Pojedynek na zimno  4.5/5 (12)

17 min. czytania

Autorzy Najlepszej Erotyki, którzy wyzywają się na Pojedynek, sami między sobą ustalają jego warunki.

Tym razem punktem wyjścia jest zdanie: „Zimno tu, rozgrzałbym się”.

 


 

Foxm (60% Waszych głosów)

Splunął. Prosto w śnieg. Przyjął pozycję, oparł ciężar całego ciała na lewej nodze. Ból i mrowienie pojawiły się jak para starych wrogów. Zignorował. Siłą woli skoncentrował się na nadciągającej zewsząd hordzie. Wróg złamał granice prefektury w wielu miejscach. Oceanu, który wylał, nie sposób powstrzymać. Można tylko zaakceptować swój los. A oni? Przysięgali – jak wszyscy – każdy dorosły mężczyzna z rodu Tanada. Śmierć rozdawać bez pytania, z pokorą. Zawsze na rozkaz. Z zemsty? Nigdy.

Przyjdzie mi zginąć? Takie życie. Zasłonić suwerena własną piersią, to zaszczyt. Marzenie złożone w drżących z przejęcia rączkach siedmiolatka, niepewnie wymachującego drewnem wystruganym na katanę. Ciężar. Patrzysz mu w oczy. Unosisz.
Nie przyszli po kolei. Wzięli go masą.

***

Tanada obudził się, czując, jak przez jego ciało płynie dreszcz. Wyczuł ruch, jeszcze zanim mara dopadła do drzwi komnaty. Posłuchał własnego ciała: usiadł, na łóżku, nie otwierając oczu i znalazł rękojeść broni. Mara okazała się jednym ze służących, co stwierdził, gdy tylko światło pochodni rozdarło ciemność. Z prawego ramienia uleciało napięcie, rozluźnił chwyt, wziął głębszy oddech i zanurzył się w potoku słów, składających się na meldunek.

Złe wieści – pojął to natychmiast. Nie będzie pokoju. Został tylko chaos i jego siostra bliźniaczka – śmierć. Gładka struktura śniegu – który od stuleci przykrywał o tej porze ziemie nadgranicznej prowincji, deptana była ciężkimi krokami wroga. Nie poczuł zimna, dreszcz pozostał, w oddali posłyszał dźwięk samotnej gałązki łamanej bez litości.

– Zostaliśmy sami. Armię Pana Tanada-dono rozbita! Wzdłuż… Cofają się, wszyscy żywi. Niewielu…

Gestem uciszył bełkot służącego. Wstał powoli, bacząc, by nie oprzeć zbyt wiele ciężaru naraz na lewej nodze. Zachwiał się delikatnie. Gniazdo Orłów – górska twierdza rodu – była ostatnim punktem oporu wobec nadciągającej burzy.

Nie byli gotowi, w żadnym stopniu. On nie był gotów. Wiedział o szczupłości jedzenia, wody i ludzi. Za murami twierdzy mieli dwie setki dłoni zdolnych utrzymać broń bez drżenia. Klęska. Widział ją wyraźnie mimo ciemności – pochodnia w rękach służącego właśnie zgasła. Palce znów zacisnęły się wokół rękojeści. Potrzebował stałych punktów oparcia – jak wcześniej jego dziad i ojciec w podobnych sytuacjach. Sięgnął po wiedzę, którą wbijano w jego głowę godzinami rozmów, powtórzeń na treningu, bezwzględnością kar. – Nigdy nie będziesz Tanada! – wrzask jednego z nauczycieli brzmiał w jego głowie tak wyraźnie, że był gotów pomylić go z ciszą tej nocy. – Schodzimy do podziemia. Świątynia Bogini da nam schronienie. Głos… Nie rozpoznał własnego głosu. Schrypnięty, połamany, niepewnie wypełzający na zewnątrz. Oto ja, nienawykły do wydawania rozkazów. Nieodpowiedni dla okoliczności. Jeden ruch i już był za progiem komnaty. Wiedział, że idzie na spotkanie ze śmiercią, ciągnąc wszystkich za sobą. To decyzja, która zapadła ponad wysokimi murami twierdzy Przyjął zimny fakt, po raz ostatni poprawił chwyt na rękojeści broni i postąpił krok w ciemność bez nadziei.

Spróbują.

***

Ciągle pada. Zimny kamień zbroczyła krew kolejnego nie-przeciwnika. Wypruwał flaki z taką łatwością, jak gdyby rozcinał rybę. Szedł prosto, widząc kolejne ciosy jak na dłoni, na jedno uderzenie serca przed ich zadaniem. Nie dobył jej, nie było takiej potrzeby. Ona – ta najbardziej lodowata z zimnych części jego jestestwa – przeznaczona była dla prawdziwych wrogów. Nie na płotki. Ona była na potwory. Te prawdziwe, duże i naglące. Uśmiechnął się bez ciepła. Sztylet rozpłatał gardło jakiegoś nieszczęśnika, który wyzwał go z pianą na ustach. Miał tę łatwość – łatwość rybaka skórującego rybę. Niósł śmierć i podawał ją na zimno.

