tył pojazdu był praktycznie zniszczony, lecz para szczęśliwie siedziała z przodu. Obie osoby były nieprzytomne.

– Tu Foxtrot 1, dawajcie „Tango” – krzyknął w radiotelefon.

– T… Tan… Fox… – usłyszał strzępki odpowiedzi.

Postanowił wywołać Aleksandrę. Była bliżej i mogła służyć mu jako stacja przekaźnikowa.

– Tu „Foxtrot 1”, „Foxtrot 4”, zgłoś się.

– Tu „Foxtrot 4”, słucham.

– Niech ratownicy zabiorą wzmacniacz sygnałowy i umieszczą go w tamtej części, tu nie mam z nimi łączności. Przekaż, że mam trójkę poszkodowanych: DWA – RED, JEDEN – GREEN, jak mnie zrozumiałaś. ROGER – przekazał.

– Tu „Foxtrot 4”, wzmacniacz sygnałowy umieścić w pierwszym osuwisku, poszkodowani: DWA – RED, JEDEN – GREEN, ROGER – pokwitowała.

Zabrał się za ewakuowanie z pojazdu poszkodowanych. Najpierw przez rozbitą boczną szybę wyciągnął kobietę w wieku około trzydziestu lat, potem zabrał się za dość tęgawego starszego jegomościa. Spasował, facet był za ciężki i za gruby.

Zaczął niszczyć przednią szybę stareńkiego opla. Cholernie brakowało mu pomocy i pomimo panującego zimna czuł, że się poci. Polecił psom, by kontynuowały poszukiwania, lecz Hinata tkwiła przy tym lekko poszkodowanym mężczyźnie. Usłyszał z tyłu odgłosy osuwających się skał. Odwrócił się i dojrzał zbliżającą się parę ratowników oraz Olę. Poruszając się, rozrzucali „glow sticki”.

– Tutaj, dwoje, jedną wyciągnąłem, z drugim musicie mi pomóc – oznajmił.

– Jakub, masz tutaj kołnierze ortopedyczne, bo okaże się, że poszkodowany ma coś z kręgami lub kręgosłupem i pójdziesz siedzieć – zwrócił mu uwagę Piotrek, najbardziej doświadczony ratownik i położył obok niego kilka kołnierzy ortopedycznych.

Miał rację. Wyciąganie bez tego rodzaju zabezpieczenia mogło się skończyć tragicznie. Ranny mógł zejść z tego świata, a Jakub odpowiadać karnie.

– Mam – zameldowała Ola, dzierżąc w dłoniach dwa aparaty ucieczkowe.

– Super, jeden zostaw mi, a drugi noś przy sobie. Jak zapiszczy to urządzenie, to trzeba będzie ich użyć – wyjaśnił jej pokrótce.

– Jak wzmacniacz? – zapytał chłopaków.

– Dwóch z „Geo” go montuje, Olgierd nakazał im wykonać „VICTOR”, miny mieli nietęgie – odparł szybko Piotr.

Mordowali się z tym grubasem. Jakub wziął z kupki dwa kołnierze i ruszył za Hestią.

– Co mam robić? – zapytała Aleksandra.

– Odwołaj psa, tamten facet jest do ewakuacji na końcu, nic mu nie jest, mówi po angielsku, uspokój go i szukamy dalej – przedstawił dalszy plan działania.

Kobieta ruszyła we wskazanym kierunku. Jakub zostawił ratowników i ruszył za psem. Dało się słyszeć szczekanie.

„A, do dupy z taką robotą” – zaklął w duchu, widząc tak małą liczbę ratowników.

Nie był chyba gotowy, by dowodzić taką akcją. Dających oznaki życia było tutaj jak grzybów po deszczu. To cieszyło, bo nic tak nie podnosi na duchu, jak znaleziony żywy człowiek.

Ola puściła Hinatę. Kilka minut i psiak sygnalizował kolejnego żywego.

– Tu „Tango 1”, odchodzimy z poszkodowanym, prosimy „Foxtrot 1” o pozostanie przy drugim poszkodowanym – nadali.

– Tu „Foxtrot 1”. Wykonuję – odparł z ukrywaną wściekłością, gdyż zamiast udać się do kolejnego poszkodowanego, musiał zająć się wcześniej wydobytą kobietą. – „Foxtrot 1” do „Foxtrot 4”, kontynuuj poszukiwania, zwalniam ci również swój rejon – rzucił w eter.

– Przyjęłam, „Foxtrot 4”.

Coraz bardziej fascynowała go ta strażaczka. Wielkie serce w małym ciele. Mógł zwalić to niewdzięczne zadanie na nią, ale doszedł do wniosku, że zachowałby się nie fair.

Pomiędzy psiarczykami nie było wyścigu szczurów – kto więcej znalazł. Mogło się trafić na sektor, który z założenia nie rokował szans na znalezienie nikogo żywego. Nikt się nie dąsał, nie miał pretensji, a w dodatku, gdy w takim rejonie znalazł żywą osobę, był to powód do dumy. Najpierw z psa, a potem z siebie.

– Tu „Foxtrot 4” wzywam „Tango”.

– „Tango 3” w drodze – usłyszeli oboje i stało się jasne, że wzmacniacz sygnału działa.

Wąskim gardłem ewakuacji były dwie szczeliny. Dało się słyszeć, że pierwszy zespół „Tango” z grubasem chwilowo utknął w jednej z nich. To kuriozum – duża liczba żywych do ewakuacji, ograniczenia wynikające z ryzyka i wąskie gardła.

Błogosławił fakt, że nie dowodził akcją. Ruszyłby na żywioł. Przy tak wysokim ryzyku mógłby zbierać słowa uznania lub uczestniczyć w pochówku swoich towarzyszy. Jako przewodnik psa, czuł się jak ryba w wodzie.

Spojrzał na kobietę, pochylił się nad nią. Nie wyczuł oddechu. Bez chwili zwłoki przystąpił do RKO, wcześniej zdejmując hełm i sprawdzając drożność dróg oddechowych.

– „Foxtrot 1” „PAPA” – „EMERGENCY” – rzucił w eter, dając znać, że reanimuje poszkodowanego.

Nie słuchał, co mówili w radiu. Skupił się na czynnościach ratowniczych, uciskając klatkę piersiową. Kątem oka dostrzegł zbliżającą się Olę.

– Kurwa, zostawiłaś swojego poszkodowanego, wypierdalaj! – zbeształ kobietę, nie przebierając w słowach.

Zawróciła natychmiast razem z psem. W tej robocie nie było miejsca na gładkie słówka. Czasami język kawaleryjskiej stajni działał skuteczniej niż wyszukane frazy. Kontynuował RKO do czasu przybycia sekcji ratowników, którzy przejęli reanimację.

Ruszył za Hestią, która tkwiła przy kolejnym pojeździe i po raz pierwszy pomyślał, że się pomyliła.

Zmasakrowany przód samochodu był grobowcem dla młodego małżeństwa. Każdy z zespołu przywykł już do takich widoków: odcięte kończyny, zmiażdżone ciała. Na tylnym siedzeniu dostrzegł dziecięcy fotelik.

Labradorka nie myliła się, nie mogła. Było tam żywe niemowlę.

– Kochany psiak, kochany, brawo – pochwalił, całując sukę w pysk, i wydał komendę „Szukaj”.

Wybijał tylną szybę Fiata. Ta część samochodu nie była zanadto uszkodzona. Nożem, jakim posługują się skoczkowie spadochronowi, uciął trzymające fotelik pasy bezpieczeństwa.

Wyciągnął niemowlę z pojazdu i dotykając twarzyczki zdał sobie sprawę, że jest wychłodzone. Ściągnął z siebie nomexową kurtkę i opatulił dziecko. Wyczuł puls i płytki oddech, a przed oczami stanął mu obraz ojca, który zginął, ratując niewiele starszego oseska.

