
Źródło: StockCake
♫ Znalazłam Ciebie gdzieś na końcu świata
I wszystko już wiem
Szukałam całe dnie, miesiące, lata
I odnalazłam Cię… ♫
(Paula , „Od dziś”).
Rosyjska Baza Morska Tartus, Syria, świt tego samego dnia.
Klaudia nie spała przez całą noc. Oparła głowę o tors Radka i przyłożyła ucho do serca mężczyzny. Obawiała się, że znów może wydarzyć się to, co miało miejsce na plaży, gdy zmuszona była go reanimować. Wsłuchując się w bicie jego serca, wiedziała, że wszystko z nim w porządku. Co więcej, czując, jak rytmicznie unosi się klatka piersiowa ukochanego, była pewna, że oddycha.
Nie przeszkadzało jej, że bił od niego zapach alkoholu. Wybaczyłaby mu więcej, dużo więcej. Najważniejsze było to, że go odnalazła, że żył. Z oczu Klaudii płynęły łzy szczęścia, cichutko pociągała nosem, by go nie obudzić. Czuła ciepło męskiego ciała, które od czasu do czasu muskała dłonią.
„Jesteś mój, mój na zawsze, nie oddam cię nikomu”.
Gdy dotarli do kontenera, ułożyła Radka na łóżku. Był całkowicie pijany i z ogromną trudnością dotaszczyła go na miejsce. Gdy mijali wartownika przy posterunku, ten tylko lekko się uśmiechnął i dał wolną drogę. Żywiła nadzieję, że nikt z bazy, poza tym młodym matrosem, ich nie widział.
Na stoliku położyła pistolet i sprawnie rozebrała mężczyznę. Chciała nasycić się jego nagością. Zaciągnęła rolety w oknach i przekręciła klucz w drzwiach.
Rozebrała się do naga i położyła obok niego. Usnął momentalnie. Nim to uczynił, zdążył tylko wyrzucić z siebie:
– Kocham cię.
Życie Klaudii wywróciło się do góry nogami. Leżąc wtulona w ukochanego, analizowała wszystko, co się wydarzyło. Próbowała to robić na chłodno, ale nie była w stanie. Nadal nie wierzyła, że ma go tu, przy sobie. To było trudne do zrozumienia, a fakt, że się spotkali, graniczył z cudem. Graniczył! Toż to cud! Przeżyła zbyt wiele emocji, zbyt wiele wrażeń, jak na jedną noc, a miłosne uniesienie na plaży było nie do opisania.
Nie pamiętała, kiedy przeżywała tak silny orgazm. Przez chwilę myślała, że wpadła w trans. Fale przyjemności przelewały się przez ciało, a gdy w pewnym momencie chciała Radka zrzucić z siebie, dopadła ją kolejna dawka ekstazy. Wyła z rozkoszy, pragnąc więcej i więcej. Przeszywające dreszcze, wygięcie w łuk i nieopisane uniesienie, nie miały sobie równych. Do szczęścia brakowało tylko tego, aby zatrzęsła się ziemia.
Gdzież Sebastianowi było do Radka! Odczuwała z młodszym partnerem przyjemność z seksu, ale ten zawsze kończył pierwszy i zaspokajał ją oralnie. Kiedy wysunął się z niej, a zanim jeszcze kontynuował ustami, mijały chwile, a ona stygła i musiała być potem na nowo podgrzewana.
Tam, na plaży Radek nie był delikatny; był dziki i nieprzewidywalny. To ją niesamowicie podnieciło i dało erotycznego kopa. Nie, nie było w tym nic z brutalności. Zapytał, przeprowadził krótką grę wstępną. Nie musiał przeciągać tych pieszczot. Była już wtedy mocno podniecona. Przystąpił do właściwego zadania we właściwym czasie i po odpowiednim przygotowaniu. Wziął szturmem, z zaskoczenia, bo nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Inicjatywa w działaniu, śmiałość i odwaga – to były kluczowe warunki, by natarcie ukochanego odniosło sukces.
Zwyciężył, zdobył ją w tym miłosnym szale i podporządkował sobie. Wcale nie narzekała, że poddała się i padła. Ba, gdyby zawsze czerpała z tego taką przyjemność, to dopraszałaby się o kolejne takie ofensywne działania.
Spojrzała na niego, leżał na plecach, spokojny, a klatka piersiowa unosiła się miarowo. Miał płytki oddech. Poprawiła głowę i delikatnie musnęła jego skórę na torsie.
„On ma blisko czterdzieści lat i nadal jest taki jurny” – ostatnie harce mocno utkwiły w pamięci Klaudii.
Zatopiła się we wspomnieniach. Jednocześnie ze swoich myśli usunęła Sebastiana. To było chyba naturalne. Gdy poznała Górala i doznała zauroczenia, Radek zniknął. Teraz, gdy w cudowny sposób powrócił ten jeden, jedyny, podświadomość momentalnie wyrugowała młodego podporucznika.
„Boże, jak dobrze, że się z nim nie zaręczyłam” – błogosławiła swoją decyzję.
Zmęczenie dawało o sobie znać. Oczy kleiły się i mimowolnie zamykały. Próbowała z tym walczyć, lecz organizm potrzebował odpoczynku. Mimo że bardzo chciała być nadal opiekunką snu Radosława, po kilku minutach w utonęła w objęciach Morfeusza.
Obudziło mnie pukanie do drzwi. Otworzyłem oczy i ku swojemu przerażeniu zobaczyłem Polkę wtuloną we mnie. Byłem całkowicie nagi, podobnie jak ona.
„Jezu, co ja narobiłem?”
– Wiktorze, żyjesz? – poznałem głos „Akuły”, dobiegający zza drzwi.
– Żyję, kurwa, żyję, ale co to za życie – odparłem mocno skacowanym głosem.
– Otworzysz? – padło pytanie zastępcy.
– Poczekaj, muszę się ogarnąć – grałem na zwłokę.
W dość brutalny sposób obudziłem Klaudię, szarpiąc ją za ramię. Przyłożyłem jej palec do ust. Otworzyła cudne oczy i spojrzała na mnie zdziwiona.
Ruchem głowy wskazując na drzwi wejściowe szepnąłem: – Weź swoje ubrania i schowaj się w kibelku.
Skinęła głową. Mieszkałem w jednym z nielicznych campów „deluxe”, z umywalką i ubikacją. Drugi z takich zajmował właśnie „Akuła”, a wcześniej „Wołk”.
Kobieta pozbierała swoje umundurowanie, buty i bieliznę, i na palcach udała się we wskazane miejsce. Narzuciłem na siebie slipki i tielinaszkę, a gdy upewniłem się, że wszystko jest w porządku, przekręciłem klucz w zamku. Nacisnąłem na klamkę i otworzyłem drzwi.
Oślepiło mnie silne słońce, które waliło prosto w twarz. Przymknąłem oczy.
– Ojoj, Wiktorze… – przywitał mnie „Akuła”.
– Aż tak źle?
– Sponiewierałeś się okrutnie, ale wcale ci się nie dziwię, sam też bym tak zrobił.
Waliło ode mnie jak z gorzelni, w głowie panował kompletny mętlik, i to niekoniecznie z powodu alkoholu, choć ten też swoje narozrabiał w moim czerepie. Byłem rozbity zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Kac dawał znać o sobie. Łeb napieprzał niemiłosiernie, a w ustach czułem suszę.
– Co się stało? – zapytałem cicho.
– Polka nie wróciła na noc, nie ma jej w kontenerze, wiesz coś o tym?
– Wysłałem ją do izby chorych po prochy, no wiesz, jest zabujana w tym kutasie, co do mnie mierzył, zaraz powinna wrócić. A w nocy? Może łaziła po bazie, bo ją chandra zżerała, kto tam za babami trafi. Ma do mnie przyjść za chwilę, jeszcze ją przemagluję – mówiąc to, nieco otrzeźwiałem, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Tego nas uczono na szkoleniach. Jeżeli kłamiesz, to przekonująco i bez chwili zastanowienia. Gadaj naturalnie, bez sztucznej intonacji, tak jakbyś mówił prawdę.
Teraz, będąc nawalony, nie musiałem zbytnio się starać. Po drugie – „Akuła” nie potrafił mnie rozszyfrować.
– Podowodzisz dzisiaj? Muszę dojść do siebie – poprosiłem.
– No jasne, zabieram chłopaków nad morze, tak jak ty! Tylko nie wiem… – na chwilę zawiesił głos.
– Śmiało, mów.
– Czy z tym maglowaniem to dobrze robisz?
– Mi powie to, czego, wam by nie zdradziła – odpowiedziałem nieco filozoficznie.
Kiedy go spławiłem odetchnąłem z ulgą. Był zadowolony, że chwilowo objął dowodzenie. Zdawałem sobie sprawę, że rywalizuje z „Wołkiem”. Teraz, gdy ten był ranny, a ja miałem szansę zająć miejsce Fiodora, wyczuwał, że to dobry moment, by się wykazać i wskoczyć na moje miejsce.
– Poszedł, możesz wyjść – zwróciłem się do Klaudii.
Pojawiła się, okryta tylko moim ręcznikiem.
„Boże, jaka ona jest piękna.”
Kojarzyłem co nieco z wczorajszych rozmów. Film mi się urwał w momencie, gdy dowiedziałem się, że niekoniecznie jestem Wiktorem Graczowem, a Radosławem Gancarzem, polskim ratownikiem śmigłowcowym.
Na razie przypomniało mi się tyle i aż tyle.
Na jej twarzy zagościł uśmiech i bosa zbliżyła się do mnie.
– Ja nadal w to nie wierzę, nadal nie wierzę, że ty żyjesz – rzuciła i objęła mnie rękoma za szyję.