Któryś w końcu musnął jego łydkę. Impuls przeszedł przez ciało jak stary przyjaciel, po raz wtóry zwiedzający znane kąty. Znał aurę, fakturę i smak bólu. On – Tanada – był bólem, który nie pozwolił sobie nawet na jęk. Zatańczył – w zwiewnym piruecie odbijał kolejne ataki. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć.

Krew. Płynęła po policzku młodszego z rodu Tanada – ścieżka, którą zna każdy wojownik, hartowany niczym bryła lodu, nienamaszczony przez przypadek kolejności. Flankowanie? Kącik ust drgnął mu w niewidocznej wesołości. Trójka śmiałków – a raczej głupców – nie zdążyła nawet zrobić rachunku żywota. Wejdą do krainy bogów uwalani gównem po pas, zatopieni w szczynach. On? Był tylko pośrednikiem. Posłańcem Nieuchronności. Na kim spoczęło zwichrowane oko Tanady, tego aura przestawała być tajemnicą. Od dzieciństwa aż do teraz mógł tylko bezradnie obserwować, bez prawa głosu. Teraz? Mógł zabijać. I to dawało rozkosz. Męską, zimną w precyzji, gorącą w zapamiętaniu. Łaski nie żądam i o nią też nie proszę. Takie życie. Sztylet ślizgnął się po kręgosłupie kolejnego bezwartościowego śmiecia. Koniec impulsów. Zgasło życie. Agonia w samotności.

***

Kolana się pod nim ugięły. Nigdy nie lubił treningów w niskich pozycjach. Kamienie sal treningowych nieraz roszone były łzami – wybijającymi takt sekwencji: parowanie, zasłona, cięcie. Nie niósł i niósł jednocześnie nazwisko rodu. Być Tanadą. Jak niezliczone pokolenia przodków milczeć bezustannie, dobywać miecza, kiedy trzeba, władać bez wahania. Nigdy nie było mu dane, jego świat zamknął się w trójcy: parowanie, zasłona, cięcie.

Drugi syn był nieistotnym kaprysem bogów. Nie od niego zależała przyszłość najpotężniejszego rodu Północy.

Starannie schowany w ciemności zdławił bunt wewnątrz siebie, przełknął łzy i uderzenie po uderzeniu godził się z własną odmiennością. Pragnął ją zamaskować – kapłańskie szaty nie leżały na nim dobrze. Została droga miecza, po który nigdy nie miał sięgnąć. Zbyt wolny, za mało gibki, nie dość brutalny. Bywały dni, w których był absolutnie pewny, że niczego nie można być pewnym. Bez buntu, bez gniewu, zawsze z bólem ciała.

Żył wtłoczony między dwa punkty: dojo i Świątynię. Krok za krokiem, dzień za dniem. Bez celu i pragnienia. W rytm powtarzalnej sekwencji uderzeń ćwiczebnego oręża. Tacy jak on nie mają znaczenia dla rodziny – skazani na tarcie drewna o drewno. Dniami, tygodniami i latami instruktor fechtunku wypełniał jego świat. Nie można marzyć, nie wiedząc o czym. Nie znał świata poza kilkoma stałymi punktami wyznaczającymi rutyny jego życia. Między treningami czytał – mrowie liter nic nie rozjaśniało – mnożąc wątpliwości. Nie potrafił sięgnąć wyobraźnią ku rzeczywistości, trwał, rzeźbiony kolejnymi treningami.

Nie wystarczę. Nie potrafię. Nie mogę. Mnich bez szaty, z drewnianą kataną u boku, był inny od wszystkiego, co znano w tych stronach. Tanada czuł to, choć nigdy nie słyszał; takie szepty nie niosły się nawet z wiatrem. Nigdy. Choć zawsze nadstawiał ucha, a oczy miał otwarte. Mało kto zaszczycał go spojrzeniem.

***

Zacisnął zęby, zamknął oczy. Powietrze wypełniło płuca. Ja albo świat, świat albo ja! Ostatnie doznanie, chaos gwałtownego umierania i spokój lodowego stalaktytu. Ostry i precyzyjny.

***

Wojna przyniosła odmianę. Nie na tyle gwałtowną by musiał chwycić za miecz, ale wyczuwalną. Doświadczał wydarzeń o niespodziewanej intensywności. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu się znaleźć w progach świątyni Dakiniten, prowadząc bezładne grupy, w które zbite zostały resztki służby rodu Tanada – ci zbyt młodzi lub za starzy, by unieść broń. Wątpliwości nie zniknęły nawet na chwilę.

Zrozumiał, że traktaty kłamały – wieczysty pokój między ludźmi nie istniał nigdzie poza stronicami obłudnie mądrych ksiąg. Bogowie? Odwrócili wzrok ku wojnie. Zadrżał na myśl o zawierusze tak gwałtownej, że nawet stal mieczy kutych dla rodu Tanada nie stanowiła przeszkody. Wszyscy, których znał, wybrali walkę. Ucisk na wysokości klatki piersiowej stał się nieprzyjemnie ostry. Nogi zaprowadziły go na wąską ścieżkę wykutą w ścianie jaskiń pod piwnicami świątyni. Zapragnął wrócić do tego, co znane, chociaż na chwilę. Padł na kolana i zamknął oczy – życie ustało w ciszy.

