
Ilustracja: Tomp
Shirakawa była małą i odległą od innych wioską. Tak małą, że wszyscy znali wszystkich i to nie tylko z wioski, ale z całego świata. Bo świat składał się z Shirakawy, Ushikubi, Hakusanu i Amou. Gdzieś podobno była Arude, ale nie można ufać kilku wiekowym starcom i jednemu kupcowi, którzy podobno kiedyś tam byli. Tym bardziej że ów kupiec, gdy kolejny raz do tej rzekomej Arude wyjechał, już nie wrócił. Gdzieś daleko był jakiś daimyō, który co roku przysyłał bushi z wozami, na które ładowano ryż zabrany każdej rodzinie. Niedużo, bo wszyscy wiedzieli, jak go przed nimi chować. Czasem spoza świata pojawiali się inni przybysze, ale każdy był rzadką i ciekawą odmianą, o której pamiętano miesiącami. Potem zapominano, bo były ważniejsze sprawy, które zaprzątały głowy wieśniaków: ulewy, susze, ostre zimy czy plagi szkodników.
Tak więc Minako, jak wszyscy z Shirakawy, którzy akurat nie byli na polach, wybiegła z chaty zobaczyć, kto ich tym razem odwiedza. A było na co patrzeć i co podziwiać.
Na pierwszym wierzchowcu, który sam w sobie jest rzadkim i pięknym zwierzęciem – w wiosce nie było żadnego konia, a co dopiero tak przystrojonego – siedziała ojō‑sama.
Za nią podążały kolejne – skąd się wzięło tyle koni! – bogate damy w otoczeniu kilkunastu bushi. Ich stroje też zachwycały – Minako nie widziała takich nigdy – a bushi mieli kataginy z haftem lisa. Za nimi jechały dwa wozy powożone również przez kobiety. Już nie tak pięknie odziane, jak te na koniach, ale i tak strój każdej z nich był droższy niż odzież kogokolwiek ze wsi. Pominąwszy fakt, że kimona wszystkich wieśniaków leżały teraz w skrzyniach. Latem niszczyłyby się niepotrzebnie, a że na polu i w obejściu rękawy są tylko przeszkodą, więc i Minako, jak wszyscy w jej wsi, kobiety i mężczyźni, pracowała w samej spódnicy.
Wzdłuż drogi przesuwało się olśniewające bogactwo. Nigdy takiego orszaku tu nie widziano. Czy to boginie zaszczyciły Shirakawę swoją obecnością? Szkoda, że nie można się w nie wpatrywać, bo wychowanie nakazuje skłon i wzrok wbity w ziemię. Musi dziewczynie wystarczyć to, co już ujrzała z daleka. I wystarczy; na lata wystarczy. Co najwyżej jeszcze zerknie na te z wozów, jak ją miną…
Bardziej wyczuła, niż ujrzała, że wierzchowiec niosący najpiękniej odzianą damę stanął akurat blisko niej. Natychmiast podjechał jeden z bushi, zeskoczył z konia, klepnął ją w ramię i rozkazał:
– Podnieś głowę i stań prosto.
Bushi miał glos kobiety!
Spełniła nakaz, ale wzroku nie uniosła. Tak została wychowana; wiedziała, że patrzenie wprost jest wyrazem gburowatości. Jednak on, czy też ona, złapał ją za włosy i odgiął kark, przekrzywiając twarz ku górze, więc jedyne, co mogła zrobić, to zamknąć oczy.
– Popatrz na mnie – rozkazała ojō‑sama z wysokości konia, więc Minako wykonała polecenie. Gdzieżby śmiała się sprzeciwić! Tym bardziej że teraz wolno było jej patrzeć na piękną damę. I to zupełnie z bliska!
Takiego wspaniałego kimona Minako nie oglądała nawet w snach! Ależ było gładkie! Tak ciemne, że niemal czarne, a mimo to świeciło słonecznym poblaskiem. W talii przecinało je złociste obi. Włosy, upięte wyżej niż u bushi, lśniły.
– Czyjaś ty? Jak cię zwą? – usłyszała pytanie damy.
– Minako, onna‑sama. Jestem córką Ienao.
– Gdzie ojciec?
– W polu, onna‑sama.
– Jedź po niego – rozkazała dama najbliższemu konnemu bushi, a potem spytała Minako: – Masz siostry? Przywołaj wszystkie.
Spojrzała dookoła, ale nie musiała wołać. Cała wioska z wyjątkiem mężczyzn doglądających odleglejszych pól zgromadziła się przy drodze, więc i obie jej siostry. Słyszały polecenie i wnet podbiegły.
Nieznana dama omiotła je spojrzeniem, ale nie trwało długo, jak znów obróciła wzrok na Minako, a potem spytała najbliższej z konnych dam:
– Co o niej sądzisz, Akemi‑san?
Dama w cynobrowym kimonie, srebrzystym obi i odzianych stopach zeskoczyła na ziemię i kazała Minako rozebrać się do naga. Wglądnęła w uszy, obejrzała ją zewsząd, obmacała i zapytała:
– Ile masz lat?
– Dwanaście, Akemi‑sama.
– A za trzy wiosny ile będziesz miała?
Tu już dziewczyna musiała się zastanowić. Początkowo chciała wspomóc się palcami, żeby się nie pomylić, ale rachunek był dość prosty.
– Piętnaście, Akemi‑sama.
– Zaśpiewaj.
– Co mam zaśpiewać, Akemi‑sama? – spytała Minako. Żądanie ją zdziwiło. W ogóle była tym wszystkim mocno zdezorientowana i trochę zawstydzona. Nie tyle nagością wobec całej wsi, choć wiedziała, że szczególnie chłopcy będą odtąd z niej żartować, ile tym, co przypominało jej kupno kozy, którego była kiedyś świadkiem: oglądaniem ze wszystkich stron, również pod włosami w kroku, i macaniem.
– Cokolwiek.
Zanuciła komoriutę, którą usypiała młodsze rodzeństwo.
Damie śpiew widać się spodobał, bo obróciwszy głowę ku tej ważniejszej, orzekła krótko:
– Nada się, o‑Tadauji.
Teraz już wszyscy tylko stali, czekając na ojca Minako, a ona mogła do woli patrzeć na piękne kimona i konie.
W końcu ojciec dobiegł. Gdy zdyszany z wysiłku padł w głębokim skłonie przed czarno-złotą damą na kolana, ta wskazała na cynobrową, która przemówiła:
– Ienao‑san, w Kioto, gdzie cesarz ma pałac, mam dom uciech w Shimabara, dzielnicy rozkoszy. Odwiedzają go najbogatsi mężczyźni i dworacy, a moje dziewczęta są przez nich obsypywane podarkami i cieszą się powszechnym szacunkiem. Jeśli twoja córka, Minako‑chan, pojedzie ze mną, jej los będzie podobny. Po kilku latach nauki stanie się uwielbianą przez wielu kurtyzaną i będzie błogosławić swego ojca, że mi ją oddał. Czy wyrazisz na to zgodę, Ienao‑san?
– O onna‑sama…
– Otōsan, ta onna‑sama nazywa się Akemi‑sama – wtrąciła się Minako.
Zgromiona pełnym wyrzutu ojcowskim spojrzeniem poniewczasie przypomniała sobie nauki matki, że nie tylko ojcu, ale żadnemu mężczyźnie nie wolno przerywać, gdy mówi, i zarumieniła się ze wstydu. Twarzy jednak nie pochyliła ani wzroku nie opuściła. Wszak nikt jej tego nie nakazał, a wciąż pamiętała, że ma patrzeć na damę. Musi zapamiętać jej cudne kimono do końca życia… Chyba że ojciec… Nie, to już byłoby szczęście ponad miarę! Że się zgodzi, by pojechała z orszakiem i… A co to znaczy „kurtyzana”? Nieważne! Przecież jeśli będzie w domu tej ojō‑sama, to będzie mieszkała w przepychu! To, czyj jest dom, w którym się żyje, nie ma przecież znaczenia…
Czy takie szczęście jest w ogóle możliwe?
