Ratownik. Zakonnica II (jammer106)  4.93/5 (9)

34 min. czytania

Źródło: Pexels.com

Wyszedłem z sali na korytarz, czując dziwny niepokój. Lidki nie było już dość długo. Ruszyłem do pokoju oddziałowej.

– Siostro, gdzie jest Lidka? – wypaliłem w drzwiach.

Jadwiga wypełniała jakąś dokumentację. Przerwała i spojrzała na mnie.

– Wysłałam ją z brudną pościelą i też zastanawiam się, dlaczego tak długo jej nie ma, powinna już dawno wrócić.

To, co usłyszałem utwierdziło mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak.

– Chodźmy jej poszukać! – zaproponowałem i razem z pielęgniarką wyszliśmy na korytarz. – Gdzie ten brudownik? – zapytałem nerwowym tonem głosu.

– O tam, ostatnie drzwi na lewo, za kiblami.

Ruszyłem szybkim krokiem we wskazanym kierunku. Oddziałowa podążała za mną. Nie pukając nacisnąłem klamkę drzwi i śmiałym zdecydowanym ruchem je otwarłem. Widok, jaki zastałem, mnie przeraził.

Klecha dociskał zakonnicę do ściany, mając ściągnięte do kostek spodnie z majtkami. Jedną dłonią zakrywał kobiecie usta, drugą najwyraźniej majstrował przy przyrodzeniu.

– Zabije cię skurwysynie! – ryknąłem wściekle i bez chwili namysłu ruszyłem w jego kierunku.

Odwrócił się przez lewy bok, nadal zatykając usta Lidki. Analiza sytuacji zajęła mi ułamek sekundy.

Był nieco wyższy i więcej ważył. Miał sprawne obie dłonie. Opuszczone do kostek spodnie wykluczały ruch, i użycie nóg w walce. Lekki brzuszek sugerował słabą sprawność fizyczną.

Nie mogłem walczyć dłońmi, on nie mógł nogami. Byłem sprawniejszy, on górował wzrostem i wagą. Byłem w ruchu, on stał. I rzecz najważniejsza – miałem przypływ adrenaliny i wolę walki, on przypływ spermy w jajach i wolę ruchania.

– Wyjść! – wrzasnął, stojąc do mnie frontem i wyprostował lewą rękę, jakby chciał mnie zatrzymać.

Dojrzałem jego sterczącego kutasa.

Szybkim ruchem lewej dłoni zbiłem wyprostowaną kończynę klechy. Będąc teraz w bezpośredniej bliskości mocnym ruchem głowy walnąłem go czołem w nos. Jęknął, jak raniony bawół i dłońmi zakrył twarz.

– Jezu, co tu się dzieje! – usłyszałem głos Jadwigi.

Zręcznie ominąłem przeciwnika,  a kiedy znalazłem się za jego plecami, stopą uderzyłem w zgięcie jednego z kolan. Zadziałało. Opadł na klęczki, nadal trzymając się za krwawiący nos. Uwolniona Lidia natychmiast rzuciła się do ucieczki, z opuszczonymi do kolan majtkami i rajstopami.

Zadałem kolejny cios nogą w jego plecy. Silny i zdecydowany. Padł na ryj, jedną dłonią amortyzując upadek. Teraz leżał na brzuchu.

„Mam cię chuju” – tryumfowałem.

 Furia, jaka się we mnie wyzwoliła, przeraziła obie kobiety. Stałem przy jego boku i zadawałem kopniaki na tułów. Słyszałem tylko jęknięcia kapelana, gdy kolejne ciosy lądowały na jego ciele.

– Przestań, błagam cię przestań, zabijesz go!!! – usłyszałem krzyk zakonnicy, i poczułem jak obejmuje mnie rękoma i odciąga od klechy.

Przestałem. Zmęczony stałem mocno trzymany przez Lidkę. Wtulała głowę w mój tors.

– Do sal, wracamy do sal – Jadwiga najwyraźniej odganiała potencjalnych gapiów.

Kapelan powoli dochodził do siebie. Podparł się dłońmi i uniósł głowę. Z nosa lała mu się krew.

– Wykończę cię kurwo – wycedził przez zęby i począł się podnosić.

Jeszcze nie zdołał wyprostować się całkowicie, gdy wyrwałem się zakonnicy. Podkurwił mnie nie na żarty.

Zrobiłem krok, może dwa i potężny kop wylądował na jego kroczu. Zwalił się z przeraźliwym jękiem i  zasłonił dłońmi genitalia. Wiedziałem, że centralnie trafiłem go w jaja, uderzałem gołą stopą. Leżał na ziemi, zwijając się z bólu.

Ponownie znalazłem się za nim i momentalnie usiadłem okrakiem na plecach szubrawca, wysoko, na wysokości łopatek. Zwarłem mocno uda, by zablokować jakikolwiek ruch. Prawą ręką założyłem duszenie na szyję i z wyczuciem pociągnąłem go do siebie. Wygięty jęknął z bólu. Pochyliłem twarz w kierunku jego ucha.

– Słuchaj skurwysynu jebany, słuchaj dokładnie, bo powiem to tylko raz – zacząłem, cedząc każdy wyraz przez zęby. Lidka przerażona płakała. Jadwiga odpędzała nielicznych pacjentów, dbając o to, by nie było świadków. – Teraz przeprosisz siostrę zakonną za swoje słowa i zachowanie. Rozumiesz! – rozkazałem.

Miałem nad nim pełną kontrolę, silniejsze duszenie gwarantowało utratę przytomności.

– Nie słyszę kurwa! – rzuciłem i pociągnąłem go ku górze. Jęknął.

– Przepraszam, bardzo przepraszam – dało się słyszeć.

– Rafał, udusisz go, przestań, błagam cię – prosiła płaczliwym głosem Lidia.

Nie skończyłem jeszcze z tym ścierwem, nie po tym, co zrobił.

– Jutro jebany klecho złożysz u dyrektora szpitala rezygnację, co tam napiszesz to mnie gówno interesuje, ma być przekonująco. Jasne! – kontynuowałem.

– Tak – ledwo z siebie wydusił.

– Jeżeli tego nie zrobisz to pojutrze przyjeżdża do mnie dziennikarka z TV. Program będzie na żywo. Nie będę miał żadnych skrupułów powiedzieć, że jak byłem uziemiony na łóżku, to mnie obmacywałeś i kazałeś brać swego obleśnego fiuta do ust. Staniesz się gwiazdą na cały kraj. Chyba mi uwierzą, no bo kto nie uwierzy bohaterowi? – przedstawiałem wizję swoich działań. O programie dowiedziałem się od rodziców. Telewizja skontaktowała się z nimi, a ja wyraziłem na to zgodę. – Jeżeli gdzieś przeniosą Lidkę, poskarżysz się na nią, dozna szykan lub nieprzyjemności to jak mi Bóg miły dopadnę cię w ciemnej ulicy i zabiję. Sklecisz pismo pochwalne do zakonu, gdzie służy i wychwalisz ją pod niebiosa. Czy wszystko zrozumiałeś, czy coś mam powtórzyć, jebany gwałcicielu – zakończyłem.

– Tak – wyszeptał.

Miałem pianę na ustach. Powoli uspokajałem się.

– Teraz wstanę. Potem ty wstaniesz i spokojnie stąd wyjdziesz. Jeden gwałtowny ruch, jeden gest lub słowo i zmasakruje ci te wydmuszki, a potem wsadzę ci w dupę kij od szczotki i wepchnę go tak głęboko, że aż ci gardłem wyjdzie – ostrzegłem i powoli wstałem z jego pleców.

Stanąłem między Lidką a nim. Jadwiga wyszła na korytarz. Moje ciało było naprężone, gotowe do walki, a wzrok śledził każdy jego ruch.

Podnosił się w ślimaczym tempie. Wstał, wciągnął na siebie majtki i spodnie. Dojrzałem grymas bólu i wściekłość na jego twarzy. Bez słowa ruszył w kierunku wyjścia. Gdy zniknął Lidzia wybuchła głośnym płaczem.

– Już wszystko dobrze kochana, zrobił ci coś? – zapytałem, obejmując ją ramionami.

– Nie, nie zdążył – szepnęła szlochając.

Miał szczęście, gdyby było inaczej, pognałbym za nim i zatłukł na śmierć. Jadwiga głową dała znak, że opuścił oddział i podeszła do nas.

– Chodź dziecko, już po wszystkim, wszystko będzie dobrze – szepnęła, zabierając ją z moich objęć.

Pozostałem sam w brudowniku, powoli wracając do normalnego stanu.  Teraz, gdy adrenalina opadła poczułem ból stopy. Wyszedłem z pomieszczenia i udałem się do Jadwigi. Zapukałem do drzwi. Otworzyła i stanęła w nich.

– Daj mi chwilę, ona musi dojść do siebie, dam jej coś na uspokojenie – usłyszałem.