– Tu „Foxtrot 1” PRIORYTET, dawajcie „Tango”.

– Tu „Foxtrot 4” kod „RED”. Kobieta w ciąży. Dawajcie „Tango” – usłyszał.

Imponowała mu, kobieta z jajem – tak ja określił. Znalazła kolejną ofiarę. Poprzednią, za którą ją zbeształ, zabrali ratownicy.

– Tu „Hotel” „EMERGENCY”, wysyłam dwa zespoły „Tango”, zezwalam na „VICTOR”, powtarzam, zezwalam na „VICTOR” – usłyszał głos dowódcy operacyjnego.

Olgierd brał na siebie złamanie wcześniej ustalonych zasad, ten facet zawsze miał nerwy ze stali. Dwa zespoły wracały, dwa kolejne ruszały. Ruch w tym zawalonym tunelu przypominał teraz Marszałkowską w Warszawie w godzinach szczytu. Dziesięcioro osób było realnie zagrożonych. Na odprawie mówiono maksymalnie o czterech. Stan wyższej konieczności.

Hestia wróciła do Jakuba, Hinata do Oli. Więcej żywych już tu raczej nie było.

Tulił dziecko w ramionach. Przykładał co chwila dłoń do zimnego noska i ust. Oddychało. Po chwili obudziło się i zaczęło płakać.

– Płacz, płacz, najważniejsze, że nic ci nie jest – powiedział, ciesząc się w duszy

Dwa zespoły ratowników dotarły na miejsce. Przekazał im opatulone dziecko. Oddali mu kurtkę, owijając niemowlę folią NRC.

– Kurwa, Jakub, nie nadążamy taczek rozładować – stwierdził najmłodszy z ratowników.

Sygnalizator poziomu tlenu dał sygnał ostrzegawczy. Spojrzał na niego i na smartwatcha kontrolującego ciśnienie krwi, natlenienie, temperaturę i puls. Parametry były w porządku. Może wskazania pulsoksymetru były poniżej normy, ale reszta była OK. O dupę obijał mu się cały czas aparat ucieczkowy przyniesiony przez Olkę.

– Dobra, to zostanie tylko ten koleś z „GREEN” znaleziony na początku – rzucił do ratowników, gdy zabierali niemowlę.

– Wrócimy – usłyszał zapewnienie.

Aleksandra przekazała kobietę w zaawansowanej ciąży i zbliżała się do Jakuba. Patrzyła na niego wzrokiem pełnym podziwu. Traktował ją jak partnerkę. Nie spodziewała się tego. Zapamiętała, jak otulił kurtką niemowlę. To było dla niej coś tak pięknego, że przystanęła, patrząc, co dalej zrobi. Delikatnie dotykał dziecka, sprawdzając, czy żyje, a moment, gdy maluch zapłakał… jego radość, wyraz twarzy…

 „Boże, jego przyszła żona to będzie szczęściara, gdzie takich jeszcze produkują? – przeszło przez myśl, bo nie dostrzegła obrączki na palcu Jakuba.

Nie miała żalu, że ją opierdolił. Miał rację. Opuściła poszkodowanego, co prawda w kodzie „YELLOW”, ale jednak zostawiła. Zobaczyła jednak, jak do końca walczył o życie tej kobiety. Zaimponował jej.

– Kończymy? – zapytała.

Omiótł ją wzrokiem, takim dziwnym, męskim, ale ciepłym.

– Tak – odparł krótko.

Jakub wydobył ostatniego gościa, tego, którego wcześniej pozostawił w samochodzie. Powiedział mu, że za chwilę będzie ewakuowany i podziękował za wyrozumiałość.

Pozostała jeszcze jedna procedura. Puszczenie psów na ostatnie przeszukanie. Obydwoje dali komendy czworonogom, by ponownie sprawdziły teren. Facet zagadał do Jakuba. Zrozumiała, że musi z samochodu wyciągnąć ważne dokumenty, a Kuba zezwolił mu. Na dobrą sprawę, po sprawdzeniu terenu, poszkodowany mógł się wycofać razem z nimi. Jednak procedury mówiły inaczej.

W tej części czuć było zapach benzyny, ropy i LPG, nie mocny, ale… Nie było to dziwne, wszak pojazdy były rozbite, a wszelakie płyny eksploatacyjne wyciekały z podziurawionych zbiorników aut. Psy ruszyły, by po raz ostatni sprawdzić teren. Facet zagłębił się we wraku pojazdu, którym podróżował. Widać było przez chwilę tylko jego nogi.

Czworonogi nie wąchały terenu, psy gruzowiskowe zawsze brały niuch z góry, i dopiero później, gdy wstępnie wyczuły, to jak typowe psy tropiące chwytały w receptory węchu zapach człowieka, pracując przy ziemi. Obleciały szybko rejon i wracały do przewodników, dając jasny sygnał, że nie ma już tutaj żywej istoty. Zgodnie z procedurami potwierdziły to dwa psie nosy.

– Wracamy, fajnie było z tobą współpracować – rzucił do dziewczyny, patrząc na nią ciepłym wzrokiem.

– Cała przyjemność po mojej stronie, panie aspirancie – odparła.

– Jakub – usłyszała, widząc wyciągniętą dłoń.

– Ola – odparła, chwytając prawicę mężczyzny.

Hinata dobiegała do nich. Hestia, mająca większe doświadczenie, zauważyła we wraku samochodu tego faceta. Zadziałała tak, jak ją uczono. Ruszyła w jego kierunku, myśląc, że nadal jest uwięziony. Mężczyzna wygramolił się z auta i do ust wsadził sobie papierosa.

– No, nieeeee!!!! – wydarł się przewodnik, widząc, jak przykłada do papierosa zapalniczkę.

„Hestia” dobiegała do niego. Jakub zapamiętał, jak gość odpalił zapalniczkę. Huknęło. Dociągnął do siebie Olę i, nakrywając ją własnym ciałem, został podmuchem eksplozji ciśnięty na gruzowisko. Cały tunel zadrżał. Naruszona wcześniej konstrukcja otrzymała kolejny wstrząs.

W miejscu, gdzie przebywali, zaczęły lecieć kolejne elementy tunelu. Jakub poczuł, jak na plecy i hełm spadają odłamki skalne, a jakaś metalowa część utkwiła w pośladku. Stracił przytomność.

 

HQ Polish MUSAR Albania, Góry Północnoalbańskie, moment wybuchu.

 

Pierdolnęło tak, że było słychać w „Turze”. Olgierd chwycił słuchawkę radiotelefonu.

– „Hotel” do wszystkich, REPORTING! – rzucił w eter.

– Tu „Tango 1” – usłyszał.

Tango 2 i 4 potwierdziły, że nic im nie grozi. Z „Tango 3” , „Foxtrot 1 i 4” nie było łączności. Wpadł dowodzący całością Norbert.

– Co się dzieje? – zapytał.

– Norbi, kurwa, sam chciałbym wiedzieć, coś jebnęło – odparł.

Mieli nowoczesny wóz dowodzenia, komputery wskazujące pozycje ratowników, przewodników i psów. Najechanie kursorem myszki na punkt wskazywało parametry życiowe każdego z nich, przy czym w przypadku czworonogów, sensor przekazywał tylko i wyłącznie tempo pracy serca zwierzęcia. Teraz na monitorze komputera zniknęły znaczniki „Foxtrota 1 i 4”.

– „Foxtrot 1” REPORTING! – ponowił wywołanie.

Cisza. W głowie Olgierda przelatywało tysiące myśli. Odganiał je, w szczególności te najgorsze. Wywołał zespół „Tango 3”, odpowiedzieli, choć słyszał ich cholernie słabo.