Ręcznik upadł na podłogę, objąłem ją i przyciągnąłem do siebie. Tkwiliśmy przez chwilę w bezruchu. Zdałem sobie sprawę, że ona płacze. Stanęła na palcach i pocałowała mnie w usta. Wyraz oczu Klaudii mówił sam za siebie – spełnione marzenie i tęsknota.
– Słyszałaś, o czym z nim rozmawiałem? – zapytałem i delikatnie odsunąłem ją od siebie.
– Tak.
– Odczekaj kilka minut, moi ludzie zaraz pójdą na zaprawę poranną i nikt tu nie zostanie. Zbajeruj Janę i wróć za pół godziny – mówiąc to, patrzyłem, jak się ubiera.
Na wpół pijany lustrowałem ciało Klaudii. Była zgrabna, śliczna. Zatrzymałem wzrok na opatrunku. Spostrzegła to.
– Kto ci to zrobił?
– Poniósł karę. Zabiłeś go, choć o mały włos, on zabiłby ciebie, pies go dorwał – odpowiedziała, zapinając guziki mundurowej bluzy. – Dobrze się czujesz?
Oprócz kaca, było ze mną wszystko w porządku.
– Wczoraj straciłeś przytomność i zatrzymało ci się serce. Reanimowałam cię. Przepraszam, to wszystko przeze mnie – powiedziała prawie szeptem.
Miałem przebłyski z wczorajszej nocy, spędzonej na plaży. Nie pamiętałem wiele, ale kojarzyłem pojedyncze wydarzenia.
Dostałem za dużo naraz. Wszystko po tym, jak położyłem ją na piasku i zacząłem całować, jakoś wymazało się z pamięci. Musiałem zadać to pytanie, pragnąłem wiedzieć.
– Czy my wczoraj… no wiesz… – ledwo przeszło mi to przez gardło.
Uśmiechnęła się serdecznie i przybliżyła do mnie.
– Tak, kochaliśmy się jak dzikie zwierzęta… – odpowiedziała i pocałowała mnie w usta – A ty byłeś niesamowity.
Opuściła kontener, pozostawiając mnie w ciężkiej rozterce. Z jednej strony, kamień spadł mi z serca, bo gdzieś w głębi duszy obawiałem się, że mogłem to zrobić wbrew jej woli, a tego bym nie zniósł.
„Zdradziłem Katie, zdradziłem swoją żonę” – wreszcie dotarło do mnie i wcale nie czułem się z tym dobrze.
Pozostałem sam, klapnąłem na łóżko, nie wiedząc, co począć. Naszły mnie cholerne wyrzuty sumienia. Dłońmi zakryłem twarz.
„Kim ja, do cholery, naprawdę jestem?” – jak bumerang powróciło trapiące mnie od dawna pytanie.
Zdawałem sobie sprawę, że w pracy jestem zabójcą, likwidatorem, a w domu kochającym mężem i ojcem – czułym i troskliwym facetem. Do tego przywykłem po pewnym czasie, lecz nieraz zastanawiałem, jak mieszczę w sobie te dwie osobowości, i czy jest to normalne.
Teraz dostałem drugiego, zajebiście mocnego gonga – Czy jestem kapitanem Wiktorem Aleksandrowiczem Graczowem, czy też chorążym sztabowym Radosławem Gancarzem? I najważniejszy dylemat – do którego mi bliżej i kim chcę być?
Rozwikłanie tamtej „zagwozdki” było bajecznie proste w porównaniu do tego, co czekało mnie teraz.
Wróciłem po dwudziestu minutach. Musiałem się odświeżyć. Strugi zimnej wody podziałały tak, jak powinny. Orzeźwiłem się i poczułem lepiej. Odpaliłem czajnik i do kubka nasypałem dwie kopiaste łyżeczki kawy.
Jeżeli ta Polka mówiła prawdę, w co coraz bardziej wierzyłem, to co ja miałem teraz zrobić? Nie docierało to do mnie, byłem jeszcze lekko nawalony. Kąpiel dała chwilową ulgę, ale z organizmu alkohol wydala wątroba. Można się wesprzeć jakimiś kroplówkami, farmakologią, ale nic w minutę nie wysiuda wódki z ciała. Zdałem sobie sprawę, że nie pora, aby na czynniki pierwsze rozbijać to, co usłyszałem, i analizować, co mi wbito do głowy po wypadku.
„Nie teraz i nie w takiej formie”.
Usłyszałem pukanie. Czułem podskórnie, że po drugiej stronie stoi Klaudia.
– Tak, proszę – sam się zdziwiłem, że nie rzuciłem prostego „Wejść”.
Nie myliłem się, to była ona. Odświeżona, z nieco jeszcze mokrymi włosami, stała w drzwiach.
– Wejdź, proszę, chcesz kawy? – zaproponowałem.
Promieniała, widziałem różnicę w wyglądzie i zachowaniu kobiety. Zbliżyła się i pocałowała mnie w policzek. Szybko zamknąłem drzwi.
– Nie rób tego więcej, przynajmniej nie tutaj – fuknąłem.
Spochmurniała i popatrzyła na mnie dziwnie.
– Dlaczego?
– Dla bezpieczeństwa, nie chcę plotek.
Spoważniała.
– Radek…
Otwartą dłonią przymknąłem jej usta. Pochyliłem się i skierowałem wargi w kierunku prawego ucha kobiety.
– Nie wykluczam, że może tu być podsłuch, mów do mnie Wiktor lub kapitanie, te sprawy obgadamy na zewnątrz, dobrze?
Skinęła głową. Odetchnąłem z ulgą. Usiadła za stolikiem i poprosiła o przyrządzenie kawy.
Poinformowałem jaki ma status w bazie i na czym będzie polegać zadanie. Słuchała mnie w skupieniu, lecz po chwili drobna dłoń dotknęła mojej wspartej na stole ręki. Nie odsunąłem jej gdy delikatnie muskała mnie palcami, chcąc w ten sposób poczuć bliskość. Nie zadawała zbyt wiele pytań, starałem się wszystko tłumaczyć w przystępny sposób. Jeszcze raz zadałem pytania dotyczące „bossa” i przedstawiłem sporządzony portret pamięciowy.
– Podobny? – zapytałem, gdy odłożyła kartkę.
– Prawie.
Kawa dobrze mi zrobiła, słabiej odczuwałem dolegliwości związane z kacem i myślałem jaśniej. Byłem jednak rozkojarzony. Naginałem przepisy, nie powinienem przesłuchiwać osoby, z którą byłem związany emocjonalnie, a zarazem nie mogłem się do tego przyznać. Nie do końca też wierzyłem we wszystko, co mi powiedziała. Zawsze chciałem mieć twarde dowody, a sny, przypuszczenia, flashbacki nimi nie były, podobnie jak i opowieści Klaudii. Otrzymałem jakieś strzępy informacji, niby z mojej przeszłości. Urwane epizody. Coś tam kleiło się w spójną całość, podobnie jak to, co wtłoczono mi do głowy po wypadku w Rosji. Te drugie były perfekcyjnie dokładne i podparte zeznaniami konkretnych osób. O polskiej przeszłości miałem informację jedynie od niej.
Gdy poszła skorzystać z toalety, zadzwonił telefon na moim biurku.
– Graczow, Wympieł, słucham – rzuciłem w słuchawkę.
– Kancelaria tajna, porucznik Jakuszyn, Panie kapitanie, są dokumenty dla tej Polki, a z „Czernickiego” nasi odebrali jej osobiste rzeczy z UNIFIL-u. Gdyby pan mógł ją podesłać z kimś po odbiór, byłbym wdzięczny – usłyszałem.
– Oczywiście, zaraz będziemy, dziękuję za informację – odpowiedziałem i odłożyłem słuchawkę na widełki.
Nawet mi to było na rękę, gdyż nie miałem jej już nic więcej do przekazania. Przypomniałem sobie, że zaraz po akcji Polacy wystąpili do UNIFIL-u z prośbą o transport osobistych rzeczy odbitej zakładniczki na swój okręt. Gdy nasi przetransportowali tam „Formozę”, odebrali spory zasobnik i walizeczkę z rzeczami kobiety.
– Idziemy do kancelarii, przyszły twoje rzeczy z kontyngentu – poinformowałem ją.
– Super, wreszcie założę stanik, bo u was w magazynie nie mają – odpowiedziała bezpośrednio, uśmiechając się serdecznie.
Wyszliśmy z kontenera. Moi chłopcy kręcili się wśród campów, byli po śniadaniu i teraz mieli czas na poranną kawę.
– Dziś dowodzi „Akuła”, nie chcę słyszeć od niego o jakichś problemach. Jasne? – Rzuciłem na dzień dobry.
– Tak toczna – usłyszałem w odpowiedzi.
Klaudia pociągnęła mnie za rękaw, zatrzymałem się.
– Chciałabym im podziękować. Mogę?
– Mam nadzieję, że nie tak, jak zaraz po akcji? – dopiekłem kobiecie. – „Akuła”, zrób zbiórkę – rozkazałem zastępcy.
– Ruchy, ruchy – poganiał żołnierzy ich dzisiejszy dowódca.
Stanęli w szeregu, niektórzy w pełnym umundurowaniu, inni tylko w spodniach i tielniaszkach.
– Idź – zachęciłem ją, zostając na miejscu.
Stanęła przed zabijakami z „Wympieła”. Nabrała powietrza w płuca.
– Dziękuję wam… – po tych słowach głos jej się załamał. – Nigdy wam tego nie zapomnę… – te słowa mówiła już płaczliwym głosem. – Uratowaliście mi życie – kończąc, rozryczała się.
Otoczyli płaczącą istotę. Każdy z chłopaków chciał przytulić i uspokoić niedawną zakładniczkę. Zaimponowała im, mówiąc po rosyjsku, może dlatego zareagowali tak emocjonalnie.
Patrzyłem, jak klepią ją po plecach, przytulają do siebie, głaszczą po włosach i twarzy.
„A jeżeli ona mówi prawdę? Co ja mam zrobić?”