– Możesz mi dać papierosa – poprosiłem.

Wyciągnęła zapalniczkę i paczkę „Caro”, odpaliła mi papierosa. Zbliżyłem się do otwartego okna na końcu korytarza i dojrzałem klechę wsiadającego na parkingu do swojego Poloneza. Przeciągając, nerwowo wypaliłem fajka. W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wróciłem do sali i usiadłem na łóżku. Na łokciu dojrzałem krew, nie była moja. Gałganem bandaża wytarłem ją i walnąwszy się na wyro, wbiłem wzrok w sufit.

Po jakimś czasie usłyszałem kroki na korytarzu i ktoś otworzył salę obok. Po chwili trzask drzwi i delikatne pukanie do moich. Nim zdążyłem coś powiedzieć te uchyliły się i dostrzegłem postać oddziałowej. Zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok mnie na łóżku.

– Pięknie go załatwiłeś, gdzieś ty się tak nauczył bić, działałeś jak robot – rozpoczęła cichym głosem.

– Nieważne, co z nią?

– Dałam jej coś na uspokojenie i na sen. Śpi tutaj obok.

– Na pewno nic jej nie zrobił? – musiałem się upewnić.

– Nie zdążył, ale niedużo brakowało – Odetchnąłem z ulgą. Jadwiga pogłaskała mnie po włosach. – Walcz o nią, ona cię kocha, tylko trudno jej to powiedzieć – szepnęła.

– Ja też ją kocham.

– Kibicuję wam, teraz jest najlepszy moment, jest w rozterce, ma wątpliwości, jeżeli jej nie przekonasz teraz, to już chyba nigdy.

– Ale jak, przecież ona cały czas zapatrzona w ten kler, nic do niej nie dociera – odpowiedziałem, a Jadwiga westchnęła.

– Wiem, mówiłam, żeby zgłosiła próbę gwałtu, kategorycznie odmówiła, bądź taki, jaki jesteś, miły, czuły, delikatny. Nic na siłę. Postaram się ją urobić. Tym, co zrobiłeś dzisiaj przechyliłeś szalę na swoją stronę – dodała mi otuchy i wstawszy i skierowała się do drzwi.

– Ale, z tym kijem w dupie to mnie rozbawiłeś, masz perwersyjne pomysły – stwierdziła, stojąc w nich i się roześmiała.

Zostałem w pokoju sam. Zamierzałem jutro poważnie porozmawiać z Lidią. Zamknąłem oczy, starając się zasnąć.

 

+++++

 

Lidia leżała na łóżku cała się trzęsąc. Podany lekki środek uspokajający i tabletka nasenna jeszcze nie zadziałały. Cały czas w umyśle przesuwały się kadry z tego, co działo się w brudowniku. Czuła zapach kapelana, dotyk jego podłych łapsk na swym ciele. Poczucie niemocy i paniczny lęk nie opuszczały jej. W samej bieliźnie i w welonie na głowie mocno nakrywała się szpitalnym kocem.

Słyszała wciąż lubieżne słowa księdza, wulgaryzmy i raniące ją stwierdzenia. Nie rozumiała, dlaczego tak się stało. Chciała uciec ze szpitala, lecz Jadwiga wybiła jej to z głowy. Zadzwoniła do klasztoru i nakłamała, że jest natłok pracy i Lidia jest niezbędna. Groźby klechy cały czas dźwięczały w uszach. Co ona mu takiego zrobiła? Za co ją chciał ukarać w ten haniebny sposób? Podniosła na niego rękę, uderzyła w twarz, ale to on pierwszy ją spoliczkował. Wszystkiego się spodziewała, jednak do głowy by jej nie przyszło, że zostanie tak potraktowana przez księdza.

Pragnęła pogrążyć się w modlitwie, lecz nie potrafiła się skupić, a z oczu płynęły łzy. Czuła się jak zaszczute zwierzę. Nie chciała zgłaszać tego, co się stało, choć Jadwiga ją namawiała. Twierdziła, że tak trzeba, bo on może skrzywdzić kolejną kobietę. Nie mogła jednak tak postąpić. Skalałaby własne gniazdo, wspólnotę, w której żyła. Księżom wybaczano dużo, szybko odwrócono by kota ogonem i stwierdzono, że wiodła go na pokuszenie. Cała nadzieja w tym, że ksiądz podporządkuje się temu, co obiecał Rafałowi.

– Boże, gdyby nie on – szepnęła.

Uchronił ją. Nie dał zhańbić, poniżyć i zdeptać. Jeżeli Pan go przysłał z pomocą to, kto przysłał kapelana – diabeł?

Odgoniła tę myśl. To było nielogiczne i nie trzymało się kupy. Jeżeli to miała być kara, to za co? Za przypadkową masturbację chłopaka? Nie zrobiła tego celowo, nie miała takiego zamiaru. Im więcej pytań sobie zadawała, tym bardziej nie rozumiała, dlaczego tak się stało. Nic nie kleiło się w jakąś logiczną całość.

„ Jak będzie dalej? Co począć?”

Ogarnęła ją senność i zmęczenie. Podane środki farmakologiczne zaczęły działać. Skulona w pozycji embrionalnej powoli zapadała w objęcia Morfeusza. Był to najlepszy lek na skołatane nerwy, który dawał ukojenie i potrafił wyciszyć wszystkie złe emocje. Usnęła.

 

+++++

 

Przebudziła się. Miała koszmarny sen. Nagi kapelan zdzierał z niej szaty zakonne. Przerażona spojrzała na zegarek. Było po trzeciej, a za oknem świecił księżyc. Znów wracały demony ostatnich wydarzeń. Bała się, panicznie się bała. Patrzyła na drzwi, obawiając się, że stanie w nich postać ze snu. Zdawała sobie sprawę, że pozostając sama za chwilę wpadnie w paranoję. Potrzebowała kontaktu z drugą osobą. Nigdy w życiu nie odczuwała takiego lęku.

Wstała z łóżka i w samej bieliźnie wyszła na korytarz, powoli kierując się do dyżurki oddziałowej. Nacisnęła na klamkę. Pokój był zamknięty, a lęk się pogłębiał. Rozglądała się naokoło szukając wzrokiem Jadwigi. Nie dostrzegła jej.

„Boże, ja za chwilę zwariuję”

Była jeszcze jedna osoba, przy której mogła czuć się bezpieczna, najbezpieczniejsza na świecie. To był on. Coś pchało kobietę w kierunku jego sali. Nacisnęła klamkę i weszła do jego izby. Zamknęła drzwi za sobą.

 

+++++

 

Skrzypniecie drzwi wyrwało mnie z płytkiego snu. Otworzyłem oczy. Nie wiedziałem, czy dalej śpię, czy to, co zobaczyłem dzieje się naprawdę. W  świetle księżyca dojrzałem postać Lidii. Była w samej bieliźnie i welonie na głowie. Bosa, drobnymi kroczkami zbliżała się do mnie. Nie, to nie był sen.

– Przytul mnie mocno i nie puszczaj, boję się – szepnęła i usiadła na łóżku.

Zrzuciłem z siebie szpitalny koc i przesunąłem się, robiąc miejsce. Natychmiast położyła się twarzą do mnie. Cała drżała. Dostrzegłem łzy cieknące po policzkach. Objąłem ramionami. Zabandażowane dłonie nie pozwalały przytulić mi jej mocniej.

– Już, jestem tutaj kochanie, nie płacz – szepnąłem.

Byłem zaskoczony. Nie wiedziałem, z jakim zamiarem przyszła. Objęła mnie ramionami i wtuliła się z całych sił.

– Mocniej, przytul mnie mocniej – poprosiła.

– Zdejmij mi bandaże z rąk, inaczej nie dam rady – odparłem, a zakonnica poczęła rozwijać opatrunki.

Wiedziałem, że moje dłonie, częściowo pokryte bąblami są szorstkie i obrzydliwe. Nie zważałem na to. Przezwyciężając lekki ból, przygarnąłem Lidkę bliżej.

– Tak, tak dobrze, nie puszczaj mnie, proszę.

Jakże wielki uraz zostawiło w jej psychice zachowanie klechy. Żałowałem, że nie obiłem mu bardziej ryja. Serce mi pękało, gdy widziałem, jak ona cierpi. Była tak blisko, czułem oddech i zapach kobiety. Zacząłem całować ją po policzkach, wyczuwając słony smak łez.

– Tak, tak, nie przestawaj proszę – zachęciła mnie.

Penis zaczął nabierać wielkości, gdyż bodźce jakie dostawałem były silne. Nigdy nie widziałem jej w samej bieliźnie, nigdy nie była tak blisko mnie. Bałem się jak zareaguje na erekcję, po prawdzie nie chciałem jej. Przecież parę godzin wcześniej inny mężczyzna ze wzwiedzionym penisem chciał zrobić Lidii krzywdę.