– Jesteśmy odcięci w pierwszym załomie, była eksplozja w drugim, gdzie byli przewodnicy i jeden poszkodowany, do nich nie mamy dostępu, zasypało tę szczelinę przy stropie na amen. Zniszczony wzmacniacz radiowy – usłyszał od nich.

Miał odciętych w tunelu dwóch przewodników z psami i dwóch ratowników z rannym dzieckiem. Przy przewodnikach była dodatkowo jeszcze jedna poszkodowana osoba. Jak długo dowodził, jeszcze nie doświadczył tak krytycznej sytuacji. Puknął palcem w ekran monitora. Nic to nie dało. Zaklął w duchu.

– Tłumacz do mnie, idziemy do Albańczyków, ściągamy wszystkie siły, trzeba odgruzować ludzi – rzucił dowodzący i wyszedł z „Tura”.

Olgierd przywołał jednego chłopaka od geofonów.

– Siadaj tutaj i monitoruj systemy, jak coś dojrzysz, melduj, idę zapalić – polecił.

Musiał zapalić. Wyszedł z wozu, poczuł zimno i silne podmuchy wiatru. Padał śnieg. Dopadli go dwaj przewodnicy psów.

– Co z nimi? – zapytał Sebastian.

Zrelacjonował im sytuację pokrótce.

– Bierzemy jednego z Geo i idziemy odgruzowywać – usłyszał od nich.

Nie mógł zabronić. Nerwowo zaciągał się papierosem. W głowie przelatywało tysiące myśli.

– Kapitanie, jest sygnał – usłyszał z wnętrza wozu.

Cisnął na ziemię papierosa i wpadł do wozu. Spojrzał na monitor. Ikonka „Foxtrota 4” migotała. Wzywał pomocy. Kobieta musiała nacisnąć sygnalizator alarmu. Jej status wyświetlił się jako „W niebezpieczeństwie”. Wpadł oficer Haz-Mat.

– Olgierd, zabieram wszystkich wolnych, spróbujemy odgruzować dostęp do naszych. Jakub i ta dziewczyna mają aparaty ucieczkowe, jak tam ich zaklinowało w tej niecce, to powietrza im będzie ubywać. Masz z nimi łączność?

– Nie mam, zniszczyło wzmacniacz, mam tylko sygnał od niej z sygnalizatora alarmowego. Zostaw mi jedną osobę, bierz pozostałych, dowodzisz tam akcją – odparł mu szybko.

– Mamy zapasowy wzmacniacz, nieco słabszy, ale jest, niech dwójka z Geo bierze go i liny. Muszą wspiąć się na szczyt góry, tam, gdzie jest ta dziura i niech spróbują wsunąć go w szczelinę, może zadziała – podpowiedział Paweł.

Miał rację, brak łączności z przewodnikami był prawdopodobnie spowodowany zniszczeniem wzmacniacza. Ryzyko wspinania się na tę górę było spore. Musiał podjąć decyzję.

– Słyszałeś, zabieraj kolegę, wzmacniacz i liny. Do roboty – rzucił do geofoniarza.

– Tak jest.

– Norbi ściąga Albańczyków, obejmij nad nimi dowództwo i patrz, by czegoś nie spierdolili, pełna pizda, liczy się każda sekunda – polecił Pawłowi.

Rozpoczynał się wyścig z czasem. Fakt, że tamtych dwoje miało aparaty ucieczkowe, trochę uspokoi Olgierda. Gdyby zabrakło tlenu zyskiwali dodatkowe trzydzieści minut,. Nie wiedział jednak, w jakim byli stanie i czy jeszcze żyją. W jednej chwili, czworo bohaterskich ratowników przemieniło się w ofiary. Olgierd poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko, by ich uratować. Ich i zwierzęta, które z nimi były.

Chwilowy chaos został opanowany. Ruszyła ratownicza maszyna. Wypracowywane latami procedury i taktyka działania musiały dać pozytywny efekt.

 „Szrama”, pomóż im – szepnął.

 

+++++

 

Aleksandra ocknęła się pierwsza. W uszach dzwoniło, kręciło się w głowie. Nie widziała zbyt wiele. Eksplozja uniosła w powietrze ziemię i drobne kawałki skał. To wszystko, wraz z podniesionym pyłem krążyło w powietrzu, ograniczając widoczność i osiadało na nich, bo na sobie dostrzegła Jakuba. W chwili wybuchu zasłonił ją własnym ciałem. Był nieprzytomny.

W ustach, na twarzy i karku czuła opadający pył. Snop światła ze szperacza na hełmie ledwo przebijał się przez tę mgłę.

 „Co się do cholery stało?” – zapytała się w myślach.

Powoli zaczęła wysuwać się spod ciała mężczyzny. Udało jej się to po chwili. Szum w uszach cichł. Zobaczyła wystraszoną Hinatę. Psisko tkwiło przy nich.

– Nie bój się, chodź.

Pies zbliżył się, cały drżąc ze strachu. Usłyszała sygnał alarmowy sygnalizujący zaniżony poziom tlenu. Nie zdziwiło jej to. Wybuch pozbawił to miejsce sporej ilości powietrza. Rozglądała się za swoim aparatem ewakuacyjnym, ale nigdzie go nie dojrzała. Po sekundzie, może dwóch, zdała sobie sprawę, że zostawiła go przy ostatnim poszkodowanym.

Była cała, nie ucierpiała. Miała jakieś lekkie potłuczenia. Ściągała z pleców Jakuba gruz skalny i ziemię, zdając sobie sprawę, że on przyjął na siebie podmuch eksplozji i lecące w ich kierunku odłamki. Gdy zrzuciła je, dojrzała kawałek blachy wbity w pośladek przewodnika, najprawdopodobniej fragment karoserii samochodu. Podniosła męską dłoń i spojrzała na smartwatcha, który wskazywał podstawowe parametry życiowe. Żył. Serce biło, puls trochę za niski, podobnie jak saturacja.

– Tu „Foxtrot 4” – „MAY DAY” „MAY DAY” „MAY DAY” – nadała w eter.

Nikt nie odpowiedział. Nacisnęła przycisk cichego powiadomienia na sygnalizatorze alarmu. Nie chciała, by przeraźliwy buczek wył koło ucha. Zdjęła rękawice i zerwała mocowaną na panelu velpro apteczkę IFAK. Musiała opatrzyć rannego towarzysza. Chwilę zajęło jej rozpięcie jego nomexowej kurtki. Nie była w stanie przewrócić Jakuba na plecy.

– Na szczęście tylko dupa, tam same mięśnie – oceniła, mówiąc do siebie.

Zaczęła majstrować przy męskich spodniach. Trwało to dłuższą chwilę, ale w końcu się udało. Szybkim ruchem wyciągnęła kawał blachy z pośladka, a Kuba jęknął z bólu.

– Co robisz? – zapytał, odzyskując świadomość.

– Leż, nie ruszaj się, masz ranę na tyłku – odparła, zakładając na dłonie nitrylowe rękawiczki. Chwyciła poły spodni zsuwając je.

Leżał spokojnie, dochodząc do siebie po wybuchu. Nie zaoponował, gdy zsunęła mu spodnie poniżej pośladków.

Rana krwawiła. Dojrzała krew na bieliźnie termoaktywnej.

– Przestań, nic mi nie jest – zaprotestował, czując, jak ściąga mu legginsy wraz z bokserkami.

– Leżcie aspirancie, dajcie mi działać – fuknęła.

Odpięła przytroczony do jego pasa aparat ucieczkowy. Przemyła ranę środkiem dezynfekującym, na szczęście nie była duża, pięć, może sześć centymetrów długości,  i niezbyt głęboka.. Zasyczał. Nałożyła opatrunek.

