
Ilustracja: Tomp
Przed rozpoczęciem czytania tetralogii Drogi Japonii zachęcam do zapoznania się z Wprowadzeniem. Ze względu na zawarty w nim słowniczek, celowe wydaje się otwarcie go w innym oknie (nawet w smartfonach jest to możliwe, jeśli korzysta się z kilku przeglądarek), co umożliwi sięgnięcie doń w dowolnym momencie i powrót do tekstu w miejscu, w którym przerwano czytanie.
Kobieta karmi piersią swego synka. Mówi do niego, jakby był kilkulatkiem, choć jest ledwie oseskiem i jeszcze nic nie rozumie.
– Jedz, Kenji. Jedz i rośnij. Gdy staniesz się duży, twój otōsan‑chan będzie ci wzorem. Pamiętaj, że nie było w całym świecie nikogo dzielniejszego, mądrzejszego, bardziej pracowitego i honorowego niż on. Będę ci o nim opowiadała, byś mógł mu kiedyś dorównać.
*****
Zapanowało jakieś poruszenie. Kengo słyszał tupot wielu stóp, co wydało się na tyle niepokojące, że uniósł głowę nieco nad drewnianą osłonę, by wyjrzeć na zewnątrz. W zasięgu wzroku ograniczonym ciemnościami nocy rozświetlanymi sierpem księżyca niczego ciekawego nie zobaczył; zaledwie jakieś źdźbła trawy i kamienną ścianę muru zewnętrznego Matsue‑jō, do którego przybył wczoraj w poczcie swego daimyō, Ōgigayatsu no Yeasu.
„Przeklęta sraczka! Że też akurat teraz…” – pomyślał ze złością, kurcząc się na powrót. Czuł, że Ōgigayatsu‑sama może go potrzebować, a tu kuca rozkraczony nad otworem odprowadzającym kuso z wychodka i praktycznie nie może się ruszyć. Trudno! Pozostaje modlić się do Sukunabikony o rychłe uzdrowienie, a do tego czasu nadstawiać ucha.
– Obejdź posterunki na murach, czy ktoś próbował ujść! – usłyszał.
– Hay, o‑Horio.
– A ty idź do bramy i waruj!
– Hay, o‑Horio!
„Pieprzona sraczka” – powtórzył w myślach Kengo. W Matsue‑jō coś się działo. Ale co? Jeśli siewka, symbol zamku Matsue klanu Matsudaira, przyniosła pomyślność, to raczej nie przybyłemu wczoraj jego daimyō. A już na pewno nie jemu, któremu flaki niedługo na wierzch wypadną. „Co było w tym prosie?”
Tupot.
– O‑Horio, Ikoma‑san policzył głowy i jednej mu brakuje.
– Jest pewien?
– Tak powiedział, o‑Horio. Z Ōgigayatsu‑sama było trzydziestu ośmiu bushi, a Ikoma‑san doliczył się tylko trzydziestu ośmiu obcych trupów. Razem z tym baka Ōgigayatsu, więc jeden jeszcze gdzieś się chowa.
– Dołącz do Ikomy‑san i niech przetrząśnie cały donżon. Od dachu po piwnicę. Powiedz mu, że ja zajmę się obejściem.
– Hay!
Tupot.
– Bito‑san! Bierz piętnastu i idź w prawo. Szukamy jeszcze jednego spośród bushi Ōgigayatsu‑sama. Reszta za mną!
Kengo zrozumiał, że z całego pocztu swojego daimyō ocalał tylko on. Gdyby nie to, że naginatę zostawił przed donżonem, nie bacząc na stan swoich bebechów, rzuciłby się, by wykrzykując święte imię o‑Hachimana‑sama, boga wszystkich bushi, zginąć w walce i ocalić chociaż swój honor. Może krwią zmyłby hańbę, że nie było go obok Ōgigayatsu‑sama w potrzebie. Jego daimyō został zabity, gdy on wypruwał z siebie flaki.
Dosłownie!
Był bez broni, bo trudno za taką uznać kogatanę, kozik zaledwie, nie dłuższy niż dłoń dziecka.
Ale nie zarżną go w wychodku. Pomści Ōgigayatsu‑sama i odzyska honor.
Powziąwszy tę myśl, przestał zwlekać. Złączył nogi i zsunął się w dobrze wysmarowaną kloaczną rynnę. Była wąska, ale że bogowie poskąpili mu szerokich barków, daimyō nadmiaru ryżu, a otwór był śliski, nie utknął w przewężeniu i z rękoma uniesionymi do góry zjechał upaćkanym korytem prosto do fosy. „Błogosławiona sraczka” – pomyślał. W ostatnim momencie udało mu się złapać jakiegoś lichego krzaczka, co osłabiło dźwięk chlupnięcia. Zamarł z wyrwaną roślinką w garści. Teraz mogła służyć za maskowanie, zasłaniając wystającą z tafli wody głowę. Czy zza muru Matsue‑jō wychyną twarze i łuki?
Nikogo nie zobaczył. Szczęście w nieszczęściu, czy raczej nieszczęście w szczęściu – choć nie usłyszeli, jak wpada do wody, to gdy o świcie zobaczą wyrwę po korzeniach, pójdą za nim jak po sznurku. Jedyna rada, to powolutku przepłynąć chō albo dwa, wyleźć po twardej skarpie i modlić się do Siedmiu Bogów Szczęścia, by drzewko spłynęło gdzieś daleko, a bushi Matsudairy nie złapali tropu.
„O‑Inari‑sama, ratuj” – westchnął do jednego z Wielkiej Siódemki.
O świcie był już pół ri od Matsue‑jō. W południe o trzy. Pogoni nie było.
Uff…
Sraczka się skończyła, ale był tak osłabiony, że ledwo powłóczył nogami. Gdzie by tu się przyczaić, odpocząć i, da o‑Inari‑sama, coś zjeść?
Zbliżał się właśnie do zabudowań, wśród których dostrzegł chram ledwo co wezwanego boga obradzającego ryżem i darzącego bezpieczeństwem. Uznał to za dobrą wróżbę, tym bardziej że świątynia wydawała się niezłą kryjówką. Mnisi zapewne pozwolą mu się przespać, a może i nakarmią. Z tą myślą przemknął przez bramę strzeżoną przez dwie figury białych lisów, wszedł do wnętrza i pokłonił się posągowi, prosząc boga o dary: ryż i ochronę. Potem rozejrzał się, a nie widząc nikogo, ukrył się, czy raczej opadł za statuą i zasnął.
Zbudziło go potrząsanie za ramię.
– To chyba ciebie szukają?
Mówiący, sądząc po szacie, mógł być kapłanem. Kengo zerwał się na równe nogi; strach albo sen dodał mu sił.
– Kto?
– Są tu bushi klanu Matsudaira. Rozpytują o mężczyznę w kimonie z dwoma wróblami w locie wśród liści bambusa. Rozbieraj się.
Klasnął w dłonie. Na ten dźwięk weszła rosła dziewczyna. Kapłan zwrócił się do niej:
– Daj mu swoje kimono, Seiko‑chan.
– Hay!
Szybkimi ruchami zaczęła się rozbierać. Zdjęła po kolei: sznur obijime, pas obi, kimono zewnętrzne… Wtedy i Kengo otrzeźwiał i zaczął się uwalniać od swojego ubioru. Seiko każdą zdjętą rzecz równo składała i umieszczała jedną na drugiej na deskach podłogi przy ołtarzu z posągiem Inari. Gdy sterta, na wierzchu której leżały biały hadajuban i trzy koshihimo, zawierała cały komplet jej odzienia, naga dziewczyna wzięła ją, podeszła cztery kroki ku bushi i wyciągnęła ręce ze swoim kompletnym strojem w jego stronę.
On nie był tak szybki i sprawny; opóźnienie w pozbywaniu się jubanu spowodowało, że jej ukłon trwał długo. W końcu jednak odebrał od niej odzież i gdy kończył jej wkładanie, kapłan zakomenderował:
– Dynia!
Nie przejmując się swoją nagością, Seiko wybiegła, lecz szybko wróciła z drewnianą skrzynką z otworami na oczy i nałożyła ją na głowę Kengo. Kapłan wręczył mu bokutō.
– Ukryj to – rzekł do Seiko, wskazując palcem na szaty zdjęte przez przybysza. Potem zwrócił się do bushi w dziewczęcym stroju:
– A ty idź za mną. Umiesz udawać onna‑bugeishę? Jeśli nie chcesz zginąć, patrz na inne i naśladuj kobiecy styl walki i ruchów.
Doszli do tylnego podwórka chramu, na którym grupka uczniów machała drewnianą bronią ćwiczebną. Wszyscy – a może wszystkie, bo coś – sam nie wiedział, co – mówiło Kengo, że to same dziewczyny – ćwiczyli walkę w parach. Większość miała szkolne, drewniane hełmy.
Sam w takim zaczynał. Dawno temu, gdy był dzieciakiem.
Jedna z uczennic stała bez przeciwniczki.
– Tomoe‑chan! Dziś będziesz ćwiczyć z tą nową. Tylko się nie pozabijajcie! – odezwał się kapłan, wypychając go przed siebie.
Kengo stanął w pozycji.
Podejście, skrzyżowanie, zamach, cios, odskok.
Podejście, skrzyżowanie, zastawa, odpowiedź, odskok.
Przypomniał sobie, że ma naśladować ruchy onna‑bugeishy, więc zaczął zwracać uwagę na pracę nóg i rąk sąsiadek.
Bam!
Tomoe walnęła go w drewnianą osłonę głowy, że aż mu echo rozbrzmiało w czaszce. „Tak to jest, jak się patrzy nie tam, gdzie trzeba” – pomyślał.
Podejście, skrzyżowanie, zamach, cios, odskok.
Podejście, skrzyżowanie, zastawa, odpowiedź, odskok.
„Ale przecież nie chodzi o to, by ją pokonać” – zmitygował się, wyskakując do przodu w ćwiczebnym wymachu swoim bokutō. „Mam udawać, że jestem dziewczyną. Muszę dzielić uwagę na dwie sprawy”.
