
Ilustracja: Tomp
O zachodzie słońca większość kurtyzan i wszyscy już obecni w Cynobrowym Domu goście wylegli zobaczyć niecodzienny spektakl. Oto za tragarzami z lektyką Matsudairy‑sama przez bramę wkroczył samuraj, który prowadził osiodłanego wierzchowca. Końska uprząż była zdobiona wstążkami, a kopyta i strzemiona miał polakierowane na żółto.
U wejścia do Poduszkowego Pawilonu pojawiła się naburmuszona okāsan Akemi.
– O‑Matsudaira‑sama, wiesz przecież, że w Cynobrowym Domu dbamy o elegancję, porządek i czystość. Koń zabrudzi ścieżki, stratuje trawniki i połamie kwiaty. Dlaczego go tu wprowadzasz?
– Za szkody zapłacę, Akemi‑san. Obiecałem mojej itoshii konną przejażdżkę po dopełnieniu mizuage. Bardzo jej pragnęła, a ja nie widzę powodu, by nie spełnić tego jej marzenia.
Okāsan zmarszczyła brew.
– Jeśli taką wyraziła zachciankę, to jestem skłonna zaakceptować twoją wolę, Matsudaira‑sama, chwaląc zarazem twoją wielkoduszność.
Wywołała dwóch służących. Tak jak wielu wyglądających zza ścian Pawilonu i czających się za drzewami musieli być w pobliżu, bo podbiegli natychmiast.
– Zajmijcie się tym strasznym zwierzęciem! Niech nigdzie nie biega! I zróbcie coś, by był spokojny, zadowolony i nie brudził! Najlepiej dajcie mu siana czy co tam taki stwór je.
Po czym odwróciła głowę ku gościowi i powiedziała z ukłonem:
– W takim razie odpraw swego sługę, Matsudaira‑sama. Zapewniam, że moi ludzie dobrze twojego konia przypilnują. Możesz im zaufać.
Patron Minako przez chwilę zastygł w namyśle. Widać miał inny plan i się wahał. W końcu machnął ręką, wydał oczekiwany rozkaz i wszedł do wnętrza Poduszkowego Pawilonu.
Zaczął się wieczór mizuage podobny do każdego z poprzednich pięciu.
Skończyć miał się jednak zupełnie inaczej.
*****
Początkowe deklamacje, tańce i rozmowy oraz ceremonia parzenia herbaty w Poduszkowym Pawilonie i tego dnia przebiegały w ustalonym zwyczajem porządku. Goście, którymi byli dworacy, urzędnik szoguna, kupiec, trzy osoby o niewyjaśnionej randze, zapewne będące przejazdem, i dwóch daimyō, częściej jednak kierowali wzrok ku Matsudairze i Minako, a nawet ku koniowi, niż ku kurtyzanom. Konia w domu uciech jeszcze nie widziano, mizuage nie zdarza się często, a ciekawość, jak się zakończy ten rytuał, zżerała wszystkich w sposób z trudem ukrywany pod pokrywą ogłady. Niewątpliwie przyczyniał się do tego przystrojony wierzchowiec widoczny przez okna i raz po raz przypominający o sobie rżeniem i prychaniem.
W połowie wieczoru patron Minako wstał i począł przebierać w rysunkach leżących na półkach i wiszących na ścianach. Przepatrywał jeden po drugim, aż któryś wybrał. Wcześniej niż w poprzednie dni złożył przed okāsan Akemi ciężki pakunek zawinięty w jedwab. Dzierżąc wybrany rysunek i drugie jedwabne zawiniątko, obejrzał się w kierunku Minako.
Dziewczyna skłoniła skromnie głowę i ruszyła ku schodom.
Na piętrze po wymianie kilku uprzejmych zdań Matsudaira przysunął się do niej. Deklamując wiersz o parze żurawi, począł ją obnażać. Gdy zadarł hadajuban, ułożył ją na poduszkach. Przeszedł do głaskań, jednak tym razem robił to z przerwami, w których odłożył katanę i wakizashi, zdjął z siebie obi, katagin i hakamę. Każdemu odkładanemu elementowi stroju towarzyszyła odpowiednia deklamacja. Na końcu zdjął przez głowę kimono i pozostawszy w samej bieliźnie, zwrócił uwagę dziewczyny na obrazek, na którym była namalowana naga kobieta zasłaniająca sobie przedramieniem twarz i leżący na niej mężczyzna w samej przepasce fundoshi. Wyglądało na to, że lewą ręką ją rozluźnia, bo spod białej szarfy jeden pośladek już się wysunął.