Jakub doszedł do siebie. Podniósł się i naciągnął dolną część ubrania.

– Co się stało? – zapytała.

– Ten debil zapalił papierosa, tam musiał ulatniać się gaz LPG i pierdolnęło.

Wstali i rozejrzeli się wokół. Gruzowisko powiększyło się, i co najgorsze, zostali odcięci od wyjścia. Wąski przesmyk przy stropie był całkowicie zawalony świeżymi skałami i ziemią.

– Gdzie Hestia? Hestia, piesku, chodź – rzucił Kuba, i ruszył szukać suki.

Potykał się o elementy rumowiska. Nerwowo oświetlał szperaczem wszystkie zakamarki. Rozrzucał chemiczne źródła światła.

– Hestia, Hestia! – krzyczał coraz głośniej.

Powłócząc nogami, pokonywał kolejne metry. Dojrzał w końcu przy ścianie tunelu czekoladowe futro swojej towarzyszki. Zbliżył się do niej.

– Nieeeeeee!!! – zawył nieludzkim głosem.

Ola ruszyła w jego kierunku. Gdy dotarła, Jakub klęczał przy suce, a z oczu płynęły mu  łzy.

– Wyjdziesz z tego kochana, wyjdziesz – szeptał do psa.

Inteligentne brązowe ślepia patrzyły na niego. Głaskał ją po pysku, z którego płynęła cienka strużka krwi.

Ola stanęła za jego plecami. Nienaturalnie poskręcane ciało Hestii wskazywało na liczne urazy, w tym wewnętrzne. Na pierwszy rzut oka, kobieta określiła, że czworonóg ma złamany kręgosłup. Suczka cichutko popiskiwała, nie wykonując żadnych ruchów. Patrzyła na niego mądrym psim wzrokiem.

– Jakub, to agonia – szepnęła.

Odwrócił się do niej. Miał wściekłość w oczach.

– Nie, nie mów tak, uratuję ją i nas – syknął przez zęby.

Uklękła obok niego i dotknęła męskiego ramienia.

– Jakub, ona cierpi, nic nie zrobisz – powiedziała spokojnym głosem.

Nie przyjmował tego do wiadomości.

– Wezmę ją tam, bliżej miejsca, gdzie przeszliśmy, odgruzujemy wyjście i ją uratują – z uporem wyrzucił z siebie.

– Nawet o tym nie myśl, ma złamany kręgosłup, wścieknie się z bólu, jak ją tylko ruszysz! – krzyknęła.

Jakub patrzył na dziewczynę, płacząc. Miał zaciśnięte usta widać było, że cholernie cierpi. Odwiodła go od pomysłu, by przenieść konającego psa. Patrzył bezradny.

Wyciągnęła zestaw IZAS-05. Otworzyła i wydobyła jedną z czterech autostrzykawek, tą oznaczoną kolorem szarym.

– Co chcesz zrobić? – zapytał płaczliwym głosem.

– Ona cierpi, chcę ukrócić jej męki – odparła, unosząc w dłoni strzykawkę z diazepamem.

– Zabraniam ci, to rozkaz – zaprotestował.

Dotknęła dłonią jego twarzy i pogłaskała po policzku, ocierając łzy.

– Chcesz, by konała w męczarniach? Chcesz tego? – zapytała, a on potrząsnął głową.

Zbliżyła się do psa. Drgawki stawały się coraz mocniejsze. Wbiła autostrzykawkę w okolice psiego uda. Zawartość po dziesięciu sekundach znajdowała się w ciele czworonoga.

– Za chwilę ustaną drgawki, rozluźnią się jej mięśnie i się uspokoi – opisywała mu, co nadejdzie.

Nic nie mówił. Ściągnął rękawice i położył pysk psa na swojej dłoni. Drugą ręką czule głaskał Hestię po karku.

Odrzuciła pustą strzykawkę. Należało odczekać, kilka minut, a potem podać śmiertelną dawkę morfiny z drugiej oznaczonej na czerwono autostrzykawki. Oczy suki stały się szkliste. Podany lek zaczął działać. Drgawki ustąpiły po dwóch minutach, przestała piszczeć.

– To już? – zapytał.

Pokręciła głową, przygotowując strzykawkę z morfiną. Hinata lizała swoją koleżankę po pysku, zlizywała stróżki krwi.

– Chcesz ty? – zapytała, podając mu strzykawkę.

– Nie, nie dam rady – wydukał przez łzy.

Dawka silnego narkotyku była wystarczająca, by ukrócić cierpienia czworonoga. Odejdzie na łączkę, za tęczowy mostek bez bólu i cierpienia. To był najlepszy wybór. Nie było żadnych szans na ratunek.

Pochyliła się nad czekoladową ślicznotką, a Kuba objął sukę dłońmi i wtulił się w nią. Płakał jak bóbr.

– Przepraszam cię, przepraszam – powtarzał raz po raz.

Zaaplikowała morfinę. Teraz już nie było odwrotu. Objęła ramionami skulonego mężczyznę i mocno przylgnęła do niego ciałem.

Wzrok Hestii stał się mętny, pies odpływał. Potężna dawka narkotyku powoli odbierała jej życie. Z pewnością nie czuła już bólu, tak jak wcześniej.

Jakub poczuł ostatnie tchnienie, ostatni silny skurcz psiego ciała. Rycząc jak baba zamknął dłonią jej ślepia.

– Już po wszystkim, już dobrze, już jest po drugiej stronie –szepnęła mu do ucha.

Jeszcze chwilę trzymał suczkę w mocnym uścisku. Po chwili delikatnie ułożył zwłoki i wciąż klęczał przed nimi. Właśnie stracił partnerkę, zawiódł ją, nie przewidział tego, co się wydarzyło. Miał ogromne wyrzuty sumienia. Był otępiały, nic do niego nie docierało.

Olka klęczała tuż obok niego. Delikatnie dotknęła jego twarzy, zdjęła mu hełm, a po chwili swój. Przeżywali to razem, wszak wykonała śmiertelną iniekcję. Zbliżyła usta do jego twarzy i zaczęła go całować. Był bierny, obcy, nieswój.

– Musimy stąd uciekać – szepnęła w końcu.

Nic do niego nie docierało. Klęczał, wpatrując się w kobietę, nie podejmując żadnych działań. Aleksandra pogłaskała go po policzku i znów zaczęła składać pocałunki.

– Kocham cię, Kuba. Chodźmy stąd – wyznała.

Nic nie robił, jakby się zaciął. Gdy go całowała, był niczym posąg. Patrzył na nią, ale wzrok miał dziwny, nieobecny. Ciągle piszczał sygnalizator niskiego poziomu tlenu.

Przestała składać pocałunki i potrząsnęła nim.

– Musimy uciekać – powtórzyła.

Oderwał od niej wzrok i spojrzał na zwłoki psa.

– Gdzie masz aparat ucieczkowy? – zapytał.

– Przywaliło go gdzieś przy tamtych samochodach – odpowiedziała, wskazując na sporą pryzmę skał.

Wręczył dziewczynie swój aparat, ale odsunęła jego rękę. Zgubiła własny, nie mogła przyjąć cudzego.

– Jeżeli mnie naprawdę kochasz, to weź go – wreszcie zaczął mówić z sensem.

– Nie mogę, to twój – zaoponowała.

Przyciągnął ją do siebie i mocno objął. Wreszcie się odblokował, a ich usta spotkały się w namiętnym pocałunku. Wpychał język, a dziewczyna nie oponowała, całując go z równą ochotą. Coś w niego wstąpiło, coś wyrwało ze stagnacji, w jakiej tkwił wcześniej.