– O Akemi‑sama, wybacz mojej córce brak wychowania. Jest krnąbrna i nie darzy ojca należnym szacunkiem. Twoja propozycja jest wielkoduszna, onna‑sama. Jednak nawet tak źle wychowana córka jest pomocą w domu i na polu. Zajmuje się młodszym rodzeństwem, umie uprawiać ogród, przyrządzać nasze skromne jedzenie i ma palce zręczne do tkania. Utrata jej odbiłaby się wielce niekorzystnie na mojej rodzinie.
– Może byłabym skłonna wyrównać ci tę stratę, Ienao‑san. Na ile ryżu ją cenisz?
Minako zdjęła wzrok z damy i na krótką chwilę przeniosła go na ojca, który coś ostentacyjnie liczył, przebierając palcami. Czyżby rzeczywiście miał się zgodzić? Wskazywała na to nieoczekiwana wzmianka na temat tkania. W jej rodzinie nikt nie tkał, bo nie uprawiali konopi. „O, o‑Inari‑sama” – westchnęła modlitewnie do boga ryżu i wszelkiego szczęścia. „Spraw, by ojciec nie obraził Akemi‑sama, wyceniwszy mnie ponad miarę”.
Po chwili Ienao przestał ruszać palcami i odrzekł:
– Jest młoda i długo jeszcze pożyje, a więc długo będzie pracować. Na pewno jest warta więcej niż trzy koku ryżu.
Minako z jednej strony poczuła się dumna, że okazała się tak wartościowa, a z drugiej – zasmuciła się. Taka cena oznaczała dla niej utratę nadziei.
– Zwariowałeś!? – krzyknęła dama. – Za dwa koku mogę kupić silnego mężczyznę. Będziesz mi wdzięczny, jeśli za twoją córkę dam dwie tawary.
Ienao pochylił się głębiej w ukłonie, by – jak go znała Minako – ukryć chytry uśmieszek. Tak samo zrobił, targując się kiedyś z kupcem tkanin z Hakusanu.
– Skoro nie stać cię, Akemi‑sama, na trzy koku, to daj dwa. Moja rodzina ucierpi, ale gościnność wobec obcych jest ceniona przez bogów i ich łaska wynagrodzi mi stratę jednego koku.
– Jestem pewna, że dzięki gorliwej modlitwie do Siedmiu Bogów Szczęścia ich łaska spowoduje, że zadowolisz się jednym koku. Sama będę się modlić, by brakujące dwa koku o‑Inari‑sama oddał ci z nawiązką.
Minako śledziła tę rozmowę z rosnącą nadzieją. Wtedy, z handlarzem tkanin, targ został dobity. Może i ten skończy się dobrze?
– Łaska o‑Inari‑sama jest darem, którego udziela według swojej woli. Nie jesteśmy w stanie jej wymierzyć ani przewidzieć – odpowiedział ojciec ostrożnie.
Minako, jako że znała go dobrze, wiedziała, że już się zgodził i tylko stara się uzyskać za nią jak najwięcej. „O Bogowie Szczęścia! Przecież za koku ryżu można tyle kupić…!”
– Zatem zgadzasz się na jeden koku?
– Nie chcę narazić się bogom zbyt natarczywymi modłami, więc oddam ci, onna‑sama, moją córkę za cztery tawary.
– Drogo ją cenisz, Ienao‑san. Obyś przez chciwość nie utracił łaski bogów.
– Jeśli pół tawary z twojej zapłaty, Akemi‑sama, przeznaczę na ofiarę bogom, liczę, że mi wybaczą tę wadę.
Minako wiedziała, że ojciec w życiu nie dałby na ofiarę pół tawary ryżu! Toż to plon ćwierci drugiego górnego pola! Przed ołtarzykiem złoży najwyżej jeden shō.
– Odbierz zatem z wozu swoje cztery tawary – zakończyła targi główna onna‑sama z wyżyn wierzchowca.
Na tę deklarację kilka kobiet i nieliczni obecni przy targach mężczyźni gwarnie ruszyli wspomóc sąsiada w zładowaniu worków. Zaraz też jej ojciec, Ienao, rzucił się za nimi, by dopilnować swoich interesów. Wśród osób pchających się po ryż Minako dostrzegła również swoją matkę, brata i siostrę. Jedynie najmłodsza z rodziny, sześcioletnia siostrzyczka, nie ruszyła z tłumem, tylko wpatrywała się w starszą z niepokojem. Wszyscy inni mieszkańcy wioski patrzyli na wóz, na ryż, a na ich twarzach rysowała się radość niespodziewanym wzbogaceniem wsi w osobie Ienao.
Ale była też druga strona kupieckiego interesu: Akemi, już konno, zbliżyła się do zapomnianej przez wieś dziewczyny, by przebić się głosem przez hałas pokrzykującej nieopodal radośnie chłopskiej ciżby, i nakazała:
– Wsiadaj na wóz. Ten, z którego zabierają ryż.
Porzucona przez rodzinę nachyliła się, by zebrać z ziemi swoją spódnicę.
– Zostaw to – usłyszała rozkaz. – Dostaniesz inną odzież.
Wciąż oszołomiona niespodziewaną zmianą swego losu Minako bez żalu zostawiła stare okrycie, które podobnie jak cała wioska i jej dotychczasowe życie należało do czasu, który minął. Słusznym jej się wydało, że nic z niego nie zabiera w drogę do przyszłości. Naga wsiadła na wóz, z którego jej do niedawna bliscy, którzy teraz nie obdarzyli jej nawet jednym spojrzeniem, zdjęli osiem worków ryżu i gromadnie nieśli je do chaty Ienao.
Wóz ruszył, uwożąc ją w nieznane. Udawała się w nie w towarzystwie bogactwa w postaci kilkunastu worków ryżu, z których jeden służył jej za siedzenie, dwóch innych dziewcząt w jej wieku, zachwycającego piękna gładkich, barwnych strojów i dostojnych koni.
*****
Już sam wjazd do miasta oszołomił Minako. Po drodze zobaczyła wielkość świata, ale nic nie przygotowało jej na wdzięk ogromnego Kioto. Wszędzie widziała kolorowe i haftowane kimona, rzeźbione malowane domy, ogromne chramy, wykładane drewnem całe chō dróg, które tu nazywano ulicami. Wokół tłumy, gwar, ścisk, bieganina… Skąd na świecie tylu ludzi? Czy potrafi żyć w takim zgiełku?
W Cynobrowym Domu, do którego przywieziono ją i trzy inne kupione w drodze dziewczyny, nie było gwaru ani ścisku. Liczne pawilony stały wśród strumyków, drzew i krzewów o dziwnych kształtach oraz wielkich kwiatów. Dziewczętom wskazano budynek z tatami do spania, a potem Akemi‑sama, która kazała się nazywać „okāsan”, zaznajomiła je z zasadami życia w posiadłości.
– Najważniejsze: cynobrowe dróżki są dla kurtyzan i gości, a szare dla służby; po tych nie należy chodzić. Dla was są białe.
Przedstawiła rytm posiłków, mycia, oddawania do prania i odbierania czystej odzieży. Potem wyjaśniła, czego oczekuje.