Minako jak zwykle nie wiedziała, po co jej to pokazuje. Oczy musiała rozszerzyć, chcąc w świetle lampionów dojrzeć szczegóły ryciny, ale nic ciekawego nie ujrzawszy, przymknęła je. W tym momencie naszła ją myśl, że chyba chodzi o zawoalowaną instrukcję czy też prośbę, by ułożyła się jak ta kobieta. Rozszerzyła więc uda i zasłoniła twarz łokciem.
Najwyraźniej nadeszła pora na jajko, bo usłyszała trzask skorupki i poczuła śliskość i chłód białka w swoim kroku. Mężczyzna rozsmarował je z całą delikatnością, a potem poczuła, że się na niej kładzie i wpycha w nią coś śliskiego jak ryba, tyle że ciepłego.
Nagle ciało dociskające jej pupę do poduszek stężało, szarpnęło, wpychając w nią głębiej coś, co musiało być siusiakiem. Wydała stłumiony krzyk, gdyż poczuła ból. Mężczyzna też krzyknął, a raczej głośno stęknął. Opadł na nią całym ciężarem i wpadł w drgawki. Na piersi poczuła niespodziewane ciepło.
– Bądź cicho i zamknij oczy! – usłyszała rozkazujący kobiecy szept. – Leż i nie ruszaj się.
Przytłaczające ją ciało przestało dygotać. Po chwilce nacisk znikł. Wnet ręce dwóch osób chwyciły ją za ramiona, podniosły i przeprowadziły kilkanaście kroków. Kazano jej stać.
Gdy po długiej chwili służąca, która przemywała ją wodą, pozwoliła Minako otworzyć oczy, okazało się, że wokół jest pełno krwi. Plamiła stertę szmat oraz czerwieniła wodę w cebrze.
Ręka zatkała jej usta, więc wydała nie tyle krzyk, ile stłumiony jęk.
– Bądź cicho – usłyszała ponownie. – Jesteś cała. Mizuage to krwawa ceremonia. Dokonało się i to jest wszystko, co teraz musisz wiedzieć.
Kobieta wcisnęła do jej rąk czarkę.
– Wypij.
Po zapachu domyśliła się sake.
Znajdowały się w jakimś małym pomieszczeniu, najwidoczniej wciąż na piętrze Poduszkowego Pawilonu, bo z dołu dochodziły dźwięki instrumentów i odgłosy tańca. Kobieta czyściła ją moczoną co rusz w cebrze gąbką. Czyżby to była Tadauji‑sama? W szarym kimonie służącej!?
Wokół niej trwał intensywny, acz niemal bezszelestny ruch. Przynoszono zakrwawione poduszki, a ich sterta rosła podobnie jak płócien i gąbek.
– Teraz musisz się ubrać. Tu masz nowy hadajuban. Reszta twojego dzisiejszego kimona na szczęście nie ucierpiała – usłyszała.
Minako odziała się nieco ślamazarnie i nieporadnie. Nikt nie pomógł jej wyrównać fałd stroju, ale mimo to szaro ubrana Tadauji‑sama była zadowolona.
– Usiądź wygodnie i poczekaj jeszcze chwilę. Potem zejdziesz ze swoim patronem, on cię podsadzi na siodło i odjedziecie razem, jak ci to Matsudaira‑sama obiecał. Rób wszystko tak, jak rano na ćwiczeniach z koniem, i niczemu się nie dziw. Pamiętaj: niczemu się nie dziw. Za chwilę pojawi się mężczyzna; pójdziecie razem na dół i dosiądziecie wierzchowca. Odjedziecie razem, tak jak było to umówione. Ciesz się i zachowuj tak, jak cię rano uczył. Pamiętaj o umówionych sygnałach. Rozumiesz?
– Agk… – zachrypiała. – Tak, o‑Tadauji‑sama.
– Opowiedz, co masz zrobić.
– Mam zejść z mężczyzną do konia. Mam pamiętać o sygnałach. Mam wsiąść i odjechać z mężczyzną.
– Tak. On cię będzie trzymał, a ty trzymaj się jego, bo będziecie galopować szybko. Jest sprawnym jeźdźcem i nie masz się czego bać.
Zdawało się jej, że minęły całe epoki, nim się zjawił… Jej patron? Chyba… Był ubrany jak on, miał ten sam wzrost, taką samą budowę ciała, taką samą fryzurę. Przez chwilę zdawało się, że ma twarz bushi, z którym ćwiczyła rano…
Tadauji‑sama stanęła na wprost mężczyzny i zastygła w skupieniu. Potem powoli skinęła głową.