Blady świt osuszył perlący się na czole pot, dotyk odpędził koszmarne sny. Młodszy z rodu Tanada otworzył oczy. Po raz pierwszy od dawna – w jaskini pod świątynią Bogini Kannon – panował zwyczajny spokój. Woda płynęła swoim rytmem, tym samym od stuleci. Wziął głęboki oddech, starając się siłą umysłu pokroić kroplę wody na ćwiartki. Poniósł klęskę. Wypuścił powietrze, wracał do ciała – kolana bolały jak po wyjątkowo intensywnej dawce treningu, katana ciążyła przy boku. Nie musiał sprawdzać. Miał pewność. Samotność wojownika dobiegła końca, nastąpiło połączenie – ciało, energia i klinga spotkały się w jedności.

***

Stan, o którym śnił całe życie, dążył ku niemu. Biegł pół kroku za wolny, pozwalał umknąć zrozumieniu, na jedno uderzenie serca przed otwarciem oczu. Budził się z krzykiem. Tanada wyprostował się. Wciągnął mroźne powietrze do płuc.
Świeżość. Spokój zrozumienia. Będzie zabijał. Poniesie śmierć bez cienia lęku. Wojna załomotała do bram prowincji. On – Tanada – unikał przelewania krwi zbyt długo. Jasność skrystalizowała się nagle i bez ostrzeżenia. Ściana lodu nie pyta czy zdoła zatrzymać pożogę. Robi to.

Cisza była jak pocałunek kobiety, której nigdy nie zaznał. Łapczywa, gęsta, pełna uroku. Cisza była ukojeniem. Wyraźnie czuł bliskość śmierci, która jako jedyna zatrzymała na nim wzrok. Gotów był służyć. Istniał, by podziwiać z odległości wielu kroków tajemniczą piękność o włosach sięgających ramion – dosiadającą białego lisa, jak jeździec dosiada swego wierzchowca. Gotów był gonić, nie ruszywszy się z miejsca. Bardziej czuł niż rozumiał, że ni mara, ni kobieta nie stanowi dla niego śmiertelnie pożądliwego niebezpieczeństwa. W końcu w swej prawicy dzierżyła miecz; żaden męski szermierz nie dotrzymywał jej kroku.

Tanada zadrżał. Jęknął. Raz zwilżyć język! Dać ponieść się pragnieniu jak bezwolny liść na wietrze. Oblizał górną wargę. Wysunął język, zdecydowany złożyć w ofierze całego siebie. Tak niewiele, a jednak wszystko. Należał do niej w każdym śnie, niewypowiedzianej na głos myśli, złudzeniu. Rozpacz i pożądanie spotkały się ze sobą. Krew na nim należała do wroga, stygła na śniegu; krew w nim wrzała. Czerpał z tego źródła, chłonąc chwilę przyjemności. Należącej tylko do niego rozkoszy, krążącej po ciele, zdolnej spopielić go od środka. Posiąść i dosiąść – opleść, poprowadzić na skraj szaleństwa. Tanada DOŚWIADCZAŁ z całą mocą po raz pierwszy.

***

Gotów był wykrzyczeć własne ostatnie życzenie, tak by nikt nie usłyszał. Nyoi Hōju miał moc spełniania najskrytszych pragnień. Na jedno uderzenie serca otworzył usta, pragnął odłożyć broń, przemówić, zostać dla niej kimś innym. Słowa nie przyszły na pomoc.

***

Szarpnięcie bólu w chromiej nodze osadziło go na powrót wśród doczesnych szczątków wojowników, którzy nie sprostali mu na ubitej ziemi. Oddychał spazmatycznie. Piękność dosiadająca mądrego białego lisa rozpłynęła się we mgle umysłu. Zły demon? Demon pozostawiający po sobie sztywność członków? Co było bardziej rzeczywiste – on czy ona?

Jednak on. Chwile triumfu zmącił charkot jakiegoś starego przeciwnika. Partnera w rozruchu. Zezowate oko Tanady odnalazło wypukłość gardła. Mała kula wykonywała ruch: góra, dół, góra. Widział człowieka, nie samuraja; miał łaskę w ręku – ostatni sztylet.

– Mamo… Mamo… Pomóż, proszę.

Żałosne. Myśl cięła jak błyskawica. Ręka działała sama, prowadzona nawykiem, najlepszym, wyćwiczonym. Rozpruł gardło ostatniego żywego, żegnając go krótko:
– Zdychaj.

***

Stanął. Wywyższył się ku górze. Osiągnął pełnię możliwości. Poczuł TEN dreszcz. Nie do pomylenia.

– Zimno tu, rozgrzałbym się – mruknął do siebie, chowając sztylet do pochwy. Nikt go nie słyszał.