– Waszą pracą jest nauka – powiedziała. – Będziecie się uczyć wszystkiego, czego goście Cynobrowego Domu oczekują od kobiet. W pierwszym roku liczne mistrzynie będą was szkolić w pięknej mowie, prowadzeniu rozmów, elegancji, kaligrafii i tańcu. W następnym dojdą do tego lekcje gry na shamisenie i shakuhachi, poezji, śpiewu i recytacji. Gdy okaże się, że będę z was zadowolona, w trzecim roku będziecie ćwiczone w sztuce parzenia herbaty i uczone zachowania wobec mężczyzn. Jeśli któraś będzie się lenić, zejdzie na szare alejki i będzie służyć innym pracą rąk.
Dla Minako życie w Cynobrowym Domu okazało się łatwe, nauka ciekawa, a towarzystwo innych koleżanek i senpai nie było przykre, bo wszystkie mistrzynie pilnowały dobrego zachowania uczennic.
Obok najmłodszych, chodzących w dwa razy w tygodniu zmienianych na świeżo uprane kimonach yukata, na nauki przedpołudniowe uczęszczały też młode fujin. Zachowywały się jak ojō‑sama i nosiły śliczne kimona z pięknymi, kolorowymi pasami obi.
Na lekcji konwersacji któraś z nowych zapytała mistrzynię, dlaczego niektóre senpai fujin nie uczestniczą w popołudniowych lekcjach.
– Przyjmują mężczyzn w Poduszkowym Pawilonie, a czasem i gdzie indziej – brzmiała odpowiedź.
Pytająca skłoniła się głęboko, ale wstydliwym głosem cicho zadała drugie pytanie:
– Wybacz moje nieokrzesanie i głupotę, o onna‑sensei. Co oznacza „przyjmowanie mężczyzn”?
– Dowiecie się najwcześniej za dwa lata, gdy nauczycie się ogłady i innych podstaw zachowania kurtyzany – zbyła ją mistrzyni konwersacji i recytacji. – I nie zwracaj się do mnie „onna‑sensei”, bo tak mówią tylko wieśniacy. Tytułuj mnie „sensei Nozomi”.
Tak więc Minako uczyła się pilnie wszystkiego. Kilkakroć nauki elegancji odbyły się w Poduszkowym Pawilonie. To tu, jak powiedziała sensei Nagako, mają miejsce wieczorne przyjęcia dla gości.
Jakżeż on był piękny! Sama perspektywa częstego w nim przebywania zdawała się uczennicom wspaniałą nagrodą za ponoszone trudy. A coraz trudniej było spełniać żądania mistrzyń. Minako problemy sprawiała kaligrafia; rękę miała zręczną i sposób rozrabiania tuszu, by nie kapał z pędzelka, opanowała szybko, ale liczba znaków do zapamiętania była ogromna. Mistrzyni powiedziała, że muszą ich przyswoić sobie co najmniej dwadzieścia setek! To było doprawdy przerażające!
No i trzeba się nauczyć innej wymowy.
Umiejętności, które nabyła we wsi, jak obieranie, siekanie i kiszenie warzyw, gotowanie ryżu i prosa, uprawianie ogrodu czy pranie odzieży były w Cynobrowym Domu zupełnie nieprzydatne. Inaczej też wyglądała rozmowa; zamiast pokornego słuchania poleceń, wymagano od niej przerzucania się skomplikowanymi zdaniami, które Minako wydawały się zupełnie zbędne i do niczego nie prowadziły.
Ale świat wokół zachwycał. Kolorowe alejki zupełnie nie przypominały dróżek na pole, a wymyślnie sadzone kępy kwiatów – ogródka z warzywami. Tu wszystko podporządkowano elegancji, a dbali o nią mężczyźni zwani ogrodnikami, którzy specjalnymi nożycami strzygli we wzory nawet zwykłą trawę. Pawilony też były zdobione i niczym nie przypominały prymitywnych chat w Shirakawie.
W tym świecie piękne i nowe były nie tylko trawa, kwiaty, przedmioty i zdobienia. Nowe były słowa (ot, choćby „ogrodnik”), narzędzia (jak te nożyce do trawy). Piękne były fryzury, twarze i kimona. Mistrzyni elegancji zaznajomiła uczennice z kitsuke, co było trudną sztuką wkładania odzieży, jako że tu pełne kimono liczyło dwanaście elementów!
Ale nie same kimona odróżniały mistrzynie i fujin od młodszych uczennic. Te starsze nosiły sandały zwane tu zori i odziewały stopy czymś białym i obcisłym.
– Senpai, wybacz moją śmiałość… – odezwała się Minako pewnego razu na lekcji konwersacji do Hanako, jednej z najładniej odzianych. Użyła wyszukanego stylu, którego wymagano od wszystkich, a za łamanie tego nakazu karano. – Czy zechcesz wyjaśnić, co masz na nogach i dlaczego zakrywasz pięty, palce i kostki?
Starsza koleżanka spojrzała na nią z dezaprobatą. Zmierzyła wzrokiem jej bose stopy, wygięła usta w geście pogardy i odpowiedziała:
– Tylko małpy i służące chodzą z bosymi nogami. Kurtyzany noszą tabi jak wszystkie ojō‑sama.
Minako wciąż nie zdążyła zamienić wiejskiej skromności na pyszałkowatą wyniosłość, więc nie dotknęło jej zrównanie z małpą, a nazwanie służącą uznała za prawdziwe. Czyż nie służy tu okāsan Akemi jak wszystkie inne?
– Niektóre małpy są doprawdy rozkoszne, senpai. – Sztuka odwracania obrazy w miłą rozmowę była tym, co szybko pojęła na lekcjach konwersacji i usiłowała stosować. – Ale ponownie proszę o wybaczenie. Jestem młoda i dopiero wszystkiego się uczę. – Minako ukłoniła się. Bardzo się starała wymawiać słowa tak, jak tego uczyła sensei Nozomi. – Czy zechcesz mi wyjaśnić, senpai, kim są kurtyzany?
Po tym pytaniu starsza koleżanka zamilkła na dłuższą chwilę. Było to nieuprzejme. Czy celowo łamała zasady Cynobrowego Domu, by okazać kōhai swą wyższość, czy nie znała odpowiedzi?
Wreszcie raczyła otworzyć usta:
– Jesteśmy po to… – co słysząc, maiko pomyślała zaraz: „Aha, czyli Hanako jest kurtyzaną” – …by umilać bogatym mężczyznom wieczory, a gdy zażądają, to i noce.
Minako chciała się jeszcze wiele dowiedzieć na temat umilania, ale sensei Nozomi zgromiła ją spojrzeniem i stłumiła żądzę wiedzy:
– Dowiesz się wszystkiego, Minako‑chan, we właściwym czasie. Teraz rozmawiajcie o wiosennym ogrodzie.
„Ach, jakie to nudne” – westchnęła bezgłośnie Minako, ale podporządkowała się żądaniu mistrzyni.
Przed zaśnięciem zapytała swoich koleżanek z sąsiednich tatami, czy któraś ma pojęcie o kurtyzanach.
– Nie wiem dokładnie – odpowiedziała Rieko. – Kurtyzanami są chyba te, które w Poduszkowym Pawilonie obsługują mężczyzn. Podają im herbatę, deklamują poezje, rozmawiają z nimi, grają im i tańczą. A potem często idą z jednym z nich do swojego pawilonu, w którym razem spędzają noc.
– Po co?
– Nie wiem, ale zdaje się, że za to dostają kosztowne podarki.
Po tej rozmowie Minako pomyślała, że dobrze byłoby dowiedzieć się o kurtyzanach i tych upominkach więcej. Ale domki fujin były na terenie cynobrowych alejek, a tam nie wolno jej było spacerować.
Cóż, trzeba chodzić po białych i wykazać się cierpliwością.
