
Źródło: StockCake
Niniejsze opowiadanie jest fikcją literacką. Podane procedury i sposoby działania mogą odbiegać od rzeczywistości. Elementy ceremoniału, po części odpowiadają rzeczywistości.
6 stycznia 2010, Nowy Sącz.
Biodra Lidii delikatnie się poruszały. Przyjęta pozycja na jeźdźca dawała jej pełną kontrolę nad trwającym aktem miłosnym. Ubrana w zakupiony niedawno w sex-shopie strój pielęgniarki wyglądała zmysłowo i powabnie. Pieściłem jej piersi, nadal jeszcze jędrne i krągłe. Jęczała cichutko.
– Mocniej siostro, mocniej – poprosiłem.
Lata małżeństwa spowodowały, że pragnęliśmy dodać pikanterii pożyciu. Kupiony na gwiazdkę prezent temu właśnie miał służyć.
– Oczywiście doktorze – odparła, przyśpieszając ruchy biodrami.
Korzystaliśmy z okazji, że zostaliśmy sami w domu. Starsza córka, Kinga, dwudziestoletnia pannica, była u swojego chłopaka, dziewiętnastoletni syn Jakub przebywał u dziewczyny. W domu, w tej chwili prócz nas, przebywała jeszcze suka Gaja. Opiekowała się piątką kilkutygodniowych szczeniąt. Przecudne psiaki dokazywały, nie dając jej chwili wytchnienia.
Od kilkunastu lat pracowałem w grupie poszukiwawczo-ratunkowej PSP na etacie przewodnika psa gruzowego. Obecnie to właśnie Gaja była tym psem. Czteroletnia, średniej wielkości suczka rasy gończy słowacki, była rzadkością wśród ratowniczych czworonogów. Sam ją kupiłem od znajomego myśliwego, gdy była dziesięciotygodniowym szczeniakiem. Pomimo oporów mojego przełożonego postanowiłem, że dokonam jej certyfikacji.
– Ukończyła z wyróżnieniem – tryumfowałem, wręczając kapitanowi stosowny dokument.
Przekazałem jej poprzednika, Zeusa młodszemu koledze. Jego miejsce od dwóch lat zajmowała Gaja.
Do grupy dostałem się „tylnymi drzwiami”. Ukończyłem studia z zakresu behawiorystki zwierząt i kynologii. Mając takie wykształcenie, złożyłem podanie, i o dziwo, zostałem przyjęty. Krótki kurs w szkole chorążych PSP umożliwił zostanie pełnoprawnym strażakiem i zapewnił miejsce w korpusie aspirantów. Pracowałem ze wspaniałymi ludźmi, którzy byli w pełni oddani służbie.
Lidka znalazła zatrudnienie w szpitalu. Podobnie jak ja, wykonywała pracę, która kochała. Od paru lat była oddziałową na „noworodkach”. Całe serce oddawała tym małym i kruchym istotkom.
Szczęśliwym małżeństwem byliśmy od pamiętnego 1989 roku. W 2007 roku wyprowadziliśmy się wreszcie od moich rodziców i zamieszkaliśmy wraz z dziećmi w nowym domu na obrzeżach miasta.
Zbliżaliśmy się do finału miłosnych igraszek. Lidia przyspieszyła tempo i głębokość penetracji. Oboje doświadczaliśmy przyjemnego mrowienia i pierwszych rozkosznych dreszczy. Czułem, jak pulsuje jej wnętrze, słyszałem, jak coraz głośniej pojękuje i głęboko oddycha. Fala silnego orgazmu uderzyła w nas jednocześnie. Jęczeliśmy, a może wręcz krzyczeliśmy. Usłyszałem przytłumiony huk. Był silny, zadrżały szyby w oknach, a cały budynek lekko zadrgał. Po wszystkim leżeliśmy obok siebie.
– Czułeś, ziemia zadrżała jak wtedy – zauważyła.
– Tak – odparłem, lecz coś mi mówiło, że nie jest to dobry znak.
– To zawsze zwiastuje coś dobrego i wiesz, co ci powiem… – zaczęła – Będziemy dziadkami, Kinga jest w ciąży – dokończyła radosną nowinę.
Znów coś huknęło i dom ponownie zadrżał. Wiedziałem już na sto procent, że nie wróży to nic dobrego. Lidia też się przestraszyła. Położona na nocnej szafce służbowa komórka zawibrowała.
– Słucham Grabarczyk – rzuciłem.
– „Szrama”, zrywaj się, mamy robotę, runęły dwa bloki mieszkalne w mieście, chłopaki już po ciebie jadą – poznałem głos Olgierda, mojego przełożonego.
Poderwałem się z łóżka, przerażony tą wiadomością. Za oknami dał się słyszeć stłumiony odgłos syren alarmowych.
– Dostaniesz Aresa, zabieraj klamoty, nie wygląda to dobrze, ogłosili „Charlie” – relacjonował dalej.
– Nie, nie chcę Aresa, biorę Gaję – zaprotestowałem.
– Ona nie ma certyfikatu – zauważył kapitan.
– Ma, ma jeszcze do końca dzisiejszego dnia – wyprowadziłem go z błędu.
Zakończył rozmowę. Żona z przerażeniem w oczach patrzyła na mnie.
– Ogłosili „Charlie”, runęły dwa bloki mieszkalne u nas, jadę – poinformowałem.
Pospiesznie zrzucała z siebie przebranie i w ciszy nakładaliśmy bieliznę. Pierwszy opuściłem sypialnię. Z szuflady przedpokoju wyciągałem szelki i smycz dla psa. Gaja momentalnie to zauważyła i po chwili siedziała obok mnie. Wiedziała, że jedziemy „na robotę”. Szczenięta spały spokojnie na posłaniu. W pospiechu zakładałem służbowy uniform. Odezwała się moja prywatna komórka. Dzwonił syn.
– Tato wiesz? – zapytał.
– Tak, jadę do remizy – odparłem krótko, nie chcąc tracić czasu.
– Ja też, to do zobaczenia i uważaj na siebie – rzucił.
– Ty też syneczku – odparłem i się rozłączyłem.
Jakub należał do OSP. Podobnie jak ja dostał rozkaz stawiennictwa. Szykowała się ciężka noc.
– Zostań, mam złe przeczucia – usłyszałem głos ukochanej i poczułem jak łapie mnie za rękaw.
– Wiesz, że nie mogę – odparłem.
Zadzwonił jej telefon komórkowy. Z trwającej rozmowy wywnioskowałem, że ją też wzywano. Spojrzałem przez okno. Pod bramę domu podjeżdżał służbowy Land Rover Defender. Nie chcąc przerywać żonie rozmowy pocałowałem ją w czoło. Zabrałem ze sobą psa, plecak przewodnika i opuściłem dom. Jeżeli ktoś przeżył wypadek, każda sekunda była teraz cenna.
+++++
Lidia zakończyła rozmowę. W trybie alarmowym wzywali ją do pracy, jak dziesiątki innych członków personelu szpitala. Z przerażeniem zorientowała się, że męża już nie ma.
– Boże, nie ucałowałam go na pożegnanie – jęknęła.
Mieli taki swój rytuał przejęty od Jadzi. Całowali się nawzajem w czoło, gdy się rozstawali. To miało przynieść każdemu z nich szczęście i pewność, że się znowu spotkają. Przez cholerny telefon i pośpiech Rafała nie zdążyła złożyć pocałunku.
– Rafał, kochanie! – krzyknęła, wybiegając na podwórko.
Siedział z psem w pojeździe, a ten już zawracał. Nie zdołała go pożegnać. Zrobiła tylko ręką znak krzyża.
– Wróć kochany, wróć – krzyknęła w kierunku znikającego w mroku zielonego Defendera.
Miejsce katastrofy, 20 minut od wybuchu.
Po pobraniu z remizy specjalistycznego sprzętu i wyposażenia przebijaliśmy się przez utworzony naprędce kordon ochronny. Wypracowane latami procedury współpracy służb teraz procentowały. Ze wstępnych informacji zasięgniętych na remizie wiedzieliśmy, że sytuacja jest poważna. Czekała nas ciężka i pracowita noc.
– Kurwa człowieku, przepuszczaj i nie pierdol – zwyzywał miejskiego strażnika Sebastian, przewodnik Hektora.
Pojazd ruszył. Ze Strażą Miejską współpracowało się najciężej. Miałem wrażenie, że w większości trafiają tam osobnicy o inteligencji szympansa. W pojeździe prócz kierowcy było nas sześciu Dwóch przewodników z psami i czterech ratowników. Na jednostce z naszej grupy nie pozostał nikt. Zgodnie z procedurami pozostała tylko jedna jednostka ratowniczo-gaśnicza (JRG).
Wlekąc się niemiłosiernie, w końcu dotarliśmy na miejsce katastrofy i naszym oczom ukazał się apokaliptyczny widok. Zniszczone oba bloki wytworzyły ogromne gruzowisko, sięgające wysokością do poziomu pierwszego piętra. Wszędzie rozwijały się zastępy strażaków; zawodowych i ochotników. Wojsko rozstawiało namioty i czekało w gotowości z ciężkim sprzętem. Medycy segregowali rannych, którzy zdołali sami wydobyć się z ruin. Co chwila na sygnałach przyjeżdżały i odjeżdżały pojazdy służb ratunkowych. Zatrzymaliśmy się przy stanowisku dowodzenia, dużym namiocie, gdzie znajdowało się wszystko, co było niezbędne do działania. Weszliśmy do środka.
– Ustawcie się tam – rozkazał kapitan Olgierd, wskazując nam miejsce.