Odwzajemniła pocałunki. Delikatnie muskała ustami mój policzek.

– Kocham cię – szepnąłem.

Nie doczekałem się odpowiedzi, gdyż ustami zamknęła moje. Nasze języki się splotły. Całowałem ją coraz bardziej namiętnie a ona nie protestowała, dłońmi mierzwiąc mi włosy. Dostałem gęsiej skórki, a poziom podniecenia rósł.

– Dziękuję ci, dziękuję – usłyszałem, a pocałunki zakonnicy przeniosły się na szyję. Nie drżała już tak jak wcześniej, przestała płakać.

Nadal nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę. Gdy jej dłonie uniosły nocną koszulę, aż po same pachy, nie wiedziałem, co robić. Opuchniętymi dłońmi tuliłem ją do siebie. Poczułem jak językiem muska moje brodawki.

– Lidia, ja płonę, nie wytrzymam – rzuciłem cicho.

Miałem nadzieję, że da mi jakiś sygnał, znak, jak daleko mogę się posunąć. Przestała pieścić sutki. Ujęła me dłonie i wsunęła je pod miseczki białego, bawełnianego biustonosza. Pomimo ran, poczułem delikatną skórę piersi. Rozpięła haftki stanika i pozbyła się go. W poświcie księżyca dojrzałem średniej wielkości biust.

– Proszę cię, nie wsadzaj tylko, nie mogę – szepnęła.

Straciłem głowę. Dawała przyzwolenie bym ją pieścił. Wstała z łóżka i zsunęła bawełniane figi. Patrzyłem na to z niedowierzaniem, a po chwili byliśmy oboje nadzy, no Lidia może niekoniecznie, bo miała na głowie welon.

– Obiecujesz? – zapytała.

Kiwnąłem głową, zdając sobie jednak sprawę jak trudno będzie okiełzać podniecenie. Ułożyła się obok mnie i spletliśmy się w miłosnym uścisku.

Postanowiłem przejąć inicjatywę. Nie chciałem pieścić dolnych części ciała ohydnymi dłońmi. Nie chciała penetracji członkiem, więc pozostawała miłość oralna.

Moja głowa zsuwała się powoli. Delikatnie całowałem każdy kawałek jej ciała –  piersi, sutki, brzuch. Język muskał sterczące brodawki, a dłonie dotykały piersi. Czułem jej przyśpieszone tętno, głębszy oddech. Coraz mocniej mierzwiła moje włosy.

Twarz w końcu znalazła się pomiędzy lekko rozchylonymi udami. Poczułem zapach kobiety. Językiem musnąłem wargi sromowe.

– Aaaa – usłyszałem.

Delikatnie i z wyczuciem operowałem językiem w jej wnętrzu. Na szczęście miałem doświadczenie w seksie oralnym. Laura, moja była już dziewczyna, uwielbiała tego rodzaju pieszczoty. Koniuszkiem delikatnie dotknąłem nabrzmiałej łechtaczki.

– Och – jęknęła z rozkoszy.

Przestała zaplatać swe palce w moich włosach. Zagryzała wargi, a po chwili  zatkała usta dłonią. Musnąłem łechtaczkę mocniej, Zadrżała, a wnętrze poczęło delikatnie pulsować. W nozdrzach czułem charakterystyczną woń, a kubki smakowe delektowały się smakiem wydzieliny. Każde liźnięcie, ssanie, dotknięcie językiem powodowało u niej drgawki. Miała gęsią skórkę chyba na całym ciele. Odchyliła głowę do tyłu.

Jakże to ciało było wrażliwe na bodźce! Jak bardzo musiało ich pragnąć. Każde moje działanie stanowiło jakby impuls elektryczny, który przeszywał ją na wskroś. Pojękiwała, przewracała głowę z prawa na lewo. Drżała, ale nie ze strachu, a z rozkoszy. Skurcze pochwy stały się coraz mocniejsze. Ciepło, jakie biło z wnętrza cipki czułem na ustach. Wiła się cała.

– Taaak, taaak – dało się słyszeć.

Nie przestawałem, zwiększyłem nawet tempo stymulacji, zdając sobie sprawę, że dochodzi.

– Uuu, Aaaa, Ooo – wydawała z siebie nieartykułowane dźwięki tłumione zagryzaną dłonią.

Ruszała mocno biodrami, a po chwili zacisnęła uda. Spazm orgazmu przeszył jej ciało. To nie mogło być udawane. Przeżywała rozkosz. Wygięła się w łuk, wydając głośny jęk.

– Tak, kocham cię – usłyszałem i pragnąłem dalej pieścić to boskie ciało. – Nie, dość – poprosiła.

Zaprzestałem. Podniosłem się i tkwiłem na czworakach, przyglądając się jej. Uspokajała oddech, tętno z pewnością malało. Naprężone ciało stawało się bardziej wiotkie, a głowa nie była już tak bardzo odchylona. Nadal miała przymknięte oczy. Przyglądałem się kobiecie nadal, dostrzegając, że  wargi sromowe stają się mniej wydatne.

– Boże, to było niesamowite, co ja robię? Dziękuję – wyrzuciła z siebie chaotycznie, patrząc mi prosto w oczy.

Spojrzenie miała jakoś takie szczęśliwe. Była spełniona. Położyłem się obok niej. Podniosła się na łokciach.

– Teraz ja – szepnęła, a ja z lubością poddałem się pieszczotom.

 Jakże ona robiła to delikatnie i bez automatyzmu, nieporadność była atutem. Było inaczej niż z Laurą i jej przewidywalnymi i wyuczonymi ruchami. Uczyła się mojego ciała, i to było w tym wszystkim najbardziej podniecające. Dodatkowo, ta wola, by odpłacić się i dać mi spełnienie.

Można porównać to do pierwszego razu dwojga niedoświadczonych partnerów. Subtelność i ostrożność, z jaką to robiła zdawały mi się najlepszym afrodyzjakiem. I ten dotyk koniuszków palców i delikatnej skóry dłoni. Nie miałem żadnego punktu odniesienia do doznań jakie teraz odczuwałem. Całowała brzuch, pępek i schodziła coraz niżej. Poczułem jak musnęła końcówką języka członka i otworzyła usta.

– Nie, nie bierz go do ust, nie chcę, zrób ręką – poprosiłem.

Seks oralny w moją stronę zawsze kojarzył mi się z klęczącą Laurą. Taki widok traktowałem jako coś upokarzającego dla kobiety. Dodatkowo te kropelki spermy w kąciku ust po ejakulacji. Dobre dla kogoś, kto chce dominować nad kobietą, a nie traktować ją jako równorzędnego partnera.

Nie chciałem tak zapamiętać naszego aktu. Lidii z moim nasieniem w ustach. Sprofanowałbym najsłodszą istotę, jaką znałem. Zdałem sobie sprawę, że ona też chyba jeszcze tego nie robiła. Sposób, w jaki uchwyciła członka przed próbą wprowadzenia go do ust mnie w tym utwierdził. Miałem tendencję do szybkich i gwałtownych ruchów przed wytryskiem, mogła się zacząć dławić i kasłać.

Owszem, delikatne muśnięcia i pocałunki członka i moszny traktowałem w grze wstępnej jako normalność. Takie pieszczoty dopuszczałem i bardzo lubiłem.

Ruchy dłoni Lidii na fallusie stały się nieco szybsze, a ten stawał się coraz bardziej wilgotny. Ponownie całowaliśmy się w usta. Czułem nadchodzącą falę orgazmu. Oddech przyśpieszał, jęczałem cichutko, tętno rosło, a penis pulsował.

– Aaaa – jęknąłem i poczułem przeszywający spazm spełnienia.

Sperma trysnęła na mój brzuch i klatkę piersiową.

– Już, dość – poprosiłem, a ona zaprzestała stymulacji. Padłem zmęczony. – Dziękuję, kocham cię – wyrzuciłem z siebie po chwili.

Leżeliśmy obok siebie przez kilka minut bez słów. Byłem szczęśliwy. Pomimo faktu, że nie odbyłem pełnego stosunku płciowego czułem, że zbliżyłem się do przekonania jej o odejściu z zakonu.

 

+++++

 

Po tym jakże subtelnym i zmysłowym pettingu leżeliśmy obok siebie. Podziwiałem cudną i nagą postać Lidki. To, co się stało tylko upewniło mnie w uczuciu, jakim ją darzyłem.

– Kocham cię – powtórzyłem, nie wiem już który raz.

Patrzyła na mnie w dziwny sposób. Czułem, że bije się z myślami. Coś w niej zakiełkowało, lecz nie wiedziałem, czy ma zamiar to ziarno pielęgnować.

– Nie, nie mogę – szepnęła.

– Dlaczego?

– Złożyłam śluby, tylko na rok, ale złożyłam.

– Tak, wiem, ubóstwa, czystości i posłuszeństwa – wyrecytowałem z pamięci.

