Drogi Japonii III: Droga szaleństwa (Tomp)  4.83/5 (12)

49 min. czytania

Ilustracja: Tomp

Kengo nie mógł bezpośrednio iść do tej daimyō, która zapłaciła sōke Tōichirō Hisamasie za jego naukę, bo nie wiedział, kim jest. Paradoksem było, że dotąd nie słyszał o klanie Tadauji, nie znał jego siedziby, ani nigdy tej oyō‑sama nie widział, a piętnaście ryō i list, z którym ponad trzy lata temu stawił się w Takenouchi‑ryū, dostał od mistrza Yagyū. Jedyną więc możliwością, by do swej dobroczyńcy dotrzeć, był powrót do świątyni o-Inari-sama w Sudze.

Toteż tam skierował swe kroki.

Ósmego dnia nabrał podejrzeń, że się zgubił. Wtedy szedł wczesną jesienią, w dodatku w przeciwnym kierunku, a teraz był początek zimy, więc punkty orientacyjne wyglądały inaczej. Kręte ścieżki meandrowały w górach, było ślisko, a na dodatek czas – minęły ponad trzy lata od tamtej wędrówki – zatarł w pamięci szczegóły drogi.

Ludzie pytani po wioskach nie byli mu pomocą. O Sudze nikt nie słyszał, więc pytał o Matsue‑jō, który, jak wiedział, jest od Sugi odległy o pół dnia drogi, ale i tak mało kto umiał lub chciał – uzbrojony samotny mężczyzna budził strach – mu pomóc. Kierowano go to tu, to tam, aż znalazł się na zupełnym odludziu, gdzie przez cały dzień nie napotkał żadnej chaty. Jedyny podróżny, zobaczywszy na swej drodze ronina, porzucił kosz z rzodkwią i uciekł.

Kengo posilił się, ale dalej nie wiedział, jak iść.

Po długiej nocy, ale krótkim śnie przy ognisku, ruszył w dalszą drogę w przekonaniu, że ścieżka zaprowadzi go do jakiejś wioski. Niestety, około południa dróżka zanikła. Rozglądał się dookoła, nie mając chęci na całodzienne cofanie się po własnych śladach, gdy zauważył kobietę.

Szła między drzewami szybkim krokiem, jakby znała drogę, choć żadnej nie było. Niczego nie niosła, co samo w sobie było dziwne, bo nie wyjaśniało jej obecności na tym odludziu. Nowy, dobrej jakości, choć nie wykwintny strój wskazywał, że nie jest wieśniaczką. Kim zatem jest?

– Konnichiwa – powitała go z niegłębokim ukłonem, co potwierdziło jej status społeczny. – Miło mi cię poznać. Jestem Tsubane. Widzę, że idziemy w tę samą stronę. Czy mogę ci towarzyszyć, roninie‑san?

Kengo był zdziwiony jej śmiałością i pewnością siebie. Napotykane dotąd kobiety, handlarki i wieśniaczki, raczej się go bały, a na pewno nie zaczepiały rozmową. Broń u boku samotnego mężczyzny mogła oznaczać rabusia i zabijakę.

– Konnichiwa. Mnie również jest miło cię poznać, Tsubane‑san. Idę w kierunku Matsue‑jō, a dokładniej do świątyni w Sudze, ale zgubiłem drogę.

– Znam ją – powiedziała krótko i ruszyła.

Poszedł więc za nią.

 

Wkrótce ogarnęły go złe przeczucia. Przeszli kilkaset kroków i był pewien, że Tsubane obrała inny kierunek niż przed spotkaniem. Dokąd naprawdę zmierza?

„Może to Yuki‑onna?” – pomyślał z drżeniem.

Na razie nic niepokojącego się nie działo. Gdy teren pozwalał, szli obok siebie, a gdy drzewa rosły zbyt gęsto, szła przodem, jak zrobiłby to każdy przewodnik. Drogę wybierała bez zastanowienia.

Im bliżej było do zmierzchu, tym większy Kengo odczuwał niepokój. Dzień był pochmurny, więc nawet nie wiedział, czy zmierza we właściwą stronę. Tylko ukształtowanie terenu – a góry były coraz wyższe – podpowiadało, że nie cofa się, a co najwyżej zbacza z najlepszej trasy.

Był ciekaw, jak długo będą tak iść i gdzie przenocują. Gdy zaczęło się ściemniać, zapytał wprost:

– Tsubane‑san, czy znasz jakieś miejsce, gdzie zatrzymamy się na noc?

– Tak, roninie‑san. Zaufaj mi.

Nim się zupełnie ściemniło, doprowadziła go do opuszczonej chaty, która była tak ukryta wśród drzew i obrośnięta pnączem, że nie sposób było jej zauważyć z odległości większej niż dwadzieścia kroków. Była zbyt mała, by żyła tu kiedykolwiek jakaś rodzina; co najwyżej pojedynczy mnich oddający się medytacjom i żywiący się korzonkami i owocami lasu lub zbiegły wieśniak, kryjący się przed bushi swego daimyō. Mimo małych rozmiarów miała drewnianą podłogę z gładkich desek.

Fakt, że kobieta go tu doprowadziła, wzmógł obawy.

Gdy zajrzał do ciemnego wnętrza, Tsubane skłoniła się zdawkowo i powiedziała:

– Zadbaj o drewno, roninie‑san, i rozpal ogień. Idę po coś do jedzenia.

Ledwie przebrzmiały jej słowa, zniknęła w lesie.

 

Kengo z nazbieraniem kilkunastu naręczy chrustu uporał się dość szybko. Gdy część drew ułożył w piramidkę i rozpalił ogień, wróciła Tsubane. W rękach niosła upolowanego zająca.

Nie pamiętał, by kiedykolwiek jadł takie mięso. Wiedząc, że na inny posiłek nie może liczyć, niezdarnie wypatroszył zwierzę i podczas równie nieudolnego obdzierania ze skóry zauważył na twarzy kobiety plamkę krwi.

Zobaczywszy, że wpatruje się w jej policzek, wysunęła język i zlizała ją.

Wzdrygnął się, bo jej język był długi.

Tsubane nie czekała aż mięso się upiecze. Wiechciem z gałązek omiotła podłogę chaty i rozpostarła na niej dwa tatami, które pewną ręką zdjęła z niewidocznej w mroku półki nad wejściem. Ciemność panująca w środku rozjaśniana tylko płomieniami ogniska u wejścia zdawała się jej nie przeszkadzać.

Rozsupłała obi, przygotowując się do snu.

– Nie chcesz mięsa? – zapytał. – Mam jeszcze rzodkiew.

– Już jadłam.

Usiadła obok ognia.

Kengo zadrżał, wspomniawszy zlizaną plamkę krwi. Postanowił być ostrożny. Jeśli to nie Yuki‑onna to może Yama‑uba? Wykorzystał czekanie na pieczeń, by wynieść swoje tatami na zewnątrz.

Tsubane zerwała się zaniepokojona.

– Co robisz, roninie‑san? Chcesz zostawić mnie samą na noc? Boję się!

– Przecież będę obok. Jeśli ktokolwiek się zbliży, najpierw napotka mnie.

– A jeśli ten ktoś już jest w środku?…

– Chatka jest pusta – odparł uspokajająco.

– A jeśli tylko tak się wydaje, roninie‑san?

– Co masz na myśli?

Tsubane przycupnęła przy ogniu.

– Powiadają, roninie‑san, że pewnego razu mężczyzna i bogata ojō‑sama obdarzyli się wzajemnym uczuciem. Aby pobyć razem, wybrali się na tajny spacer, podczas którego złapała ich burza. On znalazł jakąś zrujnowaną chatkę, żeby mogła w niej przetrwać ulewę. A że jego problemem było, że w ogóle nie powinien się z ową damą spotykać, bo nie było go na nią stać, to mimo jej próśb nie wszedł z nią do środka, tylko pozostał na zewnątrz, by nie skalać jej czci.

Kobieta utkwiła rozszerzone strachem oczy w czymś za jego plecami, po czym kontynuowała, mnąc w palcach źdźbło suchej trawki:

– Tak więc samotnie strażował przed chatą. Nie przewidział, że w ruinie żyje krwiożerczy oni hitokuchi, który pożera swe ofiary jednym kęsem. Mimo miłości mężczyzny i wielkiej chęci ochrony z jego strony ojō‑sama została zjedzona przez oni. Jej krzyki, płacz i nawoływania zagłuszone zostały odgłosami grzmotów, dlatego mężczyzna nie był niczego świadom aż do rana, gdy zorientował się, że zniknęła. Jakby rozpłynęła się w powietrzu.

Kengo był przejęty.

– Skąd znasz taką opowieść?

– Och, nie tylko taką! Sensei Nozomi uczyła nas wielu wierszy i wielu opowieści.

– Kto to jest Nozomi‑san?

– Uczy nas wymowy, poezji i konwersacji.

Kengo ukłonił się głęboko. Zbyt łapczywie, zbyt gwałtownie. „To rzeczywiście jakaś ojō‑sama. I taka chodzi sama po górach?”.

Nie mógł jednak powściągnąć swej ciekawości.

– Nas? Twoje siostry, Tsubane‑sama?

– Miałam na myśli kurtyzany w Cynobrowym Domu w Shimabarze.

– Jesteś kurtyzaną?!

– Tak, roninie‑san.

Nie miał wyjścia. Nie śmiał się sprzeciwić kobiecie tak wysoko postawionej w hierarchii. Ukłonił się nisko i przeniósł swoje tatami z powrotem do wnętrza.

„Kurtyzana!…”

Nigdy nie marzył o takiej damie. Kilkakroć korzystał z podrzędnych prostytutek, wiele razy zdarzyło mu się użyć kobiet w jakichś wsiach, w których bushi Ōgigayatsu‑sama nocowali w czasie wyprawy, ale to było wszystko. Od czterech lat nie zaznał nawet tego.

Mimo zwiększonego szacunku wobec tej, która wciąż siedziała naprzeciw niego, na wspomnienie dawnych kopulacji do członka napłynęła krew. Kengo patrzył na Tsubane w zupełnie inny sposób niż przed tym jej wyznaniem. Wszystkiemu był winien penis, który, słysząc – bo widocznie miał jakiś zmysł słuchu – słowo „kurtyzana”, traktował ojō‑sama oświetlaną migotliwymi płomieniami ogniska jako obiekt, jako dziurę, w którą chętnie by wniknął, wykorzystał, strzyknął nasieniem.

Tsubane widocznie dostrzegła to w jego oczach, bo kąciki jej ust niedostrzegalnie zadrgały.

Zaczęła deklamować:

 

Długa jest noc

tak długa, jak ogon

srebrzystego bażanta.

Dłuży się samotnemu

noc przechodząca wolno.

 

Kengo już kiedyś słyszał poezje. Było to w gospodzie, gdzie z oddziałem pił sake i gdzie później na spółkę z kompanami wynajęli jedną z grających i tańczących na malutkiej scenie prostytutek. Wspólność posiadania była bez znaczenia. Liczyła się sama czynność. Niewątpliwie przyjemna, acz… zwykła. Jak zapach potu i spermy w ciasnej klitce nad salą pełną krzyków, sake i ludzi.

I skrzypiące schody, na których kompani niecierpliwie czekali swej kolejki.

Jak przed chwilą on.

Osoba leżąca wtedy pod nim była nieważna.

Nie jak siedząca dziś przy nim. Ta nieważna nie była. Interesowała go coraz bardziej.

Widocznie rzeczywiście się bała, bo jak każda kobieta maskowała strach słowami. W jej przypadku była to kolejna deklamacja:

 

Nie chciałem nigdy

życia całego

kochance poświęcić.

Lecz teraz…

Jakże się ono dłuży…!

 

Gdy była przy mnie

Nie skorzystałem.

Gdy odeszła

Żałowałem.

Nic nie zwróci straconej szansy…

 

Chyba żadna poezja tak go nie wzruszyła. Z tamtych tawernianych recytacji nic nie zapamiętał. Nie sądził też, by interesowały jego członka.

Inaczej niż te.

– Roninie‑san, odnoszę wrażenie, że zając się pali.

Istotnie, pieczeń była już gotowa. Jedząc, czekał na następne opowieści i deklamacje, ale Tsubane milczała.

Dopiero gdy ogryzał ostatnie już kości, których niedopieczone mięso trzymało się mocniej, odezwała się ponownie:

 

Mężczyzna i kobieta

leżą obok siebie.

On myśli: zbyt ją szanuję.

Ona: nie przysunę się, bo mną wzgardzi.

Zasypiają w samotności.

 

Smutek tego wiersza przeniknął mu wnętrzności. Jakże jest prawdziwy!

Ale skoro Tsubane zna wiele opowieści i poezji, dlaczego jej wybór padł właśnie na tę? Właściwie wszystkie układały się w jasny przekaz. Jakby się zastanowić, prowadzi go do… Nie śmiał wyrazić myślą do czego, ale jego członek tego nie potrzebował – on wiedział, ku czemu…

Ku niezaznanej od ponad czterech lat przyjemności, której pamięć w nim tkwi. Naprężył się tak bardzo, że Kengo aż poczuł ból.