– Dwa zniszczone przez wybuch niewiadomego pochodzenia bloki mieszkalne, czteropiętrowe. Istnieje podejrzenie ataku terrorystycznego. Nasi żołnierze, jak wiecie, są na misji w Iraku i Afganistanie. Zła wiadomość – nie dostaniemy wsparcia. Wszędzie ogłosili „Charlie”. W drodze są strażacy z OSP z naszego powiatu. Wszędzie się boją, że to, co stało się tutaj, może stać się i u nich. Mamy trzy psy, po północy zostają dwa. Niedługo nasze wozy specjalistyczne oświetlą teren akcji. Na razie jest blisko trzydzieści ofiar i ta liczba będzie rosnąć. Dobra wiadomość to taka, że ponad piętnaście osób przeżyło i mam nadzieję, że ta liczba teraz wzrośnie. Na południe od gruzowiska koledzy z OSP walczą z pożarem w pobliżu stacji paliw. Nie dopuszczą, by eksplodowały podziemne zbiorniki z paliwem i gazem. Prąd, gaz odcięty. Geofony wariują i nici z ich wsparcia. Sektory pracy dla przewodników jak na rysunku. Ares już tropi. Pracujecie do upadłego, dopóki pies da radę. Pytania? – Olgierd był jak zwykle profesjonalny, potrafił treściwie i bez wodotrysków przedstawić sytuację.
Pytań nie było. Każdy wiedział, jaka jest jego działka. Teraz każda sekunda była na wagę złota.
– Znak wywoławczy „Foxtrot 1” – usłyszałem od łącznościowca.
Ten wypadek nie mógł przytrafić się w gorszym czasie. Zazwyczaj mieliśmy w grupie siedem psów. Cztery z nich, dzisiaj po południu wraz z przewodnikami pojechało na certyfikację. Pozostało niezbędne minimum określone procedurami.
– „Szrama” zostań – polecił mi dowódca.– Wiesz, że nie powinieneś pracować z Gają, oszczeniła się, może mieć gorszy węch, przepuści, bierz Aresa – walnął prosto z mostu.
Nie brałem takiej opcji pod uwagę. Ares był labradorem, który pracował niestarannie. Przepuszczał cele na szkoleniach i szybko się męczył. Miał opinie najgorszego psa w grupie.
– Wiesz, że jestem twoim najlepszym przewodnikiem i że przyjechałem tu z najlepszym psem – rzuciłem.
Uśmiechnął się, wiedząc, że miałem opinie wytrawnego przewodnika i najdłuższy staż.
– A ty dobrze wiesz, że mam do ciebie słabość, zmykaj, po północy przejmujesz Aresa – odparł i wszystko stało się jasne.
Opuściłem namiot i ściągnąłem z suki szelki. W tym kłębowisku gruzu i żelastwa mogła o coś zahaczyć i utknąć w szczelinach na dobre. Spojrzałem w jej ślepia i widziałem w nich wolę pracy. Była zawziętym stworzeniem, nie przepuszczała nawet śladowego zapachu. Odważna, karna i zdyscyplinowana. Nigdy mnie nie zawiodła i miała jeszcze jedną zaletę w porównaniu do większych od niej labradorów – mogła wejść tam, gdzie one, ze względu na masę i wzrost, nie potrafiły.
– Tu „Foxtrot 1”. W sektorze, rozpoczynam działania – zameldowałem i dałem psu komendę do pracy, a ta pomknęła jak wystrzelona z procy.
Wozy oświetleniowe omiotły snopami światła rumowisko. W tym blasku wyglądało to przerażająco.
– Tu „Foxtrot 4”. Dawajcie „Tango” – usłyszałem i wiedziałem, że Hektor już namierzył żywego człowieka.
– Zuch pies – mruknąłem sam do siebie.
– Tu „Tango 2”. Przyjąłem – odpowiedzieli ratownicy.
„Tango” było kryptonimem ratowników, „Foxtrot” – przewodników, „Golf” to byli chłopaki od geofonów. Dowództwo miało kryptonim „Hotel”.
Zapaliłem czołówkę na hełmie i dostrzegłem, że pies sumiennie pracował na gruzach. Nie poganiałem partnerki. Na efekty jej pracy nie musiałem długo czekać. Po kwadransie usiadła i szczekaniem dała znać, że kogoś znalazła.
– Tu „Foxtrot 1”. Dawajcie „Tango” – zgłosiłem.
– Tu „Tango 1”. przyjąłem – odezwali się przypisani do mnie ratownicy.
Nie musiałem wysoko wspinać się na gruzowisko, moment i byłem przy czworonogu.
– Dobry pies, szukaj dalej – pochwaliłem, głaszcząc ją po pysku.
Ruszyła, a ja zacząłem rozgrzebywać rumowisko w zaznaczonym miejscu. Niewielkim szperaczem o dużej mocy oświetliłem odgruzowaną połać i dojrzałem, tam w dole, przerażone spojrzenie młodej kobiety. Mogła być w wieku mojej córki.
– Wszystko w porządku, ratownicy już po panią idą, Może się pani poruszać, nie jest pani ranna? – rzucałem standardowe pytania.
Była w szoku. Nic nie odpowiedziała, a ja dostrzegłem zbliżających się ratowników. Wskazałem im miejsce i wróciłem do pracy.
Teraz to oni przejmowali poszkodowaną, a moja obecność była zbędna. Wzrokiem omiotłem otoczenie, szukając Gai, była, wspinała się coraz wyżej.
Stanowisko dowodzenia (HQ) grupy poszukiwawczo-ratowniczej.
Olgierd zdał sobie sprawę, że sytuacja staje się coraz bardziej poważna. Dostał rozkaz, by przekazać chłopaków z „Geo” do pomocy jednostce ratowniczo-gaśniczej. Wszystkie jednostki OSP, jakie miały ich wesprzeć z powiatu, utknęły w korkach na rogatkach. W mieście wybuchła panika i momentalnie zablokowały się wszystkie arterie wylotowe. Zdołały dotrzeć jedynie wozy z dmuchawami.
Dwie jednostki OSP z miejsca katastrofy przesunięto jako ubezpieczenie tymczasowych lądowisk dla śmigłowców lotniczego pogotowia ratunkowego (LPR), poszukiwania i ratownictwa (SAR), Combat SAR i innych.
Zimową porą dla przysypanych ludzi są trzy zabójcze czynniki – uciekający czas, niska temperatura i brak powietrza. Należało jak najszybciej rozwinąć system dmuchaw i wtłaczać w gruzowiska ciepłe, świeże powietrze. Z bólem serca przekazał jako wsparcie do tych działań dwie sekcje ratowników. Szczęśliwie dostał do dyspozycji jedną sekcję wojskowych paramedyków z doświadczeniem po misji w Iraku z miejscowej jednostki wojskowej.
– Tu „Hotel” do wszystkich „Foxtrotów”. Wycofuję „Tango 1” i „Tango 3” – rzucił w eter.– „Foxtrot 1” dostajesz zamiast „Tango1” „Zulu” – dodał, wskazując, że wojskowi mają obsługiwać zgłoszenia Rafała.
Spojrzał na zegarek. Pracował już tu ponad dwie godziny.
– Tu „Foxtrot 1”. Zrozumiałem. Dostaję „Zulu” – usłyszał od „Szramy”.
+++++
Cokolwiek mogło to znaczyć, odwołanie dwóch zespołów ratowników nie rokowało niczego dobrego i sugerowało, że musiał tam być niezły Sajgon. Kątem oka dojrzałem naszych chłopaków rozstawiających system dmuchaw.
Gaja metodycznie pracowała na gruzach. To znikała w załomach, to znów wspinała się w górę gruzowiska. W końcu przysiadła na samym szczycie i dała głos. Byłem z niej dumny.
– Tu „Foxtrot 1”. Dajcie „Zulu”.
– Tu „Zulu”, przyjąłem – usłyszałem nieznany głos w radiu.
Byłem ciekawy, kogo mi przydzielili. Kryptonim „Zulu” był wolny i mógł określać wsparcie każdej ze współdziałających z nami służb. Minęło parę minut i dotarło do mnie dwóch wojskowych paramedyków.
– Gdzie? – zapytał jeden z nich.
– Tam, gdzie pies – odparłem i wskazałem im drogę.– Uważajcie, to gruzowisko pracuje – dorzuciłem ostrzeżenie.
Sprawnie, jak to żołnierze, wspięli się na gruzy. Ostrożnie zaczęli odstawiać na bok kawałki betonu, cegieł i żelastwa.
– Strażak, tu nikogo nie ma! – krzyknął jeden z nich.
– Niemożliwe, ona nigdy się nie myli, grzebcie dalej, musi być głębiej – odparłem podniesionym głosem.
Kiwnęli głowami i zabrali się do dalszej pracy.
– Jest, jest – uradowali się podobnie jak i ja.
Wyciągali z tego piekła starszą kobietę. Widząc, że paramedycy powoli schodzą z poszkodowaną umieszczoną na noszach, poleciłem mojej towarzyszce, by pracowała dalej.
– Dawajcie karetkę pod poszukiwaczy, mamy jedną „RED” – zameldował jeden, mijając mnie.
Oznaczenie „RED” informowało, że poszkodowana ma największy priorytet w ewakuacji. Gorszy stan określano sygnałem „BLACK”, a to oznaczało tych, którzy nie rokują szans na jakkolwiek przeżycie lub są nie do uratowania. Słowem, sytuacje beznadziejne.
– Tu „Foxtrot 7”, ROMEO, TANGO, BRAVO – usłyszałem w radiotelefonie.
Był to sygnał, że Ares nie jest w stanie dalej pracować i wracają z nim do bazy. Nigdy, jak długo byłem przewodnikiem, nie nadałem takiego komunikatu. Nawet mając Zeusa w wieku przedemerytalnym. Zawsze to bardziej ja padałem na ryj, niż mój towarzysz.
Spojrzałem na Gaję. Przeczesywała teren, lecz widać było po jej zachowaniu, że żadnej żywej istoty nie znajdzie. Nie myliłem się. Po kilku minutach wróciła do mnie, dając do zrozumienia, że zakończyła pracę.
