
Źródło: StockCake
Wyrzutkom ludzkości
Zbudujemy mocną trumnę!
Niech wściekłość szlachetna
Zakipi, jak fala!..
Fragment pieśni „Święta wojna” (Свяще́нная война́) – tłumaczenie z tekstowo.pl.
Rosyjska Baza Morska Tartus, Syria, poranek tego samego dnia.
Niewyspany wracałem o poranku do swojego kontenera. Żeby to tylko było zwykłe niewyspanie! Polka była nienasyconą harpią. Gdy wróciliśmy do jej campu, dosiadła mnie niczym dzikiego rumaka i nie zeszła, dopóki nie odczuła przyjemności. Jęczała tak głośno, że musiałem dłonią zatykać jej usta. Po raz kolejny przeżyłem intensywny orgazm.
Z Jekateriną nieraz kochaliśmy się bez opamiętania, ale to były stare czasy, nim zamieszkała z nami Tamarka i urodziła się Nadia. Żona nie była jednak tak zachłanna i… no właśnie co? Brakowało mi odpowiedniego wyrazu, na to, co przeżywałem z Klaudią. Szaleństwo? Dzikość? Sam nie wiedziałem.
Otworzyłem drzwi campu i, nie zamykając ich na klucz, walnąłem się w „opakowaniu” na łóżko. Nie miałem nawet siły ściągnąć butów. Zasnąłem natychmiast.
Los mi sprzyjał. Do godziny jedenastej nic się nie działo. Wcześniej rozkazałem, że nie będzie porannej zaprawy fizycznej, żeby dać chłopakom wypocząć. Wyspany sołdat to w dużej mierze gwarancja zwycięstwa, zmęczony – groźba klęski. Nigdy nie słyszałem, by zmordowani brakiem snu specjalsi odnieśli sukces. Na ostatni dyżur przed akcją wyznaczyłem „Lochę”, niby medyk potrzebny, ale chciałem mieć przytomnych operatorów.
– Dowódco, wstawaj, ruszyło się – usłyszałem głos „Akuły”.
Pomimo zmęczenia, poderwałem się na równe nogi.
– Co jest?
– Podali sektor, gdzie ma się odbyć spotkanie. Syryjczycy już wystawiają w okolicy posterunki kontrolne.
– Znamy dokładną lokalizację?
„Akuła” popatrzył na mnie jak na Marsjanina.
– Podali sektor – powtórzył.
Podniosłem się z łóżka i doszedłem do umywalki w łazience. Zimną wodą opłukałem twarz.
– Mów, gdzie? – poprosiłem, powoli dochodząc do siebie.
Zastępca rozłożył mapę i wskazał rejon w niedużej odległości od granicy z Irakiem. Skrzywiłem się nieco. Był to problem dla lotnictwa – obawa naruszenia przestrzeni powietrznej obcego państwa, gdzie trwał konflikt.
Na Bliskim Wschodzie wszędzie były walki – Liban, Syria, Irak, Izrael. Jeden wielki kocioł. Walczyli: Amerykanie, Polacy, Brytyjczycy, Rosjanie i czort wie, jakie jeszcze nacje z różnymi odłamami terroryzmu, bardziej lub mniej radykalnego religijnie. Tworzyły się sojusze, niektóre krótko, a inne długotrwałe.
Nakazałem zebranie wszystkich swoich ludzi. Skoro odprawa terrorystów miała się odbyć w granicach godziny siedemnastej, pozostawało nam niewiele czasu. Musieliśmy, oczami Klaudii rozpoznać „bossa”.
– Zbiórka wszystkich!!!
– Już czekają, Polka też – odparł spokojnie „Akuła”, szczerząc zęby.
Siedzieliśmy na pokładzie syryjskiego Mi-8, przebrani w mundury sojuszniczej armii. Wszyscy, łącznie z Klaudią. Towarzyszyło nam trzech żołnierzy z syryjskich sił specjalnych – tych samych, którzy pomagali nam przy uprowadzeniu „skarbnika”. Mieli na sobie policyjne uniformy. Ich zadaniem, razem z „Priomem”, była bezpośrednia kontrola pojazdów. Mieliśmy nadzieję, że zdążymy, nim „boss” dotrze w wybrane miejsce. W samym rogu skuty i pilnowany przez „Burana” i „Urala” siedział „skarbnik”.
Klaudię celowo usadziłem z dala od siebie, pomiędzy „Lochą” i „Akułą”. Nie chciałem przypadkowych dotyków ani rozmów. Wczoraj odpowiedziała mi na wiele pytań dotyczących mojej polskiej przeszłości i, szczerze mówiąc, jej relacja trzymała się kupy.
Do języków obcych miałem smykałkę od dzieciństwa, a i teraz, na ostatniej misji w Syrii, sprawnie opanowałem arabski na poziomie dostatecznym. Zrobić to w pół roku to sztuka, co prawda tylko w zakresie mówienia i słuchania, bo z pisaniem szło mi ciężko.
Angielski w Polsce opanowałem bez problemu, byłem samoukiem. Podobno słuchałem CNN, zakuwałem słówka i posiłkowałem się podręcznikami. To pomogło mi dostać się na elitarny kurs w US CG, i ukończyłem go, jako jeden z nielicznych Polaków.
Rosyjskiego uczyłem się od dzieciństwa. W Polszy, w tamtych latach był obowiązkowy od piątej klasy szkoły podstawowej, a potem w średniej. Bite siedem lat nauki. Na dodatek należałem do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i zająłem wysokie miejsce w olimpiadzie językowej na szczeblu centralnym, co zaowocowało nagrodą – z trojgiem innych olimpijczyków pojechaliśmy na słynny wtedy obóz „Artek” na Krymie.
Kolejne dwa lata nauki rosyjskiego to Szkoła Podoficerska. Trudno było, mając smykałkę do języków obcych, w dziewięć lat nie poznać go w stopniu bardzo dobrym. W złapaniu fraz wojskowo-specjalistycznych pomogły mi instrukcje śmigłowców Mi-14 i Mi-2, które były w bibliotece. Podobno nawet uczestniczyłem w tłumaczeniu jakichś periodyków na język polski.
Wreszcie dowiedziałem się, kim była prześladująca mnie w snach śliczna blondynka. Agnieszka, moja miłość i niedoszła żona, zginęła w katastrofie ratowniczego Mi-2RN, z której tylko ja wyszedłem cało. Jeżeli Klaudia mówiła prawdę, to życie w Polsce mnie nie rozpieszczało. Najpierw strata narzeczonej, potem ona straciła mnie. Scenariusz rodem z niezłego sensacyjnego filmu i wyciskacza łez. Gdy teraz dodać moje życie w Rosji, powstałby dłuższy serial.
Kwestie wysokiej sprawności fizycznej i umiejętności walki wręcz również wyjaśniła mi w sposób przystępny, niebudzący podejrzeń.
Gdy straciłem Agnieszkę, popadłem w skrajny perfekcjonizm. Pływanie, jiu-jitsu, bieganie – ogólnie tężyzna fizyczna stała u mnie na wysokim poziomie, nawet bardzo wysokim. Trochę przystopowałem, gdy poznałem Klaudię, jednak nadal trzymałem formę, której pozazdrościć mi mogli młodsi koledzy.
Podobnie było w kwestii wyszkolenia ogniowego i znajomości broni. Nigdy nie miałem z tym problemów, zarówno z bronią krótką, jak i długą. Nawet reprezentowałem dywizjon w zawodach strzeleckich, zajmując wysoką pozycję.
Słowem – żołnierz z krwi i kości, znający się na swoim rzemiośle w sposób perfekcyjny, a woda była moim żywiołem.
Klaudię poznałem na kursie w Ustce, gdzie zostałem oddelegowany jako instruktor. Wymuszono to na mnie, gdyż działałem bardzo ryzykownie, balansując nieraz na granicy własnej śmierci. Dzień po moim zaginięciu w czasie akcji, miałem być przeniesiony na etat instruktora, do ośrodka szkolenia.
„Dlatego tak łatwo poszło mi w specnazie, a potem w Wympiele” – uzmysłowiłem sobie.
Sprawny, bezkompromisowy, wymagający, ryzykujący życie i perfekcyjny w tym, co robiłem. Doświadczony życiowo, z bagażem złych doświadczeń, nielubiący dróg na skróty. Na dodatek kutas, oczekujący od podwładnych poziomu równego sobie. Byłem obyty ze śmiercią, ocierałem się o nią wielokrotnie i zawsze udawało mi się umknąć kostusze. Pierwszy raz, gdy straciłem Agnieszkę, potem gdy zestrzelili nas nad Wickiem, i trzeci, gdy uratowali mnie Rosjanie. A to tylko w Polsce, jako Radosław Gancarz, a ile razy jako Wiktor Graczow?
Przypomniałem sobie wymogi, stawiane kandydatom do specnazu.
W odróżnieniu od czasów radzieckich mniej patrzono na warunki fizyczne kandydata. Obecnie równie ważna, jeśli nie ważniejsza, jest inteligencja, a więc poziom IQ oraz rzeczy nabyte wcześniej w cywilu, takie jak wykształcenie, znajomość języków czy oryginalna specjalizacja.
Całość sprowadzała się do rozbudowanej selekcji na podstawie testów psychologicznych, wspartych praktyką.
Na przykład: kandydat jest lokowany na kilka dni w grupie weteranów po to, by uzyskać ich opinię na temat umiejętności życia w kolektywie. To jeden z kluczowych parametrów wartościowania „narybku” do służby. Nie byłem jednak kandydatem, lecz oficerem, a dlaczego tak postąpiono ze mną, nie wiedziałem.
Zawsze filarem psychicznego przygotowania pozostaje bieg, a raczej różne formy biegów o narastającej trudności i dystansach. Wbrew pozorom ciągłe bieganie to nie tylko najlepsza metoda osiągnięcia odpowiedniej formy fizycznej, ale także szkoła wytrwałości i odporności na wszelkie przeciwności losu. To bowiem podstawowa cecha żołnierza specnazu. Poza tym nauka właściwego oddychania, pomaga w przełamaniu słabości, takich jak zmęczenie, głód czy pragnienie – w Polsce biegałem codziennie, krótkie, długie dystanse, bez względu na pogodę i porę roku. Nawet chory i z gorączką, musiałem przebiec kilkaset metrów.
Na szkoleniach wbijano mi do głowy różne przykłady. Jeden z wykładowców, którego bardzo szanowałem, stwierdził, że dywersyjna grupa wykryta przez nieprzyjaciela zostanie zniszczona w ciągu sześciu godzin. Albo zdoła wyprowadzić pościg w pole, ten zaś z żołnierzy, który nie daje rady, jest z góry spisany na straty. Tenże musi mieć świadomość, że w krytycznej chwili zostanie porzucony wraz z odpowiednim zapasem amunicji, by mógł ogniem spowolnić nieprzyjaciela.
Byłem gotowy, by pozostawić najsłabszy element. Zdawałem sobie sprawę, że gdy ja będę tym kruchym ogniwem, muszę poświęcić życie, by ratować towarzyszy broni. Przecież już tak zrobiłem, ratując Klaudię i Marzenę, wtedy na kutrze. Nieświadomie, nabywałem doświadczenia, mające mi się przydać w rosyjskiej tożsamości.
Co pół roku wszyscy żołnierze sił specjalnych przechodzą morderczy test. Podzieleni na drużyny są na kilka dni desantowani w lesie bez jedzenia i innych środków przetrwania, a następnie „ganiani” przez zmieniających się oficerów, aż do osiągnięcia kresu wytrzymałości. W ten sposób dokonuje się ciągła selekcja kadrowa. Czy trwanie z Agnieszką w tratwie, wśród szalejącego huraganu, nie było tym, co przechodziłem co pół roku? Czy można wyobrazić sobie gorsze warunki niż „dziesiątka” na morzu?
Drugim filarem wyszkolenia pozostaje agresja. Największym przeciwnikiem żołnierza specnazu ma być jego sierżant, tak, by za poniżenia mógł się odegrać na przeciwniku. Tego nie musiałem przechodzić, stałem w hierarchii o wiele wyżej niż wspomniany podoficer.
Ponadto wszyscy żołnierze są trzymani w ciągłym napięciu. Celem jest osiągnięcie stanu permanentnego stresu, zastępującego ewentualne opory moralne oraz zwykły strach.