…ale nie! Musiało się jej zdawać. Miał twarz Matsudairy.
Przeszli przez pomieszczenie, w którym dokonało się krwawe mizuage. Bez części poduszek sala wyglądała tylko trochę inaczej niż wcześniej. Niż dzień, dwa czy pięć dni wcześniej.
Czy brak kilku poduszek mógł tak przemienić najpiękniejsze miejsce na ziemi?
Teraz przerażało.
*****
Noc była pracowita dla wszystkich. Nikt nie spał.
Przez cały dzień też. Ja i Ōuchi również w kolejną noc.
Spływały wieści. Przyjmowałam kolejne meldunki, drzemiąc pomiędzy nimi. Trzecią noc już przespałam, choć niecałą, bo obudziłam się w godzinie Tygrysa. Czyżby moje ciało popadło w nawyk?
Czwartego dnia niemal wszystko było już wiadome. Czekałam tylko na ostatnie doniesienia i niepokoiłam się, że jeszcze nie mogę sprowadzić Chiyome. Niestety, była mi potrzebna dla potwierdzenia, że w Matsue‑jō nikt nas nie podejrzewa i następca Nobutady w klanie Matsudaira nie planuje wyprawy odwetowej.
Podszedł Nawara.
– O‑Tadauji, wprawdzie moja rola w kataki‑uchi była znikoma, zupełnie nieporównywalna z twoją hojnością wobec mnie, ale śmierć Matsudairy-sama zwolniła mnie z przysięgi lennej. Moja droga się wyprostowała i dopomina się moich stóp. Zamierzam wypełnić swoją powinność wobec rodu Ōgigayatsu.
Żal mi było pozbyć się tego kensei. W Kakusareta‑jō był mniej niż rok, ale wydawało mi się, że znam go od momentu, gdy sensei Yagyū opisał mi owego zapaleńca kataki‑uchi na Matsudairze, a to ponad cztery lata! Przez to czułam z nim większą więź niż on ze mną.
– Zostań, Nawara‑san, do końca miesiąca kannazuki. Potem zrobisz, co zamierzasz. A gdy nastaną szrony i bogowie wrócą do chramów, ja będę mogła wylać przed posążkiem o‑Inari-sama czarkę sake dla twojego kami. Bo nie wrócisz, prawda? Twoja droga zmierza ku końcowi? To nieodwołalna decyzja?
– Nieodwołalna, Tadauji‑sama. Kami przodków przygotowywały mnie do niej od lat i teraz mnie poganiają.
– Ale pozostań w Kakusareta‑jō jeszcze dwa tygodnie. To moja prośba. Ja też chcę moje dzieło doprowadzić do końca. Dziękuję ci za ciężką pracę, Nawara‑san.
Skłonił się, potwierdzając. Wyprostowawszy się, zapytał:
– Tomoe‑chan stała się mi bliska. Czy zgodzisz się, by odprowadziła mnie do końca drogi? To nie jest jej droga, więc wróci do ciebie, o‑Tadauji.
Zameldowano mi, że ich tatami od dawna sąsiadują ze sobą. Zadrżałam. Wiedziałam, do czego jej potrzebuje.
Pomyślałam o mojej drodze. Jeszcze trwa, ale skoro utraciłam sens życia, jakim było kataki‑uchi, może się skończyć za lada zakrętem. Może też po prostu zaniknąć, choć dziś nie widzę jej kresu. Z pewnością nie będzie wieczna, a wciąż nie mam dla siebie następczyni. Powinnam się za nią rozejrzeć.
Poobserwuję tę Itakurę-san.
*****
Czas pozornie się cofnął. Znów przycupnęłam w mojej wnęce pod stopniami w głównej sali Kakusareta‑jō. Znów niebawem zacznie się zebranie. Tym razem jednak grono zaproszonych różni się od zwykłego dla narad i odpraw; ma przyjść szereg osób nic nieznaczących w hierarchii, w tym wszystkie żywe ofiary Matsudairy i istoty dwupostaciowe. Mnie moja oyakata sama tu przyniosła i usadziła, ugościwszy wpierw kawałkiem ryby.
Aż się oblizałam na to wspomnienie.
Tym razem nie Tadauji‑sama weszła ostatnia. Już tu jest i w pozycji seiza czeka na zaproszonych.
Nie jak daimyō.
Jak sługa.
Najbliżej niej siedzi jakaś nieznana mi dziewczyna. Zaraz za nią Akemi, a Ōuchi i postawny samuraj, którego w tej sali jeszcze nie widziałam, naprzeciw. Dalej jest dużo wolnego miejsca.