Kiwnęła głową. Jej oczy były szkliste.

– Proponuję ci coś więcej niż ślubowanie, proponuję ci przysięgę – wyrzuciłem z siebie.

– Nie, to w moim przypadku niemożliwe – odparła.

Dobrze wiedziałem, że zakonnice niemające ślubów wieczystych mogą odejść ze zgromadzenia.

– Czy miłość, wierność i uczciwość oraz deklaracja trwania przy tobie, aż do śmierci jest słabsza niż ubóstwo, czystość i posłuszeństwo? – zapytałem filozoficzne.

To pytanie ją zaskoczyło. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Jeszcze jej tam do końca nie wyprali mózgu.

– Rafał, ja już mam oblubieńca, nie mogę mieć dwóch… – odpowiedziała, nie znalazłszy tego brakującego wyrazu.

– Odpowiedz – poprosiłem.

– To nie tak, muszę być posłuszna…

– Przejrzyj kobieto na oczy, ty masz żyć w ubóstwie, a biskupi mają ociekać złotem, ty masz żyć w czystości, a oni pierdolą się na prawo i lewo. Trafisz do takiego jak ten kapelan i zmuszona zostaniesz do posłuszeństwa. Ten system to jedna wielka manipulacja. Chęć zrobienia z ciebie poddanej. Poddanej sterowanej przez kler, a nie przez Boga – wyrzuciłem z siebie, przerywając jej.

– Pan mnie obroni – dalej uderzała w mistyczne treści.

Zdenerwowałem się na dobre. Nie mogłem słuchać tych regułek. Nabrałem powietrza w płuca.

– Powiem ci, na co zasługujesz, zasługujesz na to, żeby być kochana, mieć dzieci, które tak bardzo kochasz, wiernego i uczciwego męża, żyć na normalnym poziomie, cieszyć się seksem i mieć własne zdanie. Na to zasługujesz, bo jesteś niesamowicie dobrą i szlachetną kobietą – uderzyłem z grubej rury.

Zamilkła. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Miała rozbiegany wzrok, a z oczu zaczęły płynąć łzy. Przysunąłem się do niej i pocałowałem w policzek.

– To moje poświęcenie, to moja droga – wyszeptała.

Krew się we mnie gotowała. Rzucałem jej konkretne argumenty, a one do niej nie przemawiały.

– Nie mów mi o poświęceniu, bo ja coś najlepiej na ten temat wiem. Poświęciłem swoje marzenia, straciłem dziewczynę, jestem na tyle szkaradny, że żadna mnie nie zechce, chyba że z litości i o mało co nie straciłem życia. Gdybym, jednak mógł cofnąć czas, zrobiłbym to samo.

Podniosła się z łóżka i zaczęła ubierać. Zdałem sobie sprawę, że być może uderzyłem za ostro.

– Muszę już iść – oznajmiła odziana wyłącznie w bieliznę i welon.

Traciłem ją. Musiałem wytoczyć najcięższe działa.

– Lidko, zostając w zakonie bezpowrotnie tracisz to, co jest marzeniem większości kobiet, macierzyństwo. Nigdy nie doznasz tego cudu. Pierwszych ruchów dziecka, pierwszego dotyku swej pociechy. Nie wtulisz w ramiona swojego dziecka, nie przyłożysz go do piersi. Nie usłyszysz słowa „Mamo” – zaryzykowałem.

– Przestań! – krzyknęła i zanosząc się płaczem wybiegła z izby. Usłyszałem jak trzasnęły drzwi w sali obok.

Targały mną rozterki, Byłem wściekły, że powiedziałem jej o pewnych sprawach mocno i dosadnie.

Z drugiej strony, walczyłem o nią, o jej miłość. Nie wyobrażałem sobie związku z inną kobietą. Jaką? Która by chciała kogoś takiego jak ja? Zaloty tej małolaty odrzucałem. To była litość, nie miłość. Co taka smarkula mogła wiedzieć o miłości. Skrzywdziłbym ją i jej matkę.

Jakoś udało mi się założyć nocną koszulę samemu. Położyłem się na łóżku i gapiłem w sufit, cały czas analizując, czy dobrze postąpiłem.

 

+++++

 

Po powrocie do swojego pokoju Lidia padła na łóżko. Słowa Rafała były cholernie przykre, ale prawdziwe. Wściekała się, że pieszczotami rozbudziła w nim nadzieję. Po wszystkim, czego doznała, potrzebowała kontaktu z inną osobą, a potem wszystko wyrwało się spod kontroli. Od czasu, gdy go poznała, nie rozumiała siebie. Noworodki i on – to były cele w życiu. Patrzyła w sufit, płacząc cichutko.

Wychowana w wielodzietnej rodzinie nigdy nie zaznała luksusów. Ojciec zostawił ich, jak miała dziesięć lat. Razem z matką i licznym rodzeństwem wspólnie walczyli o godny byt. Imała się różnych zajęć, by wesprzeć rodzinę. Własnemu uporowi zawdzięczała to, że ukończyła liceum medyczne. Nie oglądała się za chłopakami, ich też nie interesowała biedaczka z okolicznej wsi. Podczas nauki w liceum zapisała się do scholi. Prowadziła ją zakonnica. To ona opowiadała jej o zaletach życia w zakonie i rozbudzała w młodej, jeszcze nieukształtowanej emocjonalnie nastolatce wizję życia w zgromadzeniu. Pamiętała spotkania z innymi młodymi zakonnicami. Wesołe, uśmiechnięte, grające na gitarze, zachwycone Stwórcą. Cóż, mogło ją czekać w rodzinnej wsi; bieda, ożenek z nadużywającym alkoholu kawalerem i gromadka dzieci, spłodzonych nie z miłości, lecz po etanolu.

Nie chciała takiego życia. Sytuacja na rynku pracy też nie była kolorowa. Praca w szpitalu, pokój w hotelu pielęgniarskim. Zakon gwarantował darmowy wicht i opierunek plus jakieś grosze kieszonkowego. Pragnęła odciążyć rodzinę, jedna gęba do wyżywienia mniej. Targana myślami, bombardowana wizją poświęcenia się Bogu, wybrała tę drogę.

Pierwsze dwa lata nie były złe. Zapoznała się z zakonnymi regułami. Potem nastały dwa lata nowicjatu. „Serce nowicjatu bije w kaplicy” – to było przewodnie hasło tego okresu. Poznała, co to posłuszeństwo. Nauczono ją tego, aż za dobrze. Zero intymności, najgorsze prace, wysiłek ponad siły. Przełożone można było porównać do amerykańskich instruktorów musztry. Wiedziała, co to poniżenie. Zagryzła wtedy zęby i ukończyła ten etap. Pierwsze śluby terminowe złożyła po zakończeniu nowicjatu. Teraz była junioratką. Junioratką od półtora roku. Z założenia pięć lat junioratu miało umocnić wiarę i powołanie. Wcale jednak tak nie było.

Z radością przyjęła ofertę pracy w szpitalu. Mogła mieć kontakt z dwoma różnymi światami. Gdy tylko mogła, to pozostawała w nim. Ileż to razy pani Jadwiga kłamała przełożonej, że są braki, że obecność zakonnicy jest niezbędna.

Ta sielanka jednak nie trwała długo, część zakonnic patrzyła na to z oburzeniem. Upominano ją, że zaniedbuje sprawy mistyczne. Nieraz po powrocie z nocnego dyżuru musiała kosztem snu nadrabiać „duchowe zaległości”. Raz przeszła jej przez głowę myśl o opuszczeniu zakonu. Zabiła ją bardzo szybko. Co by powiedziała rodzina, znajomi? Gdzie, ona prosta dziewczyna, by się odnalazła? Zdawała sobie sprawę, że jest nieprzygotowana do normalnego, świeckiego życia.

Zahukana, łatwowierna, skłonna do manipulacji, uległa, z wysoce ukształtowanym poziomem posłuszeństwa, byłaby łatwym kąskiem dla różnego rodzaju nieodpowiednich mężczyzn.

– Panie mój, powiedz co robić – szepnęła.

Gdy poznała Rafała wszystko stanęło na głowie. Podziw dla jego odwagi, szacunek, jakim ją darzył, miłość do zwierząt, dobroć – to były cechy, którymi jej zaimponował. Nigdy nie wywyższał się, nie chełpił statusem materialnym rodziców. Był konsekwentny, silny i zdecydowany.

Gdyby nie on, tam wtedy w brudowniku zostałaby zgwałcona. Nie czułaby się już czysta. Przeraziło ją, a zarazem zafascynowało to, że dla niej gotowy był zabić człowieka. Przecież, gdyby nie ona, to skopałby księdza na śmierć.

Nie, to nie był młodzieniaszek pragnący skosztować zakazanego owocu – seksu z zakonnicą. Delikatność, z jaką się z nią obchodził, czułość i dobre serce temu zaprzeczały. Czuła coś do niego, coś, czego nigdy wcześniej nie doznała. Pragnęła z nim rozmawiać, pragnęła jego dotyku, uśmiechu, spojrzeń. On naprawdę musiał ją kochać.