Tylko jak zacząć…? Przecież nie rzuci się na kurtyzanę, nie powie: „rozewrzyj nogi”, jak to robił z wieśniaczkami…

Zorientował się, że nie wie, jak „to” robią ludzie wykształceni. Czy dworacy i daimyō odpowiadają wierszem na wiersz, zanim ulżą jądrom? Czy toczą z kurtyzaną długie rozmowy? A może w ogóle na dworach cesarza, daimyio i ojō‑sama nie o to chodzi, by wsunąć prącie w… Zaraz, oni chyba nawet tak nie myślą, nie tymi słowami…

To jakimi?

Powoli wytarł palce w ściółkę, dołożył chrustu do ogniska. Celowo przedłużał te proste czynności, bo nie znalazł odpowiedzi na pytanie: co dalej?

Pozostając w niewiedzy, wsunął się do chatki. Tsubane leżała już na swoim tatami, więc, będąc dalej w rozterce, odpiął daisho, rozwiązał obi i ułożył się na swoim miejscu.

Podłoga była tak mała, że ich dłonie się zetknęły.

Zadrżał. Dotknął jej śródręcza.

Wyprężyła palce.

Powoli wodził po delikatnej kobiecej skórze między nadgarstkiem a paliczkami.

Członek, gdyby miał czym, wyłby z niecierpliwej żądzy.

Usłyszał jej przyśpieszony oddech. Zdał sobie sprawę, że sam też dyszy.

Obróciła się bokiem i zsunęła mu hakamę. Odgarnęła fundoshi.

Prącie wyprysnęło do góry.

Musnęła je dłonią. Chwyciła nogawki oburącz i obnażyła całą dolną część jego ciała, po czym przeniosła się między jego nogi.

Kendo był zdezorientowany, bo nie wiedział, jak ma się zachować. Na razie postanowił zdać się na kobietę.

Usiadła na piętach, nachyliła się i…

Trysnął w jej usta, gdy tylko objęła nimi penisa, ale Tsubane nie wypuściła go z objęć swych warg. Pobudzała go nimi w taki sposób, że pierwszy raz w życiu krzyczał z rozkoszy, wręcz wył, śmiał się i unosił biodra w najdłuższym orgazmie, jakiego kiedykolwiek doznał.

A ona nie tylko wytrzymała do końca, ale nie uroniła ni kropli.

Gdy się uspokoił i wyciszył, nie wypluła członka.

Kengo spodziewał się, że ten się skurczy i sflaczeje, jak to było po poprzednich przygodach z kobietami. Istotnie; po chwili zmiękł, ale kobieta swoimi wargami, językiem i palcami spowodowała, że po niedługiej chwili znów napłynęła doń krew. Męskość się obudziła, a on ponownie czuł przyjemność.

I przypływ żądzy.

Kurtyzana widocznie oceniła, że wystarczy, i przeniosła się na swoje tatami.

Położyła się na plecach. Podciągnęła kimono. Zadarła juban.

Gdy uniósł głowę, w migoczącym świetle płomieni dostrzegł rudawe futerko między jej nogami.

Penis był znów gotów do czynu i ona to widziała.

Kengo, świadomy czego odeń oczekuje, przestał myśleć o różnicy statusu. Może kobieta ma jakiś inny plan, ale na pewno jego członek sobie z tego kpi. Jej pozycja była jednoznaczna.

Zrobił, czego sytuacja wymagała.

Dzięki niedawnemu wytryskowi nasienia nie był tak pobudzony, by sprawę szybko zakończyć. Zresztą nie chciał. Obecny stan umożliwiał długotrwałe ruchy wewnątrz niej, co było dla Kengo nowym doznaniem. W każdej kobiecie, z którą dotąd miał stosunek, tryskał szybko i do głowy mu nie przyszło, by to powtórzyć. Zresztą żadna z nich też tego nie chciała. Traktowały swą rolę czysto usługowo.

Ta była artystką.

Właśnie doznał objawienia, czym się różni kurtyzana od prostytutki czy wiejskiej dziewczyny, z którymi miał do czynienia dotąd.

Potraktowany jak daimyō, poczuł się jak daimyō.

– Jak mam ci się odwdzięczyć, Tsubane‑sama?

Za całą odpowiedź objęła jego pośladki dłońmi i zaczęła się pod nim wyginać.

Coraz gwałtowniej.

Coraz szybciej.

„Czyżby i kobiety odczuwały jakąś przyjemność ze złączenia z mężczyzną?”

Obserwowanie jej twarzy zdawało się mówić, że tak.

Robił więc swoje, a nawet uniósł się nieco na rękach, by wniknąć głębiej.

Nagle wyprężyła się, zamarła w uniesieniu i głośno nabrała powietrza. Poczuł, jak swoimi wewnętrznymi mięśniami obściskuje rytmicznie penisa. A potem, że to wyzwala jego kolejny wytrysk.

Ten, jak należało się spodziewać, nie był tak obfity ani długi jak poprzedni, ale Kengo doznał przy nim zupełnie innych przyjemności.

Pierwsza wynikała ze spokoju, który pozwalał mu cieszyć się nim bardziej świadomie.

Druga – z obserwowania twarzy Tsubane, a ta, okazując doznawaną rozkosz, sugerowała, że on, zwykły ronin, a przedtem syn skromnego urzędnika najniższej kategorii, nie zawiódł ojō‑sama.

Trzecia – z wiedzy. Poznał nowe ziarno: kobiety też odczuwają przyjemność ze współżycia z mężczyzną i on już wie, jak ją dać.

Była i czwarta, której zaledwie dotknął jaźnią: wspólne orgazmiczne zaspokojenie kobiety i mężczyzny jest doznaniem innej rzeczywistości. Przenosi na wyższy poziom.

Boski…?

 

Wstawszy rano, ukłonili się sobie z uśmiechami. Kengo opasał się obi i przypiął daisho, a ona zwinęła i odłożyła tatami. Zaraz potem ruszyli w dalszą drogę. Ognisko dawno zgasło i do jedzenia była tylko rzodkiew, którą Tsubane wzgardziła, więc pogryzał ją sam, idąc.

Zanim zaczęło zmierzchać, pojawiły się budynki. Solidna, acz niewielka siedziba, która musiała być domem jakiegoś daimyō.

– Dokąd mnie doprowadziłaś? – spytał, przystając z niepokojem. Ostatnią rzeczą, której by chciał, było wpaść teraz w łapy klanu Matsudaira.

– Do celu, roninie‑san. To Kakusareta‑jō, siedziba daimyō Tadauji no Mitsune.

 

*****

 

Mam tu kilka ulubionych miejsc, w których chętnie wysiaduję, gdy nie poluję. Jedno z nich to wnęka pod stopniami w sali zebrań Kakusareta‑jō. Specyfika tej niszy powoduje, że nikt po mnie nie depcze. Nikt mnie nie odgania. I to nie dlatego, że moja oyakata Tadauji‑sama by na to nie pozwoliła. To się wie.

Ale dlatego, że mnie nie widzą.

A ja widzę wszystko.

I słyszę. Każde słowo, które pada tu, na piętrze straży pode mną i na piętrze mieszkalnym nade mną. Nawet każdą myszkę, gdyby jakaś tu śmiała zbłądzić.

Ale dawno żadnej tu nie było. Szkoda…

Było miło, gdy jedzenie samo przychodziło do mnie.

O myszach, ptasich jajkach i pisklętach opowiem może później, bo już zaraz zacznie się rada. Tadauji co tydzień zwołuje swoich samurajów i rządców, by odpytywać ich z postępu szkolenia i stanu majątku. Może zdziwicie się, że poczesne miejsce w Radzie przynależy damie – Akemi‑san. Jak mogłoby być inaczej, skoro ta okāsan zarządza Cynobrowym Domem, a z niego bierze się połowa dochodów Tadauji.

Byłam kiedyś w tamtym Domu, ale dziś powiem tylko, że nie jest prosto tam się dostać. Ani wydostać. Raz zrobiłam to w dziewczęcej postaci, a kolejne dwa mnie przeniesiono. W kociej, bo w tej czuję się o wiele milej. Wszyscy lubią kotki; są takie mięciutkie, mruczą i łaszą się…

Ja też.

Z Cynobrowego Domu bierze się również część kobiecej załogi zamku. Niewielka, bo niemal wszystkie onna‑bugeishe pochodzą ze świątyni o‑Inari‑sama w Sudze, gdzie szkoli je Yagyū. Tam nie byłam, bo to szmat drogi stąd. Dla kota. I nie ma tajnego przejścia, trzeba by przemierzyć wiele ri.

To nie dla mnie.

Stąd i Yagyū rzadko u nas gości. Ostatnio był niedawno, bo przed miesiącem, więc pewnie długo go nie zobaczymy.

Tak więc brodatego kapłana dziś raczej nie będzie. Są już inni: wszystkie przebywające aktualnie na zamku kitsune i ci, którzy odpowiadają za ściąganie danin, za żywienie, zapasy, czystość, za rzemieślników, za bushi. Zapewne dojdzie Tsubane, która rozmawia z o‑Tadaui w salce nad nami. Słyszę każde słowo, ale niczego ciekawego nie mówią. Ot, kurtyzana zdaje relację z przyprowadzenia nowego bushi, Nawary Kengo. Znam takich opowieści już kilka. Cała męska załoga Kakusareta‑jō składa się z jemu podobnych: roninów, zbiegłych wieśniaków, zbuntowanych kapłanów. Ten nowy wyróżnia się tym, że podobno jest zawzięty na Matsudairę no Nobutadę, tak zajadły, że w niewiele ponad cztery lata nauczył się ken‑jutsu.

Mało kto wie, że Tsubane to kitsune, ale ja, jako że też jestem zmiennokształtna, lisice wyczuję z daleka. Nie musi się taka odzywać, może się umyć i natrzeć olejkiem z wyciągiem drewna sandałowego czy rumianku – to bez znaczenia. Poznam po sposobie poruszania się.

Tylko po Tadauji nie poznałabym, że jest kitsune. Jej moc i maskowanie są silniejsze ode mnie. Chyba jest kūkō. Potrafi przekonać każdego, że jest tym, kim chce dla niego być.

Na tym polega jej moc. Nie na darmo ma dziewięć ogonów.

Właśnie przyszli komendant bushi Katakura Kagetsuna i Ōuchi Sadatsuna – mistrz shinobi i nin‑jutsu, którzy umożliwiają nam życie mimo wiecznego zagrożenia napaścią.

W ciągłej gotowości do obrony.

I do tego jednego ataku, którego czas jeszcze nie nadszedł, ale który spędza sen z powiek wszystkim kitsune. Przynajmniej tym naszym, z Kakusareta‑jō, bo inne podobno są mniej krwiożercze.

No ale każda z tutejszych straciła krewnego lub męża, każda ma prawo do kataki‑uchi. Pełne i absolutne prawo do zemsty, jak Tadauji‑sama, moja oyakata, której Matsudaira wymordował ojca, stryja, kuzynów i braci; wszystkich mężczyzn z klanu.

A mi zabił siostrę. „Tylko” siostrę. Dlatego nie zasłużyłam u bogów na ogon lisicy i zadowoliłam się kocim.

 

Zbrojni przychodzą ostatni, a Tadauji‑sama zwykle zaraz po nich. Jak ja poznaje każdego po krokach. Ona, jak ja, słyszy wszystko i wie, że dwaj dowódcy, jedyni, których straż przepuszcza tu z bronią, zajęli miejsca. Więc schodzi; dudnią kroki – jej i Tsubane.

 – Konnichiwa – wita ją zbiorowy głos, gdy zajmuje miejsce u szczytu podwójnego szeregu siedzących. Ostatnia kitsune, która przyszła z nią, zajmuje miejsce przy schodach. Gdyby nie to, że moja półka góruje nad jej głową, zasłoniłaby mi widok.

– Konnichiwa – odpowiada oyakata, moszcząc się na poduszce. – Proszę o sprawozdania. Kolejność jest wszystkim znana.

Następuje nudne gadanie, ile czego zużyto, ile przywieziono, ile wykuto i oprawiono, jakie ćwiczenia wykonano, kto się w nich wyróżnił, a kto zbłaźnił. Jakie są plany na następny tydzień, miesiąc. Jakie są potrzeby. Na co zwrócić uwagę, co poprawić. Co doniesiono o sąsiadach.

Mam wpółprzymknięte oczy i gdyby ktoś mnie zobaczył, myślałby, że śpię.

Ale ja, gdy naprawdę śpię, to nie o tej porze. I nie tu. A nawet wtedy wiem, co się wokół mnie dzieje.

Na koniec Tadauji zwraca się do obu dowódców i ochmistrzyni:

– Dołączył do nas Nawara no Kengo. To ten, którego za radą sensei Yagyū trzy zimy temu wysłałam do Takenouchi‑ryū. Nauki nie ukończył, bo musiał uchodzić przed zemstą kilku klanów, których nadzieje rodu pozabijał. To, obok dobrej opinii sōke Takenouchi Tōichirō no Hisamasy, jest wystarczającą rekomendacją. Fūrinji‑san i Katakura‑san – wprowadźcie go w naszą społeczność. Sensei Ōuchi – od jutra obejmij go szkoleniem. Wyszedłszy stąd, przywołajcie go do mnie.

– Hay.

– Dziękuję za waszą ciężką pracę.

Chórek głosów odzywa się podobnym „Dziękuję za twoją ciężką pracę”. Wszyscy wstają i poza Tsubane, która przenosi się bliżej poduszki daimyō, wychodzą.