Rozpięła swoją nomexową bluzę i ujęła jego dłonie w swoje. Nakierowała je na niewielkie, ale spragnione pieszczot piersi. Kontynuowała to, co on zaczął, drobnymi palcami rozpinając spodnie mężczyzny. Pragnęła dobrać się do jego męskości.

Zsunęła je razem z leginsami i bokserkami. Było cholernie zimno, nie miała zamiaru rozbierać go do naga. Poczuła że wsunął zimne dłonie pod jej koszulkę, a potem pod biustonosz. Łapczywie obejmował obie piersi, uciskając, a palce szukały sutków. Uchwyciła sterczącego penisa. Poczuła, że jest wilgotny i bez chwili zwłoki zaczęła go masturbować.

Pieścił jej piersi, twarz opierając o bark dziewczyny. Każdy dostępny kawałek ciała w tym miejscu został przez niego obcałowany. Aleksandra czuła narastające podniecenie. Pragnęła pełnego stosunku, lecz w tej sytuacji nie było to możliwe. Było za zimno, i musieli się stąd czym prędzej ewakuować.

Rozpięła własne spodnie, wzięła jedną z męskich dłoni i skierowała na łono. Zimna dłoń zagościła w wilgotnym z podniecenia gniazdku. Palcami delikatnie dotykał warg sromowych, a potem wsunął palec we wnętrze. Jęknęła cichutko, pozwalając mu na więcej, a on jakby czytając w jej myślach zrobił to, wsuwając kolejny w spragnioną pieszczot cipkę. Poruszał nimi ostrożnie, badając jej ciało, a kiedy dotarł do łechtaczki, jął stymulować ją z niezwykłą delikatnością.

Klęczeli przed sobą, nawzajem się masturbując. Jakby całkiem postradali rozum, nie zwracając uwagi na upływający czas, ani na ostrzeżenia z czujników poziomu tlenu. Przypominało to wzajemne poznawanie swoich ciał przez parę nastolatków, dla których nie istniało nic poza kochankiem.

Jakub sapał, miarowo poruszając biodrami, oddech Oli stał się szybszy i płytszy, a na twarzach zagościła rozkosz. Wytrysnął, miała na dłoniach pierwszą porcję jego nasienia.

– O, tak, ooooo – wyrwało się jej w momencie, gdy ciało przeszył dreszcz orgazmu. Czuła wzbierającą falę przyjemności.

– Kocham cię – szepnęła i zdała sobie sprawę, że ten facet to ten jedyny.

– Dość! – usłyszała i natychmiast wstrzymała ruchy dłonią.

Oboje spełnieni, klęcząc naprzeciw siebie, spoglądali sobie prosto w oczy.

– Kocham cię – powtórzyła, ale Jakub jeszcze dochodził do siebie.

– Idź do góry, ja sprawdzę tu na dole – polecił jej po chwili, będąc już w pełni świadomym.

Był tym samym Jakubem co przed wypadkiem. Ruszył w kierunku, gdzie był ten nieszczęsny mężczyzna. Ona udała w miejsce, gdzie wcześniej znajdowała się szczelina, przez którą się dostali. Nałożyła rękawice i zaczęła odgruzowywać szczelinę.

Spojrzała na czujnik tlenu. Wskazywał poziom poniżej minimum. Rozpoczynała się walka o przeżycie. Gdy zbliżył się do niej, nacisnęła jego sygnalizator alarmowy w opcji cichej.

 

HQ Polish MUSAR Albania, Góry Północnoalbańskie.

 

Olgierd robił wszystko, co mógł. Wysłał wszystkich Polaków i Albańczyków do odgruzowywania terenu. Po raz pierwszy widział, jak Paweł, oficer Haz-Mat, opierdala gospodarzy za zbyt wolne działania. W drodze była ekipa poszukiwawcza z Czarnogóry.

– Tu „Golf 1”, jesteśmy na szczycie, spuszczamy wzmacniacz – usłyszał.

Dotarli, zuchy z chłopaków, to co nie udało się Albańczykom, oni zrobili – cieszył się.

– Tu „Hotel”, przyjąłem – rzucił w eter.

Jego przełożony dwoił się i troił, by zapewnić pełne wsparcie. Oba transportery czekały, by odebrać rannych i poszkodowanych.

– Tu „Tango 1”, jest szczelina, wchodzimy, proszę o zgodę na „VICTOR” – usłyszał.

– Tu „Hotel”, masz zgodę na „VICTOR” – podejmował ryzykowną decyzję.

Żonglował życiem swoich ludzi, ale miał czworo w krytycznej sytuacji. Lata praktyki podpowiadały mu jedno: jest ryzyko, to do cholery podejmij je. Tak też zrobił. Był dumny ze swojej grupy. Jeden za drugiego, gotowi byli sobie oko wydłubać.

– Wodzu, mamy drugi sygnał – usłyszał.

Rzucił okiem na monitor. Migał „Foxtrot 1”. Co by to nie znaczyło, Jakub żył.

– Wypierdalaj do reszty, do roboty – krzyknął na chłopaka z geo, a ten szybko opuścił wóz dowodzenia, pozostawiając go samego.

– „Szrama”, kurwa, pomóż – szepnął, wierząc że ojciec Jakuba czuwa nad nimi z zaświatów.

W końcu zameldowali, że dotarli do pierwszej szczeliny. Dwóch ludzi zostało uratowanych, przeciskali się przez szparę, jaką zrobili ich koledzy.

– Tu „Tango 4”, uwięziony zespół w naszych rękach, wszystko w porządku – jakże uradowała go ta wiadomość.

– Tu „Tango 3”, podejmujemy akcję w stosunku do „Foxtrot 1 i 4”, Roger out – rzuciła ta młoda ekipa, która przed chwilą była w krytycznej sytuacji.

Młodzieńcy ryzykowali wiele. Podjęli decyzję bez zgody „góry”. Olgierd, wściekły w pierwszych minutach, po chwili zrozumiał ich decyzję. Wszyscy za jednego. Nie zostawiamy swoich. Przecież do kurwy nędzy to im wbijał do głów. Zawołał przez radio koordynatora ds. medycznych i swojego przełożonego. Nałożył na siebie oporządzenie. Sprawdził radio.

– Tu „Foxtrot 5”, jak mnie słychać?

Cztery najbliższe radiotelefony potwierdziły łączność. Norbert wyszedł razem z nim.

– Jestem kolejny, jeżeli zajdzie taka potrzeba – usłyszał od niego.

Zniknął w czeluściach tunelu. Ruszył ku swoim.

 

+++++

 

Jakub i Aleksandra znajdowali się w miejscu, gdzie wcześniej było przejście. Powoli i metodycznie odgruzowywali teren, odrzucając na boki kawałki skał i ziemi. Tlenomierze wskazywały poziom 19%. Jeszcze nie było tragicznie, ale już poniżej normy. Rozrzucili wszystkie chemiczne źródła światła, by mieć jak najlepsze oświetlenie. Od czasu do czasu spoglądali na siebie.

Kuba zdał sobie sprawę, że coś do niej czuje. Teraz był tego pewny – to nie było chwilowe zauroczenie, lecz prawdziwe, głębokie uczucie. Patrzył na drobne ciało i pragnął, by oboje przeżyli. Marzył o tym, by po wszystkim móc ją przytulić i kochać się z nią szaleńczo i namiętnie.

Ból po stracie czworonoga wciąż tkwił w sercu strażaka niczym głęboka rana. Ale teraz najważniejsze było wydostać się stąd. Nie znali skali zniszczeń, jakie spowodował wybuch w tym wąskim przesmyku. Tamten facet nie żył – sprawdził to zaraz po tym, jak oderwał się od Aleksandry. Nie żałował delikwenta, przez jego nieodpowiedzialność stracił Hestię.