Został sam.

¹ Nyoi Hōju – w buddyzmie i ikonografii japońskiej „klejnot spełniający życzenia”, symbol duchowej mocy, oświecenia oraz nadprzyrodzonej energii, często przedstawiany w sztuce buddyjskiej i związany z postaciami bodhisattwów.

 


 

Źródło: pexels.com

MRT_Greg (40% Waszych głosów)

“Dziwny jest niedźwiedzi ród, że tak bardzo lubi miód”

KP

* * *

– Misiu…?

– Uhm?

– A ty mnie kochasz jeszcze?

– Uhm.

– Bardzo, bardzo czy tak se?

– Yh…

– W połowie stycznia jadę na dwa tygodnie do mamy.

– Ok.

– Słuchasz mnie?

– Mmm.

– Misiek! – wrzasnęła mi prosto do ucha.

Drgnąłem przestraszony.

– Co jest?

– W ogóle mnie nie słuchasz!

– Słucham.

– To o co pytałam?

– Czy cię kocham.

– A potem?

– Czy na pewno.

– A potem?

– Że jedziesz do mamusi.

Nie musiałem otwierać oczu, by widzieć grymas na jej twarzy. Myślała, że jej nie słucham. Ha!

– I zgadzasz się?

– Uhm.

– Świetnie.

Odwróciła się tyłem do mnie, przykładając głowę do poduszki. Przez chwilę bezmyślnie leżałem, zadowolony, że nie dałem się zagiąć. Taki niezmącony niczym spokój. Zupełnie jakby… Zmarszczyłem brwi. Gdy dotarła do mnie faktyczna treść, poirytowany uniosłem się na łokciu.

– Zaraz, zaraz… Na TE dwa tygodnie?

– Mmm.

– No, ale to są ferie!

– Yhy.

– No to nie możesz wtedy jechać!

– Uhm.

– Żadne “uhm”! Nie możesz mnie wtedy zostawić samego!

Westchnęła z aż nadto wyraźną, kobiecą, ponad miarę wkurwiającą satysfakcją, a potem dodała cicho:

– Oboje dobrze wiemy, że nie będziesz sam.

– Nie…

– Tak, tak…

Zagotowałem się.

– Ty wredna suko – mruknąłem cicho.

Spojrzałem w bok. Jej sylwetka była ledwie widoczna w mroku nocy.

Z babami to zawsze tak jest. Poględzi, pomarudzi, wyżali wieczorną litanią przemyśleń i analiz, utyskując na wszystko dookoła, po czym niepostrzeżenie wrzuci coś mimochodem a ty nieświadomie przytakniesz. I, kurwa, pozamiatane! A! I jeszcze na koniec zrobi te swoje maślane oczka i wyszepcze do ucha:

– Zimno mi, przytul mnie.

Kurwa mać!

O jedno „uhm” za dużo.

Nie wiem, czy była w pełni świadoma tego, że po takiej chamskiej zagrywce odwracanie się do mnie tyłem nie jest dobrym pomysłem. Mi też kochanie. Rozgrzałbym się.

Jęknęła, gdy opasałem i przycisnąłem ją do siebie ramieniem. Drogę do jej gorącego gniazdka znalazłem bez problemu, choć próbowała się bronić, zaciskając uda. To mnie jednak jeszcze bardziej podnieciło. Wziąć sukę siłą. Zasłużyła sobie. Usiłowała się odwrócić, ale wcisnąłem jej twarz w poduszkę, tłumiąc wzbierające przekleństwa. Szarpnęła się. To ci nic, kochanie, nie pomoże. Choć latka już u mnie nie te, a ona – wzorem współczesnych mamusiek – chodziła regularnie na siłownię, jogę, pilatesy i inne chuje-muje, dzikie węże, nadal byłem silniejszy.

Położyłem się na niej, wciskając kolana między nogi. Jeszcze chwilę się broniła, tracąc czas na wyswobodzenie się, zamiast na odzyskanie oddechu. Gdy zrozumiała błąd, było już za późno. Opadła z sił i oddała całe pole.

Masz, suko, wyjazd do mamusi!

* * *

Cóż. Nie ma co owijać w bawełnę. To było dwanaście za-je-bis-tych dni, które spędziłem w towarzystwie Alicji i Dorotki; dwóch przecudownych i seksownych panienek. Wypasiony górski hotel z widokiem na panoramę Tatr, baseny, sauny, szmery, bajery, disco do rana. Ja pierdolę! Nie pamiętałem już, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłem. Prawie dwa tygodnie swobody i luzu, którego szczególnie mi w ostatnich latach brakowało.

