Brama Bogów III: Porzucony świat (Batavia)  4.24/5 (7)

14 min. czytania

Źródło: Pixabay

Porucznik przed opuszczeniem transportera przesłał krótki meldunek do bazy. A teraz w trójkę stali naprzeciw masywnej skały, podczas gdy mały łazik skanował teren, przesyłając na bieżąco dane do aparatury w ich skafandrach. Krąg światła z reflektora robota ślizgał się po powierzchni kamiennej podstawy. Znajdowali się dwadzieścia stóp od tego, co porucznik nazwał komorą.

– Dlaczego akurat tu ją skopiowali? – szepnęła do siebie Elen, zapominając, że system komunikacyjny skafandrów przekazuje jej słowa towarzyszom.

– Może uznali, że reprezentuje coś szczególnego – wyjaśnił bez przekonania Harry, po czym dodał: – Czy mi się wydaje, czy naprawdę jest wydrążona na przestrzał?

Rozejrzał się po okolicy. Wokół zalegały odłupane kawałki budowli, zmieszane z warstwą czegoś o konsystencji popiołu. Widnokrąg zlewał się z ciemnością próżni. Tylko miejscami, na tle jaśniejszych gwiazd, majaczyły kontury nierozpoznawalnych konstrukcji. Było w tym to nienazwane coś, unoszące się wokoło, niewidzialne i tajemnicze. Wszystko, choć pozornie znane, było inne – martwe, a jednocześnie groźne swym pięknem.

– O czym wy mówicie? – wtrącił zdezorientowany porucznik.

Zamiast wyjaśnić, profesor zapytał:

– Jak daleko jest Puma Punku?

– Jakieś półtorej godziny jazdy, tak na oko ze dwadzieścia mil – odpowiedział natychmiast John. – Ale o co chodzi?

– Wejdźmy do środka – zadysponował Harry.

Jego głos drżał z podekscytowania.

– Stójcie! – zdecydowanym tonem ostudził ich zapał John. – Pójdziemy razem, ale najpierw niech łazik tam wjedzie i sprawdzi, czy nie ma żadnych zagrożeń. Przede wszystkim dbajmy o nasze bezpieczeństwo.

– Więc zróbmy to – skwitowała niecierpliwie Elen.

– Za skalnym blokiem jest sześcian o boku dziesięciu stóp. – Z wyraźnie słyszalnym napięciem w głosie odczytywała nadsyłane pomiary na ekranie zamocowanego na przedramieniu panelu komunikacyjnego. – Brak promieniowania. Wchodzimy?

Maszyna od środka skanowała wszystko wokół.

Porucznik ponowił pytanie:

– Co was tak zaskoczyło?

– Hmm… – mruknął do siebie Harry, obracając hełm w stronę Langego. – Ten kształt to wiernie odwzorowana tak zwana Brama Bogów. Tylko że nie znajduje się ona w pobliżu tej piramidy, lecz w Andach, na terenie królestwa Inków. Dzieli je ogromna odległość. Nie wiadomo, kto ją wykonał na Ziemi ani kiedy. Tutaj jest wydrążona na wylot, a na Ziemi to jedynie wnęka w ogromnej, obrobionej na płasko skale, wysokiej i szerokiej na dwadzieścia kilka stóp. Rdzenni mieszkańcy nadal składają tam rytualne ofiary, wierząc, że jest to przejście do innego świata. A dla turystów… cóż, to tylko kolejna atrakcja.

Ich mechaniczny pomocnik wycofał się i zamarł na zewnątrz, wciąż oświetlając pomieszczenie.

– Dlaczego akurat tu ją umieszczono? – ponowiła pytanie Elen, zbliżając się i dotykając powierzchni skały. – Czy teraz możemy już ruszać?

Lange, mrucząc coś pod nosem, z wyraźnym wysiłkiem ostrożnie wspiął się pierwszy na próg. Za nim ruszyli Elen i Harry, którym pomagał w pokonaniu wysokości. Skafandry krępowały ich ruchy, co utrudniało wejście do wnętrza.

– Co skłoniło Obcych do umieszczenia jej właśnie w tym miejscu? – Zastanawiał się Harry, podobnie jak Elen.