Podczas pettingu poczuła też pierwszy raz cielesną przyjemność, i było to fascynujące doznanie.

Targana myślami nie mogła usnąć. Spojrzała na zegarek, mijała piątą. Wstała z łóżka i zaczęła się ubierać. Wyszła z pokoju i skierowała kroki do dyżurki oddziałowej.

 

+++++

 

Delikatne pukanie do drzwi obudziło drzemiącą Jadwigę.

– Proszę – rzuciła, podnosząc się z kozetki.

Do pomieszczenia weszła zakonnica. Oddziałowa przeciągnęła się i przetarła oczy.

– Już lepiej, moje dziecko? – zapytała.

Lidka kiwnęła głową „na tak” i usiadła na krześle. Byłą jakaś nieswoja. Jadwiga dostrzegła to natychmiast.

– Co cię trapi dziewczyno? Mów.

Wstała z łóżka i wstawiła wodę na kawę. Zakonnica milczała, patrząc na stół.

– Muszę podjąć ważną decyzję, to nie jest takie łatwe – wydusiła z siebie.

Oddziałowa uśmiechnęła się dyskretnie. Wiedziała, że Lidia była w nocy u Rafała. Około wpół do czwartej przebudziła się i postanowiła sprawdzić co u niej. Nie zastała jej w pokoju, dostrzegając tylko złożony na krześle habit i buty.

Lidka musiała być w budynku. W pierwszej chwili pomyślała, że jest w toalecie, ale wcześniej postanowiła sprawdzić co u Rafała. Gdy zbliżyła się do drzwi jego pokoju usłyszała przytłumione jęki. Nie otworzyła drzwi, podsłuchiwała. Po chwili wszystko stało się jasne. To były odgłosy miłosnych igraszek.

„Zmądrzałaś, dziewczyno” – pomyślała zadowolona.

Odeszła od drzwi i poszła do siebie. Podsłuchując, czuła się jakoś nieswojo.

– Co zamierzasz? – zadała kolejne pytanie.

Lidka wypiła dwa łyki kawy i odłożyła szklankę.

– Nie mogę tu dalej pracować. Kapelan się zemści – zaczęła zakonnica.

Jadwigi mało krew nie zalała, miała nadzieję usłyszeć zgoła co innego.

– Nic nie powie, nie wróci tutaj, to cykor, jakich mało. Wystraszył się na dobre. A jeżeli nawet by się odważył, to ja powiem, że próbował mnie zgwałcić – wypaliła oddziałowa, a zakonnica popatrzyła na nią z przerażeniem w oczach.

– Przecież to kłamstwo – stwierdziła.

– Półprawda, próba gwałtu miała miejsce, tylko kto inny był ofiarą.

Lidia siorbała dalej kawę. Widać było, że ma gonitwę myśli.

– Powiem ci dziewczyno, co masz zrobić. Wrócisz do zgromadzenia i zakomunikujesz, że odchodzisz. Odstrzelisz się w szałową kieckę, zrobisz się na bóstwo i pójdziesz do niego. Powiesz, że go kochasz i chcesz z nim być.

– Nie, poproszę o przeniesienie do zakonu zamkniętego. Tam będę bezpieczna. Tak, tak zrobię – wyrzuciła z siebie dziewczyna.

W oddziałową, jakby uderzył piorun. To, co usłyszała wyprowadziłoby nawet świętego z równowagi.

– Słuchaj Lidka, gdybyś byłą moją córką to teraz zlałabym cię pasem po gołej dupie. Dlaczego to robisz jemu i sobie?! – prawie wrzasnęła.

– Muszę go chronić, nie wiesz jacy księża potrafią być mściwi. Muszę bronić jego i siebie. W zamkniętym klasztorze będę bezpieczna – próbowała wyjaśnić motywy swej decyzji.

Pielęgniarka nie mogła tego dłużej słuchać.

– Oj, ty głupia, siebie może ochronisz, a jego doprowadzisz do szaleństwa, a pamiętaj, szalony mężczyzna potrafi zrobić głupoty.

Lidia dopiła kawę i odstawiła szklankę na stół.

– Tak, to najlepsze wyjście – oznajmiła, za nic biorąc sobie podpowiedzi.

– Skoro tak chcesz zrobić, to po co byłaś u niego w nocy? Rozgrzać biednego chłopaka i porzucić jak zepsutą zabawkę? –Jadwiga walnęła z grubego kalibru.

Zakonnica nie spodziewała się, że tamta wie o jej wizycie u chłopaka.

– Jak…? – zapytała, cholernie zawstydzona i wzrok wbiła w podłogę.

– Podsłuchiwałam pod drzwiami i cieszyłam się, że zmądrzałaś – przyznała się pielęgniarka.

Lidka zarumieniła się. Wstała od stołu i ruszyła do drzwi.

– Lidka, nie zabijaj tej miłości, nie tłum jej w sobie – usłyszała, stojąc w nich.

– Nie mogę, nie mogę – odparła i wypadła na korytarz. Roztrzęsiona zbiegła po schodach.

Obie kobiety nie wiedziały, że stojąc pod drzwiami podsłuchiwałem. Wróciłem do pokoju przed końcem ich rozmowy, kiedy usłyszałem, że moja ukochana podjęła decyzję o przejściu do zamkniętego klasztoru.

 

+++++

 

Wstawał piękny słoneczny dzień. W głowie miałem cały czas słowa Lidii o odejściu i zdałem sobie sprawę, że przegrałem walkę o jej miłość. Moje życie traciło sens, jedyna iskierka nadziei zgasła.

Gdy odwiedziła mnie Jadwiga, starałem nie dać po sobie poznać, że wiem o ich rozmowie. Zbywałem jej pytania półsłówkami. Zwaliłem swe zachowanie na ból głowy i złe samopoczucie.

– Dzwonił jakiś gościu z ubezpieczalni i mówił, że wpadnie z rana –poinformowała mnie.

Skojarzyłem, że pewnie przyniesie pieniądze z ubezpieczenia. Nie cieszyło mnie to, ogólnie nic mnie nie było w stanie rozweselić. Podjąłem decyzję co dalej uczynić.

– Coś jesteś nieswój, co cię gryzie? – dojrzała moje zmienione zachowanie.

– Ten klecha. Muszę wiedzieć, czy złożył rezygnację i napisał pismo do zgromadzenia – odparłem.

Musiałem zabezpieczyć Lidzię. Przed tym, co planowałem, musiałem mieć pewność, że klecha jej już nigdy nie skrzywdzi. Oddziałowa spojrzała na mnie badawczym wzrokiem. Musiałem lepiej się maskować.

– Dobrze, zadzwonię koło południa do sekretariatu i oddzwonię do ciebie, tu na oddział. Do sióstr też mam numer. Spodziewaj się telefonu koło trzynastej – zaproponowała pomoc, a ja grzecznie podziękowałem.

Jadwiga udała się do siebie. Śniadanie, poranny obchód, zmiana opatrunku. Po tych określonych porządkiem dnia czynnościach, pojawił się facet z ubezpieczalni.

– Zgodnie z obietnicą przynoszę panu kwotę odszkodowania z naszego zakładu ubezpieczeń – powiedział, wręczając mi grubawą kopertę z pieniędzmi.

Położyłem ją na malej szafce przy łóżku.

– Dziękuję, gdzieś mam pokwitować? – zapytałem, a on zrobił dziwną minę.

– Nie przeliczymy, to spora kwota – zapytał.

– Ufam panu – odparłem krótko.

Wyciągnął długopis i blankiet. Rozbandażował mi częściowo prawą dłoń, bym mógł uchwycić długopis. Podpisałem we wskazanym miejscu. Odłożyłem kopertę do szuflady, gdy wyszedł. Czekałem tylko na telefon od Jadwigi.

Na zewnątrz robiło się parno i duszno. Wszystko wskazywało na to, że po południu porządnie lunie. W radiu zapowiadali nawet gwałtowne burze. Leżałem na plecach ze wzrokiem wpatrzonym w sufit. Nie wiem, jak długo to trwało. Wyciszałem się i układałem plan dalszych działań.

– Rafał, Jadwiga dzwoni, chodź do telefonu – wyrwał mnie z zamyślenia głos oddziałowej Oli.

Zerwałem się na równe nogi i szybkim krokiem ruszyłem za nią. Przyłożyła mi słuchawkę do ucha.

– Rafał, słucham – rozpocząłem rozmowę.

– Kapelan o jedenastej złożył w sekretariacie wypowiedzenie, dyrektor przyjął je i od pierwszego będzie u nas inny duchowny… – usłyszałem.

– Kurwa, dopiero od pierwszego – przerwałem.

