Ratownik. Zakonnica I (jammer106)  4.91/5 (11)

41 min. czytania

Źródło: Pexels.com

Czerwiec 1989. Wojewódzki Szpital Zespolony w Nowym Sączu.

 

Pielęgniarka oddziałowa Jadwiga właśnie rozpoczynała dyżur. Była jakoś dziwnie niespokojna. Siedząc w swoim pomieszczeniu co chwila, zerkała na zegarek, a następnie na znajdujący się w pobliżu aparat telefoniczny. Oczekiwała na telefon od córki, uczennicy pierwszej klasy liceum medycznego. Była dumna, że ta wybrała tę samą szkołę, w której kiedyś uczyła się ona. Od tragicznej śmierci męża i syna, gdy wychodziła na dyżur, zawsze całowała ją w czoło i mocno obściskiwała. Tak sobie przyrzekła po tym tragicznym zdarzeniu, jakie dotknęło jej rodzinę. Pamiętała, że kiedy po raz ostatni widziała obu mężczyzn, nie pożegnała się z nimi. Rzuciła zdawkowe „Pa!” zajęta domowymi obowiązkami.

Miał to być ich męski wypad na ryby. Specjalnie zakupili wędki i odpowiedni sprzęt. Pamiętała, jak bardzo obaj najbliżsi jej mężczyźni cieszyli się na ten wyjazd. Była szarówka, nieco ślisko na jezdni. Jadący z naprzeciwka ciągnik siodłowy z niską naczepą na zakręcie w wyniku gwałtownego hamowania stanął w poprzek drogi. Uszkodzone lampy obrysowe nie działały. Pędzący duży fiat dosłownie wbił się pod naczepę. Obaj „jej chłopcy” zginęli na miejscu. Tylko to, że ma jeszcze córkę, trzymało ją przy życiu. Po krótkim urlopie wróciła do szpitala. Rzucając się w wir pracy, nie miała czasu rozmyślać nad tym, co się stało. Praca i córka Malwina – to były dwa cele życia. Ile obie przepłakały razem w poduszkę; trudno by zliczyć. Tragedia  jednak scementowała więź matki i córki. Malwina stała się jakaś dojrzalsza, ułożona i bardzo odpowiedzialna. Mogły sobie wzajemnie ufać i mówić o wszystkim.

Dzisiaj, wcześnie rano ukochane dziecko wraz z grupą koleżanek ze szkoły i opiekunką pojechało autokarem na warsztaty do jednego ze specjalistycznych szpitali. Normalne zajęcia na koniec roku szkolnego by zabić czas i jakoś uatrakcyjnić proces nauczania. Odległa o sto kilometrów znamienita placówka szczyciła się pionierskimi, jak na owe czasy, zabiegami i kadrą medyczną. Umówiła się z córką, że ta zadzwoni, zaraz, jak dojdzie do domu, a powinna być już w nim z dobre pół godziny temu.

„Może korki na drogach”.

Zajęła się stawianiem zadań podległemu personelowi. Miała zasadę, żeby wydawać proste i zrozumiałe komendy według zasady „minimum słów, maksimum muzyki”. Zarządzała na oddziale intensywnej terapii, elitarnym w każdym szanującym się szpitalu. Największa odpowiedzialność i największe ryzyko popełnienia błędu w sytuacjach zagrażających życiu. Dobierała personel starannie. Tu ważyło się życie ludzkie, nie było mowy o fuszerce i półśrodkach.

Sprawdziła stan zaopatrzenia w leki i materiały opatrunkowe. Kiedy skończyła, zadzwonił telefon u niej i w sali pielęgniarek.

– Oddziałowo, mamy Sajgon, dzwonili z pogotowia, wszystkie karetki poszły do jakiegoś dużego wypadku samochodowego, pełna gotowość – usłyszała od pełniącego z nią dyżur, młodego stażem doktora Piotra.

Serce kobiety zabiło mocniej.

– Coś doktor bliżej wie?

– Wypadek autobusu z osobowym, wszystkie karetki poszły w ten rejon, na razie tyle – usłyszała i nogi jej się ugięły.

Sama nie wiedziała, w jaki sposób postawiła ludziom zadania. Lata praktyki przyczyniły się, że działała jak robot. Nawyki, wbite na pamięć procedury i co najważniejsze doświadczenie sprawiły, że działała profesjonalnie. Dobiegła do telefonu i drżącą dłonią wybrała numer domowy.

– Malwina odbierz dziecko, proszę – mamrotała do siebie, słysząc sygnał wybierania.

Nikt nie podniósł słuchawki po drugiej stronie. Rzuciła swoją na widełki. Słychać było, że na podjazd wjeżdża pierwsza z karetek. Ci z pogotowia od razu ciężkie i średnie przypadki kierowali na oddział. Spojrzała przez okno. Z poczciwej sanitarnej nyski transportowano do nich pierwszego pacjenta.

– Mężczyzna lat około siedemdziesiąt, zatrzymanie akcji serca, reanimacja w karetce, podano…… – usłyszała standardowo przekazywane informacje.

– Sylwia, bierzesz go i pod defibrylator – zakomenderował lekarz.

Nysa 522R po wyładowaniu pacjenta natychmiast zwolniła miejsce na podjeździe, dla Fiata 125p kombi w wersji sanitarnej.

– Chłopak, około osiemnaście lat, poparzenia drugiego stopnia obu dłoni, głęboka rana cięta od ucha do żuchwy, strona lewa, poparzenia pierwszego stopnia okolicy uda, krwawi, uraz w okolicy oczodołu lewego… – relacjonował pielęgniarz z sanitarki.

Wybiegła z pomieszczenia, tyle lat miałby teraz jej syn, gdyby żył.

– Przejmuję! – krzyknęła. – Siostro Lidko, bierzemy go! – dodała.

Momentalnie przy niej pojawiła się wezwana. Młoda, mająca dwadzieścia trzy lata zakonnica miała ukończone liceum medyczne i papiery pielęgniarskie. Lubiła ją. Gdy była w dołku po śmierci syna i męża, ta „święta kobieta” wspierała ją duchowo i nie tylko. Była chodzącym dobrem.

Chłopak okazał się przystojnym brunetem. Wzrostu około metr osiemdziesiąt, szczupłej budowy ciała o wysportowanej sylwetce.

– Oddech? – zapytała tego z karetki, rozpoznając w nim Jerzego, dobrego kolegę.

– Jest, płytki, nawdychał się dymu, ale na moje oko wydoli – usłyszała.

– Jerzy, co tam się stało? – zapytała.

– Zastawa jebnęła w autobus i się zapaliła. Uderzyła na wysokości drzwi przednich i je zablokowała, tak że nikt z autobusu nie mógł wyjść, tylne były zepsute. Masakra – zrelacjonował w ekspresowym tempie.

Obie kobiety z pomocą sanitariusza przerzuciły chłopaka na przygotowane łóżko i wjechały z nim do pustej sali. Miał częściowo nadpalone spodnie i podkoszulek. Nie mogła ocenić stanu rąk, na nich były metry bandaży. Na twarzy opatrunek przesiąkał krwią. Chłopak oddychał, lecz bardzo płytko.

– Rozcinaj ubrania, podłączam go pod tlen – rzucała polecenia jak robot.

– Wpisuj, czas zgonu … Po reanimacji trwającej dwadzieścia minut w karetce i piętnastu minutach u nas – usłyszała za plecami głos doktora. – Co tu mamy? – zapytał.

Zrelacjonowała mu w telegraficznym skrócie to, co wiedziała i dostrzegła. Chłopak był już na wspomaganiu tlenowym. Zakonnica sprawnie pozbawiała młodzieńca ubrania. Po chwili tkwił na łóżku w samych bandażach i opatrunkach.

– Dobra, tu na udzie lekkie oparzenie pierwszego stopnia, rozwijajcie bandaże, chcę zobaczyć dłonie i twarz chłopaka – polecił lekarz.

Wyrabiał się. Był lepszy niż jego poprzednik, który spieprzył na internę. Młody, ale z tym czymś. Chciało mu się i czerpał z tego satysfakcję.

Obie z Lidką rozplątywały bandaże. Całe dłonie kwalifikowały się na II stopień oparzenia, miejscami nawet na III. Czerwone, nabrzmiałe wyglądały fatalnie. Do tego głęboka rana cięta, praktycznie od lewego ucha aż po brodę. Rozpłatany policzek cały czas krwawił.

– Oczyścić i szyjemy – zadecydował Piotr.

– Mężczyzna około pięćdziesiąt lat, uraz głowy, najprawdopodobniej połamane żebra, podejrzenie przebicia płuca, na ambu – usłyszał za plecami.

– Na chirurgię z nim – rzucił i odszedł od obu kobiet. – Jadzia, przygotuj chłopaka do szycia. Zaraz wrócę. Te ręce muszą go cholernie boleć. Na razie petydyna, dobierz dawkę – dopowiedział, stojąc w drzwiach.

Wszyscy chodzili na wysokich obrotach. Kto był wolny, został ściągnięty z domu. Oczekiwano na kolejnych poszkodowanych. Karetek jednak nie było widać. Dotarła jeszcze jedna z poszkodowaną kobieta w wieku około czterdziestu lat.

– Jezu, nie – jęknęła Jadwiga, poznając jedną z nauczycielek córki.

Lidka ją podtrzymała, bo o mało co nie zemdlała. Kobieta była przytomna, z podejrzeniem złamania żeber.

– Co z Malwiną, powiedz co z Malwiną! – wyrzuciła z siebie.

– Nic jej nie jest – odparła nauczycielka i straciła przytomność.

Na oddział przybywało wezwane wsparcie. Pojawiła się Ola, koleżanka, która zeszła z poprzedniej zmiany. Widząc, że Lidka podtrzymuje na wpół przytomną Jadwigę, doskoczyła do kobiet. Wrócił doktor po przekazaniu rannego kierowcy. Zadecydował, by na wpół przytomną Jadwigę położyć w pomieszczeniu pielęgniarek.

Leżąc, powoli dochodziła do siebie. Ustał jęk kogutów karetek reanimacyjnych. Trzy osoby poszkodowane i jeden martwy mężczyzna; żniwo dzisiejszego wypadku. Jak przez mgłę słyszała odgłosy na korytarzu. Konkretne polecenia swej koleżanki, spokojny i rzeczowy głos doktora. Wstała i doszła do w umywalki. Obmyła twarz zimną wodą. Pomogło.

– Jest dobrze Jadźka, jest dobrze – wymamrotała.

Uspokoiło ją stwierdzenie, że córka nie ma urazów. Nie wyobrażała sobie sytuacji, że mogłaby ją stracić. W drzwiach spotkała się z doktorem.

– Co się stało? – zapytał krótko.

– Moja córka jechała tym autobusem – odparła cichym głosem.

– Nie ma więcej poważnie poszkodowanych, wojsko uruchomiło procedurę wsparcia, reszta pasażerów już tu jedzie, wysłali autobus – odparł i nie wiadomo, dlaczego przytulił ją do piersi.

Rozpłakała się. Ryczała w najlepsze, nie bacząc, że on na to patrzy. Przez otwarte okno usłyszała, jak na podjazd dla karetek podjeżdża cięższy pojazd. Natychmiast podbiegła do szyby i dostrzegła jak zielony „trepowski” autobus zatrzymał się, a z jego wnętrza poczęły po chwili wysiadać pojedyncze osoby.

– Leć, Ola cię zastąpi – pozwolił jej Piotr.

W białych pielęgniarskich chodakach o mało nie wybiła sobie zębów, zbiegając po schodach. Wypadła przed budynek, rozglądając się za córką.

– Mamo! – usłyszała jej głos.

Odwróciła się i wpadły sobie w ramiona. Tuliła ją bardzo mocno. Dziewczyna po chwili wyrwała się z objęć.

– Mamo, jak ten chłopak, co z nim? – zapytała.

– Żyje, jest oparzony i ma pokancerowaną twarz, ale żyje. – Nastolatka rozpłakała się i przykucnęła. Jadwiga przycupnęła obok niej. – Córeczko, dlaczego o niego pytasz? Jechał z wami? – zapytała swą pociechę.

Dziewczyna podniosła zapłakaną twarz. Łzy spływały jej po policzkach.

– Mamo, to ty nic nie wiesz? – zapytała, łkając coraz mocniej.

– Nie….

– Mamo, on nas uratował, gdyby nie on, to nie wiem, co by się stało, odciągnął tę osobówkę, stał w tych drzwiach, a myśmy wszystkie uciekały, potem wszedł do pojazdu, by wyciągnąć pana Wojtka, Nie zrobiłyśmy nic! Rozumiesz mamo, my, przyszłe pielęgniarki nie zrobiłyśmy nic! Walił nogą o te cholerne harmonijkowe drzwi, a my stałyśmy, zamiast mu pomóc, w końcu je rozwalił i wtedy mu ten kawałek blachy uderzył w buzie – usłyszała emocjonalną relację córki.