W czasie jednej z przechadzek zwróciła uwagę na pewien pawilon. Stał w najdalszym od bramy wejściowej narożniku posiadłości i wydawał się nieużywany. Minako podchodziła doń kilkakroć. W istocie odbiegał od innych budowli. Był niemal wrośnięty w mur i robił wrażenie zapomnianego, a jego zawsze zasunięte drzwi oplatała pajęczyna. Na pewno od dawna nikt przez nie nie przechodził.
Raz czy dwa powodowana ciekawością próbowała je otworzyć. Bezskutecznie.
I tak minął pierwszy rok w Cynobrowym Domu. Najmłodsze maiko na lekcjach dotąd poświęconych prowadzeniu konwersacji poznawały wiersze, a sensei Kikuko zaczęła je uczyć gry na shamisenie i shakuhachi.
Dla Minako poezja była wyłącznie stratą czasu. Zupełnie nie rozumiała, dlaczego rozdęta do kilkunastu słów informacja, że wiosną zakwitła śliwa, a jesienią liść klonu sczerwieniał, może być uznana za piękną. Sensei Nozomi przewracała oczami, deklamując, że fale strumyka szeleszczą, jakby objawiała jakieś cuda, a to przecież każdy wie! To tak, jakby miano kogoś podziwiać za stwierdzenie oczywistego faktu, że woda jest mokra!
Chociaż Minako uczyła się łatwo i w pół roku zapamiętała dziesięć razy więcej wierszy niż miała palców, to zdania na ich temat nie zmieniła.
Mogło się wydawać, że utraciła zainteresowanie nauką, a tak zgoła nie było. Muzyka, którą przecież czuła całym swoim ciałem, gdy wpadała przez uszy, stawała się trudnym wyzwaniem, gdy miała wyjść spod jej palców i warg. Gra na strunach shamisenu szła jej nieźle, zwłaszcza gdy ktoś inny go nastroił, ale z fletem miała trudności. Zasłaniała otworki, jednak w parze z tym nie szły usta, więc niemal każdego tygodnia była karana: sensei Kikuko wyśmiewała jej nieporadność, uderzała po dłoniach i raz po głowie.
Pewnego dnia, gdy w czasie spaceru zbliżała się do opuszczonego pawilonu, wyszła z niego nieznana jej dziewczyna. Była zupełnie inaczej ubrana niż wszystkie dotąd widziane w Cynobrowym Domu; raczej jak bushi niż mistrzyni, maiko, kurtyzana czy służąca. Była zamyślona i zapewne nie zauważyła Minako, która przestraszyła się i odruchowo zatrzymała za zwisającymi gałęźmi wisterii… Dokładnie widziała, jak obca zasunęła za sobą drzwi i po chwili skręciła w cynobrową ścieżkę wiodącą ku pawilonom nocnych rozkoszy.
Iść za nią nie mogła. Zresztą nie było po co; znacznie ciekawszy wydawał się ów opuszczony pawilon i jego dotąd zamknięte drzwi.
Ale i teraz, gdy Minako spróbowała je odsunąć, wysiłek okazał się daremny. Co je blokuje? Przyjrzała się im dokładnie. Pajączek w narożu tkał swoją sieć, jakby wciąż udało mu się ustrzec wejścia.
Zagadka pawilonu i jego wrót tak ją zaciekawiła, że gdy tylko mogła, przechodziła obok, starając się podejrzeć ich tajemnicę. Nic, że często nadkładała drogi; gorzej, że rzadko była obok zamkniętych drzwi sama. Przy innych nie śmiała sprawdzać, czy da się je otworzyć. Była pewna, że sensei Nagako potępiłaby takie zachowanie.
Teraz na lekcjach elegancji uczono układania fryzury i malowania się. O ile Minako podziwiała pięknie ułożone włosy i z ochotą je czesała i upinała, to malowania nie rozumiała. Czy rzeczywiście buzia bielsza niż u trupa jest ładna?
Wobec porażek w graniu na instrumentach pocieszała się pochwałami od mistrzyni tańca. Tu biegłość Minako zapewne miała źródło w jej dawnym życiu. Podczas pracy w polu i ogrodzie trzeba utrzymywać rytm. Każda jego zmiana męczy. Podobnie podczas prania, które jest tak nużące i męczące, że trzeba miękkością ruchów oszczędzać siły.
Od podpatrzenia nieznanej dziewczyny, która przeszła przez drzwi zamknięte pajęczyną, minęły miesiące, nim sytuacja się ponowiła. Tym razem po ostatniej lekcji Minako szła z trzema koleżankami na nocleg, gdy Shinju, o rok starsza od niej maiko, zamarudziła. Po chwilce, gdy wyczulona na zagadkę pawilonu Minako obejrzała się, zauważyła koleżankę, jak odsuwa drzwi z pajęczyną i wchodzi. Więcej nie widziała, bo nie chciała pozostałym zdradzić swojego zainteresowania nietypową budowlą i jej dziwnym wejściem.
Gdy następnego dnia zapytała Shinju, co jest w odwiedzonym przez nią wieczorem pawilonie, ta zaprzeczyła, że tam była.
Od kilku dni okāsan Akemi była obecna na wszystkich lekcjach, a mistrzynie poświęcały więcej czasu i poddawały próbom dwuletnie maiko, co było zauważalną zmianą. Zdarzało się, że Akemi osobiście sprawdzała ogładę, inicjowała rozmowę, wprowadzając do niej niezwykły temat, sama brała do ręki shakuhachi i polecała tańczyć do granej melodii lub zadawała temat wiersza.
Minako niepokoiła się. Zachowanie okāsan i mistrzyń sprawiało wrażenie oceniania. Jak to się skończy? Bardzo chciała zasłużyć na dalszy pobyt na białych alejkach, a czy nie każą jej, jak praczkom, kucharkom i służącym, chodzić po szarych? Czy nie odsuną od piękna?
Zmartwiona szarymi myślami Minako wracała do pawilonu ze swoim tatami, gdy nogi same zaniosły ją pod drzwi z pajęczyną.
Dziś jej nie było.
Spróbowała je przesunąć.
Ustąpiły.
Była tym tak zaskoczona, że zamarła w progu. Rozejrzała się.
Nie dostrzegła nikogo.
Pawilon był zupełnie pusty. Na podłodze z gładkich desek nic nie leżało, nie stał na niej stolik ani nawet czarka. Ścian nic nie zdobiło; nie wbito w nie żadnego kołka, na którym można by cokolwiek powiesić. „Skąd tu tyle miejsca…” – myślała zafrapowana, zaglądając w głąb niemałego pomieszczenia.
Jedyną rzeczą były drugie drzwi. Najwyraźniej za murem, którego tu nie było.
Dziwne…
Nie znalazła w sobie dość odwagi czy raczej bezczelności, by wejść do środka.
Na kolejnych zajęciach mistrzyni elegancji kazała kilku maiko wziąć z rąk służącej tabi, włożyć je i chodzić w nich. Wśród tak wyróżnionych była Minako.
Z jednej strony była dumna, że „nosi tabi, więc nie jest służącą ani małpą”, a z drugiej – obawiała się poślizgnięcia na polerowanych deskach podłogi i potknięcia o krawędź tatami. Teraz skórą stopy nie czuła podłoża, co stanowiło czynnik rozpraszający i napawało niepokojem.
Po kilku tygodniach na drzwiach tajemniczego pawilonu znów nie było pajęczyny. Odsunęła je.
Spojrzała dookoła. Nikogo.
W pawilonie też pusto. Weszła i odruchowo zasunęła wejście. Zbliżyła się ku temu drugiemu.
Te drzwi też dały się otworzyć.