To pytanie go nurtowało, ale nie potrafił znaleźć sensownego wyjaśnienia. Wewnątrz ściany i strop były wykonane z jednolitych, idealnie dopasowanych prostokątów. Nadzwyczaj gładkie, zdawały się być perfekcyjnie oszlifowane, a miejscami wręcz wypolerowane. Drżącymi w skafandrach dłońmi przesuwali po powierzchni, zastanawiając się, jaka cywilizacja mogła to wszystko stworzyć. Tylko posadzkę pokrywał kożuch pyłu. Przyklęknął na jedno kolano i tuż nad warstwą kurzu dostrzegł niewielką szczelinę, mierzącą może z ćwierć cala, ciągnącą się na całej długości jednego kamienia. Oświetlił przeciwną stronę i tam dostrzegł identyczną rysę.

– Tu jest ten fragment – wskazał dłonią John.

Wstał. Spośród innych ten jeden kawałek nie był gładki. Na oko mierzył około dwudziestu cali na dziesięć i był pionowo wpasowany w boczną ścianę, wyróżniając się na tle pozostałych. Dolna krawędź zaczynała się na wysokości klatki piersiowej człowieka. Całość mieniła się różnymi barwami, kłując wzrok nieprzyjemną, osobliwą plątaniną linii. Przyglądał się uważnie i tylko w jednym miejscu na krawędzi dostrzegł wąziutki rowek biegnący przez całą wysokość płytki, zakończony dużym okrągłym, punktem. Zbliżył się, a obraz zasnuł się woalem rzadkiej mgiełki. Podniósł dłoń do hełmu, jakby chciał przetrzeć oczy, po czym opuścił ją, uświadamiając sobie bezsens tego ruchu. Przybliżył się jeszcze bardziej, prawie dotykając wizjerem badanego obszaru, gdy cały świat spowiła gęsta, mleczna zasłona. Wewnątrz hełmu zapłonęło bladoczerwone ostrzegawcze światło, a w słuchawkach rozległ się alarmujący sygnał. Promieniowanie. Cofnął się zaskoczony, a w gałkach ocznych poczuł ostry, piekący ból. Znieruchomiał, pospiesznie mrugając powiekami. Powoli uczucie pieczenia ustąpiło, a zdolność normalnego widzenia wróciła.

– Niech on wyłączy reflektor, a wy też zgaście światła skafandrów – zadysponował niespodziewanie profesor, wskazując na łazik.

Bez żadnych pytań wykonali polecenie, zaintrygowani jego zachowaniem. Gdy tylko zapadła ciemność, ponownie przybliżył wizjer hełmu do płytki. Nie było żadnej reakcji.

– Okej. Można włączyć oświetlenie – powiedział z zadowoleniem w głosie, rozglądając się po wnętrzu. Pod sufitem dostrzegł podobne szczeliny, jak u podstawy ścian.

– O co tu chodzi, Harry? Co odkryłeś? – dopytywała zaciekawiona Elen.

– To światło aktywuje jakiś rodzaj promieniowania – oświadczył, przesuwając dłonią po powierzchni mozaiki. – Żeby ujrzeć, co to jest, trzeba patrzeć oczami twórców tego wszystkiego.

– Jak to oczami twórców? – zdziwił się Lange.

– Wydaje mi się… – zawiesił głos na moment – że to może być obraz stroboskopowy. Wszystkie te tysiące drobnych… nazwijmy je kryształków, emitują określony rodzaj promieniowania pod wpływem światła. Na pewno widzieliście naskalne rysunki obcych na Ziemi i ich duże, szeroko rozstawione oczy. Domyślam się, że jeżeli wykorzystalibyśmy coś na kształt nożycowej lornety, to zobaczymy wszystko wokół z zupełnie innej perspektywy. Nie jestem w tych sprawach fachowcem, ale wojskowi inżynierowie skonstruują takie urządzenie w krótkim czasie.

– Więc uważasz, że to jest obraz? – odezwała się Elen.

– Może coś więcej, ale jeszcze za wcześnie na formułowanie wniosków – odpowiedział tajemniczo. Otrzepując pył z kolan, dodał: – Warto, by nasz mechaniczny koleżka porobił kilka zdjęć pod różnymi kątami i przeanalizował widmo promieniowania, jakie wydzielają kryształy pod wpływem światła.

Wrócili do transportera, czekając, aż robot zakończy pracę.

– Skąd przyszło ci do głowy, że to stroboskopowy obraz? – zapytała zaciekawiona, gdy tylko zdjęli hełmy – Widziałeś już coś takiego?