– Już, spokojnie, już – rzuciła i przytuliła ją do siebie.

– Nie, nic nie jest spokojnie!!! Nic mamo, ratuj go!!! – histerycznie wybuchła nastolatka.

Jadwiga dopiero teraz zobaczyła, że córka ma zakrwawione ręce i częściowo ubranie.

– Chodź, lekarz cię przebada– poprosiła.

Obie powstały z kucek.

– Nic mi nie jest, to jego krew, jakiś kierowca przyniósł apteczkę z auta, On leżał, jak wyciągnął pana Wojtka, nawet ja, głupia pizda, nie umiałam mu dobrze założyć opatrunku na buzię, dupa jestem nie pielęgniarka! – ciągnęła dziewczyna. Z pewnością była jeszcze w szoku.

Podszedł żołnierz służby zasadniczej i okrył Malwinę szarym kocem. Na izbie przyjęć dziesięć nastolatek czekało na badanie z podejrzeniem podtrucia. Jedenastą była córka Jadwigi.

– Mamo, zabierz mnie do niego, błagam! – prosiła Malwina.

Oddział intensywnej terapii miał swoje prawa. Żadne postronne osoby nie mogły tam, ot tak sobie wejść. Teraz, jak to się Jadwidze wydawało, sytuacja była nadzwyczajna. Widziała rozchwianie emocjonalne córki. Była gotowa ją tam wprowadzić, nawet pod groźbą kary dyscyplinarnej.

– Chodź – powiedziała i pociągnęła dziewczynę za rękaw bluzki.

Udając się na oddział, pokonały schody. Na korytarzu wpadły na lekarza. Zatrzymał je. Stanowczo, choć w bardzo kulturalny sposób wyjaśnił, że wstępu tam nie ma. Może potem, w ramach odwiedzin. Delikatnie ujął nastolatkę pod rękę i zaprowadził do swojego gabinetu celem przebadania.

 Oddziałowa starała się uspokoić. Po dłuższej chwili poczuła, że jest w stanie podjąć dowodzenie podległym jej personelem. Wracała do akcji. Wiedząc, że córka jest bezpieczna, mogła dać teraz z siebie wszystko.

Sytuacja powoli się stabilizowała. Początkowe obawy, że za chwilę będą tu mieli podręcznikowy przykład z medycyny katastrof, ustały. Alarmowo ściągnięty personel kierowano na stację pogotowia. Tam byli bardziej potrzebni.

Jadwiga odetchnęła głęboko i ruszyła do sali, gdzie przebywał młodzieniec. Zastała tam  kapelana i siostrę Lidkę.

– Ja już coś mówiłem siostrze na temat takiego zachowania, to jest lubieżne i niegodne siostry zakonnej – usłyszała słowa duchownego.

Lidka nakładała poszkodowanemu jałowe opatrunki na twarz i pozostałe pokiereszowane części ciała. Postępowała zgodnie z procedurą i wytycznymi. To, że pacjent leżał przed nią kompletnie nagi, nieprzytomny i na dodatek pod tlenem, nie było jakąś fanaberią.

– A ksiądz, po co tu przyszedł? – zapytała pielęgniarka oddziałowa, na razie grzecznym tonem.

– Chciałem dać temu biedakowi ostatnie namaszczenie.

Jakże go Jadzia nie lubiła. Nadęty młody bufon, parę lat po seminarium i już kapelan szpitalny. Przeklinały go koleżanki z ginekologii, położnictwa i patologii ciąży. Pojawiał się w najmniej odpowiednich chwilach, gdy matki karmiły, lub przechodziły zabiegi wymagające minimum intymności. A ten, jak niby nigdy nic, w swoim mniemaniu, będąc drugim po ordynatorze, bez skrępowania wchodził na damskie oddziały, lustrując piersi i krocza.

– No to źle ksiądz trafił, on z pewnością wyżyje, moja już w tym głowa – zaczęła. – Siostra Lidia robi to, co poleciłam i nie widzę w tym nic lubieżnego. Jest pielęgniarką z dyplomem i w przeciwieństwie do księdza, zalicza się do personelu medycznego – dodała, już mniej uprzejmie. Nie byłaby sobą, gdyby nie „dojebała” klesze na koniec. – Na oddziale dowodzę ja, tak ja u księdza biskup. Siostra Lidia będzie wykonywać to, co jej zlecę. Uwagi, wnioski – do lekarza dyżurnego. Dyrektor szpitala przyjmuje w sprawie skarg, próśb i zażaleń w każdy wtorek od czternastej do szesnastej – artykułowała każdy wyraz z pietyzmem, odczuwając przy tym przyjemność.

– A sakrament? – zapytał klecha, nieco już czerwony na gębie.

– Pani Leokadia na internie pytała o księdza, czwarty raz namaszczenie chorych jej nie zaszkodzi – wypaliła z pełną premedytacją.

– Ja się na panią poskarżę do dyrektora – zagroził, wychodząc z sali.

– Proszę bardzo – odparła na pełnym luzie.

Lidia siedziała przy poszkodowanym przytłumiona i zawstydzona.

– Niepotrzebnie – szepnęła.

– Potrzebnie, niech nie zawraca nam dupy – tu oddziałowa ugryzła się w język, gdyż ostatnie słowo uznała za niewłaściwe w obecności zakonnicy. – Nawet nie wiesz, co ten chłopak dla mnie zrobił, on uratował wszystkich z autobusu, w tym moją córkę!

 

36 godzin później. Szpital w Nowym Sączu.

 

Poczułem jak czyjeś dłonie operują w okolicach krocza. Nie, nie była to żadna stymulacja, jakiej zaznałem nieraz ze swoją dziewczyną, Laurą.

Czułem się cholernie podle. Jakby przybity, nieobecny, przytłumiony. Wiedziałem, że na twarzy mam jakąś maskę. Otworzyłem oczy, a konkretnie jedno oko. Drugie było przysłonięte gazą lub opatrunkiem. Nim dojrzałem, gdzie jestem usłyszałem, przytłumiony, dziewczęcy głos.

– Mamo, on się obudził.

Coś obok piszczało niemiłosiernie. Zacząłem lustrować otoczenie. Najpierw dojrzałem śliczną twarzyczkę nastolatki, Kruczoczarne długie włosy, miły uśmiech i radość w oczach. Potem bardzo młodą kobietę w tym czymś na głowie, co noszą zakonnice. Była równie cudna, jak tamta.

W tych okolicznościach moją pierwszą myślą było: „Trafiłem do raju”.

– Boże, wróciłeś, wymodliłam to – usłyszałem.

 Chciałem ręką zrzucić maskę, lecz zamiast palców dojrzałem gałgan bandaży na obu dłoniach. Młodszy anioł zniknął. Ten drugi, w zakonnym welonie pozostał i pocałował mnie w policzek.

– Bogu niech będą dzięki.

O tym, że nie jestem w niebie lub raju przekonało mnie pojawienie się trzeciej z istot. Licząca sobie grubo ponad czterdzieści lat kobieta właśnie pochyliła się nad moim ciałem.

To nie mógł być anioł. Tak starych aniołów chyba w raju nie ma, a może są? Skąd miałem wiedzieć, przecież nigdy tam nie byłem.

 Została najstarsza z kobiet, reszta gdzieś się rozbiegła. Ściągnięto mi maskę z twarzy. Odetchnąłem powietrzem.

– Dzień dobry Rafale – usłyszałem.

Patrzyłem na nią jak cyklop, tym jednym okiem. W gardle czułem taką suchość, że nic nie mogłem odpowiedzieć. To chyba na pewno nie anioł, tylko pielęgniarka. Ale dlaczego leżałem przed nią kompletnie nagi?

Najpierw zmoczyła kawałek patyczka owiniętego w watę i podała mi do ust. Potem przez słomkę łapczywie wypiłem pół szklanki wody.

– Gdzie ja jestem? – zapytałem z trudem.

– W szpitalu. Spokojnie, wszystko jest dobrze.

Dwie bosko piękne istoty wróciły. Usłyszałem, że powiadomiły moich rodziców i milicję. To drugie mnie przeraziło.

„Co ja nawywijałem?”– starałem sobie cokolwiek przypomnieć.

Mroczki przed oczami zniknęły, gdy pojawił się pierwszy facet. Nie wyglądała na świętego Piotra, był za młody. Zadał kilka banalnych pytań, na które z trudem odpowiedziałem.

Zdałem sobie sprawę, że jestem otępiony lekami. Cała moja lewa strona twarzy była zabandażowana. Domyślałem się, że mam jakiś opatrunek na udzie. Obie dłonie to był jeden wielki gałgan. Czułem co prawda palce rąk, lecz nie mogłem nimi poruszać.

– Jest dobrze, odstawiamy petydynę, zobaczymy jak zareaguje – usłyszałem od lekarza.

Usiłowałem przypomnieć sobie, dlaczego tu wylądowałem. Otępiały narkotykiem umysł pracował cholernie wolno.

– Można mnie nakryć – poprosiłem, zdając sobie sprawę, że przed tymi trzema kobietami i facetem świeciłem genitaliami.

Koc przykrył ciało. Ta w habicie odłożyła na bok jakąś miskę z wodą i gąbkę.

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję – usłyszałem i na moim policzku wylądował pocałunek najmłodszej.

Poczułem, że prócz pocałunku spadły tam krople jej łez. Nie wiedziałem, o co chodzi. Byłem jeszcze za słaby, jak to się mówi, nie kumałem „bazy”.

– Podajemy, benzodiazepiny, niech odpocznie – zawyrokował mężczyzna.

Po chwili poczułem ukłucie w ramię. Nastolatka płakała. Nie wiedziałem dlaczego.

 

+++++

 

Obudziłem się w nocy. Nie wiedziałem, która jest godzina. Dostrzegłem, że na dworze jest ciemno, a w fotelu tuż przy moim łóżku śpi siostra zakonna.

Światło księżyca oświetlało jej piękną twarz. Zastanowiłem się, po co tak atrakcyjne kobiety idą do zakonu. Delikatne dłonie, piękne usta, smukła szyja kwalifikowały ją do konkursu Miss Polonia. Jak długie miała włosy, jak krągłe piersi i jak zgrabne nogi – tego nie widziałem. Habit skrywał te atrybuty przed moim wzrokiem.

Czułem się lepiej, choć ból dłoni doskwierał po przebudzeniu. Rana na lewym policzku cholernie piekła. Szczęśliwie, nie będąc podłączony do żadnej aparatury, mogłem ruszyć dupsko z łóżka. Sam się dziwiłem sobie, że przez te czterdzieści osiem godzin nie czułem żadnego parcia na stolec i potrzeby opróżnienia pęcherza. Nie chcąc paradować nago po szpitalnym korytarzu, narzuciłem na siebie prześcieradło. Cichutko, jak tylko mogłem, wymknąłem się z sali i  zorientowałem się, gdzie jest toaleta. Łokciem otwarłem drzwi i znalazłem się w kibelku. Stanąłem przy pisuarze i oddałem mocz.

– Dlaczego wychodzisz nic nie mówiąc? – usłyszałem zza pleców damski głos.

Odwróciłem się, będąc nadal nakryty prześcieradłem.

– Bo dam sobie radę.

Stała tam owa starsza kobieta, którą wcześniej widziałem.

– I ptaszka też sobie sam otrzepiesz po siku? –  zapytała bezpretensjonalnie.

Może i bym dał jakoś radę, lecz nie ukrywajmy, byłoby to trudne.

Pielęgniarka zbliżyła się do mnie i bez pardonu uchwyciła penisa. Takiego rozwoju sytuacji się nie spodziewałem. Poczułem wstyd, kiedy członek począł nabierać kształtów. Otrzepała organ z pozostającego na nim moczu. Gdy dostałem erekcji, odsunęła swoją dłoń.

– Przepraszam – bąknąłem, bo tylko to mi przyszło do głowy.

– Chcesz, potrzebujesz się rozładować, powiedz, jestem tutaj – szepnęła.

„Czego chciała ta kobieta? Czy tak teraz wygląda służba zdrowia? Czy w tych bandażach stałem się jakimś erotycznym demonem dla starszych pań?” – tego nie wiedziałem. Chciałem się tylko odlać. Fakt, że przyszło mi to z trudem, ale ostatecznie udało się.

– I tak nad ranem masz mieć zmieniony opatrunek, chodź, nie kąpałeś się już prawie dwa dni, byłeś tylko podmywany – oznajmiła.