 

Po chwili pojawia się ten nowy. Jest oczywiście bez broni. Nieco niepewnie wchodzi do sali zebrań i głęboki ukłon kieruje ku siedzącej centalnie Tadauji, domyślając się w niej daimyō tego zamku.

– Konbanwa, roninie‑san – wita go. – Siadaj. Jak twoja droga?

– Konbanwa, Tadauji‑sama. Podróż przebiegła dobrze, a dzięki twojej słudze, Tsubane‑sama, stała się krótsza, niż myślałem.

– Nie o tę drogę pytam.

Nawara waha się, co odczytuję po przedłużonym czasie przybierania pozycji agura, ze skrzyżowanymi nogami, co w naturalny sposób opóźnia odpowiedź.

– Nie wiem, onna‑sama. Mam nadzieję, że nie zszedłem z mej drogi, ale wiedzą to tylko bogowie.

– Czy to znaczy, że zabicie Matsudairy no Yoshidy jej nie zakończyło?

– W żadnym razie, Tadauji‑sama. To był tylko przypadkowy baka. Nie było go w Matsue‑jō, gdy zabijano mojego daimyō. Droga, którą podążam, zbliży się do końca, gdy dopełnię kataki‑uchi i przyniosę rodowi Ōgigayatsu głowę mordercy mojego daimyō.

– Wiedz, że i ja mam prawo do kataki‑uchi na Matsudairze. Jest ono ponad twoim, gdyż Matsudaira zabił wszystkich mężczyzn z mojej rodziny. A ty jesteś mi winien sześćdziesiąt ryō zapłaty za Takenouchi‑ryū.

Mężczyzna zrywa się wzburzony, ale natychmiast siada ponownie, jednak seiza, na piętach, a nie jak poprzednio agura. Kłania się głęboko.

– Wiesz, Tadaui‑sama, że nie mam żadnego majątku.

– Wiem. Możesz spłacić dług, cedując swoje prawo do zemsty na mnie i wstępując do mnie na służbę.

Nawara pozostaje chwilę w skłonie, potem unosi głowę i oznajmia:

– W obecnej sytuacji służenie ci, Tadauji‑sama, jest moją powinnością. Jednak z prawa do zemsty na Matsudairze no Nobutadze nie mogę zrezygnować, nie obrażając mych przodków.

– Czy możesz mi przysiąc lenne posłuszeństwo, które będzie ponad żądzą zemsty? Mogę cię zapewnić, Nawara‑san, że oboje mamy ten sam cel i wspólnie osiągniemy go szybciej i pewniej, niż samotny ronin, którym jesteś.

Cisza trwa, a ja wiem, że Nawara Kengo słucha głosów kami.

 

– Dokąd ten krok mnie zaprowadzi, sensei?

– Tego dowiesz się od daimyō Tadauji‑sama Mitsune, jeśli złożysz jej przysięgę lenną.

– Sensei, czy słuszna będzie zmiana obranej drogi?

– Droga nie jest celem. Wiele jest dróg do jednego celu. Jeśli na drogę, którą idziesz, obsunie się góra, wybierasz inną. Jeśli zmyje ją powódź, budujesz łódź. Jeśli zagrodzą ją wrogowie, szukasz sprzymierzeńców.

 

Potem oświadcza:

– Nie mam wyjścia, Tadauji‑sama. Przysięgam ci na honor moich przodków lenne posłuszeństwo, póki żyje morderca mego daimyō. I na o‑Hachimana‑sama zaklinam, byś nie wyłączyła mnie z udziału w swoim prawie do kataki‑uchi.

– To ci mogę obiecać, Nawara‑san. Witam w gronie moich ludzi. Teraz idź; Fūrinji‑san już czeka, by zapoznać cię z Kakusareta‑jō i wskazać tatami. Dziękuję za twoją ciężką pracę.

 

*****

 

Odtąd zdarzało mi się widywać Nawarę, jak odbiera lekcje pod kierunkiem Ōuchi. Podobnie jak ja kiedyś, ćwiczy wszystko, co nasi shinobi muszą umieć, choć z bronią drzewcową ani kataną go nie widziałam.

Zapewne inni daimyō – przynajmniej tak było u nas w Wadajamie – zadowalają się, gdy ich samuraje znają ken‑jutsu, a ashigaru umieją strzelać z łuku. Nie moja oyakata! Tu każdy jest shinobi i to niezależnie od tego, czy jest mężczyzną, czy kobietą. Wszyscy uczyliśmy się maskowania, wspinania po murach i drzewach, jazdy na koniu, shuriken‑jutsu, tantō‑jutsu, tai‑jutsu, od kunai począwszy, a na czarce do herbaty kończąc, a nawet strzelania z dymiących rur zwanych teppō.

Ilekroć patrzę na innych ćwiczących, a grupy ich widać co dzień, przypominam sobie swoje treningi u sensei Ōuchi. Wspinanie z hakami? Wolne żarty! – bez żadnych haków byłam lepsza od wszystkich! Za to z ostrzami wszelkiego rodzaju miałam problem – bałam się, że mnie zranią, stąd długo byłam na tych lekcjach strofowana, aż stwierdzono, że nic ze mnie nie będzie. Używać konia się nauczyłam, acz daleko mi do biegłości Ayumu czy Kaori. Za to, usłyszawszy pierwszy huk prochowego wystrzału, uciekłam i schowałam się… nie powiem gdzie. Przez kilka dni nikt mnie nie widział i Katakura musiał z tego elementu mojej edukacji zrezygnować.

Do dziś, gdy czuję smród prochu czy powystrzałowego dymu, oddalam się na bezpieczną odległość, a nos mi się kurczy z odrazy.

Maskowania ze mną nie ćwiczono – któż lepiej się maskuje niż kotka?

 

*****

 

– Konnichiwa – wita moją oyakatę zbiorowy głos zebranych, gdy jak co tydzień zajmuje miejsce u szczytu podwójnego szeregu siedzących.

Następują nudne sprawozdania i wyliczenia. Potem zabiera głos Katakura:

– Tadauji‑sama, czy nie nazbyt wiele razy miesiąc pokazał swoje pełne oblicze nad naszymi głowami, gdy my w tej sali omawiamy tylko sprawy drugorzędne? Czy mamy zapomnieć o prawie do zemsty? Morderca naszych bliskich nie tylko wciąż cieszy się zrabowanymi dobrami, ale nadal powiększa grono swoich sojuszników. Im dłużej zwlekamy, tym bardziej on się wzmacnia. Radźmy nie o szkoleniu bushi, lecz jak ich użyć do kataki‑uchi.

Wszyscy popatrują po sobie ukradkiem, bo jak długo słucham takich odpraw, nikt tak bezpośrednio nie skrytykował daimyō Tadauji. Aż rozchylam powieki, by nie uronić nic z tego, co musi się zaraz zdarzyć.

Na razie nic się nie dzieje. Moja oyakata siedzi w bezruchu, pozwalając, by sens wypowiedzi dowódcy dotarł do wszystkich.

– Masz rację, Katakura‑san – odzywa się w końcu. – Przedstaw swoją propozycję skutecznego ataku.

Mężczyzna nagle zmienia pozycję z agura na seiza twarzą do kobiety siedzącej u szczytu. Gnie się w ukłonie.

– To nie tak, o‑Tadauji! Jestem prostym samurajem. Potrafię walczyć i zginąć, jeśli trzeba, ale od strategii są inni. Nie wymagaj ode mnie, Tadauji‑sama, niemożliwego! Ja tylko usycham z niecierpliwości, kiedy obiecana przez moją oyakatę chwila nastąpi i będę mógł rozmawiać z duchami przodków bez wstydu.

– A ty, Ōuchi‑san? Czy ty też nie masz pomysłu, jak odpłacić Matsudairze-sama za krew naszych bliskich?

Wywołany szef shinobi robi to samo, co Katakura: kłania się. Potem, nie podnosząc głowy, oświadcza:

– Nie mam, Tadauji‑sama. Czy mam popełnić seppuku?

– No nie! – wybucha Tadauji. – Czy mężczyźni potrafią tylko krytykować, domagać się pracy od innych, a jedyne, co umieją w niepowodzeniach, to odebrać sobie życie? Czy mam pytać o radę kobiety? Otóż pytam wszystkich: Kto ma pomysł, jak dorwać tego yarō?

Zapada cisza, a ja na powrót przymykam oczy. Już nic ciekawego się nie zdarzy, a gdyby nawet, to usłyszę.

– Od dziś każdy rozmawia ze swoimi podwładnymi i uczniami, jak dorwać Matsudairę – kontynuuje moja oyakata. – Każdy pomysł, choćby najgłupszy, zgłaszać mnie. Każdy! – zaakcentowała. – Jak się dowiem, że któryś pominięto, to będzie powód do obcięcia uszu. Wszystkim dziękuję za ciężką pracę. Ōuchi‑san zostaje. Sprowadźcie tu Nawarę‑san.

 

Samuraj przyprowadzony do nas przez Tsubane pół roku temu wchodzi do sali narad i rozgląda się niepewnie. Widząc w niej zaledwie cztery osoby: daimyō Tadauji, jej sługę Otochę, najwierniejszego strażnika Suzumurę i dowódcę shinobi Ōuchi, zgina się w ukłonie.

– Siadaj, Nawara‑san – słyszy głos Tadauji. – Ōuchi‑san, zdawszy sobie sprawę ze swojej niekompetencji, chciał popełnić seppuku. Przekaż mu, co o takim postępku powiedział ci sensei Yagyū.

Moszczenie się w pozycji agura zabiera Kengo tyle czasu, że umożliwia przemyślenie odpowiedzi, bo oto jego daimyō stawia go w konflikcie z aktualnym sensei.

– O‑Tadauji, nauki sensei Yagyū nie były wykładnią prawd. On raczej podsuwał, prowokował do medytacji.

– Nie doprowadzaj mnie do gniewu, Nawara‑san. Nie mam czasu na dopieszczanie słów. To nie ceremonia parzenia herbaty, to narada. Mów!

– Mistrz Yagyū rozdzielał cel od drogi. Jeśli cel jest wyznaczony, drogi do niego mogą być różne. Jeśli jedna jest niemożliwa do przejścia, należy szukać innej. Nie należy przywiązywać się do jednej, powziętej kiedyś, bo w przypadku, gdy kolejny krok na niej okaże się niemożliwy, cel nie zostanie osiągnięty. Domyśliłem się, o‑Tadauji, że o celu decyduje człowiek, a o drodze – bogowie.

– Czy to znaczy, że człowiek nie ma wpływu na drogę?

– Przeciwnie, Tadauji‑sama. Ma on wciąż szukać drogi do celu i słuchać podpowiedzi kami. Bo dróg jest wiele, tylko trzeba je dostrzec w gęstwinie mylnych przeciwności. I wybrać najlepszą w danych warunkach.

– Czy seppuku może być drogą lub celem?

– Drogą nie, bo nie prowadzi dokądkolwiek. Celem? I tak, i nie. Tak, bo może stanowić zwieńczenie przebytej drogi. Nie, bo jako cel samoistny jest fałszem. Ciągłe doskonalenie jest obowiązkiem. Seppuku jest ucieczką przed tą powinnością. Jako takie jest zdradą powodowaną tchórzostwem.

– Słuchaj, Ōuchi‑san, mądrości zen. Czy jesteś tchórzem?

Mistrz shinobi pochyla się w ukłonie.

– Nie, o‑Tadauji.

– Czy osiągnąłeś cel?

– Nie, o‑Tadauji.

– To myśl nad krokiem, który przybliży nas do niego. Szkolenia shinobi to kroki, ale czy przybliżają nas do celu, czy też nie, jak sugeruje Katakura‑san, to musisz wiedzieć ty. Zapytaj swoich kami. Odpowiesz za tydzień. A może ty, Nawara‑san, znasz sposób, jak dorwać tego mordercę Matsudairę no Nobutadę i spełnić kataki‑uchi?

Teraz Nawara zmienia pozycję na seiza i dotyka czołem desek podłogi. Wyrzuca:

– Nie, Tadauji‑sama. Ale porozmawiam o tym ze swoimi kami.

– Wracajcie się doskonalić i rozmawiać z kami o drodze do kataki‑uchi. Dziękuję za waszą ciężką pracę.

– Hay – dobiegło ją potwierdzenie z dwóch ust.

 

*****

 

I tak ujawnił się kryzys, którego wybuchu jako daimyō Kakusareta‑jō spodziewałam się z każdym miesiącem, nieledwie z każdym spotkaniem. Nie ma nic dziwnego w tym, że ofiary Matsudairy Nobutady niecierpliwią się i nie rozumieją, dlaczego odpłata wobec niszczyciela ich życia i mordercy ich bliskich opóźnia się. Naturalne jest, że upatrują w tym mojej ślamazarności. Tymczasem ja oddałabym ogon, by ujrzeć śmierć daimyō Matsue‑jō, a kolejne siedem, by osobiście odciąć mu głowę swoim wakizashi lub zatopić go w jego sercu!

Problem w tym, że klan Matsudaira ma więcej bushi w samym Matsue‑jō niż ja mężczyzn w całej dziedzinie. Starcie wojenne oznaczałoby klęskę, nawet gdyby za degeneratem nie stanęli liczni poplecznicy z zaprzyjaźnionych klanów. A stanęliby.