Auć!
Podejście, skrzyżowanie, zamach, cios…
Bam!
Podejście, skrzyżowanie, zastawa, odpowiedź, odskok.
Kosztem kilku bolesnych uderzeń w tułów, jednego w ramię, dwóch w nadgarstek i trzech rozbrzmiewających echem w głowie Kengo uczył się kobiecego ken‑jutsu. Zauważył, że onna‑bugeisha porusza się szybciej niż jego szkolni koledzy, ruchy jej kija są gwałtowniejsze, ale zamachy nim czynione są krótsze, przez co siła uderzenia musi być mniejsza. Jakoś tego na swoim ciele i hełmie nie odczuł; widocznie Tomoe gorzej koordynowała głębokość uderzeń i nie wstrzymywała ich odpowiednio wcześnie.
Podejście, skrzyżowanie, zamach, cios, odskok.
Podejście, skrzyżowanie, zastawa, odpowiedź…
Auć!
A może jest złośliwa?…
Zwiększył szybkość swoich wymachów kosztem siły. Czy o to chodzi?
Spojrzał na sąsiednią parę i w jej tle ujrzał bushi z wyszytymi trzema liśćmi dzikiego imbiru w okręgu. Kamonami klanu Matsudaira. Było ich dwóch, a za chwilę…
Auć!
…właśnie gdy rozkojarzony dostał uderzenie w ramię, przed którym nie uchylił się na czas, dołączył trzeci. Przypatrywali się ćwiczącym.
Ten trzeci coś powiedział i dwaj zaczęli przechadzać się między uczennicami. Kengo, zaabsorbowany ich przemieszczaniem się, znów oberwał, tym razem w pierś. Mocno, że aż się zatoczył. „Skup się” – zrugał samego siebie. „Jak się przewrócę i spadnie mi hełm, to będzie głupi koniec”. Od tej chwili starał się mężczyzn z liśćmi dzikiego imbiru ignorować. Przestał obrywać od Tomoe tak systematycznie, jak dotąd, ale i tak trudno mu było sprostać jej szybkości i refleksowi. Właśnie gdy obok na wyciągnięcie bokutō stanął bushi Matsudairy, znów oberwał.
Bam!
W uszach zadzwoniło. Otumaniony odskoczył i potrząsnął głową.
– Ściągaj hełm! – usłyszał rozkaz. Jednak stojący obok bushi nie do niego go skierował, a do Tomoe.
Dziewczyna opuściła kij, po czym posłusznie odsłoniła twarz. Miała regularne rysy i była dość ładna; na pewno nie mogła uchodzić za mężczyznę.
– Dobrze walczysz – odezwał się ten trzeci. – Daimyō Matsudaira‑sama no Nobutada na pewno cię przyjmie. Z jakiego klanu jesteś?
– Itakura, bushi‑san.
– A imię?
– Tomoe, bushi‑san.
– Jak sensei Yagyu skończy twe szkolenie, chętnie zobaczę cię, Itakura‑san, w Matsue‑jō. Wspomnij, że poleca cię Akaoka no Daisuke.
– Hay, Akaoka‑san.
Bushi oddalili się, a Kengo do listy swego upodlenia dołączył kolejne: nawet młoda, niedouczona onna‑bushi jest lepsza od niego. Dziewczyna obiła go publicznie na dojo! Jego, który miał się za wyuczonego bushi!
Jakby nie było tego dość, Tomoe odrzuciła trzymany dotąd hełm i stanąwszy w pozycji, błyskawicznie go zaatakowała.
Bam!
No nie! Już on jej pokaże!
Nie pokazał. Na szczęście po kilkunastu kolejnych otrzymanych uderzeniach – sam dosięgnął swojej przeciwniczki tylko raz – odezwało się sześć uderzeń, oznajmiając godzinę Koguta, czyli czas wieczornego posiłku. Uczucie głodu, stłumione najpierw obawą o życie, a potem chęcią rewanżu na zdolnej onna‑bugeishy, odezwało się w Kengo ze zdwojoną siłą.
Wszystkie ćwiczące przerwały trening, sprawnie sformowały kolumnę, do której dołączył, i przeszły do pawilonu, w którym na stojakach powiesiły drewniane osłony i odstawiły bokutō.
Owszem, głód skręca mu kiszki, ale co ma robić? Ma się zdemaskować, ukazując męskie oblicze?
– A ty na co czekasz? – usłyszał zza pleców głos kapłana‑wybawcy. – Nie chcesz jeść? Jeśli nie, odłóż tu… – Wskazał pusty stojak. – …przyrządy i idź.
– Dokąd, sensei?
– Jak to? Nie wiesz, dokąd dążysz? Jeśli nie znasz celu, do niczego nie dojdziesz.
– Wybacz, sensei. – Kengo ukłonił się głęboko. Odsłonił twarz, odłożył ochraniacz głowy i bokutō na wskazane miejsca i ponownie się ukłonił. – Czy mogę dołączyć do jedzących, sensei? Odczuwam wielki głód.
– Chodź ze mną.
Podeszli do wydających miso‑shiru jako ostatni. Odebrali swoje miseczki, chwycili pałeczki, znaleźli wolny kawałek podłogi i usiedli. Okazało się, że dziewczyny na nich czekały, nie jedząc. Teraz dopiero wszyscy chórem oznajmili:
– Itadakimasu.
… i rozpoczęli siorbać zupę.
Potem wrócili po ryż.
Gdy kapłan skończył jeść, znów ogólny chór głosów wypowiedział formułkę:
– Gochisō‑sama deshita.
Onna‑bugeishe opuściły salę, zostawiając miseczki przed wyjściem, a Kengo zwrócił się do towarzyszącego mu mężczyzny:
– Potrzebuję nauk. Czy zechcesz być moim sensei? Czy mogę dołączyć do twoich uczennic?
– Świątynia o‑Inari‑sama w Sudze prowadzi szkołę tylko dla dziewcząt.
– Mam cel, sensei. Aby do niego dojść, muszę wejść na drogę miecza i dojść do samego jej końca. Do mojego końca, sensei.
– Zatem znasz cel. Czy znasz drogę?
Zawstydził się. Nie znał. Przesunął się, by usadowić się na wprost brodatego mistrza i czołem dotknął ziemi. Raz. Drugi. Trzeci.
– Chcesz zrobić krok na swej drodze? – usłyszał.
– Hay, sensei.
– Chodź za mną.
Kapłan wstał i zaprowadził go do innego pawilonu. Odsunął drzwi do małego pomieszczenia.
– Tu rozłóż swoje tatami. Dwa razy dziennie, w godzinie Zająca i w godzinie Koguta, będziesz jadł tam, gdzie dziś.
Potem przeszli do chramu. Wskazał przed ołtarz.
– W każdej parzystej godzinie dnia i nocy będziesz tu medytował, prosząc o‑Inari‑sama o łaskę, a wszystkie kami o światło, które objawi ci twoją drogę i przybliży ci cel.
Kapłan skierował się do kuchni.
– To jest Nawara‑san – przedstawił go jedynemu tam mężczyźnie. Obecne kobiety wstrzymały swoją krzątaninę i spojrzały na nowego. Ich twarze nie okazały zdziwienia, jakby nieznany przybysz był najzwyklejszą postacią pod słońcem. Tymczasem mistrz zwrócił się do Kengo: – We wszystkie nieparzyste godziny dnia poza godziną Małpy będziesz tu pracował.
„Skąd sensei mnie zna?” – pomyślał Kengo. „Przecież imienia ni rodu nikomu tu nie wyjawiłem. I najwyraźniej znał od początku, bo nie zapytał”.
Gdy znów znaleźli się pomiędzy pawilonami, oznajmił:
– Kąpiel w dzień Ziemi po pierwszej dziennej medytacji. Strumyk Suka jest dwa chō na zachód, po drugiej stronie drogi. Pamiętaj, że w dzień Wody kąpią się dziewczęta. W ten dzień nie opuszczaj terenu świątyni.
Stanęli przed ogrodzeniem kompleksu. Był to płot z mocnych desek. Cztery z nich były złamane na wysokości ramienia lub trochę niżej. Kapłan znienacka wyrzucił dłoń przed siebie, uderzył w drewno pięścią i złamał piątą.
– Każdego dnia w godzinie Małpy będziesz starał się tu uderzeniem dłoni złamać swoją deskę – oznajmił. – Gdy tego dokonasz, przyjdziesz mnie powiadomić.
– Hay, sensei – potwierdził Kengo z głębokim ukłonem.
Gdy powrócił do pionowej postawy, kapłan był już doń odwrócony tyłem i oddalał się.
*****
Praca Kengo dla kuchni nie ograniczała się do obierania warzyw, siekania marchwi czy tłuczenia prosa; obejmowała również pracę w polu. Gdy przyszła wiosna, nagi do pasa w otoczeniu podobnie roznegliżowanych kobiet spulchniał ziemię, siał, sadził, a potem pielęgnował uprawy. W suszy wraz z innymi nosił wiadra z wodą z Suki i dziwił się, że dziewczyny, które jak on biegają z wodą po kilkadziesiąt razy w każdej godzinie Smoka, nie są bardziej niż on zmęczone.
Po sześciu miesiącach nadal nie doznał od bogów objawienia swej drogi.
Nadal nie złamał deski.
Brodaty mistrz Yagyū wielekroć w godzinie Małpy przychodził pod parkan. Stawał o kilka kroków od okrwawianych desek i marszczył brwi. Któregoś dnia nie wytrzymał:
– Mądry człowiek pokona wielką górę. Z głupiego śmieje się nawet małpa.
Kengo rozmyślał o tych słowach kilka dni. W piątym podczas nakazanych medytacji prosił o‑Inai‑sama o łaskę mądrości i ta spłynęła nań w godzinie Węża.