– Nie przerywaj mi. Do tego czasu wybiera zaległy urlop – kontynuowała, a ja odetchnąłem z ulgą. – Do zgromadzenia dostarczył pismo wychwalające Lidkę pod niebiosa. Wzięłam tę ich przełożoną pod włos i sama się wygadała.

Byłem zadowolony. Załatwiłem wszystko, co chciałem, i mogłem spokojnie realizować swój plan.

– Dzięki – rzuciłem w słuchawkę.

Poprosiła mnie, bym dał do telefonu Aleksandrę.

– Dobra, zwrócę uwagę – usłyszałem Olę, wychodząc z dyżurki.

Wróciłem do sali, a czas dłużył mi się niemiłosiernie. Czekałem na popołudniowy obchód. Stawało się już tak duszno, że trudno było to znieść, powietrze było gęste jak zupa. Wreszcie pojawił się młody lekarz.

– No jeszcze tydzień i zwolnimy cię do domu, opuchlizna spod oka zeszła, dłonie dochodzą do siebie, ale potrzeba czasu, blizna na policzku po zdjęciu szwów ładnie się goi. Wszystko idzie ku dobremu – usłyszałem ocenę mojego stanu zdrowia.

– Chciałem wypisać się na własne żądanie, dzisiaj – rzuciłem.

Zrobił wielkie oczy, będąc najwyraźniej zaskoczony moją decyzją.

– To wykluczone, może za cztery, pięć dni, ale nie dzisiaj – odparł.

– Nalegam, mam takie prawo i chcę z niego skorzystać – twardo trwałem przy swoim.

– Może siostra mu wytłumaczy i przemówi do…. – zwrócił się do oddziałowej.

– Proszę o formularz, wychodzę dzisiaj – powiedziałem stanowczym tonem.

– Pana wola, ale to głupi pomysł, tu w szpitalu…. – zaczął znowu.

– Formularz! – powtórzyłem podniesionym głosem, nieznoszącym sprzeciwu.

Lekarz machnął ręką i mruknął pod nosem, udając się do kolejnej sali. Na odchodnym polecił, by oddziałowa przyniosła stosowny formularz, co też uczyniła.

– Słuchaj… – zaczęła, lecz omiotłem ją takim spojrzeniem, że zaraz zamilkła.

Poprosiłem, by zdjęła mi bandaż z prawej dłoni i pozostawiła wszystkie palce bez niego. Ująłem długopis i  postawiłem autograf we wskazanym miejscu.

– Przyniesie mi siostra ubrania? – poprosiłem grzecznym tonem.

Miałem czystą zmianę ubrań. Rodzice przynieśli je podczas ostatniej wizyty, a te tkwiły w szpitalnym depozycie. Po kilku minutach ciuchy i buty miałem w sali razem z  plecakiem, który miałem ze sobą tamtego dnia. Z trudem przebierałem się, robiąc to jedną dłonią. Najgorzej było z butami, ale pomogła mi je zawiązać salowa, którą spotkałem na korytarzu. Udałem się do oddziałowej po wypis.

– Mogę prosić o kartkę i długopis? – zapytałem.

Patrzyła na mnie dziwnie, wręczając to, o co prosiłem. Wypis nie był jeszcze gotowy. Wróciłem do sali. Ująłem niezgrabnie długopis i napisałem pierwsze słowo – „Najukochańsza”.

 

+++++

 

Lidia jak szalona pędziła chodnikiem w kierunku szpitala. W głowie cały czas miała słowa Jadwigi.

„Jeżeli on sobie coś zrobi, to bądź przeklęta” – to tłukło jej się w głowie.

Rafał na własne życzenie opuszczał szpital. Nagle, niespodziewanie i stanowczym tonem zażądał formularza i go podpisał. Ola, pouczona przez Jadźkę natychmiast zadzwoniła do niej, a ta wykonała telefon do Lidii. Nic chłopakowi nie przemawiało do rozumu. Był pełnoletni i nie można go było zatrzymać siłą. Podobno pozostawił u oddziałowej jakąś kopertę.

– Co ja narobiłam – szeptała, biegnąc ile sił w nogach i płacząc.

Zdawała sobie sprawę, że każda chwila jest na wagę złota. Uprosiła siostrę przełożoną o wyjście. Ta dała zgodę, po pochwalnym piśmie od kapelana.

Gdy zadzwoniła Jadwiga, chłopak był jeszcze w szpitalu. Ola za wszelką cenę starała się opóźnić jego wyjście. Nie mogła jednak przeciągać tego w nieskończoność.

Zrozpaczona stanęła na jezdni i wyciągnęła przed siebie ręce. Z piskiem opon zatrzymał się przed nią biały Polonez.

– Błagam, niech mnie państwo podrzucą do szpitala – poprosiła starsze małżeństwo podróżujące pojazdem.

Zgodzili się, a ona szybko wsiadła do samochodu. Droga do szpitala dłużyła się niesamowicie. W głowie zakonnica miała kołowrót myśli i jedną nadzieję – zdążyć, nim on opuści szpital.

Wysadzili ją na parkingu przy stacji pogotowia. Podziękowała i jak szalona pokonywała schody. Z impetem otwarła drzwi dyżurki.

– Jest? – zapytała zdyszana.

– Nie, nie mogłam go dłużej zatrzymać, wyszedł kilka minut temu, poszedł na postój taksówek – oznajmiła oddziałowa Ola.

Lidia przysiadła na chwilę. Zastanawiała się, co robić dalej.

– Tu jest ta koperta dla ciebie – usłyszała i odebrała ją.

Drżącymi dłońmi otworzyła. Wewnątrz była spora liczba banknotów i złożona na pół kartka. Zorientowała się, że to list do niej.

„Najukochańsza. Chciałem zasypiać i budzić się przy Tobie do końca swoich dni. Skoro nie będzie mi to dane, to moje życie nie ma już sensu. Jesteś miłością mojego życia. Zostawiam Ci trochę pieniędzy. Tam, gdzie się wybieram, nie będą mi potrzebne. Kocham Cię. Rafał”.

Mroczki stanęły jej przed oczami. Odłożyła kartkę i zalała się łzami. Mogła tylko się domyślać, co on zamierza zrobić.

– Gdzie ten postój? – zapytała płaczliwym głosem.

Aleksandra wskazała miejsce. Lidka wyciągnęła z koperty dwa banknoty o wysokim nominale i wypadła z dyżurki jak szalona. Ola coś do niej krzyczała, lecz ta nie zwracała na to uwagi.

„Boże, niech on tam będzie” – błagała Stwórcę w myślach.

Niestety, na postoju go nie dostrzegła. Stała jedna taksówka, do której wsiadał starszy jegomość. Dopadła go.

– Błagam, niech mnie pan przepuści, ja muszę – rzuciła błagalnym tonem.

– Pani kochana, każdy się spieszy.

– Zapłacę, to dla pana – nie dawała za wygraną, wręczając mężczyźnie jeden z banknotów.

– O, jak tak, to proszę – odparł, zabierając pieniądze.

Wsiadła do taksówki i trzasnęła drzwiami. Zaskoczony taryfiarz przez chwilę nie bardzo wiedział, co powiedzieć.

– Dokąd jedziemy? – zadał po chwili standardowe pytanie.

No, właśnie dokąd? Rafał mógł pojechać wszędzie. Chciała przeprowadzić analizę, lecz miała mętlik w głowie.

– Wsiadł tu taki chłopak, osiemnaście lat z blizną na policzku i zabandażowanymi dłońmi, nie wie pan, gdzie pojechał – wyrzuciła z siebie.

Kierowca uśmiechnął się pod nosem.

– Siostro, może wy duchowne osoby macie taki dar, ale ja zwykły grzesznik tego nie mam – odparł.

– Błagam, niech pan coś zrobi, to sprawa życia lub śmierci!

Taksówkarz zdał sobie sprawę, że sprawa jest poważna. Chwilę pomyślał. Widział, w jakim stanie jest zakonna siostra.

– Chwila, może się uda – mruknął pod nosem i do ust przyłożył gruszkę od CB-radia.

– Koledzy, wiózł ktoś z was chłopaka z blizną na policzku i bandażami na dłoniach? – rzucił w eter.

W 1989 roku CB-Radio przebojem weszło na polski rynek. Kierowcy ciężarówek i taksówkarze byli najliczniejszą grupą, która używała ów sprzęt.

– Tak, wiozłem, a co? – zacharczało w głośniku.

– Gdzie go wiozłeś kochany?

– Wysadziłem przy kładce nad rzeką. Miał plecak z linami, to chyba poszedł na skałki.

– Jedźmy tam – rozkazała Lidia.

Duży fiat z piskiem opon ruszył przed siebie. Zaczął padać deszcz. Ponownie droga dłużyła się niemiłosiernie. Każdy postój na światłach, każde hamowanie przed zwalniającymi pojazdami trwało według zakonnicy za długo. W końcu dotarli do kładki.