– Ale co? – zapytałem zdziwiony. Nic nie odpowiedziała. Trzymając mnie za łokieć doprowadziła do jednej z kabin prysznicowych. – Dobrze, spokojnie, co pani robi?

– Mam się rozebrać, czy wystarczy ci jak będę ubrana? – zadała kolejne dla mnie głupie pytanie, zamykając drzwi od łazienki na klucz. Byłem zszokowany.

„Czy ja występuję w filmie dla dorosłych i o tym nie wiem? A może trafiłem do szpitala leczącego jakieś babskie fanaberie?” – Jej pytania były niedorzeczne i cholernie nie na miejscu.

Kobieta zdjęła czepek i zaczęła się powoli rozbierać. Nadal nie wiedząc o co chodzi postanowiłem dojść, dlaczego tak się zachowuje..

– Proszę pani, co tu się dzieje i dlaczego?

Zsunęła białe rajstopy do połowy nóg i popatrzyła na mnie dziwnie.

– Rafale, dzisiaj uratowałeś moją córkę i dziesięć innych dziewcząt, wyprowadzony przez ciebie kierowca żyje, zmarł tylko ten z osobówki, nauczycielka miała tylko obrzękł płuc – usłyszałem.

– Co? – wyrzuciłem z siebie.

– Straż pożarna dojechała po pół godzinie, milicja podobnie, inni kierowcy tylko się zatrzymali i patrzyli, jedynie ty zrobiłeś coś wielkiego – dodała.

Powoli zaczynałem sobie przypominać tamte wydarzenia.

Wracałem swoim Simsonem ze wspinaczki na pobliskich skałkach. Pamiętałem, jak minął mnie niewielki autokar. Potem usłyszałem huk. Zatrzymałem motorower i odwróciłem głowę. Dojrzałem, że w bok autobusu uderzyła na skrzyżowaniu osobówka. Zawróciłem, mocniej docisnąłem manetkę gazu i po minucie, może dwóch znalazłem się na miejscu wypadku.

Spod maski osobowej Zastawy wydobywały się kłęby dymu i języki ognia. Uderzyła w autobus, w niefortunnym miejscu, przy przednich składanych w harmonijkę drzwiach. Rzuciłem motorower i podbiegłem do tylnych drzwi. Były zablokowane i nie dałem rady ich otworzyć.

Przez szyby patrzyły na mnie przerażone młode dziewczęta. Słyszałem wrzaski, krzyki i płacze.

Stałem bezsilny, nie wiedząc, co czynić. Pożar z przodu narastał, a jęzory ognia były coraz większe. Doszedłem do osobówki. Musiałem ją jakoś odsunąć od autobusu. Zastawa nie była ciężkim pojazdem.

– Luz, trzeba wrzucić na luz – powiedziałem sam do siebie i otworzyłem drzwi pojazdu od strony pasażera.

Kierowca był nieprzytomny, a jego głowa spoczywała na kierownicy. Pchnąłem gałkę skrzyni biegów do pozycji neutralnej.

Po kilku sekundach znalazłem się za pojazdem. Chwyciłem mocno za tylny zderzak i z całych sił próbowałem ruszyć samochód. Niestety, nie drgnął ani o centymetr. Zdałem sobie sprawę, że jeśli chcę odsunąć ten pojazd od autokaru to muszę pchać go od przodu. Tam jednak szalał pożar.

Wrzaski uwięzionych we wnętrzu autobusu kobiet narastały. Nabrałem powietrza w usta, zrobiłem dwa, może trzy kroki w bok i następnie z całą siłą ruszyłem w kierunku maski rozbitej osobówki.

Obie dłonie uderzyły w silnie rozgrzaną blachę karoserii. Wyjąć z bólu odsuwałem jeden pojazd od drugiego. Ogień omiatał dłonie, parząc niemiłosiernie. Z zaciśniętymi zębami, płacząc z bólu odsunąłem Zastawę na dobre dwa metry od drzwi autokaru.

Z buta począłem walić w harmonijkowe drzwi przednie, lecz te nie chciały puścić. Nie wiem, w jaki sposób zdobyłem się na to, by wsadzić poparzone dłonie pomiędzy dwie części gorących harmonijkowych drzwi. Wyłem niemiłosiernie z bólu, rozsuwając obie części na boki. Wsunąłem ciało między drzwi i zaparłem się mocno.

– Wysiadajcie! – krzyknąłem z całych sił.

Nie pamiętałem, ile osób mnie minęło wydostając się na bezpieczny teren. Wiem, że poprosiłem dwie ostatnie, by zabrały nieprzytomną starszą kobietę ze sobą.

W pojeździe pozostał tylko nieprzytomny kierowca. Jego tułów leżał na kierownicy. Ruszyłem w jego kierunku. Drzwi zamknęły się, w momencie, gdy tylko je odblokowałem. Zaplotłem swoje ręce za karkiem mężczyzny i ciągnąłem za sobą. Posadziłem go na siedzeniu obok i z buta począłem walić w drzwi.

Wtedy poczułem jak kawałek metalu rozcina mi policzek. Zawyłem niczym ranione zwierzę. Z otwartej rany zaczęła sączyć się krew. Słabłem. Ktoś wybił szybę tuż obok nas.

– Tędy, dawaj tędy – usłyszałem.

Podałem im najpierw kierowcę. Potem sam zbliżyłem się do rozbitego okna i przechyliwszy się wypadłem z niego.

Ostatnie co pamiętałem to cholerny ból w okolicy lewego oczodołu. Straciłem przytomność.

 

– Nie, niech się pani nie rozbiera – rzuciłem po dłuższej chwili.

Pozostała w bieliźnie. Puściła ciepłą wodę i poczęła namydlać moje nagie ciało. Czułem przyjemny dotyk kobiecych dłoni. Członek nadal tkwił w pozycji na baczność.

– Na pewno, nie chcesz, może jednak? – zapytała, myjąc mi tę część ciała.

Zsunęła napletek i sprawnie zebrała będąca tam mastkę. Poczułem przyjemność. Dotykała delikatnie penisa, robiąc wiadome ruchy.

– Może – szepnąłem, zamykając oczy.

Biernie poddawałem się masturbacji. Pielęgniarka sprawnie operowała dłonią, drugą stymulując mosznę. Wreszcie mogłem poczuć coś przyjemnego. Wcześniej był to tylko stłumiony lekami ból.

– Ouuuu, aaaa – wydałem z siebie i strzeliłem porcją nasienia.

Zwolniła tempo i po chwili zaprzestała. Odczekała aż wszystko skapie do brodzika i skierowała na organ strumień ciepłej wody.

– Lepiej? – zapytała

– Tak, dziękuję – wyszeptałem.

– Nie dziękuj, jestem twoją dłużniczką do końca życia. Jeżeli coś będziesz potrzebował, nawet bardzo skrytego i niemoralnego to mów – odpowiedziała, wycierając ręcznikiem moje ciało.

Ubrała się i zaprowadziła mnie do łóżka. Zniknęła na chwilę i wróciła z męską koszulą nocną. Wolałem piżamę, lecz wytłumaczyła mi, że ten rodzaj odzienia będzie praktyczniejszy. Razem z zakonnicą, która się obudziła, pomogły mi założyć to na siebie.

– Zmienimy opatrunki, leż spokojnie – usłyszałem od tej drugiej.

 

+++++

 

Podczas porannego obchodu dowiedziałem się, że dziś będę miał sporo gości. Zaraz po nim miał przyjść milicjant, potem moi rodzice i na końcu wreszcie ukochana Laura. Miałem lekkie wyrzuty sumienia, że przyzwoliłem oddziałowej na  masturbację, lecz po chwili siebie rozgrzeszyłem, zwalając to na działanie leków. Zakonnica przekazała mi, że pojawi się po południu, jak tylko jej przełożona wyrazi zgodę.

Lekarz zdecydował, by wstrzymać się ze ściągnięciem szwów do jutra. Krwiak na oczodole podobno ładnie się wchłaniał. Najgorzej chyba było z dłońmi. Zwiększyła się powierzchnia oparzeń III stopnia, co nie rokowało dobrze.

Po zmianie opatrunków, czekałem na przybycie milicjanta. Pojawił się nieco po ósmej ze służbowym notatnikiem. Wypytywał co i jak. Odpowiadałem zgodnie z prawdą. Był z drogówki.

– A co było przyczyną wypadku – zapytałem.

– Prawdopodobnie kierujący Zastawą miał zawał serca, to tak nieoficjalnie, dobrze, że zająłeś się autobusem, on chyba po uderzeniu w niego nie żył – dowiedziałem się.

Spisanie moich zeznań nie zajęło mu dużo czasu.

– Dziękuję za bohaterską obywatelską postawę, komenda wojewódzka wystąpiła z wnioskiem o odznaczenie pana „Medalem za Ofiarność i Odwagę”, podobno umotywowali to tak, że przejdzie na sto procent – przekazał, zbierając się do wyjścia. W drzwiach zasalutował.

 Wolałbym zamiast medalu nie mieć tak pokancerowanej twarzy. Nie widziałem jej jeszcze w lustrze bez opatrunku. Jakoś nie pragnąłem tego obrazu.

O ile teraz z sikaniem nie miałem problemu i mogłem to zrobić sam, to gorzej było z wypróżnieniem kiszki stolcowej. Stolec trzymałem od wczoraj i czułem parcie. Sprawa była prozaiczna, musiał mi ktoś wytrzeć tyłek, w tych gałganach na dłoniach nie mogłem tego zrobić. Na oddziale pielęgniarkami i salowymi były same kobiety. Lekarza prosić głupio, i tak zwali to na najniższy personel.

Drzwi na korytarz miałem otwarte i dojrzałem w nich kapelana.

– Proszę księdza – krzyknąłem z całych sił.

Usłyszał, bo po chwili wparował na moją salę. Uśmiechnął się dziwnie.

– Co, wyspowiadać się chcemy?

Spowiedź była ostatnią rzeczą w tej chwili, jaka przyszłaby mi do głowy. Miałem bardziej przyziemny problem.

– Nie, nie o to chodzi – odparłem.

Zrobił zdziwioną minę. Gdy wytłumaczyłem mu o co go śmiem prosić, odskoczył od łóżka na trzy kroki.

– Co za tupet, jestem tutaj od posługi kapłańskiej, a nie od wycierania dupy – wyrzucił z siebie, z nutą obrzydzenia.

„O ty chuju” – przeszło mi przez myśl.

Wyszedł szybko, mamrocząc coś pod nosem.

Musiałem się wypróżnić, czułem, że nie wytrzymam już długo. Po chwili byłem w toalecie. Zastałem w niej starszawą salową. Właśnie opróżniała kaczki i baseny. Zdobyłem się na odwagę i poprosiłem ją o pomoc w tej krępującej czynności.

– Leź tam do kabiny, jak skończysz krzyknij to ci pomogę – odparła i po chwili zadała pytanie: – To ty jesteś ten od autobusu?

Przytaknąłem. Pogładziła mnie po ramieniu. Po kilku minutach, lżejszy o wagę stolca wróciłem do sali. Dla tej kobiety taka czynność była normą i zrobiła to bez żadnych oporów. Na salę wpadła nowa oddziałowa, młodsza od mojej masturbantki.

– Przenosimy cię do sali obok, tę muszę zwolnić – oznajmiła.

Przewieźli mnie z łóżkiem do jednoosobowej sąsiedniej izolatki. Nie było tam tak specjalistycznego sprzętu, jak w tej poprzedniej, dostrzegłem jednak mnóstwo wiązanek kwiatów, bombonierek, czekoladek i maskotek.

– O co chodzi? – zapytałem zdziwiony.

– No, to wszystko dla ciebie za to, co zrobiłeś, do tamtej sali nie można było,  to umieściliśmy to tutaj. Brawo chłopcze! Jadzia mi mówiła, że jakbyś coś potrzebował, to mam wytrzasnąć to spod ziemi – odparła, parkując łózko pod oknem.

Miałem nadzieję, że owa Jadzia nie wspomniała tej kobiecie o tym, jak mnie zaspokoiła. Jeden raz mi wystarczył.

 Podziękowałem i zostałem w izolatce sam. Zapach goździków i róż unosił się w całym pokoju. Było to miłe i łechtało moje ego. Czekałem na wizytę najbliższych. Byłem jedynakiem, dobrze ustawionym jedynakiem. Rodzice po studiach zarabiali sporo. Nie byli co prawda elitą w tym mieście, ale zapewniali mi wysoki standard życia.

Miałem dwie pasje – wspinaczkę skałkową i psy. Podarowana mi na szesnaste urodziny suka Yumi, urocza dobermanka skradła moje serce, a ja jej. Nawiązałem z tym psem głęboką więź. Każde rozstanie było dla nas nieprzyjemne. Gdy wracałem, ona wariowała. Lizała mnie po twarzy, dłoniach, a ja odwdzięczałem się głaskaniem i tarmoszeniem jej sierści. Wygłupów i zabaw nie było końca.