Tlenomierze wskazały poziom 17%. Zbliżała się wartość, przy której należało założyć aparat ucieczkowy. Musieli to zrobić, zanim wskaźnik pokaże 15%. Ola była drobna, wolał, by założyła go wcześniej. Osłabienie funkcji umysłowych i fizjologicznych mogło nastąpić u niej nawet przy wyższym poziomie. Nie zamierzał ryzykować życia kobiety.

– Zakładaj aparat ucieczkowy – rozkazał.

Przerwała pracę i spojrzała na niego.

– Nie mogę, jest twój – odparła.

– Nie dyskutuj, to rozkaz – powtórzył stanowczym tonem.

Nim zdążyła coś odpowiedzieć, otworzył urządzenie. Dawało dodatkowe trzydzieści minut życia, ale tylko dla jednej osoby, która nie będzie wykonywała ciężkiej pracy. Chwycił ją za dłoń i spojrzał na smartwatcha na nadgarstku. Saturacja dziewczyny spadła poniżej 90%, a praca serca wzrosła.

– Będziemy oddychać przez niego oboje, raz ty, a raz ja – zaproponowała, mając wilgotne od łez oczy.

Pogłaskał ją po policzku i kiwnął głową na znak zgody. Po raz pierwszy ją okłamał. To, co zaproponowała, było głupotą. Aparat był przystosowany do ratowania jednej osoby. Zmiany powodowały straty tlenu i skracały dodatkowy czas do kwadransa. Nie miał zamiaru tak go użytkować. Tliła się w nim nadzieja, że ratownicy zdążą, przynajmniej do niej. Pomógł założyć jej aparat i przystąpił do pracy. Póki jeszcze miał świadomość i był w miarę sprawny, pragnął odgruzować jak największy kawałek prowizorycznego korytarza.

Pracował jak wściekły w wąskiej szczelinie. Ola była za nim i poszerzała przejście. Słyszał buczek tlenomierza. W korytarzyku stężenie tlenu było jeszcze niższe niż na otwartej przestrzeni. Ciągły sygnał oznajmiał, że poziom spadł do 15%. Mógł spodziewać się pierwszych poważniejszych objawów głodu powietrza, ale nie zaprzestawał pracy. Po minucie, może dwóch, poczuł lekkie zawroty głowy. Ola uderzała go dłońmi w plecy.

– Jakub, Jakub, teraz ty! – krzyczała.

Przerwał robotę i wysunął się na zewnątrz, odwrócił głowę. Ściągała aparat i podała jemu. Założył go i łapczywie chwycił kilka haustów powietrza. Wystarczyło. Każde przekazanie wiązało się ze stratą cennego gazu. Szybko i sprawnie nałożył aparat na nią.

– Pracuj, powoli, ale pracuj, idę poszukać drugiego aparatu, zaraz wrócę – okłamał Olkę po raz drugi.

Zatrzymała go. Jak mała dziewczynka, objęła ramionami i nie miała zamiaru puścić. Odpowiedział tym samym, i kątem oka spojrzał na smartwatcha – saturacja 88%, szybkie bicie serca. Czuł już lekkie osłabienie i nieco mocniejsze niż wcześniej zawroty głowy.

– Nie idź, zostań – usłyszał.

– Muszę, zaraz wrócę – kłamał po raz trzeci.

Zdawał sobie sprawę, że musi odejść, by mogła się uratować. Łgał dla jej dobra, by przeżyła. Gdyby został, co chwila zdejmowałaby aparat, dzieląc hausty drogocennego gazu na ich dwoje. Straty powiększałby się z każdą zmianą. Nie mógł na to pozwolić. Wolał odejść, póki miał jeszcze jako taką świadomość i fizyczną siłę. Objawy głodu powietrza narastały.

Wyswobodził się z uścisku i ruszył w dół gruzowiska, powoli. Czuł się osłabiony, oddech przyspieszał, stawał się płytki.

Odwrócił głowę, na szczęście nie szła za nim. Mózg nie pracował już tak sprawnie. Po minucie marszu powłóczył nogami, potykając się o kamienie, idąc w sobie tylko znanym kierunku, pragnąc dotrzeć w wybrane miejsce, nim zemdleje lub straci orientację. Zerknął na wskaźnik tlenomierza – 14%.

– Tato, ratuj ją, proszę – wyszeptał wysuszonymi ustami.

Nie skierował się w miejsce, gdzie Ola pozostawiła aparat ratunkowy, zdawał sobie sprawę, że ten tkwił głęboko przywalony ziemią i skałami. Nie znalazłby go, nie w takim stanie.

– „Foxtrot 1”, zgłoś się „REPORTING”! – usłyszał w radiotelefonie.

Nie był w stanie odpowiedzieć, ucieszył się jednak, że była łączność. To wskazywało, że ratownicy musieli być blisko. Uśmiechnął się.

Z trudem dotarł do ciała czworonożnej towarzyszki. Wyglądała, jakby spała. Padł na kolana, poczuł nudności i zwymiotował obok niej.

– Idę do ciebie piesku – wymamrotał.

Z oczu popłynęły mu łzy. Pochylił się, i po chwili leżał wtulony w sierść martwej suki. Rozpiął hełm, wtulił głowę w zimne podbrzusze, moszcząc się wygodnie. Czuł, jak powoli odpływa. Nie przeszkadzał mu przeraźliwy pisk tlenomierza. Resztkami sił podniósł rękę, gdzie tkwił smartwatch, pragnąc dojrzeć parametry. Nie dostrzegł nic, miał zamazany obraz, a dłoń opadła na ziemię. Poczuł duszność, stracił poczucie czasu. Przez chwilę miał halucynację – zdawało mu się, że wyciąga do ojca rękę, by ten go zabrał, ale rodzic odpycha go od siebie. Powieki stawały się coraz cięższe, mroczki latały przed oczami.

– Ty kłamco! Obiecałeś! Kocham cię, a ty mi to chciałeś zrobić! – usłyszał, jakby zza światów.

Równocześnie poczuł, jak ktoś nakłada mu na twarz aparat ewakuacyjny. Nie miał żadnej koordynacji ruchowej, nie mógł go zerwać. Łapczywie chwytał powietrze, jakie w nim zostało.

Powoli wracała świadomość, wzrok się wyostrzył. Rozpoznał zapłakaną twarz Oli, klęczała nad nim, płytko oddychając. Gdy zorientowała się, że dochodzi do siebie, zaczęła okładać go po torsie swymi drobnymi pięściami.

– Nigdy tego nie rób! Rozumiesz?! Nigdy! – mówiła płaczliwym głosem.

Jakub podniósł ramiona, blokując uderzenia. Nie biła mocno. Udało mu się w końcu uchwycić okładające go pięści. Przestała, podobnie jak on, traciła energię. Przez maskę dostrzegł, że usta dziewczyny sinieją. Wykrzesał z siebie ostatki sił, ściągnął aparat i podał jej.

– Zginiesz, wracaj tam – szepnął.

– Nie zostawię cię tutaj, jeśli mamy zginąć to oboje – usłyszał, nim założyła maskę.

Uciekły kolejne porcje życiodajnego pierwiastka. Powoli podniósł się i klęknął naprzeciwko. Odsunął jej hełm do tyłu i pocałował w czoło.

– Jeżeli mnie kochasz, to wróć tam i sprowadź pomoc, oni są już blisko, ja tu zostanę – poprosił błagalnym tonem.

Kątem oka spojrzał na wskaźnik poziomu tlenu w aparacie. Nie pozostało go dużo, może na kilka minut.

– Zostaję z tobą – odparła.

Gdyby miał więcej siły, chwyciłby to dziewczę i zaniósł w tamto miejsce, przy okazji wymierzając parę razy w tyłek. Była uparta i głupia.