W tym celu ćwiczebnemu „minowaniu” podlegają łóżka, osobisty ekwipunek, czy przypadkowe przedmioty na widoku. To pozwala również wykształcić nawyk nieufności wobec otoczenia. Nigdy nie ufałem otoczeniu, nawet gdy pogoda była bajkowa; zdawałem sobie sprawę, że na morzu wszystko jest zmienne. Swoim kursantom zawsze starałem się maksymalnie utrudniać zadania i karać ich za popełnione błędy. Jebany perfekcjonista, nieomylny cyborg, nikomu nieufający, bez oporów moralnych. Klaudia opowiedziała mi, jak wyrzucałem z kursu kolejnych marynarzy. Agresja – potrafiłem zadać cios w twarz szamoczącemu się topielcowi, albo bez wahania skarcić starszego stopniem, który nie znał się na rzemiośle ratowniczym.
Wreszcie żołnierze są oswajani z widokiem martwych ciał i krwi. Służą temu obowiązkowe wizyty w prosektoriach oraz udział w sądowych sekcjach ofiar wypadków i morderstw. W tym kontekście do rozpowszechnionych metod szkolenia należy walka wręcz z ucharakteryzowanymi manekinami.
Oficerowie zabijają i patroszą bezpańskie psy, aby umazać manekiny krwią i wnętrznościami biednego zwierzęcia. Widok martwych ciał i ofiar w różnym stanie rozkładu towarzyszył mi od momentu, gdy rozpocząłem swoją karierę jako ratownik. „Heweliusz”, zabici członkowie mojej załogi, topielcy – już wtedy, nie robiło to na mnie wrażenia. Zszokowany byłem, gdy musiałem zabić agresywnego rottweilera i umazać krwią manekiny. Miałem chwilę zawahania, ale gdy spojrzałem w oczy tej bestii, która bez powodu zagryzła Bogu ducha winnego owczarka alzackiego, zrobiłem to. Jedyny pies, zasługujący na „sobacze piekło”.
I wreszcie trzeci, podstawowy filar psychicznego przygotowania.
W każdego żołnierza wpaja się przekonanie, że jest nadczłowiekiem, najlepszym żołnierzem, bo należy do elitarnej formacji, górującej nie tylko nad innymi oddziałami własnej armii i każdym przeciwnikiem, ale i resztą świata. W Polsce należałem do grona elitarnych ratowników, nielicznych po kursie w US Coast Guard, gdzie tylko 20% kursantów kończyło szkolenie.
Samozaparcie i dążenie do ciągłego doskonalenia rzemiosła umocniło mnie w przekonaniu, bycia nadczłowiekiem – może nie najlepszym na całym świecie, ale w Europie Środkowo-Wschodniej z pewnością. Mało kto mógł się ze mną równać. Utwierdził mnie w tym dodatkowo czas rekonwalescencji po wypadku. Nikomu tak szybko nie udało się wrócić do zdrowia. Musiałem być nadczłowiekiem.
Przyzwolenie na brutalność i grę bez reguł, podporządkowane wszystkiego fizycznej likwidacji wroga – to przyszło z czasem, w Rosji. W walce z terroryzmem nie ma miejsca na miękką grę, walkę rycerską czy honorową. Oni tego nie przestrzegają, ty też nie musisz. Liczy się cel, a cel uświęca środki.
– Wiktorze, zaraz będziemy siadać, mam informację, że samochody już na nas czekają – wyrwał mnie z przemyśleń „Patron”.
Jako jedyny miał inną broń niż my – snajperskie SWD. Pozostali, z wyjątkiem Klaudii, byli wyposażeni w AKM i AKMS kalibru 7,62 mm – standardowe karabinki w armii syryjskiej.
– Dzięki – odpowiedziałem i spojrzałem na ratowniczkę.
Poprawiła biało-czerwoną arafatkę, zawiniętą pod szyją, i przerzuciła zapleciony przeze mnie warkocz z prawej strony na lewą. Wyglądała cudnie, mimo że była bez makijażu i w nieco za dużym syryjskim mundurze. Przez chwile nie mogłem oderwać od niej wzroku. Dojrzała to i uśmiechnęła się do mnie; odwzajemniłem się tym samym i momentalnie odwróciłem spojrzenie.
Miałem rozdarte serce. Coraz bardziej wierzyłem w to, co mi opowiedziała. Mówiła to ze szczerością, nie mogłem mieć najmniejszych podejrzeń, że kłamie.
„I co ja mam teraz kurwa zrobić?”
Śmigłowiec wylądował na odludziu; zdołałem tylko dostrzec dwie ciężarówki Syryjskich Sił Zbrojnych i kręcących się przy nich żołnierzy.
– To twoi? – zapytałem porucznika z sojuszniczych sił specjalnych, a ten potwierdził.
Opuściliśmy śmigłowiec, który unosił potężne tumany piachu. Sprawnie i szybko załadowaliśmy się na pakę ciężarówek, każdy opatulony arafatką.
„Akuła” z „Lochą” załadowali wyrzutnię PPK, a pociski do niej taszczyli „Priom” i jeden z Syryjczyków.
Pojazdy ruszyły, kierując się w nieznane.
– Mamy rozstawione blokady, pamiętajcie, poszukujemy dwóch zbiegłych dezerterów z naszej armii. Od was idzie ten, co płynnie gada po arabsku, reszta czeka w dwóch miejscach – przypomniał nam porucznik z syryjskich sił specjalnych.
„Priom”, który miał współpracować z trzema Syryjczykami przy blokadzie, przetłumaczył jego wypowiedź wszystkim obecnym. Zadania mieliśmy sprawnie podzielone. Czekaliśmy na telefon od „bossa” do naszego „skarbnika”. Po pewnym czasie dołączyli do nas libańscy wywiadowcy z komórką naszego ptaszka.
Na wyboistej drodze wytłukło nas niemiłosiernie. Pojazdy wznosiły drobinki piachu, a te wpadały pod plandeki ciężarówek. Chusty były zbawienne, chroniły drogi oddechowe, jednak pył dostawał się do oczu. Przeklinałem siebie w myślach, że nie poleciłem zabrać gogli.
Siedziałem naprzeciw naszego pojmanego. Zimnym wzrokiem patrzyłem na tę szuję. Nigdy nie szanowałem zdrajców, a tak go postrzegałem. Nie uciekał wzrokiem; dostrzegłem nawet w jego spojrzeniu pewną butę i pogardę. Odsłoniłem twarz.
– Odbierasz telefon, jak zadzwoni, i żadnych numerów, bo osobiście wypatroszę twoje córki, a wcześniej ci dwaj – tu wskazałem na „Urala” i „Burana” – Poużywają sobie.
– Kapitanie, bez obaw, zrobię wszystko co potrzeba, od ludzi z wywiadu dostałem rosyjski paszport, jestem takim samym obywatelem Rosji jak ty – odparł, wcześniej ściągając arafatkę z twarzy.
„Ty skurwysynu, jak możesz porównywać się do mnie” – wzburzyło mnie to stwierdzenie i wiedziałem, że tego tak nie zostawię.
Nie miałem zamiaru dyskutować z tym śmieciem, tym bardziej że dojeżdżaliśmy na miejsce. Niewielka stacja paliw, ogrodzona niewysokim murkiem wydawała się idealnym miejscem dla jednej z grup.
– „Buran”, „Ural” bierzcie naszego skarbnika, Kławdia wysiadaj – rozkazałem.
Na drugie miejsce, bezpośrednio zlokalizowane na punkcie kontrolnym pojechali „Kola” i „Priom” razem z Syryjczykami. Gdy ich żegnałem, dojrzałem w kabinie jednej z ciężarówek obok kierowcy kobietę.
– Spokojnie, ona da radę, sprawdzona – rzucił porucznik z Syrii.
– Powodzenia – życzyłem wszystkim odjeżdżającym.
Na tyłach stacji paliw stał dostawczy samochód ze specjalistyczną aparaturą. Wszyscy z Syryjczyków i „Priom” mieli na mundurach zamontowane dyskretne kamery i mikrofony. Na pace dostawczaka była zamontowana aparatura współdziałająca z tymi urządzeniami. Miejsca w środku było sporo, tak że zmieściło się tam dwóch moich ludzi ze „skarbnikiem” oraz Klaudia ze mną. Siedzący za konsolą Syryjczyk miał za zadanie nadzorować prawidłowość działania ustrojstwa.
Rozstawiłem pozostałych ludzi na pozycjach. „Patron” z SWD ułożył się na dachu budynku i ukryty za reklamą czekał na sygnał. „Ákuła” z resztą ubezpieczał naszą pozycję w sposób skryty.
Po kwadransie mieliśmy podgląd na oba posterunki. Do zawężonego sektora, gdzie miało odbyć się spotkanie, prowadziły tylko te dwie drogi. Sumarycznie – cztery posterunki i na czterech monitorach mieliśmy podgląd audio i video. Na razie był spokój, normalny ruch samochodowy, nieodbiegający od normy.
Gdy nie było pojazdów, nakazywałem operatorowi cofać na bocznym ekranie wcześniejsze auta, te, które przekroczyły checkpointy, nim przybyliśmy tutaj.
– Klaudio, jeżeli rozpoznasz, powiedz, daj mi znak, jeżeli cię jego twarz sparaliżuje, bo tak może się stać, chwyć mnie za rękę, uszczypnij, uderz w twarz, daj mi znać, że to on – zwróciłem się do niej po polsku.
Uśmiechnęła się serdecznie, rozbrajając mnie swoim wzrokiem. To były spojrzenia zakochanej kobiety.
– Tak dowódco – po raz pierwszy zwróciła się do mnie w ten sposób, a dłoń ratowniczki dotknęła mojej.
Usłyszałem dźwięk przychodzącego SMS-a w telefonie naszego gagatka. „Ural” wyrwał mu go z rąk.
– Co napisali? – zapytałem arabusa. – „Ural” kurwa daj mu telefon! – dodałem.
Zrobił to, co nakazałem. „Skarbnik” przeczytał informację. Chwilę się zastanawiał, postanowiłem skrócić mu przemyślenia.
– Kurwa, odpowiesz mi na pytanie? – ponowiłem zapytanie, wyciągając z kabury swoją CZ 75. Bez wahania wycelowałem mu w głowę.
– Pytają, gdzie jestem i czy mam pieniądze? Schowaj broń i powiedz mi, co mam odpisać – odparł przerażony.
Takiego go chciałem widzieć, zesranego, ze strachem w oczach, a nie zadowolonego. Zerknąłem na mapę rozłożoną na stoliku obok i wskazałem mu palcem wioskę oddaloną o kilkanaście kilometrów od naszego miejsca.
– I pamiętaj, jeden zły wyraz, jedno słowo, a zajebie ciebie, twoją żonę i dzieci – ostrzegłem, chowając pistolet do kabury. – Patrz i tłumacz mi na angielski, co ten chuj pisze – zwróciłem się po angielsku do syryjskiego operatora, wiedząc, że mnie zrozumie.
W oczach sojusznika dostrzegłem zdziwienie i nutkę strachu. Patrzył na palce Araba.
– Podaje lokalizację i dodaje, że ma pieniądze ze sobą. Prosi o podanie miejsca, gdzie ma się udać – usłyszałem.
Tekstowa informacja poszła w eter. „Buran” natychmiast połączył się z bazą za pomocą komórki i przekazywał dane, by namierzyć „bossa”. Była nadzieja, że jeśli ten dupek nie wyłączy telefonu, zlokalizujemy go.
Polka patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach. Zacisnęła palce na moim udzie.
– Patrz w monitory, Klaudia, patrz tam! – zestrofowałem ją, widząc, że przeniosła wzrok z ekranów.
Spojrzałem na „Burana”. Rozumieliśmy się bez słów. Zdałem sobie sprawę, że nie namierzyli tego buca. Przywódca terrorystów był twardym przeciwnikiem, przebiegłym lisem. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na odpowiedź, a ta nie nadchodziła.
– Kurwa, czemu nie odpowiadają, co tam chuju pierdolony napisałeś – wyrzuciłem z siebie i powstawszy, znów dobyłem cezetę z kabury.
Nie zastanawiając się długo, przybliżyłem lufę do jego policzka i przesunąłem ją w kierunku warg Araba. Na siłę wepchnąłem mu zimną stal broni w usta. Przeładowałem czeskie cudeńko.
– Kamandirze… – rzucił „Ural”.
– Radek, nie – wyrwało się Klaudii.