– No już koniec, bo przyleci Góral i nas wszystkich powystrzela – przerwałem te czułości.
Odstąpili od niej. Rozmazana, ze łzami w oczach wróciła do mnie i… wbiła swe usta w moje.
– Uuu uuu – usłyszałem swoiste wycie podwładnych.
Odciągnąłem ją po chwili. Nie byłem z tego zadowolony, prosiłem, a ona odwaliła taki numer.
– Musiałam, gdyby nie on i pies to byłoby po mnie – rzuciła moim ludziom, jakby się usprawiedliwiając – Musiałam – szepnęła do mnie.
– Prosiłem – odpowiedziałem cicho i ruszyliśmy w kierunku kancelarii tajnej.
Weszliśmy do pomieszczenia, kierownik przywitał nas i zasiedliśmy za stołem.
– Paszport Federacji Rosyjskiej na nazwisko Kławdia Aleksandrowa Iwanowa, zamieszkała w Gusiewie, obwód kaliningradzki, córka Aleksandra i Iriny, wiek zgodny z tym, jaki podali nam Polacy. Książeczka wojskowa – ratowniczka śmigłowcowa, sierżant Floty Bałtyckiej, przydział służbowy – eskadra ratownicza w Donskoje. Wszystko wyjaśni pani kapitan z Wympieła – porucznik mówił spokojnym głosem, kładąc na blat dokumenty.
Zobaczyłem, jak otworzyła usta ze zdziwienia. Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie słowa.
– Skąd mieliście moje zdjęcia, i to takie sprzed lat? – zapytała po chwili.
– Z Polski, wasz MON nam je podesłał. Chyba korzystnie na nich pani wyszła? – porucznik był bezpośredni i tryskał poczuciem humoru.
Roześmiała się, a jej uśmiech był naprawdę piękny.
– Pani prawdziwy dowód osobisty, paszport, telefon komórkowy i aparat fotograficzny pozostają u mnie. Zero kontaktów z rodziną do końca zadania. A nawet gdyby pani chciała to zrobić, to im też zabrano telefony w Polsce. Pani familia jest bezpieczna. Tutaj ma pani przepustkę na teren bazy oraz nieśmiertelnik – dodał, wręczając Klaudii wskazane rzeczy.
Zabrała je i popatrzyła na mnie. Zdawałem sobie sprawę, że jest zaskoczona.
– Witamy w szeregach Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej pani sierżant – wypaliłem i wszyscy wybuchliśmy gromkim śmiechem.
Pokwitowała odbiór, składając podpis. Nałożyła nieśmiertelnik na szyję.
– Kapitanie, przyszedł szyfrogram z Moskwy, pokwituje pan tutaj – zwrócił się teraz do mnie.
Machnąłem podpis i otrzymałem zalakowaną kopertę.
– Jeszcze to pan podpisze – poprosił, dając mi kolejny dokument.
Rzuciłem okiem; był to protokół zagubienia broni podczas działań bojowych. Złożyłem parafkę.
– Formalność, Moskwa i tak już napisała, że było to uzasadnione, to taka podkładka – mruknął i dał mi do zrozumienia, że jesteśmy wolni.
Udaliśmy się do drugiego budynku, gdzie znajdowały się depozyty. Przywitała nas kobieta w stopniu młodszego sierżanta.
– Depozyt z polskiego okrętu – rzuciłem krótko.
– Tak jest – usłyszałem w odpowiedzi.
Przytaszczyła po chwili zasobnik piechoty górskiej i podręczną walizeczkę.
– Muszę przeszukać. Takie procedury i dobrze, że pan jest, bo do protokołu potrzebne mi są trzy osoby – w ten sposób zostałem zmuszony do przeglądania zawartości bagażu Klaudii.
Czegoż tam nie było! Majtki, rajtki, biustonosze, suszarka do włosów, jakieś sukienki i spódnice, sterta kosmetyków, świecidełka i prezenty. Słowem, od typowo wojskowych elementów umundurowania po podpaski.
Błogosławiłem fakt, że w domu mam same kobiety, bo w przeciwnym wypadku podpisałbym to jako laik, nierozpoznający biustonosza typu bardotka od sportowego. Musiałem przyznać, że miała niezły pierdzielnik w bagażach, a może ją tak na szybko spakowali, bo nie było to posortowane w logiczny dla faceta sposób, tylko na „jebał pies”. Rzuciło mi się w oczy oprawione w niewielką ramkę zdjęcie chłopca. Miał cholera moje oczy i dostrzegłem podobieństwa w rysach twarzy.
„Powiedziała, że ma syna, ale i ten dupek z Formozy mówił, że mają dziecko” – przeszło mi przez myśl.
„Nie, to nie może być jego dziecko” – stwierdziłem, analizując wiek chłopca.
Dzieciak wyglądał na siedem-osiem lat, tamten dupek maksymalnie dwadzieścia pięć. Teoretycznie mógłby zmajstrować Klaudii syna w wieku siedemnastu, osiemnastu lat? Teoretycznie, a ta teoria mi nie leżała.
Taszcząc zasobnik, odprowadziłem ją do kontenera Libanki. Jana wyjrzała, gdy tylko nas dostrzegła.
– Coś z „Wołkiem”? Mów, proszę – zapytała po arabsku, a jej oczy zrobiły się szkliste.
– Wszystko porządku, jest w Damaszku, w szpitalu. Dochodzi do siebie – uspokoiłem dziewczynę, odpowiadając w jej języku.
Objęła mnie ramionami i przytuliła do siebie. Kątem oka dostrzegłem, że Klaudii to się nie spodobało.
„To żem się wpierdolił, zaraz tu będzie wojna macic” – stwierdziłem w myślach.
Mózg pracował szybko, musiałem coś wymyślić, by baby nie wzięły się za kudły, gdy tylko odejdę. Polka mogła coś w nerwach palnąć bez zastanowienia.
– Zabieraj Kławdia stąd swoje rzeczy, dostajesz ten ostatni kontener, ten numer sześć – tylko to mi przyszło do głowy.
Libanka zdziwiła się, dostrzegłem to po wyrazie jej twarzy. Odsunąłem ją delikatnie od siebie.
– Rozkaz z góry – wytłumaczyłem.
Klaudia sprawnie i szybko spakowała w reklamówkę swoje rzeczy, nie miała ich dużo, wszak tylko to, co wydano, gdy przybyła po udanej akcji.
– Ona się mizdrzy do ciebie – rzuciła z wyrzutem, gdy znaleźliśmy się w kontenerze numer sześć.
Była zazdrosna. Nigdy nie udawało mi się rozgryźć kobiecej psychiki, pomimo faktu, że w domu miałem babiniec. No, może Tamarkę byłem w stanie rozszyfrować, ale reszty ni w ząb.
– Pocałuj mnie – poprosiła i stanęła na palcach, zamykając oczy.
Szybko i bez uczucia złożyłem całusa na czole, dojrzałem wyraz niezadowolenia, gdy otworzyła oczęta.
– Podsłuch, rozumiesz, a może nawet kamery – szepnąłem.
– Spotkamy się dzisiaj? Błagam – wyszeptała, patrząc wzrokiem, który rozpuściłby biegun północny.
Też chciałem się z nią spotkać i zadać pytania. Wyciągnąłem ją na zewnątrz.
– Po północy, wyjdź o 23:45, ja będę kwadrans po północy, tam, gdzie wczoraj – na dworze mogłem mówić swobodnie.
– Dostanę pistolet? Jako sierżant powinnam? – zapytała na odchodne.
– Chyba na wodę – odparłem i uśmiechnąłem się.
Wróciłem do swojego „domku”. Wysłuchałem, co ma mi do powiedzenia „Akuła”. Na spokojnie usiadłem i otworzyłem wręczoną mi kopertę.
Do dowódcy wydzielonych sił grupy „Wympieł”.
Rozpoznanie agenturalne i działania wywiadowcze donoszą, że w przeciągu najbliższych czterech dni odbędzie się spotkanie trzech przywódców grup terrorystycznych, gdzie zostaną określone działania aktywne w stosunku do obywateli Federacji Rosyjskiej i Polski, w odwecie za akcję „Pik”.
Polecam przeprowadzić wyprzedzające działania mające na celu likwidację przywódców tychże organizacji. Operacja otrzymuje kryptonim „Hydra”.
Utrzymywać w wysokim stopniu gotowości siły i środki wyznaczone do fizycznej likwidacji. Stosowne dane przesyłane będą do komórki wywiadu, z którą koordynować działania. Kod działania 002.
Tu następowały podpisy i rozdzielnik.
Zdałem sobie sprawę z wagi przedsięwzięcia, to nie było proste działanie polegające na likwidacji lokalnego watażki. Dostaliśmy rozkaz, aby sprzątnąć wierchuszkę trzech organizacji. Zaczynała się poważna gra, mieliśmy upierdolić kilka głów terrorystycznej Hydrze.
Zebrałem ludzi i zapoznałem z rozkazem. Zmęczony walnąłem się spać, ustawiając budzik na kwadrans przed północą.
Rosyjska Baza Morska Tartus, Syria, kwadrans po północy. Plaża „pustelnia”.
Czekała na mnie, ubrana w długą, sięgającą kostek arabską sukienkę. Z rozpuszczonymi włosami i delikatnym makijażem. Dostrzegłem go dopiero, gdy zbliżyłem się do niej na odległość kilku kroków.
„Zwariowała, co ona robi?”
Dopadła mnie i przycisnęła swoje wargi do moich. Przez chwilę całowaliśmy się namiętnie. Nie mogłem, a prawdę powiedziawszy, nie chciałem tego przerwać.
– Ledwo wytrzymałam. Wiesz? – rzuciła, gdy wreszcie oderwała usta od moich.