Konsekwencją życia w ukryciu jest brak silnych sojuszników. Mogę liczyć tylko na tę garstkę ludzi, którzy mnie otaczają.

Wciąż rozbudowuję potencjał. Mam czterdziestu kilku wyszkolonych shinobi. Mam kilka kobiet, które umiejętności kurtyzany łączą z przygotowaniem bojowym. Mam jednego niezweryfikowanego kensei. Mam kilkudziesięciu samurajów i bushi trenowanych w sztuce walki przez Katakurę i drugie tyle onna‑bugeish po szkoleniu w świątyni w Sudze. Mam po swojej stronie kilka kitsune.

Ale z takimi siłami nie sposób pokonać nawet podróżnego pocztu Matsudairy, bo ten liczy blisko dwustu zbrojnych, nie licząc tragarzy i służących. A jego ludzie nie są tchórzami ani głupcami, są wręcz elitą. On sam też nie wypadł siewce spod ogona, jest kensei i inteligentnym taktykiem. Znajomości wśród rodów i na dworze cesarza wzmacniają jego potęgę i czynią niedosiężnym.

Przynajmniej dla mnie.

Na pewno w otwartym starciu. Stąd zemsta może dokonać się tylko sposobem.

Jakim?

Wydałam wiele ryō, by mieć swojego kensei. Czy to się udało? Nawara został pozytywnie oceniony przez sensei Tōichirō no Hisamasę, ale szkolił się u niego tylko trzy lata! Czy to wystarczy? Czy zdoła pokonać Matsudairę w bezpośrednim pojedynku?

Te rozważania są i tak bezprzedmiotowe, bo nie wiem, jak do takiego spotkania doprowadzić.

I tu pojawia się drugie ziarno Yagyū: znajomość słabości przeciwnika.

A Matsudaira wciąż jest zagadką.

 

*****

 

Następna narada zaczyna się standardowo od sprawozdań i wymiany ustaleń gospodarczych. Potem moja oyakata oznajmia:

– Teraz omówimy propozycje, jak zbliżyć się do naszego wspólnego celu. Nie muszę chyba przypominać nikomu, co nim jest. Kilka pomysłów już mi w tygodniu przedstawiono. Mai‑san, kucharka, zaproponowała, żeby zatruć studnię w Matsue‑jō. Co wy na to?

Wszyscy zebrani patrzą po sobie, najwyraźniej wstrząśnięci. Ja też aż się skurczyłam. Trucizna?! Pfe…

– Nieskuteczne – oświadcza w końcu Ōuchi‑san. – Nie mamy tak potężnej trucizny, a daimyō byłby ostatnim, który by został w ten sposób poszkodowany. A o moralnej dopuszczalności tej metody niech się wypowie Katakura‑san.

Katakura‑san nie podnosi oczu ani nie zabiera głosu.

– Aha – odzywa się moja oyakata. – Drugi pomysł: zaatakować Matsudairę podczas podróży, bo wiemy, że średnio raz w roku bywa w Kioto na cesarskim dworze.

Tym razem Katakura‑san podnosi wzrok.

– Nierealne, Tadauji‑sama. Orszak Matsudairy przewyższa nas liczbą.

– A strzał z zasadzki?

– Nadzwyczaj trudne. Zabójca miałby jedną okazję, by śmiertelnie dosięgnąć celu. Z przodu i z tyłu kolumna rozciąga się, uniemożliwiając zajęcie pozycji. Na dodatek osłaniają go tragarze. Musiałby strzelać z boku, a ja nie znam przypadku, by strzał z boku okazał się śmiertelny. A o moralności strzelania do daimyō z zasadzki niech się wypowie Ōuchi‑san, bo zasadzki to jego specjalność.

– Stop! Wszyscy moi wasale i bushi, cała załoga Kakusareta‑jō, mają współpracować, a nie kłócić się. Inaczej nie osiągniemy celu. A jeśli mówimy o celu i drodze, to gdzie jest Nawara‑san? Wie ktoś, czy jego kami coś mu podpowiedziały?

Zauważam, że Fūrinji‑san wymyka się na zewnątrz. Gdy po momencie wraca, skinieniem głowy przekazuje wykonanie rozkazu, napotykając skierowany tylko ku sobie grymas aprobaty Tadauji‑sama. Tymczasem następne pytanie wypowiedziane ze szczytowej poduszki zawisa w powietrzu:

– Kto jeszcze przedstawi jakiś pomysł?

Cisza jest absolutna. Gdyby mysz przemknęła po deskach piętra nade mną, usłyszałabym ją.

– Czy możemy doprowadzić do tego, by jakaś kurtyzana wbiła mu kaiken w serce lub skroń? – zwraca się do rady moja oyakata.

– Wskazałabym kilka z podopiecznych, którym bym w tej misji zaufała, Tadauji‑sama – zabiera głos Akemi. – Większość z nich jest tu, w twoim zamku. W Cynobrowym Domu dwie. Ale morderca nie zawitał do mojego domu uciech ani razu. Nic mi nie wiadomo, by odwiedzał inne. W Shimabarze nie pojawił się. Z kim, kiedy i gdzie zażywa przyjemności z kobietami – nie wiem. Może powie o tym Ōuchi‑san.

W tym momencie do sali wsuwa się Nawara. Gdy zajmuje miejsce u końca dwuszeregu siedzących, wzrok wszystkich wraca na mistrza shinobi.

– Nic o jego upodobaniach nie wiemy, Tadauji‑sama. Nie udało się wprowadzić szpiega do Matsue‑jō. Obserwacje zewnętrzne do niczego nie doprowadziły.

– Ilu masz obserwatorów wokół Zamku Siewki?

Ōuchi‑san pochyla głowę.

– Jednego. W Hiyoshi, pół ri od zamku.

Przez twarz mojej oyakaty przebiega skurcz niezadowolenia. Kieruje oczy… W MOJĄ STRONĘ?!?!?

– W istocie, z połowy ri nie widać twarzy człowieka, a cóż dopiero jego upodobań – mówi zgryźliwie, wracając ze spojrzeniem ku siedzącym. – Coś z tym trzeba zrobić. Czy nie uważasz, Ōuchi‑san, że zamiast wyłącznie szkolić shinobi, należy zacząć ich wykorzystywać? – zauważa kwaśno. – A ty, Nawara‑san? – zmienia adresata indagacji. – Czy twoja rozmowa z kami dała jakiś efekt?

– Przypomniały mi nauki mistrza Yagyū, o‑Tadauji. O dwóch ziarnach, składających się na sukces. Jednym jest znajomość słabości przeciwnika, a drugim poznanie własnych możliwości.

– Więc wracamy do początku. Nie znamy słabości przeciwnika. Jak możemy je poznać?

Znów zerka w moją stronę, a ja zaczynam się domyślać, jaki pomysł kiełkuje w jej głowie.

– Nie wiem, oyakata, czy to na temat… – zabiera głos Akemi‑san – …ale wydaje się, że morderca jest pasjonatem nō. To elitarna sztuka. Aktorzy opowiadają historie nie tylko głosem, ale i ruchem, gestem. Pomagają sobie w tym kostiumami i maskami, które dają złudzenie wglądu w charakter postaci. Występują przed dworem cesarskim. Widywałam mordercę, ilekroć na tych spektaklach byłam. Wydawał się tą sztuką zainteresowany. Jest to jakaś słabość… – zawiesza głos w zastanowieniu.

– Kto widział takie przedstawienia?

– Ja byłam na kilku – zgłasza się Akemi.

Jako jedyna.

– Co możesz o tym powiedzieć? Jak tę słabość wykorzystać dla zemsty na Matsudairze?

– W Kioto sztuki są wystawiane w specjalnej sali pałacu cesarskiego. Wpuszczani są dworzanie i goście zaproszeni przez cesarza. Ja weszłam z Imigawą‑sama jako jego konkubina. Niektórzy widzowie mężczyźni są uzbrojeni, a cesarza otacza straż. Wyjęcie ostrza z pochwy lub rękawa byłoby ryzykowne, a jego skuteczne użycie trudne. Trzeba by zająć miejsce bezpośrednio za Matsudairą.

– Czy trupy nō działają tylko w Kioto?

– Nie, o‑Tadauji – wyjaśnia Ōuchi‑san. – Są takie, które krążą po kraju. Jedna jest teraz w prowincji Izumo.

– Jak możemy z bliska poznać możliwości, które się wiążą z nō?

– Podejmę się tego, Tadauji‑sama – ofiaruje się główny shinobi. – Ponieważ przedstawienia mają miejsce tylko w zamkach, wprowadzę człowieka do trupy.

– Nareszcie coś – cieszy się moja oyakata. – Kiedy czegoś się dowiemy?

– Za pół roku, o‑Tadauji.

Radość spełza z jej oblicza. Znów zerka w moją stronę.

– Czy ktoś ma kolejny pomysł?

Cisza.

– Dziękuję za waszą ciężką pracę – odzywa się, po czym wstaje. Gdy się odwraca, szepcze w przestrzeń, wiedząc, że usłyszę: – Chiyome, do mnie.

Chiyome to ja.

 

Kotki są lekkie. Shinobi, który szedł ze mną, chwalił to sobie. Twierdził, że nigdy nie nosił nic przyjemniejszego i cieplejszego.

Polubiłam go i grzałam mu w tej kilkudniowej podróży krzyże. W dni. A nocami wracałam do mej dziewczęcej postaci i grzaliśmy się nawzajem.

Piątej nocy wślizgnęłam się do Matsue‑jō. Żaden z bushi mordercy nie zwrócił na mnie uwagi.

Tak jest do dziś. Tylko służące czasem rzucają mi jakieś ochłapy z kuchni.

 

Tu też mam swoje ulubione miejsca jak każda kotka. Teraz siedzę na belce nad schodami w sali reprezentacyjnej Matsue‑jō. I tu nikt po mnie nie depcze. Nikt mnie nie wypędza. Zresztą – po co? Tu też lubią kotki.

Są takie mięciutkie, mruczą i łaszą się…

Ja też.

Jak chcę. Jak warto. Jak trzeba.

Jak nie chcę, wyciągam pazury. Prycham. Uciekam.

Nikt mnie nie goni. Kto by ścigał kotkę?

To ja ścigam myszy.

Jeszcze tu są. Jeszcze nie wszystkie wyłapałam. I nie wiem, czy będę chciała wszystkie dopaść.

Tu, w Matsue‑jō, mam dopaść kogoś innego.

Zaraz zacznie się jego spotkanie z zaufanymi ludźmi. Na pewno będzie ważne, bo zwykłe sprawy daimyō Matsudaira no Nobutada załatwia w cztery oczy. Ważne i tajne, bo łucznikom kazano przejść na szóste piętro zaraz pod obserwatorów. Również straż, normalnie obecna pod nami, zeszła na pierwsze. Nawet posterunek u schodów przeniesiono w dół. Zapewne, by nikt nie podsłuchiwał.

W tej chwili pode mną zasiedli już Hatano Kawakatsu odpowiedzialny za zaopatrzenie i służbę, Kikkawa Tsuneie zbierający wieści od shinobi i dowódca zamkowych buszi Horio Kenishi.

Właśnie odezwało się osiem uderzeń i słyszę, jak ze swojego ukrytego piętra schodzi morderca mojej siostry.

 

*****

 

Warunki życia w Wadajamie były coraz cięższe, więc po śmierci naszej matki jedyny żyjący kuzyn, dwunastoletni Sasaki Minamoto, zadecydował, bym ze starszą siostrą Kazuko udała się do Himei‑jō, do Hosokawy Katsumoto, który miał się z nią ożenić.

Nasz ród po kolejnej bitwie pod Kawanakajimą utracił zamek Takeda i zbiedniał, więc poczet, z którym podróżowaliśmy, liczył zaledwie pięciu samurajów, cztery służące i dwudziestu tragarzy, w tym ośmiu niosących naszą lektykę. W Fukusace zatrzymaliśmy się na nocleg.

I tu się to zdarzyło.

Nanbu‑san, wierny samuraj dowodzący naszą wyprawą, zajął dla nas, Kazuko i mnie, całe piętro niewielkiej gospody. Musiał, zdaje się, wyrzucić stamtąd kupca z rodziną czy konkubinami, bo gdy zbliżałyśmy się ku schodom, zamożnie odziany człowiek otoczony gromadką kobiet, dzieci i sług głośno protestował. Prostacy! Kazuko ostentacyjnie nie zwróciła na nich uwagi i jedynie ja, z powodu dziecięcej ciekawości i braku wychowania, zatrzymałam wzrok na dziewczynce, która mi się przypatrywała.

Byłyśmy równolatkami.

Chyba się do niej uśmiechnęłam. To było niewybaczalne, ale być może uratowało mi życie.

A na pewno zadecydowało o moim losie.

Tragarze wnieśli za nami przenośną toaletę, przyrządy do pielęgnacji i nocne stroje. Zażądałam, by szybko mnie przebrano ze sztywnego oficjalnego kimona w wygodną yukatę. Służące nie zdążyły do końca rozpakować tobołów, gdy na zewnątrz i w dolnej sali zrobił się rumor. Jako płocha i ciekawska wyjrzałam, co się dzieje.

Żeby cokolwiek zobaczyć, zeszłam po schodach.