– Patrz w monitory do kurwy nędzy! – odpowiedziałem stanowczo, a mój zimny wzrok cały czas świdrował „skarbnika”.
Panowałem nad tym, co robię. Ten jebany ciapaty „bankier” musiał poczuć, kto tu dowodzi. Zbyt szybko ludzie z wywiadu dali mu paszport i poczucie spokoju. Popełnili niewybaczalny błąd. Akcja się nie zakończyła, a on był już pewny swojej przyszłości, widząc ją w różowych barwach.
„Nie, kurwa, nie ze mną w tej chwili, jebany zdrajco”.
Sygnał SMS-a uspokoił mnie. Wyrwałem mu telefon z dłoni i podałem Syryjczykowi.
– Co odpowiedzieli? Mów kurwa! – ponagliłem, widząc zestresowaną minę łącznościowca.
– N… Napisali, że dojeżdżają do posterunku, jak go miną, podadzą koordynaty miejsca spotkania – wydukał z siebie młody syryjski podoficer.
Wyciągnąłem pistolet z ust skarbnika. Napawałem się jego strachem, w jakiś dziwny sposób mnie to napędzało.
„Jestem pojebany” – przeszło przez myśl.
„Wcale nie, robisz swoje” – moje gorsze ja usprawiedliwiało podjęte działania.
W nozdrza uderzył mnie zapach moczu; ta jebana menda zlała się w portki. Nie przenosząc wzroku, wiedziałem, że to on, bo któż by inny? Młody Syryjczyk? Klaudia?
– Nie mam ubrań na zmianę, a wóz posprzątasz po akcji – Gorzej już nie mogłem go poniżyć.
Zrobiłem to z pełną premedytacją w obecności kobiety i ziomka z Syrii. Patrzył na mnie z wściekłością. Zdawał sobie sprawę, że w tym momencie gówno mi może zrobić. Byłem panem życia lub śmierci. Mogłem go wyprowadzić z pojazdu i zabić jak psa. Jak psa? Nie. Psy szanowałem, a w akcji straciłem oba teriery. On nie był godzien równać się z nimi. Był dla mnie marnym karaluchem, na którego teraz lekko nadepnąłem. Podłym robalem, nic nieznaczącym pasożytem, któremu mój kraj dał szansę.
„Czy naprawdę mój? Kim ja jestem? Rosjaninem? Polakiem?” – tłukło się w czerepie.
– Radek!!! – przeraźliwie krzyknęła Klaudia, patrząc w monitory.
– Który? Mów! Pokaż mi!!! – rozkazałem, analizując wszystkie cztery.
Lewa dłoń kobiety zacisnęła się na moim udzie tak mocno, że ledwo powstrzymywałem ból. Palcem wskazującym prawej ręki wskazała na jeden z monitorów, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. W oczach ratowniczki pojawiły się łzy. Cała drżała ze strachu, wskazując mi szubrawca.
– Czwórka, mamy cel, gotowość do śledzenia – rzuciłem w eter, bez chwili zawahania.
– Czwórka przyjął, w gotowości. Podaję blachy i typ pojazdu… – odezwał się „Priom” i zaczął podawać dane.
– Czwórka, dyskretnie, z umiarem, nie spłosz chuja.
– Przyjął, przejmujemy. Bez obaw – zapewnił mnie podwładny.
– Jesteś pewna, że to on? – musiałem potwierdzić, choć byłem na sto procent przekonany, że to ta kanalia.
Nie odpowiedziała nic, tylko wtuliła się we mnie. To wystarczyło. Miałem pewność. Nie zważając na innych, gładziłem włosy ratowniczki i całowałem je.
– Już, już, zaraz będzie po wszystkim – starałem się uspokoić Klaudię.
Drżało całe kobiece ciało, a oczy się zaszkliły. Z pewnością powróciły do niej demony z przeszłości. Było mi jej żal, a gdy dojrzałem głupkowaty uśmieszek Araba, coś we mnie wybuchło.
– O ty chuju! – ryknąłem i zamachnąłem się na niego.
Dobrze, że „Buran” zdołał przechwycić moją rękę, bo chyba bym arabskiemu pomiotowi rozwalił ryja.
– Spokojnie dowódco, spokojnie.
Fala agresji opadła. Poprosiłem operatora, by zwolnił blokadę ręki. Uczynił to po chwili.
„Uspokój się, kurwa, uspokój”.
Dał się słyszeć dźwięk przychodzącego SMS-a. „Ural” wziął z dłoni „skarbnika” telefon i przekazał go operatorowi elektroniki.
– To pewnie koordynaty, ale zaszyfrowane, ten tu musi znać klucz – usłyszeliśmy.
– Pokazuj, gdzie jest to miejsce. Już! – „Ural” nie miał zamiaru pierdolić się z naszym gagatkiem.
Kiedy „skarbnik” wypełnił polecenie, połączyłem się z bazą lotniczą i podałem koordynaty dla lotnictwa.
Półtorej godziny później, Armenian Cemetery w gubernatorstwie Daj az – Zaur, Syria, niedaleko granicy z Irakiem.
Nie musieliśmy jechać daleko i zatrzymaliśmy się przy starym ormiańskim cmentarzu. Tu pozostała większa część grupy. „Patrona” z „Priomem” i „Kolą” pozostawiłem na kolejnej stacji paliw, tym razem po drugiej stronie ulicy. Ulokowali się na dachu budynku i stamtąd obserwowali zabudowania, gdzie miało odbyć się spotkanie terrorystycznej śmietanki. To oni mieli podświetlić cel laserem.
Nasze miejsce było znakomite; wzdłuż podrzędnej drogi wznosił się niewysoki wał ziemny, który maskował nas od strony krajowej szosy M20. Owa grobla po kilkuset metrach odbijała w lewo, tak że nieprzyjaciel nie mógł dostrzec naszych ruchów. Mogliśmy się zbliżyć na odległość kilometra od celu.
Dochodziła szesnasta, mieliśmy jeszcze godzinę, choć z meldunków przesyłanych przez „Kolę” mogliśmy wywnioskować, że większość terrorystów wraz ze swoją obstawą już była na miejscu.
Nasz „skarbnik” wił się w wysyłanych informacjach i starał się być w tym wszystkim wiarygodny. Najpierw zwodził, że stoi w kolejce do punktu kontrolnego, potem zaś, że zatrzymał się na stacji benzynowej i tankuje pojazd.
Zdałem sobie sprawę, że nie warto zwlekać. Terroryści nie byli aż tak głupi, by uwierzyć w kolejną bajeczkę.
– „Akuła”, „Buran”, bierzcie „Korneta” i rozstawcie najbliżej, jak się da, tylko ostrożnie, żeby was nikt nie dojrzał – rozkazałem.
Wolałem mieć przygotowany ten środek ogniowy. Niby pogoda była dobra, widoczność odpowiednia i z bazy lotniczej w Humajmim miały wystartować dwa Su-24M. Zawsze jednak należy brać pod uwagę najgorszy scenariusz.
– Jak rozstawicie, meldować – dodałem.
Tkwiliśmy przy cmentarnym płocie w rogu cmentarza. Nikt nie mógł nas dostrzec od strony drogi i z budynków, gdzie miało odbyć się spotkanie. Na szczęście terroryści nie wystawili na dachach żadnych obserwatorów, by nie zwracać na siebie uwagi.
– Gotowe – usłyszałem po dwudziestu minutach.
Połączyłem się z bazą w Humajmim. Podałem sygnał.
Rosyjska baza lotnicza Humajmim, Syria, w tym samym czasie.
Dwa frontowe bombowce Su-24M powoli kołowały na pas startowy. Pierwszy z numerem burtowym 054 był dowodzącym, drugi z wymalowanymi białą farbą cyframi 013 pełnił rolę maszyny zapasowej. Każda z „suczek” miała przymocowaną pod skrzydłami bombę KAB-500L, a jako przeciwwagę pod drugim, odrzucany zbiornik paliwa o podobnym wagomiarze.
Bomby były sterowane wiązką laserową, a podświetlić cel mógł nosiciel, inny samolot lub siły naziemne.
KAB-500L jest podobna do amerykańskiego systemu Paveway. Głowicę bojową stanowi bomba ogólnego przeznaczenia FAB-500 o masie nominalnej 500 kg, wyposażona w półaktywną laserową głowicę naprowadzającą i powierzchnie sterowe do korygowania lotu. Cel musi być oświetlony zewnętrznym znacznikiem laserowym typu Kljon, Kajra lub Szkwał.
Głowica bomby, zawierająca 450 kg materiału wybuchowego, ma na celu niszczenie celów za pomocą fali uderzeniowej, a jej dokładność trafienia to siedem metrów.
Zrzut można przeprowadzać z wysokości od 500 do 5000 metrów, przy prędkościach od 550 do 1100 km/h, w odległości do 9 kilometrów od celu. Po jego namierzeniu i zrzuceniu bomby, dalsze naprowadzanie odbywa się automatycznie (zrzuć i zapomnij).
– 054, automatyka skrzydeł i silniki w porządku. Proszę o zgodę na start – zameldował pilot pierwszej maszyny.
– 054, masz zgodę. Powodzenia – dało się słyszeć kontrolera lotów.
Pierwszy potężny bombowiec rozpędzał się po pasie startowym. Po chwili maszyna wzbiła się w powietrze i skierowała nad wyznaczony punkt nawigacyjny, gdzie miała krążyć w oczekiwaniu na kolejną „sukę”.
– 013, gotowy do startu – zgłosił liotczik drugiej maszyny.
– 013. Start – kontroler podał skróconą formę, dając „zielone światło”.
Po kilku minutach oba samoloty były w powietrzu. Osiągnęły przelotowy pułap 3500 metrów i kierowały się w wyznaczone miejsce.
Każda z załóg odczuwała wagę postawionego rozkazu. To nie było zadanie szkoleniowe, lecz prawdziwa misja bojowa. Cele miały być podświetlone z ziemi.
– Tu 013, przerywa prawy silnik, praca niestabilna – zakomunikował kapitan Korolew, dowódca drugiej „suki”.
Nie minęli jeszcze Hamy, a już zaczęły się kłopoty. Samoloty miały swoje lata, a klimat również im nie sprzyjał. Takie zdarzenia czasami miały miejsce i nie były niczym nadzwyczajnym; amerykańskie F-16 i F-18 również nieraz zawodziły.
– Zawracaj 013, Zrzut ładunku w strefie Z-33 i powrót do bazy – zadecydowało dowództwo.
– 013 poniał. Wyłączam prawy silnik – zameldował pilot i wykonał delikatny zwrot, kierując się na morski poligon Z-33 niedaleko morskiej bazy Tartus.
Dowodzący 054, podpułkownik Błochin, zastępca dowódcy pułku, pozostał sam. Miał doświadczenie z Czeczenii. Nalot i uprawnienia instruktora spowodowały, że do tego zadania wyznaczono jego.
– Zostaliśmy sami, Pietia – zwrócił się do drugiego członka załogi.
– Damy radę Jewgieniju – usłyszał w odpowiedzi.
Pokonywali dystans dzielący ich do celu. Dotarli we wskazany rejon, w momencie, gdy 013 zrzucił bombę oraz dodatkowy zbiornik z paliwem do Morza Śródziemnego i kierował się na macierzyste lotnisko.
– „Wolfy”, tu 054, dajcie Zorze – podpułkownik rzucił umówiony sygnał do naziemnych operatorów z „Wympieła”.
Stacja paliw w gubernatorstwie Daj az – Zaur, Syria, w tym samym czasie.
Gdy tylko usłyszał w słuchawkach głos pilota, „Priom”, uruchomił laserowy podświetlacz celu. Rosjanie obserwowali obydwa budynki i wiedzieli, gdzie przebywa większość terrorystów. W pierwszym z nich znajdowało się co prawda kilkanaście osób, ale byli to głównie ochroniarze i kierowcy. Najważniejsi przebywali w domostwie, na które teraz skierował wiązkę lasera.
– No to teraz Koleńka, będzie bum i pójdą w pizdu do Allacha – szepnął do leżącego obok towarzysza.
Słyszeli odgłos samolotu. Zrzut bomby miał nastąpić z czterech, góra pięciu kilometrów. Su-24 to nie kukuruźnik, słychać go z daleka.
– Trzymaj cel, nie pierdol – usłyszał w odpowiedzi.
– 054, masz zorzę – nadano do pilota.
– Potwierdź zorzę.