Miałem być jak „Wołk” – soplem lodu, a tu masz, misterny plan poszedł w pizdu. Nie potrafiłem być taki, no nie potrafiłem. Co ze mnie ze funkcjonariusz służb specjalnych FSB, skoro po pierwszym pocałunku i jej miłych słowach cały plan spotkania diabli wzięli?
– Zwariowałaś, paradujesz w sukience na terenie bazy, gdy jest ogłoszona podwyższona gotowość bojowa i możemy się spodziewać ataku? Chcesz się zdekonspirować? – wypaliłem po chwili, gdy ochłonąłem.
Omiotła mnie chłodnym wzrokiem. Nie wiedziałem dlaczego.
– Sukienka ci się nie podoba, czy ja? A może bardziej podoba ci się ta Libanka? – oj, stała się teraz małą żmijką!
Nie, nie żmijką. W tym klimacie występują węże zwane „Palestynkami”, które często robią sobie gniazda pod opuszczonymi kontenerami. Sam byłem świadkiem na poprzedniej zmianie, jak potrafią odbić się od ziemi i kąsać, gdy naruszy im się teren.
– Rozumiem, sukienka. Zaraz ją mogę ściągnąć – palnęła, całkowicie mnie zaskakując dość śmiałym stwierdzeniem.
– Nie! – wydobyłem wreszcie z siebie.
No, głupia się śmiała!, a mi wcale do śmiechu nie było. Zrobiłem poważną minę i chyba zdała sobie sprawę, że dalsze żarty są nie na miejscu. Usiedliśmy na piasku. Patrzyła na mnie jak w obrazek.
– Opowiedz mi wszystko, co o mnie wiesz, ja nic nie pamiętam od czasu, gdy mnie uratowano, nawet z dzieciństwa – poprosiłem.
Jej oczy stały się duże i wilgotne. Wyciągnęła obie dłonie i delikatnie dotknęła mojego zarostu, z trudem powstrzymując łzy. Nie, nie wierzyłem, że to, co mi powie, to będzie kłamstwo. Usta potrafią kłamać, ciało nigdy. Tego też mnie uczono na kursach.
– Biedaku ty mój kochany, opowiem ci wszystko, co chcesz, tylko przytul mnie znowu – poprosiła.
Zamknęliśmy się w czułym uścisku i żadne z nas nie chciało się z niego oswobodzić. Czułem ciepło jej ciała i zdawałem sobie sprawę, że i ona potrzebuje dotyku, gładzenia po skórze, a może nawet więcej. Z trudem powstrzymałem się od bardziej śmiałych działań.
– Mów, proszę – zachęciłem.
Wsłuchiwałem się w każde zdanie, starając się analizować nawet pojedynczy wyraz. Dawkowała mi informacje powoli. Przerywałem, chcąc mieć wszystko uporządkowane chronologicznie, by łatwiej ułożyć to sobie w głowie. Cały czas patrzyła na mnie swoimi przecudnymi oczami, a ja zrozumiałem, że nie chce mnie przytłoczyć, aby nie powtórzyła się sytuacja z poprzedniej nocy.
– To jest twój syn, Radek, tak mu dałam na imię po twojej śmierci. Boże, co ja gadam, przecież ty żyjesz – powiedziała, podając mi zdjęcie chłopczyka wyjęte z ramki. – On codziennie rano i wieczorem modli się za tatusia i jest z niego dumny.
Głos ugrzązł w gardle, gdy przekazała mi zdjęcie. Syn, to było moje marzenie, jeżeli nie kłamała, spełniło się.
W marnym świetle księżyca patrzyłem na fotografię i dostrzegałem podobne do moich rysy twarzy dziecka.
– Jest taki sam jak ty z dzieciństwa, a wszyscy w jednostce mówią, że to wykapany tata – dodała, a ja wciąż wpatrywałem się w zdjęcie.
– Wystarczy Klaudia, na dziś wystarczy – poprosiłem w końcu.
– Nie możesz powiedzieć „kochanie”, tak jak kiedyś? – usłyszałem głos pełen tęsknoty.
Wstała i jednym sprawnym ruchem zsunęła sukienkę. Siedziałem, patrząc na piękne ciało, okryte jedynie bielizną.
– Chodź, wykąpiemy się, przecież woda to nasz żywioł – zaproponowała.
Zwariowałem, przystając na ten szalony pomysł. Odpiąłem pas z pistoletem, pozbyłem się munduru i tielinaszki, pozostając w samych slipkach.
– Nago, wykąpmy się nago, nie mamy bielizny na zmianę – rzuciła, chwytając gumkę moich majtek.
Nie zdążyłem zareagować. Zsunęła moje majtasy do kostek. Penis swobodnie zwisał, ale szybko zaczął nabierać długości i objętości.
Również pozbyła się bielizny i nadzy skierowaliśmy się w kierunku morza.
– Kocham cię Radku i już nigdy nikomu cię nie oddam – wyznała, i w momencie, gdy zanurzyliśmy się powyżej pasa, natarła na mnie ciałem.
Całowaliśmy się namiętnie, a nasze języki splotły się niczym winorośl. Objęliśmy się ramionami, przywarła do mnie całym ciałem, czułem jak obmywają nas fale.
– Chcę. Pragnę – usłyszałem i poczułem, jak dłonią kieruje penisa do cipki.
Jeżeli to ja miałem być twierdzą, to padłem po pierwszym ataku. Zaplotła nogi wokół moich bioder, rękoma objęła mnie za szyję i składając namiętne pocałunki napraszała się, bym przystąpił do aktywnych działań.
Woda pomagała mi utrzymać ten słodki ciężar. Klaudia objęła mnie mocno. Czułem jej oddech w okolicy prawego ucha. Szeptała tylko „Tak, tak”, gdy przyspieszałem ruchy biodrami. Nigdy nie kochałem się z kobietą w wodzie, a może się kochałem, tylko tego nie wiedziałem. Będąc po pas zanurzonym w morzu nie osiągniesz szybkich ruchów frykcyjnych jak na wolnym powietrzu; czujesz opór, spowolnienie.
Patrzyłem, jak zamyka oczy, czułem narastające skurcze pochwy.
– Radku, Radku! – krzyczała głosem, jakiego jeszcze nigdy nie słyszałem.
Nie ustawałem w wysiłkach, czułem, że również jestem blisko. Przyśpieszyłem ruchy bioder. Nadchodziła wezbrana fala przyjemności.
– Nie, dość – Klaudia najwyraźniej nie chciała już więcej, a ja przekroczyłem już punkt, w którym możliwa była rejterada.
Kilka mocnych pchnięć i było po wszystkim. Zmęczony, ledwo utrzymywałem partnerkę na rękach.
Czułem, jak biją nasze serca, słyszałem, jak obydwoje ciężko dyszymy. Opleciony kobiecym ciałem, dochodziłem powoli do siebie.
– Kocham cię, dziękuję – wyszeptała mi do ucha, całując płatek małżowiny.
Wyszliśmy z wody. W pośpiechu nałożyłem na mokre ciało bieliznę i mundur. Kątem oka dostrzegłem, że Klaudia narzuciła na siebie jedynie sukienkę, a bieliznę zwinęła w drobny kłębek, który ukryła w dłoni. Schyliłem się po zdjęcie chłopca i podniosłem je.
– Mogę zabrać? – zapytałem nieco nieśmiałym głosem.
Zbliżyła się i objęła moją twarz dłońmi, pocałowała mnie w usta.
– Oczywiście, po to je tu przyniosłam.
Znów miałem wyrzuty sumienia. Byłem podłym draniem, zdradzając Katie. Jeśli za pierwszym razem mogłem wytłumaczyć swoje zachowanie wypitym alkoholem, to teraz nie znajdowałem usprawiedliwienia dla tego co zrobiłem.
– Idź pierwsza – poleciłem, nie chcąc, by po raz kolejny widziano, jak razem wracamy z „pustelni”.
– Przyjdź do mnie. Proszę. Nie chcę tej nocy być sama – powiedziała, a błagalny wzrok Klaudii mówił sam za siebie.
Nie wiem, dlaczego skinąłem głową. Ona działała na mnie jak narkotyk. Może rzeczywiście była moją niedoszłą żoną sprzed ośmiu lat, i dziecko ze zdjęcia było synem, którego tak pragnąłem? Kolejne pytania, na które nie znalazłem odpowiedzi.
Odprowadziłem ją wzrokiem, a gdy sylwetka zniknęła w ciemnościach nocy, usiadłem na piasku. Objąłem dłońmi twarz. To wszystko zaczynało mnie przerastać.
Patrzyłem na zdjęcie chłopca, wesołego siedmiolatka ubranego w jasną koszulę, uśmiechniętego i pogodnego. Sam już nie wiedziałem, czy dostrzegam w nim podobieństwo do siebie. Nie miałem zdjęć z dzieciństwa. Gdy moi bliscy zginęli w wypadku, złodzieje obrabowali mieszkanie. Nie zdziwiło mnie to – dzielnica, w której się wychowałem, nie należała do spokojnych, a według zapewnień sąsiadów kradzieże zdarzały się tam często.
„Tylko po co ktoś miałby kraść rodzinny album?” – po raz pierwszy zadałem sobie takie pytanie.
Położyłem się na plecach i patrzyłem w rozgwieżdżone niebo. Tkwiłem tak przez kilka minut, po czym podniosłem się, schowałem do kieszeni mundurowej bluzy zdjęcie i ruszyłem w kierunku swojego kontenera.
Nie poszedłem do niej. Nie chciałem ryzykować. Już to dzisiejsze spotkanie nie powinno mieć miejsca. Przemieszczałem się pomiędzy campami jak kot, tak by nikt mnie nie dostrzegł. W umundurowaniu runąłem na łóżko. Pachniało jeszcze nią i naszymi harcami z poprzedniej nocy. Zapadłem w głęboki sen.
Kolejny dzień zaczął się podobnie jak poprzednie, poranna toaleta, potem zaprawa fizyczna z podległym mi personelem.