Wykupiliśmy opcję all inclusive, więc codziennie mogliśmy wybierać w posiłkach, co tylko chcieliśmy. Drineczki w basenie, wieczorny lobby bar, bingo, bilard… wszystko free. Był nawet karnet na stok narciarski, z którego dziewczyny skwapliwie korzystały. Mnie też zmusiły do zapięcia nart. Co za pojeb wymyślił ten sport?! No, kurwa, trzeba mieć mocno posrane w głowie, żeby przymocować sobie sztachety do nóg i zjeżdżać na nich po śniegu. W dodatku najpierw trzeba było wjechać na górę kolejką linową. Nie żebym się bał. Nie no, kurwa, ja? Po prostu… odczuwam lekki dyskomfort w trakcie podróży nad przepaścią pełną głazów, w metalowej ławeczce, zawieszonej na cienkiej lince! Potem wybierałem już tylko orczyk. Bezpiecznie, na ziemi, można było jeszcze zapalić po drodze, obserwując przy okazji popierdoleńców śmigających po stoku.

Po aktywnym poranku, popołudnie spędzaliśmy leniwie w gorącej wodzie, delektując się ożywczym chłodem na tych częściach ciała, które nie były zanurzone. Basen bowiem oferował możliwość kąpania także na zewnątrz. Woda o temperaturze dwudziestu kilku stopni na kilkunastostopniowym mrozie niemalże parzyła. Ale te widoki! Po prostu idylla; skąpe bikini, suteczki odciskające się w śliskim materiale, zgrabne półnagie ciałka. Uśmiechy, flirty, mruczenie, dziewczęcy śmiech… Cud, miód i orzeszki.

Wodny park oferował we wnętrzach budynku szalone rynny, na których pobijaliśmy rekordy czasu zjazdu. W trakcie pobytu tak wyśrubowaliśmy wyniki, że nie było na nas chuja bata. Graliśmy też w wodną siatkówkę. I to akurat fajny sport. Drużyny były mieszane. Dziewczyny młode, zdrowe, wesołe… Wyskakując z wody materiał nie zawsze zakrywał im co trzeba, więc się człek napatrzył za wszystkie czasy. Szybko wyczailiśmy z poznanym na miejscu towarzystwem, że tuż przed dwudziestą drugą z basenów znikają rodzinki z maluchami. Od tej pory rozgrywki toczyły się w stroju topless.

Po całym dniu aktywności człek potrzebował chwili wytchnienia, lecz w towarzystwie nastolatek to niemożliwe. Miały niewyczerpane pokłady energii a ja w dodatku byłem jeden. Na dwie! Całe szczęście wieczorne sesje kąpielowo-maseczkowe trwały wystarczająco długo, bym mógł choć przez chwilę spokojnie poleżeć. Moja sjesta była jeszcze dłuższa w weekendy, przed potańcówką.

Jak sięgałem pamięcią, sobotnie hotelowe dyskoteki zawsze były doskonałą okazją do rozpięcia rozporka. Swobodne spodnie, biała koszulka, dająca zajebisty pobłysk w ultrafiolecie, wygodne buty, odpowiednio miękkie do tańczenia i wystarczająco twarde do kopania.

Dziewczyny też odpicowały się jak trza. Delikatny makijaż, pazurki, pantofelki, minispódniczki i krótkie koszulki. No… trochę zbyt krótkie, ale ujdzie. Czułem, że po pierwszej małpce przestanę na to zwracać uwagę.

Nieopatrznie – i jak się potem okazało, całkiem słusznie – wspomnieliśmy o zamiarach w lobby barze. Barman doradził rezerwację stolika. Zgrzyt. Kiedyś po prostu się wbijało na salę i zajmowało co wolne albo podrygiwało przy kontuarze.

Przemieszczając się łącznikiem między skrzydłami budynku, zauważyłem, że na parkingu pojawiło się sporo błyszczących fur. Głównie stolyca i Kraków. Ha! Nowobogackie towarzystwo, ubrane jak z żurnala, przylizane łby, złote okulary, łańcuchy na szyi i nieodmienny kolczyk w uchu. Ja pierdolę – kwiat rycerstwa dwóch odwiecznie zwaśnionych grodów. A jak do tego dojdzie alkohol i fajki? Z doświadczenia wiedziałem, że może się skończyć niezłą zadymą; drobne nieporozumienia, wyzwiska, kotłowanina między atrium a salą, “co, kurwa, fikasz koleś?!”, “no chodź, kurwa!”…

Jakie było moje zaskoczenie, gdy wchodząc na salę, ujrzałem tych ciuli siedzących razem, popijających kolorowe drineczki i rozmawiających o jakichś cosplejach, planszówkach i klockach LEGO!

Wytapetowane panienki, chude jak szczypiorek, z cyckami wielkości jajka sadzonego i opalone na solarkach mięśniaki w dwa numery za ciasnych koszulkach. W rękach komóry i rozmowy typu: “patrz tutaj, wysyłam ci na insta”.

Co to, kurwa, jest? Wycieczka z technikum?!

Usiedliśmy trochę niepewni i po chwili pojawiła się kelnerka. Po chuj?! Toć po to się idzie do baru, żeby po drodze obczaić klientelę, poflirtować z babeczkami przy kontuarze i zagadać do barmana. Ech… wziąłem U-Boota, a dziewczynom mocne short drinki z wiśniówką. Popijając alkohol, rozmawialiśmy o innych wspólnych zabawach i potańcówkach. Opowiadałem im też o moich dawnych kumplach i imprezach. Śmiały się ze mnie, gdy mówiłem w jakich rozpierduchach brałem udział.