– Nie, nie widziałem – odpowiedział, podczas gdy Lange przysłuchiwał się ich rozmowie z zainteresowaniem. – Ale zwróciliście uwagę, że to są tysiące, a może i dziesiątki tysięcy drobnych, ledwo dających się rozróżnić punkcików reagujących na światło. Może warto spróbować stworzyć coś na kształt takiego wizjera z regulowanym rozstawem. To chyba nie jest specjalnie skomplikowane – kilka luster, pryzmatów, kamer czy sensorów, a do tego przesłony na różne rodzaje promieniowania… Ale to tylko moje domniemania, nie znam się aż tak na optyce.

– Myślę, że w ciągu kilku dni mogliby nadesłać nam z Ziemi prototyp – zauważył ostrożnie John.

– Jak długo jesteśmy poza bazą? – zapytał Harry, zmieniając temat.

– Mija piąta godzina.

– Czy w pobliżu jest jakiś wielościenny obiekt, taki jak w Puma Punku? Najlepiej, żeby znajdował się na drodze powrotnej – zasugerował. – Raczej nie zdążymy dzisiaj tam dojechać.

Lange pochylił się nad monitorem i przez dłuższy czas milczał, przeglądając mapy w skupieniu.

– Jeżeli zboczymy z powrotnej marszruty o około pięć mil – zaproponował, nie odrywając wzroku od ekranu – to pod Partenonem stoi jedna uszkodzona sztuka, prawdopodobnie uderzona meteorytem.

– No to ładuj, kolego, robota i ruszamy. Mam nadzieję, że zmieścimy się w wyznaczonym przez komandora limicie czasu – zdecydował z entuzjazmem.

– Dobrze, ale najpierw coś zjemy – niespodziewanie zadecydował porucznik, wręczając im niewielkie srebrzyste pakunki. – To racje żywnościowe – wyjaśnił. – A kawa jest w termosach. Dostałem ścisłe polecenia, jak o was dbać – dodał, uśmiechając się niepewnie na widok ich zaskoczonych min. – Komandor by mi nie wybaczył, gdybym to zignorował.

Pomimo protestów obojga Lange nie ustąpił. Odmówił dalszej jazdy, dopóki ich nie nakarmił.

– Podobne porcje dostają astronauci z NASA i żołnierze – wyjaśnił, podczas gdy oni z nieufnością przyglądali się zawartości opakowań. – Na pewno zawierają dostateczną ilość kalorii, a smakują… Moja zupełnie jak szynka – dodał po chwili, przeżuwając pierwszą kostkę z opakowania.

          Konsumowali w milczeniu, jakby to była kara. Pół godziny później Lange zasiadł za kierownicą, przesłał do bazy meldunek, w którym podał planowaną trasę, i ruszyli w drogę powrotną.

          Podróż przez gruzowisko nie należała do najprzyjemniejszych. Trzeba było uważać, by nie odgryźć sobie języka, a chwilami mieli wrażenie, że niedawno spożyte wiktuały mają znowu w gardle. Co jakiś czas z ust Elen padało cicho wypowiadane: Jezu! Na co ja się dałam namówić. Tylko John zdawał się być zrobiony z innego materiału – bez słowa skargi czy przekleństwa znosił to wszystko ze stoickim spokojem.

          – Wiesz, co najbardziej mnie zastanawia? – zwrócił się do Elen profesor, gdy podskoki transportera nieco złagodniały. – Po co Oni to zbudowali? To wszystko nie ma logicznego sensu. Budowle, które powstały w Azji i Europie, mieszają się z egipskimi piramidami, a obok stoją obiekty z Ameryki i Mezopotamii. Bez żadnego czasowego lub miejscowego usystematyzowania. Zupełnie jak bezładnie postawiona na dywanie kolekcja architektonicznych konstrukcji z klocków Lego.

          – Jeżeli dokumentowali wszystkie znaczące w historii ludzkości centra i kompleksy – odezwała się zamyślona Elen – to ciekawe, czy skopiowali też bibliotekę aleksandryjską?

– Docieramy na miejsce – poinformował Lange, przerywając ich rozmowę.

Pojazd z wyraźnie słyszalnym wysiłkiem silników parł naprzód, pokonując niewielkie, ale strome wzniesienie. Na szczycie zawahał się i gwałtownie pochylił do przodu, jakby chciał runąć w przepaść bez dna, a potem z przesadną ostrożnością zjechał z pochyłości i zastygł w bezruchu.