– Poczeka pan? – zapytała.

– Zależy, ile i za ile – odparł konkretnie.

Pieniądze nie grały roli. Miała zamiar uratować chłopaka. Wręczyła kierowcy banknot, a z szyi ściągnęła złoty medalik.

– Wystarczy? – zapytała. – Więcej nie mam.

– Kochana, teraz to ja tu mogę stać do wieczora – zapewnił ją.

Opuściła samochód. Zaczynało coraz mocniej padać, ale nie zważała na to. Biegła co sił w kierunku skałek.

– Boże, nie pozwól na to, zabierz mnie, oszczędź jego – mówiła sama do siebie płacząc.

Z dala, dał się słyszeć złowrogi pomruk burzy. Biegła przemoczona, habit z każdą minutą stawał się coraz cięższy.

Wpadła wreszcie na ścieżkę prowadzącą ostro pod górę. Sandały ślizgały się na gliniastym podłożu. Upadła, ocierając kolana. Podniosła się szybko i szła dalej, biegła przez las, a szlak stawał się coraz węższy.

W pewnym momencie welon zahaczył o wystająca gałąź i spadł z głowy. Nie wróciła się po niego, parła nadal ku górze, mając nadzieję go dogonić. Upadła drugi raz, kalecząc dłonie, nie zważała na to. Szybko powstała i ruszyła dalej.

– Błagam kochany, nie rób tego – szepnęła płacząc.

Powoli docierała na szczyt, będąc kompletnie przemoczona. Bielizna lepiła się dosłownie do ciała. Rozglądała się wokoło, ale nigdzie nie było widać postaci.

– Nie, tylko nie to – szepnęła, mając przed oczami najtragiczniejszy scenariusz.

W końcu znalazła się na szczycie. Dojrzała go. Żył, stojąc tuż nad przepaścią.

 

+++++

 

Wszystko miałem rozplanowane. Gdy wysiadłem z taksówki wiedziałem, że się nie wycofam. W szpitalu ociągali się z tym wypisem, jakby chcieli odwieść mnie od powziętego planu. Po drodze poprosiłem taksówkarza, by zatrzymał się przy monopolowym. Kupiłem pół litra wódki „Baltic” i papierosy. Wspinając się na szczyt wypaliłem jednego. Gdy go osiągnąłem zaczął padać deszcz.

– Bardzo dobrze, poślizgnąłem się, lina pękła – mówiłem sam do siebie.

Ściągnąłem z dłoni bandaże i spojrzałem na paskudne łapska. Z trudem odkręciłem zakrętkę od butelki wódki i pociągnąłem spory łyk płynu, krzywiąc się niemiłosiernie. Gorzała była ciepła.

Założyłem uprząż, końcówkę liny mocując do sporego drzewa, drugi koniec do uprzęży. Z plecaka wyciągnąłem nóż i w  połowie długości liny przeciąłem ją.

– Wspinałeś się Rafałku, lina pękła i spadłeś w dół. Piękna śmierć – powiedziałem do siebie.

Nie chciałem robić wstydu rodzicom. Żyliby z piętnem syna-samobójcy. Nieszczęśliwy wypadek to co innego. Wypił, wspinał się, zginął – krótka bajka. Nikt w takiej sytuacji nie będzie badał śladów. Prokuratura zamknie wszystko od razu.

Z daleka słychać było pomruki burzy.

„Dobrze, nikt tam na dole nie będzie łaził”.

Pociągnąłem kolejny łyk wódki. Piłem, bo na trzeźwo bym tego nie zrobił. Przez chwilę zastanawiałem się, czy samobójstwo to akt tchórzostwa, czy odwagi?

– To zależy od sytuacji – odpowiedziałem sam sobie.

Wiedziałem, że sprawie ból rodzicom, że więcej nie zobaczę Yumi. Jednak dalsza moja egzystencja byłaby wielkim pasmem bólu. Nie pokochałbym żadnej kobiety. Kurwa, a jaka by mnie chciała z tą facjatą i tymi wstrętnymi łapskami? Chyba jakaś desperatka.

Deszcz lał coraz mocniej. Chciałem jeszcze zapalić, lecz paczka papierosów zamokła. Podszedłem do krawędzi ściany i spojrzałem w dół. Upadek stąd gwarantował pewną śmierć. Podniosłem twarz ku górze.

– Już czas.

Kolejny, ostatni łyk wódki. Smakowała coraz bardziej podle, lecz dodawała odwagi. Odrzuciłem opróżnioną w trzech czwartych butelkę na ziemię.

– Rafał, błagam cię nie rób tego! – usłyszałem kobiecy krzyk i cofnąwszy się zacząłem szukać wzrokiem osoby, która chciała mnie odwieść od decyzji.

Zamurowało mnie. Kilka metrów od miejsca, gdzie tkwiłem stała Lidia. Kompletnie przemoczona, w habicie, lecz bez welonu. Po raz pierwszy mogłem zobaczyć jej długie, sięgające do łopatek, brązowe włosy.

„Jak mnie do cholery znalazła?” – przeszło przez myśl.

– Odejdź, zostaw mnie w spokoju – krzyknąłem.

– Nie rób tego błagam cię, chodź do mnie!

Jakże mi to cholernie nie pasowało. Chciałem to zrobić bez świadków, a teraz pojawiła się ona.

Zrobiła krok, może dwa w moim kierunku.

– Stój tam, jeszcze jeden krok i skoczę – ostrzegłem.

Zatrzymała się. Płakała, a w jej oczach dojrzałem smutek.

– Jeżeli coś do mnie czułaś, to błagam cię teraz ja, odejdź i zostaw mnie w spokoju – poprosiłem, nie chcąc mieć świadków.

Pomimo że wypiłem, zdawałem sobie sprawę, po co przyszła. Odwieść, obiecać wszystko, a potem pozostawić i udać się do klasztoru.

– Rafał, kocham cię – wyznała.

Właśnie zaczynała swoją gierkę. Ratować mnie za wszelką cenę, a potem myk do klasztoru.

– Nie kłam, robisz to w wiadomym celu, ty masz swego oblubieńca – odparłem.

– Rafał, kocham cię, naprawdę cię kocham, uwierz mi!

Ona miała swój cel, ja swój. Zdawałem sobie sprawę, że robi to, bym nie targnął się na życie. Postąpiłem krok do przodu. Po tym, co podsłuchałem nie wierzyłem już w nic. Chciała zrobić tylko dobry uczynek.

– Jeżeli skoczysz, skoczę za tobą – ostrzegła.

– Nie skoczysz, religia ci tego zabrania – odparłem, wiedząc, jak traktuje się samobójców w rzymsko-katolickim obrządku. – Idź do klasztoru i zostaw mnie.

– Jeżeli mnie naprawdę kochasz, bo ja ciebie kocham, to zrób krok w tył, błagam –  jej płaczliwy ton głosu był nie do zniesienia.

Uczyniłem, jak prosiła. Zawsze mogłem zrobić dwa, trzy naprzód i runąć w czeluść. Jednak byłem głupi. Ona grała na uczuciach, pieprząc mi dyrdymały o miłości, a ja już się wahałem.

– Dobrze wiem o co ci chodzi, odejdź, proszę.

Lało jak z cebra i byłem kompletnie przemoczony. Co jak co, ale ileż można zwlekać z podjętą decyzją? Chciałem przynajmniej umrzeć, nie czując dreszczy z zimna. Postąpiłem krok ku przepaści.

– Ty cholerny, egoistyczny dupku! – zbaraniałem na te słowa. Obejrzałem się przez ramię. Ściągała z siebie przez głowę habit. Byłem w takim szoku że znów cofnąłem się o krok.

– Z całych sił starałam się kontrolować moje serce i cholera się nie udało, bo cię kocham, cholerny dupku – dodała, zrzucając z piersi biustonosz.

Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, co zrobić.

– Nigdy nikogo tak nie pragnęłam jak ciebie, ty cholerny egoisto – dodała, ściągając bawełniane figi, i  odrzuciła je na bok.

Stała kompletnie naga, parę metrów ode mnie. Gdybym wypił więcej, może bym uwierzył, że mi się to śni.

Nie byłem w stanie wypowiedzieć żadnego słowa, żadnej sylaby. Jak zaczarowany patrzyłem na jej nagie ciało, a ona zsunęła sandały ze stóp.

– Może moje usta potrafią kłamać, ale ciało nie. Kocham cię, mówię ci to kolejny raz, jeśli nie wierzysz dotknij mnie, a będziesz wiedział, że mówię prawdę – to było naprawdę odważne wyznanie.

Ruszyłem w jej stronę. Odwiodła mnie od najgorszej decyzji w życiu. Tymi paskudnymi łapskami objąłem krągłe piersi. Jej sutki sterczały, letni deszcz obmywał nagie ciało. Po chwili nastała ulewa.