Przez szczeble balustrady widziałam, jak jakiś samuraj łaje naszego Nanbu. Żądał, by natychmiast opróżnić górne pokoje dla jego daimyō. Nanbu oczywiście nie chciał się na to zgodzić. Kłótnia przybrała na sile, głosy mężczyzn były coraz bardziej donośne, a do moich uszu docierały słowa, za które bywałam karcona, jak i takie, których nie znałam.

Naraz z dworu dobiegły mnie okrzyki: „Eieiō!”. Nanbu i ten drugi odsunęli się od schodów, więc i ja, zaintrygowana awanturą, zeszłam niżej. Zobaczyłam, jak błysnęły katany.

Przerażona krzykami, szczękiem i furkotem, zarówno dochodzącym z dworu, jak i od walczących wewnątrz, przycupnęłam pod schodami. Niespodziewanie natknęłam się tam na tę dziewczynkę, do której niedawno się uśmiechnęłam. Obie gorzałyśmy z ciekawości i truchlałyśmy ze strachu, obie przytulałyśmy się do siebie.

Tymczasem Nanbu walczył już sam przeciwko kilku samurajom. Sam, bo dwóch naszych zbroczywszy krwią stoły, zaległo na polepie. Dzielnie unikał cięć i sztychów; do swoich zabitych kolegów dołączył trupa jednego z tamtych, drugiego zniechęcił, rozpruwając mu brzuch, ale później uległ. Widziałam, jak wroga katana trafia go w ramię dzierżące wakizashi, a po chwilce druga srogim cięciem w kark pozbawia życia.

Może był to lepszy los niż ten, którym bogowie doświadczyli bushi z rozoranym brzuchem. Biedak darł się jak pożerany przez oni hitokuchi, a mimo że ściskał brzuch oburącz, flaki i tak wyślizgiwały się spomiędzy jego palców.

Moja przypadkowa towarzyszka przylgnęła do mnie, drżąc ze strachu, ale szeroko otwartymi oczami patrzyła na krew i śmierć.

Podobnie jak ja.

Nie pomyślałam, że najgorsze dopiero przede mną.

Zabójca Nanbu rozejrzał się po pobojowisku. Nie widząc żywych przeciwników, otarł katanę o hakamę jednego z trupów i wsunął klingę do pochwy. Podobnie postąpił z wakizashi.

Ledwo to zrobił, do sali wszedł jakiś możny mężczyzna. Zarówno oprawy jego daisho jak i hafty na kimonie były złote.

– Milczeć! – nakazał.

Nie musiał nawet podnieść głosu.

Wszyscy zamarli, tylko ten biedak z wiszącymi flakami nadal krzyczał, więc zabójca Nanbu ponownie wyjął miecz i uciąwszy mu głowę, ukłonił się przed złoto odzianym.

Struchlałam.

W nastałej ciszy bałam się, że usłyszy łomot mego serca i spotka mnie ten sam los.

Przybysz wszedł na piętro. Do Kazuko, mojej siostry.

Za moment zbiegły po schodach wszystkie nasze służące, a bushi w sali wyłapali je i rzucili na stoły, po czym zadarli im jubany. W gospodzie było już więcej ludzi niż na początku, bo weszło kilku z zewnątrz. Zsuwali swoje hakamy i zakasywali kimona, kładli się na kobietach kolejno, a one krzyczały. Przy pierwszym głośno; przy drugim już ciszej, a potem wcale.

Po chwili podobny krzyk dotarł do mnie z góry. Urwany w połowie.

Złowieszczo urwany…

To był ostatni głos Kazuko, jaki słyszałam. Do dziś mi się śni.

Rzuciłam się, by do niej pobiec, ale wczepiona we mnie dziewczynka kupca trzymała się mnie tak kurczowo, że nie mogłam się od niej uwolnić.

Dziś mam ją za wysłannika bogów. Gdyby wtedy nie zatrzymała mnie w kryjówce, podzieliłabym los siostry.

Lub służących, które z obnażonymi udami bezwładnie leżały na stolach.

Wkrótce na schodach ponownie rozbrzmiały kroki. W przerażeniu skurczyłam się jeszcze bardziej jakby w przewidywaniu grozy, która za chwilę miała mnie porazić swym okrucieństwem.

Gdy osiągnęły poziom sali, mężczyzna nakazał:

– Wysprzątać!

Ktoś potwierdził:

– Hay, Matsudaira‑sama.

…i kilku spośród obecnych rzuciło się na górę, by wypełnić polecenie.

Pierwszy z nich ściągnął po schodach Kazuko. Za nogi.

Kimono miała zadarte po obi.

Ciało bezwładne.

Nagie łono było okrwawione, podobnie jak nogi pod brzuchem.

Przekręcona do tyłu pod śmiertelnym kątem głowa uderzała w stopnie z głuchym odgłosem: łup, łup, łup…

Twarz zastygła w maskę przerażenia.

Ręka dziewczynki kupca zbyt późno zasłoniła mi oczy, przez co ten obraz wypalił się w mej pamięci wiecznym stemplem. Jak twarz i złoty kamon mordercy: trzy liście dzikiego imbiru w kole.

Nie wiem, ile czasu minęło, bo byłam jakby w półśnie. W nocy jakaś kobieta szarpała moją wybawicielkę ku tylnemu wyjściu z gospody, a że byłyśmy z Risą w siebie wczepione i żadna nie chciała puścić drugiej, wywlokła nas obie. Risa trzymała się mnie kurczowo aż do pełnego dnia; spałyśmy razem do południa.

Gdy w godzinie Konia okazało się, że z całego naszego pocztu zostałam tylko ja, kupiec uproszony przez córkę – moją wybawicielkę – i jedną z kobiet łaskawie zgodził się wziąć mnie ze sobą. Usłyszawszy, że Kazuko zmierzała do Himei‑jō do przyszłego męża, zamierzał kiedyś mnie tam odstawić. Nie śpieszył się z tym zbytnio, bo zawsze coś stało na przeszkodzie: a to interesy, a to zima, a to wieści o wojnie przeciw rodowi Ikeda.

Kupiec miał dom w Kioto i właśnie na ulicy tego miasta wypatrzyła mnie okāsan Akemi. Nasze spojrzenia się skrzyżowały.

Do dziś nie wiem, jak to się stało, że znalazłam się w Cynobrowym Domu.

Tu nauczano mnie kaligrafii, konwersacji, poezji; usiłowano nauczyć tańca, muzyki i wielu pięknych rzeczy, ale nie byłam chwaloną uczennicą, bo często zastygałam, nasłuchując kami i ich jazgotu, miast wypełniać polecenia mistrzyń. Wścibstwo, które na równi z Risą uratowało mi przed laty życie, dalej było moją wadą; chadzałam po nie zawsze właściwych ścieżkach. Na jednej z nich natrafiłam na dziwne drzwi w ścianie pawilonu wrastającego w mur. Za nimi nie powinno być nic, poza kamienną ścianą… ale była salka z kolejnymi drzwiami.

Przeszłam przez nie.

Gdy przedarłam się przez krzaki, zobaczyłam grupę onna‑bugeish. Najbliższe też mnie dojrzały. Zatrzymały się w swoich ćwiczeniach, a jedna z nich wykrzyknęła:

– Jaka ładna kotka!

Poczułam nieodpartą chęć, by ta dziewczyna podrapała mnie za uszami i pogłaskała po karku, więc podeszłam do niej, wygięłam grzbiet i otarłam się o jej nogi.

I tak w Kakusareta‑jō znalazłam mój czwarty dom.

 

A teraz go utraciłam. Przynajmniej czasowo, bo moja oyakata Tadauji‑sama zadecydowała, że z powodu nieudolności Ōuchi‑san mam zamieszkać w Matsue‑jo i raportować, co robi morderca, gdy akurat nie morduje.

No więc zamieszkałam. Słucham. Obserwuję.

 

*****

 

Matsudaira schodzi po schodach. Jest moment, że mija mnie w odległości krótkiego skoku.

Gdyby był myszą…

Za nim podąża Shōichi; wierny służący, który nie odstępuje go na krok.

– Konnichiwa – rozlega się zbiorowy głos, gdy morderca zajmuje miejsce przed wymienioną trójką. Shōichi siada za nim.

– Konnichiwa – odpowiada, moszcząc się na poduszce. – Kikkawa‑san, co donoszą twoi shinobi?

Tu następuje szczegółowy raport, z którego wynika ogólny spokój, ale pewne obserwacje wskazują na utajone przygotowania w klanie Yamana. Ten klan może być zarzewiem niepokojów na wschodzie. Yamana ma wielu sprzymierzeńców.

– Może warto byłoby zaprosić Yamana‑sama no Suketoyo do nas? – odzywa się daimyō na koniec.

Kikkawa uśmiecha się pod wąsem.

– Masz na myśli pozbycie się go jak tamtego Ōgigayatsu‑sama, Matsudaira‑sama?

Morderca zastyga w namyśle, a potem się odzywa:

– Myślę, że wystarczy sama demonstracja potęgi. Okraszona złudą przyjaźni.

– Wyznacz termin, o‑Matsudaira. Może na Chōyō‑no‑en w dziewiątym dniu nagatsuki?

– Nie. Za dwa tygodnie wyruszam do pałacu cesarskiego. Stęskniłem się za pięknem i kulturą.

Zebrani obrzucają się ukradkowymi spojrzeniami. Nikt z nich nie wiedział, że ich daimyō niebawem wybiera się do Kioto.

Oni nie, ale ja tak. Ja i Hina. Morderca podzielił się tym zamiarem ze swoją konkubiną kilka dni temu podczas cielesnych igraszek.

Nie musiałam być na tajnym piątym piętrze. Słuch mam dobry i wystarczy, że byłam na czwartym. Z belki pod stropem słyszę każdą myszkę, a co dopiero rozmowy!

 

*****

 

Słyszę szmer i charakterystyczny odgłos. To Hina opada na pięty, a jej kolana stukają o wypolerowane deski podłogi prywatnego piętra. Wiem o tym, jakbym tam była. Nie muszę widzieć.

– Konbanwa – odzywa się. – Czy Moje Światło spędzi dziś ze mną wieczór?

Cedrowe deski podłogi są znakomicie spasowane, ale moje uszy rejestrują, jak się uginają. Morderca siada, krzyżując nogi.

– Konbanwa, Hino. Jestem dziś zmęczony.

– Czy Moje Światło ma ochotę oglądać mój taniec? Może woli muzykę? Mam zagrać na shamisenie? A może dziś woli słuchać poezji?

– Wiesz, itoshii, że zawsze chętnie cię słucham. Tembr twego głosu jest taki łagodny i kojący. Zabaw mnie opowieścią. Najlepiej, gdyby była zarazem wstrząsająca grozą, jak i pogodna.

Jedno klaśnięcie.

– Mei, przynieś kasetkę z senko.

Słyszę krzątanie i widocznie służąca spełnia polecenie, bo Hina mówi:

– Weź te cztery i zapal.

Nie mija wiele czasu, jak kroki Mei, która krząta się po całym piętrze, wracają do siedzącej pary, a potem oddalają się za przepierzenie i zamierają.

– Zgodnie z kōdō dobrałam kompozycję anyżu i goździków z domieszką werbeny na tle drewna sandałowego – mówi Hina. – Mam nadzieję, że Moje Światło odpręży zapach tych kadzidełek.

Morderca wdycha powietrze i milczy, a Hina zaczyna opowieść:

 

Nad burzliwą rzeką Sanzu w sosnowym gaju była niewielka wioska, a na jej skraju stał bambusowy domek, którym wiatr chwiał każdym swym powiewem. W domku mieszkał Yezoko, człowiek, który cały czas dany mu od bogów trawił na tworzeniu obrazów.

Od czasu do czasu odwiedzał świątynię, ale nie po to, by się pomodlić, a po to, by przyglądać się ludziom. Potem wracał do chatki z bambusa i rysował ich twarze.

Czasem sprzedawał swoje dzieła, by mieć na życie.

Zdarzało się, że zbierał kwiaty i liście, by pędzelkiem oddać ich piękno na papierze.

Pewnego chłodnego i ciemnego wieczoru, gdy bez wytchnienia przepracował w chatce trzy dni nad kolejnym rysunkiem twarzy, usłyszał stukanie do drzwi.

– Kto tam? – zapytał. – Kogo przyniosło w tak podłą pogodę, że nawet sowom nie chce się latać?

– To ja, Ponury Żniwiarz, posłaniec władcy wszystkich kami – odparł głos.

Yezoko włosy stanęły dęba ze strachu. Poprawił yukatę, w której pracował, sprawdził szpilę spinającą kok i poszedł otworzyć.

Duch śmierci wszedł bezszelestnie, a Yezoko wrócił do przerwanej pracy. Nie mógł się powstrzymać; rysował akurat piękną twarz dziewczyny i ponad wszystko chciał dokończyć dzieło. W skupieniu kładł pędzelkiem kolejne kreski.

– Chodź prędzej. O‑Izanami‑sama czeka na ciebie – przynaglił Ponury Żniwiarz.

– Przekaż, proszę, bogini… – odparł Yezoko – …że muszę ukończyć ten portret. To najpiękniejsza twarz dziewczyny na świecie.

