V jak vendetta (monique)  3.62/5 (7)

14 min. czytania

photoport, „silence”, CC BY-NC-ND 3.0

Czwarta nad ranem, piątek. Leżysz obok tak spokojnie. Wsłuchuję się w twój miarowy oddech. Wydajesz się być taka nieświadoma. Mojej wiedzy. I tego, jak bardzo twoje „malutkie” grzeszki wpłyną na wydarzenia całego weekendu. Znajdując się po lewej stronie łóżka, siedzę wygodnie oparta o ścianę, wpatrując się w otaczającą mnie nicość, będąc niby tak blisko, z drugiej strony tak daleko, zarazem dawno, kiedy wszystko jeszcze było proste, a nasze życie szczęśliwe i my spełnione. Cofam się do tych chwil, kiedy poznawałyśmy siebie, nie mając przed sobą tajemnic. Kiedy mówiłaś, jak bardzo mnie kochasz. Gdy powtarzałaś nawet „I, że cię nie opuszczę aż do śmierci” umieszczając na moim palcu błyszczącą, złotą obrączkę. Wspominam nasz pierwszy seks. Przepełniony niepewnością i strachem, ale również romantycznym pożądaniem wypływającym z naszych ciał.  Spojrzenia, którymi się obdarzałyśmy. Te wszystkie ważne momenty naszego wspólnego życia, które, jak do wczoraj sądziłam, będzie trwać jeszcze bardzo długo. Aż do otrzymania koperty zawierającej między innymi małą karteczkę, którą obecnie ściskałam w dłoni.

*

– Pani Doroto, mamy na dzisiaj zaplanowane jeszcze jakieś spotkania? – zapytałam moją asystentkę.

– Nie, dziś już jest Pani wolna – usłyszałam głos dobiegający z pokoju znajdującego się po przeciwnej stronie korytarza, naprzeciwko mojego gabinetu. – Aczkolwiek kurier prosił – i tu w moich drzwiach pojawiła się jej głowa – aby to pani przekazać, jak zakończy już Pani pracę na dziś.

–  Nie mogłaś przekazać mi tej koperty wcześniej? A co jeśli to coś ważnego?

–  Przepraszam… Szczerze mówiąc nie pomyślałam… Jeśli to już wszystko, to byłabym wdzięczna gdybym mogła iść do domu, umówiłam się z Robertem na dziewiętnastą, wolałabym nie pokazywać mu się bez makijażu – zapytała w odpowiedzi uzyskując tylko krótkie „mhm” i kiwniecie głową.

Tak… Uwielbiam jej szczere odpowiedzi i ten uśmiech od ucha do ucha, oraz miarowy stuk obcasów na pokrytym płytkami korytarzu. Zastanawia mnie czasem, jakie kryterium doboru współpracowników tak naprawdę stosuję. Gdy tylko zdałam sobie sprawę, że zostałam już całkiem sama w biurowcu, z zainteresowaniem zaczęłam oglądać dostarczoną mi przez kuriera jednej z bardziej znanych firm kurierskich przesyłkę. Była to dość duża, lekka, biała koperta bez żadnych nadruków czy informacji o nadawcy. Chwytając za pierwszy z brzegu reklamowy nóż do otwierania kopert, zabrałam się za dobieranie do zawartości niczym dziecko do nowej zabawki przyniesionej przez świętego Mikołaja. Niestety kiedy zawartość ukazała się moim oczom z mojej twarzy zniknął uśmiech oczekiwania, a w jego miejsce pojawił się grymas rozczarowania i do pewnego stopnia również bólu. W ciągu ułamka sekundy uzmysłowiłam sobie, co czują mężczyźni na hollywoodzkich filmach, kiedy otwierają kopertę i wyciągają z niej parę screenshotów z kamer przemysłowych przedstawiających ich kobiety z innymi mężczyznami. W owej chwili znałam już to uczucie z autopsji. Kiedy przypatrywałam się kolejnemu zdjęciu mając resztki nadziei, że może jednak ta osoba na zdjęciu, to nie kobieta, z którą spędziłam ostatnie dziesięć lat swojego życia, spomiędzy odbitek wypadła malutka karteczka, na której typowym, męskim pismem, piórem o szerokiej kresce napisane było:

She lied to me too. Meet me in front of the Hilton at 8 P.M. Today. White Lamborghini Diablo.