Usta spotkały się w miłosnym namiętnym pocałunku. Rozpinała uprząż, potem ściągnęła ze mnie podkoszulek. Strugi z nieba lały się na nas, a grzmoty burzy stawały się coraz bliższe. Nie wierzyłem, że to dzieje się naprawdę.

– Pragnę cię, tu i teraz – szepnęła, mając mnie w ramionach.

Położyłem ją delikatnie na trawie. Wszedłem bez żadnej gry wstępnej, gdy tylko pozbyłem się odzienia.

– Ał, ał – wyrzuciła z siebie, gdy penis zagłębił się w pochwie.

Kochaliśmy się po misjonarsku. Boże, jaki  byłem szczęśliwy. Miałem ją pod sobą i mogłem patrzeć, jak przeżywa ten seksualny akt. Poprosiłem, by oplotła mnie nogami na wysokości bioder. Najpierw spokojnie, a potem z narastającą siłą penetrowałem wnętrze. Ciepły czerwcowy deszcz obmywał nasze, splecione w miłosnym uścisku ciała.

– Kocham cię, kocham cię – szepnęła pierwsza i zdałem sobie sprawę że zaraz dojdzie..

Obok, gdzieś niedaleko walnął piorun, Ziemia zadrżała dokładnie w tym momencie, gdy Lidia doznała orgazmu. Jej ciało wiło się w ekstazie. Paznokcie kobiety do krwi wbiły się w moje ciało. Jęczała niezrozumiale. Chwilę później ładunek nasienia znalazł się w pochwie. Przeżyłem orgazm, tak silny, jak nigdy wcześniej. Wykonałem jeszcze parę ruchów i zwaliłem się na bok, nie chcąc przygniatać ciałem partnerki. To było niesamowite, szalone i całkiem nieodpowiedzialne. Kopulowaliśmy na szczycie skałek podczas burzy.

– Kocham cię – uprzedziła moje wyznanie.

Patrzyłem na tę cudowną istotę i objąłem ją z całych sił.

– Nie rób tego więcej. Nie wiedziałaś, że dla ciebie zwariowałem z miłości – powiedziałem.

– Nie, to ja dla ciebie zwariowałam z miłości – odparła, całując mnie w usta.

Pioruny biły blisko, ziemia drżała.

– A twoi rodzice, co na to?

– Nic, zaakceptują decyzję syna i tyle, lubią cię, dużo im o tobie mówiłem – odparłem zgodnie z prawdą.

– Co teraz?

– Mam kasę, dzisiaj do domu cię nie wezmę, bo wypiłem, zostaje nam hotel, chyba że kopertę, jaką ci dałem zaniosłaś do zgromadzenia. Wtedy faktycznie mamy problem.

Ubrani zeszliśmy w dół. Taksówka czekała, jednak honor taryfiarza coś znaczył w tym mieście.

– Do hotelu, dobrego hotelu – zadecydowałem.

– Nie, najpierw pod szpital, potem do Jadwigi  i do hotelu. – poprawiła mnie Lidia.

Dojechaliśmy do szpitala. Lidka wysiadła, zostałem z kierowcą sam.

– Nie jesteś przypadkiem tym gościem, co uratował ostatnio te licealistki, kierowcę i wychowawczynię? – zapytał.

– Tak, a co? – zapytałem.

Odwrócił się do mnie i spojrzał jakoś dziwnie.

– Kurwa, uratowałeś mi szwagra, byłbym chujem, gdybym od ciebie wziął choćby złotówkę – wypalił , oddając banknot i łańcuszek Lidki.

– Bierz człowieku – odparłem.

Widziałem jego spojrzenie, nieznoszące sprzeciwu. Spasowałem. Lidka wróciła po chwili z kopertą w dłoni.

– To twoje – stwierdziła, wręczając mi ją.

– Nie, to twoje – odparłem.

Podjechaliśmy pod blok Jadwigi. Lidia wybiegła na chwilę i wróciła szczęśliwa. Samochód zawiózł nas pod hotel. Z recepcji przedzwoniłem do rodziców.

Uwierzcie mi na słowo, padłem na ryj w hotelowym pokoju. Usnąłem w łóżku zamroczony alkoholem.

 

Trzy miesiące później, Warszawa, Belweder.

 

Stałem wyprostowany jak struna. W moim kierunku podążał sam prezydent PRL, generał Wojciech Jaruzelski. Towarzyszył mu ktoś z jego kancelarii.

– Gratuluję młody człowieku, Wykazałeś się wielką odwagą, ratując życie tym ludziom. Jestem zaszczycony, mogąc uścisnąć ci dłoń – powiedział, mocno ściskając moją prawicę.

Uścisk był mocny, męski i ręka nieco mnie zabolała. Czułem jeszcze czasami, ból ale teraz nie dałem tego po sobie poznać,

– Dziękuję panie prezydencie – odparłem.

Przypiął mi medal do klapy garnituru. Pękałem z dumy. Gdy odeszli, spojrzałem w bok. Lidia w czarnej sukience uśmiechnęła się do mnie. Jakże ona cudnie wyglądała, a delikatny makijaż podkreślał jej urodę. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia i krótka rozmowa. Podziękowano nam za przybycie i wskazano drogę do wyjścia.

Opuściliśmy Belweder. Czułem, że stres ze mnie uchodzi.

– Gratuluje ci, mój bohaterze – rzuciła Lidia i pocałowała mnie w policzek.

– Musimy to uczcić – zaproponowałem.

Niedaleko, na Belwederskiej 2 była restauracja „Lotos”. O tej porze ruch był niewielki i z łatwością znaleźliśmy wolny stolik. Kelner podał kartę dań.

– Proszę, wybierz – poprosiłem Lidkę.

Wybrała de volaille, z którego słynął ten lokal i zupę pomidorową.

– Coś na deser? – zapytał kelner.

– Zdaje się na pana – odparła Lidia.

– Poprosimy jeszcze dwie lampki dobrego półsłodkiego wina – dodałem.

– Jedną – skorygowała Lidzia.

Zaskoczyła mnie. Nie była abstynentką. Przez te trzy miesiące nieraz raczyliśmy się winem, czasami jakąś wódeczką. Wiedziałem, że nie lubi piwa. Kelner przyjął zamówienie i zniknął nam z oczu.

– Kochanie, co się stało, nie napijesz się? – zapytałem.

Popatrzyła mi prosto w oczy. Czułem, że ma mi coś ważnego do przekazania.

– Mam dla ciebie radosną nowinę. Zostaniesz tatą – powiedziała cichutko.

Ta informacja tak mnie zaskoczyła, że aż zaniemówiłem. Rozdziawiłem gębę i patrzyłem na nią.

Gdy to do mnie dotarło, podniosłem się z krzesła i uklęknąłem przed nią, opierając głowę o jej brzuch. Przez materiał sukienki złożyłem pocałunek.

– Jesteś pewna? – wyrzuciłem z siebie.

– Tak, trzeci miesiąc, byłam u lekarza – odpowiedziała i dała mi znak bym wstał z kolan.

Chciałem krzyczeć na cały świat, jaki jestem szczęśliwy, bo w tej chwili byłem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

– To wtedy, tam na skałkach? – zapytałem.

– Tak, tak, tak! – odparła równie szczęśliwa, jak ja.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

A ponoć to kobiety oglądają film porno do końca w nadziei, że w finale będzie ślub 🙂 Koniec słodki i sentymentalny, aż zęby bolą z nadmiaru cukru.

Dlatego doceniam urozmaicenie w postaci uroczystości u Jaruzela. Szkoda, że tak krótko. Nie spodziewałem się, że zajrzymy aż do Belwederu.

Rozumiem, że ciąg dalszy, jeśli będzie, to już w wolnej Polsce?

Od 04. 1989 roku to Prezydent nadawał ten order, więc wizyta w Belwederze była konieczna, a że wtedy był nim Jaruzelski, to tak wyszło.
Zdaje sobie sprawę, że opowiadanie jest przecukrzone, no cóż, tak nieraz mam. Niekiedy chcę by wszystko kończyło się happy endem.
Akcja kolejnego odcinka rozgrywa się bodajże w 2010 roku.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.

W komentarzach pod poprzednim rozdziałem przewijały się opinie o Rafale jako bohaterze jednoznacznie pozytywnym, krystalicznie czystym, bez skazy i zmazy.

Tu jednak okazuje się, że jest on zdolny do psychologicznej manipulacji i szantażu. Przecież on zmusza Lidkę do opuszczenia zakonu i ślubu z nim groźbą samobójstwa.

Być może z początku to tak nie wyglądało i naprawdę planował się zabić (starannie to reżyserując), ale w momencie jak zobaczył zakonnicę na szczycie wzgórza – działał sprawnie i z wyrachowaniem. No i w koncu dopiął swego – odbił oblubienicę Jezusowi.

Powinien za to dostać od prezydenta drugi medal 🙂

Leave a Comment