– Na pewno? – zapytałem, patrząc w jej mądre ślepia.
Usiadła przy mojej prawej nodze. Był to znak, że szans na znalezienie tu kogokolwiek żywego pod gruzami już nie ma. Pozostali tylko martwi.
– Tu „Foxtrot 1”. Przekazuję sektor, powtarzam, przekazuję sektor. Dajcie sprzęt, powtarzam, dajcie sprzęt – złożyłem meldunek o końcu pracy w wyznaczonym rejonie.
Przekazanie tej informacji wiązało się z dużą odpowiedzialnością. Zezwalałem na wjazd ciężkiego sprzętu. Gdyby pod gruzami był jeszcze ktoś żywy… być może właśnie podejmowałem decyzję o czyimś życiu lub śmierci.
– „Foxtrot 1” zwalniasz sektor. Potwierdź.
– Tu „Foxtrot 1”. Potwierdzam. Zwalniam sektor, dajcie sprzęt. Proszę o zgodę na prace w sektorze „Foxtrot 7” – potwierdziłem i zasugerowałem miejsce, gdzie przedtem pracował Ares.
Podskórnie czułem, że coś przepuścił. Byłem pewien, że są tam żywi ludzie. Nikt też nie meldował o zwolnieniu tego sektora.
– POSITIVE, „Foxtrot 1”. Udaj się do sektora „Foxtrot 7” – usłyszałem.
W czasie, gdy z Gają przemieszczałem się na nowe miejsce, Hektor znalazł kolejną osobę. Była szansa, że znajdziemy jeszcze poszkodowanych.
Sektor poszukiwań „Foxtrota 7”, osiem minut później.
Rejon, który zajęliśmy po „Foxtrocie 7”, był mniej zniszczony, gdyż budynek zawalił się częściowo. Znajdowaliśmy się jednak bliżej pożaru, z którym walczyły jednostki gaśnicze OSP i PSP.
Stąd właśnie, w pierwszych minutach po eksplozjach, sporo osób ewakuowało się o własnych siłach lub z pomocą strażaków, którzy znaleźli się na miejscu jako pierwsi. Istniała spora nadzieja, że w gruzach znajdę jeszcze kogoś żywego.
– Tu „Foxtrot 1”. Na pozycji. Rozpoczynam poszukiwania.
Wydałem komendę i Gaja ruszyła do pracy. Była niezmordowana, pracowała już grubo ponad dwie godziny i nadal czułem u niej ten „power”. Minął kolejny kwadrans i suka wspięła się na wysoki szczyt rumowiska.
W radiu usłyszałem, że Hektor odnalazł kolejną ofiarę. Byłem pełen podziwu dla równolatka mojej czworonożnej partnerki. Godnie zastąpił Zeusa, który był na łące po drugiej stronie „tęczowego mostu”. Dmuchawy z pełną mocą pompowały ciepłe, świeże powietrze, a to zwiększało szanse na przeżycie uwięzionych pod gruzami ludzi.
Gaja zatrzymała się na samym szczycie gruzowiska i zaszczekała.
– Miałem rację, przepuścił cholernik – zakląłem pod nosem i wezwałem do siebie paramedyków przez radio.
Najostrożniej, jak tylko mogłem, wspinałem się do psiska. Całe rumowisko chodziło, kawały betonu i cegieł zsuwały się na boki i w dół. Dotarłem na szczyt i nagrodziłem psa.
– Idź, szukaj dalej.
Suka została na miejscu, ani drgnęła. Zacząłem odrzucać kawały żelastwa i betonu. Medycy dotarli do mnie po kilku minutach.
– Ten pies jest niesamowity – usłyszałem zachwyt w głosie jednego z nich.
Odsunąłem się, pozwalając im pracować. Ostrożnie odsuwali wszelkie przeszkody, jakie napotkali.
– Tu jest kobieta – dotarło do mnie.
Rozpoczęli proces uwalniania uwięzionej osoby. Mieli z nią kontakt słowny, co dobrze rokowało.
– Zamelduj, jeden „GREEN” – usłyszałem.
Musiała być w dobrym stanie. W triażu „GREEN” oznaczało, że ma lekkie obrażenia, niezagrażające życiu. Głos poszkodowanej wydawał mi się znajomy, gdzieś go już słyszałem. Byłem blisko obu żołnierzy.
– Laura – poznałem moją byłą dziewczynę, gdy tylko jej twarz wyłoniła się z dziury.
– Rafał – usłyszałem w odpowiedzi.
– Schodzimy – rzucił dowódca sekcji paramedycznej.
– Panowie, tam gdzieś jest moja córeczka, ma dziewięć miesięcy, błagam, ratujcie ją! – krzyknęła spazmatycznym głosem.
– Głęboka rana cięta prawego policzka, złamany nadgarstek prawej dłoni, liczne potłuczenia, Jeden „GREEN”, kobieta około czterdziestu lat – meldował przez radio drugi z wojskowych.
– Schodzimy, on zostaje razem z psem, na pewno znajdzie pani córkę – ponaglił ją dowódca sekcji.
Nie musieli Laury kłaść na nosze, była w stanie, wsparta o nich, zejść do bazy.
– Rafał, na wszystko, co było dobre między nami, błagam cię, ratuj moje dziecko, to wszystko co mam, ona tam gdzieś jest – krzyczała, zanosząc się płaczem. – Przysięgnij, że jej tam nie zostawisz! – wrzeszczała nadal histerycznym głosem, schodząc z ratownikami w dół.
– Przysięgam, zobaczysz ją całą i zdrową! – krzyknąłem, i cała trójka znikła mi z oczu.
Zrozumiałem teraz, dlaczego pies pozostał na miejscu. Gaja czuła, że tam w głębi jest jeszcze ktoś żywy. Pogłaskałem czworonoga po pysku, zasłużyła na to.
Ironia losu. Laura, która nienawidziła psów, teraz zawdzięczała życie jednemu z nich. Własne, i jak miałem nadzieję, swojej córeczki. Słyszałem od znajomych, że miała problem z zajściem w ciążę i dopiero zabieg in vitro jej pomógł. Rana cięta na jej policzku wyglądała paskudnie.
– Szukaj – rzuciłem komendę.
Momentalnie znalazła się w otworze, jaki zostawili ratownicy i zeszła tak głęboko, że przez chwilę jej nie widziałem. Po minucie usłyszałem, jak daje głos i szperaczem oświetliłem wnętrze rumowiska.
Błysnęły ślepia mojej towarzyszki, była nisko, za nisko, by móc się stamtąd wydostać o własnych siłach. Ufała mi, a ja jej. To była ta szczególna więź między nami.
– Nie zostawię cię tam maleńka, masz piątkę maluchów w domu – powiedziałem sam do siebie.
Sebastian z Hektorem zwalniali sektor. Spisali się na medal. Nabrałem powietrza w płuca. Wypuściłem je.
– Tu „Foxtrot 1”. Proszę o zgodę na „Victor” – rzuciłem w eter.
– NEGATIVE, „Foxtrot 1” – usłyszałem w odpowiedzi.
Procedura „VICTOR” była jedną z najniebezpieczniejszych i obarczonych dużym zagrożeniem. Tylko raz w życiu ją zrealizowałem. Prosząc o zgodę na nią, decydowałem się na własne ryzyko wejść w głąb gruzowiska bez żadnej asekuracji.
– Tu „Foxtrot 4”. Proszę o zgodę na dołączenie do „Foxtrot 1” – odezwał się Sebastian.
– POSITIVE, „Foxtrot 4”. Przejdź i pozostań w odwodzie – usłyszał zgodę dowodzącego.
– Tu „Foxtrot 1”. Ponawiam prośbę o „VICTOR”. Pies utknął w gruzowisku. Wcześniej rozpoznał na sto procent poszkodowanego. Małe dziecko, niemowlę, sytuacja nadzwyczajna – rzuciłem wszystko na jedną szalę.
Czekanie na odpowiedź trwało chyba wieki.
– POSITIVE, „Foxtrot 1”, wyrażam zgodę na „VICTOR”. Powodzenia – usłyszałem to, co chciałem usłyszeć.
Pozbyłem się plecaka i wszystkich zbędnych rzeczy z oporządzenia, i gdy podniosłem wzrok ku niebu, dostrzegłem padający śnieg. Powoli i ostrożnie zacząłem wsuwać się do wnętrza. Przed każdym ruchem badałem podłoże. Zejście na sam dół, gdzie tkwiła Gaja, zajęło mi sporo czasu. Szperaczem oświetliłem miejsce, gdzie teraz się znajdowałem. Dostrzegłem postać dziecka.
– Kochany pies, kochany – rzuciłem suce najlepszy z komplementów.
– Tu „Foxtrot 4”. W gotowości na pozycji, w odwodzie – usłyszałem i wiedziałem, że w pobliżu mam wsparcie.
Ostrożnie wsunąłem dłoń pomiędzy zwały gruzu, by zbadać stan niemowlęcia. Dotknąłem tętnicy szyjnej, wyczuwając puls.
„Żyje”.
Dziewczynka była nieprzytomna. Przesunąłem palec w kierunku ust i nosa. Wyczułem oddech. Był płytki, ale miarowy
– Tu „Foxtrot 1”. Dawajcie „Zulu” – zameldowałem z radością.
– „Foxtrot 1”. Czekać pięć, zakończyłeś „VICTOR”? – zaskrzeczało w radiotelefonie.
– Przyjąłem ja „Foxtrot 1”, VICTOR – NEGATIVE.
Miałem czekać na ratowników przez pięć minut. Żeby dostać się do dziecka, musiałem przesunąć parę przeszkadzających elementów. Każda sekunda była droga. Rozglądając się wokół, dostrzegłem za plecami długi kawał zbrojeniowego pręta.