„No tak. Zdradza cię twoja żona, a ty myślisz tylko o tym, że niezły ma gust, skoro poleciała na LD. Najwyraźniej moja Carrera nie była już wystarczająca” usłyszałam głos brzmiący jeszcze w mojej głowie. Spojrzałam na zegarek. 19:20, a przynajmniej tak twierdził mój ukochany Seamaster, kupiony za pierwszą premię. Bynajmniej nie daję tu właśnie upustu mojej próżności. Musiałam się bardzo postarać, żeby zdążyć, ale w końcu, cudem, osiągnęłam cel, zaparkowałam trochę dalej, niedaleko skrzyżowania Alei Solidarności z Towarową, resztę zaś drogi pokonałam pieszo irytując się klasycznie już na nierówności płyt chodnikowych. Zgodnie z moimi oczekiwaniami biały kabriolet podjechał, zatrzymując się paręnaście centymetrów od moich stóp, gdy tylko przybyłam w umówione miejsce. Powoli, z wielką dozą niepewności wsiadłam do włoskiego samochodu.

– Miss Heigen?

– Actually it’s Mrs Heigen.

– Fine, whatever. Are you hungry? Ok, never mind, I am. We’re going to Presto if you don’t mind.

Krótka wymiana paru słów pozwoliła mi na ocenienie, iż mój informator, albo raczej kochanek mojej żony pochodzi z Toskanii, bądź innej części tego słonecznego kraju. Acz muszę przyznać, iż zdziwił mnie wybór włoskiej restauracji w Polsce przez kogoś, kto jest rodowitym Włochem, na co wskazywała jego ciemna skóra i irytujący mnie po pewnym czasie akcent. Najwyraźniej chciał być panem sytuacji, nie dającym zaskoczyć się nawet wyglądem i smakiem potraw. Dobrą chwilę zastanawiałam się, co właściwie Anika w nim widziała, ale dość szybko skapitulowałam uznając, że i tak tego w nim nie zobaczę. Rozmowa przebiegała dość szybko. A właściwie monolog, podczas którego dowiedziałam się gdzie zostali sobie przedstawieni, kiedy się spotykali. Domenico, kiedy uznał za stosowne już się przedstawić, nie poskąpił mi żadnych szczegółów ich sekretnego życia, wliczając w to również barwne aspekty erotyczne. Kiedy wreszcie skończył swój jakże interesujący wywód, przerywany tylko głośnym przełykaniem kolejnej porcji Spaghetti Carbonara nawijanej na widelec przy pomocy ogromnej, jak na mój gust łyżki, zdobyłam się na pytanie o powód podawania mi tych informacji. Gdy w mojej głowie jego „cause you’re not the only one who loves her” zostało przetworzone na British English i przetłumaczone, kątem oka dojrzałam tylko wysokiego Włocha rzucającego banknot 50€ i wychodzącego bez słowa pożegnania. Powrót do mojego małego Porsche zajął mi trochę czasu, lecz każdą minutę trzykilometrowego spaceru poświęciłam na myślenie o zemście, jaką powezmę na mojej ukochanej, dzięki której pierwszy raz w życiu ktoś aspirujący do miana bycia moim marnym substytutem upokorzył mnie do cna. Większość dzisiejszego wieczora przepełniała mnie ciekawość i pośpiech. Dopiero podczas spokojnej drogi do domu poczułam jak bardzo boli zdrada…