Tego dnia obejrzał dokładnie wszystkie deski. Przyjrzał się sękom, układowi słojów, zadziorom. Gdy już był pewien, poćwiczył uderzenia, by zahartować dłoń i osiągnąć stan lekceważenia bólu. Potem podszedł do tej wybranej i z uśmiechem radosnej pewności uderzył ją, wkładając w cios pięści całą siłę.
Pękła.
Natychmiast ruszył, by zgodnie z poleceniem poinformować sensei Yagyū o wykonaniu zadania. Zastał go na placu ćwiczeń wśród onna‑bugeish strzelających z łuku. Mistrz dostrzegł go, ale zlekceważył.
Dopiero po „Gochisō-sama deshita” przywołał go skinieniem. Kengo skłonił się głęboko.
– Sensei Yagyū, poleciłeś się zawiadomić, gdy złamię deskę. Dziś tego dokonałem.
Kapłan długo milczał.
– Nie masz nic do dodania? Czy twoje kami wyjawiło ci, dlaczego ci się to udało dopiero teraz?
– Nie, sensei.
– To wróć do mnie, gdy zrozumiesz, czego ci brakowało, że trwało to tak długo.
Kengo pożegnał mistrza ukłonem i odszedł do chramu.
W godzinie Wołu już wiedział.
Po następnym wieczornym posiłku zbliżył się do mistrza.
– Sensei, już znam odpowiedź na twoje pytanie. Bo nie byłem mądry i nie szukałem słabych punktów przeciwnika. Waliłem na oślep, zamiast znaleźć pęknięcie i wykorzystać je do zwycięstwa.
– Tak, Nawara‑san. Ale to nie wszystko. Sukces nigdy nie zależy od jednej rzeczy. Jest jak dziecko; rodzi się ze złączenia dwóch ziaren. Znalazłeś jedno, szukaj drugiego. Płotu więcej nie psuj.
Tym razem kilka dni nie wystarczyło.
W godzinie Małpy Kengo podchodził do ogrodzenia, wypatrywał osłabień i przypominał sobie tamto uderzenie. W czasie tych wielodniowych obserwacji poznał każdą deskę; znał je na pamięć tak, że mógłby w bezksiężycową noc podejść i po omacku odnaleźć te, które są słabsze: trzy, które mają niewrośnięte sęki, dwie z pęknięciami i pięć cieńszych od innych. Podczas medytacji niemal z nimi rozmawiał, traktował jako siostry-przeciwniczki.
Po czterech tygodniach poczuł z nimi jedność; znali się przecież tak dobrze! Był pewien, że teraz mógłby podejść do płotu i kolejnymi uderzeniami pięści przełamać te osiem, nie – dziesięć słabszych. Nawet w nocy.
Po kolejnym tygodniu podszedł do mistrza.
– Sensei, znam drugie ziarno.
– Mów.
– Pierwszym ziarnem jest znajomość słabości przeciwnika. Drugim – świadomość swych możliwości. Gdy oba się połączą, urodzi się zwycięstwo.
Mistrz Yagyū po raz pierwszy uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Zatem pierwszy krok na drodze postawiłeś. Znasz następny?
– Tak, sensei.
– Mów.
– Poznałem swoje możliwości i są mierne. Powinienem je zwiększyć. Potrzebuję mistrza miecza, który by mnie szkolił.
Yagyū pogładził brodę.
– Masz miecz? – zapytał ze zdziwieniem.
– Nie, sensei.
– To jak i po co będziesz uczył się walczyć czymś, czego nie masz?
Kengo nie odczuł wstydu, bo tym razem znał odpowiedź.
– Zdobędę na pierwszym wrogu, sensei.
Nastała chwila ciszy, jakże charakterystyczna dla brodatego mistrza, po której przemówił:
– Przed chwilą mówiłeś o ziarnach, z których rodzi się sukces. Poznasz słabe strony pierwszego przeciwnika? To trudne, ale możliwe. Jesteś jakoby świadomy swoich możliwości. Czy zamierzasz mu ukraść miecz? Jeśli chcesz odebrać mu broń w boju, czym będziesz walczył przeciw katanie?
Tym razem Kengo został tylko wstyd, bo nie znał odpowiedzi. Skłonił się do ziemi, korząc się przed mistrzem.
– Chodź – zadecydował Yagyū, wstając.
Wywołał tę, która pół roku temu na oczach kilkudziesięciu dziewcząt i idących jego tropem bushi z wyszytymi na kataginach liśćmi dzikiego imbiru narobiła Kengo wstydu. Wstydu, który ocalił mu życie.
Mistrz zwrócił się do Tomoe:
– Od dziś w godzinie Smoka i godzinie Małpy będziecie ćwiczyć razem. Przed południem on… – Wskazał na Kengo. – …będzie bez broni, a ty z bokutō. Po południu odwrotnie. Zwycięża ten, który uderzy czysto drugiego lub odbierze mu miecz. Używajcie ochraniaczy i nie pozabijajcie się.
Kengo wciąż nie znał odpowiedzi na pytanie mistrza Yagyū. Dwakroć w ciągu nocy i rano modlił się, wzywając swoje kami przed ołtarzem o‑Inari‑sama, by go oświeciły.
Nazajutrz oświeciła go Tomoe, ale dopiero po południu. Wcześniej, w godzinie Smoka, odebrał od niej solidne cięgi na placu ćwiczeń. Obity jak nigdy dotąd nie mógł się skupić podczas południowej medytacji, bo mimo ochraniaczy bolały go wszystkie mięśnie i kości. Rozdzwoniona po uderzeniach w osłonę zwaną tu dynią głowa obiecywała złośliwej dziewczynie rewanż.
W godzinie Małpy zrazu stanęli naprzeciw siebie. On nie miał na sobie ochraniaczy, podobnie jak Tomoe przed południem. Poczuł się jak zwycięzca, jeszcze zanim ruszył do przodu z wyciągniętym przed siebie drewnianym mieczem.
Dziewczyna wykonała parę zwodów – w lewo, w prawo i odbiła do tyłu. Ruszył za nią. Udała, że skraca dystans, więc się zamachnął.
Odskoczyła.
Zrobił krok do przodu.
Ona skoczyła w lewo, jakby chciała go okrążyć.
Obrócił się ku niej.
Znów udała, że skraca dystans, ale zamiast tego pobiegła po łuku w lewo.
Ruszył za nią, ale była szybsza. Obiegała go stale w lewo, więc trzymając bokutō w prawej ręce, musiał się stale obracać; nie mógł dopuścić, by dopadła go z nieuzbrojonej strony.
Po kilku okrążeniach zatrzymała się i nachyliła.
„Dorwałem ją” – pomyślał i skoczył ku niej, wyprowadzając cios.
Rzuciła mu piaskiem w oczy, zrobiła taneczny unik i przemknęła pod prawym ramieniem za jego plecy.
Chwila dezorientacji i oślepienia, naprawdę drobna, wystarczyła, by uderzyła go w szyję.
Wykonał cięcie w tył. Na ślepo. Złapała go za prawy nadgarstek, szarpnęła i przewróciła.
Wiedział, że przegrał.
Tomoe, siadłszy na nim, wykręciła mu rękę. Wrzasnął z bólu i puścił bokutō.
Pierwsza popołudniowa klęska.
Następne przyszły kolejno potem. Był ostrożniejszy, nie dawał się zwieść tak łatwo, jak za pierwszym razem, ale prawa ręka doznała urazu i nie pracowała jak powinna. Bronił się dłużej, ale – chikusho! – to on ma atakować! Złapał się na tym, że w obawie przed oślepieniem piaskiem często zamyka oczy. Oczywiście przeciwniczka tylko na to czekała. Wolnymi zwodami uspokajała tempo pojedynku, by znienacka ruszyć na niego, a wtedy była szybsza niż wąż. To przesmykiwała się pod bokutō, to mijała się z cięciem o włos. Zwykle kończyło się to kolejnym wstydem.
Rachunek wynosił trzy do jednego dla onna‑bugeishy, gdy przełożył broń do lewej ręki. Była mniej sprawna, ale okazało się, że ta zmiana początkowo sprawiła dziewczynie trudności, bo musiała przestawić kierunki uników. Poprawił wynik starć na trzy do dwóch.
Później Tomoe wdrożyła się do zmiany i znów uległ.
Do czasu, aż dzwon uderzył sześć razy, oznajmiając porę wieczornego posiłku, stracił bokutō w sumie siedmiokroć. Mimo że spróbował znów sztuczki z przerzuceniem broni do prawej ręki i znów do lewej, dosięgnął dziewczyny jeszcze tylko raz.
Idąc do pawilonu, gdzie odkładano sprzęt na stojaki, słaniał się ze zmęczenia. Małą satysfakcję sprawiło mu, że i Tomoe wyglądała na skrajnie wyczerpaną.
Miał o czym medytować.
Nazajutrz w godzinie Smoka znów odebrał cięgi, ale w godzinie Małpy trzymał lewą rękę w pobliżu twarzy, by osłonić się przed piaskiem. Było to lepsze od przymykania oczu, bo pod dłonią mógł obserwować przeciwniczkę; nie całą, ale nogi. Ich ustawienie uprzedzało o zamiarach. Było to tak skuteczne, że kolejnego dnia nie analizował już poruszeń tułowia i rąk Tomoe, a tylko ruchy stóp.
Tego dnia stracił bokutō tylko trzy razy.
O wstydzie! „Tylko!”
Dziękował o‑Hachimanowi‑sama, że jest na dobrej drodze, gdy zrozumiał, że nie tyle ma ćwiczyć atakowanie bezbronnego, ile właśnie gołymi rękami pokonać uzbrojonego. A to z Tomoe nie udało mu się dotąd ani razu.
Gdyby onna‑bugeisha nie upewniała go każdego dnia w godzinie Małpy, że dla niej to nietrudne, zwątpiłby, że to w ogóle możliwe.
Pogłębił medytacje. Rozmyślał, jak ją naśladować podczas ataków gołymi rękami, ale wciąż był bez sukcesu. W godzinie Smoka nieustannie dostawał od niej lanie, bo jak zawsze niemal nie wstrzymywała uderzeń.