Uwielbiałem również wspinanie się i chodzenie po górach. Czułem się wtedy wolny i spełniony. Patrzyć w dół, będąc ekstremalnie wychylonym na stromej ścianie – to było coś. Człowiek czuł się podobny ptakom. Niestety, moja dziewczyna Laura nie cierpiała zwierząt, z obrzydzeniem patrzyła na te przecudne psie ślepia. Nie podzielała też mojej drugiej pasji.

– Pozbądź się jej – rzuciła kiedyś.

Nie wiedziałem, dlaczego tak jest. Nie wyobrażałem sobie życia bez czworonoga. Dbałem o kondycję fizyczną. Zajęcia z dżudo, pływanie, badminton. Byłem wysportowanym osiemnastolatkiem, z licznym gronem kolegów i koleżanek. Technikum samochodowe, do którego uczęszczałem, dawało pewny fach. Miałem zamiar iść na studia, na politechnikę. Na razie nie miałem sprecyzowanego wydziału.

Rodzice byli u mnie wcześniej, zaraz po wypadku. Spałem jednak wtedy i upewniwszy się, że mojemu życiu nic nie zagraża opuścili szpital. Teraz przybyli punktualnie.

– Ale nam napędziłeś strachu – zaczęła mama, delikatnie tuląc moje ciało.

Ojciec pocałował mnie w prawy policzek. Chciał uścisnąć dłoń, lecz zorientował się, że ta, to wielki gałgan z bandaży.

– Jestem dumny z ciebie, wiesz, że jesteś na ustach całego miasta – poinformował.

Rozmawialiśmy z dobrą godzinę. Gdy zbierali się do wyjścia w drzwiach stanęła Malwina.

– Przepraszam, państwo są rodzicami pana Rafała? – zapytała, dygając po kobiecemu.

– Tak, dziecko – odparła zaskoczona mama.

Podbiegła do nich i rękoma objęła moją rodzicielkę. Oboje rodzice byli zaskoczeni taką reakcją. Dziewczę przedstawiło się.

– Państwa syn uratował mi życie – powiedziała i się rozpłakała.

Mama głaskała ją po głowie. Ojciec nie wiedział, co uczynić.

– Przyszłam zobaczyć jak pan Rafał się czuję i pomóc mu w razie czego – oznajmiła.

Ta nastolatka była mi tu i teraz potrzebna jak dziura w płocie. Za godzinę miała przyjść Laura. Rodzice poinformowali mnie, że idą do lekarza i pozostawili mnie z Malwiną.

– Jak się czujesz?, potrzebujesz czegoś?

– Nie, mam do ciebie prośbę, za chwilę będzie tu moja sympatia, no i wiesz.

Popatrzyła na mnie, jakby zasmucona. Zbliżyła się do łóżka i dotknęła policzka na którym był opatrunek.

– Boli? – zapytała szeptem.

– Tak, ale już mniej.

Nie wiem, dlaczego, ale pocałowała mnie w usta.

– Przestań, co robisz? – fuknąłem.

– Nic, uciekam, zazdroszczę twojej dziewczynie, pa – pożegnała się i wyszła z pokoju.

Jej zachowanie nie zwiastowało niczego dobrego. Miałem obawy, że nastolatka się we mnie zabujała.

Laura jak zwykle nie grzeszyła punktualnością. Wysoka, smukła blondynka z prawniczego domu była od roku moją sympatią. Nieco wyniosła, zadufana w sobie, wiedziała, czego chce. Pragnęła zostać prawniczką, jak jej rodzice. Zawsze odstrzelona w szałowe ciuchy i elegancka.

Koledzy zazdrościli mi takiej dziewczyny. Bezpruderyjna. Współżyliśmy już i zdałem sobie sprawę, że nie byłem jej pierwszym chłopakiem. W seksie szalona, otwarta na nowe doznania. Lubiła dominować i miewała szalone pomysły.

Uczennica liceum ogólnokształcącego w naszym mieście, wybrała profil humanistyczny. Obracała się w gronie koleżanek i kolegów na jej poziomie. Brzydzili ją ubodzy, nazywała ich  „plebsem”.

– Szczęść Boże Rafale – usłyszałem i do pokoju weszła siostra Lidia.

– Dzień dobry siostro.

Nie byłem zbytnio religijny. Chrzest, komunia, bierzmowanie i koniec. Ostatnimi czasy do kościoła zaglądałem rzadko. Imprezy rodzinne, Boże Narodzenie, Wielkanoc i msza na Wszystkich Świętych na cmentarzu.

Zakonnica zbliżyła się do mnie i pocałowała w czoło.

„Co te baby dzisiaj takie”.

– Jadzia prosiła, bym zmieniła ci opatrunki na dłoniach, muszą być zmieniane trzy razy dziennie, żeby się dobrze wygoiło – wytłumaczyła powód przybycia.

Byłem wdzięczny jej za troskę. Za chwilę jednak mogła wpaść Laura.

– Siostro, a możemy to zrobić później, czekam na ważnego gościa – poprosiłem.

Popatrzyła na mnie swymi przecudnymi oczami. Tak pięknych w życiu nie widziałem. Ogólnie była śliczną kobietą, naturalną, bez makijażu. Gładka alabastrowa skóra, kształtne usta i filuterny nosek.

– Nie, moja przełożona dała mi tylko godzinkę, wyprosiłam to u niej.

Poczęła rozwiązywać bandaże na dłoniach. Nagle pojawiła się Laura.

– Cześć kochanie – rzuciłem na przywitanie.

Stanęła w drzwiach, patrząc na mnie. Ubrana była na biało. T-shirt, krótka tenisowa spódniczka i markowe adidasy.

– Cześć – odparła nieco ozięble.

Lustrowała mnie wzrokiem. Po kilku chwilach znalazła się w sali.

– No co chciałeś? – zapytała.

– Ja? – Byłem nieco zdziwiony.

– Tak, ty, twoi rodzice mówili mi, że coś chciałeś.

Siostra Lidia właśnie smarowała poparzone dłonie przepisaną maścią. Robiła to tak delikatnie i subtelnie, że nie czułem żadnego bólu. Wzrok Laury przeniósł się na chwilę w to miejsce. Wzdrygnęła się widząc w jakim są stanie.

– Boże. Co to jest? Co ty zrobiłeś? – zapytała, nie patrząc już na nie.

Lidia podniosła skupioną twarz i spojrzała na nastolatkę.

– Uratował kilkanaście osób – odpowiedziała Laurze spokojnym tonem głosu.

– A pani mniszki, to ktoś się pytał o zdanie? – wsiadła na nią moja sympatia.

– Laura! – wyrzuciłem z siebie.

– Nie jestem mniszką – cicho odpowiedziała zakonnica.

– Co Laura, co Laura, co ona tu w ogóle robi? – zapytała wkurzona dziewczyna.

Przeginała. Podniosłem się z łóżka.

– Zostań proszę, muszę dokończyć bandażowanie – poprosiła mnie Lidia.

– Co ty masz na sobie, ty pedał jakiś jesteś? – rzuciła nastolatka, widząc mnie w nocnej koszuli.

– Tak mu jest wygodniej – Lidia nadal epatowała spokojem.

– Pytał się ciebie ktoś o zdanie? – odburknęła do niej Laura.

Tego było za wiele. Musiałem zareagować.

– Kurwa, Laura, zamknij się! – syknąłem wściekły.

Obie kobiety omiotły mnie wzrokiem. Laura natychmiast odwróciła się na pięcie i skierowała do drzwi. Nie zważając na to, że zakonnica bandażuje mi dłonie wstałem z łózka i ruszyłem za nią. Dorwałem ją na korytarzu.

– Kochanie, co ci jest, czemu jesteś taka?

Zatrzymała się i popatrzyła na mnie.

– Mam okres, jestem drażliwa, przepraszam.

Ten jej okres to było wytłumaczenie wszystkiego. Gdybym zapisywał, kiedy ma period za każdym razem kiedy o tym mówiła, to doliczyłbym się z trzydziestu w roku.

– Laura, chodź, tu obok jest ubikacja, pragnę byś mnie popieściła jak ostatnim razem – zaproponowałem.

Uśmiechnęła się dziwnie.

– Zwariowałeś? Zobacz, jak ty wyglądasz, jak zombie, przestań, wydobrzejesz to pomyślimy, pa, idę na tenisa – wybiła mi amory z głowy i pozostawiła samego.

Patrzyłem jak oddala się i zrobiło mi się cholernie smutno. Czort, z tym pettingiem. Pragnąłem, by, choć pogłaskała mnie po policzku, objęła, powiedziała coś miłego. Wróciłem do pokoju. Zakonnica czekała, siedząc na łóżku.

– Niech siostra dokończy i zostawi mnie samego, dobrze? – poprosiłem. Kiwnęła głową na znak, że rozumie. Zrobiła swoje i wyszła z sali.

 

Następny dzień, Szpital w Nowym Sączu.

 

Pani Jadwiga obudziła mnie i życzyła miłego dnia. Podziękowałem. Jakoś brakowało mi tej zakonnicy, ale pocieszałem się, gdyż wiedziałem, że ma przyjść na noc. Na porannym obchodzie lekarz obejrzał moje rany, po czym zaprosił do gabinetu. Przysiadł obok i spojrzał na mnie poważnie. Nie rokowało to niczego dobrego.

– Szczerze panie doktorze, bez zbędnych nadziei – poprosiłem, widząc jego zachowanie.

Najwyraźniej mu ulżyło. Nabrał powietrza w płuca.

– Zacznę od dobrych informacji. Na udzie oparzenia goją się „jak na psie”, zero blizn, jesteś młody, skóra da sobie radę. Na twarzy nic nienaruszone z przylegających organów, ale ta blizna zostanie. Teraz jest paskudna, ale z czasem się zmniejszy. Medycyna idzie naprzód, za parę lat zrobisz sobie operację i będzie po kłopocie – rozpoczął. – Najgorzej dłonie, każda z nich to jeden procent ciała. Na wstępie określiliśmy, że III stopień zajął około 0,2 procent, wyszło ponad 0,5. Nie ukrywam, bo rozmawiałem z twoimi rodzicami, ale ze wspinaczki skałkowej musisz zrezygnować. Ryzyko przykurczy, owszem na dwa trzy metry, no może pięć to dasz radę, dalej to śmiertelne ryzyko. Dłonie się zagoją, będą może przez pewien okres takie szorstkie, brzydkie, minie parę lat i będzie dobrze. Możliwe delikatne przebarwienia na skórze, ale wątpię. Jesteś młody, skóra da sobie radę. Niestety, ale ze wspinaczki nici – usłyszałem wyrok.

Wychodziłem od lekarza, jakbym był naćpany. Usiadłem przed gabinetem na krześle.

– Masz głupi chuju za swoje bohaterstwo – mruknąłem sam do siebie.

Musiałem siedzieć dość długo, bo podeszła do mnie oddziałowa.

– Co się stało? – zapytała.

Musiałem się komuś wygadać, musiałem to wyrzucić z siebie.

– Uratowałem trzynaścioro osób i spierdoliłem sobie życie – podsumowałem.

Zrobiła mi kawę na dyżurce. Popatrzyła na mnie swoim dojrzałym wzrokiem.

– Powiedz mi szczerze, tak szczerze jak na spowiedzi, gdyby można było cofnąć czas, to minąłbyś ten autobus i pojechał dalej, wiedząc to, co teraz do ciebie dotarło.

– Nie wiem.

– W tej sytuacji nie ma odpowiedzi nie wiem, albo stajesz, albo jedziesz – uzmysłowiła mi.

Znałem siebie zbyt dobrze.

– Zatrzymałbym się.

Pogłaskała mnie po głowie i przypomniała, że jeśli coś będę potrzebował lub chciał, to ona zrobi wszystko. Poprosiłem ją o możliwość rozmowy telefonicznej z Laurą. Chciałem to zrobić wieczorem. Nie mogłem jej nie przekazać tak ważnych informacji. Jadwiga powiedziała, że to żaden problem.

Z lewego policzka ściągnięto mi opatrunek. Gdy zobaczyłem, jak wygląda rana o mało co nie zemdlałem. Kilkanaście szwów scaliło lewy policzek od ucha do podbródka. Wyglądałem w tej chwili tak, że mógłbym bez charakteryzacji grać w horrorach.

– Goi się bardzo dobrze, nie wdało się zakażenie – usłyszałem.

Poprosiłem panią Jadzię, by nikt mnie z rodziny nie odwiedzał. Przystała na to. Zostałem jeszcze chwilę na dyżurce, mając dość podły nastrój.