Powoli obracałam w dłoni karteczkę od Domenica, wciąż o dziwo uspokajana odgłosem wymiany dwutlenku węgla na tlen dobiegającej z drugiego kąta pokoju. Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Przyprawiona bazylią i czosnkiem. To wszystko na czym koncentrował się mój umysł w danej chwili. Słowo zemsta, przynoszące również na myśl flashbacki z filmu „V jak Vendetta”. Wszystko zaplanowane i działające jak w szwajcarskim zegarku. Wiedziałam już, że nie mogę pozwolić sobie na żaden, nawet najmniejszy błąd. Musiałam wykonać każdy punkt „programu” z zimną krwią. Dopiero wtedy będę w stanie pomyśleć o czymś innym niż o obleśnym Włochu trzymającym swoje wielkie, brudne łapy na subtelnej piękności spoczywającej spokojnie u mego boku. Z głębokich rozmyślań wyrwał mnie budzik, z którego dobiegł mnie tylko dźwięk głosu spikera zapowiadającego wiadomości poranne. Szósta, zapewne dopiero przyszedł do pracy. Mruknęłam ciche i niewyraźne „bry” i udałam się pod prysznic. Na szczęście gdy opuściłam moje ulubione miejsce odosobnienia, Aniki już nie było. Czas zacząć realizować mój okrutny plan. Na myśl o tym, co sama wymyśliłam, zrobiło mi się poniekąd niedobrze… Lekkie nudności i przyśpieszone bicie serca rozproszyły mnie wszakże tylko na chwilę, gdyż już po chwili mój mózg zbudzony smakiem podwójnego espresso zaczął pracować na wysokich obrotach.

*

Punkt pierwszy. 9:21. Mieszkanie.

– Hej Nique!

– Agata! Hej! Co tam u was?

– W sumie to po staremu – bo cóż innego mogłam powiedzieć teraz mojej najlepszej przyjaciółce, która i tak sama najlepiej wie, kiedy coś jest nie tak. – Mogłabyś przysłać mi numer, albo najlepiej wizytówkę tej agencji, z której usług korzystałaś przygotowując mój wieczór panieński?

– Myślałam, że z tym skończyłaś!? Obiecałaś, że skończysz…

– Kurwa, Monika!

– Ok, masz na mailu.

– Dzięki – beznamiętnie mój palec spoczął na czerwonej słuchawce klasycznej, niezawodnej Nokii.

*

Punkt drugi. 10:25. Auto.

Wiem, nie powinno się rozmawiać prowadząc, ale w tym momencie było mi już wszystko jedno. Jedną ręką prowadząc, a drugą wstukując numer mruczałam pod nosem „sześć… dziewięć… jeden…” po paru sygnałach wreszcie odebrała.

– O której kończysz, kochanie? – zapytałam z przesadną dawką kokieterii.

– Koło osiemnastej będę, przyrządzisz coś dobrego na kolację?

– Taki miałam zamiar. Szykuję coś specjalnego – nawet mnie przestraszyło odbicie w lusterku mojego szyderczego wyrazu twarzy.

– W takim razie nie spóźnię się ani minutki. Do zobaczenia o szóstej.

I tym razem to w moim telefonie pozostał głuchy dźwięk zakończonego połączenia głosowego.

*

Punkt trzeci. 12:45. Ulica Nieistotna, numer pominięty.

Wysiadam z auta sto metrów od celu podróży. Przedmieścia. Nie znam tej części Warszawy. Jako przyjezdna z południa, nie znam zbyt dobrze niczego oprócz centrum i głównych dróg poza nim. Z nawigacją i głosem Hołka towarzyszącym pod same drzwi, jakoś cudem dotarłam. Na zewnątrz panował niewyobrażalny upał. Przeszłam przez pół osiedla i dotarłam w końcu na właściwe piętro w odpowiednim bloku. Zapukałam do zwyczajnych, sosnowych drzwi.

– Czego? – moich uszu dobiegł zachęcający głos kobiety w średnim wieku.

– Mam robotę.