Schodzą się powoli. Widząc daimyō u szczytu obok wymienionej czwórki, są zaniepokojeni. Pierwszy raz mają do czynienia z taką sytuacją i zastanawiają się, czy się nie spóźnili. Siadają pośpiesznie w końcu sali oddalonym od Tadauji. Niektórzy nie znajdują miejsca odpowiednio ich zdaniem odległego i tarasują wejście. Powstaje zator, mimo że pustej przestrzeni jest aż nadto – cały środek sali, gdzie są tylko Nawara i Katakura.
Rozlegają się cztery uderzenia. Godzina Węża, ostatnia przed południem.
– Konnichiwa – wita wszystkich moja oyakata. Właściwie oyakata nas wszystkich. – Na początek poproszę bliżej tych, wobec których mam dług wdzięczności.
Wymienia długi szereg nazwisk.
Wywoływani opuszczają tłumek przy wejściu i jeden po drugim posłusznie przenoszą się ku szczytowi. Pusta przestrzeń w centrum sali powoli zapełnia się siedzącymi. Niemal wszyscy seiza.
Nawyk niskich rangą.
Gdy dwuszereg zaproszonych kończy się formować, tłumek przy wejściu zanika.
Tadauji zaczyna przemowę:
– Na pewno już wiecie, że sprawca naszych nieszczęść, Matsudaira no Nobutada, nie żyje. Zatopiłam tantō w jego sercu. Wierzgnął i zdechł.
Przeczekawszy pomruk radości, kontynuuje:
– Tantō był mój i ręka, która go trzymała, była moja. Ale nie dokonałam tego sama. Więcej – gdyby nie ci, których widzicie obok mnie, ci, których wymieniłam, nie miałabym jak dokonać kataki‑uchi. Zadałam mordercy zabójczy cios dla uczczenia kami moich i waszych bliskich i wy mi w tym wydatnie dopomogliście. Dlatego wszystkim obecnym w tej sali wyrażam szacunek i podziękowanie.
Dotyka czołem podłogi, co wywołuje kolejny szum wśród zebranych. Nikt z nich nie widział kłaniającego się tak uniżenie daimyō. Ja też.
– Każdy z was przyczynił się do tego, by mordercę spotkała odpłata. Udało nam się odesłać jego kami za Sanzu – Rzekę Trzech Dróg – i nie stało się to kosztem życia nikogo z moich ludzi.
Potem opowiada o tym długo i szczegółowo, wymieniając, jaką rolę w zdarzeniach odegrał każdy z obecnych.
Kluczowy pomysł, jak przekonać wszystkich, że morderca opuszcza Cynobrowy Dom i Kioto, podczas gdy w istocie był już trupem, pochodził od mojej oyakaty. Minako, maiko, która Matsudairę do nieświadomego uczestnictwa w tym planie bezpośrednio nakłoniła, to ta skromna dzieweczka, która siedzi u szczytu. Czerwieni się, ilekroć ją chwalą i na nią patrzą.
W najbardziej istotnym momencie mizuage z ukrycia na piętrze Poduszkowego Pawilonu wychynęła Tadauji i ubezpieczana przez Nawarę, gdyby coś poszło nie tak, zabiła mordercę mojej siostry jednym ciosem.
Podziwiam Minako; gdyby zabito kogoś, kto właśnie wypełnia mi wrota życia, chyba bym się darła jak zżerana przez oni hitokuchi.
Sora, ten samuraj naprzeciw niej, uwiózł Minako poza Kioto. Był sobowtórem zabitego. Nikt go nie zdemaskował. W wytypowanym miejscu spotkał shinobi z trupem Matsudairy, którego na powrót ubrano w strój zdjęty z Sory, wbito weń kilka strzał i włócznię, zmaltretowane ciało jakiejś dziewczyny pozyskane za dwie tawary ryżu od biednych rodziców przebrano w kimono Minako i wraz z kolejnym ciałem mężczyzny w kimonie z dwiema liniami w kole i okulawionym koniem z żółtymi kopytami pozostawiono obok drogi.
Kimono z kamonem Yamana Ōuchi zdobył już wcześniej.
Krwi dostarczyły zarżnięte kaczki.
Miejscowi krytycznej nocy słyszeli tętent, rżenie, krzyki. Oczywiście nic nie widzieli.
Nie zapomniano o żadnym szczególe mającym dać pozór zasadzki klanu Yamana.