– Nie trzeba. Nie wolno sprzeciwiać się rozkazom bogini – powiedział duch. Podszedł i zerknął zza pleców Yezoko na rysunek. Gdy to zrobił, z ust wyrwał mu się okrzyk zachwytu. Zapragnął zobaczyć ukończone dzieło, więc po cichu opuścił chatkę z bambusa i wrócił do nieba.

– Żal mi odrywać go od pracy – rzekł bogini. – To, co robi, jest takie piękne…!

Izanami poczerwieniała z gniewu. Pierwszy raz Ponury Żniwiarz nie wykonał polecenia.

– Idź i sprowadź go natychmiast! – rozkazała.

Duch śmierci wrócił do bambusowego domku, ale nie mógł oderwać wzroku od twarzy wydobywanej z nicości ruchami pędzelka. Wreszcie Yezoko ostatni raz dotknął tuszem papieru, wziął rysunek w jedną rękę, w drugą kaganek, przy którym pracował, i poszedł za posłańcem śmierci. I tak stanął przed o‑Izanami.

Bogini spojrzała na twarz dziewczyny namalowaną przez Yezoko, zachwyciła się i oznajmiła:

– Od tej pory będziesz w niebie protektorem wszystkich artystów.

Yezoko popłakał się z radości. Wydłużył knot kaganka i poszedł za niebiańskim przewodnikiem do o‑Izanagi‑sama, boga wszelkiego życia.

Od tej pory, gdy o‑Izanagi‑sama wyprawia na świat kolejnego człowieka, Yezoko‑san rysuje jego twarz. Wiedzą o tym przyszłe matki z ludu Emishi. Przynoszą kwiaty do świątyni o‑Yezoko i zanoszą doń modły, by nie pożałował pięknej twarzyczki dla ich dziecka.

 

– Piękne opowiadanie, itoshii – mówi morderca. – Prawie tak piękne, jak ty. Ale jeszcze nie czuję się odprężony.

Słyszę szurania. Przez chwilę nie wiem, co tych dwoje porabia, aż sprawa się wyjaśnia, gdy deski uginają się w niedającym się z niczym pomylić rytmie. Potem do skrzypień dołącza głośniejszy oddech mężczyzny.

Niebawem następuje nagła zmiana tempa, morderca wzdycha głośniej, trzeszczenie desek zamiera.

Przez jakiś czas nic się nie dzieje.

Później jedno z nich zmienia pozycję. Nie wiem, na jaką, ale wydaje się, że się kładzie. Kobieta woła:

– Mei!

I potem żąda:

– Przynieś futony.

Gdy służąca wraca, słyszę szurania. Potem Hina najwidoczniej odprawia ją jakimś gestem, bo Mei znów chowa się za przepierzenie, a kobieta coś robi z przyniesioną pościelą. Zapewne sama wsuwa się obok mężczyzny. Wyobrażam sobie, że się do niego przytula.

– Planuję się spotkać z kilkoma sąsiednimi daimyō. Tu, w Matsue‑jō. Atmosfera powinna być miła i uroczysta. Masz pomysł, itoshii, czym by ich wprawić w dobry nastrój?

Słyszę stłumiony ruch Hiny, po którym odpowiada:

– Nie wiem, Moje Światło, jak zwykła kobieta może ci cokolwiek doradzić. Ja tylko się staram, Moje Światło, wprowadzać w dobry nastrój ciebie. Czasem mi się udaje i to cała moja umiejętność.

– Może masz rację w tym, że mężczyźni do dobrego nastroju potrzebują kobiet. Tylko skąd je wziąć dla takich gości?

– Moje byłe koleżanki w Yoshiwarze na pewno ci w tym usłużą, Moje Światło.

– Edo daleko. Ale masz rację, wynajęcie kurtyzan to dobry pomysł. Nie z Edo; wybiorę jakieś z Shimabary. Bliżej i słyszałem, że tradycje cesarskiego dworu dały im przewagę nad tymi z Edo. Zatem jak tylko z Hatano‑san uzgodnię termin, jadę do Kioto. Przyda mi się trochę kultury. Samo shōgi nie zastąpi nō, podobnie jak ty jedna nie zastąpisz korowodów i ceremoniału dworu cesarskiego.

– Tak, Moje Światło. Twa mądrość zadziwia mnie blaskiem.

Usłyszałam, jak Hina opada na tatami.

 

Co to jest „shōgi”?

 

*****

 

– To kiedy, Matsudaira‑sama?

– Czy o‑shōgatsu uważasz za właściwy termin, Hatano‑san?

– Znakomity! Pół roku! Będziemy dobrze przygotowani. Czas trzech dni Nowego Roku sprzyja dobrym nastrojom.

– A wy, Kikkawa‑san i Horio‑san? Będziecie gotowi?

Obaj zapewniają, że są zawsze gotowi.

Na koniec daimyō powiadamia zebranych:

– Wystosuję zaproszenia zarówno dla Yamana‑sama, jak i jego dwóch sprzymierzeńców, Hosokawy‑sama i Hateyakamy‑sama. To powinno odwrócić myśli Yamana‑sama od zasadzki. Oczywiście wezwę też paru przyjaciół: Todo‑sama, Kuroda‑sama, Kato‑sama i może jeszcze kogoś. Przygotuj, Hatano‑san, wielkie przyjęcie. Sprowadzę kurtyzany; z Shinmachi albo lepiej z Shimabary. Wybiorę najlepsze. Opłacę też przyjazd aktorów nō. W Kioto występują znakomici. Jeśli jeszcze jakaś atrakcja wam przyjdzie do głowy, to mówcie. Chcę Yamana‑sama olśnić. A jak się okaże, że to nie wystarczy, to zrobię z nim to, co z Ōgigayatsu‑sama.

 

Umówiłam się z Shimadą, że gdy zabraknie sznurka na gałęzi rosnącego przy fosie cedru, ma w godzinie Dzika czekać na mnie w ustalonym miejscu nieopodal zamku Matsue‑jō.

Znajduję go bez trudu. Mimo dwudziestu pięciu lat ma wygląd nieopierzonego młokosa, przez co nikt nie traktuje go poważnie. To błąd, bo jest doprawdy inteligentny. Potrafi też być groźny. Niski i szczupły, za całą broń ma sierp i łańcuch, ale biada temu, kto go zlekceważy. Potrafi nimi pokonać każdego, kogo zwiedzie swoją posturą.

Usłyszawszy nowiny dotyczące planów mordercy, pyta:

– Kto sprowadzi kurtyzany? Kto wybierze trupę teatralną?

– Matsudaira‑sama. Sam przywiezie te atrakcje.

Myśli przez chwilę, A potem zadaje następne pytanie:

– Nie wiesz, gdzie się zatrzyma w Kioto?

– Nie.

– Trudno. – Sięga po kinchaku, a mnie uderza w nozdrza zapach. Po odwinięciu chusty staje się oszałamiający, a gdy wydobywa z niej kawałek ryby… – Masz, mała. Dobrze się sprawiłaś. A ja śpieszę z powrotem. Ōuchi‑san powinien być zadowolony.

Charakter nagrody całkowicie pochłania moją uwagę, dlatego zupełnie zapominam, że chciałam go zapytać o nieznane słowo.

 

*****

 

– Akemi‑san, Shimada‑san doniósł, że morderca wybiera się do Kioto, by tam wynająć kurtyzany. Chce je wykorzystać podczas przyjęcia w Matsue‑jō w o‑shōgatsu. Czy twoim zdaniem to jest szansa dla nas?

Na to moje pytanie obecna na naradzie okāsan Cynobrowego Domu odpowiedziała po krótkim namyśle:

– Może to oznaczać, że odwiedzi mój dom uciech. Czego się spodziewasz? Że go tam zabijemy? Da się to zrobić, bo nie będzie mu towarzyszyło dwustu samurajów. Jednak Horio‑san nie puści tego płazem. My wszyscy – ja, mistrzynie, kurtyzany i służba – zostaniemy wyrżnięci lub pójdziemy w niewolę. Nawet jak większość ucieknie przez tajną bramę, będzie to koniec Cynobrowego Domu, koniec twoich dochodów. Wyżyjesz z tych swoich czterech wiosek, Tadauji‑sama?

– Ōuchi‑san! Czy da się zabić Matsudairę w Kioto poza Cynobrowym Domem?

Mistrz shinobi popadł w namysł. Tak długi, że niemal niegrzeczny.

– Da się – odparł w końcu. – To misja dla grupy samobójców, ale da się. Kilku zgranych w jednym miejscu i czasie. Należałoby użyć zatrutych strzał, strzałek lub shurikenów; na katanę czy wakizashi nie można liczyć, bo Matsudaira‑sama jest kensei. Potem moi shinobi muszą zabić siebie. Gdyby szogun, cesarz albo Horio‑san dowiedzieli się o tobie, o‑Tadauji, lub o Kakusareta‑jō, wszyscy zginęlibyśmy. A i tak Cynobrowy Dom będzie w wielkim niebezpieczeństwie, bo musielibyśmy zaatakować, gdy wysiada z lektyki przed jego bramą, a wtedy Kikkawa‑san powiąże zamach z miejscem.

Z całej przemowy wynikała niechęć do takiego planu. Biła też z oblicza Katakury, gdy tylko usłyszał o truciźnie. Ja też byłam niechętna; plan był trudny w realizacji, niebezpieczny i wręcz obrzydliwy. Nie będę wymagać od moich ludzi, by sami się zabijali!

Czyli nadal nie ma sposobu…

– A co z trupą nō? Są jakieś wieści?

– Jak mi doniesiono, możliwość zaatakowania widza podczas spektaklu jest niewielka. Poza tym wprowadzenie zabójcy w pobliże Matsudairy‑sama wydaje się nierealne. Potwierdziły się obserwacje Akemi‑san. Z drugiej strony aktorzy w niektórych sztukach używają broni jako rekwizytu. Nie wiem jeszcze w jakich i jakie to daje możliwości. W tym sposobie zabójca musiałby być aktorem. To istotne ograniczenie, o‑Tadauji. Szkolenie aktorów trwa od dziecka. Wprowadzenie zabójcy do trupy wymagałoby wielu lat albo rozgałęzionego spisku z udziałem dużej liczby obcych nam ludzi, a to się musi wydać.

 

Akemi była jedną z niewielu osób, które miały do mnie dostęp o każdej porze. Gdy zatem w godzinie Tygrysa pojawiła się u bramy Kakusareta‑jō, natychmiast wprowadzono ją przed moje tatami.

– Tadauji‑sama, Matsudaira‑sama był dziś w Cynobrowym Domu. Rozglądał się, jakby oceniał, ale tak robią niemal wszyscy przychodzący pierwszy raz. Potem wybrał Hanako‑san i spędził z nią czas. Ledwo co wyjechał.

– I co z tego? – spytałam ledwie rozbudzona.

Akemi okazała zdenerwowanie.

– Nie wiem, Tadauji‑sama. Ja nie jestem od planów. Od nich jesteś ty i Ōuchi‑san. Ja tylko donoszę o tym, co wiem.

– Dziękuję za twą ciężką pracę – posłużyłam się zwyczajową formułką. Zdecydowanie nie chciałam, by czuła się urażona.

Następnej nocy zostałam obudzona przez Akemi o tej samej porze.

– Tadauji‑sama, tego wieczoru też gościłam mordercę. Obdarzał uwagą Mitsune‑chan; to ta maiko z Shirakawy.

Dziś już nie zapytałam „I co z tego?”, tylko od razu wypowiedziałam pożegnalną formułkę podziękowania.

Potem od rana myślałam sama nad pytaniem: „Co z tego”. Nawet konsultowałam się z Ōuchi‑san.

Wszystkie pomysły, które się zarysowały, były mgliste i nierealne.

Widocznie budzenie mnie w godzinie Tygrysa weszło Akemi w nawyk, bo kolejnej nocy znowu to zrobiła. Oznajmiła:

– Matsudaira‑sama zażyczył sobie mizuage z Mitsune‑chan. Wyciągnęłam z niego 600 ryō za zgodę i po 100 ryō za każdy z dni rytuału. Ustaliliśmy, że będzie ich sześć. A ty myśl, czy da się w te sześć dni dokonać kataki‑uchi.

– Myślę o tym i ja, i Ōuchi‑san. Problem nie w dokonaniu zabójstwa, tylko w tym, jak po nim ocalić Cynobrowy Dom – oświadczyłam kwaśno. Budzenie w środku nocy nie sprzyja uprzejmościom.

– A gdyby morderca zwyczajnie zaginął? Ciało wynieślibyśmy przez tajną bramę.

– Cały jego orszak by wiedział, że do ciebie przyjechał, wysiadł z lektyki i że Cynobrowego Domu nie opuścił. Nikt nie da się przekonać, że zniknął bez twojego udziału. Zawsze skończy się masakrą wszystkich.

Mówiąc to, nie wiedziałam, że właśnie zasiałam ziarno w glebie swojego umysłu.

Po posiłku zagadnęłam Nawarę:

– Nawara-san, stanąłeś kiedyś przed problemem nie do rozwiązania?

Yagyū był daleko, a musiałam porozmawiać z kimś, czyje myśli chadzają innymi drogami niż moje i moich dowódców.

– Tak, o‑Tadauji.

– I co wtedy zrobiłeś?

 

– Nigdy jej nie pokonasz!

– Jest za szybka!

– Ona nie skacze, a fruwa!