– Wyłaź – zwróciłem się do psa i podniosłem sukę do góry obiema wyprostowanymi rękoma.
Gaja nie była mi już tutaj potrzebna. Zrobiła swoje. Odbiła się od moich dłoni i znalazła się na powierzchni. Była cholernie skoczna.
– Zostań! – krzyknąłem na nią, widząc, że ma zamiar ponownie zejść.
Dla zwierzaka to, że byłem w dziurze, było niezrozumiałe. Zawsze to ona penetrowała wszystkie zagłębienia i otwory w rumowiskach. Zachowując szczególną ostrożność zacząłem usuwać wszystkie przeszkody na drodze do niemowlaka. W końcu się udało.
„Gdzie ci żołnierze?”
Ułożyłem dziecko przed sobą na stabilnej płycie żelbetowej i pochyliłem się nad nim. W ten sposób najlepiej mogłem osłaniać jego drobne ciałko.
Nagle usłyszałem huk eksplozji. Ktoś najwyraźniej przegrywał walkę z pożarem lub coś pierdyknęło w piwnicach tego budynku. Całym rumowiskiem wstrząsnęło. Skuliłem się, jak tylko mogłem, i poczułem jak coś przebija moje plecy, a kawałki betonu spadły na mnie z góry.
Przeszywający ból był nie do zniesienia. Straciłem przytomność.
Ocknąłem się po chwili, i zacząłem na zimno oceniać sytuację. Szybko zdałem sobie sprawę, że nie jest dobrze.
Pręt utkwił w moim ciele nie wychodząc z przodu. Dziecku nic się nie stało, tkwiło w bezpiecznym miejscu. Nie mogłem sięgnąć ręką po radiotelefon. Ból był tak silny, że obawiałem się kolejnej utraty świadomości. Z rany na plecach sączyła się krew.
– „Foxtrot 1” zgłoś się – usłyszałem w radiu.
– „Foxtrot 1” zgłoś się – ponowiono zapytanie po chwili.
– „Szrama” odezwij się! – krzyknięto, nie przestrzegając przepisów korespondencji radiowej.
Byłem bezsilny, przebity żeliwnym prętem wewnątrz gruzowiska. To, że jeszcze żyłem, było cudem.
Suka na zewnątrz ujadała jak wściekła. Nie miała zamiaru mnie opuścić, a bezsilna w ten sposób starała się przywołać pomoc.
– Wyciągnę cię stąd kruszyno mała, przysięgam, że cię wyciągnę – jęknąłem i brodą uderzyłem w umocowany na prawym barku sygnalizator alarmowy.
Przeraźliwy dźwięk rozległ się w tej niewielkiej niecce. Maluszek obudził się i począł płakać.
– Ty żyjesz, ty żyjesz – cieszyłem się i powoli odpływałem.
Znowu straciłem świadomość.
+++++
Psy na dźwięk sygnalizatora alarmowego działały niczym automaty, natychmiast udając się w kierunku, gdzie operował najbliższy strażak lub przewodnik. Dlatego, gdy Sebastian, przewodnik Hektora dostrzegł zbliżającą się do nich Gaję wiedział, że nie jest to dobry znak.
– Tu „Foxtrot 4”, tu „Foxtrot 4”, „Foxtrot 1” w niebezpieczeństwie, powtarzam „Foxtrot 1” w niebezpieczeństwie! – bezzwłocznie nadał, wiedząc, że stało się coś złego.
Bez chwili zwłoki wraz ze swoim psem ruszył za prowadzącą ich Gają.
Szpital Powiatowy w Nowym Sączu.
Lidia została przydzielona na SOR. Tam był największy Sajgon, a mając duże doświadczenie, była nieocenionym wsparciem dla personelu. Policja odizolowała teren szpitala od gapiów. Kordony bezpieczeństwa stawały się coraz bardziej szczelne i spełniały swe zadania.
Udzielając pomocy i rozdzielając poszkodowanych na oddziały szpitala, całkowicie zanurzyła się w wir zajęć, i mogła zapomnieć o tym braku całusa dla męża. Wierzyła, że nad Rafałem czuwa coś, co uchroni go przed najgorszym. Szaleńczo kochał ją, dzieci oraz psa. Raz tylko w życiu, podjął się ryzykownego przedsięwzięcia, jakim była procedura „VICTOR”. Opowiadał o tym i przyrzekał, że już więcej się tak nie narazi. Przyrzekał, ale nie przysięgał – a to była spora różnica.
Na początku przywożono dużo poszkodowanych, potem ich liczba malała. Spotkała się z Malwiną, która była teraz lekarzem z chirurgii i obsadzała załogę jednej ze specjalistycznych i najlepiej wyposażonych karetek pogotowia.
W rozkręconych na pełny regulator głośnikach dyżurki słychać było korespondencję radiową służb sanitarnych z miejsca tragedii. Właśnie, służb medycznych. Po blisko trzech godzinach od tragedii dojrzała na korytarzu kolegę swojego męża z „Geo”. Dwudziestoparoletni chłopak, wspierając działania innej jednostki, przewrócił się i rozwalił łuk brwiowy oraz zwichnął nadgarstek. Natychmiast go przejęła i zaprowadziła do zabiegowego.
– Szybko pani Lidio, muszę wrócić do chłopaków – ponaglał, a kobieta dobrze wiedziała, że w takim stanie na akcje już nie wróci.
– Jak mój mąż? – zapytała, szyjąc mu łuk brwiowy.
– Nie wiem, oddelegowano nas do JRG, ale jak pamiętam, ta suczka Gaja znalazła przynajmniej dwoje żywych, taki pies to skarb.
Spojrzała na niego, a potem na odłożony na stoliku radiotelefon.
– A na którym kanale oni pracują, no psiarze? – zapytała.
– Na jedenastym.
Przerwała szycie i podała mu przenośny środek łączności.
– Ustawisz? Chcę wiedzieć co z mężem, mój syn też tam jest, służy w OSP – poprosiła.
– Oczywiście – odparł i wprowadził odpowiedni kanał, rozkręcając moc na maksimum.
Radio przez chwilę trzeszczało, a Lidia spokojnie nakładała szwy na łuk brwiowy strażaka.
– „Foxtrot 1”. Zgłoś się – usłyszeli.
– „Szrama” odezwij się – dobiegło po chwili.
„Szramą” koledzy z pracy nazywali męża. Błagała w myślach, by usłyszeć głos ukochanego. Skończyła szycie, i nakazała strażakowi by pozostał. Musiała przebadać nadgarstek.
– Tu „Foxtrot 4”, tu „Foxtrot 4”, „Foxtrot 1” w niebezpieczeństwie, powtarzam „Foxtrot 1” w niebezpieczeństwie! – usłyszała i zrobiło jej się słabo.
Spojrzała przenikliwym wzrokiem na młodzieńca. Wiedziała, że nie jest w stanie jej okłamać.
– Kto to jest „Foxtrot 1”? – zapytała, cedząc powoli każde słowo.
Chłopak zaląkł się. Opuścił wzrok, nie chcąc patrzeć pielęgniarce prosto w oczy.
– Mów! – wrzasnęła.
– To pani mąż, aspirant sztabowy Grabarczyk – wyszeptał strażak, a ona klapnęła na stołek.
Od razu pomyślała, że to jej wina. Ten pocałunek w czoło, o którym zapomniała. Kazała strażakowi zostać, do piersi przyłożyła radiotelefon. Każda chwila trwała minutę, każda minuta godzinę.
– Tu „Zulu”, jeden ranny, kod „BLACK” – usłyszała i o mało co nie zemdlała.
Do zabiegowego wpadła Malwina.
– Lidzia, co się dzieje? – zapytała.
Lidka podniosła wzrok.
– Rafała określili na „BLACK”. Jedź i go ratuj, błagam cię, ratuj go, tak jak kiedyś on uratował ciebie! – rzuciła w spazmach i padając na kolana, objęła nogi lekarki.
– Kurwa, jaki „BLACK”! „Hotel”, tu „Tango 2” korekta. Status „RED”. Wykonuję „VICTOR”. Roger Out – mówił inny głos.
– Tu „Tango 4” przesuwam się do strefy „Tango 2”. Wykonuję „VICTOR” Roger Out – kotłowało się w eterze.
Lidia powstała, podniesiona przez Malwinę. Zmiana statusu trochę ją pocieszyła. Z beznadziejnego stanu przekwalifikowano Rafała na ciężko rannego. Siedząc obok strażaka, starała się dojść do siebie, ale nie było to łatwe.
– Co oni robią, wyjaśnij mi? – zapytała takim tonem głosu, że tamten musiał odpowiedzieć.
Malwina wyszła i zabrała najbardziej doświadczonego ratownika medycznego i kierowcę. Wpadli do specjalistycznej karetki i ruszyli na bombach w kierunku rumowiska.
– Te dwie sekcje olały dowódcę, zameldowały, że podejmują maksymalne ryzyko, ja się z tym pierwszy raz spotkałem. Przekazali bez odbioru. Czterech ludzi idzie po pani męża na pełnej piździe, ich za to mogą zwolnić.
– Tu „Hotel”, „Tango 2” i „Tango 4” pełna zgoda na „VICTOR” – usłyszeli.
– Teraz ich nie zwolnią, mają zgodę dowódcy, lecz, jak coś pójdzie nie tak, to on ma po piździe – tłumaczył dalej.
Zdał sobie sprawę, że nie wyjdzie stąd do końca trwania transmisji. Kobieta trzymała tak mocno radiotelefon, że bał się wyciągnąć po niego rękę.
– Kurwa dajcie tu kogoś z JRG z małą piłką, ma wbity pręt w plecy. „Zulusi” mówią, że jak ruszymy, to się wykrwawi, tu „Tango 2” – usłyszeli.