– Potwierdzam, zorza.
Pozostało im czekać na działanie załogi Su-24M.
Gubernatorstwo Daj az – Zaur, Syria, 700 metrów od cmentarza ormiańskiego, tuż przy wale ziemnym, w tym samym czasie.
– Masz, zobaczysz, jak twój oprawca kończy żywot, skończą się twoje koszmary – powiedziałem, wręczając Klaudii lunetę o dużym powiększeniu.
Chciałem, by to widziała; byłem pewien, że wtedy opuszczą ją strach i stres, jakie przeżyła przy rozpoznaniu tego szubrawca.
Była spokojna. Co chwila przerzucała zapleciony warkocz z prawej na lewą stronę szyi. Najwyraźniej nikt w dorosłym życiu jej go nie zaplótł. Z pewnością czuła się niekomfortowo w tej fryzurze, nie chciała mi sprawić przykrości i rozpuścić włosów.
– Radek… – zaczęła.
– Wiktor, mam na imię Wiktor – przerwałem, zauważając, że po raz trzeci użyła polskiego imienia, jakby chciała mnie zdemaskować.
Już wcześniej widziałem zdziwione miny operatorów, gdy tak do mnie się zwróciła. Nie panowała nad tym. Byłem w stanie zrozumieć, że w momencie, gdy rozpoznała „bossa”, puściły jej nerwy, ale nie teraz.
– Tam są jakieś kobiety – zauważyła, patrząc przez lunetę.
– Nałożnice lub przyszłe terrorystki. Poznałem takie. Dwie z nich wysadziły się w Biesłanie. Terroryzm nie ma płci – odpowiedziałem sucho.
Odłożyła lunetę na bok i spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, jakby się mnie bała. Niedaleko nas leżał skrępowany „skarbnik”, pilnowany przez „Lochę”.
– Chcesz, chuju, zobaczyć koniec twoich ziomków? – zwróciłem się do niego.
Gardziłem nim, a każde moje stwierdzenie, zadające mu ból, dawało mi poczucie przyjemności. Nienawidziłem go z całych sił. Pragnąłem go poniżyć, upokorzyć, zgnoić, a najchętniej zabić. Wizja, że ta szuja ma do końca swoich dni wieść spokojne życie w Rosji, była nie do przyjęcia.
Potrząsnął głową. Podły tchórz i zdrajca.
– Nie, nie chce na to patrzeć, powinniśmy ich pojmać i osądzić wszystkich – stwierdziła Klaudia.
Jaka ona była dobra, wspaniałomyślna, pomimo tego, co ją spotkało. Mało chyba widziała w swoim życiu. Zbyt mało krwi, ludzkich tragedii, trupów i tego wszystkiego, co ja przeszedłem.
– Ty nie jesteś taki, ja wiem, jesteś inny, tylko tu taki musisz być. Jesteś dobrym człowiekiem – usłyszałem i poczułem palce Klaudii dotykające mojej dłoni.
Mówiąc to, patrzyła na mnie łagodnym wzrokiem. Te oczy nie mogły kłamać; ona wierzyła w to, co mówi.
Su-24M Rosyjskich Sił Powietrznych o numerze burtowym 054. Pięć kilometrów od celu, Syria.
– Pułap 1500 metrów, odległość do celu 4700, prędkość 950, gotowy do zrzutu bomby – zameldował drugi pilot.
– Przygotuj Kajrę na wszelki wypadek – polecił dowódca załogi.
– Przyjąłem. Odległość 4400, pułap 1350, zrzut za trzy… dwa… jeden… JUŻ! – podawał II pilot.
– Zrzucam! – zameldował pierwszy pilot.
Zapaliła się kontrolna lampka.
– Job twoju mać! – zaklął dowódca załogi.
– Co?
– Zaczepy nie puściły, bomba nie zeszła!
– Jewgienij, odległość 3200, pułap 1250, odchodzimy, bo inaczej ich wpierdolimy. Podnoś maszynę!!! JUŻ!!!
Pierwszy pilot ściągnął wolant do siebie, nabierając wysokości. Zawracali w mocnym skręcie. Korciło go, by włączyć dopalacze, lecz terroryści usłyszeliby to z pewnością. Pewnie i tak dochodził do nich odgłos nadlatującej maszyny.
– Jenisej, tu 054, nul, powtarzam nul – nadał do bazy podpułkownik.
– Tu Jenisej, zrozumiałem nul, podaj status na 04.
Suchoj Su-24M odchodził znad celu. Załoga miała poważny problem. Z zaczepów nie zeszła 500-kilogramowa bomba. Czy to tylko awaria, czy też za chwilę sama odpadnie? Czy była uzbrojona?
– Kurwa, jak oni sobie dadzą radę? – rzucił w interkom Jewgienij.
– O nich się nie martw, to chłopaki z „Wympieła”. Odbili naszych, to i tych kutasów załatwią. Jak my wylądujemy? – usłyszał od członka załogi. – Lećmy nad Z-33, tam spróbujemy ją zrzucić jeszcze raz. Jak nie, to może odpuści przy ostrych manewrach, a w ostateczności…
– Nie, nie oddamy naszej „suczki”, czasami ma swoje humory, ale jest nasza – odparł kapitan statku powietrznego, nie biorąc nawet pod uwagę opcji katapultowania się.
Gubernatorstwo Daj az – Zaur, Syria, 700 metrów od cmentarza ormiańskiego, tuż przy wale ziemnym, w tym samym czasie.
– Pierwszy tu czwarty, sygnał Nul, powtarzam sygnał Nul – usłyszałem w słuchawkach.
Coś poszło nie tak, pierwszy wariant nie wypalił. Byłem wściekły na siebie, gdy odbijaliśmy zakładników, że nie nakazałem zabrać karabinu maszynowego, a teraz odczuwałem zadowolenie, gdy poleciłem przygotować „Korneta”.
Dał się słyszeć pomruk odrzutowych silników. Jeżeli my to słyszeliśmy, to tym bardziej ochroniarze terrorystów.
– Co się stało? – zapytała mnie Klaudia.
Nie miałem czasu, by odpowiadać. Te kutasy za chwilę mogły się zawinąć.
– Ruch przy budynku – meldował „Patron” – Likwidować?
– Czekaj, wariant drugi, realizujemy wariant drugi!
Nie musiałem wydawać komendy „Buranowi” i „Uralowi”. Momentalnie doskoczyli do przygotowanej wyrzutni.
– Termobaryczna czy przeciwpancerna? – padło zapytanie od „Urala”.
Przeciwpancerna penetruje pancerz i ma większą siłę przebicia, jednak nie masakruje celu, tak, jak druga. Mury budynków nie wyglądały na solidne, było ryzyko, że gdy użyję pocisku przeciwpancernego, to ów wejdzie i wyjdzie przez drugą ścianę.
– Termobaryczną! – rozkazałem.
Klaudia, skulona, nie zdawała sobie sprawy, co się dzieje. Mogła domniemywać, że lotnictwo zawiodło i teraz na nas spadło zadanie likwidacji terrorystycznej śmietanki.
– Dawaj, kurwa, dawaj! – klął „Buran”, czekając, aż odpali się celownik termowizyjny 1PN79-1.
– Wychodzą z budynku. Proszę o zgodę na otwarcie ognia – słyszałem w słuchawkach głos „Patrona”.
– Czekaj kurwa, czekaj, Zabraniam!!! Wariant drugi. Potwierdź!!! – wrzasnąłem w radio. – „Buran”, kurwa! Podświetliłeś cel?! – darłem się do operatora.
– Chwila, sekunda!!!
Ta sekunda trwała dla mnie wieki. Widziałem, jak z „Uralem” robią wszystko, co mogą, by przyspieszyć ten proces. Pewnych rzeczy nie podgonisz.
– Cel podświetlony…
– Wal!!! – wrzasnąłem na całe gardło.
Rakietowy pocisk termobaryczny 9M133F-1 wyszedł z wyrzutni i z ogromną prędkością, prowadzony w wiązce laserowej, zmierzał do celu.
– Ładuj przeciwpancerny i napierdalaj w drugi budynek – rozkazałem i bez chwili zastanowienia przeładowałem AKM-a.
Śmiercionośna rakieta pędziła z prędkością bliską 250 m/s i potrzebowała niewiele czasu, by dotrzeć do celu. Ochrona terrorystów zdołała się zorientować, że nastąpił atak i otworzyła w naszym kierunku chaotyczny ogień na oślep.
– Piąty, ogień!!! – wreszcie zezwoliłem „Patronowi” na włączenie się do walki.
– Tu „Szczuki”, potrzebujecie wsparcia? – to dowódca sekcji morskiego specnazu, zadał pytanie.
– Nie, pozostań! – odparłem.
– Poszła druga! – całkowicie niepotrzebnie meldował „Buran”, gdyż dobrze dostrzegłem rakietowy pocisk wychodzący z wyrzutni.
Niby dziesięć kilogramów ekwiwalentu TNT, jednak mieszanka azotanu glinu i izopropylu w głowicy termobarycznej ma zabójcze działanie.
Pierdolnęło mocno, a pióropusz dymu i ognia zasłonił trafiony budynek. Co tam się musiało dziać, mogłem tylko sobie wyobrazić.
Dłużej trwająca fala uderzeniowa niż w zwykłych głowicach przenika do obszarów za przeszkodami, wnika przez otwory okienne i drzwiowe do budynków i rozprzestrzenia się wzdłuż korytarzy, stanowiąc zagrożenie dla ludzi chroniących się w budynkach, bunkrach, jaskiniach i tunelach. Wybuch ładunku termobarycznego nie wybija dziury w ścianie, tak jak to robi punktowy ładunek wybuchowy, ale je przewraca. Ładunki termobaryczne zabijają skokiem ciśnienia.
– Pakować trzeci?! – znów pytanie od „Burana”.
– Pakuj i czekaj!
– Jaką?!
– Przeciwpancerną, jebniemy ewentualnie w pojazd, gdyby się komuś udało – odparłem, nie wierząc, że tam ktoś byłby w stanie przeżyć.
Huk eksplozji drugiej rakiety. Inny, przytłumiony, głuchy. Podniosłem lunetę do oczu. Przez podniesiony pył nie dostrzegłem nic. Cel był niewidoczny.
Czekaliśmy na ruch z tamtej strony i ewentualny ogień. Nic takiego się nie wydarzyło. Nikt nie strzelał w naszym kierunku. Nastała błoga cisza, a kłęby kurzu i dymu powoli opadały.
– Zostajesz – zadecydowałem, patrząc na skuloną kobietę.
– Nie, idę z tobą, muszę, on zabrał mi coś bliskiego – odparła hardo i wyciągnęła z kabury pistolet.
Przeładowała broń i spojrzała na mnie. Po tym, co przeżyła dzisiaj nie spodziewałem się takiego działania z jej strony.
– Jesteś pewna? My nie bierzemy jeńców, nie zabieramy rannych, my ich likwidujemy – ostrzegłem.
– Boże, kim ty jesteś? – na szczęście tylko szepnęła. Po chwili dodała: – Muszę zobaczyć na własne oczy, że on nie żyje, muszę.
– Czwarty, piąty, jak sytuacja? – rzuciłem w eter.
– Brak ruchu, cel częściowo niewidoczny, sugeruję odczekać, osłaniamy – usłyszałem w odpowiedzi.
– „Locha”, zostajesz z tym kutasem, reszta za mną. „Akuła” na przód razem z „Uralem”, „Buran” na tyle – rozkazałem, od razu ustawiając ludzi w ugrupowaniu.
Posuwaliśmy się szykiem ubezpieczonym. Powoli pokonywaliśmy dzielące nas metry od zniszczonych domów.
– Brak ruchu, uważajcie. Osłaniam – poinformował mnie „Patron”.
Nakazałem Klaudii iść za sobą. Gdy dotarliśmy do ulicy, naprzeciw domu zarządziłem wzmożona czujność. Czuć było smród spalonych ciał. Gdzieś z oddali dochodziły jęki.
– Zostań tutaj. Proszę cię – zwróciłem się do kobiety.
– Nie, idę z tobą, Muszę, muszę zobaczyć jego ciało i odebrać to, co moje – była cholerną uparciuchą.
Poleciłem odczekać chwilę, do czasu, aż opadnie kurz.
Czwórka, piątka, osłaniajcie – zadecydowałem po chwili. – Idziesz za moimi plecami. Jasne, broń gotowa do strzału – rzuciłem do Klaudii.