– Moment – zaakcentowała na drugą sylabę. – Skąd masz wizytówkę?

– Nique.

Dźwięk otwieranego zamka zabrzmiał w mej głowie.

– Jakiś konkret?

– Mitsubishi (co znaczy mniej więcej tyle co trzy diamenty, trzy perełki)

– Widzę, że lubi się pani zabawić.

– Owszem. Mam tylko dwa wymagania. Silni i zupełnie posłuszni. Fatygę wynagrodzę oczywiście odpowiednim napiwkiem.

Wręczyłam jej małą karteczkę z adresem opatrzoną informacją o czasie przyjazdu.

– Dziewiętnasta? Chce ich pani na całą noc?

– Jak już pani słusznie zauważyła, lubię się zabawić – uśmiechnęłam się do swych myśli. Powoli wróciłam do samochodu wiernie czekającego w cieniu wysokiej lipy.

*

Punkt czwarty. 14:58. Mieszkanie.

Na ekranie telewizora pojawiła się w końcu wesoła twarz Pascala Brodnickiego. „Udka psipiekami z odchrobina pomidor i basylia”, starałam się skupić na przepisie. Akurat w trzy godzinki powinnam się z wszystkim wyrobić. Sprawdziłam raz jeszcze, czy wytrawny, biały Partager jest przygotowany do spożycia i zabrałam się za doprawianie „naś indik” oraz dekorowanie stołu. Troszkę za dużo papryczek chili. Nie szkodzi. Zamiast połowy butelki, wypije ¾. Zdecydowanie nie szkodzi. Byle nie za dużo. Przecież nie może zupełnie zapomnieć całej nocy… I kolejny raz na mej twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek. Jeszcze tylko podpieczemy z Pascalem na złoto ziemniaczane talarki, dokończymy grecką sałatkę z fetą i uczta będzie gotowa. Se magnifique! Bon apetit mon chéri…

*

Punkt piąty. 17:59.

Dzwonek. Nareszcie. Już się nie mogłam doczekać.

– Witaj kochanie, kolacja na stole – przywitałam ją miłym uśmiechem i pocałunkiem, prawdopodobnie ostatnim. – Zapraszam.

– Jak w pracy?

– Od pół roku nie pracuję w piątki, mogłabyś wreszcie pamiętać… Jak ci smakuje?

– Pyszne, acz dość ostre.

– Przesadziłam z chili? Oj… Niechcący. To ja ci może doleję wina?

– Tak, poproszę.

Minuty, w których dolewałam jej wina i czekałam, aż skończy spożywać swój posiłek ciągnęły się nieznośnie. W końcu, kiedy wskazówka minutowa mojego zegarka zatrzymała się na moment na ósemce, postanowiłam dłużej nie czekać.

– Agata! Co robisz? Jeszcze jem!

– Trudno, ale moje pożądanie nie może czekać. Wybacz, ale nie trzymaj się tak kurczowo tych sztućców, kiedy staram się zanieść cię do sypialni.

Podniesienie jej szczupłego i lekkiego ciała nie sprawiło mi żadnych problemów. Rzuciłam moją najukochańszą na łóżko i zaczęłam całować i pieścić siedząc okrakiem na jej biodrach. W porę opanowałam swą żądzę i przypomniałam sobie po co to robię.

– Kochanie, mam dziś ochotę zupełnie nad tobą panować…

– Więc zwiąż mnie, zawładnij mną, moja Pani! – usłyszałam lekko zakrapianą alkoholem odpowiedź.