Po godzinie dwudziestej wybrała numer telefonu do Laury. Trzymała mi słuchawkę przy uchu. Była bardzo blisko.

– Słucham – usłyszałem nieznany męski głos.

Z pewnością nie był to jej ojciec. Z nim rozmawiałem nieraz.

– Mogę prosić do telefonu Laurę? – poprosiłem.

– A, kto mówi? – usłyszałem zapytanie.

– Kolega z klasy.

Przez chwilę nastała cisza w słuchawce.

– Kochanie, ktoś do ciebie – usłyszałem.

– Przecież się kąpie, Damian, musiałeś odbierać kochanie? – Dało się słyszeć w tle.

– Proszę odłożyć, rozłączyć się! – natychmiast rzuciłem do Jadwigi.

Wszystko było jasne. Moja ukochana właśnie przygotowywała się na kopulację z Damianem. Podejrzewałem, co to za koleś. Podobny snob jak ona. Oddziałowa najwyraźniej wszystko słyszała. Objęła mnie i przytuliła do piersi.

– Nie była ciebie warta, uwierz mi – stwierdziła szepcząc.

Mój świat się załamał. W przeciągu jednej doby straciłem sympatię i ukochane hobby.

„Masz głupi chuju, bohaterze jebany” – wyzywałem sam siebie w myślach.

– Chcesz pogadać? – zapytała pielęgniarka.

Nie chciałem, miałem wszystkiego dość. Teraz zdałem sobie sprawę, w jakiej jestem sytuacji. Panna kochała mnie, kiedy byłem chłopcem jak z obrazka. Pasowało jej mieć takiego przy boku. Jak stałem się jakimś mutantem, to spierdalaj, mam innego.

Wyszedłem na korytarz. Naszła mnie ochota by zapalić, choć nie robiłem tego nałogowo. Pani Jadzia wyszła za mną.

– Chcę zapalić.

Pociągnęła mnie za łokieć do pokoju. Zagłębiła dłoń w jednym z powieszonych na wieszaku fartuszków i wydobyła paczkę „Caro”. Odpaliła mi papierosa i wsadziła do ust, zaciągnąłem się.

– Coś jeszcze chcesz? Spadło na ciebie dużo. Jestem tutaj, mów.

Myślała pewnie, że teraz rzucę: rozbieraj się, zaraz cię wyrucham. Gestem dałem znak, by wyciągnęła mi fajka z ust, uczyniła to i skiepowała go.

– Da radę ściągnąć tu moją sukę, ona jedyna mnie kocha – przekazałem swoje życzenie.

– Nie ona jedyna – usłyszałem w drzwiach dyżurki.

Odwróciłem głowę. Stała tam, w tym swoim habicie siostra Lidia.

– A kto jeszcze, może siostra? – zapytałem.

Podeszła do mnie, ucałowała w czoło i zrobiła krok w tył.

– Gdybym nie była zakonnicą, to w najbliższą niedzielę byłyby nasze zapowiedzi – stwierdziła śmiało.

Jadwiga wybierała numery telefonów. Po chwili, zadowolona zwróciła się do mnie.

– Na Limanowskiego przy sklepie niech czeka ktoś z twoim czworonogiem, podjedzie nasza karetka, co teraz tam jest i zabierze psa. Jest tylko jeden problem. Kto odbierze sukę w garażach karetek?

– Ja odbiorę – zadeklarowała Lidia, bez chwili namysłu.

Zadzwoniłem do domu. Ojciec koniecznie chciał wiedzieć o co chodzi, ale zbyłem go, podałem mu adres, gdzie ma dostarczyć psa i potem czekać na odebranie. Nie dopytywał się o nic więcej. Przystał i około północy zagwarantował podwózkę suki.

– To jest doberman – uprzedziłem zakonnicę.

Kwadrans po północy siostra zakonna weszła do budynku szpitalnego z wielkim czworonogiem. Czarny podpalany psiak, prowadzony na smyczy przemierzał kolejne metry nad wyraz spokojny. Patrzyły sobie w oczy i spokojnie, jak gdyby nigdy nic, udawały się do wskazanego miejsca. Yumi, z założenia nieufna do obcych obwąchała Lidkę i pozwoliła się prowadzić.

Gdy otwarto drzwi do mojego pokoju, suka zwariowała. Potężne susy, by znaleźć się przy swoim przyjacielu.

Bez ogródek wskoczyła na szpitalne łózko i zaczęła mnie lizać po twarzy, zabandażowanych dłoniach i ramionach. Była po kursie posłuszeństwa, więc rzuciłem odpowiednią komendę, by pozostała cicho. Szalona, szczęśliwa, że mnie widzi. W końcu położyła się w taki sposób, jakby nie chciała mnie nikomu oddać.

– Tylko ty mi jedna pozostałaś, jedyna która mnie kocha – szeptałem, tuląc się do psiego pyska. Z oczu poleciały mi łzy.

– Nie mów tak, nie wolno, to nieprawda – usłyszałem od zakonnicy, która też miała mokro w kącikach oczu.

Czas biegł nieubłaganie, godzina minęła bardzo szybko.

– Rafał, już czas – przerwała moje czułości z Yumi Jadwiga.

Kazałem suce zejść z łóżka, a ta zrobiła to niechętnie. Zakonnica zapięła ją na smycz. Nadal byłem zdziwiony, że Yumi tak się podporządkowała. Najwidoczniej swym szóstym zmysłem wyczuwała dobrą osobę.

– Chodź, piesku – rzuciła siostra i wyszły z izolatki, odprowadzane przeze mnie wzrokiem.

– Idź do łazienki, zmienię pościel, bo pełno pozostawiała kudłów, ty też musisz się wykąpać – zadecydowała oddziałowa.

Wykonałem polecenie bez żadnego oporu. Miałem cholernie zły nastrój. Rozbity, załamany, porzucony przez kochającą osobę. Czekałem na przyjście pielęgniarki.

– No, dobrze, czas na prysznic – usłyszałem głos Lidii.

Trochę mnie zaskoczyła, gdyż spodziewałem się kogoś innego.

– A gdzie pani Jadzia?

– Poszła na siódemkę, coś z pacjentem tam nie tak – odparła i chwyciła dolny skraj koszuli nocnej. Nim zdołałem coś zrobić, uniosła ją do góry na wysokość pach. Penis począł powoli nabierać kształtów. Podniosłem obie ręce i wyprostowałem je. Ściągnęła nocną koszulę ze mnie. Obróciłem się do niej plecami.

– Nie wstydź się, ja już cię widziałam nago – stwierdziła, widząc moje zażenowanie.

Może i widziała, ale nie z erekcją. Nie chciałem też, by patrzyła na moją szkaradną twarz.

– Siostra tak się nie brzydzi, myć takiego maszkarona, przecież to musi być dla siostry straszna męka?

Chwyciła mnie dłońmi i obróciła przodem do siebie. Patrzyła mi prosto w oczy.

– Nie, jesteś piękny, bardzo piękny.

– Niech się siostra nie sili na tanie komplementy, widziałem się w lusterku i wiem, jak wyglądam.

Trzymała mnie za łokcie. Mocniej zacisnęła na nich dłonie.

– Twarz to nie wszystko, rana się zagoi i blizna pozostanie mała. Masz piękne i dobre to, co w mężczyźnie najważniejsze – stwierdziła tajemniczo.

– Tak, wszystkie polecą na mojego fiuta, ale chyba, gdy założę na łeb papierową torbę – odparłem.

Spojrzała w dół na stojącego fallusa i uśmiechnęła się delikatnie.

– Ale ja nie o nim myślałam, myślałam o sercu – odparła i palcem wskazującym dotknęła skórę w okolicach organu, o którym właśnie mówiła. Zaskoczony, nic nie odpowiedziałem.

Kazała mi wejść pod prysznic. Puściła wodę i wyregulowała odpowiednią temperaturę. Gdy zmoczyła moje ciało i zakręciła wodę, podwinęła rękawy habitu i namydliła dłonie. Stałem tyłem do niej. Poczułem delikatne drobne dłonie na karku. Szyja, barki, okolice uszu były przez nią pieszczone subtelnym dotykiem. Dostałem gęsiej skórki. Miała ciepłe i delikatne dłonie. Czułem narastające podniecenie, jeszcze nikt nigdy nie dotykał mnie w tak zmysłowy sposób.

Schodziła coraz niżej, kolistymi ruchami namydlając plecy. Przymknąłem oczy. Pragnąłem, by ten spektakl trwał. Przesunęła dłonie na biodra, potem na tyłek. Delikatnie trąciła mosznę. Jeden z palców wsunął się  pomiędzy moje pośladki. Odpływałem. Penis był wilgotny i sztywny jak drut.

– Odwróć się. – Wyrwała mnie z błogiego stanu.

Wykonałem co poleciła. Namydlała dłonie i po chwili dostałem kolejne miłe bodźce. Spostrzegłem, że moje maluteńkie sutki sterczą. Musnęła je najpierw delikatnie koniuszkiem palca, a następnie całą dłonią.

Laura nigdy nie była tak subtelna i delikatna. Owszem, sama lubiła delikatne pieszczoty, ale nie odwzajemniała mi się tym samym. Chwytała od razu za fujarę i tarmosiła jądra.

Lidia namydlała teraz wewnętrzną stronę moich ud. Poczułem ekstazę. Penis pulsował, drżał, czułem mrowienie na całym ciele, a fale przyjemności przechodziły przez ciało. Jedna z dłoni zakonnicy dotykała mosznę. Wydawało mi się, że owłosienie tam się znajdujące jest w jakiś sposób naelektryzowane.

Zamknąłem oczy. Gdzieś słyszałem, że kobiety przeżywać mogą orgazm bez penetracji pochwy. Czułem, że za chwilę dojdę bez stymulacji prącia.

Namydlała owłosienie łonowe. W końcu ujęła jedną dłonią członka, a drugą wprowadziła pomiędzy moje uda. Poczułem ten stan, kiedy mężczyzna już wie, że nawet przerwanie stymulacji doprowadzi do wytrysku. Zsunęła napletek i drugą dłonią dotknęła delikatną strukturę żołędzia.

– Tak, tak, kocham cię – wyrzuciłem półprzytomny i mimowolnie począłem ruszać biodrami.

Nim się zorientowała, co się dzieje, zdołałem wykonać trzy, może cztery ruchy frykcyjne. To wystarczyło. Sapiąc i wydając z siebie głośne „aaa” ejakulowałem. Puściła organ, a ja targany konwulsjami orgazmu wydalałem kolejne porcje nasienia.

 Jak długo żyłem nie miałem tak silnego orgazmu. Potężna fala przyjemności przeszyła ciało. To było coś niesamowitego. Nogi stały się jak z waty, oparłem się o ścianę kabiny prysznicowej i osunąłem się po niej. Siedziałem cały namydlony w kucki. Z członka tryskały ostatnie porcje spermy. Tak spełniony nie byłem nigdy.

– Jezu, co ja zrobiłam, przepraszam – usłyszałem przytłumiony głos.

Powoli dochodziłem do siebie. Próbowałem podnieść się, lecz namydlone plecy ślizgały się po kafelkach. Musiała to zauważyć. Weszła do brodzika i pomogła mi wstać.

– Przepraszam – wyrzuciłem z siebie i czułem jak się rumienię.

– Nie, to ja cię przepraszam, to moje wina, to mój grzech.

Penis malał. Zawstydzony tym, co się stało, nie mogłem wydusić z siebie słowa. Patrzyłem na nią. Jej policzki się zarumieniły.

– Zmyje z ciebie mydło – powiedziała i puściła wodę.

Mocny strumień uderzył w moje ciało. Gdy tylko spłynął ze mnie detergent i wydalone nasienie, szybko zakręciła wodę i dała do zrozumienia, bym wyszedł spod prysznica.

Po chwili delikatnie wycierała mnie kąpielowym ręcznikiem. Znów robiła to delikatnie i z wyczuciem. Czułem narastające podniecenie. Patrzyłem na nią i widziałem atrakcyjną i niewinną zarazem kobietę.

Moje słowa „kocham cię” nie były rzucone ot tak. Dobroć, ciepło, jakie z niej biło i ta niewinność mnie fascynowały. Zdałem sobie sprawę, jaka przepaść dzieliła Laurę od niej. Rozpieszczona, próżna i zadufana w sobie nastolatka, kontra ta emanująca dobrocią i naturalnością dwudziestoparoletnia zakonnica.

– Zrobię to ostrożnie, przepraszam za tamto – usłyszałem, gdy zaczęła wycierać moje strefy intymne.

Musiała dostrzec, że penis znowu się podnosi. Tak szybkiego powrotu do stanu gotowości nigdy jeszcze nie miałem. Założyła na mnie świeża nocną koszulę.