– “Gdy rękę trzymałem na twoim kolanie…” – zanuciłem, mrugając do Alicji. Moja dłoń dotąd leżąca na jej udzie, przesunęła się nieco w górę, podwijając lekko brzeg spódniczki.

Dziewczyna pokręciła trochę pupą i uśmiechnęła się do mnie filuternie. Dorotka taksowała chłopaków siedzących nieopodal. Rzuciłem na nich spojrzeniem i westchnąłem z niesmakiem. Choć… może to i lepiej. Pizduś jeden z drugim nie podskoczy, a jak będzie szczekać, to w ryj dostanie, że się kopytami nakryje.

Muzyka pozostawiała wiele do życzenia, na szczęście solidny bas nadrabiał braki. Po wyjściu na parkiet, podrygiwaliśmy jak wszyscy wokół, starając się złapać własny rytm. Ale i tak było sztywno jak na stypie u wujka Mietka. Dopiero przed północą DJ rzucił szlagierem. Już przy pierwszych nutach lambady znaleźliśmy się na środku sali tanecznej. Chwilę ocieraliśmy się udami, by zaraz dziewczyny wzięły mnie między siebie, tworząc znaną stonogę. Rozjebaliśmy tym parkiet. Przez moment wszyscy nam się przyglądali, by po chwili – zachęceni przez moje dziewczyny – dołączyć do korowodu. Niektórzy dochodzili z tyłu, niektórzy wciskali między nas, tak że wkrótce moje dziewczyny były daleko ode mnie.

Niczym na weselu “jedzie pociąg z daleka”, tylko zdecydowanie bliżej siebie, utworzyliśmy prawdziwego węża.

W pewnym momencie jakaś lala w kusej, złotej spódniczce wcisnęła się przede mnie. Pchnęła dupą w krocze i sięgnęła ręką do rozporka. Mrr… Jak za dawnych czasów. W rytmicznym pulsie tańca ocierałem twardego kutasa o jej pośladki, podczas gdy dłonią masowałem cipkę. Drugą ręką ściskałem cycka. A dj niestrudzenie przedłużał utwór, jakby wyczuwając, co się dzieje na sali. Spocona niunia stanęła na palcach, ja zaś ugiąłem lekko nogi i po chwili byłem w jej cieplutkim i miękkim wnętrzu. Karkołomna pozycja, bo prócz posuwania dupeczki trza było posuwać się w tańcu. Skończyła się lamba, ale dj poczuł ton i wrzucił jeszcze “chiki chiki ta”. I to rozumiem! To był idealny rytm na solidne dupczenie.

Skończyliśmy przy ścianie, z dala od wścibskich oczu. Dziewczyna wyczuła ostatnie pchnięcia, bo szybko klęknęła i wzięła mnie do ust. Szarpnęła się, gdy w trakcie orgazmu przytrzymałem jej głowę. Łykaj laleczko! Po chwili wstała, uśmiechnęła się, dała mi całusa w policzek, po czym odeszła, kręcąc pupą. Ale jak to? Patrzyłem za nią zdezorientowany. Tak bez “spotkamy się jeszcze?”, “zadzwoń”, “fajny jesteś”?

Gdy wróciłem do stolika, Dorotka rozmawiała z jakimś przylizańcem, co chwila pokazując mu coś na telefonie. Widać było, że świetnie się bawią. Zajebiście, kurwa. Przyszliśmy na dyskotekę, żeby se klikali w smartfony. Alicja tymczasem obściskiwała się z jakimś rozczochranym fagasem w koszulce z azjatyckim napisem. Nie zważając na moją wyraźną irytację, pozwalała by badał językiem jej migdałki.

Rozsiadłem się wygodniej, rzucając spojrzeniem spod wpół przymkniętych powiek w stronę zajętej sobą pary. Ciapciak głaskał ją po ramieniu, by po chwili – niby, kurwa, przypadkiem! – musnąć dół piersi, wyzierającej spod kusej koszulki z wyzywającym napisem “yes, daddy!” Wstrętna kusicielka!

Drgnąłem, gdy jego ręka wylądowała na jej udzie. A gdy przesunął ją wyżej, rzuciłem ostrzegawcze: Eeej!

Kudłaty przerwał lizanie i popatrzył na mnie nieco niepewnie. Odpowiedziałem mu twardym spojrzeniem. Skulił się jakby.

– Weź daj spokój, nic nie robimy – rzuciła lekko poirytowana Alicja, przyciągając rękę chłopaka do swojego brzuszka.

– Zgadza się. I nic nie zrobicie.

– To się okaże! – odszczeknęła się z wyraźną hardością w głosie.