„O‑Hachimanie‑sama, jak mogę naśladować Itakurę-san, skoro jestem starszy i cięższy? Co mam przeciwstawić jej szybkości?”.
Tak, to było kluczowe pytanie, nad którym rozmyślał kilka dni. Wrócił do zasady dwóch ziaren sensei Yagyū. Czy zna słabe strony Tomoe?
Skoro nie, to czas je poznać.
Obserwował ją w czasie ćwiczeń. Ostatnio tylko zwracał uwagę, jak układa stopy, więc wrócił do patrzenia na nią całą. Skuteczność uderzeń w godzinie Małpy początkowo spadła, ale wkrótce znów zaczęła rosnąć. Zauważył, jak bardzo jest skupiona; cały czas śledzi jego poczynania. „Jak to możliwe…” – zapytywał samego siebie „…że wie, co zrobię, gdy ja dopiero planuję swój ruch? To dlatego wydaje się tak szybka. Czy czyta mi w myślach?”.
Raczej w oczach!
Sprawdził to domniemanie. Kolejnego dnia w godzinie Małpy przymykał powieki i patrzył tylko przez szparki osłonięte rzęsami.
Jakiś skutek to dało, bo tego dnia udało mu się – pierwszy raz! – dać sobie odebrać bokutō tylko dwa razy. Może dlatego, że nie musiał bać się piasku?
W chramie nie było posążka o‑Hachimana‑sama, więc jako ofiarę dziękczynną wylał miseczkę swojej zupy przed figurą o‑Inari‑sama.
W ciągu dalszych dni poznawał przeciwniczkę coraz lepiej. Znał typowe sekwencje jej ruchów, wiedział, jak reaguje na jego, więc usiłował zmieniać swoje. Było to zupełnie inne podejście niż na szkoleniu, które odebrał poprzednio. Od chłopaka uczono go sztampy: na taki ruch przeciwnika odpowiada się tak, a na taki – tak. Własne pomysły były tępione i był za nie karany. Czy teraz błędem jest powielanie schematów? Tomoe też walczy schematycznie, ma wiele różnych sposobów i sekwencji ruchów, ale po kilkunastu dniach ich zapamiętywania poznał je wszystkie, bo w kolejnym nie zauważył nic nowego.
W następnym ani razu nie pozbawiła go broni.
Przed posągiem o‑Inari wylał kolejną miskę zupy.
W czasie nocnej medytacji pojął, że i Tomoe poznała jego nawyki i sposoby, tak jak on poznał jej. Dlatego wciąż nie odebrał jej bokutō.
Myślał o tym przez kolejne dni.
W dzień Ziemi był nad strumieniem sam. Znalazł plaski kawałek łączki i trenował coś, czego nigdy dotąd nie robił i nie widział. Trenował przez kilka dni, zanim doszedł do wniosku, że jest gotów.
W godzinie Smoka dał się parę razy uderzyć, dbając tylko o to, by Tomoe nie walnęła go zbyt mocno. W kolejnym pojedynku wykonał kilka standardowych zwodów. Zadbał, by ostatni ustawił go tyłem do onna‑bugeishy. Wiedział, że zrobi wypad do przodu, bo zawsze tak robiła, a on odskakiwał wtedy w bok z obrotem, bo to było jedyne skuteczne działanie. Tym razem skurczył się, przypadł do ziemi, wygiął w kabłąk, odepchnął nogami w przewrocie w tył, oparł na rękach i wyskoczył z wyrzuceniem nóg w górę w kierunku głowy przeciwniczki.
Świst bokutō przeciął powietrze.
Pod nim. Za nisko. Tam już go nie było.
Wiedział, gdzie pójdzie cięcie. Znał ją.
Piętą trafił w nos; wyskok okazał się zbyt mocny czy też jej wypad zbyt daleki, więc dystans skrócił się bardziej, niż to przewidywał. Planował w brodę. Gdyby dynia w krytycznym momencie nie ograniczyła widzenia, mógłby to skorygować.
Polubił Tomoe przez te tygodnie, ale nie było mu jej żal. Jej też nie było, gdy wykręcała mu ręce i setki razy okładała go bokutō.
Padła bez jęku. Odebranie jej broni stało się formalnością.
Po chwili podniosła się i stanęła do nowego pojedynku. Z jej nosa lała się krew.
Poczynała sobie dużo ostrożniej i nawet na jego zwykłe zwody i ataki reagowała wolniej. Wciąż doznawała skutków kopnięcia.
Nabrała doń respektu; to było widoczne.
Kengo poczuł wielką radość, ale stłumił ją w sobie. To jeszcze nie był koniec drugiego kroku, a zaledwie początek. Dobry początek.
Tego dnia odebrał jej bokutō jeszcze dwa razy. Wiedział, że to skutek jej kontuzji. Ruchy Tomoe były wolniejsze, więc dwakroć przeniknął pod jej cięciem czy obok. Nie musiał jej przewracać; wystarczyło, że złapał za nadgarstek, a oddawała broń, uznając jego zwycięstwo.
Gdy po sześciu uderzeniach dzwonu wchodził do pawilonu ze sprzętem, powietrze rozdarł głośny wrzask. To Yagyū nastawiał Tomoe złamany nos. Potem Kengo słyszał, jak mistrz się z niej śmieje:
– Powinnaś mu podziękować. Dzięki niemu dłużej pożyjesz.
– Hay – wycharczała.
Gdy niemal razem podchodzili z miseczkami do nalewających zupę, dotąd pyszałkowata, a teraz spokorniała, z okrwawioną twarzą i spuchniętym nosem onna‑bugeisha skłoniła się przed nim nisko.
Po „gochisō-sama deshita” Yagyū przywołał Kengo przed siebie.
– To miecz już masz. A drugie ziarno?
– Działając rozważnie i rozsądnie nie dokona się wielkich rzeczy. Dopiero szaleństwo prowadzi do zwycięstwa. To jest drugie ziarno, sensei.
– Dobrze. – Yagyū pogładził brodę. – Dlaczego to trwało tak długo?
– Mój umysł był zamknięty, sensei. Otworzył się na o‑Hachimana‑sama dopiero dzięki cięgom od Tomoe‑san.
– Zatem powinieneś jej podziękować, że cię nie oszczędzała.
– Hay, sensei.
Poderwał się i dogonił ją, gdy przechodziła przez bramę prowadzącą ku Sucie. Zabiegł jej drogę i ukłonił się równie nisko, jak ona przed nim przed posiłkiem.
Wrócił na plac przed chramem, gdzie Yagyū czekał z następnym pytaniem:
– Jaki będzie twój następny krok?
– Potrzebuję nauki. Wyruszę na poszukiwania mistrza miecza, kensei, który przekaże mi część swojej świętej wiedzy.
Yagyū pogładził w zamyśleniu brodę, jak to miał w zwyczaju.
– A czym mu zapłacisz, Nawara‑san? Czy masz choć jedno ryō?
Kengo znów został zawstydzony. Dotąd za wszystko – szkolenie, odzież, broń i jedzenie – płacił jego daimyō, Ōgigayatsu-sama. Dziś jest roninem bez broni i majątku. Żyje dzięki łaskawości świątyni i Yagyū. Cały jego plan to mrzonki!
– Czyli twoja noga zawisła w powietrzu. Na czym oprzesz stopę w trzecim kroku? – drążył kapłan.
Kengo za całą odpowiedź pochylił głowę.
– To jaki jest twój cel?
Kontynuowanie rozmowy przez Yagyū było nieoczekiwane. Kengo zaświtało w głowie, że mistrz zna nie tylko odpowiedzi na zadawane pytania, ale i prowadzi go dokądś; subtelnie, ale pewnie. „Wystarczy zawierzyć przewodnikowi, a dojdę” – pomyślał.
– Sensei, ty wiesz… Mój daimyō zginął w Matsue-jō, a ja nie mogłem wtedy być przy nim. On woła mnie nieustannie. Muszę tam wrócić, by odzyskać honor.
– Wybierasz się pod siewkową bramę Matsue-jō, by zawołać: „Zabijcie mnie”?
Dzięki tak postawionemu pytaniu Kongo zrozumiał bezsens swojej niecierpliwości. Utwierdził się w przekonaniu, że sensei Yagyū zna jego drogę lepiej od niego, ale zaoponował:
– Wstyd jest jak blizna na drzewie: nie znika, lecz powiększa się z czasem. Chcę się od niego uwolnić.
– Nieustanne hartowanie męstwa i doskonalenie ducha jest obowiązkiem. Ucieczka przed tą powinnością jest zdradą.
To było nowe ujęcie zdrady i obowiązku. Kengo poczuł zamęt. Ten kapłan Inari wywraca do góry nogami proste prawdy, które mu wpajano – o odwadze, obowiązku i honorze.
– Sensei, ty wiesz lepiej. Nie trzymaj mnie w ciemności niewiedzy.
– Czy wolisz być roninem bez broni i majątku, czy samurajem onna‑daimyō? Chcesz się błąkać, nie zbliżając do celu, czy w trzecim kroku oprzeć stopę na mocnym kamieniu?
– Onna‑daimyō!?
Za całą odpowiedź Yagyū pogładził brodę. Zdawał się lekko uśmiechać.
Kengo nie pierwszy raz zastanowił się nad zaoferowaniem swych usług innemu daimyō. Dotąd myśli takie zdecydowanie odrzucał. Sądził, że nic poza chwalebną śmiercią w dążeniu do zemsty nie zmyje z niego hańby. To zdawało się jedynym godnym zaakceptowania końcem drogi.
Teraz się zawahał.
– Dokąd ten krok mnie zaprowadzi, sensei?
*****
W Takenouchi-ryū sensei Tōichirō no Hisamasa, zobaczywszy przybysza w stroju wieśniaka i bez broni, kazał go wypędzić. Dwaj słudzy z kijami pognali go górską ścieżką w dół ku wiosce.