– Oto on – rzekł, wstając zza pulpitu i z uśmiechem zadowolenia rozprostował plecy.

Zbliżyli głowy do okna. Na niewielkim wzniesieniu stała świątynia Ateny w panującym półmroku – masywna konstrukcja przytłaczała nadludzkim milczącym majestatem. Z tej odległości dostrzec można było uszkodzenia na stojących w szeregu kolumnach. Odłupane kawałki walały się wokół. W połowie drogi między Fidiaszowskim dziełem a transporterem stał wielościenny rozłupany w połowie interesujący ich obiekt.

– Tak się zastanawiam – kontynuowała Elen, spoglądając przez okno – że gdybyśmy ustalili wiek najmłodszej struktury, to moglibyśmy określić, kiedy Oni to wszystko zostawili. Wydaje mi się, że powodem Ich… – zawahała się – ucieczki mógł być rój meteorów. Na wszystkich obiektach, które mijaliśmy, najwięcej śladów uderzeń jest zawsze z tej samej strony.

– Możesz mieć rację. Taka hipoteza wydaje się słuszna – potwierdził, mrużąc oczy.

– To jak? Najpierw wysyłamy naszego metalowego kolegę na rekonesans, a potem sami pomyszkujemy? – zwrócił się do porucznika, odsłaniając w uśmiechu równe, białe zęby.

– Już się tym zajmuję – odpowiedział, zasiadając na powrót za konsolą sterowania.

Ich zwiadowca w niewielkiej odległości okrążył obiekt i przesłał pomiary.

– Ma około trzydzieści stóp długości – odczytywała z ekranu – jest szeroki i wysoki na około dziesięć. Stoi na sześciu, a może ośmiu punktach podparcia.

Uważnie wpatrywali się w przekaz wideo. Ocalały fragment pokryty był czymś przypominającym płytki, zachodzące jedna na drugą. Harry’emu skojarzył się z Pangolinem rozerwanym na pół. Każda z nich miała skomplikowany, różniący się wzór, niepodobny do niczego, co znali. Te symbole zdawały się lekko świecić w panującym półmroku. Wokół leżały rozrzucone drobne, poskręcane odłamki nieznanych urządzeń oraz cienkie kolorowe rurki. Gdzieniegdzie w świetle reflektorów błyszczały kawałki potłuczonych, bezbarwnych kryształów.

John zmienił położenie kamery i zajrzeli do rozbitego wnętrza. Plątanina różnokolorowych przewodów i rurek pokrytych szkliwem przechodzących przez czarne, kanciaste zgrubienia. U dołu przełamana na pół masywna tuleja ze śladami nadtopienia. Z boku dało się dostrzec fragment przypominający ramię ze szczypcami, nienaturalnie skręcone pod wpływem uderzenia. Na zbliżeniu widać było, jak światło odbija się od czarnej jak smoła cieczy, z której wystawała regularna struktura z cienkich, błyszczących się w blasku reflektora przewodów lub prętów. Przypominała dużą, gęsto nawiniętą cewkę.

Robot zbliżył się o kilka stóp, chcąc zawęzić i uszczegółowić obraz z kamery, gdy nagle ekran w transporterze eksplodował purpurowym, pulsującym ostrzeżeniem przed promieniowaniem. Natychmiast zadziałały mechanizmy ochronne, a maszyna wycofała się poza skażony obszar i zamarła. Cała trójka milczała, zaskoczona.

          – No to nici ze szperania w starociach – skwitował rozczarowany Harry.

          – To mi wygląda na jakąś maszynę – zastanawiał się na głos profesor – Chyba bardziej to zainteresuje Jana i Browna niż nas. A swoją drogą, ciekawe, do czego mogła służyć? – Ale ale… Nie zauważyłem nigdzie na pancerzu mozaiki, o której wspomniałeś?

          – Źródłem zasilania tego czegoś była chyba jakaś reakcja jądrowa – wtrącił John, a następnie dodał: – A tak, na ocalałych umieszczone są one w miejscu, które tutaj jest zniszczone.

          – Myślę, że masz rację – skwitował po chwili zastanowienia profesor. – Ale to znaczy, że pozostałe, nieuszkodzone, są w stanie czegoś na kształt uśpienia, skoro mają własne zasilanie. To bardzo ciekawe.