Dowodzenie „Akuły” trwało tylko dwadzieścia cztery godziny. Alkohol wyparował, choć wolałbym, by pozostał, ale uciszył trapiące mnie pytania,.
Po śniadaniu udałem się na odprawę na „Kuzniecowa”. Skoro ją ogłoszono, spodziewałem się konkretnych informacji i rozkazów dotyczących dalszych działań.
Widząc, jak szerokie jest grono zebranych, zdałem sobie sprawę, że coś drgnęło.
– Panowie i panie, mamy już pierwsze owoce działań wywiadowczych. Do naszego skarbnika odezwał się boss. Mamy nakładkę na jego telefonie, tak że oryginalny aparat skarbnika pracuje w okolicach domu, skąd go pojmaliśmy, a tu w bazie jest klon. Technicznych aspektów, jak to działa, nie będę tłumaczył – rozpoczął kapitan z wywiadu.
Cały zamieniłem się w słuch.
– W spotkaniu uczestniczyć ma przedstawiciel Al Kaidy na ten rejon, niewykluczone, że będzie to najważniejszy przywódca regionalny, nasz boss i ktoś z organizacji Osbat al-Nour. …
– Dlaczego nic o tym nie wiedziałem, mógł przekazać jakieś słowo klucz i ostrzec tych sukinsynów… – przerwałem, wkurzony.
– Spokojnie, kapitanie „Poliak”, uczymy się od najlepszych. Tym razem z pistoletem przystawionym do głowy przy tej rozmowie obecna była jego żona. Błagała go, nim zaczął, by nie robił żadnych głupot – uspokoił mnie kierownik sekcji wywiadowczej.
Przeprosiłem za swoje zachowanie i poprosiłem, by w takich sytuacjach budził mnie i „Prioma”. Przyjął to ze zrozumieniem.
– Spotkanie odbędzie się najprawdopodobniej w przeciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin, tu na terenie Syrii, co w znacznym stopniu ułatwia nam zadanie. Nasz skarbnik dostał propozycję, by uczestniczyć w nim i przystał na to. W ciągu kilkunastu godzin ma nastąpić ponowny kontakt – zakończył.
Wreszcie coś drgnęło, marzyłem, by w ten sposób zakończyć powierzone mi zadanie.
– W zależności, gdzie odbędzie się spotkanie, to jest, w jakim rejonie i jaka będzie struktura zabudowy i terenu oraz liczebność przeciwnika, przewidujemy trzy warianty działań. Pierwszy – atak z powietrza przy pomocy bomby kierowanej laserowo. Grupa kapitana „Poliaka” podświetli cel znacznikiem laserowym, a nasze sokoły zrzucą bombę. Druga – zniszczenie budynku przy pomocy naziemnych kierowanych środków ogniowych, które zabierze ze sobą wskazana grupa, i trzecia, najbardziej ryzykowna – atak bezpośredni na obiekt siłami grupy „Wympieł” wspartymi posiłkami ze Specnazu – teraz referował oficer rozpoznania.
Modliłem się w myślach, by ta pierwsza opcja się spełniła. Tkwilibyśmy gdzieś w ukryciu, podświetlili cel i bum. Potem tylko wejście do ruin, fotki nieboszczyków i ewentualna likwidacja rannych.
„Kto by przeżył eksplozję kierowanej bomby KAB-500L, która jebnie w dom? Chyba Terminator”.
– Najważniejszym zadaniem jest wizualne rozpoznanie naszego „bossa”. Nie na darmo została z nami Polka, która jako jedyna widziała twarz przywódcy. To, że zgodziła się z nami współpracować jest bardzo pomocne. Mamy jakiś portret tego gościa, ale to nic nam nie daje, takich facetów tutaj jest na pęczki. Ona jest kluczem do sukcesu, nie wiemy, kto przyjedzie z tamtych organizacji terrorystycznych, mamy fotki ich głównych wodzów, ale nie lokalnych. Syryjczycy dwoją się i troją, ale dostajemy dane nic nieznaczących płotek, które nie zaprowadzą nas do przywódców. Nim uderzymy, musimy mieć pewność, że atakujemy właściwych ludzi. Za dużo było tu w Syrii przypadkowych ofiar – zakończył oficer operacyjny.
– Kapitanie „Poliak”, proszę przedstawić, co pan wydobył z tej Polki i jakie są pana potrzeby – wywołano mnie.
Podniosłem się z fotela i nabrałem powietrza w płuca. Powiodłem spojrzeniem po pozostałych i zacząłem mówić.
– Ratowniczka z Polski opisała mi bossa jako niewysokiego mężczyznę o rysach arabskich. Z tego, co utkwiło jej w pamięci, to szczególny wyraz jego oczu, i tylko ona potrafi ten wyraz rozpoznać. Określa go jako zimny i przenikliwy, tego nie da się ująć w portrecie pamięciowym. Wzrost określam na około 170 centymetrów, wagę 60-65 kilogramów, szczupłej budowy ciała. Plan działania: gdy będziemy mieć przypuszczalne miejsce, stworzyć mocny scenariusz, który wymusi postawienie w tym rejonie posterunków kontrolnych, na których mężczyźni zmuszeni będą odsłonić twarz. Nasi ludzie bądź zaufani Syryjczycy ze służb specjalnych, podkreślam, ze służb specjalnych, a nie z policji i wojska, muszą być obecni na każdym z nich, z kamerą dyskretnie zamontowaną w umundurowaniu. Transmisja na żywo do stanowiska dowodzenia, gdzie będę z Polką. Rozpoznaje typa, puszczamy go wolno i dajemy za nim obserwatorów, lub bezpieczniej, śledzimy satelitarnie…
– Kapitanie, James Bond to nie u nas, niech pan patrzy realnie – przerwał mi dowodzący odprawą.
Rzeczywiście, z tym satelitą to się zapędziłem. Te miały ważniejsze cele do śledzenia niż ruch pojazdu w zapiździałej Syrii. Nabrałem powietrza nosem i byłem gotowy referować dalej.
– Puszczamy ogon i śledzimy, gdzie się udaje, ewentualnie, gdy znamy miejsce docelowe, to moi ludzie już tam czekają. W przypadku pierwszej opcji potrzebuję podświetlacza celu i na wszelki wypadek „Korneta” plus trzy, cztery pociski do niego. W trzeciej opcji, w zależności od liczebności ochrony, wsparcie z powietrza i ludzkie. Przynajmniej dwie grupy Specnazu, powtarzam, Specnazu lub z WDW muszą być w odwodzie, w tym jedna z „Plamją”. W ostateczności piechota morska, ale elita, sami zawodowi – zakończyłem.
Dojrzałem zimny wzrok dowódcy komponentu piechoty morskiej bazy. Nie miałem dobrych wspomnień ze współdziałania z nimi w Rosji. Może trafiłem na słabszych ludzi z tej formacji, może dowodzący nie posiadali „ikry”.
Poproszono o zabranie głosu dowódcę komponentu lotniczego z bazy sił powietrznych. Słuchałem jego wypowiedzi, notując najważniejsze dane.
Byłem optymistą. Wierzyłem, że czarną robotę za nas wykonają „Wojenno Wozdusznyje Siły”. My będziemy tylko tymi, którzy potwierdzą wykonanie zadania i poprawią ewentualne niedoróbki.
Ważnym było, co mają do powiedzenia ludzie z logistyki. Logistyka, toż to zupaki, nic nieznaczące wojsko. Błąd. Czasy się zmieniły i pole walki również. Na każdego walczącego realnie z przeciwnikiem pracuje troje ludzi na tyłach. Walczysz i jesteś pewny, że po powrocie do bazy otrzymasz amunicję, sprzęt, żarcie, środki czystości i resztę, która ci się należy.
Zastanawiasz się, jak to możliwe, że to jest? Nigdy! Ma być, żądasz, by to było, tylko nigdy nie główkujesz, kto to dostarczy? Kto przywiezie? Od skarpet po zestaw „Kornet”, który sobie teraz zażyczyłem, plus cztery pociski do niego ekstra i jeszcze je sobie wybiorę z szerokiej gamy tychże.
Tak, to oni, te niedoceniane dupki z logistyki, zapewniają wszystko, co jest potrzebne. Nie dostaną odznaczeń za męstwo, nie zginą w glorii chwały na polu walki, polegną cichutko, przy rozładowaniu amunicji lub co gorsza, skarpet i gaci. Jak o tym do rodziny napisać? Niósł karton bielizny i zginął?
Tylko bez tych kalesonów, skarpet, mydła i powidła, to my, bojowe oddziały i pododdziały, nie damy rady walczyć. Bez broni, amunicji, kwaterunku i gównianego papieru do dupy i do drukarki. Pociągniemy tydzień, może dwa i stoimy, bez paliwa, smarów, patronów, środków opatrunkowych, a także podpasek i tamponów dla bab, których jest coraz więcej w armii.
Niewidzialni bohaterowie działań zbrojnych, niedoceniani specjaliści drugiego, ba trzeciego planu, bez których nie ruszylibyśmy dupy do przodu. Oni, zawsze gdzieś z tyłu, zapomniani i pomijani.
Po odprawie dowodzący kazał zostać mi i kapitanowi wywiadu. Gdy wyłączono wszelkie rzutniki i komputery, zabrał nas w kąt sali.
– Na was ciąży główna odpowiedzialność, zdajecie sobie z tego sprawę? – usłyszeliśmy.
– Tak toczna – odpowiedzieliśmy prawie równocześnie.
– Pan działa na pełnych obrotach i przekazuje dane dowódcy z „Wympieła” – zwrócił się do dowódcy wywiadowców. – Pan, panie kapitanie, ma zrobić wszystko, powtarzam, wszystko, by ta Polka nie zmieniła zdania i nie wystawiła nas do wiatru. Ma rozpoznać przywódcę i przekazać to panu. Nie wiem, czy to ważne, ale wniosek o awans na majora i zajęcie miejsca Fiodora to kwestia tego zadania. On idzie wyżej i namaścił pana na swojego zastępcę, grasz kapitanie o dużą stawkę – usłyszałem.