– A ty nie umiesz fruwać.

„Ona też nie umie” – odparł Kengo przekrzykującym się kami. „Nie fruwa, tylko jest szybka”.

– Szybka, szybka… Bo lekka i młoda. Ty już młodszy nie będziesz.

– I fruwać też nie będziesz. Jesteś za ciężki.

– Żebyś chociaż umiał skakać jak pchła, to by było coś…

– Pewnie! Podskoczyłbyś do Tomoe i odebrał jej wreszcie to bokutō.

 

– Rozwiązałem go, Tadauji‑sama.

– Jak? Przecież pytałam o rzecz nie do rozwiązania.

– Nie ma takiej rzeczy, Tadauji‑sama. Jeśli coś jest nie do pokonania, to tak się tylko wydaje, póki jesteśmy uwięzieni w jednym sposobie myślenia. Trzeba uwolnić myśli, by poszły inną drogą.

– To drogi myśli są różne? Rozgałęziają się?

– Zawsze się rozgałęziają, ale tu myślę o tych, które wychodzą z innego miejsca, by jak ramiona gwiazdy dojść do tego samego celu z różnych stron.

– Wyjaśnij to, Nawara‑san. Mam dość zagadek, byś mi dokładał swoje.

– Cel, choć ten sam, nie z każdej strony jest taki sam. Samuraj z przodu ma zbroję i strzegą go dwie uzbrojone ręce. Z boku broni go jedna. Z tyłu żadna, a zbroja ma luki.

Popadłam w głęboki namysł, ale moje kami milczało. Wciąż znałam tylko ten jeden sposób myślenia, którym posługiwałam się od dziecka.

– Dziękuję ci za twoją ciężką pracę, Nawara‑san.

Skłonił się, powstał i zmierzał ku schodom, gdy przypomniałam sobie, że nie zadałam bardzo istotnego pytania.

– Nawara‑san! Jakim sposobem rozwiązałeś tamten problem?

– Odrobiną szaleństwa, o‑Tadauji. Działając rozważnie i rozsądnie nie dokona się wielkich rzeczy. Tylko nieprzewidywalny zwycięży niepokonanego.

 

*****

 

Minako była w tym tygodniu już po dwóch wieczorach dyżurów przy ceremoniach parzenia herbaty. W dzień Ognia po lekcji poezji i kaligrafii okāsan Akemi zaprowadziła ją na piętro Poduszkowego Pawilonu. Maiko była tu pierwszy raz.

Piękno wręcz uderzało w oczy. Gdyby nie lata spędzone w Cynobrowym Domu, córka Ineao zamarłaby z zachwytu. Z pewnością nie było drugiego takiego miejsca na całej ziemi!

– Minako‑chan, zainteresował się tobą Matsudaira‑sama – oznajmiła Akemi. Jej głos pobrzmiewał niepokojem, co było niezwykłe. – Dowiedziawszy się, że jesteś shojo i nie dałaś jeszcze pełnej uciechy mężczyźnie, objawił chęć wynajęcia cię na sześć nocy. Uzgodniłam, że zaczniecie w najbliższy dzień Drewna. Temu dniowi patronuje gwiazda Mokusei, bardzo sprzyjająca mężczyznom. Przyprowadzisz go tu, na piętro Poduszkowego Pawilonu. To tu właśnie dokonują się wszystkie mizuage.

– Czy to ten mężczyzna, okāsan, który w dzień Ziemi mi się przypatrywał i odszedł z Hanako?

– Ten.

– Co powinnam zrobić, okāsan?

– Zupełnie nic. Matsudaira‑sama zapowiedział, że sam to z tobą przeprowadzi. Zażyczył sobie, bym cię nie przygotowywała. Jednak uprzedzę cię, że Matsudaira‑sama jest bardzo zamożny i powinnaś to wykorzystać.

– Jak mam to rozumieć, okāsan?

– Zażądam od niego dużej zapłaty, z której jedną dziesiątą oddam tobie. Ale zgodnie ze zwyczajem będzie ci dawać upominki każdego wieczoru. Jeśli będą niesatysfakcjonujące, zademonstruj obrazę i odsuń się w dezaprobacie. Okaż smutek, że tak nisko cię ceni; najlepszy efekt dają łzy. Wtedy, by cię udobruchać, zwiększy prezent. Możesz żądać czegokolwiek, możesz się targować, ale nie chciej rzeczy niemożliwych. Bardzo mi zależy, by się nie zniechęcił, gdyż wtedy i ja, i ty na tym ucierpimy. Ja dziesięćkroć bardziej dotkliwie niż ty.

– Okāsan Akemi, wybacz mój brak obycia. Jaki upominek mam uznać za odpowiedni?

Mistrzyni zawisła wzrokiem na twarzy podopiecznej, jakby taksowała ją ponownie po trzech latach od czasu, gdy oceniała ją w Shirakawie jak kozę na targu. Tym razem jednak obyło się bez macania.

– Gdybym była tobą, zaczęłabym od dwudziestu ryō. A każdego następnego dnia zwiększałabym żądanie o pięć. Im więcej od pierwszego patrona dostaniesz, tym będziesz cenniejsza dla następnych. Ale shojo już nie będziesz i ponownie dobra okazja do zarobku może się nie powtórzyć.

– Od dwudziestu…!!? – Minako nie mogła pohamować okrzyku zdziwienia. Czy mistrzyni sobie z niej szydzi?

Skupiony wyraz twarzy okāsan Akemi i utkwione w niej poważne spojrzenie na to nie wskazywały.

„Muszę się nad tym zastanowić” – pomyślała.

Podziękowała mistrzyni głębokim ukłonem.

 

Następnego dnia udało się jej zagadnąć Sumire. Obie się lubiły i Minako miała nadzieję, że jej pytanie nie zostanie bez odpowiedzi.

– Senpai, z góry przepraszam, że drugi raz zapytam. Czy rzeczywiście w swoim mizuage dostawałaś każdego dnia po pięć ryō? Czy te upominki były co dzień większe?

Sumire skrzywiła się.

– Po pięć ryō każdego dnia, kōhai, i dziesięć ostatniego.

– Pięć, senpai? Mnie okāsan powiedziała, że mam grymasić, jeśli da mniej niż dwadzieścia.

– O! – Sumira przyjrzała się ponownie twarzy Minako i potem przesunęła wzrokiem po jej figurze. – Co ty powiesz…! To masz już patrona?

– Tak, senpai. Podobno będzie nim Matsudaira‑sama.

– O! – ponownie zdziwiła się Sumire.

Minako więcej z koleżanki nie wyciągnęła. Odniosła wrażenie, że kurtyzana się obraziła.

 

*****

 

W dzień Drewna kazano Minako stroić się już w południe. Przyniesiono nowe, żółte kimono, tym razem jednak mistrzyni elegancji nadzorowała jego wkładanie i potem innej służącej kazała ją uczesać, upudrować i sama doglądała, jak ta maluje jej wargi i powieki. Potem Minako w parterowej części Poduszkowego Pawilonu czekała do godziny Koguta, aż jej patron się pojawi.

Kurtyzany deklamowały, grały, tańczyły, śpiewały i wszystko było jak w poprzednie wieczory z mężczyznami, tylko że tym razem jej kazano postawić przed Matsudairą czarkę z herbatą.

Pił ją długo.

„Czy on lubi zimną?” – pomyślała krytycznie, widząc ślamazarne poczynania swojego patrona. „Widocznie ta herbata jest bez znaczenia. Z równą ospałością piłby wodę”. Z nieodgadnioną miną przyglądał się tańcom, przysłuchiwał grze i deklamacjom. Sam też wygłosił jakiś wiersz, ale Minako nie wiedziała czy piękny, czy nie – nie znała się na poezji i wciąż uważała ją za stratę czasu. Gdy nastała późna noc, podniósł się z wysokiej poduszki i zwrócił się do niej:

– Czy Minako‑san zechce ze mną uczestniczyć w piciu jajka?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale by ukryć zaskoczenie, skłoniła się głęboko, skrywając tępotę, która musiała oszpecić jej twarz, i zezując ku okāsan. Złowiła wzrokiem nieznaczne skinienie jej głowy. Tymczasem daimyō Matsudaira uznał jej skłon za zgodę; przed Akemi złożył ciężkie zawiniątko i zbliżył się ku przejściu wiodącemu na piętro.

Minako wiedziała, że musi iść pierwsza, więc szybko ruszyła ku schodom.

W otoczeniu piękna górnej sali mężczyzna wszczął rozmowę o wiośnie i rodzącym się życiu, przeistaczaniu się gąsienic w motyle i składaniu jajek przez siewki. Był to rutynowy temat i każda nawet dwuletnia maiko mogła go ciągnąć do rana. Jednak Matsudaira‑sama nie czekał aż tak długo. Położył przed nią dziesięć złotych płytek, z misy wziął jajko i spytał:

– Czy Minako‑san spełni ze mną rytuał mizuage?

Minako niezupełnie wiedziała, o co chodzi, ale domyśliła się, że te plakietki muszą oznaczać ryō. „Jaka szkoda, że nie poprosiłam okāsan Akemi lub Sumire, by mi pokazała!” – pomyślała, ale było już za późno. Wygięła usta w podkówkę i najmocniej jak umiała, uszczypnęła się w przedramię. Zabolało, ale łzy nie chciały do oczu napłynąć, więc skorzystała z fortelu ojca: ukryła twarz, odwróciwszy ją od mężczyzny, i zasymulowała chlipnięcie.

Po wydaniu kilku głośnych wzdychów poczuła delikatnie dotknięcie. Odwróciła się.

Obok dziesięciu ryō leżało kolejne pięć.

Smutno wpatrzyła się w piętnaście złotych plakietek.

Gdy dołożył kolejne pięć, uśmiechnęła się.

Zalotnik nadtłukł jajko i białko wsmarował w jej kimono. Żółtko wypił.

Patrzyła nań rozszerzonymi oczami. „O co mu chodzi? Co jutro na siebie włożę?”.

– Minako‑san – odezwał się po wszystkim. – Czy jutro będziesz ze mną kontynuować mizuage?

Gdy potwierdziła niezdecydowanym ukłonem, oświadczył:

– Dobrej nocy, Minako‑san.

…i wyszedł.

Była tak zdziwiona, że długo siedziała w bezruchu. „Co to ma być?” – zapytywała siebie, ale wyjaśnienia dziwnego zachowania mężczyzny nie wymyśliła.

 

Dano jej czyste kimono, a zaplamione zabrano do prania. Kolejny dzień i następny minęły podobnie. Matsudaira‑sama kładł na stoliku z laki w mizunagowej części Poduszkowego Pawilonu coraz więcej złota i smarował białkiem elementy jubanu coraz bliższe ciału.

W dzień Słońca wysmarował jej nogi i podbrzusze. Był tak nijaki, że Minako zwątpiła w jego męskość. Gdzieżby ojciec marnował jajka, gdy chciał włożyć matce siusiaka między nogi! Po co? Haha by na to nie pozwoliła! Jakże tak – marnować jajko? Z jajka może być kura, kaczka albo świąteczny obiad!

 

*****

 

Aż wreszcie ziarnku pękła łupinka i zakiełkowało.

 

– Ōuchi‑san, jak spowodować, by poczet Matsudairy czekający na swego daimyō u Cynobrowej Bramy był przekonany, że morderca opuścił dom uciech, mimo że w istocie by nie wyszedł? By byli o tym przekonani wszyscy goście Cynobrowego Domu?

Mistrz shinobi zmierzył mnie przenikliwym spojrzeniem.

– Bardzo trudne pytanie, o‑Tadauji. Bo jak nawet wyjdzie jego sobowtór, to co dalej? Załóżmy, że wszystkich zmyli i wsiądzie do lektyki. Ale kiedyś będzie musiał z niej wyjść, a podróżuje otoczony sługami, którzy go znają. Wtedy iluzja się skończy, a w rękach Horio‑san i jego samurajów zostanie ktoś z naszych. Nawet gdy uda mu się jakoś uciec lub umrzeć, będą wiedzieli, że z Cynobrowego Domu wyszedł sobowtór. Wracamy do początku: będzie wiadome, że Matsudaira‑sama zaginął, będąc w gościnie Akemi‑san. Skutek niezmiennie taki sam: masakra.

– A gdyby nie użył lektyki? Gdyby odjechał na koniu?

Popatrzył na mnie, czy żartuję.

– Żaden daimyō nie jeździ konno po Kioto. Nigdy się to nie zdarzyło.

– Czy etykieta zabrania jazdy konnej po mieście cesarza?

Ōuchi się zawahał.

– Nic mi o tym nie wiadomo… To raczej praktyka. Koń nie jest elegancki, brudzi, nie zawsze jest łatwy do opanowania, wsiadanie i zsiadanie jest kłopotliwe. Dobry dla dowodzącego w bitwie lub dla posłańców. W cesarskim mieście dworacy i daimyō przemieszczają się wyłącznie w lektykach, a ich poczty pieszo.

– Co zrobi poczet Matsudairy, gdy ten opuści Cynobrowy Dom, dosiadłszy wierzchowca?

Mistrz shinobi zdumiał się:

– A dlaczego miałby to zrobić, Tadauji‑sama?!

– Bo kurtyzana go do tego nakłoni.