Gdzieś tu powinien być kamienny mur Cynobrowego Domu, ale zamiast niego zobaczyła ścianę kudłatych krzewów, które na pewno nigdy nie widziały ogrodnika. Przedarła się przez nie.
Nigdzie nie było muru. Na wprost niej otwierała się spora przestrzeń trawiastego placu zamkniętego lasem. Przed pierwszymi drzewami stały bele słomy.
Sprawdziwszy, że jest nadal sama, ruszyła ostrożnie wzdłuż krzaków. Po wielu krokach wyszła zza nich i dostrzegła jakieś zabudowania. Nie były równie piękne, jak znana jej część Cynobrowego Domu, ale zbudowane z grubych bierwion robiły wrażenie znacznie solidniejszych. I nie prowadziła do nich kolorowa alejka otoczona sadzonymi kwiatami, a zwykła wydeptana w niestrzyżonej trawie ścieżka podobna do tej, którą mieszkańcy Shirakawy chodzili na górne pola.
Przez ścieżkę przebiegł biały lis.
Minako poczuła niepokój. Krzaki, łąka, las, bele słomy, mocne budynki, lis… I ani śladu muru Cynobrowego Domu!
Uznała, że na dzisiaj wystarczy, i zawróciła.
Gdy przedzierała się przez splątane gałęzie, jej niepokój wzrósł. Czy kapryśne drzwi dadzą się otworzyć? Co zrobi, jeśli pozostaną zamknięte?
Uspokoiła się, dopiero gdy opuściła tajemniczy pawilon, który na szczęście nie uwięził jej w innym świecie. Bo że przez chwilę była poza światem Cynobrowego Domu, a może w ogóle poza światem, była pewna.
Postanowiła więcej tam nie wchodzić.
W tym zamiarze wytrwała kilka tygodni.
Pewnego dnia okāsan zarządziła, by cztery maiko, a wśród nich Minako, dołączyły do grupy tych, które poznają sposoby obcowania z mężczyznami, a z sensei Chiyo uczą się ceremonii parzenia herbaty.
Na pierwszej lekcji zorganizowanej przez Akemi tylko dla tych czterech pojawił się jeden z ogrodników. Na polecenie mistrzyni obnażył się, by mogły zaobserwować różnicę między nim a sobą. Dla Minako nie było w tym nic nowego; przecież na wsi każda wiedziała, że chłopcy mają siusiaki, a dziewczynki ich nie mają. Że ojciec, wkładając tego siusiaka matce między nogi, powoduje, że zwykle mniej więcej po roku urodzi się z niej dziecko. Tak więc tu bez specjalnego zdziwienia obserwowała, jak siusiak ogrodnika rośnie i pogrubia się na widok tańczących dziewcząt, jak unosi się w odpowiedzi na ich zaciekawione spojrzenia.
Jako rzecz naturalną przyjęła instrukcję, że gdy mężczyzna wyrazi taką chęć, ma z nim pójść do osobnego pawilonu i nie sprzeciwiać się, gdy będzie dźgał ją siusiakiem między nogami. Wielokrotnie widywała to u matki, a parę razy i u innych dziewczyn i kobiet ze wsi.
Ale to był tylko wstęp. Ciekawszych rzeczy okāsan Akemi uczyła na kolejnych zajęciach. Okazało się, że z płodzenia dziecka można zrobić rytuał bardziej skomplikowany niż z parzenia herbaty, że przygotowania do tego to coś więcej niż taniec, a spowodowanie, by mężczyzna miał odpowiedni nastrój, jest trudniejsze niż strojenie shamisenu.
„I po co to?” – pomyślała. „U nas na wsi jakoś nikt ojca nie stroił. Sam wiedział, co i kiedy robić, by haha dzieci rodziła”.
W środku nocy Minako obudziła się zdjęta niejasnym niepokojem. Wysunęła się z futonu i cicho wyszła na dwór.
Świecił wielki księżyc w pełni.
Poszła ku pawilonowi z tajemniczymi drzwiami i spróbowała je odsunąć.
Udało się.
Jak poprzednio przecisnęła się przez krzaki i omiotła spojrzeniem rozświetlony srebrnym światłem placyk z majaczącymi na czarnym tle lasu jasnymi belami słomy. Wokół było pusto. Ostrożnie ruszyła ku budynkom z drzewnych pni. Dotarła do czegoś w rodzaju dziedzińca, którego środkiem ciurkał strumyk. Szelest wody spowodował, że słuchem niczego nie wykryła, ale kątem oka ujrzała ruch przy kaskadzie czerpni. Przypadła do ziemi i zamarła.
W strudze stała naga kobieta. Myła się starannie; rękoma pocierała skórę, która w księżycowym świetle wydawała się tak biała, jak oblicze kurtyzany upudrowane mąką ryżową. Potem włożyła włosy pod spadającą wodę i długo z zauważalną lubością przeczesywała je palcami. Na koniec wyszła na suchy teren i otrząsnęła się na psi sposób, rozpylając wokół siebie chmurę kropelek.
W następnej chwili kobieta znikła. W kierunku domu z bierwion biegł biały lis.
Podczas lekcji okāsan Akemi pokazywała obrazki i rzeźby, którymi artysta oddał różne czynności, jakie kurtyzana i zabawiany przez nią mężczyzna wykonują, by zaznać rozkoszy, i różne pozycje, które mają im pomóc jej doznać. Jedna z figurek netsuke przedstawiała kurtyzanę grającą na siusiaku jak na shakuhachi. Minako oglądała ją z uwagą ze wszystkich stron. Gdzie są otwory? Jak na siusiaku grać?
Wkrótce miała okazję tę grę przećwiczyć na ogrodniku.
Mówił, co ma robić, a potem orzekł, że jest nieudolna. Nie zdziwiło jej to; w grze na shakuhachi też jej nie szło.
Gdy Minako kolejny raz znalazła się sama przed drzwiami tajemniczego pawilonu, pajączek tkał swoją sieć. Wiedziała, że nie dadzą się odsunąć, więc nawet nie próbowała. Nachyliła się ku pracowitemu robaczkowi i szepnęła:
– Rób swoje, pajączku! Złap dużą muchę!
Kilka dni później pajączka nie było.
Zanim Minako zdołała się przecisnąć przez krzaki, ciszę rozdarła seria głośnych huków. Nigdy takich nie słyszała, więc drżąc, przypadła do ziemi i podczołgała się, by kryjąc się wśród liści, wyjrzeć na placyk.
Stał tam szereg bushi z długimi kijami czy rurami. Niektórzy ruszali się jak kobiety! To chyba były rury, bo wkładali w nie długie i cieńsze kijki, potem coś sypali, znów wkładali… Wszystko to trwało długo. Wreszcie wyjęli z kinchaku puzderka, zamarudzili z nimi przy rurach, ich końce wycelowali przed siebie w deski, które stały oparte o bele słomy. Deski miały kształt przypominający ludzi i na każdej narysowano węglem głowę i kimono.
Ktoś krzyknął: „Mukei! Ute!”. Rozległy się kolejne huki, a z rur wytrysnęły płomienie i obłoczki dymu.
Zanim wiatr je rozwiał, Minako wycofała się i wróciła do świata Cynobrowego Domu. Do swojego świata.
Nie mogła uspokoić drżenia, a w uszach wciąż pobrzmiewał ogłuszający huk gromów miotanych rękami bushi.
W końcu lata okāsan Akemi zarządziła, by raz w tygodniu, w dzień Ziemi, Minako brała udział w przyjęciach w Poduszkowym Pawilonie. Powiedziała jej, że tańczyć i uczestniczyć w rozmowach będzie tylko na wyraźne żądanie gości lub kurtyzan, a jej zadaniem będzie nie plątać się pod nogami, patrzeć, uczyć się i pomagać w ceremonii parzenia herbaty.