Nim minęła godzina, Kengo wrócił i z ukłonem złożył przed sōke szkoły ken‑jutsu dwie lagi. Mistrz Tōichirō zawisł wzrokiem na tych dowodach zwycięstwa, pogładził brodę, po czym dał sobie wręczyć pismo od daimyō Tadauji Mitsune i piętnaście złotych płytek, z których każda była warta koku ryżu – zapłatę za pierwszy rok szkolenia.
– Tadauji-sama prosi, żebym uczył cię drogi miecza – prychnął mistrz. – Płaci… Walczyłeś już? Czym?
– Naginatą, sensei.
Nie wspomniał, że przez ostatnie kilka miesięcy, czekając na decyzję onna‑daimyō, ćwiczył wraz z onna-bugeishami w świątyni o‑Inari‑sama walkę mieczem. Ale że właściwie używał bokutō, a walki były ćwiczebne, więc to się nie liczyło. Katany w dłoni jeszcze nie miał.
Mistrz Tōichirō za całą odpowiedź wygiął usta z pogardą.
Od następnego dnia Kengo znów ćwiczył z bokutō w ręce. Podobnie jak dziesięć lat temu z naginatą uczono go schematów: wyprost, wymach, krok, zmylenie, groźba, unik, wymach, odskok, groźba…
Tyle że innych.
Nauka na szkolnym dojo była bogatsza niż na placu za świątynią w Sudze. Każdy krok, groźba, obrona, wypad i unik były pokazywane, omawiane i początkowo trenowane z shikanem, który prowadził zajęcia z pierwszą grupą. A że Kengo jako jedyny nie był krewnym daimyō i był najmłodszy stażem, przeto na placu i przy jedzeniu był ostatni w kolejności, a w Pawilonie Smoka, gdzie rozłożyli swoje tatami początkujący, stał się obiektem żartów i głupich dowcipów. To ostatnie bolało najbardziej, bo wiekiem był najstarszy.
Podczas ćwiczeń zdarzało mu się, że wychodziły na jaw odruchy walki naginatą i bokutō – zasłaniał się bronią. Po pierwszej takiej próbie mistrz zdzielił go kijem bambusowym w ramię.
– Właśnie straciłeś miecz, Nawara-san. Walcz jak kataną.
– Hay, shikanie.
Sensei Mabuchi zmierzył go krytycznym wzrokiem, a po zakończeniu serii ćwiczeń spytał:
– Ile lat? Ile lat cię szkolili do naginaty i ile walczyłeś?
– Dwakroć sześć, shikanie.
Wygiętym z niesmakiem ustom Mabuchiego towarzyszyła uwaga na odchodnym:
– Nawyki z pierwszej połowy życia tępi się w drugiej. Na ken‑jutsu zabraknie ci czasu.
To zdanie spowodowało, że Kengo się zawziął. W swój futon się kładł, gdy pięć uderzeń dzwonu dawno już przebrzmiało, a wstawał przed świtem. Zanim rozległo się pięć uderzeń zwiastujące poranny posiłek, wokół południowej porcji ryżu, gdy był czas wolny, i po zmroku, na granicy godzin Koguta i Psa, trenował sam.
W czasie tych samotnych walk, gdy fechtował się z pniem cyprysa czy z licznymi bambusami, podświadomie wyobrażał sobie, że ćwiczy z Tomoe, Seiko czy też inną z dziewcząt w świątyni Inari. Każda miała swój styl, który nie mógł się równać z ujednoliconymi ruchami uczniów shikana w Takenouchi-ryū. Tam każda onna-bugeisha ruszała się inaczej, gdyż sensei Yagyū nie tłumił indywidualności, ale wszystkie miały ruchy płynne i łagodne, jakże niepodobne kanciastym schematom w szkole ken‑jutsu. Tu poznawał reguły ze wszystkimi szczegółami, ale myślał, że warto byłoby spiąć tutejszą perfekcję z tamtą niewysiloną i otwartą na indywidualność gracją. Podczas godzin walk z roślinnością wokół Takenouchi-ryū próbował, czy uda mu się połączyć dziewczęcy taniec z męskim skutecznym zabijaniem.
Zdarzało się, że widywał wtedy sensei Mabuchi. Shikan przyglądał mu się z pewnego oddalenia, potem wracał do swoich zajęć czy też szedł ułożyć się do snu.
Z biegiem czasu ćwiczenia szły Kengo coraz lepiej. Przestał robić błędy, a z powodu nieustannego wysiłku i obfitszego niż w świątyni Inari jedzenia wzrosły jego wytrzymałość i siła. W roli obserwatora jego samotnych potyczek z bambusami zaczął się pojawiać sōke Takenouchi-ryū, sensei Tōichirō Hisamasa.
Widząc postępy Kengo potwierdzane akceptującymi kiwnięciami brody shikana, reszta uczniów dokuczała mu bardziej.
Trudno. Co nie zabija, to wzmacnia.
Nowością było posługiwanie się bronią trzymaną w lewej dłoni. Początkowo trudność brała się nie tyle z używania mniej zręcznej ręki, ile z faktu odwrócenia całej symetrii pojedynku. Doszły nowe zależności i reguły. Trzeba było wyrobić w sobie odmienne nawyki zależne od tego, którą ręką posługiwał się przeciwnik.
Zrozumiał, jak swego czasu utrudniał Tomoe zadanie, przerzucając bokutō z jednej ręki do drugiej. Teraz mógł podziwiać, jak dobrze z tego wybrnęła.
„Dwa ziarna” – przypomniał sobie zasadę Yagyū. Utwierdził się w poglądzie, że trzeba połączyć w jedno solidność nauk shikana ze swobodną finezją przyświątynnej szkoły dla dziewcząt.
Po dwóch latach ćwiczył już z prawdziwą kataną w dłoni i czuł się z nią dość pewnie. Miecz pożyczył mu sensei Mabuchi, bo inni mieli własne. Ścinał nim tykwy, bambusy, gałązki wierzby, przebijał bele słomy. Dostrzegł różnicę między bronią ćwiczebną, drewnianą, a prawdziwą – w masie, wyważeniu, giętkości. Na zajęciach z szybkiego dobywania miecza stosowano tylko katany, czego sens było łatwo zauważyć: bokutō nie miało pochwy; zresztą wszystko było inne: brak krzywizny, grubość, balans, uchwyt.
Sōke Takenouchi-ryū, sensei Tōichirō Hisamasa, który od kilku miesięcy niezmiennie co najmniej dwa razy w tygodniu milcząco obserwował jego zmagania z bambusami, cyprysem i wiązem, był z niego zadowolony. Do tego stopnia, że promował go do drugiej, swojej grupy. W związku z tym awansem Kengo przeniósł swoje tatami do Pawilonu Kraba.
I znów był początkujący, więc jak poprzednio spotkał się z nasiloną niechęcią współuczniów. Prym wśród nich wiódł Okuyama Kyūgasai, który bardziej sam siebie uważał za prymusa, niż nim był. A miał wiernego poplecznika – Yoshidę, który z opinią najgorszego, ale i najbogatszego ucznia wiernie asystował Kyūgasaiemu we wszystkim.
W grupie zaawansowanej Kengo zaczął naukę ryō-tō, walki dwoma mieczami. Wakizashi i katana – mały i duży – tworzyły zestaw nazywany daishō. Równoczesne operowanie dwoma ostrzami było znacząco trudniejsze niż jednym, bo należało kontrolować niezależne, przynajmniej na pozór, ruchy obu rąk, zarówno swoich, jak i przeciwnika.
Z każdym miesiącem Kengo utwierdzał się w zasadzie dwóch ziaren. Połączenie technik i reguł Takenouchi-ryū ze swobodnym tańcem onna-bugeish ze świątyni Inari było w ryō-tō bardzo pomocne. Dziewczyny łatwiej unikały uderzeń bokutō, bo były gibkie, szybkie i lżejsze. On aż tak gibki nie był, ale że bogowie poskąpili mu wzrostu i grubych kości, a dzięki całodniowym ćwiczeniom jego organizm całe posiłki przetwarzał na mięśnie i energię, był znacząco szybszy od kolegów, zaś dzięki naukom sensei Tōichirō miał coraz lepszą technikę. Bo Yagyū uczył raczej filozofii, technikę zostawiając praktyce.
Po roku nauki wyższego stopnia sōke go pochwalił. Ocenił, że jak dalej będzie się tak sumiennie przykładał do nauki, to za rok, dwa zostanie pierwszym uczniem.
Kyūgasai zagotował się z gniewnej zazdrości, a Yoshida, biorąc z niego przykład i chcąc zaskarbić sobie jego przychylność, zaczął prowokować Kengo do bójki. Spodziewał się, że sōke Tōichirō Hisamasa wyrzuci nowego, bo samowolne, czyli poza planem ćwiczeń na dojo, bijatyki były w Takenouchi-ryū zakazane. Swojej pozycji był pewny – płacił najwięcej, liczył na siłę rodu, na resztę grupy i na swojego poplecznika w osobie prymusa szkoły.
Kengo wiedział, że musi się mieć na baczności, dlatego i tego dnia wchodząc po swoich wieczornych ćwiczeniach po ciemku do pawilonu, uciekł się do manewru, który stosował niemal zawsze: odsunął drzwi, wemknął się, skurczył i… cofnął. Gdyby Yoshida nie był takim leniem i śpiochem, podejrzałby to którejś z poprzednich nocy i nie rzuciłby się z kołdrą futonu na oślep w miejsce, w którym wchodzący powinien jego zdaniem być. Teraz jednak rozpęd poniósł napastnika dalej, a nogi zahaczyły o skulonego Kengo, skutkiem czego wpadł w czekającego po drugiej stronie również zasłoniętego uniesionym futonem Ikuo. Obaj przewrócili się z rumorem, budząc pozostałych. Mało – przebudzony nagle Noriaki, na którego wpadli obaj zaplątani w płachty koledzy, nie wiedział wprawdzie, co się dzieje, więc jego łokcie i kolana nie były zbyt skuteczne, ale i tak dwaj rozrabiacy zarobili kilka sińców i rozbity nos.