– Specjalistyczna reanimacyjna w drodze, będziemy ALFA-SIERRA-ALFA-PAPA – usłyszała głos Malwiny w innym radiotelefonie.
Była w takim szoku, że nie rozumiała, co słyszy. Umierała ze strachu.
– Co ona powiedziała? – zapytała Lidia, sama, nie wiedząc, czemu jeszcze nie zemdlała.
– Karetka będzie tak szybko, jak to tylko możliwe – odparł strażak.
– Tu „Foxtrot 4”. Ubezpieczam działania grup „Tango”, Gaja przy mnie.
– Tu „ZULU” podejmujemy niemowlę, według ratownika dziewięć miesięcy, poszkodowana stabilna kod „GREEN”…
– Zabierzcie je, jego matka to Laura … – usłyszała cichy głos ukochanego.
„Dlatego tak zaryzykował, wiedział, że jest tam małe dziecko i musiał to zrobić” – uzmysłowiła sobie.
– Żyje, nic mu nie będzie, prawda? – zapytała strażaka.
– „Szramie”, przepraszam Rafałowi. To kozak i najlepszy z przewodników – odparł.
Nie uspokoiła się. Rafał nadal tkwił w tej dziurze.
– Gdzie jest ktoś z JRG z piłą do kurwy nędzy! – leciało w eterze.
– Jesteśmy u podstawy rumowiska, dajcie nam minutę – tam się kotłowało.
– Tu „Hotel” reanimacyjna specjalistyczna na miejscu, kieruję do was – Malwina dotarła.
Lidia powoli odpływała, to wszystko ją przerastało. Otrzymała zbyt dużo bodźców.
– Tu „Tango 2”. Schodzę z pilarzem, uwalniamy „Foxtrot 1”.
– Tu „Hotel”. Załoga reanimacyjnej pod czołem rumowiska. Czekają na poszkodowanego.
– Tu „Tango 2”, wyprowadzamy „Foxtrot 1” – wreszcie dostała radosną informację.
Wysłuchiwanie radiowej transmisji przerwało jej wejście koordynatora działań.
– Z Glinnika leci po pani męża Mi-8 z CSAR, przekierujemy karetkę na lądowisko, może być pani z niego dumna, zrobimy wszystko by go uratować – rzucił.
Nie była w stanie podziękować. Siedziała, dzierżąc w ręku radio.
– Tu „Tango 4” przejmujemy, „Foxtrot 1”, jest na powierzchni – usłyszała i zaraz potem zemdlała.
Rejon akcji „FOXTROT 1”.
Odzyskałem przytomność, gdy zsunęli się do mnie paramedycy.
– Najpierw dziecko – wyszeptałem.
Przesunąłem się i coś im przekazywałem słabym głosem. Pamiętałem tylko, jak jeden z nich, przesuwając się ku górze trzymał w rękach niemowlę.
– Trzymaj się chłopie, szacun – usłyszałem i znów straciłem przytomność.
Obudziło mnie ciepło przeszywające ciało i szum elektrycznego silnika. Ktoś polewał z góry wodę. Otworzyłem oczy, będąc cholernie zmęczony i słaby. Za moimi plecami, ktoś operował jakimś urządzeniem elektrycznym.
Ponownie straciłem przytomność.
Ocknąłem się, gdy transportowano mnie na noszach, ułożonego na brzuchu. Po głosach rozpoznałem że byli to ludzie z mojej grupy. Swobodnie zwisającą rękę lizała Gaja, podążając za mną.
Czułem zapach krwi, z pewnością miałem ją w ustach. Gdy mijaliśmy namiot naszego stanowiska dowodzenia, katem oka dostrzegłem Olgierda.
– „Szrama”, kurwa – zaklął.
– Bierz Gaję, Ares przepuścił, tam jeszcze są ludzie, wiem to – wyszeptałem.
– Przestań pierdolić – klął nadal.
– Nic mi nie będzie, bierz psa, jebać Aresa, obiecaj mi, Gaja zostań – rzuciłem szeptem.
Zdawałem sobie sprawę że wbity drut wystawał mi z pleców, przecież dlatego leżałem na brzuchu.
Pies nie chciał zostać. Dopiero po drugiej komendzie przysiadł przy Olgierdzie. Przejmowała mnie załoga karetki pogotowia.
– Dawajcie go, szybko – usłyszałem znajomy głos Malwiny.
Pochyliła się nade mną. Słabo widziałem, ale nie na tyle, by jej nie rozpoznać.
– Jak… dziecko… – wydukałem z siebie cicho.
– Nic nie mów, dziecko dobrze, całe i zdrowe – skarciła mnie, mając na policzkach łzy.
Karetka ruszyła, włączając sygnały uprzywilejowania. Czułem, że powoli uchodzi ze mnie życie. Stawałem się coraz słabszy.
– Przekaż Kingusi, że… bardzo się cieszę z jej … dziecka – te słowa wypowiedziałem z trudem, cichutko.
– Przestań kurwa, sam jej to powiesz – z płaczem odparła Malwina, podłączając mnie do specjalistycznej aparatury.
Miałem mroczki przed oczami.
– I Lidce… że ją kocham – dodałem ostatkiem sił i straciłem przytomność.
Jak w kalejdoskopie leciały w świadomości kadry z życia. Gdy przeleciały do końca, nastąpiła pauza, i powrót do najcudniejszego obrazu – naszej miłości, tam, w czasie burzy.
+++++
Olgierd próbował przywołać Gaję do siebie, ale psisko w żaden sposób nie chciało współpracować, wodząc ślepiami za odjeżdżającą karetką. Nie poznawał tego zwierzaka. Chwilę pomyślał i sięgnął po radiotelefon. Przestawił kanał na ten, gdzie pracowało OSP, w którym służył syn „Szramy”.
– Tu „Hotel” dawajcie do mnie Jakuba Grabarczyka, natychmiast – rzucił w eter niezgodnie z procedurami.
– Tu „Oskar 11”, przyjąłem, wykonuję – usłyszał w odpowiedzi.
Szpital w Nowym Sączu.
Lidia cała w nerwach czekała na przyjazd karetki z rannym mężem. Widząc, w jakim jest stanie przełożony zwolnił ją z wykonywania zadań. Było to naturalne działanie i nikogo nie dziwiło.
Stała na podjeździe i w mocno zaciśniętej dłoni trzymała strażacki radiotelefon. Przez długi czas w eterze panowała cisza, co coraz bardziej ją niepokoiło . Zdawała sobie sprawę, że każda minuta, sekunda jest na wagę życia.
„Może od razu pojechali na lądowisko” – pomyślała i wróciła do budynku, kierując się do pomieszczenia koordynacji działań.
– Co ze śmigłowcem? – zapytała.
– Leci, będzie za dziesięć, góra piętnaście minut – usłyszała w odpowiedzi.
– A karetka, no z Malwiną?
– Jedzie do nas, zaraz powinna być.
Wyszła na korytarz i ruszyła z powrotem w kierunku podjazdu. Nagle zatrzeszczało radio. Zatrzymała się, wyostrzając zmysł słuchu.
– Tu „FOXTROT 1”. Melduję gotowość do działania – usłyszała.
Cały świat jej zawirował. Zdołała oprzeć się o ścianę, i osuwając na podłogę, doznała ponownego omdlenia.
Nie wiedziała, że w chwili, gdy padła ta komenda, dusza jej męża uchodziła z cielesnej powłoki, i zaczynała swą podróż w zaświaty.
+++++
Ostatni sektor ruin oddano zaraz po północy. Nowy „Foxtrot 1” zdołał zlokalizować jeszcze trzy osoby. Ostatnie pół godziny pracował tylko on, pozostałe psy nie miały już siły. Nikogo nie dziwił widok młodego chłopaka w mundurze OSP z psem, a Gaja pracowała jak szalona z nowym przewodnikiem.
Po zakończeniu poszukiwań, i upewnieniu się że nikt żywy pod gruzami nie został, pozwolono wjechać na rumowisko koparkom i dźwigom.
Olgierd ujął młodego chłopaka jak swego syna i przytulił do piersi.
– Otrzymaliśmy sygnał 5-5-5, aspirant sztabowy Rafał Grabarczyk, grupa poszukiwawczo-ratownicza w Nowym Sączu. – przekazał mu suchą informację, że jego ojciec nie żyje.
Mężczyźni trzymali się mocno w ramionach i płakali jak bobry.
Sygnał ten odebrano we wszystkich, nawet najmniejszych remizach PSP i OSP.
Remiza grupy-poszukiwawczo-ratowniczej w Nowym Sączu. 12 stycznia 2010 roku.
Cała rodzina Grabarczyków przeniosła się do remizy, nie mogąc znieść natarczywości różnej maści pismaków. Przed domem cały czas kręcili się paparazzi.
Lidia zawzięła się i podjęła decyzję, że z pogrzebu męża nie będzie robić show. Nie życzyłby sobie tego, podobnie, jak i ona. Już na następny dzień po tragedii miała mnóstwo telefonów z prośbą o wywiady. Postanowiła jeszcze jedno – żadnych cholernych polityków. Co do obecności księdza, wyprosili to u niej koledzy z pracy Rafała.
– Słuchaj Lidziu, to będzie nasz kapelan strażacki, naprawdę ksiądz z powołania, a nie jakiś łachudra. Krótkie nabożeństwo, proste i skromne jak by sobie tego „Szrama” życzył – przekonywali i w końcu uległa ich namowom.
W remizie były pokoje gościnne i tam chwilowo zamieszkała razem z rodziną. Odcięła się od wszystkich mediów, nie chciała słuchać radia, oglądać telewizji, czytać gazet. Schodziła do pomieszczeń służbowych i przebywała z tymi ludźmi, których tak cenił jej mąż. Drżała o nich, gdy słyszała sygnał alarmowy do wyjazdu, w duchu modliła się, by wszyscy szczęśliwie wrócili do bazy.