W krytycznym dniu kazano jej włożyć zupełnie inne kimono niż dotąd noszona yukata. Było żółte; nie tak połyskliwe jak te, które podziwiała na niektórych starszych koleżankach i fujin, ale też nowe i piękne. Teraz przydały się wszystkie ćwiczenia z kitsuke i układania fryzur oraz malowania twarzy. Po południu mistrzyni elegancji skontrolowała wygląd Minako, wezwała służącą, by poprawiła upięcie jej włosów, uzupełniła upudrowanie koło ucha i powiedziała:
– Nie bój się. Jak nie będziesz wiedziała, co robić, to nic nie rób.
– A jak mam postąpić, sensei Nagako, gdy mężczyzna zażąda, bym poszła z nim cynobrową alejką? Dokąd mam go zaprowadzić?
– Masz na myśli mizuage, Minako‑chan? Nie ma o tym mowy. Zaufaj okāsan Akemi. Ona w Poduszkowym Pawilonie panuje nad wszystkim. Niczym się nie kłopocz i uśmiechaj się, a będzie dobrze.
Były to cenne wskazówki, które zadziałały uspokajająco. Tylko co to jest mizuage?…
Cały wieczór był nudny i trwał bardzo długo, a gdy ostatni goście opuszczali Poduszkowy Pawilon, Minako ledwo mogła stłumić ziewanie. Ale w końcu przyjęcie się skończyło i mężczyźni, zostawiwszy jakieś blaszki przed sensei Akemi, albo wsiedli do lektyk i udali się do miasta, albo wybrawszy towarzyszki, wyszli z nimi w cynobrowe ścieżki. Jeden z nich, podążając za Sumire, zawołał, by mu doniesiono sake, więc Akemi kazała Minako wziąć ze stolika komplet do picia trunku i iść za nimi.
Był to pierwszy raz, gdy Minako szła cynobrową alejką. W ślad za parą dotarła do pawilonu, który musiał być miejscem nocnych rozkoszy, i rozejrzała się z ciekawością po wnętrzu. Poza tatami, licznymi ozdobami i rysunkami na ścianach i półkach, poduszkami i olbrzymim futonem był tam tylko stolik z laki. Pamiętając o uśmiechu, postawiła na nim dwie czarki i tokkuri z sake, ukłoniła się i wyszła. Wracając, na tyłach Poduszkowego Pawilonu dostrzegła malutką świątynkę, sam zadaszony ołtarz, która była chyba poświęcona o‑Inari‑sama. U jej wejścia stała biała figurka lisa. Aby się upewnić, że jeden z Siedmiu Bogów Szczęścia, opiekun rolników i zbiorów, ma swój chram w Cynobrowym Domu, musiałaby podejść bliżej, a nie była pewna, czy jej wolno, skoro wciąż nie jest kurtyzaną.
Następnego dnia mogła się wyspać, bo okāsan zwolniła ją z pierwszej porannej lekcji, jednak wstawszy jak zwykle, znów przeszła przez pajączkowe drzwi.
To już była jej obsesja.
Zanim podjęła drogę przez krzaki, długo nadstawiała uszu. Gromy z rur, które onegdaj wywołały strach, dziś, po czasie, wzbudzały głównie fascynację. Stojąc za osłoną z liści, hałasu nie słyszała, więc zerknęła na plac.
Opanowali go łucznicy. Minako była pewna, że mimo strojów właściwych dla bushi, część z nich to kobiety. Wypuszczali pociski w kierunku słomianych bel, które w tej chwili przypominały jeże. Wnet wyczerpali zapas strzał i ławą ruszyli je odzyskać.
Minako uciekła do Cynobrowego Domu, nie czekając, aż się odwrócą i ją zobaczą.
To wciąż nie był jej świat.
– Widziałam, jak tłumiłaś ziewanie – powiedziała Sumire na trzeci dzień po debiucie Minako w Poduszkowym Pawilonie. – Jeśli sądzisz, że później było ciekawiej, to się mylisz. Och, jak ja nie cierpię tych uładzonych pięknisiów, którzy myślą, że my lubimy poezję i spełniamy się, parząc herbatę. Ja robię to tylko dla upominków. Od tego przedwczoraj niewiele dostałam, zanim wyszedł. Zdobył się zaledwie na cztery rulony mon.
– Co to jest mon?
– Nie wiesz? Czym płacono w twojej wsi?
– Ryżem.
– To niewygodne. Jak kupowaliście kimono? Nosiliście ze sobą koku ryżu?
– Koku za kimono!? – zdumiała się Minako. – Za tkaninę na moją spódnicę chichi dał cztery shō, a haha uszyła ją za darmo!
Teraz zdziwiła się Sumire:
– Doprawdy!? Z czego była? To moje kimono, obi, zori, tabi i szpile do włosów kosztowały trzy ryō.
– Co to jest ryō?
– Ty naprawdę nic nie wiesz! Ryō to złoto wartości jednego koku ryżu, czyli czterdzieści razy po sto mon – wyjaśniła Sumire. – Gdyby wszyscy byli tak skąpi, jak przedwczorajszy pijak, nigdy nie uzbierałabym dość, by się wykupić z Cynobrowego Domu.
– Wykupić? Źle ci tu, senpai?
– I dobrze, i źle, kōhai. Wygodnie. Teraz jednak wszystkie opłaty trafiają do okāsan Akemi, a do mnie tylko prezenty. I wolałabym sama decydować, z kim i za ile będę spędzać wieczory i noce, wtedy nie musiałabym się zadowalać takimi drobiazgami jak wczoraj.
To było nowe: „sama decydować”…
– A ile potrzebujesz, senpai?
– Co najmniej dwie setki ryō. I drugie tyle, by nabyć dom, służące i sprzęty.
Minako była wstrząśnięta. Ojciec ją oddał za mniej niż dwa koku, a tutaj kurtyzana jest warta dwie setki ryō? Dwie setki koku???
– Mnie kupiono za cztery tawary… W jej głosie zabrzmiał smutek. Tak mało jest warta…
– Mnie nie wiem za ile, ale przecież nie oddadzą mnie teraz za kilka ryō. Czy myślisz, że wszystkie te nauki, kimona uczennic i całe wygodne życie w Cynobrowym Domu nie kosztują? Ciebie też okāsan Akemi nie puściłaby za mniej niż sto ryō, choć jesteś tu ledwie trzy lata.
Sto koku!? Tyle jest warta?
– Ile już zebrałaś, senpai?
– Och, niewiele! Mało kto daje złoto. Dworacy takie prezenty uważają za nieeleganckie; wolą wręczać ryciny, kaligrafie, ozdoby. Z kolei kupcy są skąpi. A ja, choć za wszystko muszę z uśmiechem dziękować, to nie wiem, ile to jest warte i jak to sprzedać. Przecież nie pójdę na targ! Obrazków już nie mam gdzie wieszać; kaligrafowane poezje leżą w skrzyni, a złota wciąż za mało.
Ta rozmowa ukazała Minako, jaka stała się cenna, choć sama nie ma nic. Bo jedyną swoją rzecz, spódnicę wartą dziesiątą część tawary, zostawiła w Shirakawie.
Zrobiło się jej smutno.
Czy by rozproszyć duchowe chmury, czy by uczynić życie ciekawszym, czy z obu tych powodów, Minako rankiem znów trafiła pod drzwi tajemniczego pawilonu. Pajączek tkał sobie swoją sieć, a ona patrzyła, jak mozolnie dokłada jedną nitkę do drugiej. Poczuła jedność z tym pracowitym stworzonkiem. Też jest jak ten robaczek: tka nici swego życia równie mozolnie, a każdy może je przerwać. Hola! Naprawdę? Jakoś dla ochrony świata huków i lisów przed niepożądanymi gośćmi słaba pajęcza nić wystarczy. Może i nici jej życia są dla kogoś zaporą nie do przebycia?