Wszystko to zabrało tyle czasu, że Kengo cicho zasunął drzwi i ułożył się w swoim futonie nieniepokojony.
„Dwa ziarna” – pomyślał z satysfakcją. „Tu im zabrakło obu”.
Nazajutrz zapytał sōke, czy może przenieść swoje tatami do składziku na sprzęt do ćwiczeń.
Sensei Tōichirō Hisamasa spojrzał nań przenikliwie.
– Czy jesteś myszą? Uczniowie mojej grupy śpią w Pawilonie Kraba.
– Hay, sensei.
„Zatem wcześniej czy później Yoshida mnie dopadnie” – pomyślał Kengo, ale nie to było najgorsze. Wiedział, że obawy i czekanie na napaść zakłócą mu i tak krótki sen, a to osłabi jego zdrowie, siły i szybkość.
Jednak został zmuszony do bycia myszą, taką, która śpi pod miotłą i przez cały czas snu na wpół czuwa. Przez to w ciągu tygodnia dwa razy uniknął napaści: raz poderwał się, płosząc Yoshidę, który się doń zbliżał z jakimś dzbanem; drugi odtoczył się na bok, unikając zaostrzonego cienkiego bambusa stopowej długości, którym się nań zamierzono. Powstało zamieszanie; gdy krzyknął, obudzili się wszyscy. Niektórzy ze zgrozą patrzyli na bambusową drzazgę, która zamiast jego ciała przebiła pusty futon i utkwiła w tatami, a inni parskali śmiechem.
Tej nocy już nie zasnął, a mimo to nie zauważył osłoniętej ciemną szatą postaci za niedosuniętymi drzwiami Pawilonu Kraba. Pewnie dlatego, że uwagę kierował tylko na zagrożenie, a to czaiło się wewnątrz.
Po porannych ćwiczeniach mistrz Tōichirō podszedł do niego, gdy zmierzał ku kępie bambusów.
– Jednak jesteś myszą, Nawara-san. Od dzisiaj śpisz w składziku na sprzęt. Przenieś tam swoje tatami.
Kengo odetchnął, ale coś w wypowiedzi sōke nie dawało mu spokoju. Postanowił, że tego wieczoru zamiast ostatnich ćwiczeń odda się medytacji. Był jednak tak niewyspany, że zmienił zamiar. Zdecydował, że bezpośrednio po wieczornym posiłku pójdzie spać, a obudzi się w godzinie Owcy, podobnie jak robił to w świątyni w Sudze, i w drugiej połowie nocy będzie prosił o‑Inari‑sama i swoje kami o oświecenie. Problemem był brak posążka, więc ulepił malutką statuetkę ze swojej porcji ryżu i postawił ją na półce nowej sypialni. Bóg równocześnie dostał ofiarę i figurkę, przez co może spojrzy na niego łaskawym okiem.
W towarzystwie hełmów, kijów i bokutō spał znakomicie i z ósmym uderzeniem dzwonu obudził się rześki i niemal wyspany. Usiadł seiza przed ryżowym posążkiem i wsłuchał się w głosy kami, usiłując wyłowić z ich mało uporządkowanej gadaniny boskie przesłanie.
– Dlaczego ciekawi cię, co mistrz miał na myśli?
– Nigdy się nie dowiesz, co jest w głowie innego człowieka.
– Skąd wiesz, że coś zamyślał?
– Co on powiedział?
– Chyba cię obraził! Nazwał cię myszą!
– Mysz, to podłe!
– Głupstwa gadasz! Nietoperz to też mysz, a lata!
– I wiewiórka!
– Ta nie lata.
– Jak to nie lata? Przelatuje z drzewa na drzewo! Chciałbyś to umieć!
– Ale sōke nie myślał o wiewiórce.
Kengo postanowił wprowadzić trochę ładu w te rozedrgane głosy:
„Dlaczego uznał mnie za mysz?”
– Bo jesteś cichy – usłyszał.
– Bo cię nie lubi.
– Gardzi tobą.
„Przeciwnie” – odezwał się w myśli Kengo „Ceni mnie, więc nie gardzi. Pytanie, dlaczego uznał mnie za mysz właśnie dziś?”.
Tu głosiki w jego umyśle zamilkły, aż po chwili nie tyle usłyszał, ile wyczuł z powiewu wiatru:
– Zobaczył?…
„Co zobaczył, o‑Inari‑sama?” – zapytał boga, bo to jego głosu domyślił się w szumie za oknem.
Coś delikatnie uderzyło w ścianę składziku, ale żadnego boskiego przekazu nie sposób było się w tym stuknięciu dosłuchać. Za chwilę dźwięk się ponowił, a po nim dał się słyszeć szurgot.
Przez przydachowe okno wpadła płonąca wiązka słomy.
Kengo poderwał się i odrzucił ją na zewnątrz. Usłyszał przekleństwo i wyraźny szept:
– Podpal następne!
…tak wyraźny, że nie mógł pochodzić od o‑Inari. Ze stojaka wyszarpnął bokutō i odsunął drzwi.
Walnął jakąś postać, która właśnie przykładała płomień do słomy tarasującej mu wejście.
Kopnął belę.
Wypadł na zewnątrz.
Zadeptał płonącą drzazgę.
Unik. Coś świsnęło. W ciemności nie rozpoznał – kij czy katana.
Odskoczył i ciosem w głowę unieszkodliwił tego, który wstawał za nim. Tego, który oberwał pierwszy.
Ruszył obiec pawilon dookoła, by zobaczyć, czy odrzucona płonąca bela słomy nie zagraża pożarem składziku.
Drogę zagrodziły mu trzy cienie z kijami.
Natarł na pierwszy. Tamten złożył się w zasłonie. Głuchy trzask drewna.
Nie było czasu; pawilon mógł spłonąć, więc Kengo odskoczył i cofnął się, by okrążyć budowlę z drugiej strony. Lepiej przebić się przez jednego niż przez trzech.
Tu stało dwóch, a nie leżał nikt. Bele słomy zajmowały się ogniem. „Za słabo walnąłem i źle zadeptałem” – pomyślał, gdy w świetle płomieni błysnęła stal. Jej posiadacz stał niepewnie. „To ten walnięty” – stwierdził i ruszył odważnie do przodu.
Tak, ty jesteś tą, od której zacznę zwyciężać. Jesteś wadliwa, słoje nie wspierają twej siły, a sęk zabrał ci resztę wytrzymałości. Poddaj się, desko‑san. Przecież wiesz, że nie oprzesz się sile mej ręki. Widzę już, jak drżysz. Nie bój się… To pójdzie szybko. Nie będzie bolało.
„Dwa ziarna – znajomość przeciwnika i świadomość własnych możliwości”.
Zamierzył się bokutō.
Tamten się cofnął.
Kengo głośno się zaśmiał i rzucił w niego kijem.
Tomoe próbuje oszukać jego zastawę. Dwa bokutō stukają o siebie. Dwoje walczących okrąża się nawzajem w nadziei, że to drugie popełni błąd. Każde w napięciu czeka na okazję. Stuk. Odskok. Zmyłka. Stuk. Zamach. Zasłona. Zwarcie. Odejście.
Rzut!!?
Baka? Pozbyła się broni!
Odbił lecący ku niemu kij.
O‑Inari!!!
Skurczył się w paroksyzmie cierpienia.
Przeciwnik zasłonił się kataną, ale już w następnym momencie zwijał się z bólu, kopnięty w przyrodzenie.
– Masz miecz? – zapytał Yagyū ze zdziwieniem.
– Nie, sensei.
– To jak będziesz uczył się walczyć czymś, czego nie masz?
Kengo nie odczuł wstydu, bo tym razem znał odpowiedź.
– Zdobędę na pierwszym wrogu, sensei.
Nawet nie trzeba było się szarpać z zaciśniętą dłonią Yoshidy. Wystarczyło po prostu wyjąć z niej miecz.
Czyste cięcie w kark odesłało skurczoną postać do przodków.
Pozostał ten drugi. Charakterystyczny szum wyciąganej z pochwy katany towarzyszył rozpoznaniu właściciela: Okuyama Kyūgasai, prymus Takenouchi-ryū.
Mogłaby to być zwykła walka o sukcesję, gdyby nie to, że stawką było życie.
Kolejny dźwięk oznajmił, że w grze pojawił się wakizashi.
Dwa, właściwie półtora, przeciw jednemu.
To nie było ćwiczone na dojo.
Tymczasem płomień obejmował coraz więcej źdźbeł słomy, rozświetlając pole walki. Tylko dzięki temu Kengo kątem oka zobaczył ruch za sobą.
„To tamta… trójka?”
Szybkie zerknięcie ukazało dwóch z długimi bambusami. W blasku ognia rozpoznał: Takeshi i Ikuo.
„Gdzie trzeci?”
Po chwili za Kyūgasaim ukazał się Noriaki. Też z bambusem.
– Yagyū‑sama, ale one mnie zaszły ze wszystkich stron! Jak miałem się bronić?
– A ty? Czekałeś, aż cię otoczą?
– Powiedz, sensei, co miałem zrobić?
– Przewagę ma atakujący czy broniący się?
– Atakujący, sensei.
– Lepiej walczyć z jednym przeciwnikiem czy z wieloma?
– Z jednym…
Padło na Takeshiego, który wysunął się krok do przodu.
Wyrzucił rękę z kataną ostro w bok, padł i przeturlał się ku niemu. Pod bambusową tyką.
W świątyni Inari‑sama tak walczył przeciwko naginatom, mając w ręce znacznie krótsze od nich bokutō. Dziś dzierżył miecz, a bambus to tylko trzcinka.
Nim stanął na nogi, przeciął „trzcinkę” na pół. Poderwawszy się, kolejnym cięciem zmienił połówkę trzymaną oburącz przez Takashiego w dwa pólkenowe, nieprzydatne w walce kawałki.
„Jak pałeczki do ryżu”.