Teraz siedziała na dole i przypatrywała się ich pracy. Konserwowali sprzęt. Potomstwo Gai spokojnie spało w rogu garażu przy piecu.
Jej wzrok utkwił na napisie „Ratownik”, który był na każdym uniformie tej sekcji. Zastanowiła się głębiej i teraz zrozumiała, że przez swe dorosłe życie jej mąż był takim właśnie „Ratownikiem”. Najpierw ocalił pasażerów autobusu, potem ją od pozostania w zakonie, a następnie do końca swego życia ratował ludzi jako strażak. Płacił za to tym, co było dla niego ważne – urodą, marzeniami o wspinaczce wysokogórskiej, a w końcu życiem.
Łzy napłynęły jej do oczu, jak wtedy gdy musiała poinformować Kingę o śmierci ojca. Dziewczyna była w początkowym okresie ciąży i tak straszna wieść mogła wywołać poronienie. Ku jej zdumieniu, córka przyjęła to ze spokojem.
– Nie płacz mamo, on tam jest na swój sposób szczęśliwy. Pamiętasz, jak opowiadał mi, gdy byłam mała, o tęczowym mostku i łączce za nim. Idąc do raju zabrał ze sobą Yumi i Zeusa. Nie zapomniał o nich na pewno. My jesteśmy smutni, tu na Ziemi, ale mamy siebie. Cieszą się za to jego ulubione zwierzęta, bo go mają ze sobą, a czekały na niego długo i były smutne – odpowiedziała jej.
Dzisiaj miał odbyć się pogrzeb. Od wczoraj w remizie, na sali odpraw, spoczywało jego ciało. Ułożony na wieku trumny hełm, plecak przewodnika i postawione zdjęcie. Fotografia z Zeusem. Wybrała je sama. Patrzyli przed siebie tymi mądrymi oczyma, on i jego czworonożny partner.
Trumna okryta była flagą państwową i od północy wystawiony był przy niej posterunek honorowy.
Gaja była nieswoja, szukała swojego pana. Gdyby był żywy, gdzieś w gruzowisku, nie odpuściłaby i by go znalazła. Jednostkę poszukiwania na czas pogrzebu wyłączono z systemu ratownictwa.
Powoli zbliżał się czas ceremonii. Lidia udała się do pokoju i zaczęła zakładać na siebie żałobną szatę.
+++++
Gdy wyszła z rodziną i strażakami przed remizę, jej oczom ukazał się tłum ludzi. To nie były setki lecz tysiące osób. Ile przyszło z ciekawości, a ile, by godnie pożegnać jej męża, nie wiedziała. Dojrzała wśród nich mnóstwo dziennikarzyn. Błysnęły flesze aparatów. Dostrzegła też znienawidzonych polityków. Pragnęli na pogrzebie jej męża zgarnąć kapitał wyborczy.
– Olgierd, on by tak nie chciał, zróbcie coś z tymi pismakami i politykierami, nie chcę ich widzieć na jego pogrzebie – zwróciła się do dowódcy swego męża.
Kiwnął głową znacząco. Przed remizą stał jeden z wozów ratowniczo gaśniczych. Wskoczył do niego i włączył głośnik.
– Zwracam się do was, dziennikarze i politycy, w imieniu rodziny zmarłego. Nie życzy ona sobie waszej obecności na pogrzebie naszego kolegi. Jeżeli przyszliście tu, by mu oddać cześć, uszanujcie ich wolę – ryknęło z głośników pojazdu.
W zebranym tłumie zawrzało. Wszyscy patrzyli, co tamci zrobią. Żaden z polityków nie cofnął się, zrobiło to może dwóch czy trzech żurnalistów.
Nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Tłum otoczył obie wskazane grupy.
– Dziennikarze i politycy, WYPIERDALAĆ! – wyrwało się z tysięcy gardeł.
Tłum nacierał, i dało to pożądany efekt. Napierani przez żałobników, zostali wypchnięci gdzieś na sam koniec.
Tworzono kondukt żałobny. Na teren remizy wchodziły poczty sztandarowe służb mundurowych, pododdział honorowy, przedstawiciele z KG PSP, liczni strażacy ochotnicy i zawodowi. Część w mundurach wyjściowych, część w tych, w jakich jeździli do pożarów. Na ulicy stały liczne wozy strażackie, policyjne, straży granicznej, wojska, służby więziennej i karetki pogotowia. Dojrzała liczną grupę swoich koleżanek i kolegów z pracy.
Czterech ratowników na swych barkach wynosiła trumnę. Przeraźliwie zawyła syrena remizy. Złożyli ją w Defenderze, zostawiając otwarte tylne drzwi pojazdu. Przewodnicy wraz z psami zajęli miejsca po bokach auta, po trzech z każdej strony. Siódmy pies, Gaja, prowadzona była przed pojazdem przez Olgierda. Kondukt ruszył.
Do cmentarza nie było daleko. Lidia szła trzymana pod ręce przez syna i córkę. Znajdowali się zaraz za wolno poruszającym się wozem.
Kątem oka widziała, jak ochraniający kondukt policjanci oddają honory, jak mężczyźni ściągają nakrycia głowy, a wiele osób płakało. Tuż przed cmentarzem pojazd się zatrzymał. Trumna ponownie została zabrana przez czterech rosłych ratowników. Szli teraz cmentarnymi alejkami do miejsca spoczynku, a gdy tam dotarli, ułożyli ją na podeście. Tłum ludzi wypełnił cały cmentarz. Nastała cisza.
Do trumny podszedł strażacki kapelan. Starszy, siwiejący mężczyzna stanął przed mikrofonem.
– Oddanie życia dla drugiego człowieka to najwyższe poświęcenie. Ojcze, pobłogosław tę piękną duszę. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen – padło z jego ust.
Lidia stała podtrzymywana przez swoje dzieci i patrzyła jak kapłan kontynuuje nabożeństwo. Była półprzytomna. Dopiero gdy do trumny zbliżyła się Malwina, powróciła do normalnego stanu. Lekarka miała zabrać głos w imieniu wszystkich uratowanych. Stanęła przed mikrofonem i widać było, że z trudem kryje wzruszenie. Nabrała powietrza w płuca.
– Panie Boże, tak się nie robi… Panie Boże, czy tam u Ciebie on Ci jest tak bardzo potrzebny?… Czy tam trzeba kogoś szukać? Czy zagubiły Ci się jakieś duszyczki i nie możesz ich znaleźć?… Panie Boże, tak się nie robi… – przemówiła łamiącym się głosem i po zakończeniu mowy zalała się łzami.
Przyklęknęła przy trumnie i pocałowała ją. Wstała i odeszła na swoje miejsce.
Jakub odsunął dłoń matki. Miał przemawiać jako członek rodziny. Lidia nie byłaby w stanie czegokolwiek powiedzieć. Ubrany w galowy mundur OSP zbliżył się do mikrofonu.
– Kiedyś, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem, wróciłeś z akcji. Pamiętam, jak cieszyłeś się, że uratowaliście dwie osoby. Zapytałem cię wtedy „Tato, czy ty jesteś bohaterem?” Popatrzyłeś na mnie tym swoim ciepłym wzrokiem i odparłeś „Nie synu, nie jestem, ale pracuję z ludźmi, którzy są bohaterami” Jedyny raz w życiu mnie okłamałeś, bo ty byłeś bohaterem przez całe swoje życie. Żegnaj mój ojcze, bohaterze, niedościgniony wzorze – wyrzucił z siebie i oddał honor dłonią.
Do trumny zbliżyło się dwóch strażaków z „Geo”. Ułożyli na niej nieduży strażacki dzwon. Do mikrofonu podszedł Olgierd. Ubrany w polowy mundur, wyprostował sylwetkę.
– W straży pożarnej kod 5-5-5 oznacza to, że strażak zginął podczas wykonywania zadania bojowego. Usłyszmy ten dźwięk – przemówił.
Stojący przy trumnie jeden ze strażaków uderzył w dzwon, nadając ów sygnał.
– Jest jeszcze drugi kod 3-3-5, radosny, obwieszczający, że zastęp powrócił do remizy. Tam w niebie pewnie nie ma dzwonów i zapomnieli cię o tym poinformować. Niechże teraz zadźwięczy dla ciebie ten kod – kontynuował.
Dał się słyszeć dźwięk dzwona. Nadano sygnał 3-3-5. Po jego zakończeniu dwaj strażacy zdjęli z trumny flagę i zaczęli ją składać w trójkąt.
– Teraz już wiemy, że wszyscy powrócili do swych remiz. My do tej naszej, a ty do tej niebiańskiej. Strzeż nas wszystkich stamtąd i bacz na naszą pracę. Zaszczytem było pełnić z tobą służbę – zakończył i otrzymał od swych podwładnych złożoną flagę.
Pewnym krokiem ruszył w kierunku wdowy. Obok niego podążał przewodnik Sebastian z hełmem i plecakiem przewodnika. Stanął naprzeciw Lidii i patrzył jej prosto w oczy. Po policzkach spływały mu łzy. Sebastian tkwił naprzeciw Jakuba.
– Baczność! – padła komenda, w momencie, gdy wręczał kobiecie flagę.
Wszyscy funkcjonariusze wyprężeni jak struny zasalutowali.
– Spocznij! – padło po chwili.
Lidia wzięła ją z jego dłoni, a Jakub z rąk Sebastiana odebrał pozostałe rzeczy. Spojrzeli na siebie, a potem na leżącą przy trumnie Gaję. Podniosłą się i usiadła na tylnych łapach. Obaj strażacy wrócili na swe miejsca.
Do mikrofonu podeszła młoda kobieta z Kancelarii Prezydenta. Poprawiła mikrofon.
– Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej… – zaczęła czytać postanowienie.