Reszta dyskoteki upłynęła już zdecydowanie mniej fajnie. Towarzystwo wokół zamknięte było w swoich enklawach i mimo iż na parkiecie było tłoczno, dało się wyczuć brak tego klimatu sprzed lat. Na moment zapachniało marysią, ale zaraz potem woń rozwiała się wraz z wyproszonym grzecznie gościem. Gdy wyszedłem na papierosa, na zewnątrz stała grupka młodych ludzi, zaciągających się nikotynową parą wodną. Mieszanka wanilii, lawendy i zielonego jabłuszka. Jak w jakiejś pierdolonej perfumerii.

Dyskoteka skończyła się o drugiej w nocy. Moje towarzyszki już wcześniej gdzieś zniknęły, więc powlokłem się samotnie do naszego apartamentu. Okazało się, że Dorotka pochrapywała już smacznie w swoim łóżku. Sama. Nogami obejmowała kołdrę. Wyciągnąłem ją delikatnie i przykryłem, by nie zmarzła w nocy.

Z balkonu usłyszałem skrzypnięcie krzesła. Otworzyłem najciszej jak mogłem i wyszedłem w chłód nocy, zamykając za sobą drzwi. Alicja pospiesznie zdusiła papierosa na talerzyku i, pstrykając petem w mrok, odwróciła speszona wzrok ku górskiemu masywowi.

– Jakbym nie wiedział, że popalasz.

– Przepraszam.

– Spoko. Nie jesteś małym dzieckiem. Wiesz już, czym to grozi.

– Ty też.

– Yhy.

– Więc czemu nie rzucisz?

– To nie takie proste.

– A prostsze jest potem leczenie?

Kiwnąłem głową zakłopotany. Oczywiście miała rację. Próbowałem zresztą już kilka razy. Nic z tego. Codzienny stres też nie pomagał.

Milczeliśmy chwilę.

– Myślałem, że tę noc spędzisz gdzie indziej – rzuciłem niby od niechcenia.

– Daj spokój.

– Tak źle? – roześmiałem się.

– Nawet nie pytaj.

– No co? Powiedz.

Westchnęła.

– Jakby to… no… dotarł do mety, nim jeszcze wystartował.

Ryknąłem głośniej, nie zważając na ciszę nocną.

– To nie jest śmieszne – udała obrażoną.

– Bardzo śmieszne – odparłem jej na przekór, po czym objąłem ramieniem. – Chodź już do łóżka.

W pokoju obserwowałem ją, gdy bez zażenowania przebierała się w piżamę. Przytuliliśmy się. Mimo chłodu w pokoju, była ciepła i pachniała tą cudowną wonią młodej, podnieconej dziewczyny.

– W głowie mi szumi – rzuciła mimochodem, gdy okrywałem ją kołdrą.

– Przynieść ci miskę?

– Wypchaj się!

* * *

Siedziałem przed telewizorem, oglądając mecz naszych siatkarzy. Z pokoju dzieciaków dochodziły odgłosy klawiatury i przytłumionych rozmów, gdy przysiadła koło mnie z pudełkiem popcornu i słoiczkiem ogórków kiszonych. Wróciła wcześniej od matki, tak by przywitać nas domowym rosołkiem.

Zerknąłem na frykasy, które ustawiła na stoliku przed nami.

– Ciekawy zestaw – mruknąłem zaskoczony.

– No wiesz… – Spojrzała mi w oczy. – Takie mam ostatnio zachcianki.

– Uhm. Zachcianki. – Uśmiechnąłem się.

Nadal wpatrywała się we mnie. Dosłownie gapiła jak jakiś kamienny posąg. Nawet okiem nie mrugnęła. Gdy w końcu zrozumiałem, w czym rzecz, uśmiech momentalnie spełzł mi z twarzy.

– Nie…

– Tak…

Zamknąłem powieki, starając się choć przez moment nie myśleć o tym co mnie – znowu – kurwa – czeka!

Otworzyłem oczy, kiwnąłem głową, wziąłem głęboki oddech, po czym zwinąłem dłonie w trąbkę i zawołałem:

– Dziewczyny! Zbiórka rodzinna!

Wyszły leniwie ze swoich pokoi i stanęły w progu salonu. Wskazałem im fotele naprzeciwko.

– Rozwodzicie się? – spytała Dorotka z dezaprobatą w głosie.

– Nie! – Zaprzeczyliśmy równocześnie.

– To o co chodzi? – Alicja rozłożyła ręce.

– Będziecie miały braciszka – rzuciłem bez ogródek.

– Siostrzyczkę – mruknęła cicho Marysia, uciekając w bok wzrokiem.

Kurwa mać!

 


 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Ja przepraszam, ale jestem tu nowy. Pytam jurorów pojedynku: Czy Miniatura nr 2 nie musi zawierać zadanej frazy „Zimno tu, rozgrzałbym się”? Jeśli jej nie zawiera, czy to ją dyskwalifikuje, czy nie?

W miniaturze 2 fraza „Zimno tu, rozgrzałbym się” została rozbita na dwa zdania, pojawiające się w dwóch akapitach. Muszę przyznać, że to dość pomysłowe rozwiązanie.