Zrozumiałam, dlaczego w sali są nie tylko ofiary Matsudairy; realizacja w krótkim czasie tak złożonego planu wymagała działań w kilku miejscach naraz, a moja oyakata chciała uhonorować ich wszystkich. Samo znalezienie w Kioto odpowiednich świeżych ciał nie było łatwe i trudniło się tym kilkudziesięcioro naszych. Inni zajmowali się kaczkami, strojami. Jeszcze inni usunęli trupa z Cynobrowego Domu i wywieźli go za miasto.
Fortel się udał. Mogłam to potwierdzić – w Matsue‑jō dali się nań nabrać zarówno Horio i Kikkawa, jak i następca mordercy.
Na koniec moja oyakata oświadcza:
– Jakiś czas temu Nawara‑san przypomniał nam o zasadzie dwóch ziaren. Spowodowało to, że wysłałam szpiega do Matsue‑jō, który uprzedził nas o planach mordercy. Od tego wszystko się zaczęło. Tym dwojgu dziękuję szczególnie. Dziękuję za waszą ciężką pracę.
Życie wróciło do normy. Spokój zastąpił poprzednie napięcie i wszyscy zajęli się swoimi zwykłymi pracami.
Niektórzy, w tym większość kitsune, opuścili Kakusareta‑jō. Czy na zawsze?
Któregoś dnia ujrzałam Kengo. Też się z nami żegnał. Wyszedł w towarzystwie Tomoe.
*****
Byłam wychowywana przez ojca. Chichi Itakura nie dostąpił radości spłodzenia męskiego potomka, stąd mnie, swą najstarszą córkę, wychowywał jak syna. Powinności bushi znałam od małego, a szkoła w Sudze zrobiła ze mnie onna‑bugeishę. Podobało mi się, że okazałam się tam lepsza od Kengo i wcale nie miałam do niego żalu, że złamał mi nos. Nawet przeciwnie – zdobył tym mój szacunek.
Może wtedy coś się we mnie zmieniło, bo był pierwszym mężczyzną, który wzbudził we mnie jakieś uczucia. Początkowo nie wiedziałam jakie; wychowanie nie dało mi wyobrażenia, że kobiety różnią się od mężczyzn czymś innym niż budowa ciała.
Gdy Nawara zawitał do Kakusareta‑jō, początkowo potraktowałam to jak powrót dobrego znajomego. Że to niezupełnie „dobry znajomy” okazało się, gdy Tsubane ułożyła swoje tatami obok jego. Czy on nie widział, że go wykorzystuje? Chyba widział, ale nic sobie z tego nie robił.
Musiałam zareagować.
Na szczęście łatwo zrozumiała. Nie byłam zmuszona łamać jej nosa.
Gdy przydybałam Kengo, jak obłapia jakąś służącą i najwyraźniej obojgu to się podoba, zaczęłam podejrzewać, że kobiety różnią się od mężczyzn nie tylko cyckami. Jeśli złączenie ciał daje obojgu przyjemność, to musiałam ją dostać i ja.
Następnego dnia wyniosłam tatami Otochy, która już zdążyła je ułożyć na miejscu wyeksmitowanej Tsubane, i rozłożyłam tam swoje.
Początkowo był skrępowany; potem przyznał, że nie wiedział, czy nie chowam doń urazy za złamanie nosa. Że tak nie jest, przekonał się, gdy którejś nocy poczułam nieodpartą chęć, by się do niego przytulić. To, do czego wtedy doszło, zmieniło mój stosunek do mężczyzn w ogólności, a do tego jednego szczególnie. Odtąd nie tylko tuliliśmy się zawsze, gdy było to możliwe, ale dawałam mu wtedy przyjemność swoją jaspisową komnatą, bo pokazał mi, do czego ona tak naprawdę służy. I – nie ukrywam – zdarzało się, że i mnie dopadały jakieś dotąd niezaznane, przejmujące szczęściem i skutkujące krótkim bezwładem reakcje mojego ciała.
Z Kengo szybko się poznawaliśmy. Nie tylko nasze ciała, ale i nasze kami rozumiały się coraz lepiej.
Nie potrzebowaliśmy słów.
Gdy kataki‑uchi na Matsudairze się dokonało, spodziewałam się, że to koniec. Koniec naszej wspólnej drogi. Nie wstrzymywałam jego kroków. Wiem, że każdy kroczy własną przydzieloną przez bogów. Choć moja kobieca część kami buntowała się i płakała, twarzą i czynami tego nie okazywałam.
Wszak jestem onna‑bugeishą.
O swoim zamiarze upewnił mnie, idąc do Sugi. Wiedziałam, po co.