Do Lidii docierały strzępy tego, co mówiła.
– … I nadaje mu Krzyż Zasługi za Dzielność – POŚMIERTNIE – to ostatnie słowo przeszyło jej serce po raz pierwszy.
–…… I nadaje mu Medal za Ofiarność i Odwagę – POŚMIERTNIE – drugi raz usłyszała przeszywające serce stwierdzenie.
Kobieta odeszła od mikrofonu i z dwoma odznaczeniami zbliżyła się do Lidii. Wręczyła je i mocno uścisnęła dłoń wdowy.
Do mikrofonu podszedł przedstawiciel z KG PSP.
– Wyciąg z rozkazu………. — rozpoczął.
–… i mianuje go na stopień młodszego kapitana – POŚMIERTNIE – serce Lidii znów, po raz trzeci, przeszyło to słowo.
Zdawała sobie sprawę, że teraz przed nią najtrudniejsza chwila. Pragnęła by ona nie nadeszła, lecz ta nieubłaganie się zbliżała. Trębacz odegrał „Ciszę”, a dźwięk trąbki był dla Lidii jak drobne igiełki wbijające się w ciało. Łzy lały się strumieniami z jej oczu.
Czterech ratowników przeniosło trumnę i ułożyło nad wykopanym grobem. Gaja ruszyła za nią sprawnie, tak, że Olgierd ledwo zdołał zapiąć jej smycz. Czworonóg czuł, że właśnie za chwilę jego pan zostanie złożony w tej dziurze, dziurze, którą chciała spenetrować, bo tak była szkolona.
Podniosła nozdrza do góry, jakby chciała na siłę wyczuć zapach żywego człowieka. Na darmo, takiej woni nie uświadczyła.
Ratownicy nie spuszczali trumny na linach. Specjalnie docięte i przygotowane kawałki strażackich węży pełniły tę funkcję. Podnieśli trumnę lekko do góry, by można było wysunąć spod niej deski.
W całym mieście przeraźliwie zawyły syreny alarmowe. Każdy pojazd, który był w nie wyposażony włączył je, i kakofonia dźwięków poniosła się aż do nieba. Wszyscy mundurowi stali na baczność i oddawali honory. Poczty sztandarowe pochyliły przyozdobione kirem sztandary.
Gaja, szarpiąc się, w końcu usiadła. Podnosząc pysk ku górze zawyła, a po chwili dołączyły do tego wycia pozostałe psy gruzowe. Syreny ustały dopiero wtedy, gdy opuszczono ciało do grobu i rzucono na trumnę kawałki strażackich węży.
Co było dalej Lidia nie pamiętała.
Remiza grupy-poszukiwawczo-ratowniczej w Nowym Sączu. 12 01.2010 roku, godziny wieczorne.
Lidia dochodziła do siebie po emocjach, jakie dziś przeżyła. W remizie trwała stypa. Wąskie grono zaproszonych składało się z rodziny i kolegów Rafała, Malwiny, jej dzieci i grupy uratowanych ludzi. Siedzieli w sali odpraw za stołem. W centralnym jego miejscu stało puste krzesło, ze strażackim hełmem i plecakiem ratownika oraz przyozdobione znakiem żałoby zdjęcie.
Malwina siedziała przy niej, obawiając się o zdrowie przyjaciółki. Jeszcze w karetce zaaplikowała Lidii środki uspokajające, jednak nie na tyle silne, by ją otępić.
Koledzy wspominali „Szramę”. Było naturalnie i na luzie.
– Mogę tu jeszcze dziś przenocować z dziećmi? – zapytała Olgierda.
– Jasne, możesz tu zostać jak długo chcesz – odparł i pogładził ją po głowie.
Dostrzegła siedzącą gdzieś daleko w rogu Laurę. Wstała i ruszyła ku niej. Dojrzała dziecięcy wózek, a w nim niemowlę. Pochyliła się nad dzieciątkiem, a ono słodko spało. Laura powstała i wbiła wzrok w podłogę.
– Pójdziemy już może – szepnęła do Lidii i ich spojrzenia się przecięły.
Patrzyła na byłą sympatię męża, nie czując do niej żadnej urazy i żalu. Rafał ratował jej dziecko, tak jak każde inne.
– Zostań, nie rób mu tego – poprosiła i pogłaskała ją po opatrunku na prawym policzku, a z oczu Laury popłynęły łzy. Stały naprzeciw siebie i głęboko spoglądały sobie w oczy.
– Obiecaj mi, że wychowasz ją na dobrego człowieka – poprosiła Lidia.
– Tak, tak będzie, zrobię to dla niego i dla niej – odparła i wpadły sobie w ramiona.
Powoli dochodziła dwudziesta druga i stypa miała się ku końcowi. Część osób wyszła wcześniej. Zostali ratownicy, rodzina Lidki, Malwina i Laura. Nagle ciche rozmowy przerwał przeraźliwy buczek alarmowy remizy.
– Co jest, przecież do północy jesteśmy wyłączeni z systemu ratownictwa – zdziwił się Olgierd.
Wszyscy obecni strażacy wstali zza stołu. Obudzone dźwiękiem buczka dziecko zapłakało.
– Mogę? – zapytała Lidia, patrząc na dziecinę.
– Oczywiście, nie byłoby jej tutaj … Gdyby nie on – usłyszała przyzwolenie.
Wyciągnęła dziecko z wózka i przytuliła. Patrzyły na nią prześliczne niebieskie oczka. Tuliła w ramionach tę przecudna małą istotkę i po chwili maluch przestał płakać.
– Panowie ogłosili stopień „Delta” – rzucił krótko dyspozytor, który pojawił się nagle w sali
– Szymon, co się stało? – zapytał Olgierd.
– O 21:53 na Haiti było trzęsienie ziemi. Wstępnie siedem stopni w skali Richtera. Naczalstwo podjęło decyzję o wysłaniu sił i środków w ten rejon. Z tego, co mówią w radiu i telewizji, jest tam piekło. Wstępny czas wylotu z Polski ustalono na piętnastego stycznia. Zabierajcie wszystko, co potrzebujecie i ruszajcie do Warszawy. Muszą was jeszcze zaszczepić i wydać specjalistyczny sprzęt w stolicy. Padło na was – opowiedział, jak tylko najlepiej potrafił.
Lidia oddała dziecko Laurze i wstała, podobnie jak pozostali.
Strażacy zebrali się w rogu sali. Chwilę o czymś rozmawiali i wydawało się, że byli w owej materii zgodni.
Jak jeden mąż podeszli do miejsca, gdzie był Jakub.
– Zbieraj się, chyba że nie chcesz jechać z nami, Brakuje nam jednego psiarczyka, Gaja nie ma przewodnika – rzucił Olgierd, patrząc na chłopaka.
Dostrzegł błysk w jego oczach. Taki sam, jaki miał Rafał, gdy go przyjmował do służby.
– Ale ja nie jestem przecież przewodnikiem, nie mam papierów – odparł.
Olgierd uśmiechnął się i położył rękę na jego ramieniu.
– Papiery to nie wszystko, to tylko kawałek kartki, trzeba mieć to coś tu – powiedział, dotykając jego czoła. – I tutaj – dodał, dotykając go przez mundur w okolicy serca.– A ty, mój chłopcze, to masz.
– Jest jeszcze coś mój kochany, masz przeczytaj i przetłumacz na nasze – wtrącił się Sebastian, i wręczył mu naramienny emblemat psiarczyków.
– „A Bond Few will know. And even Fewer will ever understand” – przeczytał na głos. – Więź, którą niewielu będzie znać, a jeszcze mniej kiedykolwiek zrozumie – przetłumaczył na polski, najlepiej jak tylko umiał.
Było to motto przewodników psów na całym świecie.
Chłopak bił się z myślami. Stawała przed nim wielka szansa. Jego ojciec nigdy nie był na tak poważnej akcji. Najpoważniejszą, w jakiej uczestniczył, były działania w zawalonej hali w Katowicach w 2006 roku.
– Tę wieź widać gołym okiem i ty ją czujesz – dodał Olgierd.
Lidia stała blisko nich i wszystko słyszała.
– Wyciągnąłeś wtedy trzy osoby, działałeś jak profesjonalista, jak długo tu służę, nie widziałem tak zgranej pary, ja mam na swoim koncie tylko dwie uratowane – dorzucił przewodnik Aresa.
Jakub chciał, chciał bardzo. Służba w tak elitarnej jednostce byłaby dla niego spełnieniem najskrytszych marzeń. Już wtedy, na gruzowisku, gdy wskazywał ratownikom ocalałych ludzi i po zakończeniu poszukiwań oddawał teren dopadł go ten „flow”. Nie czuł żadnego zmęczenia, działał jak w amoku i zdał sobie sprawę ze szczególnego porozumienia z Gają. Nie mógł jednak podjąć takiej decyzji bez zgody matki, która zbyt wiele ostatnimi czasy przeszła.
Przed nim stał Olgierd z hełmem i plecakiem przewodnika jego ojca. Gaja, widząc to podeszła do niego i siadła przy lewej nodze.
– Mamo… – rzucił, patrząc jej prosto w oczy.
Lidią wstrząsały emocje. Wizja, że syn podąży śladami ojca i pojedzie na niebezpieczne zadanie napawała ją przerażeniem. Czuła się tak, jak wtedy, gdy targały nią obawy związane z odejściem z zakonu. Rozbiegany wzrok kobiety na chwilę zatrzymał się na zdjęciu męża. Przeniosła go na syna, a następnie na siedzącego psa. W końcu odwróciła się, i spojrzała na tulącą niemowlę Laurę.
– Jedź, ojciec na pewno by chciał i byłby z ciebie dumny – powiedziała, zwracając się do niego twarzą.