– Lidia… Kocham cię – zdobyłem się na wyznanie.

– Przestań, podnieciłeś się przeze mnie i gadasz głupoty – zbyła moje słowa.

Nie drążyliśmy razem dalej tematu. Na korytarzu spotkała nas pani Jadzia.

– Lepiej? – zapytała mnie.

– Tak, stanowczo lepiej – odparłem.

Poprosiłem Lidkę, by została jeszcze przez chwilę ze mną w sali. Chciałem poważnie z nią porozmawiać. Przystała na moją prośbę.

 Usiadłem na łóżku, ona na taborecie obok. Rozpoczęło się od przeprosin. Za zaistniałą sytuację winiliśmy się oboje. Potem się otworzyłem. Zasypałem ją komplementami i podziękowaniami. Przyrównywałem do Laury i za każdym razem wskazywałem, że to ona jest lepsza. Słuchała mnie z wypiekami na policzkach. W końcu powiedziałem, że ją kocham.

– To niemożliwe, jestem poślubiona Panu – odparła krótko.

Coś tam gdzieś słyszałem o tych ślubach zakonnic.

– A ile zakonnic jest na cały świecie? – zapytałem.

– Nie wiem, setki tysięcy – odparła.

– I wszystkie kochają jednego, to przecież poligamia, nie wiem, czy twój Pan by sobie tego życzył i czy wybrałby wszystkie z was? – filozofowałem.

– To jest inna miłość, czysta, nieporównywalna do tej cielesnej, nie rozumiesz – wykrętnie odparła.

Rzucała wpojonymi w zgromadzeniu ogólnikami. Trudno było rozmawiać mi z nią na poziomie metafizycznym. Widząc, że chwilowo przerwałem zadawanie pytań, zaczęła mówić. Wyjaśniła te swoje śluby, obdarzyła dużą porcją komplementów, za wszelką cenę nie chcąc rozmawiać o moim uczuciu do niej. Spokojnie słuchałem. Gdy skończyła, zadałem jej tylko jedno pytanie.

– Gdybyś nie była zakonnicą, byłabyś w stanie zakochać się we mnie, widząc, jak wyglądam?

Myślałem, że nie odpowie wprost i jakoś obejdzie to pytanie.

– Tak, jak ci wcześniej powiedziałam, za tydzień ogłaszali by nasze zapowiedzi.

Sama ucięła dalszą rozmowę, twierdząc że jest już późno. Nim opuściła salę, pocałowała mnie w ten szkaradny policzek.

W tym momencie zdałem sobie sprawę, że to kobieta mojego życia. Usnąłem momentalnie.

 

+++++

 

Jadwiga od razu wyczuła, że podczas kąpieli do czegoś doszło. Zbyt dużo w życiu przeszła, by nie dostrzec rumianych policzków i chemii jaka się między nimi zrodziła. W głębi duszy pragnęła, by ta para miała się ku sobie. Chłopak przeszedł dzisiaj dużo, a Lidka w jakiś sposób go odmieniła. Porozumienie z tym dobermanowatym psiskiem, te ich wzajemne patrzenie na siebie. Zdolność do bezinteresownej pomocy.

Miała obawy, że Rafał może targnąć się na swoje życie. Dostał  taką porcję negatywnych wiadomości, że najtwardszy facet mógłby wymięknąć.

Nieliczni chorzy na jej oddziale już spali. Była ciekawa, o czym rozmawiają. Lidkę traktowała jak córkę. Było dla niej zagadką, co tak empatyczna osoba robiła w zakonie,. Pchana ciekawością, cichutko podeszła pod drzwi sali. Karcąc siebie w myślach podsłuchiwała ich rozmowę. Gdy skończyli, sprawnie usunęła się do swojej kanciapy. Lidka wyszła od niego.

– Dobranoc pani Jadziu, widzimy się na następnym dyżurze – pożegnała się zakonnica i opuściła teren szpitala.

Do końca dyżuru miała święty spokój. Zajrzała do nastolatka, spał spokojnie. Nawet nie poczuł, gdy pogłaskała go po włosach. Rozmowa z Lidką wpłynęła na niego lepiej niż środek nasenny.

„Gdybym była młodsza, to nie zastanawiałabym się, chodzące dobro” – pomyślała o nim.

Swojej zmienniczce poleciła, by miała baczenie na Rafała. Tak, na wszelki wypadek.

Wróciła do mieszkania. Córka właśnie wstała i w kusej nocnej koszuli paradowała po domu.

– Mamo, co tam u Rafała? – zapytała.

Nie miały przed sobą tajemnic. Tak sobie obiecały.

– Źle, dostał wczoraj takie informację, że by mamuta powaliły.

– Mów, jestem ciekawa.

Jadwiga krótko zrelacjonowała diagnozę lekarza i rozmowę z narzeczoną.

– Mamo, to dobrze – rzuciła zadowolona nastolatka.

Jadwiga była w szoku. Córka cieszyła się, że jej wybawiciel dowiedział się o zdradzie.

– Dziecko, ty słyszysz co mówisz?

Nastolatka spojrzała na matkę.

– Mamo, bo ja go kocham – wyznała.

Oddziałowa mogła się tego spodziewać. Ulegając córce zgodziła się, by ta była przy nieprzytomny chłopaku. Razem z Lidką opiekowały się nim. Podeszła do dziewczyny i razem udały się do dużego pokoju. Usadziła ją na wersalce, a sama usiadła w fotelu.

– Wierzę. Uratował ci życie i wierzę, że go kochasz, ja też bym temu chłopakowi uchyliła nieba – zaczęła. Malwina skrzywiła się. Matka robiła rozbiegówkę do dalszej rozmowy. – Miłość to wielkie uczucie. Prawdziwa miłość zaczyna się tam, gdy niczego nie oczekujemy w zamian. Chcesz mu dać uczucie w zamian za uratowane życie, bo tak to odbieram. W twojej głowie kotłuję się bardzo szlachetna postawa. Tylko czy on takiej chce? Czy zastanowiłaś się, czy nie robisz tego z litości? Postaw się w jego sytuacji. Młoda dziewczyna zakochuje się w oszpeconym chłopaku. Dlaczego? Jest piękna, powabna, a obok tylu przystojnych facetów. Znam męskie podejście, samiec to nie tylko siła i moc, to także uroda i wdzięk. My kobiety patrzymy na to inaczej. Czułość, delikatność, zrozumienie – tak, ten chłopak ma to w nadmiarze i mógłby się podzielić z innymi. Kochasz go, dobrze, tylko czy on kocha ciebie? Czy razem, będąc w łóżku i robiąc to, co się tam robi, on nie zastanowi się dlaczego tak atrakcyjna nastolatka chce kochać się z takim gościem – zaczęła wykład Jadwiga.

– Mamo, ale zdanie innych osób mnie nie interesuje – rzuciła Malwina.

Wstała i podeszła do córki. Uchwyciła ją za ramiona i potrząsnęła nią.

– Zrozum, że nie robisz krzywdy sobie, robisz na całe życie krzywdę jemu! On nigdy, ale to nigdy nie będzie wiedział, czy twoja miłość to może jest litość, za to co zrobił. Powiem ci brutalnie! Gdybyś była zgwałcona, chciałabyś, żeby ktoś cię kochał z litości czy nie? – Jadwiga wytoczyła najcięższe działa.

– Nie mamo, nie – odparła dziewczyna po dłuższej chwili. Skończyły rozmowę.

 Malwina poszła do szkoły, a Jadzia po dyżurze walnęła się do łóżka. Musiała odespać tę noc.

 

+++++

 

W kolejnym dniu odwiedził mnie pan z ubezpieczalni. Należało mi się odszkodowanie i miałem razem z nim wypełnić formularze. Zwykła formalność, a jednak zajęła mi sporo czasu. Ajent stwierdził, że procedura wypłaty powinna być szybka, gdyż okoliczności wypadku nie budziły żadnych wątpliwości.

– Nie śmiałbym też stwarzać problemy takiemu bohaterowi jak pan, to byłoby podłe z mojej strony – dodał po wszystkim.

Zadecydowałem, że pieniądze dostarczy mi do ręki. Chciałem mieć trochę swojego grosza, a na dodatek pisanie upoważnień notarialnych na rodziców wydłużyłoby procedurę odszkodowawczą.

Zauważyłem, że każdy mój ruch był bacznie obserwowany przez oddziałową Olę. Snułem się po korytarzu, tam i z powrotem, Nie chciałem w pokoju przebywać sam. Stojąc w oknie dojrzałem zmierzającą do szpitala Lidię i od razu zrobiło mi się jakoś raźniej. Postanowiłem poczekać na nią, ona  jednak się nie pojawiła. Udałem się do oddziałowej.

– Pani Olu, zakonnica Lidia to jest dzisiaj w pracy? – zapytałem.

Kobieta rzuciła okiem na grafik.

– Nie, jest u nas jutro, a co? – odparła.

– Widziałem, jak wchodziła do szpitala.

– Jak wchodziła to na sto procent jest na noworodkach, ona by stamtąd w ogóle nie wychodziła – usłyszałem.

Bardzo chciałem się z nią spotkać. Wymienić choćby jedno zdanie. Zobaczyć jej uśmiech.

– A, ja mogę tam iść? – zapytałem nieśmiało.

Kobieta podniosła wzrok, bacznie mi się przyglądając.

– Normalnie to nie, ale w drodze wyjątku zaprowadzę cię tam. Chodź bohaterze – odparła i ruszyła przodem.

Byłem pielęgniarce niezmiernie wdzięczny. Pokonywaliśmy plątaninę szpitalnych korytarzy i po kilku minutach byliśmy na oddziale noworodków.

Dojrzałem ją. Skupiona, trzymała dziecko na ręku i karmiła go butelką ze smoczkiem. Widok był cudny. Mówiła coś do bobasa, uśmiechała się do niego.

– Też się zastanawiam co ona robi w tym zakonie, przecież to dusza człowiek, kocha te maluszki jak swoje – usłyszałem od Oli. Nie mogłem powstrzymać emocji. Z oczu zaczęły mi płynąć łzy. – Ej co ty, ty płaczesz? – dojrzała to.

Nic nie odpowiedziałem, patrzyłem na ten przepiękny obraz, mając ściśnięte gardło.

– Chodź, musimy wracać – usłyszałem.

Do końca dnia, prócz wizyty rodziców nic ważnego się nie wydarzyło. Położyłem się spać, mając karmiącą Lidkę przed oczami.

 

+++++

 

Obudziłem się wcześnie rano. Wiedziałem, że dzisiaj jest zmiana Lidii i Jadwigi. Gdy one pojawiały się w moim pokoju, dni wydawały się bardziej radosne. Znów poczułem parcie na stolec. Nie wypróżniłem się wczoraj. Nie spotkałem tej poczciwej salowej, a prosić o pomoc kogoś innego się wstydziłem. Gdy dojrzałem je obie wyszedłem z sali. Przywitały mnie miłym uśmiechem.

– Jak się czujesz? – zapytała zakonnica.

Powiedziałem o trapiącym mnie problemie.

– Nie możesz tak trzymać, to niezdrowo, zawsze proś kogoś o pomoc, chodź pomogę ci – odparła i skierowaliśmy się do męskiej toalety.

 Gdy skończyłem zawołałem ją do kabiny. Pomogła mi w tej krępującej czynności, po czym otworzyła drzwi i wyszła na zewnątrz. W toalecie przy pisuarze stał kapelan. Kończył właśnie sikać.

– A co to ma znaczyć, co siostra robi w męskiej toalecie? – zapytał z oburzeniem w głosie.

– Pomagam pacjentowi – odparła spokojnie.

– W czym? – zapytał podniesionym głosem.

– W tym, w czym ksiądz nie chciał mi pomóc, bo było to poniżej kapłańskiej godności – wypaliłem, wychodząc z kabiny.

Zlustrował mnie wzrokiem. Miał coś podłego w swym spojrzeniu. Pychę, zadufanie, poczucie wyższości.

– Ja siostrze mówiłem nieraz, od tego są salowe, siostra postępuje niezgodnie ze ślubem czystości, zmuszony będę… – zaczął swój wywód.

– Nie widzę, żeby siostra była brudna – przerwałem mu.

– Nie bluźnij gówniarzu – wrzasnął na mnie.

– Niech się ksiądz uspokoi i zapnie rozporek, i bez przekleństw przy kobiecie, jasne! – Podniosłem głos, starając się usadzić klechę.

– Rafał, przestań – poprosiła mnie Lidia.

– Nie tym tonem, mówisz do osoby duchownej – napuszył się.

– No właśnie, gdyby nie to, już dawno dostałbyś w pysk! – Nie odpuszczałem.