          – Czyli możemy wracać? – spytała Elen; w jej głosie słychać było zmęczenie. – Jak na jeden dzień chyba wystarczy zwiedzania, panowie. – A tak przy okazji, to Partenon jest piękny na tle gwiazd w takim półmroku – stwierdziła niespodziewanie. – Ciekawe, czy i tu stoi posąg Ateny ubrany w złoto.

John spojrzał na wyświetlacz zainstalowany w pulpicie, który odmierzał czas do wyznaczonej godziny powrotu.

– Tego już dzisiaj nie sprawdzimy. Kończymy wyprawę i wracamy do bazy.

Odczekali jeszcze kilka minut, nim usłyszeli wyraźny dźwięk zatrzasków mocujących ich pomocnika do kompozytowej konstrukcji nadwozia. Gdy zielona ikona symbolizująca robota zapłonęła na pulpicie sterowania, porucznik uruchomił silniki i transporter, kołysząc się jak kaczka, z piskliwym jękiem skarżących się amortyzatorów, ruszył w drogę powrotną.

* * *

Wspólna kolacja stworzyła okazję do dzielenia się spostrzeżeniami z wypraw oraz stawiania tez. Frank poinformował, że obejrzeli dwie komory zlokalizowane w piramidach egipskich, ale nie dostrzegli nic szczególnego w ich budowie. Sugerowali, że mogą służyć jako miejsca schronienia dla istot przebywających na zewnątrz, stworzone specjalnie na wypadek jakiegoś kataklizmu. Obejrzeli również nietypowe płytki na ścianach pomieszczeń, ale nie wyrobili sobie na ich temat żadnego zdania. Z tym większym zainteresowaniem słuchali spostrzeżeń Harry’ego. Zgodzili się z Elen, że powodem opuszczenia tego miejsca mogło być zagrożenie meteorytowe. Mac Alister żywo zainteresował się koncepcją określenia daty exodusu obcych na podstawie wieku budowli. Obiecał natychmiastowe wprowadzenie takiego parametru do maszyn katalogujących artefakty. Carmora, w imieniu swoim i Browna, stwierdził, że bez danych z wysłanych do wnętrza robotów nie są w stanie niczego jednoznacznie określić. Pozostawało tylko czekać na ich powrót.

Opisany przez Johna i Harry’ego rozbity wielościan Jan miał zamiar osobiście zbadać nazajutrz. Najbardziej zaintrygowała wszystkich wysunięta przez Thompsona koncepcja „okularów” – do tego stopnia, że komandor przerwał posiłek i natychmiast udał się do centrum łączności, by przekazać tę informację na Ziemię. Zarówno Elen, jak i Frank zgodnie uznali, że podróże przez to gruzowisko są koszmarem, czym wywołali ogólne rozbawienie. Kolejne osoby odchodziły od stołu, udając się na spoczynek. Elen i Harry wrócili do kwatery, pozostawiając Mac Alistera i Browna, którzy próbowali po raz kolejny wyciągnąć od Jana szczegóły na temat sposobu podróży z Ziemi na Dysk.

Dni wypełniały wyprawy do kolejnych wytypowanych obiektów, ale każdy cel okazywał się martwy, pogrążony we wszechobecnej ciszy. Ciszy, która ich przygniatała niewidzialnym ciężarem. Nieświadomie rozmawiali między sobą szeptem, tak jakby oczekiwali, że niespodziewanie z ciemności wyłonić miał się Obcy.

Jak dotąd nigdzie nie znaleźli najmniejszej wskazówki, kim byli Oni. Harry dostrzegł jednak pewną prawidłowość: przy każdym kompleksie lub występującej samotnie na Ziemi budowli stał prawie zawsze jeden wielościenny przedmiot. Okazało się, że nie wszystkie były tej samej wielkości. Niektóre były o połowę mniejsze od zbadanego pod Partenonem. Carmora, po przeprowadzeniu badań rozbitego obiektu, był przekonany, że to bardzo skomplikowane maszyny. Kilka poskręcanych fragmentów roztrzaskanej obudowy, które zabrano do analizy, okazało się wykonane z nieznanego metalicznego stopu. Wysłano je do Newady, aby tam specjaliści ustalili ich skład chemiczny. Gdy zapadła cisza, Brown poinformował o wynikach analizy próbek zebranych w różnych miejscach. Dysk i wszystko, co się na nim znajdowało – za wyjątkiem wielościanów – wykonano z tego samego materiału.