Oczywiście wykonałam wszystko, jak przewidziałam w swoim planie. Zdjęłam z niej powoli bluzkę. Zsunęłam jedno ramiączko. Potem drugie. W końcu i spódnicę… Na chwilę zatrzymałam się przy pończochach, które tak bardzo lubiłam. Więcej i tak ich nie zobaczę, zerwałam je więc jednym szybkim ruchem, równie sprawnym jak ten, którym beznamiętnie pozbawiłam ją cudownych, fioletowych majteczek, które, jeśli dobrze pamiętam, dostała ode mnie na dwudzieste szóste urodziny. I tak ich nie lubiłam. Rozwiązałam swój stalowoszary krawat i zawiązałam jej oczy, po czym kajdankami przypięłam jej nadgarstki do ramy łóżka. Leżała teraz naga, nieświadoma kolejny raz niczego. Jej ciało drżało w pragnieniu otrzymania zbawiennego dotyku, który ugasi ogromne pożądanie.

– Spokojnie skarbie, spokojnie – powiedziałam, głaszcząc ją po wewnętrznej stronie ud, by była choć troszkę rozgrzana. – Już niedługo twoje ciało dostanie to, na co zasłużyło – przebiegam językiem tam, gdzie przed chwilą była moja dłoń, nią zaś podążam wyżej, w celu upewnienia się, iż moja zdobycz jest już wystarczająco wilgotna albo nawet, jak się okazało, mokra – poczekaj tu na mnie chwilę, tylko nie stygnij.

*

Punkt szósty. 19:05.

Przez okno kuchni wychodzące na parking, ujrzałam Mitsubishi Pajero, rocznik ’93. Jak mogłam spodziewać się czegoś innego, kiedy zamówienie wykonywane jest z taką dokładnością i sumiennością. Trzy sztuki kamieni szlachetnych wysiadły powoli z auta i zaczęły zmierzać w kierunku drzwi. Zanim zdążyli zadzwonić, moje zniecierpliwienie uprzedziło ich zamiary, a mój lekko drżący głos zaprosił do środka. Pierwszy, zapewne dominujący samiec Alfa, 190cm wzrostu. Lekko opalona skóra. I garnitur. Nie powiem, trochę mnie to zdziwiło, ale obiecałam sobie, wybrzydzać nie będę. Drugi, mulat, tego akurat pamiętam. Eduardo, „kelner” na moim panieńskim. Największe wrażenie wywarł na mnie jednak trzeci, niepozorny młodzian odziany w obcisłe Levi’sy i łososiowe polo Lacoste. Oliwkowa cera i ułożone blond włosy oraz zielone oczy sprawiły, że nawet ja po jednej lampce wina straciłabym dla niego głowę. Skarciłam się jednak w myślach. Ten wieczór nie będzie należał do mnie. A przynajmniej nie w ten sposób.

– Panowie, mam tu trzy zasady. Zapewne je znacie, ale jednak przypomnę. Po pierwsze, i najważniejsze, słuchacie wyłącznie mnie. Powtarzam, tylko i wyłącznie. Po drugie, nie dotykacie mnie. I po trzecie, nie przejmujecie się zbytnim użyciem siły i reakcjami na nie. – Widząc ich nie do końca zrozumiałe dla mnie miny i brak chociażby małej, nieelokwentnej odpowiedz typu „eee ok” dodałam: – Zaraz wszystko zrozumiecie. Za mną.

Poprowadziłam ich przez salon, gdzie jeden z nich potknął się o wazon, do sypialni. Każdemu z nas ukazał się widok bardzo przejmujący. Związana, naga kobieta. Piękna, szybko oddychająca. Wzrok każdego z nas mimowolnie szybko przewędrował z jej twarzy na piersi, sterczące, dopraszające się uwagi sutki, a z nich na ociekającą, mokrą od soczków cipkę, która tylko, wprawdzie nieświadomie ale jednak, czekała, by ugościć w sobie każdego z nich.

– Agata, ktoś tu jest?

Kiwnęłam głową na blondyna, który w mgnieniu oka zrzucił z siebie spodnie i jednym, zdecydowanym ruchem wszedł w zdradzieckie wnętrze mojej do niedawna jeszcze kochanki. Rozsiadłam się w fotelu niedaleko łóżka i wsłuchiwałam w krzyki, które parę dni temu uznałabym jeszcze za mrożące krew w żyłach, a które teraz okazały się miodem dla moich uszu.