Poraziły mnie te słowa. Coś wcześniej wspomniano, gdzieś usłyszałem plotki, ale teraz, bezpośrednio z ust dowódcy zgrupowania, to brzmiało zupełnie inaczej.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przyjąłem tylko postawę zasadniczą i uścisnąłem dłoń starszego stopniem. Pozostałem na miejscu razem z oficerem wywiadu.
– Wyciągnij z niej wszystko, jak i trzeba, to ją wyruchaj, likwidacja tych kutasów jest rzeczą najważniejszą. Trochę im zajmie odbudowanie struktur, jak jebniemy w ich wierchuszkę – był cholernie bezpośredni.
Gdyby wiedział, że już to zrobiłem, dwukrotnie, i nie dla chwały Rosji, tylko… No właśnie?
„Kim ja kurwa jestem?”
Wypiłem kawę i zebrałem ludzi. Miałem im do przekazania wszystko, co usłyszałem na odprawie, Polce zamierzałem przedstawić jedynie okrojoną wersję.
– Biorę Polkę w obroty i żeby nie było głupich gadek, czasami posiedzi u mnie do późna w nocy, a i wy morda w kubeł na temat akcji, bo nasi syryjscy przyjaciele chuj wie, co w tych campach zostawili. Jasne! – rzuciłem.
– Tak toczna tawariszcz kapitan – usłyszałem z ich ust.
– Loszka, przyprowadź mi Polkę – rozkazałem medykowi.
Kiwnął głową i udał się po kobietę. Zwolniłem pozostałych ludzi, którzy rozeszli się do przydzielonych wcześniej zadań. Nad nami przeleciał potężny Mi-26, mający przyczepionego na linach pod kadłubem Ka-27PS – tego którym dostaliśmy się tutaj w czasie pamiętnej akcji. Podejrzewałem, że transportował go na pokład lotniskowca.
Klaudia pojawiła się po kilkunastu minutach, ubrana w długą arabską sukienkę, z makijażem i pachnąca markowymi perfumami. Włosy miała upięte w kok, a na paznokciach dostrzegłem czerwony lakier.
– Czy ty zwariowałaś? W przeciągu czterdziestu ośmiu godzin odbędzie się akcja, a ty… – powitałem ją chyba zbyt ostro.
– Dlaczego nie przyszedłeś? Czekałam – odpowiedziała, wchodząc do kontenera.
Zamknąłem drzwi i się odwróciłem. Nim zdołałem coś odpowiedzieć, objęła mnie ramionami i pocałowała w usta. Poczułem smak szminki i aromat perfum. Skądś znałem ten zapach. Kogoś mi przypominał. Tylko kogo?
Odsunąłem ją od siebie, mając zamiar zakończyć czułości. Głowę miałem zajętą akcją, na niej musiałem się skupić, a nie na amorach.
– Nie mogłem. Prosiłem cię o coś – dodałem, wskazując palcem na sufit i ściany campu.
Z wyrazu twarzy wywnioskowałem, że nie była zadowolona. Usiadła za stolikiem.
– Kawy?
Podziękowała. Przedstawiłem jej w skróconej wersji to, czego dowiedziałem się na odprawie, koncentrując się głównie na roli, jaką miała odegrać w działaniach. Słuchała w skupieniu, na razie nie zadawała pytań, ale cały czas lustrowała mnie wzrokiem.
– To wszystko, masz jakieś pytania? Chcesz, żebym coś wyjaśnił dokładniej, czegoś nie zrozumiałaś? – zapytałem na koniec.
– Rozumiem, że dostanę broń? – zaskoczyła mnie tym pytaniem.
– Tak, pistolet – odparłem po dłuższej chwili zastanowienia – Mam nadzieję, że strzelałaś?
Skinęła głową. Żywiłem nadzieję, że nie kłamie.
„Zabierz ją na strzelnicę. Teraz!” – przeszło przez myśl.
– Sprawdzimy, i to za chwilę – oznajmiłem.
Wyczytałem na jej twarzy zaskoczenie. Najwyraźniej nie spodziewała się tego. Zastanawiałem się tylko, jaką broń będzie dla niej właściwa. Wybór był spory: CZ-75, Giurza, standardowy Stieczkin, rewolwer Osh lub Tariq.
– Strzelałam z P-64, kałasza i peemu wzór 63 – wyprzedziła moje pytanie.
Zadecydowałem za nią, przecież do cholery to ja dowodziłem!
– Widzimy się za kwadrans. Przebierz się w umundurowanie, bo baza to nie rewia mody, i zmyj ten lakier z paznokci oraz makijaż z twarzy – rozkazałem.
Pochmurniała. Patrzyła na mnie zimnym wzrokiem, jakbym kazał jej przebrać się w wór pokutny. Czułem, że za chwilę wybuchnie.
Wstała i zbliżyła się do mnie, delikatnie nachyliła się kierując usta blisko mojego ucha.
– Dla ciebie się tak wypiękniłam. Dla ciebie, Radku – szepnęła, a następnie obróciwszy się na pięcie, wyszła z kontenera.
Nie byłem sobą; ta kobieta powodowała u mnie rozkojarzenie. I ten miły zapach perfum. Zastanawiałem się przez chwilę, czy nie spryskała się jakimiś feromonami, bo działały na mnie jak afrodyzjak.
Baza morska Tartus, Syria, strzelnica kontyngentu, pół godziny później.
Waliła z „Tariqa” w tarcze ustawione na odległości pięćdziesięciu metrów. Gdy wystrzelała dwa magazynki po osiem naboi każdy, podszedłem, by sprawdzić wyniki.
Do normy specnazu było daleko, ale nie było też tragicznie. Czternaście pocisków trafiło w cel, jeden tkwił poza figurą, a jeden musiała posłać Panu Bogu w okno.
– I jak? – usłyszałem zapytanie.
Podniosłem kciuk do góry. Przez plecy przerzuconego miałem standardowego AKMS-a. Postanowiłem sprawdzić ją i z tej broni. Strzelnica była bezpiecznym terenem do prowadzenia prywatnych rozmów. Przeniosłem figury bojowe na odległość stu metrów.
Wróciłem do Klaudii i ściągnąłem z pleców „kałacha”.
– Zabezpieczony, nieprzeładowany, strzelasz na moją komendę – pouczyłem, wręczając karabinek.
Zastosowała się do mojej wcześniejszej prośby. Paznokcie były w naturalnym kolorze, a na twarzy nie dostrzegłem makijażu.
„Ona naprawdę wierzy, że ja to ten jej Radek”.
Tylko czy ja w to wierzyłem? Czy byłem kimś innym? Nie Wiktorem, tylko ratownikiem z Polski, jej niedoszłym mężem?
Te myśli i niepewność mnie przerażały. Starałem się odpychać to wszystko, ale nie byłem w stanie. Powracało to do mnie jak bumerang.
– Ognia!!! – wydałem komendę.
Strzelała ogniem pojedynczym, starając się wypieścić każdy strzał.
– Zmiana stanowiska! – wydarłem się.
Chciałem ją sprawdzić we wszystkich postawach strzeleckich. Zaczęła od leżącej z podpórką, potem z klęczącej, a na końcu ze stojącej.
– Przerwij ogień! Rozładuj! Do przejrzenia broń!!! – ryknąłem głośno.
W każdej szanującej się armii zasady obchodzenia się z bronią są takie same. Różnią się tylko komendy, ale procedury pozostają jednakowe. Musiałem przyznać, że wpojone nawyki opanowała perfekcyjnie.
– Przejrzałem! – podałem ostatnią komendę, a gdy wręczyła mi karabinek, mogliśmy ruszyć do tarcz.
– Nie bądź taki, proszę cię. Ja cię kocham – zdobyła się na wyznanie w połowie dystansu do celów i rzuciła mi się na szyję.
Wbiła usta w moje, nie dając mi szans na żadne działanie. Objąłem ją i mocno wtuliłem. Długą chwilę tkwiliśmy w miłosnym uścisku. Całowaliśmy się namiętnie, niczym nastolatki.
– Klaudia, jestem skołowany, nie wiem, komu wierzyć, wywróciłaś moje życie do góry nogami – zdobyłem się wreszcie na szczerość.
– Ty moje też. Pochowałam cię osiem lat temu – odpowiedziała ze łzami w oczach.
– Nie wiem co jest prawdą, wmówiono mi po wypadku jedno, ty mówisz mi co innego. Tamten scenariusz jest podparty dowodami w postaci zeznań sąsiadów, ratowników i innych ludzi, którzy mnie znali. Ty nie masz takich dowodów, to tylko twoje słowa – wyrzuciłem z siebie, czując ulgę.
– Dowody mam w domu! Twoje fotografie, dokumenty i najważniejsze – żywą istotę, której jesteś ojcem!!! – ona nie mówiła, to był krzyk pomieszany z płaczem.
– Już, już, zrozum mnie – starałem się uspokoić rozhisteryzowaną kobietę.
Sam nie wiem, dlaczego, zacząłem ją całować po włosach. Podniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.
– Czy tego nie widać? Czy naprawdę nie widzisz, że cię kocham?
Największego twardziela przekonałoby takie wyznanie, wyraz wzroku i ton, w jakim mówiła.
„Ona nie kłamie” – to był pewnik – „Nawet najlepszy agent nie potrafi odegrać takiej roli”.
– Chodźmy, sprawdzimy i porozmawiamy później – zaproponowałem.