– Pajączku‑san, niech ci o‑Inari‑sama ześle szczęście. – Złożyła ręce i nie wiedząc, dlaczego to robi, ukłoniła się strażnikowi drzwi.
Stworzonko szybciutko opuściło pajęczynę i zniknęło w szparze. Porzucone niteczki zadrżały i znikły.
Można wchodzić.
Tego dnia na trawiastym placyku Innego Świata onna‑bugeishe walczyły w parach. Każda miała w rękach długi kij, na nogach i przodzie ciała skórzane ochraniacze, a na głowach wiele z nich nosiło podobne do dyń drewniane skrzynki z wąskimi otworami. Zaczajona w krzakach Minako z podziwem patrzyła na ich taniec. Przemawiał do niej swym pięknem i harmonią bardziej niż powolne ruchy nauczane przez sensei Mai, mistrzynię tańca w Cynobrowym Domu, do dźwięków wydawanych przez shamisen czy shakuhachi. Stukot drewna o drewno i skórę w powiązaniu z płynnymi ruchami onna‑bugeish odświeżył wspomnienia dawnego życia: świst sierpów tnących kłosy, szelest ciętego pokosu, wymachy ramion żniwiarzy. To była jej muzyka, jej taniec! Były czymś naturalnym, oczywistym, jakże różnym od cynobrowej sztuczności. Mocne, pogrubione ochraniaczami łydki tańczących i bose stopy skaczące po wydeptanej trawie zdały się jej piękniejsze niż białe tabi i drobne kroczki kurtyzan.
Rytm walki. Taniec życia i śmierci. Najprawdziwsza prawdziwość.
Tak się zapatrzyła, że zapomniała o ostrożności i wysunęła się przed liście.
Jedna z walczących postaci odskoczyła od przeciwnika i wyciągnęła swój kij w jej kierunku.
– Ej! – krzyknęła. – Patrzcie! Kto to?
Dziewczęta w większości przerwały taniec. Twarze obróciły się ku niej. Jedna z tych bez skrzynki na głowie zrobiła kilka kroków w jej stronę.
– Ktoś ty?
– Minako. – Omal nie zapomniała się ukłonić, ale przez spóźnienie zauważyła, że na dźwięk jej imienia pytająca uniosła brwi.
– Skąd tu się wzięłaś?
– Przyszłam. – A po chwilce dodała: – Z Cynobrowego Domu.
Teraz stały już wszystkie, żadna nie tańczyła. Reakcja w postaci nieskładnych okrzyków zlała się w jeden szum.
– Zatem witaj w Kakusareta‑jō, siostro – przywitała ją ta najbliższa. Wszystkie się ukłoniły.
Minako przypomniała sobie o lekcji tańca, na którą powinna natychmiast iść. I tak pewnie już jest spóźniona. Mistrzyni zrobi jej wytyk, a co najmniej ukarze spojrzeniem dezaprobaty. Odwróciła się i… uciekła do swojego świata.
Swojego?
Świata sztucznego piękna. Świata trupiobiałych twarzy, niepotrzebnych słów i fałszywych uśmiechów. Świata, który ją kupił za cztery tawary ryżu.
Teraz już nie była pewna, który świat jest jej.
Jako że z Sumire się niemal zaprzyjaźniła, przed następnym dniem Ziemi zadała jej pytanie o mizuage.
– Senpai, wiem, że wydam ci się natarczywa, ale sensei wypowiedziała słowo „mizuage”. Domyślam się, że chodzi o jakiś specjalny rytuał. Czy zechciałabyś mi to wyjaśnić?
– O, czyżby ktoś się tobą zainteresował, kōhai? Szybko! – odrzekła, a Minako wyczuła coś dziwnego w jej głosie. Urazę, niepokój, smutek? – Ja czekałam ponad rok dłużej. Ale ty, kōhai… – Zlustrowała jej twarz. – …jesteś ładniejsza. Chyba najładniejsza z wszystkich maiko.
– To jak się to odbywa, senpai? – wróciła do tematu Minako.
– Wyczyniają cuda z jajkiem – odpowiedziała ze śmiechem. – Przez tydzień. Umrzesz z nudów. A kto cię wynajął?
– Jeszcze nikt, senpai.
Sumire się uspokoiła.
– Aaa… W każdym razie nie masz się czego bać, kōhai. Tylko zadbaj, by mężczyzna nie był skąpy. Nigdy później nie dostałam w tydzień tyle, co w ten pierwszy. Nie bardzo zdawałam sobie sprawę za co, bo byłam spięta, nie wiedziałam, jak się zachować, i w ogóle niewiele z tego pamiętam.
– Czy nie poczytasz mi za wścibstwo, senpai, jeśli zapytam, jakie upominki dostałaś?
Sumire skrzywiła się.
– Po pięć ryō każdego dnia, kōhai. I dwa kaligrafowane wiersze, złociste obi, jakieś figurki, szpilki do włosów i drobiazgi. Mogłam zażądać więcej.
– Pięć ryō!?!? Każdego dnia tygodnia? Za… – Minako szybko policzyła. – …trzydzieści pięć koku ryżu mogłabym kupić wszystkich sąsiadów ojca! Ćwierć naszej wsi!
– Ćwierć wsi? Za trzydzieści pięć koku ryżu? To mała była ta twoja wieś, kōhai. Daimyō mają co najmniej sto razy sto ryō rocznego dochodu i dla nich nawet setka na tak nadzwyczajne doznanie, jak mizuage, nic nie znaczy. Ale dla ciebie tak, bo shojo już nie będziesz i ponownie dobra okazja do zarobku może się nie powtórzyć.
W kolejne cztery dni Ziemi wieczorna praca Minako w Poduszkowym Pawilonie była podobnie nieciekawa jak w pierwszym. Właściwie trudno było nazwać to pracą; ot, więcej stania niż rytuału herbaty. To kurtyzany rozmawiały, grały i tańczyły, to one recytowały poezje i wyłącznie one kończyły wieczór, odchodząc z mężczyznami cynobrową alejką. Im dłużej Minako się temu przypatrywała, tym więcej widziała w tym fałszu, a mniej sensu.
W piątym dniu Ziemi pojawił się nowy gość, a Minako złowiła jego spojrzenie. Znacznie częściej zawisało na niej niż dotąd czyjekolwiek. Nawet idąc z Hanako w cynobrową alejkę, obejrzał się w jej stronę z grymasem zastanowienia.
Następnego rana okāsan Akemi nakazała jej znienacka:
– Od dzisiaj będziesz uczestniczyła w wieczornych przyjęciach codziennie.
Przejdź do kolejnej części: Drogi Japonii III: Droga szaleństwa
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Caraxes
2026-02-20 at 18:30
Tym razem mniej machania mieczami a więcej hmmm… wstępu do erotyki? Wprawdzie atmosfera Cynobrowego Domu nie jest aż tak zmysłowa, jak możnaby się spodziewać po burdelu dla elit, przynajmniej z perspektywy młodej bohaterki, ale jak rozumiem od mizuage (pozbawienia cnoty?) zacznie się jej kariera kurtyzany. Czyli jest ku czemu spoglądać z nadzieją!
Megas Alexandros
2026-02-21 at 12:57
Kolejny dobry rozdział.