Po dwóch tygodniach wrócił z klanowym świętym łachem – kimonem z naszytymi dwoma wróblami w locie wśród liści bambusa. Kamonem klanu Ōgigayatsu.
Gdy poprosił mnie o towarzyszenie mu do Imai‑jō, siedziby rodu jego zamordowanego daimyō, reszta słów była zbędna. Wiedziałam, że tam jest kres jego drogi, a mnie przypadł zaszczyt towarzyszenia mu w nim. Moje kami łkało, ale by nie wstrzymać go w szlachetnym zamiarze, nie użyłam najważniejszego argumentu.
Podróż do Imai‑jō przeminęła mi szybciej niż myśl, choć trwała kilka dni. Jemu się dłużyła; wielekroć dawał odczuć, że nie może się doczekać.
Ostatnią noc spędził na modlitwie i rozmowie z przodkami. Rankiem umył się i na klanowe kimono narzucił białe, które cały czas niósł ze sobą.
Ōgigayatsu‑sama przyjął go ozięble, udając, że nie widzi świętego stroju. Wysłuchał przemowy, w której Kengo wspomniał, dlaczego nie zginął ze swoim daimyō, i w kilku zdaniach opisał pięcioletnią drogę do kataki‑uchi.
Wieść, że morderca ojca nie żyje, że zginął przy współudziale stojącego przed nim bushi, nie wywarła na synu‑sukcesorze widocznego wrażenia. Nikt się też tego nie spodziewał. Wszyscy wiedzieli, co się za chwilę stanie.
Na koniec Kengo usiadł. Godnie, agura. Przecież właśnie dopiął swego – wreszcie nie miał się czego wstydzić.
A jednak w tym ostatnim momencie zaskoczył wszystkich wierszem:
Ucichły kroki.
Drogo, boska wybranko,
dobiegłaś kresu.
Za mną ostatni pagór.
Nic nie przesłania słońca.
Po wygłoszeniu tego jisei no ku wyciągnął wakizashi, a ja za jego plecami wzniosłam katanę.
Gdy tylko białe kimono zabarwiło się krwią, wypuszczając kami z trzewi ojca dziecka, które nosiłam pod sercem, w drogę ku przodkom, uczyniłam zadość nigdy niewypowiedzianej prośbie mojego jedynego mężczyzny. Czystym kaishaku przecięłam mu kręgosłup szyjny, nie odłączając głowy od ciała.
Do tego najtrudniejszego w całym życiu cięcia przygotował mnie otōsan‑chan i pokolenia przodków. Po to, by je dobrze wykonać, strawiłam pięć lat w Sudze i dwa w Kakusareta‑jō.
Wyszło perfekcyjnie.
Przepełniła mnie duma i mogłam już zemdleć.
Po czterech miesiącach urodziłam syna Nawary‑san i nadałam mu imię Kenji.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Caraxes
2026-03-20 at 21:09
Hmmm… po trzech rozdziałach pięknie rozwijających multum wątków i postaci zamiast wielkiego, emocjonującego finału dostaliśmy jego streszczenie? Spisany na chłodno konspekt zakończenia?
Rozumiem, że autorowi się znudziło i chciał po prostu doprowadzić rzecz do końca… ale na myśl przychodzi mi tylko sezon 8 Gry o Tron. Tak słaby, że zepsuł również wspomnienia z poprzednich siedmiu. Szkoda, że zabrakło zapału, by porządnie zamknąć tę opowieść. Kengo i kompania zasługiwali na więcej.
Megas Alexandros
2026-03-22 at 21:53
Tompie,
Anglosasi mają w swoim słowniku słowo „anticlimactic”, i chyba tym tylko słowem mogę określić ten rozdział.
Już w „Mieczach i Waginach” odniosłem wrażenie, że nie chcesz, albo nie potrafisz zakończyć fascynującej opowieści z przytupem, emocjonującą kulminacją, w sposób, który przyniesie Czytelnikom satysfakcję. Teraz moje odczucie się wzmocniło. Ten rozdział jest napisany tak, by nie przynieść satysfakcji nikomu, może poza mścicielami, którzy w końcu zamordowali „mordercę Matsudairę”. Sama scena zemsty kończy się, zanim się na dobre zacznie i opisana jest z perspektywy Minako, która pełniła w nim rolę wabia/nieświadomej statystki. Cały skomplikowany plan jest następnie zaprezentowany w możliwie najmniej atrakcyjny sposób: jako wygłoszona po fakcie, sucha relacja. Powinniśmy to zobaczyć „w działaniu”. To, że potrafisz pisać dynamiczne sceny akcji, udowodniłeś w Drodze Miecza. Co sprawiło, że tutaj sobie odpuściłeś i otrzymaliśmy taki półprodukt?