– Piątka przyjął. Osłaniamy – usłyszałem.
Mając broń w gotowości, posuwałem się powoli za awangardą. Po chwili dało się słyszeć pojedyncze strzały. Wiedziałem co to oznacza – operatorzy na przedzie likwidowali terrorystów dających jeszcze oznaki życia. Mijaliśmy zwłoki, w różnym stanie: niektóre były rozczłonkowane, inne pozbawione kończyn czy głów, a część leżała w całości. Jęki i krzyki ustawały po każdym strzale.
– Rozglądaj się, jak zobaczysz go, daj mi znak – poinstruowałem kobietę.
Kątem oka dostrzegłem, że jest skupiona. W obu wyciągniętych dłoniach dzierżyła pistolet. Uśmiechnąłem się pod nosem. No, rasowa operatorka „Wympieła”.
– Jedynka, mamy ich wszystkich, to chyba oni – zameldował „Akuła”.
– Przyjąłem, wchodzę – odparłem i ruszyłem w to miejsce.
Ciała przywódców leżały przed budynkiem; najprawdopodobniej próbowali dostać się do swoich pojazdów, stojących nieco z boku. „Akuła” robił zdjęcia ich twarzy.
– Poznajesz go?
Potrząsnęła głową. Cholera, czyżby temu sukinsynowi udało się umknąć?
„Nie, to niemożliwe, nikt nie opuścił terenu, musi gdzieś tu być”.
Wszedłem do zniszczonego budynku, powoli posuwając się wzdłuż ocalałej ściany. Mijaliśmy zwłoki terrorystów. Klaudia w pewnej chwili się zatrzymała.
– Co? Jest? – zapytałem.
Wymiotowała. Obie dłonie położyła na ścianie, a ciałem wstrząsały torsje. Nie dziwiłem się, nie była przyzwyczajona do takich widoków, a i zapach nie był przyjemny.
– Wycofaj się. Idź do „Akuły”. Sam sprawdzę – zaproponowałem, widząc, jak się męczy.
– Nie. Muszę – odparła, gdy wymioty w końcu ustały.
Otworzyłem drzwi do łazienki i dostrzegłem poranionego, niskiego Araba. Był częściowo przywalony gruzem, ale jeszcze żył. Skierowałem broń w jego kierunku. Miał szczęście, przeżył eksplozję z „Korneta”. Nie zamierzałem być Samarytaninem. Młoda twarz, jakby nastolatka i nieproporcjonalnie duże, nieco wyłupiaste oczy. Miałem podejrzenia, kim jest.
– To on – usłyszałem głos Klaudii.
Próbował sięgnąć po leżący z boku pistolet. Kopnięciem odesłałem „Glocka 17”, poza zasięg jego rąk. Patrzył na mnie z pogardą.
Klaudia wyszła zza moich pleców i odsłoniła twarz. Oczy Araba zrobiły się duże. Patrzył na nią, jakby dojrzał ducha. Nim zdążyłem zareagować, pochyliła się nad nim, chowając wcześniej pistolet do kabury. Nie mógł jej zrobić krzywdy – był do połowy przywalony gruzem i miał tylko jedną rękę wolną.
– Pamiętasz mnie? – zapytała po angielsku.
Skinął głową.
– Pamiętasz, co mówiłam?
Kiwnął łbem. Z ust płynęła mu strużka krwi. Nie przerywałem. Zdałem sobie sprawę, że dla niej to swoiste oczyszczenie, zmierzenie się z bestią, z niedawnym demonem.
– Przypomnę ci: obiecałam, że nasi ludzie cię zabiją, a ty odpowiedziałeś, że zabijesz ich wszystkich. I kto miał rację? – nie poznawałem tej delikatnej istoty; prowadziła z nim grę na swoich zasadach.
– Pomóż mi, odwołam wyrok na twojej rodzinie – po raz pierwszy szeptem odezwał się „boss”.
– Uratuję, oddaj mi tylko to, co mi zabrałeś. – Postępowała twardo.
– Mam tam, wszystko mam tam – wskazał dłonią na przysypaną część swojego ciała.
Odrzucała na bok kawały gruzu ,a po chwili on sięgnął dłonią do wewnętrznej kieszeni marynarki i wydobył stamtąd notes i dokumenty. Wyrwała mu je z rąk.
– Co jest kurwa? – usłyszałem za plecami głos „Urala”.
– Nic. Nasza Polka odzyskuje swoją własność – odparłem. – Ilu? Wszyscy obfotografowani? Elektronika i papiery zabrane? – zadałem pytania.
– W realizacji. Z tym tutaj dwudziestu dziewięciu plus trzy kobiety.
– To do roboty. Osłaniam ją. Działajcie.
Obrócił się na pięcie i zniknął, zostawiając mnie z nią i tym jebanym przywódcą.
– Pomożesz mi? – zapytała, patrząc błagalnym wzrokiem.
Nie miałem zamiaru, nie taki dostałem rozkaz. Fizyczna likwidacja, nic więcej. Zasłużył na śmierć. Koniec i kropka.
Zdał chyba sobie sprawę, co go czeka.
– Ty niewierna dziwko, moi ludzie zaszlachtują twojego bachora – wyrzucił z siebie.
Powstała momentalnie z kucek. Zrobiła krok w tył, wydobyła pistolet z kabury i wycelowała w niego. Widziałem, drżącą kobiecą rękę; we wnętrzu Klaudii toczyła się walka dwóch osobowości. Jak ja to dobrze znałem i potrafiłem w takiej sytuacji stłumić w sobie łaskawcę. Była ratowniczką, a zabicie człowieka, w dodatku rannego, który potrzebuje pomocy, stało w opozycji do tego, co zwykle robiła.
Gdy już miała opuścić broń, stanąłem za plecami kobiety i uchwyciłem dłoń z pistoletem.
– Zrobimy to razem, zrobię to ja kochanie, niech to spadnie na mnie – mówiąc to, docisnąłem swój palec wskazujący do palca Klaudii tkwiącego na języku spustowym.
Huk wystrzału przeszył ciszę panującą w pomieszczeniu. Jeden, potem drugi. Ten drugi oddała sama. Dobrze wiedziałem, że pierwszy pocisk trafił skurwysyna w czoło; z takiej odległości dzieciak by trafił.
– Nie!!! Nie!!! – zawyła niczym ranione zwierzę.
Bez problemu wyciągnąłem z drobnej dłoni „Tariqa”. Mocno wtuliłem rozdygotaną dziewczynę w swoje ciało. Drżała, drżała, tak jak wtedy, gdy go rozpoznała. Szlochała, a spazmy przeszywały drobne kobiece ciało.
– Już dobrze, już go nie ma, już po wszystkim – szeptałem, całując jej czoło.
– Zabiłam człowieka – wyrzuciła z siebie, posyłając mi pełne zgrozy spojrzenie.
– Zabiliśmy go, ja go zabiłem twoimi rękoma – odparłem i ponownie mocno wtuliłem ją w siebie.
Przeżywała egzekucję, ciało nadal nie potrafiło sobie z tym poradzić. Jedyne, co mogła zrobić, to mocno opleść mój tułów ramionami i wtulić się cholernie mocno.
– Drugi cel zlikwidowany, dawaj tutaj – rzuciłem w eter.
Z jej dłoni wyciągnąłem zabrane od nieboszczyka rzeczy. Notes, dwa zdjęcia i zawinięty w chusteczkę jednorazową pierścionek. Dokładnie przyjrzałem się jednej z fotografii.
– To ty, tak to ty – oznajmiła. – A ten pierścionek dałeś mi osiem lat temu, gdy się oświadczyłeś.
Uderzyły we mnie nagle miliony obrazów, znów mózg się przegrzewał. Zbyt dużo bodźców, dostałem naraz. Czułem, że moje nogi stają się jak z waty, powoli odpływałem.
– Nie, Radku, nie!!! – to ostatnie, co zapamiętałem, nim straciłem przytomność.
Ocknąłem się, leżąc na deskach ciężarówki. Nade mną tkwił „Locha” i Klaudia. Chciałem się podnieść, lecz nasz medyk stanowczo mi zabronił.
– Leż, leż spokojnie, musisz odpocząć, za dużo na ciebie spadło wodzu – usłyszałem od niego.
– Wróciłeś, tak się bałam – wyszeptała „Biełka” i poczułem, że głaszczę mi twarz.
– Co jest? Dlaczego nie wysłali śmigłowca? – zapytałem.
– Pogoda się spierdoliła, burza piaskowa, nikt się z naszych nie podniesie – otrzymałem informację od „Akuły”.
Wszystko się na mnie zwaliło. Niewyspanie, zdjęcie oraz pierścionek, który zobaczyłem. Nie, to nie mógł być wymysł, coraz bardziej wierzyłem Klaudii i byłem na sto procent pewien, że to, co mi przekazuje jest prawdą.
„Co ja mam teraz zrobić?”
– Przepraszam, już wszystko dobrze – rzuciłem.
– Nie przepraszaj, wrzucono na ciebie cholerną odpowiedzialność. Sam był pierdolnął na zawał lub udar. Za dużo naraz, i w krótkim czasie – „Locha” był na swój sposób kochany.
– Kurwa, nigdy takiego cię nie widziałem. Szacunek kamandir. Chujowo będzie, jak odejdziesz i zajmiesz miejsce Fiodora – Więc i oni wiedzieli, że mam odejść, no grubo.
– „Priom”, nie dziel skóry na niedźwiedziu – odparłem.
„Locha” pochylił się nade mną, zbliżył usta do mojego ucha.
– A ona to się chyba w tobie zabujała, musiałem ją siłą odciągać od ciebie – szepnął tak cicho, że ledwie mogłem usłyszeć.
Skrzywiłem się, najwyraźniej przeginała, nie zdając siebie sprawy, że tak nie można. Po pierwsze, wcześniej czy później stosowny meldunek trafi do dowództwa. Gdy nie wiedziałem tego, co teraz, to nie było obaw. Kolejna dawka serum prawdy, hipnoza i chuj wie, co jeszcze. Skończę w najlepszym wypadku w kolonii karnej, a moja rodzina, kochane córeczki, żona?
Tak, kurwa teraz mi się o żonie przypomniało, a kiedy z Polką kopulowałem to co? Chwila przyjemności z rozumem w dupie? Ciągnęło mnie do Klaudii jak rybę do wody. Robiłem wiele podłych rzeczy w służbowym życiu. Tak, w wojskowym, ale nie w prywatnym, nie w stosunku do kochających mnie osób.
„Kim ja jestem? I co ja mam teraz kurwa zrobić?”
W Polsce ona i wymarzony syn, w Rosji kochająca żona i córki. Najchętniej sklonowałbym się, tylko, gdzie wysłałbym klona? Do Polski, czy do Rosji?
„Jebnę za chwilę, chuj mnie strzeli jasny”.
Podniosłem się na łokciach, a potem powoli wstałem i usiadłem na drewnianej ławce. Dopiero teraz zauważyłem, że za nami jedzie druga ciężarówka.
– Syryjczycy i nasi z morskiego specnazu – rzucił „Buran”, uprzedzając moje pytanie.
– Gdzie jedziemy? – zapytałem.
– Najbliżej jest baza Syryjczyków, tam przeczekamy do rana – usłyszałem w odpowiedzi.
– Wracamy wszyscy, wodzu. Zadanie wykonane, a to najważniejsze – „Akuła” najwyraźniej chciał mi się przypodobać.
Koszary syryjskiego batalionu zmechanizowanego, kilkadziesiąt kilometrów od miejsca ostatniej akcji, kwadrans później.
Byłem zaskoczony, że syryjski podpułkownik dowodzący bazą czekał na nasz przyjazd. Doszedłem do siebie, czułem się lepiej, choć ta kolejna chwilowa niedyspozycja mnie przerażała. Może „Locha” miał rację – spadło na mnie za dużo w zbyt krótkim czasie. Nie znał jednak całej prawdy.
– Dla pana ludzi wydzieliłem parter budynku. Warunki może… – zaczął.
– Pułkowniku, jeżeli są łóżka, dach nad głową, toaleta i natrysk, to nic więcej do szczęścia nam nie potrzeba. Proszę mi wskazać miejsce, gdzie mogę się rozgościć z moimi ludźmi i się nami nie przejmować – odparłem, ściskając mu dłoń.
Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem, nie wiedziałem, o co mu chodzi. Czyżbym walnął jakiegoś babola?