Minako to bohaterka skrajnie odmienna od Kengo, inaczej myśli i działa. Obserwowanie rzeczywistości z jej perspektywy jest jednak równie interesujące, no i wzbogaca obraz zarysowanego świata. Jednocześnie fabuła tego rozdziału również trwa kilka lat (jak można się domyślać, w tym samym czasie co ćwiczenia Kengo w sztuce miecza). Można więc się spodziewać, że ich drogi wkrótce się skrzyżują. Oby było to owocne spotkanie!
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2026-02-21 at 21:17
Drogi Japonii to (o)powieść drogi. Drogi jej bohaterów, jak widać początkowo różne, złączą się jak dwa ramiona litery „Y”, by się spleść i płynąć dalej razem. Jednak finał drogi każdej postaci będzie inny; dla wielu destrukcyjny, dla kogoś będzie wyzwoleniem, dla innego znalezieniem normalności, a dla Minako… Cóż, dalszy bieg jej drogi pozostanie tylko w domyśle czytelnika. Wszak jest najmłodsza i świat jest przed nią.
Diana
2026-02-22 at 17:30
Następna odsłona japońskiej sagi zaskakoczyła mnie zmianą protagonisty i nieco innym tempem wydarzeń. Od razu polubiłam Minako, z całą jej naiwnością i prowincjonalizmem, ale też chłopskim zdrowym rozsądkiem.
Mam podobne jak ona zdanie na temat napuszonego rytualizmu wyższych klas japońskiej socjety. Mam wrażenie, że wiele spraw nadmiernie tam skomplikowano dla samej komplikacji oraz pustej rozkoszy wysublimowania.
Ciekawe, czy Cynobrowy Dom całkiem ją zepsuje i upodobni do starszych kurtyzan, którym tylko prezenty w głowie.
Tomp
2026-02-22 at 20:02
Wieśniacza niezłożona mentalność jest rzeczywiście siłą Minako. Przygotowanie czytelnika na jej dalszy los tkwi w zdaniu: „Teraz już nie była pewna, który świat jest jej”.
Przy okazji: trzeci rozdział Dróg Japonii nie za dwa tygodnie, a wg harmonogramu Megasa za trzy, czyli 12 marca.
Tomp
2026-02-22 at 20:59
Megas mnie prostuje, że 19 lutego ogłosił zmianę harmonogramu w stosunku do 5 lutego i III rozdział Dróg Japonii ukaże się jednak 5 marca.
unstableimagination
2026-02-25 at 07:41
Dobrze mi się czytało o Minako z Shirakawy.
Z jednej strony bardzo podoba mi się jej zachwyt pięknem (kimon, pawilonów, ogrodów), a z drugiej doskonały zdrowy rozsądek.
Jak ta dziewczyna twardo stąpa po ziemi. Mam wrażenie, że sztuczny cynobrowy świat powinien się mieć na baczności.
Wiele razy się uśmiechałem na jej trafne spostrzeżenia: „bielsza buzia niż u trupa”, „woda jest mokra” czy „u nas na wsi jakoś nikt ojca nie stroił”.
A już zupełnie mnie rozwaliła grą na flecie:
„Nie zdziwiło jej to; w grze na shakuhachi też jej nie szło.”
Tomp
2026-02-25 at 14:13
Tak, „idź cynobrze do cynobrów, a my, onna-bugeishe, w ostrych katanach się kochamy” 😉
Ja też myślę, że z Minako będzie zabójcza shinobi. Taka XVI-wieczna japońska Mata Hari. Tylko do tego musi się podszkolić w grze na shakuhachi 😉 . A potem – katto!… 🙂
Androidka
2026-02-27 at 19:12
Nie będę szczególnie oryginalna z potwierdzeniem, że wyraźnie służy tej części zmiana tempa pasująca do nowej protagonistki. Aż przypomniał mi się wspaniały czas czytania Wyznań gejszy, gdzie snuto podobną historię.
I jak zwykle jestem antyfanką zaczynania tekstu od ekspozycji (stąd urzekł mnie początek poprzedniej części jako natychmiastowe wbicie w akcję z atakiem), tak ta działa jako przedsmak mentalności bohaterki.
Sprowadza mnie to do subiektywnie odczuwalnej wady: miejscami jest tak dużo ekspozycyjnych skrótów (na zasadzie podsumowań zdarzeń), że bardziej jest odczucie czytania streszczenia powieści niż historii. Tak, są napisane naprawdę ładnym językiem i pełne ciekawych wniosków wynikających z mentalności Minako (bo narrator używa jej jako soczewki), ale to bułka, pomiędzy którą brak mortadeli z pistacjami lub są jej strzępki.
I od razu mogę sama siebie skarcić: „Zaproszenie na przyjęcie nie jest daniem głównym! Bo to dopiero wprowadzenie tej postaci, pokazanie jej czytelnikowi i masz trochę tropów, co ją czeka w dalszej części! „.
Nie powiem: tajemne przejście w Cynobrowym Dworze i trenujące w ukryciu kunoichi (aż dziw bierze, że zabrakło rzucania kunai/shurikenami zamiast właśnie mocno zwracających uwagę muszkietów!) działa na wyobraźnię, ale jest pewien niedosyt – albo zostało to ujawnione zbyt wcześnie, albo zbyt mało napięcia w pieczywie, aby rzeczywiście uderzyło.
Niemniej, mile spędziłam czas i przez tak urwany gwałtownie koniec, nie mogę się doczekać dalszego rozwoju zdarzeń.
Tomp
2026-02-27 at 20:57
Termin „kunoichi”, którego użyłaś, jest znakomitą ilustracją wielowarstwowych konsekwencji wynikających ze stosowania kanji równolegle z katakaną i hiraganą. Odsyłam do Wikipedii. W „europejskim” skrócie oznacza on kobietę wyszkoloną do i spełniającą się w szpiegostwie, tajnych operacjach, mordach politycznych i przenoszeniu wiadomości. Obecne badania wskazują, że samo pojęcie powstało w XVII w. nawet przed powstaniem słowa „ninja”.
Stąd trenujące w Kakusareta-jō onna-bugeishe nie mogły zostać nazwane kunoichi ani ninja. Użycie tych słów w Drogach Japonii byłoby anachronizmem.
Ale tajna „republika” kobiet (nie samotnych) w centralnej Japonii w XVI w. jest historyczna (!!!) i do niej nawiążę. A właściwie już (trochę) nawiązałem.
W ogóle wiele medialnej „wiedzy” o Japonii średniowiecznej, o ninja, generalnie o tym, jak świat Zachodu postrzega Japonię, to bzdury i przesądy wytworzone przez literaturę fantasy, a ugruntowane przez filmy, w dużej części rysunkowe. Stąd, Androidko, Twoje oczekiwania wobec opowieści (niemal) historycznej, jaką usiłują być Drogi Japonii mogą się okazać niespełnialne. Tysiące filmików o pięknych dziewczętach-ninja są dowodem na to, że fikcja się lepiej sprzedaje niż prawda.
Ale po co miałbym powielać popkulturowe manga? W tym Japończyków nie prześcignę.
Co do fabuły, która obejmuje dłuższy czas życia bohatera(-ów), to nie może ona opowiadać ich losów dzień po dniu, stąd w literaturze i filmie konieczne są przeskoki. Znane powieści-rzeki słyną z opisu dziejów kilku pokoleń, a romanse i akcje z historią dziejącą się w tle siłą rzeczy muszą zawierać skróty, inaczej byłyby niestrawnie nudne, Androidko. Dla mnie nawet tak uznane dzieła jak Saga rodu Forsyte’ów są zbyt nużące, bym dotarł do drugiego tomu. A jest ich dziesięć.
Z Twoim odrębnym zdaniem w tej kwestii pozostaje mi się pogodzić, zarazem dziękując za pozytywny i długi komentarz.