Obydwa teksty ciekawe, a przecież tak bardzo różne. Erotyka w pierwszym lekko zaznaczona, w drugim zajmuje centralne miejsce. Swojego głosu na razie nie zdradzę.

Tompie, jeśli Autor pierwszego tekstu będzie kontynuował w tym klimacie, będziemy mieć niebawem konkurencję dla Twoich Dróg Japonii 🙂

Pozdrawiam
M.A.

W dwóch ODLEGŁYCH akapitach. W dodatku druga część oddana (z niezrozumiałych dla mnie powodów) kursywą. Bardziej rozbić związku narracyjnego chyba się nie dało.
Skoro, Megasie, zapatrywania jury na odstępstwo formalne mi wyjaśniłeś, to zapytam o Twój stosunek do grubych (jak jelito) aluzji w Miniaturze nr 2 do kazirodztwa i pedofilii. Zapamiętałem, że na wygląd twarzy UBRANEJ dziewczyny byłeś niedawno bardzo wyczulony, orzekając autorytatywnie, że „nieletniej jako ilustracji nie dopuścisz”.

Wyjaśniłem? Nic mi nie wiadomo o to bym był w jury, ani by takie ciało w ogóle istniało. Po to jest głosowanie pod miniaturami, by wszyscy Czytelnicy mogli partycypować w wyborze lepszego utworu.

Też mnie pewne fragmenty miniatury 2 zastanowiły. Kiedy po zakończonym głosowaniu jej Autor zostanie ujawniony, będziesz mógł zadać mu pytania bezpośrednio. Nie mam zamiaru odgrywać tu roli głuchego telefonu (tym bardziej, że nie mam stuprocentowej pewności, kto napisał który utwór).

Pozdrawiam
M.A.

Przepraszam za zaistniałą pomyłkę. Zwracałem się do jury, jakiegoś grona sędziów lub arbitra, jacy są w każdym sporcie, i odpowiedziałeś Ty.
Teraz jeszcze mniej rozumiem z całej tej „zabawy”. Resztę tej wypowiedzi piszę w prywatnym mejlu.

Gwoli wyjaśnienia :
– istotnie zabieg rozbicia frazy był celowy. Niestety niecelowa (a wręcz nieopaczna) była kursywa.
– odnośnie milostek rodzicielskich; ani razu nie ma tam sytuacji, w której dochodziłoby do pedofilii lub kazirodztwa. Jest zabawa słowem a nadinterpretacja leży już po stronie czytającego.

Koleś z drugiego opowiadania to jakiś wariat. Najpierw gwałci żonę, za to, że postanawia wyjechać na ferie do rodziców, potem przystawia się do własnych córek, a na końcu posuwa jakąś nowopoznaną MILFkę na parkiecie dyskoteki… nawet nie wiem, co o tym myśleć, kopara mi opadła 🙂

Nie przystawia! To gra :)) Ojca i córek, które doskonale wiedzą, jak nim manipulować. A ten „wariat” jest faktycznie nieco bardziej wyluzowany :p

Trudno jest wybierać między tak drastycznie różnorodnymi opowiadaniami. Łącząca je nić, która stała się kanwą pojedynku zdaje mi się nadzwyczaj wątła.

W pierwszym mamy samuraja prawiczka przelewającego krew i w ostatniej godzinie życia fantazjującego o jakieś kobiecie ujeżdżającej lisa, w drugim seksualnego drapieżcę, który ani żonie, ani turystce nie przepuści, a nawet wobec córek zachowuje się co najmniej dziwnie.

Pierwszy bohater to ucieleśniony obowiązek, spętany tradycją i poczuciem tego, co właściwe, drugi – ucieleśniona rozpusta, praktycznie wolna od świadomości konsekwencji. Wybór między tymi skrajnościami jest autentycznie ciężki.

Z Gregiem przegrać to jak wygrać! Gratuluje zwycięzcy. Faktycznie, różnica między dwoma opowiadaniami nie mogła być większa. Mało tego, zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo za oknem zimno zastąpiło słońce. Fajna sprawa, wrócić do pisania.
Kłaniam się,
Lis

Coś Ci się popierdzieliło kolego. Wygrałeś. To ja Tobie gratuluję. Co pokazuje, który z nas nie powinien wracać do pisania.

Zdecydowanie obaj powinniście wrócić! 🙂

Zgadzam się z Anią! Powyższe teksty pokazują, że potrzebujemy Was obu 🙂

Pozdrawiam
M.A.

A gdyby kogoś bardziej interesowało, skąd taka tematyka, to zapraszam do utworów, które stanowią formę wyjściową niniejszego 😉
Dzidzia (MRT_Greg) https://share.google/ETJxYP8eqITCZGEAR
Dzidzia II (MRT_Greg) https://share.google/vnKwHEktqoNXr32XM

Gratulacje dla zwycięzcy!

Bez względu na wynik rywalizacji uważam, że największymi wygranymi jesteśmy my, czytelnicy, bo powstały dwa bardzo ciekawe opowiadania.

Osobiście głosowałam na 1.

Leave a Comment