– Kapitanie, dla pana mam osobną kwaterę, mój osobisty taki niby apartament, skromny, to nie Hilton, ale nie pozwolę, by pan spał na żołnierskiej pryczy.
Zaskoczył mnie, nie byłem żadnym wysoko postawionym w wojskowej hierarchii oficerem, ot zwykły kapitan, a że z sił specjalnych, no bez przesady.
– Naprawdę, nie trzeba…
– Nalegam i poczuje się urażony, jeżeli pan odmówi – no, postawił sprawę na ostrzu noża.
– Skoro tak, to przystaję, ale mam też kobietę, może pan zapewnić jej osobny pokój, pan rozumie.
Dojrzałem pewne zakłopotanie, starszawy podpułkownik chyba nie był przygotowany na taki problem.
– No nie mam, ale pana kwatera ma dwa osobne pomieszczenia, Jak to mówią w Europie – salonik i sypialnia, no i osobna łazienka z wanną – To mnie cholera załatwił.
Nie chciałem, by Klaudia spała razem z chłopakami. Nie, nie obawiałem się, że obudzą się w nich samcze instynkty. To nie byli ludzie tego pokroju, chroniliby ją jak rodzeni bracia. Nie zrobiliby krzywdy, nie po tym, co dla nas uczyniła i przez co przeszła.
Krępowałaby się, czuła nieswojo, śpiąc w dwunastoosobowej izbie żołnierskiej, gdzie jeden chrapie, drugi beknie, a trzeci pierdnie. Poranne erekcje, normalne u facetów…
„Tak, tak to sobie chuju tłumacz”
– Oczywiście, jest to wyjście z sytuacji – odparłem po angielsku, bo w tym języku prowadziliśmy konwersację.
Wstałem, dając mu do zrozumienia, że chcę zakończyć rozmowę. Niby nie powinienem, bo młodszemu stopniem nie wypada, ale byłem zmęczony i marzyłem o tym, by położyć się spać.
Obaj zeszliśmy na parter. Syryjscy żołnierze wskazywali moim ludziom wydzielone pomieszczenia. Zauważyłem Klaudię. Stała skołowana, nie wiedząc, gdzie się udać.
– Chodź, dawaj za mną – rzuciłem po polsku i pociągnąłem ją za rękaw.
Dowódca batalionu szedł przodem, a po chwili dotarliśmy do zlokalizowanego na drugim piętrze apartamentu. Otworzył go i wręczył mi klucze.
– Jeżeli nie spotkamy się jutro, proszę zostawić klucze służbie dyżurnej. Miło mi było gościć naszych sojuszników – usłyszałem.
Uścisnąłem mu dłoń i rozstaliśmy się. Klaudia zapaliła światło. Jeżeli to miał być skromny apartament, to jaki standard był na szczeblu brygady tej armii? Mój kontener jawił się podłą norą w porównaniu do tego, co zastaliśmy tutaj. Średniej klasy hotel w Damaszku nie oferował podobnego standardu. Klaudia stała z rozdziawioną buzią.
– Radek, zobacz, jakie tu jest łóżko i jest wanna – cieszyła się niczym mała dziewczynka.
– Schodzę do chłopaków, łazienka jest twoja, trochę mi to zajmie – oznajmiłem, opuszczając apartament.
Wróciłem po trzydziestu minutach. Poleciłem „Akule”, by ogarniał wszystko na dole. „Buran” przykuł „skarbnika” kajdankami do łóżka. Na jego pytanie, co jeśli zachce mu się sikać, odparł krótko – „lej w pory, i tak masz zaszczane”.
– Wypoczywaj, „Poliak”, ogarnę wszystko. Daliśmy im dzisiaj w pizdę i ci powiem, że kurwa byłeś…
– No, no. Wszyscy daliśmy z siebie wszystko – uciąłem.
Czekała na mnie, naga, z rozpuszczonymi, mokrymi włosami. Gdy tylko zamknąłem drzwi, wbiła swoje usta w moje.
– Kocham, kocham, kocham cię – po trzykroć to powtórzyła, gdy wreszcie skończyliśmy się całować.
Pachniała cudownie, zagłębiłem nozdrza we włosy. Poczęła rozpinać guziki mojej mundurowej bluzy.
– Klaudia, musimy poważnie porozmawiać – rzuciłem.
– Potem, nie teraz. Pragnę cię – wyznała szeptem.
Przenieśliśmy się do sypialni. Opadłem na szerokie łoże, poddając się Klaudii. Ściągała ze mnie ubranie, nie zważając na to, że byłem nieświeży. Bluza, spodnie, buty, a potem bielizna i skarpetki lądowały na ziemi.
Chwyciłem ją i ułożyłem, tak że to teraz ja byłem u góry. Nasze spojrzenia skrzyżowały się. Widziałem ogniki pożądania w jej wzroku.
Nie, nie miałem zamiaru od razu w nią wtargnąć. Zacząłem całować piersi, schodząc twarzą coraz niżej.
Westchnęła głośno, gdy dotarłem ustami go wzgórka łonowego. Moje szorstkie dłonie zaczęły uciskać piersi Klaudii.
– Radku – wyszeptała, gdy zagłębiłem język pomiędzy wilgotne wargi sromowe.
Łono partnerki pulsowało, z pewnością była zaskoczona tym, że nie przystąpiłem od razu do frontalnego szturmu. Chłonąłem podniecający zapach i smak. Wiła się, gdy końcówką języka drażniłem nabrzmiałą łechtaczkę.
– Tak, proszę – szepnęła, unosząc biodra ku górze, jakby chciała, bym wszedł głębiej.
Obiema dłońmi dociskała moją głowę do swego podbrzusza, mierzwiąc palcami włosy. Rozrzuciła nogi na boki, dając pełne przyzwolenie na pieszczoty i napraszając się o więcej.
Nie chciałem oralnie doprowadzić jej do orgazmu, pragnąłem pieścić całe ciało partnerki. Z trudem odsunąłem twarz od łona i zacząłem całować wewnętrzną stronę ud. Nie ominąłem żadnego skrawka ciała Klaudii. Gdy posuwałem się coraz niżej w kierunku kolan, a potem stóp usłyszałem szept.
– Proszę, zrób to.
Uniosłem jej obie nogi i zacząłem całować po kolei każdy z palców stóp. Miała gęsią skórkę. Z pietyzmem zanurzałem w swoich ustach każdy z paliczków, składałem na nich pocałunki i ssałem je delikatnie. Gdy lizałem podeszwy jednej ze stóp, dostrzegłem dłonie Klaudii wędrujące w stronę sromu.
– Nie męcz mnie już. Błagam – jęknęła.
Przerzucała głowę, to na lewą, to na prawą stronę, zagryzając wargi. Miała zamknięte oczy.
Jednym śmiałym ruchem wbiłem się w ciepłe, nabrzmiałe wnętrze partnerki. Wsparłem jej obie łydki na swoich ramionach i powoli, zacząłem wyprowadzać pchnięcia. Dobrze wiedziałem, że była mocno rozgrzana moimi pieszczotami.
Jęczała przy każdym sztychu.
Wkrótce dostrzegłem i poczułem, jak orgazm przeszył jej ciało. Uniosła biodra w górę, wspierając się niemal całkiem na plecach. Rozkoszny dreszcz, błogi wyraz twarzy, coraz głośniejsze pojękiwania, zaciśnięte na pościeli dłonie. Wspaniały obraz, który trudno wyrazić w słowach.
Nie przestawałem, choć czułem, że mocno odpycha mnie od siebie dłońmi, nadal poruszałem biodrami, przyśpieszając coraz bardziej.
– Rad… ku – spazmatycznie wydobyła z siebie słowo, dzieląc je na pół.
Całowałem jej łydkę, dłonie miałem ułożone na biodrach Klaudii.
Mierzwiła dłońmi swe rude włosy. Głowę przerzucała na prawo i lewo, coraz szybciej i szybciej. Chłonąłem spojrzeniem widok kobiecego orgazmu. Nie rozumiałem słów, jakie z siebie wyrzucała, to były pojedyncze głoski. Mocno zaciśnięte oczy i wyraz ekstazy.
Wytrysnąłem i w tamtej chwili tylko mocniej docisnąłem dłońmi biodra ratowniczki do ciała. Dyszałem, wydając jęki rozkoszy.
Wydobyłem penisa, rozchyliłem szerzej jej nogi i osunąłem się między nimi, głowę, kładąc na krągłych piersiach.
Słyszałem nasze głębokie oddechy. Serce, które wcześniej kołatało niczym szalone, teraz uspokajało swój rytm.
Nie pamiętam, jak długo oboje leżeliśmy skonani po tym miłosnym uniesieniu. Złożywszy głowę na półkuli piersi, czułem bijące serce Klaudii. Rytmiczne tuk-tuk tłukło mi się w głowie. Zmieszany zapach czystego ciała, z moim nieświeżym potem, tworzył mieszankę, nigdy takiej wcześniej nie czułem w nozdrzach.
– Boże, co to było, ja chyba przez chwilę odleciałam – usłyszałem szept Klaudii i poczułem, że dłońmi mierzwi mi czuprynę.
Powoli podniosłem się na łokciach, zdawałem sobie sprawę, że tkwiąc w ten sposób na niej, sprawiam partnerce pewien dyskomfort. Spoglądała na mnie swoimi przecudnymi oczętami, tym wzrokiem: kochającym, prawdziwym, który widziałem wcześniej tylko u Katii.
– Idę się wykąpać – oznajmiłem, wstając z szerokiego łoża.
– Pójdę z tobą – zaproponowała.
– Nie, proszę, chcę sam.
Pozostała na łóżku, bacznie mi się przyglądając. Otworzyłem drzwi łazienki i wgramoliłem się do wanny. Puściłem na zmęczone ciało silny strumień zimnej wody. To mnie momentalnie otrzeźwiło.
„Muszę, muszę jej to powiedzieć” – postanowiłem.
Puściłem nieco cieplejszą wodę i namydliłem ciało. Miałem po raz kolejny wyrzuty sumienia, a co gorsza, za każdym razem, gdy kochałem się z Klaudią, były one coraz słabsze.
Kolejna już utrata świadomości, zawodziłem jako dowódca. Niektóre mogłem sobie wytłumaczyć – choćby po postrzale w kamizelkę, lecz nie tą ostatnią. Moi ludzie zameldują – nie, to nie jest podpierdolenie, to normalne. Zawiodę w sytuacji krytycznej, gdy będę potrzebny i co wtedy? Zginą. To samo bym zrobił, widząc podobne symptomy u podległych mi operatorów. Zagrożenie dla grupy – a team to jedna rodzina, jeden za wszystkich. wszyscy za jednego.. Narażasz ludzi, ukrywając taką rzecz. Gdy zginą przez ciebie – nie udźwigniesz ciężaru straty. Wiedz, kiedy zejść ze sceny, nie zgrywaj twardziela i nie wmawiaj sobie, że jest OK.
O wiele gorsze było to, że zawiodłem w roli męża i ojca. Straciłem głowę dla kobiety, którą znałem kilka dni. Czy na pewno kilka dni? Jeżeli nawet nie, w co wierzyłem, bo jej słowa i gesty nie były podszyte kłamstwem, to czy stanowiło to jakiekolwiek usprawiedliwienie?
„Ślubuje ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę, aż do śmierci” – przysięgałem Katii i obraz naszego ślubu teraz, w tej cholernej wannie, tkwił mi przed oczyma.
Przysięga, coś więcej niż przyrzeczenie, obietnica. Porównywalne do słowa honoru. Przysięga się żonie i Ojczyźnie. Tak na poważnie, biorąc za to odpowiedzialność, na całe życie. Składasz je w obecności innych, w odpowiedniej oprawie, silnym i pewnym głosem.
Zdradziłem żonę, zdradziłem matkę moich dzieci, ukochaną istotę, za którą byłbym gotów oddać życie. To bolało, bolało jak jasna cholera, a jednak nie przestałem, robiłem to raz za razem. Tylko, z kim zdradziłem i kto zdradził?
Wiktor – tak, Radek – nie.
„Pierdolone déjà vu”.
Naniosłem szampon na włosy i zacząłem go spłukiwać. Nic nie stało się prostsze, nie odpowiedziałem sobie na żadne z nurtujących pytań.
„Wyjdę za chwilę z wanny i co? Położę się przy niej i wszystko będzie OK?”