Twarz plebana stała się czerwona ze złości. Widać było, że dopiekłem mu do żywego. Zapiął rozporek.

– Siostra jeszcze pożałuje, ja tego tak nie zostawię – rzucił na odchodnym.

Wkurwił mnie niemiłosiernie. Chciałem ruszyć za nim, lecz Lidia mnie powstrzymała.

– Zostań, proszę cię, zostań – szepnęła, trzymając mnie za łokieć.

Wyszliśmy z toalety i udaliśmy się do mojego pokoju. Gdy przyniesiono śniadanie, zakonnica nakarmiła mnie. Wspomniałem jej, że wczoraj widziałem ją na noworodkach, nie zapominając dodać, co wtedy czułem i jak się wzruszyłem. Zawstydziła się i opuściła wzrok.

– Kocham te dzieciaki, są takie bezbronne i piękne – szepnęła. – A ty jesteś dobrym i wartościowym człowiekiem, twoja przyszła wybranka na pewno będzie szczęśliwą osobą – dodała.

– Moja przyszła wybranka siedzi tuż obok mnie.

Wstała ze stołka. Rzuciła krótko, że ma coś jeszcze do załatwienia i wyszła. Wróciła na zmianę opatrunku po jakiejś godzinie.

– Nie gniewaj się, naprawdę cię kocham, wiem o tym – szepnąłem.

– Nie, nie możesz, ja nie mogę, jestem zaślubiona komu innemu – odparła, chcąc uciąć rozmowę.

Nie próbowałem kontynuować tego tematu. Bałem się, że zniknie na dobre, albo ograniczy nasze spotkania.

Po dwunastej Jadwiga zaprosiła mnie na kawę. Skorzystałem. Rozmawiałem z nią o Lidce, o tym, że ją kocham. Poczułem w tej starszej kobiecie bratnią duszę. Słuchała mnie ze skupieniem i dawała mądre rady.

– Wiesz, że moja Malwina się w tobie zakochała – rzuciła nagle.

Jednak wcześniejsze przypuszczenia się sprawdziły. Niestety z mojej strony nie mogła liczyć na odwzajemnienie.

– I co? – zapytałem.

– Z bólem serca wybiłam to córce z głowy, przecież widzę, kto gości w twoim sercu – odparła jak zawsze mądrze.

Dzień mijał jak każdy poprzedni. Obiad, popołudniowy obchód, kolacja. Po tym ostatnim posiłku Lidia powiedziała, że idzie na oddział noworodków. Pragnęła choć chwilę tam pobyć.

– Wrócę niedługo, to zmienię ci opatrunek, kwadrans, góra dwadzieścia minut i będę z powrotem – oznajmiła.

 

+++++

 

Lidia wracała z oddziału noworodków. Jakże ona lubiła tam być, oglądać te małe bezbronne i niewinne istotki. Tuląc ich ciała, odczuwała to coś. Gdy tylko mogła, prosiła Jadzię o zgodę i udawała się do dzieciaczków. Każda spędzona tam chwila sprawiała jej przyjemność.

Przyjemność, ale innego rodzaju dawało zakonnicy przebywanie z Rafałem. Przyciągał ją niewidzialnym magnesem. Sposób, w jaki na nią patrzył, jak się zachowywał był dla niej kłopotliwy, a zarazem miły.

Weszła do dyżurki oddziałowej.

– Dziewczyno, rzuć ten habit, masz takiego adoratora, przecież widzę, że jak wracasz z noworodków to jesteś cała w skowronkach – Jadwiga zawsze była bezpośrednia.

– Co też pani mówi – zbyła ją.

– Słuchaj, salowe jak zawsze gdzieś wywiało, a zebrało się trochę brudnej pościeli. Weź wynieś ją do brudownika i z magazynu pobierz świeżą zmianę. Proszę Lidziu.

Przystała na prośbę przełożonej. Przeszła się po salach i zebrała brudne komplety pościeli. Następnie skierowała swe kroki do pomieszczenia potocznie zwanego „brudownikiem”. Zamknęła za sobą drzwi i zaczęła opróżniać kosz.

Usłyszała skrzypienie otwieranych drzwi. Odwróciła się. W otworze wejściowym dostrzegła sylwetkę kapelana. Cicho zamknął drzwi za sobą i ruszył w jej kierunku. W jego wzroku było coś dziwnego, coś, co napawało siostrę strachem.

– A, ksiądz jeszcze tutaj, tak późno? – zapytała cicho.

– Tak, specjalnie dłużej zostałem, bo muszę z siostrą poważnie porozmawiać – odparł, zatrzymując się dwa kroki od niej. – Już ja siostrze nieraz zwracałem uwagę na te bezwstydne rzeczy z tym chłopakiem, to niegodne siostry zakonnej – mówił stanowczym głosem.

– Jestem pielęgniarką, to należy do moich obowiązków.

Uśmiechnął się w dziwny sposób. Językiem zwilżył usta.

– Nie przestrzega siostra dwóch złożonych ślubów; czystości i posłuszeństwa. Jest siostra zepsuta i niezdyscyplinowana, i ja się postaram nauczyć siostrę pokory wobec stojących wyżej w hierarchii kościoła.

Lidia nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi. Słowa o zepsuciu i braku dyscypliny bardzo ją zabolały.

– To księdza zdanie, ja nie mam sobie nic do zarzucenia.

Postąpił krok do przodu. Stał teraz tak blisko, że czuła jego oddech. Cofnęła się i oparła o ścianę. W jego spojrzeniu dostrzegła wściekłość i furię.

– Nie, a te bezeceństwa, zamykanie się z nim w toalecie, fascynacja jego kutasem to co? – zapytał.

Lidia coraz bardziej się bała.

– Nic złego nie robię, to nie księdza sprawa.

– Ty podła zdziro – fuknął i otwartą dłonią wymierzył jej policzek. Natarł na nią ciałem i dopchnął do ściany. – Lubisz to, lubisz obmacywać kutasy, przyznaj się, podnieca cię to – szeptał zakonnicy do ucha.

– Niech ksiądz przestanie! – zaoponowała.

– A może jego fiut gościł w twojej wąskiej szparce?, przyznaj się ladacznico – szeptał nadal lubieżne słowa.

Trzasnęła go z otwartej dłoni w twarz. Zaskoczyło go to, a zarazem wyzwoliło dziki szał.

– Pożałujesz dziwko, pożałujesz – ryknął. Chciała krzyczeć, lecz momentalnie zatkał jej usta prawą dłonią. – Już ja cię nauczę pokory, teraz i później, jak przeniosą cię do mnie!

Drugą dłonią zaczął rozpinać sobie rozporek. Robił to szybko i sprawnie. Lidia chciała się wyrwać, lecz była za słaba. Przygniótł ją swoim ciałem. W końcu zsunął sobie spodnie i majtki do kostek.

– Zaraz zakosztujesz prawdziwego mężczyzny!

Łapczywie całował jej ucho i szyję. Próbowała krzyczeć, lecz dłoń na ustach tłumiła głos. Broniła się jak mogła. Czuła jak łapsko kapelana podnosi dół habitu, jak obmacuje ją poprzez fakturę rajstop. Męska dłoń posuwała się coraz wyżej i wyżej.

Złączyła nogi, by mu utrudnić. Klecha wyrwał dłoń spomiędzy zwartych ud i obłapił wewnętrzną stronę prawego z nich. Wierzgała całym ciałem, nie chcąc dopuścić do gwałtu, gdyż  zdała sobie sprawę, do czego zmierza pleban. On tymczasem, uchwyciwszy górny brzeg rajstop i majtek stanowczym ruchem ściągnął je kobiecie do kolan.

– Broń się broń, to mnie jeszcze bardziej kręci – szeptał i zębami kąsał szyję zakonnicy.

Uchwycił sterczący organ dłonią i napierał nim na nią.

Lidia poczuła stojącego kutasa w okolicach wzgórka łonowego. Odkryta żołądź pozostawiała tam preejakulat. Płakała. Czuła jak klecha próbuje wcisnąć się udem pomiędzy jej nogi. Zdawała sobie sprawę, że jej opór potrwa tylko kilka chwil…

Przejdź do kolejnej części – Ratownik. Zakonnica II

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Ciekawie się zaczyna, ale za tego cliffhangera należałoby autorowi dać po uchu 🙂 ile mamy teraz czekać na to, aż dane nam będzie dowiedzieć się o losach seksownej zakonnicy?

Thorinie, całość tej części opowiadania to prawie półtora godziny czytania. Może zniósłbyś, ale mój korektor, naraz nie obrobiłby takiej ilości tekstu, bo podejrzewam że zmęczył się okrutnie i padł na koniec. To miejsce wydawało się optymalnym, gdyż wypadało prawie w połowie.
Kiedy druga część?, grafik na kwiecień jeszcze nieuzupełniony, więc pewnie niedługo.
Pozdrawiam i dziękuje za komentarz.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Zajrzałem do tekstu od razu; przyciągnęło mnie zdjęcie pięknej kobiety w stroju zakonnicy. Przyznam, że ten obraz towarzyszył mi już do końca lektury 🙂

Sam tekst był dla mnie w pewnym stopniu interesujący. Omijasz w nim dość klasyczne dla opowiadań erotycznych budowanie motywacji sceny seksualnej. U Ciebie seks nie wynika ze zbliżenia bohaterów, lecz raczej z sytuacji, która ich do tego doprowadza — często poprzez dominację jednej ze stron, przewagę, czy nagłą eskalację napięcia.

Tym bardziej byłem ciekaw, co w tej konwencji zaproponujesz czytelnikowi: czy scena pozostanie na poziomie dość przewidywalnej mechaniki, czy pojawi się w niej coś więcej.

Postawiłeś przede wszystkim na intensywność. Priorytetem jest bodziec. I trochę szkoda, że tylko na tym. Bo interesującym kierunkiem byłoby pójście dalej — w stronę pokazania dominacji nie tylko jako działania, ale też jako znaczenia.

Czekam na ciąg dalszy.

Witam,
Grafika pięknej zakonnicy to zasługa mojego korektora – Megasa, zdałem się na jego gust, i jak widać trafił bardzo dobrze. Więc nie moja to zasługa, tylko zatwierdziłem wybór, bo nie ukrywając, gust mam kiepski.
Dalsza część komentarza to dla mnie zagadka. Niby wspominasz że jest interesujący, z drugiej odczuwam że masz pewien niedosyt i spodziewałeś się czegoś innego, nie w tę nutę uderzyłem, coś ominąłem, winno być inaczej. I zgłupiałem.
Tak niestety piszę, kulawo, zwracając uwagę na może nie te aspekty, o których wspominasz. Być może druga część coś wyjaśni, zmieni, naprawi, ale wątpię. Jedni zagłębiają się w techniczne aspekty stosunku, opisując je wręcz z benedyktyńską dokładnością, inni wżerają się w psychikę bohaterów, technikalia zostawiając na boku, trzeci, ci mistrzowie pióra (do których mi ja stąd do Saturna) potrafią wypośrodkować wszystko i dać Czytelnikowi prawdziwą ucztę.
Tak, stawiam na intensywność, a seks jest dodatkiem. Czy ta droga jest właściwa? Nie mi oceniać. Większość moich opowiadań to ogień i ruch lub gwałtowne zjawiska atmosferyczne i para zagubionych wędrowców. Takie kulawe uniwersum tworzę, może innego nie potrafię, a może się obawiam że polegnę wchodząc w te aspekty o których wspominasz.
Ostatnie zdanie, napawa mnie jednak i optymizmem i obawą, ale jednak jesteś ciekaw co będzie dziać się dalej. Czy powrócę z tarczą czy na tarczy ocenisz sam, najpewniej w kwietniu.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

JAMMER106, już doprecyzowuję, o co mi chodziło.

Mój komentarz miał charakter pozytywny. Nie jestem przeciwnikiem Twojej pracy.

Nie oceniałem tekstu w kategoriach „właściwy – niewłaściwy”. To Twoja twórczość i Twój kierunek. Mój komentarz był raczej próbą wejścia w dialog z autorem i przyjrzenia się temu, jaką drogę wybierasz — pod względem pomysłu, konstrukcji sceny i użytych środków.

Zauważyłem, że pokazujesz dominację głównie poprzez działanie: fizyczne prowadzenie, dynamikę sytuacji, eskalację napięcia. I to działa, bo daje intensywność.

Mój „niedosyt”, jeśli tak to zabrzmiało, nie był zarzutem, tylko pytaniem: czy w tej konwencji widzisz też miejsce na drugi poziom — pokazanie dominacji nie tylko jako działania, ale też jako znaczenia psychologicznego?