Łapczywie konsumowała kolejne porcje powietrza. Gdy zaspokoiła głód tlenowy, zdjęła aparat.

– Nie opuszczę cię – wyszeptała, podając mu go.

– Aż do śmierci – dokończył, zakładając maskę na twarz.

Jakby na komendę, wtulili się w siebie. Trzymał ją w ramionach tak mocno, jakby ktoś mu ją chciał wyrwać. Oboje płakali.

Chwycił parę haustów powietrza i nałożył aparat na twarz Oli. Położyli się na ziemi, i spletli w miłosnym uścisku, a ich głowy spoczywały na ciele Hestii. Odczuwająca brak tlenu Hinata pozostała przy wlocie odgruzowywanego korytarzyka. Nie miała już siły zejść.

Sygnalizator niskiego poziomu mieszanki w aparacie ucieczkowym zapiszczał. Pozostało powietrza na około minutę, może dwie. Gdy Ola chciała mu podać maskę, zablokował jej dłoń, i przytulił z całych sił.

Oczekiwali na ratunek lub na śmierć.

Przejdź do kolejnej części – Ratownik. Ola

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Kolejny dobry odcinek „Ratownika”.

Podoba mi się różnorodność kryzysów, z jakimi mierzą się bohaterowie tego cyklu. Zamiast budynku – zawalony górski tunel, z całą wiążącą się z tym klaustrofobią. Dobrze wykorzystany cliffhanger, na który Autor zapracował sobie, nakreślając postacie, o których los łatwo się obawiać.

Pod koniec Aleksandra swoim irytującym zachowaniem zaczęła przypominać Klaudię z poprzednich opowieści jammera106, który najwyraźniej uważa, że miłość nieodwracalnie ogłupia kobiety, czyniąc je kompletnie irracjonalnymi… tym razem jednak składam to na karb zatrucia dwutlenkiem węgla. I mam nadzieję, że jak już zostanie uratowana, to wróci jej zdrowy rozsądek.

Czekam więc niecierpliwie na kolejny rozdział i rozstrzygnięcie tego, kto zostanie ocalony z albańskiej katastrofy. No i czy Jakub w końcu spełni marzenie swojej mamy i wreszcie się ustatkuje.

Swoją drogą, nie zazdroszczę potencjalnym dzieciom dwojga ratowników działających na tak ryzykownych misjach.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie,
Dla niewtajemniczonych.
„Pod koniec Aleksandra swoim irytującym zachowaniem zaczęła przypominać Klaudię z poprzednich opowieści jammera106, który najwyraźniej uważa, że miłość nieodwracalnie ogłupia kobiety, czyniąc je kompletnie irracjonalnymi…” – seria ta powstała przed Klaudią, tak że należy odwrócić bohaterki. To, ze tutaj ukazuje się później, to inna bajka, gdyż chciałem zadebiutować najlepszym opowiadaniem (przekleństwo debiutanta, zawsze na początku dać najlepsze).Najwyraźniej tak miałem (bo mam nadzieję, że tak robię) bohaterki na bardziej mniej jammerowe.
Ostatnimi czasy, zawsze staram się odcinek zakończyć cliffhangerem . Cieszy mnie , że według Ciebie mi się to udaje.
Czy tu jest max klaustofobicznych przeżyć. dla jednego utkniecie w windzie będzie czymś takim, dla drugiego utkniecie w przysypanym tunelu, jednak mi się wydaje, że akcja na „686” to był max klaustofobii . Tam mamy rurę wyrzutni torpedowej, zamknięte cygaro okrętu podwodnego. Tam nie brakowało tlenu, tutaj, jest on towarem deficytowym. Inna sceneria, inni bohaterowie. Jest klaustofobia, tylko według mnie inna.
„Czekam więc niecierpliwie na kolejny rozdział i rozstrzygnięcie tego, kto zostanie ocalony z albańskiej katastrofy. No i czy Jakub w końcu spełni marzenie swojej mamy i wreszcie się ustatkuje.” – jakby mnie Czytelnicy nie znali. naprawdę kiedyś odcinek napiszę, jak to wydobywa się zwłoki. Przyrzekam. Wskrzeszałem zmarłych, to i na to mnie stać.
„Swoją drogą, nie zazdroszczę potencjalnym dzieciom dwojga ratowników działających na tak ryzykownych misjach.” – małżeństwo, wyklucza działanie przynajmniej jednego w tej sekcji, ba Jakub jeżeli ma objąć te funkcję, po Olgierdzie nie może dowodzić nikim z grupy Geo, psiarczyków i ratowników. Pozostając w tej jednostce to tylko logistyka , albo typowy sztab, plus administracja.
Serdecznie dziękuje za komentarz i za korektę.
Pozdrawiam.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Jammerze.

Tekst ma czytelny opis świata i działań bohaterów. Czytelnik wie, gdzie toczy się akcja, kto co robi, jakie są psy, sprzęt i procedury. Dzięki zastosowaniu jasnego, opisowego języka prezentujesz plus tej pracy – pokazujesz znajomość realistycznych detali sprzętu i procedur, umiejętnie wplatasz elementy techniczne i logistyczne oraz dobrze oddajesz środowisko ratownicze i wojskowe. To buduje realistyczny obraz, choć głownie w sensie faktograficznym. Niestety ograniczenie pracy do tego aspektu pociąga konsekwencje w sferze poznawczej i emocjonalnej.

Widać, że zrezygnowałeś z „pokazywania” emocji przez działania, gesty, reakcje fizyczne czy symbolikę – elementy, które angażują wyobraźnię i uczucia czytelnika. Obrazy emocjonalne pojawiają się głównie w scenach rodzinnych (np. Lidia przy grobie), ale nawet tam emocje są raczej „opisywane słowami” niż ukazywane subtelnymi gestami, metaforami czy kontrastami.

Jeżeli chodzi o napięcie poznawcze w scenach akcji (remiza, śmigłowiec) wynika ono głównie z kolejności zadań i szybkiego tempa. Czytelnik raczej nie zastanawia się nad tym, co bohater czuje w danym momencie, jakie przeżywa konflikty wewnętrzne ani jakie konsekwencje mają jego decyzje poza wykonaniem zadania. Psychika ludzka w takich momentach odgrywa ogromną rolę, a tutaj brakuje elementu psychologicznego. W rezultacie napięcie poznawcze jest minimalne; akcja wydaje się przewidywalna, bo wszystko jest jasno wytłumaczone i nie ma dla czytelnika niepewności.

Plusem jest dynamiczne tempo scen akcji, osiągnięte dzięki krótkim i zdecydowanym dialogom. Dialogi w scenie ratowniczej pełnią funkcję instrumentalną – dostarczają informacji, wyjaśniają zdania, przyspieszają akcję – i ta funkcja została dobrze ukazana. Pojawia się również zróżnicowanie postaci poprzez sposób mówienia (np. Olgierd – dowódca, Jakub – bardziej spontaniczny, Ola – nieśmiała), co jest kolejnym mocnym punktem pracy.

Z drugiej strony w narracji i w dialogach widać REDUNDANCJĘ (co nie przystoi autorowi z tak dużym dorobkiem twórczym), bo jest to błąd charakterystyczny dla początkujących autorów. Np. wielokrotnie podawanie charakteru psów, wieku czy wyglądu. Ponadto nadmiar faktów w jednym ciągu niekiedy gubi czytelnika, szczególnie w scenie w remizie, gdzie nagromadzenie zdań i szczegółów technicznych kontrastuje z rytem sceny cmentarza, która jest spokojna i przemyślana.

Dialogi mają potencjał, by bardziej podbić napięcie emocjonalne – mogłyby pokazywać ryzyko, presję psychiczną czy obawy bohaterów. Obecnie napięcie jest raczej symboliczne.