– Jest to kompozyt – stwierdził – łączący ceramikę, metal i prawdopodobnie jakiś nieznany pierwiastek, zsyntetyzowany w sposób sztuczny.

* * *

Duże wrażenie na Elen i Harry’m zrobiła wyprawa do Angkor Wat, największej świątyni w całym kompleksie Angkor, postawionej ku czci boga Wisznu. Złożoność i ogrom konstrukcji, nieprawdopodobne rzeźby, a przede wszystkim odtworzona z pieczołowitością wielostopowa płaskorzeźba, przedstawiająca sceny z eposów indyjskich oraz z życia dworu, zapierała dech w piersi. W centrum natknęli się na posąg Boga Wisznu jadącego na grzbiecie garudy. Chociaż w świetle reflektora mienił się złotym kolorem, wykonany był z tego samego materiału co Dysk. Każdy detal, fragment wystroju czy ubiór postaci zachował pełną kolorystykę zgodną z oryginałem. Zwiedzali przez kilka godzin, co było jedynie namiastką czasu potrzebnego do zapoznania się z tymi dziełami sztuki. Na terenie zauważyli aż cztery różnej wielkości wielościany, które omijali z przesadną ostrożnością. Nigdzie jednak nie dostrzegli podobnej mozaiki, jak ta napotkana w badanej komorze. Gdy mieli już wracać, ulegli namowom Elen i zahaczyli o leżące kilka mil dalej Khajuraho. Wędrując ciemnymi alejkami w towarzystwie nieodłącznego robota, przyglądali się misternym rzeźbom na ścianach świątyń. Sceny będące istotą Kamasutry, kobiety i mężczyźni spleceni w zmysłowych pozach, odtworzone z wyrafinowaną precyzją pozycje seksualne, na które natykali się w każdym fragmencie świątyni, budziły mieszane uczucia u obojga.

– Wiecie, czego mi tu najbardziej brakuje? – Panującą ciszę przerwała Elen, gdy wyszli z wnętrza świątynnego kompleksu. – Zieleni… drzew, krzewów, pnączy, trawy, szemrzącej wody… łopotu skrzydeł ptaków wzbijających się do lotu… ich śpiewu, a najbardziej światła słonecznego… Tego wszystkiego, co na Ziemi stanowi tło i podkreśla urok tych miejsc.

John i Harry nie odezwali się. Rozumieli, co miała na myśli – że wszystko sprawia wrażenie pustego, aseptycznego, wręcz z chirurgiczną precyzją odtworzonego w każdym najdrobniejszym detalu, a jednak zdaje się być obce i nieludzkie.

– Smutne jest tutaj dziedzictwo ludzkości – szepnęła Elen. – Martwe i bezduszne.

* * *

Późnym wieczorem – według przyjętego cyklu czasowego na Dysku – Harry siedział na łóżku, delektując się wszystkimi krzywiznami kobiecego ciała. To wszystko między nimi toczyło się naturalnie, bez pospiechu. Pewnej nocy po prostu wsunęła się bez słowa do jego łóżka. Przytuliła się, opierając głowę na jego piersi i tak zasnęła. Z każdym kolejnym wieczorem pozwalała na coraz bardziej intymny dotyk, sama nie pozostając bierną.

– Niedostępny Thompson – szepnęła, siedząc mu na kolanach.

– Co takiego? – zapytał, wyraźnie zaskoczony. – Skąd ci to przyszło na myśl?

– Och! – westchnęła, przesuwając dłonią po jego włosach. – Na studiach z dziewczynami próbowałyśmy usidlić wybranych wykładowców. No wiesz, coraz krótsze spódniczki, dekolty do pasa i różne takie tam umizgi. Prędzej czy później ofiara lądowała w łóżku z którąś z nas. Tylko jeden profesor pozostawał obojętny na nasze zabiegi. Już nawet zaczęłyśmy podejrzewać, że jest gejem.

Poprawiła mu się na kolanach, bo coś wyraźnie zaprzeczające tej teorii naciskało na jej pośladek.

– Że niby ja miałbym być gejem!? – nieznacznie podniósł głos z nieudawanym oburzeniem.

– Każda z nas próbowała cię usidlić, a Harry miał to gdzieś – stwierdziła z nutą rozrzewnienia, a następnie dodała: – I która z nich uwierzyłaby dzisiaj, że po tylu latach zaciągnęłam go do łóżka?