Chłopak odebrał z rąk Olgierda trzymane rzeczy, a Sebastian zabrał z jego dłoni emblemat psiarczyka. Zerwał z ramienia Jakuba emblemat OSP i nałożył mu ten. Olgierd wyciągnął z kieszeni emblemat USAR i nałożył na rzepa na drugim rękawie.
Z piersi munduru zdjęli emblemat z jego nazwiskiem. Olgierd ponownie sięgnął do kieszeni. Jakub dojrzał, że wydobył emblemat z nazwiskiem jego ojca.
– Liczba Grabarczyków w oddziale wreszcie mi się zgadza. – stwierdził, mocując go i padli sobie w ramiona.
Lidia patrzyła na to wszystko i czuła jak raduje się jej serce. Wiedziała, że syn trafił do niesamowitego i zgranego zespołu. Przypomniała sobie te komendy VICTOR, rzucone przez oba zespoły „Tango”.
– Dobrze zrobiłaś mamo – usłyszała od córki.
Sekcja zabrała Jakuba i ruszyła przygotowywać się do wyjazdu.
Wyszła z córką przed remizę i chwilę stały, nic nie mówiąc. Wpatrywały się w gwiaździste niebo.
– Jak myślisz, w którym rejonie jest tata? – zapytała ją córka.
To Lidia wiedziała na pewno.
– Tam – powiedziała, wskazując palcem. – W gwiazdozbiorze Wielkiego Psa –dodała, i obie oczekiwały na wyjazd grupy.
Mężczyźni pakowali sprzęt do Defendera. Prócz niego jechać miał z nimi jeszcze jeden pojazd. Lidka ucałowała każdego z nich w czoło, jak to miała w zwyczaju. Syn jako ostatni wtulił się w nią. Złożyła pocałunek, a on odwzajemnił się jej tym samym.
– „Foxtrot 1”, do wozu – usłyszał rozkaz dowódcy.
– Idź – szepnęła mu do ucha.
Podeszła do nich Laura z dzieckiem. Wszystkie trzy kobiety patrzyły jak zielony Land Rover ginie w mrokach nocy.
Lidia była spokojna o syna. Jakiś wewnętrzny głos mówił jej, że nie ma się czego obawiać. Gdy oba pojazdy zniknęły, kobiety pożegnały się, a wdowa ukradkiem wsunęła Laurze w dłoń klucze od swojego domu i cicho szepnęła adres. Gdy ta chciała coś powiedzieć, przyłożyła jej palec do ust.
EPILOG
Lotnisko Chopina, Warszawa 22.01.2010 roku.
Rządowy Tupolew Tu-154 z napisem „Republic of Poland” podchodził do lądowania. Na pokładzie transportował 54 strażaków z 10 psami i grupę funkcjonariuszy BOR. Powracali z misji na Haiti. Pomimo faktu, że nie uratowali nikogo, byli dumni z wykonanej pracy. Zadania rozpoczęli dopiero siedemnastego stycznia, gdyż wylądowali w Dominikanie. Po pięciu dniach od trzęsienia ziemi szanse na znalezienie kogoś żywego były zerowe. Udzielali jednak pomocy w szpitalu polowym.
Lidia stała i patrzyła jak samolot kołuje na pasie. Podjechały schodki i z kadłuba samolotu zaczęły wysiadać pierwsze osoby i zwierzęta. Jej matczyne oko od razu dostrzegło syna.
– Patrz tam – wskazała córce.
– Widzę, mamo.
Schodził, prowadząc ze sobą sukę. Gdy zobaczyła go po odprawie, w hali przylotów spostrzegła, że stał się jakiś bardziej męski, dojrzały.
– Schudłeś braciszku – zauważyła Kinga.
Wpadli sobie w ramiona. Wszyscy bliscy, którzy oczekiwali na powrót swych synów, mężów, braci czy ojców, czynili to samo. Gdy skończyli, przyszła kolej na Gaję. Bardzo pragnęła ich pieszczot i tarmoszenia.
– Chodź, bierz psiaka i bagaże. Samochód stoi na parkingu, jedziemy do domu – rzuciła Kinga.
– Ja was przepraszam. Nie mogę, wracam z chłopakami, taka tradycja, misję zakończymy jak nasz strażacki dzwon w remizie wybije 3-3-5. – odparł na poważnie.
Ucałował obie kobiety w dłonie i ruszył w kierunku służbowego wyjścia za swoimi towarzyszami.
Interesuje Was Szanowni Czytelnicy, co było dalej – o tym w kolejnych odcinkach, ale tak w skrócie:
Pani Jadwiga żyje nadal, ma 80 lat i odpoczywa na zasłużonej emeryturze.
Kapelan szpitalny w 1993 roku został oskarżony o gwałt. Dostał wyrok ośmiu lat bezwzględnej odsiadki. Odsiedział pięć. Wydalony ze stanu kapłańskiego, zapił się na śmierć w 2000 roku.
Malwina nadal pracuje w szpitalu, robi kolejną specjalizację – medycynę katastrof. Jest mężatka i ma dwójkę dzieci.
Laura wychowuje samotnie córkę Natalię. Jej podejście do życia po tym wypadku całkowicie się zmieniło. Od małego Natalia wychowuje się z czworonogami. Najpierw był to jeden ze szczeniaków Gai. Potem przygarnięty ze schroniska kundelek. Natalia ma piętnaście lat i jest wolontariuszką w schronisku dla zwierząt. Planuje być weterynarzem. Przynajmniej tak mówi.
Kinga w lipcu 2010 roku urodziła syna. Wychowuje go sama, chłopak, z którym się związała okazał się kompletnym dupkiem. Jest dyplomowaną księgową. Jej syn nosi imię – Rafał.
Jakub jest jednym z najlepszych przewodników psów gruzowych. Ma na swoim koncie wiele uratowanych istnień ludzkich. Zrobił papiery przewodnika, ukończył szkołę podoficerską służby pożarniczej, a potem po zaocznych studiach udało mu się dostać do WSOSP. Jest brany pod uwagę, jako potencjalny zastępca Olgierda, który zamierza odejść na emeryturę. W 2015 roku uczestniczył w akcji w Nepalu, w 2023 roku działał w Turcji. Nie znalazł jeszcze sobie wybranki serca, w pełni poświęcając się służbie. W latach 2015 – 2023 roku jego psem gruzowym była labradorka Hera. Od 2024 do chwili obecnej jest to labradorka Hestia. Czterokrotnie wykonywał procedurę „VICTOR”.
Lidia pracuje nadal w szpitalu jako oddziałowa, a w domu suszy głowę synowi, aby ten przyprowadził wreszcie wybrankę serca. Rozpieszcza jedynego wnuka, pozwalając mu na wszystko i opiekuje się emerytką Herą.
Gaja – przeszła na psią emeryturę w 2015 roku po powrocie z Nepalu. W 2019 roku odeszła za tęczowy mostek. Urna z jej prochami stoi obok urn innych psów w sali tradycji remizy.
A dusza „FOXTROTA 1” – siedzi gdzieś tam w gwiazdozbiorze „Wielkiego Psa” i czuwa nad tym wszystkim.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Thorin
2026-04-25 at 08:09
A więc tak się kończy historia Ratownika Rafała. I wydaje się to w jakiś sposób naturalną konsekwencją jego wyborów życiowych. Za życia, które ocalił, zapłacił własnym. Brutalna matematyka tego fachu.
Rozbawiło mnie umieszczenie sceny erotycznej, by jak najszybciej odfajkować temat i potem skupić się w pełni na akcji. Ale pewnie inaczej się tego nie dało zrobić, takie elementy nie wyglądałyby naturalnie później. A więc Bogu świeczkę, a diabłu ogarek 🙂
Tekst napisany płynnie, wartko, z nerwem, napięcie trzyma. Formuła wciąż się dobrze sprawdza!
jammer106
2026-04-25 at 08:29
Masz rację Thorinie, to było jedyne miejsce, gdzie można było wtrącić wątek erotyczny, potem tylko akcja. Można by było coś kombinować, ale wyszłoby nienaturalnie.
Bez obaw, cudownego powrotu nie będzie, jeden raz wystarczy.
Główny bohater, przeżył ponad dwadzieścia lat w związku, wychował dwójkę dzieci, nie zdołał pozostać dziadkiem. Wiódł szczęśliwe życie u boku ukochanej.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.
Lamia
2026-04-26 at 16:48
Szkoda Rafała. Dobrze jednak, że zdążył przeżyć całkiem udane dwie dekady. Pewnie musiał zginąć, bo tak dyktowała fabularna logika. Tym niemniej – szczery żal.
jammer106
2026-04-27 at 00:20
Serdecznie dziękuję za komentarz.
Tak już mam, że dość często usmiercam swoich bohaterów.
Pozdrawiam.
Megas Alexandros
2026-04-27 at 20:33
A czasem, dla zmyłki, nawet ich wskrzeszasz 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Megas Alexandros
2026-04-26 at 23:12
Dobry wieczór!
Osobiście uważam, że czasem można (a nawet trzeba) uśmiercić postać, która wyczerpała swoja fabularną rolę i znaczenie. Co więcej, taka śmierć może jeszcze owego bohatera podnieść i utrwalić w dobrej pamięci Czytelników. Dlatego nie lamentuję nad Rafałem. Zresztą, czuję, że jego syn pójdzie śladami ojca – dostarczając nam kolejnych emocji. Tak więc umarł król, niech żyje król! A fabuła niech mknie naprzód, ku kolejnym katastrofom – i ludziom, których trzeba będzie z nich ratować. Bo przecież o tym właśnie jest ten cykl.
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-04-27 at 00:24
Masz rację Megasie, kolejne dwa odcinki to opowieść o Jakubie, synu Szramy i jak słusznie przewidujesz, poszedł on w ślady ojca.
Serdecznie dziękuję za korektę i komentarz.
Pozdrawiam serdecznie.