Innymi słowy: nie „powinno być inaczej”, tylko „czy to jest kierunek, który świadomie wybierasz, czy coś, co ewentualnie chciałbyś jeszcze kiedyś rozwinąć”.

Bardzo przyjemne opowiadanie, autentyczne, szczere. Czuć klimat schyłkowego PRL, co przypadło mi do gustu.

Jeśli chodzi o kreację postaci kobiecych, popadasz trochę Jammerze106 w koleiny „albo dziwka albo święta”, czego symbolem są dość grubą kreską nakreślone charaktery Laury oraz Lidki. Na tym tle nieco korzystniej wypadają Jadzia i Malwina.

Główny bohater – jak zawsze wzór cnót wszelakich. Dobrze, że chociaż zmieniłeś mu imię, bo byłoby zamieszanie 🙂

Ciekaw jestem, jak to się rozwinie i chętnie przeczytam następną część!

Pozdrawiam
M.A.

No nie do końca się zgodzę z tym wzorem cnót i przytoczę postać Wiktora. Morduje (patrz scena gdy wrzucają Skarbnika pod śrubę okrętu), zdradza żonę (Karina, Klaudia), nakazuje dobijać rannych terrorystów (odcinek Hydra), podcina gardło pojmanemu terroryście, s i jeszcze kilka grzeszków by mu dołożył. Jeśli to jest wzorzec…
Mamy na tym portalu Autorów, którzy kreują przewidywalne postacie (patrz Historyczka), kultowy dla niektórych LaVenda, stworzył Joannę, a jej zachowanie i charakter jest zawsze identyczny.
Kobiece charaktery, no tak, albo walę damę w opałach, albo święta kobietę, choć Agnieszka z Utulni jest chyba neutralna.
Dziękuję za ciepłe słowa o klimacie PRL.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.

Myślałem raczej o Radku z „Bałtyckiego Rybaka Dusz” i Sebastiana z „Utulni”. Zgadzam się, że Wiktor jest nieco bardziej zniuansowany, choć wciąż pozostaje w archetypie wzoru do naśladowania. A nawet gdy czasem brudzi sobie ręce, to przecież w słusznej sprawie 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Witajcie 🙂
Zgadzam się z Megasem, bohaterowie są niezwykle schematyczni. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Chociaż Malwina nie wydaje mi się postacią wieloznaczną, oddziałowa Jadzia też. Może jej zachowanie jest nie do końca moralne, ale to poczciwa kobieta 😉 Chce dobrze.
No i znowu kwestia uczuć biało-czarna. Kobiety zakochują się w jeden dzień, rozumiem wdzięczność i fiksację nastolatki na punkcie bohatera… Pozostałe, dojrzałe kobiety, nawet zafascynowane czynem młodego faceta, lecę do niego jak ćmy do ognia.
A Rafał – jednego dnia kocha Laurę, a po południu już żyć nie może bez Lidii żyć. Bo okazała mu trochę zainteresowania i troski (co przecież należy do jej obowiązków).
Czy robiłeś research w sprawach medycznych? Zdejmowanie opatrunków w takim tempie wydaje mi się słabym pomysłem. Może w PRLu było inaczej 🙂 Teraz na pewno by się to tak nie odbywało… Rozwinięcie wątku dodałoby więcej realizmu. Chłopak powinien dostawać antybiotyki w kroplówce, wydaje mi się, że po takim czynie miałby poparzone płuca (płomienie nie są największym zagrożeniem w czasie pożaru), więc można było wprowadzić go w śpiączkę farmakologiczną. To mogłoby mieć więcej sensu – w tym czasie Laura znalazłaby sobie nowego chłopaka, a pozostałe kobiety zdążyły w swoich głowach zbudować wyidealizowany obraz Rafała, zakochać się, pokłócić z nim, przeprosić, pogodzić, a on wciąż byłby nieprzytomny.

„Może w PRLu było inaczej” – no właśnie w PRL-u ta akcja się dzieje. Dokładnie w 1989 roku, to schyłek PRL, ostanie lata, przełom.
” miałby poparzone płuca ” – teren otwarty, płomień niewielki ( buchąjacy spod maski ZASTAWY), sorki, trochę w periodykach medycznych siedzę i poparzenie płuc następuje w czasie pożarów w ZAKNIĘTYCH POMIESCZENIACH , o przypadkach wypadków przemysłowych i wdychaniu gorącej pary nie wspomnę.
Gdzie Droga Yen, masz wspomniane że autobus był zadymiony, autokar nawet najmniejszy to spora kubatura, dym mógł się dostać ( a to nie on powoduje poparzenie płuc, a bardziej zaczadzenie) tylko w momencie , gdy bohater otworzył harmonijkowe drzwi, bo potem wyszedł przez wybite okno.
Spiączka farmakologiczna – sorki, nie sprawdzałem kiedy ta definicja weszła, może wtedy tak się to nazywało, w moich czasach (a do nich się odnoszę i z tej perspektywy piszę), takim pojęciem nie operował nikt. Jest uśpiony, tak się mówiło, lub delikatniej nie wybudził się.
Benzodiapezpiny i petydyna robiła to co teraz owa śpiączka farmakologiczna. Petydyna -słabszy odpowiednik morfiny. naprawdę chcesz żebym w opowiadaniu napisał że podano pacjentowi cefalosporyny III generacji. Naprawdę? Bo mogę da takiego poziomu zejść i katować Czytelnika farmaceutycznym bełkotem. A gdzie osłona przy antybiotykach? Tez zapomniałem, czy celowo nie wspomniałem.
„Zdejmowanie opatrunków w takim tempie wydaje mi się słabym pomysłem.” – w którym miejscu i kiedy. Po przywiezieniu z miejsca wypadku, to chyba normalne. Przywiózł sanitariusz , a jeżeli nie wiesz to istniało wtedy pojęcie felczer – ni lekarz, ni pielęgniarka. Taki nie wiadomo kto? Sanitariusz przywiózł , lekarz ocenia, a oceni widząc rany realnie, a nie pod gałganami bandaży.
Opowiadanie pisane jest a perspektywy 1989 roku, nie obecnej. Bazowałem na podręczniku podoficera sanitarnego , wydawnictwo MON z 1986 roku, wić najbardziej zbliżonego do realiów tamtych czasów.
„Chłopak powinien dostawać antybiotyki w kroplówce” – naprawdę? To takie ważne? A jak udowodnię że w tych latach nie było tak , to to coś zmieni.
Może jestem kozak, może masz rację ( jak udowodnisz to psim pyskiem odszczekam), ale w kwestiach farmakologii ,,, no chyba że Ty doktorem nauk medycznych jesteś i na farmakologii się znasz, to wtedy ukłon głowy i szacun. Tak się głupio składa że moja ukochana jest kierowniczka apteki i czasami coś się jej zapytam, coś mi podpowie.
Co do reszty uwag, no tak już mam, opowiadanie stare, lekko podrasowane, nie ma co liczyć na aplauz.
Sorki jeżeli rozczarowałem, ale czasami tak bywa. Nie zawsze wszystko się uda.

Kocham te źródła wiedzy jammera106! Podręcznik oficera sanitarnego, MON 1986. No, no! 🙂
Kocham też zadzierżystą naturę, która każe udowadniać swoje racje. Do upadłego. Jak ja, nie przymierzając. 😉 Zwłaszcza kiedyś, gdy byłem młodszy.

Tompie,
Możemy się uśmiechać, patrząc na owe źródła, tylko przeglądając broszurkę wydaną ostatnio, a dotyczącą zachowania się w sytuacjach wojny i klęsk żywiołowych to podręcznik do Przysposobienia Obronnego z lat 80. ubiegłego wieku, jawi mi się jako fachowy periodyk. Napisany przystępnym językiem, czytelny dla każdego. Były tak wstawki o kładzeniu się do rowu, zakładaniu OP-1 po wybuchu jądrowym i inne kwiatki, ale studiując wydane za ciężkie pieniądze poradnik, spotkałem w nim tyle banałów i głupot że głowa mała.
Podobnie jest z podręcznikami, instrukcjami wojskowymi (szczególnie te z ubiegłego wieku). Dla szeregowych i podoficerów napisane są prostym językiem, a procedury postępowania są jasne i czytelne, coś na zasadzie co zrobić jak urządzenie nie działa. Czy ktoś z nas jeszcze pamięta sztuczne oddychanie metodą Silvestra lub Holger-Nielsena, a w tym podręczniku są i dokładnie jest podane w jakich sytuacjach zastosować. Wskazując konkretne lata, trzeba zwracać uwagę na to by nie walnąć babola (Ty wiesz o tym najlepiej, bo podziwiam Twoją dokładność w tej materii). Głupia nazwa staza taktyczna, użyta w tamtych czasach jest błędem, forma opaska uciskowa właściwa. Zobaczmy jak ewaluowały ilość wdechów do uciśnięć klatki piersiowej, mały szczegół, a popłynąć można.
A i że sentyment do tych pozycji mam, to już inna bajka.
Pozdrawiam.

Ja się nie śmieję, tylko uśmiecham z nostalgią. Sam pamiętam broszurki ju-jitsu z lat 50. Gdzie dziś takie! Działania układu mięśniowego nauczył mnie płk. lekarz w dwóch zdaniach na Studium Wojskowym, co nie udało się nauczycielom przez całe liceum. A zupełnie współcześnie zapoznałem się z archiwalną instrukcją przygotowania do lotu i samego startu Po-2 (kukuruźnik), która była tak napisana, że powziąłem mniemanie, że umiałbym nim wystartować.
I też jestem zdania, że kiedyś instrukcje były mądrzejsze.

Nie wiem, czemu odpowiadasz tak, jakby ktoś Cię atakował. Ja tylko zauważyłam pewne kwestie, które mi się wydawały dziwne, ale cóż, nie było mnie na świecie wtedy. Widać medycyna poszła do przodu bardziej, niż myślałam. Za młoda jestem 😁
Dziękuję za wyjaśnienie.

Może odpowiedziałem zbyt emocjonalnie, tak jakbym został zaatakowany. Przepraszam Cię, postaram się stępić emocje. Jednakże, jak miałem odczytać Twoje stwierdzenie „Może w PRLu było inaczej 🙂 Teraz na pewno by się to tak nie odbywało…” Przetłumaczyłem sobie prosto – no czepia się, szuka dziury w całym, a przecież jasno nakreśliłem w którym roku się akcja dzieje. To tak, jakbym oceniał taktykę działania czołgów w czasie wojny sześciodniowej, mając pojęcie że teraz jest diametralnie inaczej, bo weszły drony i nowocześniejsze środki rażenia i stwierdził że owi dowódcy to coś nie tak, bo teraz… Tym podpaliłaś lont prochowy, i zrobiłaś mi „nerwa”.
Ocieram się o tematy medyczne w opowiadaniach (patrz Klaudia, która jest ratowniczką, i kilku innych, gdzie opisuję dokładne działanie GHB i pavulonu, a także proces wychodzenia bohatera z sepsy) i uwierz mi lub nie, w tych tematach robię solidny risercz, podobnie jak w innych, bardziej militarnych kwestiach. Owszem zdarzają mi się wpadki i na uwagi Czytelnika, podparte konkretem odpowiem, przyznam się do winy i podziękuję, ale w Twoim przypadku tak nie było. Wskazałaś jakby to odbywało się teraz, jakby nie dostrzegając że akcja dzieje się 37 lat wcześniej.
Jeżeli uraziłem Cię – przepraszam jeszcze raz i Pozdrawiam.

Jammer, zjedz Snickersa, bo na głodnego nie jesteś sobą. Naskoczyłeś na dziewczynę, jakby Ci nie wiadomo co zarzucała 🙂 wyluzuj, chłopie!

Megasie,
„Myślałem raczej o Radku z „Bałtyckiego Rybaka Dusz” ” – przecież w drugim odcinku, aż pachnie seksizmem. Ma zamiar wywalić z kursu wszystkie baby, tylko dlatego że są kobietami, a on stracił narzeczoną i poprzysiągł sobie że żadna kobieta nie zginie. Dopiero Klaudia otwiera mu oczy, ale do tego czasu robi wszystko, a nawet…
” Wiktor jest nieco bardziej zniuansowany, choć wciąż pozostaje w archetypie wzoru do naśladowania. A nawet gdy czasem brudzi sobie ręce, to przecież w słusznej sprawie” – gdybyś wiedział co robi w kolejnych odcinkach, następnej sagi, to…
W kwestii „Utulni” pełna zgoda, bohater przecukrzony, panna na granicy cukrzycy, ale to miało być z założenia ckliwe, ala Macron, bo jak widać takie miłostki mają miejsce, a że made in Poland, to należało wyprzedzić żabojadów i dać to wcześniej, z polską nuta i realiami tamtych lat.
Pozdrawiam.

Leave a Comment