Pozdrawiam

Serdecznie dziękuję za konstruktywny komentarz do którego, postaram się ustosunkować.
Na wstępie – nie jestem Autorem ze sporym dorobkiem twórczym. Co niektórym tutaj, „jam nie godzien rzemyka u sandała rozpiąć”. Pisarczyk II klasy z powiatowego miasteczka. Porównując to do wyścigu kolarskiego, to jestem na końcu peletonu, czasami tuż przed autobusem z napisem „Koniec wyścigu”.
Dziękuję za ciepłe słowa dotyczące tego jak przedstawiam świat i działania bohaterów, że jest to czytelne i zrozumiałe. Szczególnie miłe jest stwierdzenie dotyczące realizmu i riserczu. Dziękuję.
Cieszy mnie, że dialogi są dobrze sformułowane i dają zamierzony efekt, że dobrze udaje mi się budować dynamikę akcji.
Redudancja – no z pewnością jest i jest to moja przywara, wynikająca z charakteru poprzedniej pracy, gdzie operowałem głównie meldunkami i raportami, a w tych nie ma miejsca na odczucia, domniemywania. Suche fakty, benedyktyńskie opisanie krok po kroku, gdzie często przytacza się po raz kolejny wiek, markę, rodzaj broni itp.
Czy nadmiar faktów w scenie odprawy uważam za błąd. W służbach mundurowych w większośći przypadków odprawy są szczegółowe, a ludzie, specjaliści z tego ogromu informacji mają wyłapać, to co dla nich jest istotne i ważne. Lepszy nadmiar informacji, od ich braku, lub spłycenia tematu, bo to może kosztować ludzkie życie.
„Scena na cmentarzu – jest spokojna i przemyślana” – cmentarz jest raczej miejscem do zadumy. ciszy i spokoju. Wrzucanie tam jakiś wymyślonych gestów, póz, reakcji wydaje mi się tam nie na miejscu. Mamy rozmowę wdowy z duchem męża (monolog) i to wystarczy, niech ona nie przewraca oczami, niech nie pada na kolana spłakana, minęło piętnaście lat, czas żałoby i głębokich przemyśleń minął. Kontrast cmentarnego spokoju i dynamiki odprawy wydaje mi się naturalny, ale każdy może mieć odmienne zdanie, które szanuję.
„Widać, że zrezygnowałeś z „pokazywania” emocji przez działania, gesty, reakcje fizyczne czy symbolikę – elementy, które angażują wyobraźnię i uczucia czytelnika.” -primo, gdyby rozbudować to opowiadanie o wskazane elementy to urosłoby ono o dobre 25% treści, co stworzyłoby niezjadliwą dłużyznę. Owszem, można by coś wyciąć, jakieś szczegóły mniej ważne, tylko to jest akcja ratownicza, każdy gest ratownika jest czytelny dla innego, to wypracowane latami procedury. Słabo widać gesty w ciemnym nieoświetlonym tunelu, podobnie reakcje fizyczne (choć mamy tutaj wymioty bohatera). Symbolika – zawęziłem do prośby Jakuba do ojca o wsparcie. Na pewno brakuje tego, nie przeczę, ale w takiej pogonie w walce o ratowanie życia ludzkiego, nadmiar tych opisów, według mnie dałby efekt przerostu formy nad treścią. Taki mam styl, nie lubię przesadnie wtrącać symboliki, rozpisywać się nad rozterkami i przemyśleniami. Jest akcja, jasny określony cel, mamy postawione zadania, wić naprzód do roboty, każdy wie co ma robić. Wyuczone latami procedury, taktyka działania, sposób realizacji celu, nie pozwalają nad zbytnimi opisami, jakże to bohater boi się w owym tunelu, jakie ma obawy. Wykonywał procedurę Victor już cztery razy wcześniej. Minimum gestów, maksimum akcji i dynamiki. Tak ja to widzę.
„Dialogi mają potencjał, by bardziej podbić napięcie emocjonalne – mogłyby pokazywać ryzyko, presję psychiczną czy obawy bohaterów. Obecnie napięcie jest raczej symboliczne.” – z pewnością należałoby je poprawić, podkręcić nieco, dając to emocjonalne napięcie, ale primo – to stareńki tekst, sprzed Bałtyckiego… Strażniczki i Ducha Lewantu. Różnicę w jaki sposób jest tam opisywana (nie chodzi o fabułę), a jak tutaj, dostrzeże chyba każdy. Dla mnie osobiście tam jest lepiej. Ta seria to tylko podrasowanie warsztatowych niedomagań, czasami wykasowanie powtórzeń, fabuła i sposób przekazywania, pozostaje bez zmian. Sekundo – zbytnio podbite napięcie w dialogach może spowodować ich sztuczność i co za tym idzie nadmiar patosu, którego i tak w tej serii jest sporo. Już oscyluje ono na granicy przyswajalności patosu i dla niektórych już w tej formie przekracza poziom dopuszczalności owego.

Bardzo dziękuję za konstruktywne uwagi, wezmę je sobie do serca, przy tworzeniu kolejnych opowiastek. Prezentujemy dwa odmienne style – Ty lubisz epatować niedopowiedzeniami, grą emocji poprzez metafory, kontrasty, gesty, bardzie skupiasz się na warstwie psychologicznej. Ja natomiast walę surowiznę prostą akcję bez zagłębiania się w psychologiczne szczegóły, ma być ruch, ogień i dynamiczna akcja. Gdyby nasze style wymieszać? Ciekawe co by z tego wyszło?

Pozdrawiam.

Jak zawsze pięknie opisana akcja ratunkowa. Skad Ty jammer znasz te wszystkie procedury i sprzęty, jakich oni używają (tlenowe aparaty ucieczkowe, dmuchawy itd)? Miałeś może doświadczenie w tym fachu? Jeśli tak, to ogromny szacunek.

Jedyne, co przyprawiło mnie o lekki cringe to scena pieszczot w zawalonym tunelu. Rozumiem, że ryzyko i zagrożenie życia sprawiają, że ludzie nabierają ochoty na amory, ale wydawało mi się to skrajnie nieodpowiedzialne i… niehigieniczne.

Ogólnie piękna opowieść. Trzymam kciuki za Jakuba i Olę.

Witaj Thorinie,
Przyznam się że procedury straży pożarnej w tej opowiastce to w dużym stopniu mój wymysł. Gdyby to przeczytał zawodowy strażak, to pewnie nie pozostawiłby na mnie suchej nitki. Część się zgadza, część zaczerpnąłem z serialu „Strażacy” (bodajże dmuchawy) oraz serialu „Chicago Fire”. Aparaty ucieczkowe – słyszałem o nich w wojsku i wiem że są w straży pożarnej, w wojsku spotkałem się z maskami izolacyjnymi IP-5 (służyły do ratowania załóg czołgów, gdy te przekraczały przeszkody wodne po dnie), tutaj zrobiłem risercz i znalazłem współczesne, o wiele nowocześniejsze.
Kolejna osoba zwraca mi uwagę na niehigieniczność pettingu w tunelu, a jeżeli robi to kolejna osoba, to coś w tym jest, ale… kiedy miałem zawrzeć scenę erotyczną, jak nie w tym momencie? To był jedyny moment, by tam to zaistniało pomiędzy tą parą. Czy jest to nieodpowiedzialne -z pewnością tak, ale ludzie w takich sytuacjach robią różne dziwne rzeczy, czasami nieodpowiedzialne.
Ostatni odcinek bodajże 21.05.2026 roku, pozostawiłem furtkę do ewentualnej kontynuacji, ale na razie się na nią nie zanosi.
Pozdrawiam, serdecznie dziękując za komentarz.

Leave a Comment