Nadia, Tamara, trzecia córka tkwiąca w brzuchu ukochanej Jekateriny to co? Nic nieznaczące persony, bo teraz dowiedziałem się o sobie coś, o czym wcześniej nie miałem wiedzy?
– Muszę, muszę to zrobić – mruknąłem do siebie i zakręciłem kurek z wodą.
Naga Klaudia siedziała po turecku na łóżku, bezwstydnie eksponując swoją intymność. Jej szczęśliwe spojrzenie mnie rozbrajało. Pomimo zmęczenia wiedziałem, że muszę to zakończyć. Nie mogłem nadal działać na dwa fronty, to nie było w moim stylu.
– Radku… – rzuciła, uśmiechając się serdecznie.
– Klaudia, musimy porozmawiać, poważnie – przerwałem.
Uśmiech zniknął z twarzy kobiety. Usiadłem obok niej i wziąłem jej prawą dłoń.
– Nie, nie, nie chcę – wyczuła chyba, co chcę jej przekazać.
Palcami delikatnie głaskałem drobną dłoń. Serce mi się krajało, w oczach stały łzy, ale musiałem to z siebie wyrzucić.
– Nie zostawię swojej rodziny, kocham ciebie, ale i kocham ich… – zacząłem, zdając sobie sprawę, że zadania bojowe, nawet najbardziej skomplikowane, były niczym, w porównaniu do tego, co teraz musiałem zrobić.
– Ja jestem twoją rodziną, mamy dziecko…
– Jak mu to powiesz, tata nie żył i nagle się znalazł, zmartwychwstał?
– Nie mów tak, on to zrozumie, ucieszy się – mówiła ze łzami w oczach.
Ująłem dłońmi jej przecudną twarz. Patrzyła na mnie z wyrzutem.
– Jak to sobie wyobrażasz? Wrócę do Polski jako kto? Dezerter? Najemnik? Zdrajca? Jak ułożymy sobie życie? Co mam powiedzieć żonie, z którą spędziłem szczęśliwe lata? Przepraszam, nie jestem tym, za którego wyszłaś za mąż?…
– Radek, to wszystko da się jakoś załatwić. Przecież ty nie zrobiłeś tego celowo. Oni cię uratowali, a to nie znaczy, że mają do ciebie prawo…
Nie znała realiów życia w Rosji, bo skąd miała je znać. Wydawało jej się to wszystko proste, jasne i klarowne, a wcale takie nie było.
– Masz faceta, Sebastiana. On cię kocha, widziałem to. Tak nie zachowuje się człowiek, który ma zamiar się zabawić i porzucić…
– Przestań!, przestań! – podniosła głos – Tak, zakochałam się w nim, ale gdy teraz wiem, że żyjesz, to on jest nieważny. Kocham tylko ciebie. Zawsze cię kochałam i trudno mi było się do niego przekonać. Teraz gdy wiem, że żyjesz… – wzajemnie sobie przerywaliśmy, ale nie było rady, ta rozmowa musiała tak wyglądać.
– Był w stanie mnie zabić. Tego nie robi się ot tak. Zabić dla ciebie. Nie znam większej desperacji w tej sytuacji jak miłość
– Ty nie znasz? Ty? Naprawdę? Człowiek, który poświęcił swoje życie, by mnie ratować? – uderzyła mocno, zupełnie mnie zaskakując.
Objęła dłońmi moją twarz. Tkwiliśmy naprzeciw siebie. Napawałem się ciepłem delikatnych kobiecych palców.
– Mam skazać cztery Bogu ducha winne osoby na życie w kolonii karnej, bo tak się stanie, jak ucieknę z Rosji. Ich życie i nasze, bo FSB nie przebacza. Zabiłem w swoim życiu wiele osób, nie jestem dobrym człowiekiem, ale nie zmuszaj mnie do takich poświęceń. Nie poświęcę ich po to, żeby mi było dobrze. Wiecznie będziemy uciekać? Przeze mnie, tylko i wyłącznie. Tego chcesz dla naszego syna? Będziemy jak zwierzyna, a polujących będzie sporo. Mam stracić swoją rodzinę w Rosji oraz ciebie i Radeczka w Polsce, bo tak się wcześniej czy później stanie? – sam nie wiem, jak to ze mnie wyszło, ale musiałem przedstawić zakochanej kobiecie realia.
– Jesteś dobrym człowiekiem, nie mów tak – odpowiedziała po kilku chwilach milczenia, a w końcu, zapłakana, wpadła mi w ramiona.
Gładziłem ją po głowie, czując ciężar spadający z mojej duszy. Miałem nadzieję, że dotarło to do niej. Szlochała, a łzy kapały na moją odsłoniętą skórę.
– Kochasz mnie? – zapytała, wciąż zapłakana, a jej smutne spojrzenie spotkało się z moim.
Wszystkie szkolenia, nauki i to, co wbijano mi do głowy na kursach, poszły w niepamięć. Ten wyraz oczu, to jak na mnie teraz patrzyła, roztopiłoby lodowiec na Arktyce.
– Tak.
– Zapleć mi warkocz, tak jak ostatnio, taki, w jakim ci się będę podobać – poprosiła.
Uchwyciłem rude włosy. Nim zacząłem pleść, pocałowała mnie w dłoń.
– Zawsze cię będę kochać – wyznała, a moje serce omal nie pękło.
Nie mogłem zasnąć. Trzymałem ją w ramionach, patrząc, jak śpi wtulona we mnie. Czułem ciepło kobiecego ciała, słyszałem spokojny oddech. Głowa Klaudii spoczywała na mojej klatce piersiowej. Długo nie mogła zasnąć, w końcu zapadła w sen.
„Dobrze zrobiłeś” – mówił Wiktor.
„Jesteś podłym chujem” – przemawiał Radek.
Kurwa, dwa w jednym, żebym jeszcze mógł się rozdwoić…
Wszystko mi pierdolnęło. Całe życie runęło przez jedną gównianą misję. Przecież mogli tu przyjechać chłopaki z „Alfy” albo inna sekcja „Wympieła”, a trafiło akurat na mnie.
„Jak teraz żyć?”
Ciało kobiety zadrżało, z pewnością uderzały we śnie demony przeszłości. Przytuliłem ją mocniej do siebie i zacząłem delikatnie całować czoło „Biełki”.
– Cichutko, cichutko, już dobrze, jestem z tobą, jestem przy tobie – szeptałem, tuląc drobne ciało, jak najlepiej potrafiłem.
Odgoniłem złe duchy. Przesunęła się delikatnie, wtulając się we mnie mocniej. Przełożyłem zapleciony francuski warkocz z prawego ramienia na lewy.
Na zewnątrz szalała piaskowa burza, a w moim sercu panował o wiele gorszy huragan.
– Śpij kochana, śpij spokojnie – szepnąłem ponownie.
Nad ranem żywioł ustał. Nastał piękny dzień. Czas naszego powrotu do bazy…
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Tomp
2026-02-13 at 01:44
Czy możesz podać link do tłumaczenia Świętej wojny? Szukałem Twojego tłumaczenia na tekstowo.pl i nie znalazłem.
jammer106
2026-02-13 at 01:58
Witam Tompie,
Podaję
https://www.tekstowo.pl/piosenka,wojskowa_radziecka,_1057_1074_1103_1097_1077_1085_1085_1072_1103___1074_1086_1081_1085_1072___swieta_wojna_.html
Aczkolwiek, można znaleźć inne. Czy lepsze, tu niech się specjaliści wypowiedzą.
Myślę że bezpośrednie tłumaczenie (w naszym wieku), chyba nie odbiega od oryginału.
Pozdrawiam.
Tomp
2026-02-13 at 18:23
W podanym przez Ciebie linku pierwsze wersy polskiego tłumaczenia mają inne brzmienie. Nie ma hołoty. Wyszukiwarka Google z „Hołocie ludzkości sklecimy mocną trumnę” kieruje tylko do Ciebie. I właśnie fraza „hołota ludzkości” była powodem mego zainteresowania, kto też taki koszmarek (w iście radzieckim stylu) popełnił.
W tekstowo.pl są „wyrzutki ludzkości”.
Na marginesie: powinieneś za autora tłumaczenia podjąć decyzję czy „zbijemy mocną trumnę”, czy „sklecimy mocną trumnę”, czy „zbudujemy twardy grób”. Dwuwariantowy przekład wprowadza niepotrzebne zamieszanie.
jammer106
2026-02-13 at 18:53
Jam ten koszmarek wytworzył, jeden z internautów na konkurencyjnym portalu mi ową hołotę zasugerował, a ja przystałem.
Dziękuję za zwrócenie uwagi. Poprawiłem na właściwą formę.
Pozdrawiam.
Thorin
2026-02-13 at 12:41
No w końcu, powrót akcji! We’re so fucking back!
Miałem wprawdzie nadzieję na porządną strzelaninę, jak w rozdziale 3, ale wyparowanie terrorystów termobarycznym kornetem też przyjmuję.
Podobała mi się również sytuacja z Su-24. To sędziwe samoloty, a ich jednoczesna awaria to miód na serce takiego rusofoba jak ja. Szkoda tylko, że żaden się nie rozbił, no ale nie można mieć wszystkiego.
Ogólnie bardzo udany odcinek. Nastawienie na akcję i napięcie sprawiło, że zwyczajowe kwękanie Klaudii zeszło na drugi, a czasem wręcz trzeci plan, czyli tam, gdzie tej bohaterki miejsce.
A Radek lepiej niech już montuje ewakuację swojej rodziny z Rosji, póki jeszcze granice szeroko otwarte. Polska z pewnością przyjmie syna marnotrawnego z szeroko rozpostartymi ramionami, a jeśli ten przyniesie garść cennych informacji o rosyjskich siłach specjalnych, to i nawet dla jego rosyjskiej rodziny znajdzie się miejsce w starej i jedynej prawdziwej Ojczyźnie!
jammer106
2026-02-13 at 19:01
Serdecznie dziękuję za komentarz od mojego wiernego Czytelnika.
Strzelanin, jakby mniej, ale mam nadzieję, że choć trochę Ci pasowało.
Co do Su-24, latają nadal i raczej jeszcze kilka lat będą użytkowane.
Na rozbitą ” suczkę” musisz poczekać, będzie owa (tylko Su-25), w kolejnym odcinku.
No i muszę Cię rozczarować, Wiktor raczej nie planuje osiąść w Polsce.
Pozdrawiam.
Megas Alexandros
2026-02-14 at 18:18
Dobry wieczór,
cała akcja antyterrorystyczna została dobrze napisana, z napięciem, cały czas czułem, że coś pójdzie nie tak, zwłaszcza gdy przeczytałem „niby medyk potrzebny, ale chciałem mieć przytomnych operatorów”. Spodziewałem się, że ktoś zostanie ranny i umrze Radkowi na rękach z powodu zbiegu nieprzewidzianych okoliczności i jego błędu w ocenie. Tak się nie stało, choć pewne zwroty akcji były, np. awaria obydwu „suczek”.
Natomiast rozczarował mnie finał wątku „bossa”. „Młoda twarz, jakby nastolatka i nieproporcjonalnie duże, nieco wyłupiaste oczy” – jak taki gość doszedł tak wysoko w terrorystycznej hierarchii? Dlaczego tak bardzo przerażał Klaudię? Postać ta budowana była na główny szwarcharakter jest historii – ale w sumie niczego się o nim nie dowiedzieliśmy, posłużył jedynie temu, by Klaudia nauczyła się zabijać. Dobrze skonstruowany „złol” bardzo korzystnie wpływa na opowieść, zwłaszcza w literackim odpowiedniku filmu sensacyjnego. Czy ktoś wyobraża sobie „Szklaną Pułapkę” bez Hansa Grubera? Szkoda, że tu nie uświadczyliśmy kogoś podobnego, kto w dodatku przeżyłby dość długo, by pokazać nam swoją prawdziwa twarz.
Ostateczny wybór Radka-Wiktora wydaje mi się rozsądny. Jego rosyjska rodzina nie ponosi winy za fakt, że z jakiegoś powodu zafundowano mu podwójne życie. Zostawianie jej dla Klaudii oraz syna, którego w ogóle nie zna byłoby bez sensu. Z drugiej strony pozostawanie w Rosji byłoby niebezpieczne – ci, którzy postanowili zbudować fałszywy życiorys Radka jako Wiktora zgodzili się na jego udział w operacji, w której brała udział Klaudia, najwyraźniej godzili się z zagrożeniem, że przypomni sobie swoje pierwsze życie. I zapewne mieli na tą sytuację odpowiednie plany okolicznościowe. Jeśli Radek chce się ostatecznie uwolnić od ludzi, którzy traktują go jak pionek na szachownicy, powinien szykować ucieczkę – dla całej swojej rodziny.