– Tak kochanie. To jest Pan numer jeden. I moja gra przygotowana dla ciebie. Niestety, nie mogłam zmusić Domenica, żeby też zagrał. Wyłamał się.

Na jej twarzy, albo raczej ustach, pojawiła się mina zdziwienia połączona z bólem i rozkoszą jaką dawał jej ten dzieciak.

– Skończ w niej – usłyszał moje zimne polecenie, kiedy widziałam, że jest już blisko. Tym razem usłyszałam już tylko jego przyśpieszony oddech i przeciągłe „Nieeee!” wydobywające się z ust Aniki.

Odczekałam parę sekund.

– A teraz zapraszamy Pana numer dwa – powiedziałam, parodiując głos Tomasza Kammela z Randki w ciemno.

– Agata! Litości!

– Miałaś dla mnie litość pieprząc się z tym cholernym Włochem!? I może jeszcze powiesz, że żałujesz i że myślałaś o mnie cały czas?!

– Ale… No tak…

– Rżnij ją jak zwierzę – wydałam rozkaz, który tym razem wykonywał Edu. Pytającym wzrokiem samiec Alfa zasugerował, czy nie miałabym nic przeciwko, gdyby jego przyszła ofiara po prostu mu obciągnęła.  Ale jakże mogłabym się na to zgodzić. Przecież mamy całą noc. Nie potrzeba aż tak szybko się pastwić. Więc tylko zaprzeczyłam zdawkowym ruchem głowy.

Odczekałam chwilę, kiedy widziałam, iż mój „kelner” jest bliski dojścia, a z moich ust znowu wydostał się zimny rozkaz: „Doprowadź ją do końca, a możesz skończyć na twarzy”

– AGATA!! Błagam! Nie!

– Możesz krzyczeć, ale wybacz, na niewiele się to zda. Nie teraz.

Patrzyłam jak jej ciało zaczyna wić się pod dotykiem mężczyzny. Jak napięcia jej mięśni sprawiają mu jeszcze większą przyjemność. Spodobała mi się jego inwencja twórcza, kiedy swą dużą, czarną dłonią zatkał jej usta na czas szczytowania. Muszę zapamiętać, żeby dostał za to parę stówek ekstra. Kiedy skończył już swoje zadanie, poprosiłam panów, by zostawili nas same. W tej krótkiej chwili mogłam raczyć się w samotności jej cichym, hamowanym na tyle, na ile było to możliwe, szlochem. Płaczem zażenowania. Siedziałam tak w ciszy jeszcze pięć, może dziesięć minut. Wstałam. Podeszłam do drzwi i poprosiłam Alfę do siebie.

– Zrób z nią co tylko chcesz. Jest twoja na godzinę. Ale chcę słyszeć jak jej dobrze… Bądź źle. Mam słyszeć.

Nie mówiąc nic więcej, poszłam zrobić sobie herbatę. Pozostali mężczyźni siedzieli nago na mojej kanapie, pijąc resztki wina. Kiedy usłyszeli krzyk przypominający chyba „Błagam nie”, ich ogromne, zgodnie z zamówieniem, przyrodzenia szybko zaczęły znowu sztywnieć. Siedziałam tak z kamienną twarzą, udając brak emocji niczym pracodawca zwalniający jedynego żywiciela wielodzietnej rodziny.

Po czterdziestu pięciu minutach, kiedy o dziwo krzyki ucichły, udaliśmy się we troje do pokoju. Przyjrzałam się cudnemu widokowi przerżniętej kobiety, leżącej nadal związanej i upokorzonej na wiele możliwych sposobów.

– Spuśćcie się na nią. Wszyscy.

Panom numer 1 i 2 nie trzeba było tego rozkazu powtarzać. Bez wysiłku stanęli po dwóch stronach łóżka i wykonując dobrze im znane ruchy doprowadzali swoje ciało do krańcowego stanu podniecenia Jako, że moje zwierzątko przestało już protestować, przyszła kolej na coś ciekawszego.