Trafiła wszystkie trzy figury. W kwestii obycia z bronią byłem o nią pewny. Dochodziła jednak rzecz najważniejsza. Jak zachowa się, gdy to nie będą tarcze, a żywi ludzie? Czy z taką samą łatwością naciśnie na spust, wiedząc, że jej strzał zakończy czyjeś życie? Tego nikt nie jest pewien do momentu, gdy nie zabije pierwszego człowieka. Czasami pomaga sytuacja, nie masz wyboru, walisz w typa, bo albo on zabije ciebie, albo ty jego. Każdy pamięta pierwszego zabitego do końca życia.
Przypomniałem sobie skrzyżowanie w Osetii Południowej, prawie rok przed Biesłanem. Blokada na drodze i pędzące ku nam „Żiguli”. Byłem w najlepszej pozycji i wystrzelałem w pojazd dobre pół magazynka z AK-74. Zabiłem po raz pierwszy, ukatrupiłem jebanego czeczeńskiego terrorystę. Jego twarz prześladowała mnie w snach przez kwartał, może dłużej. Potem akcja, gdy dostałem w kamizelkę i z pistoletu zabiłem kolejnego szubrawca. Ostre, mocne doświadczenie, bo krew terrorysty obryzgała mi twarz i szok, bo widzisz, jak gość kona na twoich oczach.
Kolejnych nie pamiętałem, bo co innego pozostawało w głowie – zabici towarzysze i martwi zakładnicy. Nie wymażesz ich z pamięci, te twarze pozostają w podświadomości na całe życie.
Wyjątek stanowił ten skurwysyn, który zasłaniał się Tamarą. Tego chuja zapamiętałem ze szczegółami.
„On odszedł z tego świata i byłem ostatnią osobą, którą widział, ja też kiedyś odejdę z tego świata, tylko dobry Boże nie pozwól, by w tamtej chwili ten szubrawiec tkwił w mojej świadomości” – takie było moje życzenie.
– Pragnę cię, Radku – wyrzuciła z siebie i pociągnęła za rękaw w kierunku niewielkiego pomieszczenia, gdzie podczas strzelania kryli się tarczowi.
– Klaudia… – zdołałem tylko tyle powiedzieć i dojrzałem, jak rozpina mi guziki mundurowej bluzy.
Wciągnąłem na maszt czerwoną flagę, co było znakiem, że na polu strzelnicy ktoś jest i ją użytkuje, lecz to do końca nie gwarantowało bezpieczeństwa. Słowem – ktoś mógł pomyśleć, że zapomniano ściągnąć flagi i zacząć strzelać. Niby powinien wysłać ludzi na rozpoznanie, ale w sytuacji, gdy strzelały dwie osoby, nikt tego nie robił, ba nie zrobiłem tego sam.
Wpadliśmy do „tarczowni”. Zdołałem tylko zamknąć za sobą prowizoryczne drewniane drzwi i nic więcej nie byłem w stanie zdziałać. Polka nie rozbierała mnie, ona zdzierała moje ubrania. Nim się zorientowałem, byłem pozbawiony bluzy. Jak pipa nie robiłem nic, zaskoczony jej działaniem. Dominowała, ale tylko przez chwilę.
Gdy ściągnęła do kostek moje spodnie wraz z majtkami, przejąłem inicjatywę. Obróciłem ją, tyłem do siebie i nie pytając o zgodę, sprawnym ruchem zdarłem z niej w podobny sposób jak ona ze mnie, spodnie wraz z figami.
Oparła dłonie o blat stolika, poddając się i pochyliła, wypinając pośladki. Nakierowałem wzwiedzionego już członka i bez żadnej gry wszedłem w nią.
– Aach – wydała z siebie jęk.
Nie było w nas nic z subtelności i sensualności. Natarłem na nią mocno biodrami i zacząłem penetrować wilgotną cipkę. Usta łapczywie całowały kark, dłonie zawędrowały pod marynarkę munduru, szukając krągłych piersi.
To był seks ludzi dzikich. Bez słów, bez czułych pieszczot. Jeżeli ktoś widział, jak kopulują króliki, to szybkość moich ruchów frykcyjnych była zbliżona do męskiego osobnika króliczej rasy.
– Radek, Radek – słyszałem głos partnerki i wcale nie zwalniałem tempa.
Dłonie ugniatały piersi dziewczyny i nie były to działania delikatne. Palcami podszczypywałem sutki, zębami kąsałem małżowiny Klaudii.
– Kocham cię – po raz pierwszy wyrwało mi się to wyzwanie z ust, gdy poczułem, że za chwilę dojdę.
Jęczała z rozkoszy, oddychała szybko i płytko co wskazywało na to, że i ona za chwilę osiągnie błogi stan. Nie byłem w stanie przestać, przekroczyłem ten moment, kiedy można to zrobić.
Orgazm był niesamowity i przeszył moje ciało jak włócznia. Mocne pchnięcia i kolejne spazmy przyjemności. Fantastyczne odczucie i te ostatnie ruchy, jakże teraz wolniejsze niż wcześniej. Szczytowałem, czując nieopisaną błogość.
– Radku, ja jeszcze nie – usłyszałem, gdy zacząłem się już wycofywać z pochwy Klaudii.
Miejsce penisa zastąpił palec, najpierw wskazujący, a potem środkowy. Sprawnie wymacałem nabrzmiałą łechtaczkę i jąłem drażnić czuły organ. Poczułem przechodzące przez jej ciało spazmy rozkoszy i pulsowanie cipki. Gdy opadła, targana konwulsjami na stolik, nie zaprzestałem stymulacji.
Nie wiem dlaczego starałem się przeciągnąć orgazm partnerki. Coś podpowiadało, by tak właśnie zrobić.
– Już, już, przestań, proszę – błagała mnie, a ja podziwiałem wijące się kobiece ciało.
Opadłem na nią. Oddychałem szybko, a serce biło jak szalone. Klaudia ledwo stała na nogach, gdyby nie blat, pewnie runęłaby na podłogę. Wtulony w nią, czułem, jak jeszcze drży jej ciało. Rytm naszych oddechów po chwili się zsynchronizował. Zapach perfum nadal mi coś przypominał. Zamknąłem oczy, starając się wygrzebać z podświadomości, kiedy i gdzie czułem tę woń.
Przeleciała mi przed oczami twarz pięknej blondynki, której nie znałem. Uniosłem powieki, a obraz znikł.
– Powiedziałeś to – usłyszałem.
– Co?
– „Kocham cię”, powiedziałeś to Radek – uzmysłowiła mi, odwracając się do mnie twarzą.
Jej oczy lśniły. Nim zdołałem, cokolwiek odpowiedzieć, namiętnie pocałowała mnie w usta.
Erotyczny nastrój przerwał świst pocisków. Najwyraźniej ktoś, nie upewniwszy się, że strzelnica jest pusta, rozpoczął strzelanie. Klaudia mimowolnie się skuliła.
– Dawaj pod stolik i leż tam! – wrzasnąłem, w biegu wciągając portki na dupę.
Pojedyncze strzały i krótkie serie. Ktoś walił z kałacha, bo z czego by innego.
„Jedno stanowisko ogniowe” – uzmysłowiłem sobie.
Kopniakiem otwarłem prowizoryczne „warota”. Czołgając się, dotarłem do wału. Nie, nie miałem zamiaru się na niego wspinać. Chuj wie, jaki geniusz ogniowego szkolenia prowadził strzelanie. W myślach liczyłem strzały.
„Trzydzieści to będzie kałasz, musi wymienić magazynek, a to potrwa, chyba że jakiś łebski i ma dwa zlepione taśmą, to szybciej”.
Doliczyłem trzydziestu. Przewaliłem się na plecy i z kabury dobyłem CZ 75. Wyjebałem w powietrze trzy naboje. Potem kolejne trzy.
– Nie strieliat – wydarłem się na całe gardło.
– Ja nie striejlaju – usłyszałem po chwili w odpowiedzi.
Powstałem i biegiem ruszyłem na rubież otwarcia ognia. Dojrzałem trzech gości z piechoty morskiej i jakąś panienkę ze służby zdrowia, dzierżącą w dłoni AK-74.
– Ty debilu jeden, skurwysynu jebany, nie widzisz czerwonej flagi – dopadłem porucznika, pełniącego funkcję kierownika strzelania.
– No ja… – nie dokończył, gdyż potężny prawy sierpowy wylądował na jego twarzy.
Od tyłu złapał mnie jeden z asystujących żołnierzy. Gwałtowny ruch głową, uderzenie w nos tego bubka spowodowało, że zwolnił uścisk rąk. Trzeci z piechoty morskiej przeładowywał broń. Nie zdołał swego oręża skierować we mnie. Sprawny kop lewą nogą w lufę karabinka wytrącił mu go z dłoni. Działałem jak robot. Dostał pięścią w podbródek, tak mocno, że odskoczył i zwalił się na plecy.
Wydobyłem z kabury pistolet i wycelowałem w zalanego krwią drugiego z szeregowych, tego, który próbował mnie obezwładnić.
– Jeden ruch i zajebię!!! – ostrzegłem.
Szybko zlustrowałem sytuację. Porucznik leżał, coś mamrocząc, panienka z izby chorych odrzuciła na bok AK-74, żołdak, który miał zamiar we mnie strzelić stracił przytomność, a ten drugi podniósł ręce w geście kapitulacji.
– Napadłeś na oficera piechoty morskiej, odpowiesz za to – próbował mnie zastraszyć porucznik, który powoli dochodził do siebie.
– Na glebę! Powiedziałem na glebę! Wykonać!!! – wrzeszczałem na szeregowego, którego miałem na muszce.
Padł momentalnie. Oficer zaczął się podnosić i jednocześnie sięgać do kabury. Wycelowałem w niego broń.
– Nawet się nie waż!!! Leżeć!!! – ostrzegłem, widząc, co ma zamiar zrobić.
Nie posłuchał. Wstawał z klęczek i mój cios nogą w twarz powalił go z powrotem na ziemię.
– Nie, Nie, zabijesz go! – usłyszałem przeraźliwy krzyk Klaudii.