Obejmował ją w pasie, podczas gdy drugą dłonią muskał jej sutek.

– Moja matka umierała na raka – powiedział z goryczą w głosie – a ja nie mogłem w żaden sposób pomóc. Lekarze rozkładali bezradnie ręce. Chemia zabijała ją na moich oczach. Gdy zmarła, była lekka jak nastolatka.

Przesunął dłoń na jej udo i gładził je bezwiednie, błądząc myślami we wspomnieniach.

– Ciągle robiłem sobie wyrzuty, że za mało się staram. Nie dostrzegałem tego, o czym mówisz, bo byłem wciąż przy niej – zadumał się, mrużąc oczy.

Zbliżyła usta do jego warg i delikatnie go pocałowała:

 – Nie dręcz się już.

Zsunęła się z niego.

 – Jak prawdziwi naukowcy, bo w końcu takimi jesteśmy – zaczęła poważnym tonem, stojąc przed nim naga – powinniśmy się zająć zbadaniem istoty tego nieznanego zjawiska, które tak uparcie naciskało na moje pośladki.

Uklękła przed nim i wyłuskała mu z bokserek zagadnienie, o którym mówiła.

– Wyraźnie daje się dostrzec, profesorze, że ten antyk czegoś się dopomina.

Musnęła powoli językiem, równocześnie niespiesznie przesuwając lekko zaciśniętą dłonią po całej jego długości. Zachichotała, niczym urwis zadowolony z udanego psikusa i miękkimi wargami objęła rzekomy artefakt. Odchylił się na łóżku i zamknął oczy, chłonąc tę chwilę całym swoim jestestwem.

Do drzwi rozległo się pukanie. Zamarli w bezruchu. Elen jak spłoszona sarna czmychnęła do łazienki. Zdezorientowany Harry wstał, poprawił spodenki i ruszył do wejścia. Uchylił drzwi śluzy. Stojący za nimi żołnierz odezwał się:

– Pan komandor zaprasza do sali odpraw.

– Co się stało? – spytał odruchowo. – Tak późno?

– Podobno to coś superważnego – oznajmił, a będąc już w głębi korytarza, dorzucił: – Wszyscy są wzywani.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Dobry wieczór,

nieodmiennie podoba mi się pomysł i koncepcja tego cyklu – eksploracja obiektów Obcych, próba zrozumienia nieludzkiego rozumu, który je wzniósł. Jednocześnie czuję, że opowieść nieco traci tempo. Kolejne odkrycia naukowców są dość hermetyczne i mam wrażenie – ciekawsze dla nich, niż dla mnie jako czytelnika.

Mam nadzieję,że kolejny rozdział – jak rozumiem, środkowy (czy opowieść dalej jest planowana na siedem części?) przyniesie jakiś duży zwrot akcji. Albo uchyli choćby rąbka tajemnicy dotyczącej twórców struktur wypełniających powierzchnię Dysku.

Przydałoby się też bardziej wyraziste nakreślenie postaci naukowców – oprócz Harry’ego i Elen pozostali tracą nieco swój indywidualizm i zlewają mi się w szary tłum stanowiący tło dla głównych bohaterów i kochanków. Miło, że na końcu pojawiło się nieco erotyzmu i dowiedzieliśmy się trochę o przeszłości tej pary. Taki ludzki „touch” bardzo pomaga w polubieniu postaci, które odrywają się nieco od swojego celu i fabularnego przeznaczenia i mają chwilę, by nieco pooddychać.

Czekam więc na cd i zapowiedziane rewelacje Komandora. Liczę, że tym razem to będzie coś naprawdę wow 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Wciąż nie rozumiem, co tak zszokowało Elen na końcu poprzedniego rozdziału. Temu natomiast całkiem brak dramatyzmu. I obawiam się, że tak pozostanie póki naukowcy będą eksplorować jedynie martwe, puste budowle, gdzie największe zagrożenie to promieniowanie. Najwyższa pora, by coś zaczęło się dziać.

Ok, przeczytałem 3 rozdziały. To kiedy zacznie się coś dziać? 🙂

Nadal dobre, twarde SF, sztafaż, artefakty obcych, liczne zagadki do rozwiązania. Rozwinięty nieco bardziej niż poprzednio wątek romantyczny (czyżby od wpływem eksploracji światyni Kamasutry?). Liczę na uchylenie rąbka tajemnicy w kolejnym odcinku.

Leave a Comment