No i znowu kwestie narracji: porzucasz swojego bohatera, Kengo, który zostaje sprowadzony do roli drugo- a nawet trzecioplanowej, pierwszoosobowa relacja przypada kotołaczce i wyciągniętej z kapelusza Tomoe. Cały romans Kengo i Tomoe rozgrywa się poza kadrem i na końcu zostaje nam z niego zdana relacja. Znowu. W dodatku urywasz wątek Tsubane, który wydawał się być dużo ciekawszy.
Moim zdaniem rozdział IV trwoni potencjał, który zbudowały trzy pierwsze. Ta historia zasługiwała na bardziej obszerny, dynamiczny, emocjonujący finał.
Pozdrawiam
M.A.
Absurdalna Namietnosc
2026-03-23 at 08:56
Tekst przeczytałem z dużym zainteresowaniem. Widać, że ma masz świadomość stylu i budowanego klimatu (np. poprzez skupienie się na mikroczynnościach: siedzenie, ruch, postawa). Celowe spowolnienie narracji wydaje się trafnym zabiegiem, dobrze współgra z poruszanym tematem.
Szczególnie doceniam operowanie krótkimi, pojedynczymi zdaniami oraz liczne niedopowiedzenia. Dzięki temu każde słowo zyskuje wagę, co sprawia, że tekst jest poznawczo angażujący i wymaga od czytelnika uważności.
Zauważam jednak brak klasycznej dynamiki akcji, dlatego nie odbieram tego jako tradycyjnego opowiadania, lecz raczej jako formę zbliżoną do medytacji — skoncentrowaną na stanie wewnętrznym i doświadczeniu chwili.
Jedynym elementem, który budzi moje wątpliwości, jest wrażenie pozornej głębi. Mam poczucie, że zamiast rzeczywistego pogłębienia pojawia się raczej estetyka głębi. Wynika to głównie z dialogów, które momentami przyjmują formę sentencji; zbyt zamkniętych i jednoznacznych.
Zastanawia mnie, czy nadanie czynnościom znaczenia moralnego jest przypadkiem, czy świadomym zabiegiem literackim wynikającym z Twojej znajomości kultury japońskiej?
pozdrawiam
Tomp
2026-03-23 at 14:17
Całe Drogi Japonii są w zasadzie komentarzem do pierwszego akapitu z rozdziału I (na który nikt nie zwrócił uwagi) wytłumaczonego ostatnimi akapitami rozdziału IV, relacją Tomoe.
Formę medytacji odczytałeś bezbłędnie.
Dynamika jest pozorna. Z założenia miała być tłem do przemyśleń, co jest istotne, a co takim się wydaje. Usiłowałem wczuć się w japońskie rozumienie wartości. To prawdziwe, nie to pozorne, które jest nam znane, gdy Japończycy poddali się (ochoczo, jak się wydaje) amerykanizacji w latach 40. i 50. i wmawiają światu, że uśmiechy, manga, Sony i Toyota to prawdziwa Japonia.
A że przez taką konstrukcję opowieści niewielu ją zrozumiało?
Czy muszę pisać pod publiczkę? Przecież jestem amatorem. Nikt mi za teksty nie płaci, więc jestem twórcą niezależnym.
Ciekaw jestem pogłębienia opinii, że „głębię zastąpiłem estetyką głębi”. O głębi (takiej prawdziwej) w mojej twórczości zaledwie marzę. Natomiast estetyka w Drogach Japonii ma odgrywać dużą, miejscami nawet wiodącą rolę. Ale nie europejska estetyka, a japońska. Nie estetyka mangi, a kaligrafii, białych makijaży i sformalizowanych zachowań, pod którymi kryje się treść, której my w swym europocentrycznym zadufaniu nie chcemy dostrzec.
Ja chciałem, a czy umiałem, oceń sam.
🙂
Absurdalna Namietnosc
2026-03-23 at 22:01
Zapytałeś o estetykę głębi. Ponownie przeczytałem Twój tekst i spojrzałem na niego od strony filozoficznej. W filozofii, szczególnie w metafilozofii oraz estetyce, zwraca się uwagę na problem nadużycia wielkich pojęć bez ich problematyzacji. W Twoim tekście pojawiają się słowa takie jak „honor”, „droga”, „los”, „duch”, ale nie są one poddane ani definicji ani krytycznej analizie w sposób fabularny oraz literacki. Te słowa nie mają w fabule swojego refleksyjnego, głębszego ugruntowania.