Sam Takeshi zamarł wpatrzony ze zdziwieniem, co mu zostało w rękach. Przez tę króciutką jak mgnienie powiek chwilę posłużył jako zasłona.
– Stop! Kengo-kun, czy wiesz, dlaczego nie masz się chować za plecami kolegi?
– Mam być odważny, Hiroki‑san.
– Pieprzyć odwagę, Kengo-kun! Nie jesteś samurajem! Masz cenić swoje życie. A co pomoże ci ocalić życie?
– Naginata, Hiroki‑san.
– Właśnie! Machnij nią!
– Yyy…
– Nie ykaj mi tu, chikusho! Dlaczego nie machasz?
– Nie mogę, Hiroki‑san.
– Dlaczego, Kengo‑kun?
– Bo on mi zawadza, Hiroki‑san.
– No! Pamiętaj, że opuszczając szyk, tracisz ochronę z boków! I to nieważne, czy wysuwasz się do przodu, czy zostajesz z tyłu. Zrozumiano?
Ikuo widocznie poczuł strach wywołany niespodziewanym zwrotem akcji i nie ruszył do przodu, a wystawił swoją tykę zza pleców kolegi. Skąd miał wiedzieć, że zrobiwszy to, stał się bezbronny, skoro nikt mu tego jeszcze nie powiedział? Walki oddziałem w Takenouchi-ryū nie uczono.
Podobnie jak fechtunku dzidą czy pogardzaną naginatą.
W tej sytuacji zaufanie bambusowej namiastce włóczni było błędem, a za błędy się płaci.
„Ty zapłacisz, baka…”
Kengo wyskoczył zza ogłupiałego właściciela „pałeczek do ryżu”.
„Katto!” – zaśpiewało ostrze.
– Chrry… – usłyszał Takeshi. Odwrócił głowę, by zrozumieć, co kolega mówi, ale on nic nie mówił. I już nic nie powie, bo głowa wisiała mu na resztkach ścięgien wokół przełyku. Chyba, bo fontanna krwi rozjaśnionej do cynobru żółtym światłem płomieni zacierała szczegóły.
Nie na długo. Ciało Ikuo osunęło się na ziemię, rozstrzygając jeden dylemat. O drugim przesądziło krótkie liźnięcie, które Takeshi poczuł pod kolanem.
Kengo nie mógł sobie pozwolić, by zostawić kogoś za sobą, gdy będzie gasił pożar.
Ponownie ruszył upewnić się, że płomienie z pierwszej podpalonej beli słomy nie przeniosą się na składzik.
Bryła pawilonu osłoniła go przed światłem, a przejście z jasności w mrok nocy osłabiło jego zdolność widzenia.
Za drugim narożnym słupem było równie ciemno, a resztki żaru gasły przydeptywane nogami trzech cieni.
Zza nich światło księżyca wyłoniło czwarty.
Zimny podwójny promień odbity od kling.
Kyūgasai.
Trzy cienie odskoczyły na boki i rozwiały się w mroku.
„Gdzie Noriaki?”
Rzut oka wzdłuż ściany.
Ciemno. Ale i pusto.
Na razie.
Za Kyūgasaim też pusto.
„Kyūgasai nie jest baka. Jak bym postąpił na jego miejscu?”
Odpowiedź była jedna.
Odskoczył i ruszył w drogę powrotną wokół ścian.
„Najpierw zajmę się Noriakim. Jak mi bogowie poszczęszczą, zanim Kyūgasai dobiegnie, będzie sam”.
Jedno, czego się bał, to wroga za plecami.
– Ktoś tu pytał, jak się walczy, gdy wróg jest z tyłu. Zapamiętajcie, to może wasze życie nie skończy się w pierwszej bitwie. Z przeciwnikiem za plecami się nie walczy. Wtedy się umiera. Rozumiecie, baka‑tashi? Ty też, Kengo‑kun?
– Nie, Hiroki‑san.
– Boś baka! To proste! Jak chcesz przeżyć, odwróć się twarzą do wroga! Zawsze, chikusho!
Omal się zderzyli przy narożu.
Tamtego zdradziły cień i bambus wyłaniające się zza słupa.
Kengo zarył w miejscu i urąbał, ile się tego kija dało.
„Będzie jak z Takeshim?”
Niezupełnie. Prymitywna włócznia wysunęła się w ostatniej chwili do przodu i stal w ręce Kengo skróciła nie tylko ją. Na trawę opadła też lewa dłoń, a wrzeszcząca i wymachująca tryskającym krwią kikutem postać dała sobie skrócić męki drugim cięciem katany.
„Katto!”
Wyszedł na oświetlony placyk przed składem sprzętu do ćwiczeń i poszukał wzrokiem ostatniego przeciwnika.
Okuyama Kyūgasai stał tam w pozycji.
– Dziś ćwiczymy ken‑jutsu z udziałem pełnego daishō. Ci, którzy dołączyli do mojej grupy w tym roku, najpierw zapoznają się z pozycją złożenia. Okuyama‑san, pokaż ją nowicjuszom. O, właśnie tak: nogi lekko ugięte, jak przed każdą walką. Prawa ręka z kataną wysunięta jak w walce jednym ostrzem, a lewa z wakizashi na wpół zgięta, na poziomie obi, z ostrzem skośnie, gotowa do cięcia odchodzącego w poziomie. Niech każdy tak stanie.
„Temu bace wydaje się, że stoi na dojo! On myśli, że to jest ćwiczenie!? Że podejdę do niego, stanę naprzeciw i będę z nim trenował cięcia i uniki!?” – zadziwił się Kengo.
Poczuł nagłą wesołość. Rozluźnił napięte mięśnie. Poczekał, aż tamten się zbliży.
Prymus pierwszej grupy uczniów zrobił to zgodnie z wszelkimi regułami.
„Tak, sōke Takenouchi-ryū byłby z ciebie zadowolony” – pomyślał Kengo. „Ale wszystkie uśmiechy na twarzy sensei Tōichirō już widziałeś. Do ostatniego. Bo nie wiesz, co różni szkołę miecza od walki o życie”.
Twarz Tomoe była skupiona.
Zaatakował.
Odskoczyła jakby o mgnienie przed nim.
Zwód.
Nie zareagowała.
Wyskok.
Znów trafił w próżnię.
Zdawała się go lekceważyć; ruchy obserwowała niejako mimochodem, natomiast wzrok miała utkwiony w jego oczach.
„Po co? Co ona tam widzi? Moje wewnętrzne kami?… Jak z taką walczyć? Jak się osłonić? Kami, podpowiedz!”.
Przecież powiek nie zamknie. Już sprawdził, że jak zrobi to nawet na chwilkę, to będzie po walce.
Jest sposób… Prosty.
Zmrużył oczy.
Przed nim leżała płonąca bela słomy. Lżejsza, bo wierzch już się spopielił.
Przesunął stopę.
Poruszył kataną, by odwrócić uwagę od tego, że zmienia balans ciała.
Poderwany nogą sypiący nieszkodliwymi iskrami pęk pofrunął w kierunku głowy Kyūgasaiego.
Przesłonił mu widok, a blask go oślepił.
Na moment.
Może przymknął oczy, ale na pewno ręce drgnęły w odruchu postawienia niepotrzebnej zasłony. Niepotrzebnej, bo płonąca kula była zbyt lekka, by doń dolecieć.
I zupełnie niegroźna.
Ale za słomą skoczył Kengo. Lekki i groźny.
„Katto!”
Cięcie od dołu spowodowało, że odrąbane przedramię z wakizashi łukiem pofrunęło w ciemność. Wyniesione ponad bark ostrze Yoshidowej katany w ruchu powrotnym spadło na czoło cofającego się Kyūgasaiego, który nie zdążył z obrotem. Po następnym „katto!” przestał być prymusem.
Dołączył do przodków.
Stracił twarz z kataną w dłoni.
Kengo rozejrzał się, czy nikt więcej nie czai się w ciemnościach. Kilkoma cięciami wymierzonymi w słomę otarł krew z ostrza i nachylił się nad ciałem jego byłego właściciela. Odpiął pochwę, doczepił ją do swego obi i schował do niej miecz.
Z mroku wyszły trzy postacie. Dwie zatrzymały się w pół drogi, a środkowa podeszła bliżej. Blask dogasającego ognia oświetlił jej twarz.
Mistrz Tōichirō no Hisamasa. Sōke Takenouchi-ryū.
– A więc w końcu mysz stała się krabem.
– Przyszła pora na kolejny krok na mej drodze, sensei. Przyjmij podziękowanie za trzy lata nauki, Tōichirō-sama. – Kengo ukłonił się.
– Wiesz, co unosisz ze sobą?
Zastanowił się.
– Kolejne ziarno, sensei. Brzmi ono…
– Chodzi mi o miecz.
Gdy Kengo dotknął rękojeści katany u swego obi, sōke potwierdził skinieniem głowy, że „Tak, o ten”.
– To dzieło Muramasy – oznajmił mistrz uroczyście. – Matsudaira no Yoshida się nim chełpił, ale znał tylko jedną jego wartość, tę w ryō. A ono ma imię i legendę.
– Legendę, sensei Tōichirō?
– To ostrze śpiewa. Najpiękniej, gdy zabija. Mówią, że upaja się krwią. Czy dziś słyszałeś jego melodię, Nawara‑san? – zapytał z zachłanną ciekawością. – Miałeś wiele okazji. Podobno jest przerażająca…?
– „Katto”…? – wypowiedział nieśmiało. Samym tchem, a to pytanie usunęło mu z płuc całe powietrze.
Mistrz cofnął się o pół kroku, a twarz mu stężała.
– Słyszałeś!… Więc to prawda!?… Tak, mówili, że on śpiewa swoje imię. – Chwilę trwała cisza. – Co zamierzasz?
– Pójdę do mojej onna‑daimyō podziękować jej za krok, w którym mnie podparła, sensei.
– Szkoda. Upatrywałem w tobie następcę. Idź, skoro twe kami ci każe. Ale weź całe daishō – rzekł sōke Takenouchi-ryū, wyciągając rękę zza pleców.