Na chwilę zamarł, po czym opadł w seiza i głęboko skłonił głowę. Zapadła cisza, która trwała wiele oddechów.

– O‑Tadauji, wybacz! Jestem baka, zawiodłem ciebie i wszystkie ofiary mordercy. Zanim jednak poproszę cię o zgodę na dokonanie seppuku, dopracuję twoją myśl.

– Ani się waż wystąpić z taką prośbą! Zrób, co do ciebie należy, Ōuchi‑san. Ja zadbam, by Matsudaira‑sama przyprowadził konia do domu uciech i by było wiadome, że ma zamiar na nim odjechać. Kataki-uchi też zostaw mnie. Ty zajmij się sobowtórem i tym, co on ma robić, gdy konno opuści Cynobrową Bramę. Zawołaj Nawarę‑san.

 

Z Nawarą, Akemi i Ōuchi konferowałam tego dnia kilkakroć. Dopracowaliśmy wszystko tak dokładnie, jak poeta, który składa wiersz, a następnie kaligrafuje go pędzelkiem. Akemi najlepiej znała wygląd i normalny sposób zachowania Matsudairy, więc to ona wytypowała Sorę Naofusa do roli sobowtóra i przećwiczyła z nim sposób ruszania się.

 

*****

 

W dzień Księżyca Akemi ponownie wezwała Minako na poranną rozmowę. Wyglądała na jeszcze bardziej przejętą niż przedtem.

 

Niepokój Akemi objął Minako. Czy zadowoli okāsan? Zadanie wyglądało na niezbyt skomplikowane, ale mistrzyni uprzedzała, że Matsudaira‑sama może różnie się odnieść do jej żądania i wtedy trzeba będzie użyć sprytu, łez, a nawet omdleć, by dopiąć swego.

Wieczorem na piętrze Poduszkowego Pawilonu, przeliczywszy wzrokiem stosiki ryō leżące na stoliku z laki, Minako przez pewien czas prowadziła z mężczyzną zwykłą rozmowę o przyrodzie budzącej się do życia. Oglądali wspólnie ryciny, na których maiko nie zawsze rozpoznawała, co przedstawiają, ale wyuczonymi zwrotami i uładzonymi słowami maskowała brak obycia. Podobnie było z netsuke, które wyobrażało dwie postacie w dziwnym spleceniu. Nie bardzo wiedziała, co na ten temat powiedzieć, więc zawstydziła się brakiem ogłady i odwróciła wzrok. Niespodziewanie to zachowanie spotkało się z pełnym zadowolenia odzewem ze strony mężczyzny. Kilkakroć pogładził się po głowie od czoła po kok, uśmiechnął się i oświadczył:

– Jesteś delikatna jak płatki kwiatów wiśni, a twoja uroda robi na mnie większe wrażenie niż kobiet na rycinach czy figurkach. A jak ja ci się podobam?

To był chyba ten moment. Siadła w seiza frontem do mężczyzny, skłoniła się, by nie wyczytał fałszu z jej twarzy i odpowiedziała układnie:

– O‑Matsudaira‑sama, nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego patrona dla mojego mizuage. Doprawdy, wszystkie obawy ze mnie uleciały i spodziewam się samych miłych rzeczy. Ale… Nie wiem, czy mój o‑saiai zechce wysłuchać najskrytszego marzenia swej sługi… – Czołem dotknęła podłogi, wyczekując reakcji i przywołując z pamięci ćwiczone z okāsan Akemi warianty rozmowy.

– Nie wahaj się mi go wyjawić, itoshii.

– Jestem pewna, że się nim zdziwisz, o‑saiai. Chodzi o to… Wstydzę się przyznać, ale podobają mi się wierzchowce. Są takie silne, potężne, piękne… Jak ty, Matsudaira‑sama.

Gdy z mistrzynią Akemi uczyła się tej rozmowy, dowiedziała się, że w tym momencie mężczyzna będzie podejrzewał, że zażąda konia jako podarunku, a samurajski wierzchowiec kosztuje co najmniej 50 ryō. Wysłuchawszy jej marzenia do końca, powinien więc się odprężyć i spełnić je z ulgą. Wzięła głęboki wdech i kontynuowała:

– A ja nigdy nie dosiadłam konia. Tu, w Cynobrowym Domu, nie ma wierzchowców, a gdyby nawet były, to i tak nie umiem sobie z takim władczym zwierzęciem poradzić. Czy uznasz mnie za zbyt śmiałą, o‑saiai, gdy zapytam, czy jutro po zakończonym mizuage w ostatnim pożegnalnym prezencie przewieziesz mnie na swym koniu? Ach, cóż to byłby za wymarzony galop!… – To zdanie też zapamiętała z rozmowy z mistrzynią. Zdaniem okāsan powinno ono mężczyznę podniecić i tym samym przyczynić się, by uczynił zadość tej niebywałej prośbie. – Zapamiętałabym go do końca życia!… – dodała.

Minako z czołem przy tatami czekała na reakcję. Teraz już niewiele mogła zrobić. Zgodzi się albo nie. Jeśli nie…

– Itoshii, nie turbuj się. Spełnienie twego marzenia jest łatwe. Jutro przywiodę wierzchowca i potem uwiozę cię w dal. Jakie to poetyckie! Ja też nie zapomnę tego, gdy pokonawszy wrota mizuage, porwę mą zdobycz ze sobą za Cynobrową Bramę! Ha!

Udało się!

Przygotowany przez Akemi sposób rozmowy sprawdził się znakomicie. Wszystko okazało się prostsze, niż Minako się spodziewała. Podniosła głowę z takim wyrazem szczęścia, jakie odczuła w Shirakawie, gdy kupiono ją i otoczono pięknem. Aby wyszło naturalnie, przypomniała sobie to pierwsze spotkanie z orszakiem Tadauji‑sama.

Patron poderwał się z agura, uniósł jej kibić i przytuliwszy, położył na stercie poduszek. Uśmiechnięty odsupłał jej obi, zadarł kimono i juban. Następnie położył się obok niej i począł ją głaskać w kroku.

Gdyby nie perspektywa marnowania jajka, byłoby to przyjemne. Jednak tej nocy nawet smarowanie białkiem nie okazało się przykre. Minako była zadowolona, że udało się jej sprostać zadaniu, odprężyła się i cieszyła na myśl o spodziewanej pochwale z ust okāsan Akemi.

 

*****

 

Rankiem krytycznego dnia Akemi i wszyscy w Cynobrowym Domu i Kakusareta‑jō wiedzieli, co mają robić.

Pozostało mieć nadzieję, że nasza maiko nie zemdleje w niewłaściwym momencie albo nie zacznie krzyczeć. Akemi sądziła, że jako wieśniaczka nieraz widziała krew. Była pewna, że Minako nerwy ma mocne i do śmierci podchodzi z chłopską beznamiętnością.

 

*****

 

Minako pochwalona została, ale już rankiem okazało się, że to nie koniec sprawy. Okāsan – bez komentarza, jakby to było czymś zwyczajnym – przeprowadziła ją przez drzwi z pajączkiem. Po drugiej stronie krzaczastej zapory czekał osiodłany wierzchowiec i z tuzin ludzi, a wśród nich niewidziana od Shirakawy Tadauji‑sama. Kazała jej wchodzić na konia i schodzić. Przez jakiegoś bushi, który miał życzenie, by swoją głową i ręką zakrywała mu twarz z konkretnej strony, była wsadzana na siodło na różne sposoby. Kierunek osłaniania mężczyzna dyktował westchnieniami, sylabami, gestami i uciskami palców.

Przed powrotem do Cynobrowego Domu kazano jej się starannie umyć, w czym pomogły Minako aż dwie służące. W czasie kąpieli Tadauji zwróciła się do niej stanowczym głosem:

– W czasie mizuage może dojść do niespodziewanych wydarzeń. Wieczorem zachowuj się naturalnie i spokojnie i niczemu się nie dziw. Pamiętaj o tym, jak i z której strony osłaniać twarz samuraja, a wszystko będzie dobrze.

 

Przejdź do kolejnej części – Drogi Japonii IV: Droga honoru

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

No, było na co czekać.

Trochę to trwało, ale w końcu Kengo zamoczył 🙂 już się bałem o niego, taki był obojętny na kobiece wdzięki, zwłaszcza w świątyni. Jego krótka znajomość z Tsubane została opisana smakowicie, zwłaszcza jej uwodzenie go poezją. Ciekawe, co z tego dalej wyniknie.

Reszta rozdziału też bardzo ciekawa. Zwłaszcza fragmenty poświęcone Matsudairze, który wydaje się celem wszystkich zainteresowanych.

Domyślam się, że do zamachu dojdzie podczas mizuage.

Co do zabaw z jajkiem, ale ci Japończycy to wysublikowani zboczeńcy 🙂

Dobry wieczór,

historia bardzo ładnie się rozwija i jednocześnie nawarstwia, nici przeznaczenia poszczególnych postaci splatają się ze sobą. Wszystko zmierza do wielkiej kulminacji. Czy czeka nas prawdziwie epicki finał? Zobaczymy! Ale na razie – należy się najwyższa nota.

Pozdrawiam
M.A.

Czytam od soboty i w końcu nadgoniłem. Utwór bardzo mi się podoba, widać, że autor zna się na rzeczy i sporo przeczytał nim siadł do pisania. To bardzo procentuje.

Opowieść rozwija się ciekawie, nawet bardzo, ale to też trochę niepokoi: rozwija się. Nadal. We wstępie napisano, że Drogi Japonii to tetralogia, więc domyślam się, że będzie mieć cztery rozdziały. Jesteśmy w trzecim, a wciąż przybywają nowe postacie: Tsubane, Tadauji, kotołaczka, no i nowe wątki. Jak to wszystko uda się pomieścić i rozplątać w finale?

Z tego co widzę, kolejne rozdziały wychodzą regularnie, więc pewnie wkrótce się przekonamy.

Odpowiedz

unstableimagination

Tompie, ze wszystkich twoich tekstów (które ja znam) ten jest najbardziej wymagający dla czytelnika.
A warto czytać uważnie. Otwarty słowniczek naprawdę pomaga. Dla klimatu polecam jeszcze wklejać sobie niektóre słowa do Google Translatora, żeby usłyszeć ich poprawną wymowę.

Trudno będzie mi zapomnieć obraz wyjącego penisa Kengo. Wyobraźnia bywa przekleństwem.
Zresztą co tam seks, choćby i ten z kitsune-kurtyzaną.
Kotka Chiyome – to dopiero coś! Akapity z jej perspektywy to dla mnie najprzyjemniejsza część opowiadania.

Zastanowiło mnie, dlaczego wśród tylu japońskich słów nie użyłeś akurat arigato.

Matsudaira‑sama to prawdziwy czarny charakter.
Nie tylko morduje i gwałci, ale również marnuje jajka.

Podobało mi się, z jakim trudem urodził się plan i ile innych rozważono i odrzucono.
Jestem bardzo ciekawy, jak pójdzie realizacja.

Co do „arigato”, to ciekawa sprawa. W ramach nasiąkania się atmosferą Japonii obejrzałem (ponownie) kilka dramatów historycznych Kurosawy. Natrafiłem nawet na gest przyzywania (ręką od siebie, czyli odwrotnie niż w Europie), ale na „arigato” nie trafiłem. Utwierdzam się w poglądzie o różnicach kulturowych.

Po urlopie w kraju z trudnym dostępem do internetu wracam i widzę, że na lekturę czekają aż dwie części Dróg Japonii! Stół po prostu ugina się pod ciężarem uczty!

Trzeci rozdział Dróg Japonii spodobał mi się, choć z paroma zastrzeżeniami. Trochę pogubiłam się w postaciach i w tym, z czyjej perspektywy są czasem opisywane wydarzenia, dwa pierwsze rozdziały towarzyszyły pojedynczym bohaterom, tu co chwila jest przeskok. Niepokoi trochę zepchnięcie Kengo na drugi plan. Chyba nie po to czytaliśmy o jego wieloletnich przygotowaniach do zemsty, by teraz go porzucić?

Cieszy natomiast mocniejsze zaakcentowanie treści erotycznych, szybki 'romans w podróży’ naszego szermierza i Tsubane jest na swój sposób słodki, zwłaszcza gdy próbowała kierować nim przy pomocy poezji i podpowiedzieć, co ma czynić. Jestem ciekawa, czy coś z tego wyniknie.

Spodobało mi się też jak powoli i na chłodno realizowany jest plan zgładzenia morderczego feudała. Domyślam się mniej więcej jak to ma się odbyć, ale kilka ostatnich elementów jeszcze nie wskoczyło na miejsce.

Dziś pracowity dzień, mam sporo spraw do załatwienia po urlopie, więc chwilę spokoju na uważną lekturę IV znajdę najpewniej jutro. Ale na pewno podzielę się wrażeniami!

Pozdrawiam wierną czytelniczkę 🙂 .

Fabuła przestała obejmować wieloletnie okresy, zamiast tego ogarnęła więcej ludzkich losów i motywacji. Możnaby rzec, perspektywa uległa skróceniu, lecz za to rozszerzeniu.

Jednocześnie czuć coraz bliższą kulminację. Trochę w takiej chwili niepokoi mnożenie wątków i postaci, ale chętnie zobaczę, jak twórca tego całego zamieszania zdoła wszystko uporządkować i zamknąć.

Leave a Comment