Udało Ci się natomiast zbudować obraz Japonii jako miejsca tajemniczego i duchowego – jak sam wspomniałeś w komentarzu: odmiennego od wyobrażeń współczesnych ludzi Zachodu. Osiągasz to poprzez stylizowany język, obrazy i metafory. Impresyjne opisy i mądre brzmiące zdania tworzą nastrój, ale nie niosą ze sobą głębszej refleksji. Dlatego można odnieść wrażenie, że rzeczywista głębia została zastąpiona przez estetykę. A tę estetykę zbudowałeś naprawdę solidnie, wręcz bardzo dobrze.
Zwrócę uwagę na jeszcze jeden powód braku głębi. Rozumienie bushido było historycznie zmienne, wewnętrznie sprzeczne i problematyczne – to był realny problem kulturowy. W Twoim tekście zostaje ono jednak jednowymiarowo. Nie jest to błąd. A jedynie istoty argument za tym, że nie ma głębszego duchowego źródła.
Ponadto, w aspekcie etycznym przedstawiam drogę honoru jako coś czystego, jednoznacznego i moralnie wyższego. Nie jest to błąd. Ale znowu nie ma w tym głębi. Bo fabuła nie ukazuje konfliktów moralnych ani sprzeczności w obrębie samego systemu wartości.
Tomp
2026-03-24 at 00:31
Dziękuję za wyjaśnienie.
Jeśli chodzi o wymienione pojęcia, to większość z nich tłumaczy się kontekstowo. Np. w opowiadaniu Hiny pojawia się duch śmierci i moim zdaniem żadna filozofia do zrozumienia, kim/czym jest, nie jest potrzebna. Poza opowieścią Hiny słowo „duch” pojawia się dwa razy, tylko wtedy, gdy nie mogłem użyć „kami”.
Z kolei przybliżeniu japońskiego rozumienia drogi poświęcam naprawdę dużo miejsca, bo to pojęcie tytułowe. Jeśli nie zostało zrozumiane, mogę tylko bić się w piersi, acz – moim zdaniem – dłuższe dywagacje na ten temat wykroczyłyby poza ramy opowiadania. O ramach NE nie mówiąc.
Honor jako coś jednoznacznego? Hmmm… Widocznie coś nie zaskoczyło w przekazie. 😉 Przecież tej niejednoznaczności dotyczy rozmowa Kengo z Yagyū o wstydzie i doskonaleniu się. Obaj mają zdanie odmienne i obaj cytują poglądy japońskie (a więc, jak piszesz, z „jednego systemu”), które wyniosłem z kwerendy. W moim zamyśle nie tyle chciałem oddać różnice w pojmowaniu honoru w obrębie kultury japońskiej, ile starałem się ukazać w tej mierze różnice między Europejczykami a Japończykami. Oczywiście wnioski w tej kwestii czytelnik powinien wyciągnąć sam (szczególnie na podstawie ostatnich akapitów rozdziału IV), bo Drogi Japonii to jednak nie traktat filozoficzny, a fikcja literacka. A w niej to, co nazywasz „estetyką”, wydaje się ważniejsze niż naukowa ścisłość. To był mój cel stylizacyjny i cieszę się, że doceniasz jego osiągnięcie.
Nazwy „bushido” nie używam i w tekście się nań nie powołuję, choć jedno zdanie z polskiej strony jemu poświęconej cytuję. Również scenę walki kończącą rozdział I oparłem na zasadzie braku litości dla wrogów z tego kodeksu, który (jak słusznie piszesz) nie był ani jednoznaczny, ani nawet skodyfikowany. Było to powodem mojej ostrożności w tym względzie. Kwerenda wskazuje, że bushido to raczej legenda dostosowywana w miarę wieków i potrzeb do politycznych celów.
unstableimagination
2026-03-31 at 13:01
No i jest finał. Może nie tak krótki jak cios katany, ale drogi bohaterów kończy równie skutecznie.
Polubiłem ich i pewnie chciałbym jeszcze o ich losach trochę więcej poczytać. Cieszy, że droga Kengo skończyła dla niego tak dobrze, jak to możliwe.
Najwięcej satysfakcji dała mi perspektywa Tomoe.
Tomp
2026-04-02 at 21:56
Każde opowiadanie jest jak „zła godzina” u Szymborskiej. Parafrazując: „Jest, a więc musi się skończyć. Skończyło się, więc jest piękne”. 🙂