A w niej…
W świetle dogasających płomieni Kengo rozpoznał wakizashi. Zdobienia identyczne jak na rękojeści Katto potwierdzały, że to komplet do daishō.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Megas Alexandros
2026-02-06 at 09:17
Interesujący początek podróży głównego bohatera, z bardzo dynamicznym finałem.
Taki „training montage” rozciągnięty na 3/4 tekstu, by na końcu ukazać efekty tego treningu, nagrodę za trudy. Ciekawość: ile lat łącznie upływa w tej części? Około pięciu? Próbowałem liczyć różne przejścia czasowe, ale mogłem coś pominąć.
Finalna walka bardzo dobrze opisana. Może tylko Kyūgasai był nieco zbyt pasywny, cierpliwie czekając, aż Kengo rozprawi się ze wszystkimi jego sprzymierzeńcami. No ale to uświęcona tradycja filmów o dalekowschodnich mistrzach sztuk walk, że jak protagonista wykańcza złoli, reszta cierpliwie czeka na swą kolej 🙂
Mam nadzieję, że coś wydarzy się między Kengo i Tomoe. Już w tym rozdziale była do tego przestrzeń, zwłaszcza, gdy ją w końcu pokonał. Liczyłem na piękne nawiązanie do Czerwonej Sonii, ale się nie doczekałem. Może w kontynuacji w końcu uda mu się poderwać dziewczynę ze złamanym nosem!
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2026-02-06 at 18:41
Dobrze liczysz czas. W Sudze był przez jeden sezon wegetacyjny (co wynika z tekstu), a przybył przed jego początkiem i nie była to zima. Najbardziej prawdopodobne jest, że z Matsue-jō przybył latem lub wczesną jesienią i opuścił Sugę najdalej w zimę. Rozdział III sprecyzuje, że była to późna jesień. Z kolei w Takenouchi-ryū spędził ponad trzy lata, co wynika z tekstu rozdziału I. Rozdział III uściśli, że były to trzy lata i miesiąc–dwa.
Co do sposobu walki wschodniej (że jeden na jeden), to wynika ona ze szkolenia bushi. O zasadzie walki jednego przeciw wielu dowiedziałem się jako siedmiolatek z broszurek na temat ju-jitsu. Głosiła ona: „Nigdy nie stawaj między przeciwnikami. Wybierz jednego i zaatakuj, a on osłoni cię przed drugim”. Zasada ta w Drodze miecza jest zastosowana zarówno w formie nauki sensei Yagyū jak i w starciu z parą „włóczników” bambusowych.
Że Kyūgasai nie będzie ganiał za Kengo było raczej oczywiste: na dojo uczono czego innego, a on był zbyt pilnym (i pyszałkowatym) uczniem, by wymyślać własne zasady. Dlatego najlepsi w klasie rzadko osiągają życiowy sukces.
Diana
2026-02-06 at 17:14
A więc stało się – rozpoczynamy nową przygodę historyczną autorstwa Tompa! W innych niż poprzednio okolicznościach, ale jestem przekonana – równie zajmującą.
Kengu nie jest wprawdzie takim rozpustnikiem jak Raymond, od początku cechuje go raczej stoicyzm, samokontrola, oraz dyscyplina, liczę jednak, że i jego pragnienia w końcu popchną do cudzołożnych czynów 🙂
No i świat samurajów oraz katan pozwala na opisanie błyskawicznych trzymających w napięciu pojedynków. Słowem, dla każdego coś miłego. Kiedy można liczyć na kolejną Drogę?
Tomp
2026-02-06 at 18:43
Pozdrawiam najwierniejszą czytelniczkę moich opowieści historycznych. 🙂
Kolejne rozdziały będą się ukazywać w odstępach dwutygodniowych.
Caraxes
2026-02-07 at 18:44
Dobrze się zaczyna, choć względna aseksualność settingu średniowiecznej Japonii stanowi pewną przeszkodę dla uczynienia z tej serii 'powieści gatunkowej’. Obawiam się, że znacznie więcej będzie tu penetrowania mieczami niż po prostu penetrowania.
Tomp
2026-02-07 at 20:16
Obawiam się, że Twoje obawy są sluszne. Gorzej – nawet penetrowania mieczami będzie w kolejnych rozdzialach znacznie mniej niż w pierwszym. 🙁
Androidka
2026-02-08 at 21:18
W roku 2020 wyszła gra Ghost of Tsuhima (Duch Cuszimy). Protagonistą jest Jin Sakai, ocalały (jeden z dwóch) z osiemnastoosobowej grupy samurajów, którzy próbowali opóźnić inwazje Mongołów na Cuszimę w 1274 roku. Stając do nierównej walki z wrogiem, Jin zmuszony jest odrzucić zasady honowego bushidō. Z czasem zyskuje wśród mieszkańców właśnie tożsamość tytułowego ducha, ale traci godność samuraja.
I piszę to, dlatego że nie sposób dostrzec podobieństw między Jinem a początkiem opowieści o Kengo. Obaj muszą zmienić swoje przyzwyczajenia i podążają drogą zemsty. Zresztą, częstym porzekadłem jest: „Samuraj nie ma celu, samuraj ma drogę”. Czy jednak i tego czeka podobnie tragiczny finał co Sakai? Nie sposób na tym etapie odpowiedzieć.
Podoba mi się tempo całości. Wartkie wprowadzenie w akcje, szybkie poznanie bohatera w działaniu i kolejne etapy drogi zawsze moim zdaniem działają lepiej, niż długie budowanie ekspozycji pasuje znacznie bardziej do tego typu powieści.
Aleksander ma rację, że przypomina miejscami to sportowy montaż filmów z lat 90, kiedy ten gatunek był popularny. Ot, protagonista (Potężne Kaczory czy Rocky) dostał po pupie i musi się nauczyć jak wygrywać. Przyczepić się bym mogła, że czasem jest to nieco zbyt ściśnięte, jakby bardziej streszczano rzeczywistą opowieść, niż opowiadano o tym, ale to mocno subiektywne odczucie. Zanim autor zapyta: choćby sceny jak jest prześladowany. Narrator mówi o tym lakonicznie, gdzie prosiłoby sie o takie mocne wbicie w to, danie nam rzeczywistego poczucia zagrożenia – przez to późniejszy pojedynek miałby rzeczywiste poczucie stawki. Wstawki-retrospekcje są co najwyżej sosikiem, który podkreśla wartość, ale nie zastępuje rzeczywistego mięsiwa. Ale z drugiej strony: wiem, że Tomp potrafi zaskoczyć czymś dobrym przez idealne oddanie realiów, w jakich obraca swoich bohaterów.
Wisienka na torcie: sposób pisania pojedynków. Krótkie akapity i narrator empiryczny świetnie oddają to, co się dzieje w dojo.
Podsumowując: trzeba zaznaczać co drugi czwartek w kalendarzu i wypatrywać kolejnych części, bo zapowiada się dobra historia na przetrwanie zimy.
Tomp
2026-02-09 at 14:42
Jak na Ciebie, Androidko, to bardzo przyjazny komentarz, więc dziękuję gorąco!
🙂
Co do zagrożenia wskutek akcji „kolegów” w Pawilonie Kraba, to (jak to określił Kengo), nie tyle sama ich działalność była niebezpieczna, ile ciągłe, niesprecyzowane zagrożenie, które uniemożliwialo nocny odpoczynek. Ot, koleś w nocy zbliża się z dzbankiem. Może obleje wodą, może odchodami, może przejdzie obok (Po co? Tylko Hachiman wie!), może walnie mnie w głowę? Ale ze snu nici. No i w końcu bambusowa drzazga, która przebiła futon. Czy to nie było Twoim zdaniem groźne?
Megas Alexandros
2026-02-09 at 14:48
Androidka ujęła w słowa wrażenie, które i ja miałem po lekturze.
Że ci prześladowcy to była przez długi czas taka gównażeria, która owszem, robiła niemiłe psikusy, mogące nawet wyrządzić fizyczną krzywdę, ale nie była to sprawa życia i śmierci. A potem, niespodziewanie, przeszli do próby podpalenia, a potem walki na śmierć i życie. Ta eskalacja była dla mnie trochę zbyt nagła, a przez to niezrozumiała. Może poświęcenie temu tematowi strony więcej sprawiłoby, że przejście od przykrych psikusów do krojenia się katanami byłoby bardziej płynne 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2026-02-09 at 15:59
Tak, z zarzutem, że czytelnik odbiera „nagłe” siekanie się katanami za nieuzasadnione, już się spotkałem.
Jestem zdania, że Japończyk takiego zarzutu by nie postawil.
Cóż, zapewne niewielu te wyjaśnienia zadowolą, ale:
– Zwróćcie uwagę na nazwisko rodowe Yoshidy.
– Zaczepka z wrzuceniem słomy do pawilonu ze sprzętem miała wywabić Kengo na zewnątrz. Co tam planowała piątka „kolegów”, nie wiadomo, ale dwóch z nich przyszło uzbrojonych w katany. Przecież z nimi nie spali!
– Czasy w jakich to się dzieje. Wg niektórych źródeł nie był to złoty okres honoru bushi (Wbrew mniemaniu Polaków ich wcale nie dotyczył, zresztą nie spisany, a zaledwie przekazywany ustnie, kodeks „honorowy” bushido. Ten dotyczył samurajów, czyli szlachty po przysiędze lennej). Wielu ludzi z mieczami (również kapłanów, którzy porzucili chramy!) pętało się po lasach, drogach i wioskach (szogunowie organizowali przeciw nim zbrojne akcje policyjne, wydawali zakazy noszenia mieczy), a plagą były napady na podróżujących, nawet nie dla zysku (choć też!) ale – dziś byśmy powiedzieli – dla „sportu”, by się sprawdzić w zabijaniu.
– I, koniec końców, przypomnę: jedną z zasad bushido (czyli podstawą kultury Japończyków, którzy ten kodeks tworzyli) jest brak litości dla wrogów.