– Rozkujcie ją. I zerżnijcie we dwóch. Obojętne którzy. A trzeci niech ją  trzyma. Nie lubię, jak się rzuca.

Tak jak sądziłam, wywołało to odpowiednie emocje i kolejny krzyk pełen wyrzutu oraz próbę uwolnienia z silnego uścisku „kelnera”. Zobaczyłam tylko, jak jej ciało zostaje niczym bezwładna marionetka umieszczone na stojącym i czekającym na to kutasie Alfy, który jako jedyny nie miał nic przeciwko pieprzeniu jej analnie. Blondyn natomiast kontynuował klasyczne rżnięcie w ciasną dziurkę dostającą to, na co zasłużyła. Jęk bólu i poddania wydobywający się z jej ust sparaliżował wszystkie moje mięśnie i sprawił nawet, że łza popłynęła mi po policzku. Poczekałam z zimnym wyrazem twarzy aż skończą.

– Panom już dziękuję. Edu, zostań proszę jeszcze chwile. Na stole leżą koperty z wynagrodzeniem za dzisiejszy wieczór. Dobranoc.

Odczekałam chwilę, aż drzwi się zamkną i wydałam kolejne już tej nocy polecenie.

– Odwiąż jej oczy.

Eduardo bez chwili zawahania zdarł krawat z jej oczu.

– Teraz ją zerżnij. Na koniec. Ostro. Bezlitośnie. I skończ w niej.

Zaczął powoli. Wszedł głęboko. Widziałam tylko zaciskające się z bólu powieki Aniki. Potem przyśpieszył, nie redukując głębokości penetracji. Był niczym maszyna. Jego spocone ciało drżało ze zmęczenia i podniecenia. Ale wchodził w nią dalej. Już nie krzyczała i nie jęczała. Patrzyła na mnie podległym wzrokiem mówiącym „dlaczego im nie przerwałaś? To był tylko seks, Agata. Dlaczego?”. Kolejny raz wszedł w nią brutalnie i głęboko. Zacisnęła powieki spod których uroniła łzę. Może dwie. Pieprzył ją dalej. Ona nie zważając na niego znów popatrzyła mi w oczy. Jej wzrok wypełniało cierpienie i nieme błaganie.

– Kończ!

 Nie musiałam długo czekać na finał. Doszedł bardzo szybko i spektakularnie, a jego sperma powoli wyciekała z jej wnętrza.

– Kasa na stole. Spierdalaj.

Punkt siódmy. 4:56.

Powoli przeniosłam ją do łazienki. Delikatnie umyłam w ciepłej wodzie jej obolałe i do cna przerżnięte ciało. Cały czas patrzyła na mnie wzrokiem błagającym o danie jej już spokoju. O zostawienie samej ze wspomnieniami tego co przeżyła. Wytarłam jej ciało w ogromny ręcznik i położyłam na łóżku.

– Papiery rozwodowe są na stole. Przeczytaj i odeślij do mojego prawnika. Teraz wychodzę, jak wrócę jutro wieczorem, już cię tu nie będzie, więc żegnaj Anika.

Wzięłam kluczyki do małego Porsche, wyszłam z pokoju. Przeszłam przez salon i potknęłam się o wazon. Zamknęłam za sobą drzwi, minęłam Mitsubishi, w którym „oprawcy” mojej eks liczyli swoje wypłaty, doszłam do samochodu, usiadłam za kierownicą i wybuchłam płaczem.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Okrutna zemsta, tym bardziej, że dokonana przez kobietę na drugiej kobiecie. Domyślam się, że to fantazja o odwecie wynikła z nieudanego lesbijskiego romansu. A także dowód, że wcale nie jesteśmy łagodniejsze czy bardziej łaskawe niż mężczyźni.

Jak pisał klasyk: „Hell hath no fury like a woman scorned”.

Leave a Comment