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-02-14 at 20:20
Szanowny Megasie,
Na wstępie, jak zawsze podziękowania za korektę i trafne podpowiedzi. Tak , Czytelnicy, gdyby nie mój korektor, czytalibyście, najeżoną błędami opowiastkę. Pomimo moich chęci i starań, dalej daleko mi do odpowiedniego poziomu.
Co do uwag i „rozczarowań”:
Mieliśmy opisy walk „naziemnych, nakreślone akcje ratownicze na morzu, skryte działania, elementy walki elektronicznej, więc przyszedł czas na pokazanie likwidacji celów za pomocą innych środków. Wtrącony komponent lotniczy, a potem kierowane pociski. Pewna odskocznia z mojej strony, nie zawsze trzeba uderzać bezpośrednio, można to zrobić z pewnej odległości, bez narażania operatorów, a potem tylko „posprzątać” to co pozostało.
Konający na rękach Radka/Wiktora operator – zbyt wali patosem, a tego w tej serii sporo. Chciałem zachować umiar. Wszak „medyk” w opcji pierwszej niezbyt dużo miałby do działania, a i tutaj pozostaje ze skarbnikiem.
Awarie Su-24, i u nas działo się to ze sprzętem rodem z ZSRR (patrz polski Su-22, gdzie cel nie zszedł z zaczepów i zestrzelono samolot na poligonie). To tylko technika, a przeglądy, obsługi – obraz Rosji. „Ustrojstwo nie zarabotało”.
Kwestia bossa – no chyba, tu Cię zaskoczyłem, nie budując przywódcy (średnio liczącej się organizacji) jako terminatora, odpowiednika Arniego, lub naszego Pudziana. Tylko to jest przywódca , a nie dowódca. Wykształcony, znający języki, negocjator z innymi, równymi sobie, a tu siła mięśni, czy doświadczenie w walce nie mają znaczenia. Tworzy sojusze, negocjuje, nakreśla cele. Mózg organizacji, a nie jej zbroje ramię.
Klaudia bała się jego wzroku, jeżeli dobrze pamiętam, wyrazu oczu, postępowania, ale to dzięki niemu nie została zgwałcona. Nie przytoczę przykładów, ot teraz z pamięci, ale przywódcy niektórych odłamów terroryzmu lub organizacji wywrotowych nieraz byli przykuci do inwalidzkiego wózka, a wygląd co niektórych można określić stwierdzeniem „co za pipa”. Chyba nawet u Flemminga, autora 007, jeżeli się nie mylę (a mogę) jeden z przywódców „złoli” nie był herosem. Na temat struktury terroryzmu powiązanego z Al-Kaidą (Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan), dłużej rozwodzę się w kontynuacji serii, podobnie jak na temat terroryzmu w Kaukazie.
Boss -według mnie (nie lubię Czytelnikom przedstawiać swojej wersji postaci), to synalek bogatego radykalnego islamisty walczącego. Ma pieniądze, wykształcenie, kontakty i dlatego stoi tak wysoko w hierarchii.
Rozczarowałem – przepraszam. Dla mnie boss, nie był postacią ważną. Ot, zasiał wiatr, to zebrał burzę.
Cieszę się że zgadzamy się z wyborem drogi głównego bohatera. Od kolejnego odcinka, będziemy mieli na końcu retrospekcję, dlaczego go uratowano i jakie były w stosunku do niego plany i tu mam nadzieję zaskoczyć Czytelników, ale do tego droga daleka.
Szykowanie ucieczki? Nawalnego dopadli, nie mówiąc o innych. Tu zaspojleruję – nie w polskim kierunku ucieczki pójdzie scenariusz, bo kto o zdrowych zmysłach, wiązałby się z polskim wywiadem po „aferze Macierewicza”?
Do happy ( lub nie) endu droga daleka.
Na razie czeka nas odcinek finałowy tej serii. Akcji nie zabraknie, harlekinowych wstawek też, a zakończenie… jednych zaskoczy, innych zniesmaczy, a jeszcze innych wkurzy.
Pozdrawiam, dziękując za komentarz.
Megas Alexandros
2026-02-14 at 23:18
Ok, muszę doprecyzować.
Mi wcale nie chodzi o to, by boss był kimś w rodzaju Arniego. To Radek pełni tę rolę 🙂
Chodzi mi o to, że dobrze skonstruowany antagonista – albo taki, którego dobrze się nie cierpi, albo taki, którego wręcz się lubi, to połowa sukcesu przy opowieściach sensacyjnych. I pewnie, może być nawet niepełnosprawny, jak szejk Jasin. Ale musimy o nim wiedzieć coś więcej. W tym komentarzu podajesz jego szczegóły biograficzne, ale wolałbym je przeczytać w w „Duchu Lewantu”. Boss mógłby też być nieco bardziej sprawczy – bo tu jest głównie owcą wiedzioną na rzeź.
Mówisz,że nie był dla Ciebie ważną postacią – i w tym właśnie widzę pewien mankament. Bez dobrze skonstruowanego złola opowieść sensacyjna traci szansę na mocniejsze emocjonalne zaangażowanie odbiorcy. Jest to zmarnowana okazja, ale być może także – cenna myśl na przyszłość, do wykorzystania w przyszłych tekstach.
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2026-02-15 at 00:49
Czy Ty, Megasie, pomyślałeś o pisaniu poradników dla autorów? Sądzę, że marnujesz swoje talenty. Zbierz swoje mądrości, przelej na pdf i roześlij nam wszystkim, to wreszcie będziemy wiedzieć, jak pisać. A przynajmniej jak pisać, by Tobie się podobało.
jammer106
2026-02-15 at 02:10
Tompie,
Ani ja się na komentarz Megasa nie obraził, ale Czytelnik ma prawo do swoich odczuć. Przyjmuje uwagi i nad nimi się pochylę, co nie znaczy że zmienię budowanie postaci i fabuły (które już w kontynuacji są). Tak je ułożyłem, a że komuś to nie jest po drodze, trudno. Jeden zwraca uwagę na to, inny na coś innego. Jak sam mi kiedyś napisałeś, ta różnorodność tutaj to zaleta.
Wolę Ciebie solo, w mocno ułożonych opowiadaniach historycznych, a nie w fantazy, to mój osąd, bo według mnie tam pokazujesz swoja klasę.
Komentarza Megasa nie traktuję jako przewodnik, jak pisać opowiadania w moim typie. Uwagi przyjmę i się zastanowię i przemyślę, ale napisze po swojemu.
Szkoda tylko, że nad treścią mojego opowiadania się nie pochyliłeś, dając mi wskazówki, uwagi, ale rozumiem, że temat kontrowersyjny i nie pasuje Ci to.
Pozdrawiam
Megas Alexandros
2026-02-15 at 10:38
Tompie,
rozumiem skąd ta złośliwostka. Nie spodobały Ci się moje krytyczne uwagi wyrażone na privie wobec finału Twojej opowieści. Rozumiem, ale to nie znaczy, że będę mniej szczery w przyszłości 🙂
Pod opowiadaniami jammera106 czy Twoimi jestem w roli odbiorcy. A każdy Czytelnik zwraca uwagę na coś innego. Ty jesteś wyczulony na kwestie językowe – i nie wahasz się wytykać błędów w tym względzie w swoich komentarzach pod wieloma opowiadaniami. Ja jestem wyczulony na kwestie kompozycyjne, na to, by opowieść była przedstawiona w sposób ciekawy, spójny i wynagradzający Czytelnika za trud włożony w jej śledzenie. By miała emocjonujące kulminacje akcji i satysfakcjonujący finał.
Zdarzyło mi się w życiu co nieco napisać i również wobec swoich tekstów mam podobne spostrzeżenia i uwagi. Np. w moim pierwszym cyklu opublikowanym na NE – Opowieści helleńskiej, także brak mocno zdefiniowanego antagonisty. Takiej roli nie odgrywa ani inspirator procesu Fryne, Ajgistos, ani publiczny donosiciel Eutias, ani strażnik więzienny Pruzjasz. Król Sparty Agis pojawia się i niemal natychmiast ginie, wiec również nie może odegrać tej roli. Zrozumienie tego mankamentu pozwoliło mi go skorygować w kolejnym cyklu – Opowieści helleńskiej: Tais, gdzie jest aż dwóch, odpowiednio odpychających, acz odmiennych „złoli”.
I o to właśnie chodzi – by przemyśleć krytyczne uwagi i być może wyciągnąć z nich wniosek na przyszłość. A nie, żeby się na nie obrażać.
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2026-02-15 at 15:58
Megasie! Jeżeli miałbym wynagradzać czytelnikom „trud czytania”, to uznałbym, że nadeszła pora na popełnienie seppuku. A co do moich (nielicznych) komentarzy na tematy językowe, to nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się w nich hamuję.
Jammerze106! Jak powinieneś zauważyć, w moich komentarzach nigdy nie doradzam zmiany kompozycji ani jej dalszego kierunku, nie roztaczam własnych wizji i nie podpowiadam konstrukcji osobowości bohaterów. Nie robię tego i podczas redakcji, a wszystko z szacunku dla autora i świadomości własnej niekompetencji. Jedyne pozajęzykowe uwagi, które przekazuję tylko redagowanym (nie komentowanym) autorom, dotyczą konsekwencji budowy postaci i szczegółów narracji, by wyrażały to, co autor chce (a czasem nie umie) przekazać czytelnikowi. Zwykle są to drobiazgi poprzedzone pytaniami o autorską wizję. Dlatego ode mnie wskazówek typu Megasowego nie dostaniesz.
jammer106
2026-02-15 at 01:48
No chyba mój główny bohater, to nie klon „Rambo” czy też głównej postaci z „Delta Force” tudzież podobnych. Facet, który mdleje, płacze. On nie nakrywa swoim ciałem granatów (jakże to by było radzieckie/rosyjskie) . Starałem się go oddać , jako zwykłego, no dobrze, nieco niezwykłego gościa, ale nie tego typu. Nasz Wiktor, to tylko dowódca sekcji, zwykły śmiertelnik i nie nakryje swoim ciałem karabinu maszynowego ( vide radziecka kinematografia) . Przynajmniej u mnie.
Owszem, wygenerowałem postacie, może nawet bardziej bliskie sercu Czytelnika -patrz sekretarka admirała, ten bubek to tylko taki pionek. Owszem, można by było, jego sylwetkę bardziej pokazać, wrzucić jak zarządzał ludźmi, co robił. Tylko on jest postacią czwartoplanową. Pokazał się, znikł i znów pokazał. Mamy jeszcze skarbnika -i w kolejnej części, być może, ta postać wynagrodzi Ci ten mankament.
Silnie wygenerowałem mocnego „złola”, ale to wychodzi w kontynuacji, a początki jego podłych działań mamy w serii „Strażniczki”. Dojrzysz, kto on, a zemsta będzie ostra.
Szczegóły biograficzne podaję, bo zapytałeś. Zawsze lubię jak Czytelnicy , widzą opowiadanie, swoimi oczami, bez podpowiedzi autora, gdyż czasami wizje mogą się rozjechać (podobnie jak zakończenia) .
Może zmarnotrawiłem okazję, ale jak napisałeś jest to dla mnie cenna myśl na przyszłość, z której skorzystam.
Pozdrawiam.
Veronique
2026-02-16 at 12:37
Po ostatnim, przeciążonym scenami erotycznymi rozdziale, oceniam, że w tym znacznie lepiej wyważone zostały wyważone proporcje między seksem i akcją. Decyzja Wiktora słuszna, z Klaudią trudno wytrzymać. Radkowi chyba tylko cudem się to udało 🙂
jammer106
2026-02-16 at 13:11
Serdecznie dziękuję za komentarz. Chyba znalazłem owo wypośrodkowanie akcja/seks. Jedna akcja, jedna kopulacja i tego postaram się trzymać. Bohaterka jaka jest, każdy widzi, na metamorfozę za późno, i taki zabieg byłby nienaturalny.
Teraz pozostaje czekać na finałowy odcinek (akcji sporo, seksu mało).
Pozdrawiam.