Nie zadałem kolejnego kopniaka, choć coś podpowiadało mi, by tak uczynić. „Morskij desantnik” był przytomny i mógł mi zagrażać. Pochyliłem się tylko i z jego kabury wydobyłem pistolet. Cisnąłem Stieczkina gdzieś przed siebie.
– Zapłacisz za to – usłyszałem, odchodząc z Klaudią.
Pomieszczenie dowodzącego operacjami specjalnymi, Baza Tartus, Syria, dwie godziny później.
– Czy was wszystkich już pojebało!!! Czy ja mam was odesłać do Rosji, by was tam ukarano?!!? – grzmiał na nas komandor – Słucham co macie mi do powiedzenia? – dodał po chwili, nieco spokojniejszym głosem.
Prócz porucznika i mnie w pomieszczeniu znajdował się major piechoty morskiej – dowódca tego komponentu. To na jego ręce złożył meldunek pobity lejtnant.
Byłem starszy stopniem od pobitego oficera z „morskiego desanta”, więc miałem prawo pierwszy zabrać głos.
– Prowadziłem zajęcia ze szkolenia strzeleckiego z Polką. Ma brać udział w akcji, a tam może się wszystko zdarzyć, dostanie broń. Muszę mieć pewność, że nie skrzywdzi nią moich ludzi, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Wywiesiłem czerwoną flagę i po strzelaniu udałem się, by ocenić jej poziom wyszkolenia. Mieliśmy zamiar nakleić kolejne tarcze i dlatego udaliśmy się do „tarczowni”. Wtedy padły strzały – zacząłem.
– Dlaczego po przerwaniu ognia spacyfikował pan moich trzech ludzi? – padło pytanie od dowodzącego piechota morską.
Co mu miałem odpowiedzieć? Że jeden kapitan z „Wympiełu” rozjebał jego trzech ludków. Że szkolenie z walki wręcz w jego pododdziale to fikcja, skoro czterdziestoletni facet z sił specjalnych jest w stanie pokonać trzech wyszkolonych ludzi z równie elitarnej jednostki, bo tak się przedstawiali, a w moim odczuciu piechota morska to przerost formy nad treścią.
– Jeden z pańskich podwładnych przeładował broń i zamierzał wycelować ją we mnie. Wystarczy – odparłem, patrząc młodemu majorowi prosto w oczy.
– Nie było żadnej wywieszonej flagi – wtrącił porucznik.
– Kłamiesz! – wyrzuciłem z siebie.
– Cisza, panowie, cisza! – uspokoił nas dowodzący.
– Skąd ta pewność, że po przeładowaniu nie miał zamiaru strzelić w powietrze, by pana ostudzić?
– Majorze, w mojej profesji nie ma strzałów ostrzegawczych. Przeładujesz, masz zamiar strzelić i zabić. To nie Rosja, a i tam nieraz nie ma czasu na te pierdoły. Strzelasz i likwidujesz albo jesteś ładunkiem dwieście – chyba za ostro to ująłem.
– Nie ma pan racji… – zaczął odpowiadać dowódca komponentu morskiej piechoty.
– W czym? Był pan kiedyś w realnej walce? Widział pan, jak pana ludzie giną? – przerwałem mu.
Oj, ubodło to majora, musiało zaboleć! Zauważyłem gniewny grymas twarzy, jakby chciał mi przekazać ostrzeżenie: „Uważaj, nie wiesz, z kim grasz”.
„Z gościem z Wympieła, dupku, tam, gdzie ty byś w przedbiegach odpadł” – pomyślałem.
– W carskiej Rosji wyzwałbym cię na pojedynek! – zaskamlał porucznik.
Omiotłem go wzrokiem pełnym pogardy. Skoro mu wpierdoliłem, jemu i jego ludziom, to z kim ta kreatura chciała się mierzyć.
– Naprawdę poruczniku, nie sądzisz, że nie czas umierać? – dopiekłem mu ostro.
– Cisza!!! – przerwał te nic niewnoszące gadki dowodzący. – Podajcie sobie dłonie, a to, co się stało, nie miało tu miejsca. Jasne?
Z bólem serca pierwszy wyciągnąłem dłoń. W razie konfliktu to starszy stopniem wykonuje taki gest. Czekałem na ruch porucznika, kutas nie wyciągnął swej prawicy.
– Poczekam na decyzję sądu oficerskiego… – zaczął swe wyrzygi.
– Majorze Pietrow, zabrać porucznika i spierdalajcie mi obaj z oczu. Czy wyraziłem się jasno?! – przełożony wkurwił się na dobre.
Zostałem sam z komandorem. Wstał z fotela, wyprostowałem się przyjmując postawę zasadniczą.
– Jak mi Bóg miły, wyjebie go ze wszystkimi jego pociotkami. Przyjechali, by mieć epizod dowódczy, a potem sio na szkółkę, pierdolić farmazony rekrutom, jaki to ja nie byłem w Syrii – podsumował obu.
– Nie chcę wsparcia piechoty morskiej, nie z tym…
– Dostaniesz Specnaz i nurków. Pasuje? – zapytał.
– Tak toczna – odparłem, oddając honor.
– Jesteście wolni kapitanie i proszę, bez burd. Niepotrzebne to nam – rzucił na odchodne.
– Rozkaz, to się nie powtórzy.
Gdy dotarłem do campu, powitały mnie brawa, a „Akuła” mocno mnie uścisnął.
– Wympieł rządzi, kurwa, nie będą nam tu dupki z morskiego desantu podskakiwać – stwierdził.
– No już, dobrze, dobrze – uciszyłem wrzawę. – Jakieś nowe wieści?
– „Ural” siedzi z naszym skarbnikiem, na razie cisza. Był porucznik z uzbrojenia, „Korneta” mamy z czterema pociskami, kiedy tylko sobie zażyczymy. Pytał, czego jeszcze nam potrzeba. No i Syryjczycy puścili bajkę o dwóch dezerterach, co to są niebezpieczni – zreferował zastępca.
„Dobrze, syryjska maskirowka ruszyła”.
– No i ktoś czeka na wodza w kontenerze – dodał z uśmieszkiem „Locha”.
– Dobra, dobra, do roboty. Wyczyścić broń, moją też, sprawdzić radia. Nie wiadomo, kiedy coś się ruszy. Musimy być gotowi w każdej chwili – odparłem, wręczając im kałacha i „Tariqa”.
Otworzyłem drzwi od campu, Klaudia podniosła się zza stolika.
– Nie poznaję cię, o mało go nie zabiłeś.
Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem naprzeciw niej. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.
Czułem potrzebę, by z nią porozmawiać, musiałem jednak zmienić przepoconą bluzę i podkoszulek. Zrzuciłem z siebie górę umundurowania.
– Jezu, co ty tu masz? – zapytała, podnosząc się i zbliżając do mnie, palcem dotknęła mojego barku.
– Pamiątka z Biesłanu – odparłem krótko.
– Ty tam byłeś?
– Byłem – odpowiedziałem, otwierając metalową szafkę ubraniową.
– Jezu, nie, to nie może być prawda!!! – wyrzuciła z siebie, z przerażeniem w głosie.
Odwróciłem się gwałtownie i dostrzegłem paniczny strach w oczach kobiety. Patrzyła na wnętrze szafki, gdzie tkwił zapasowy mundur polowy, nowa kamizelka kuloodporna i czarny kombinezon płetwonurka.
Nagi od pasa w górę, chwyciłem ją mocno i przyciągnąłem do siebie. Nie wiedziałem, co jej jest, cała drżała, nie odrywając wzroku od wnętrza szafki.
– Co? Co się stało, co cię przeraziło!? Mów!
– Ten kombinezon, ja cię w nim widziałam, ty byłeś tam, jak uciekałam z 828 – mówiła, jakby była niespełna rozumu.
„Jaki kurwa 828? Gdzie miałem być w tym kombinezonie? Jak mogła mnie widzieć i kiedy?”
Wtuliłem ją mocno w siebie, nie wiedząc, co począć. To był zwykły czarny kombinezon płetwonurka bojowego z napisem „Russian Federation” i flagą Rosji, standard w jednostkach morskich, i to niekoniecznie w specjalnych.
– Już, już, spokojnie, wszystko mi opowiesz, pójdziemy na molo, na sam koniec, tam, gdzie stoi „Kuzniecow” – starałem się ją uspokoić.
Zamknąłem szafkę, gdy dobyłem z niej wieszak z mundurem. Usadziłem spanikowaną kobietę na krześle i pospiesznie nakładałem uniform. Ta reakcja była prawdziwa, nikt nie potrafi tak zagrać przerażenia w oczach i drżenia całego ciała.
– Chodź! – zadecydowałem i pociągnąłem ją za rękaw, nie pytając o zgodę.
– Jestem na molo, przy lotniskowcu – poinformowałem „Burana”.
Przez całą drogę nic nie mówiła, a gdy dotarliśmy do końca wcinającego się w morze kawałka betonu, zdołała z siebie wyrzucić pytanie.
– Ty tam byłeś? Wtedy, gdy zatonął 828, na Bałtyku? Gdy wynurzałam się z Sebastianem, z 66 metrów?
Przypomniałem sobie tę informację, była w biuletynie floty i w meldunkach operacyjnych. Polski okręt podwodny poszedł na dno. Nasi chcieli pomóc w akcji ratowniczej, ale Polacy zanurzyli się, a szczątkowa załoga ewakuowała się przez wyrzutnie torpedowe. Podziwiałem ich odwagę. Raz w życiu wychodziłem w ten sposób, ale z dwudziestu metrów, treningowo, plus kilkukrotnie na trenażerze. Jedno z bardziej nieprzyjemnych przeżyć.
– Ty tam byłaś?
Skinęła głową. Podziwiałem odwagę Klaudii. Nie za bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć.
Nie mogła mnie widzieć. Po szybkiej analizie zdałem sobie sprawę, że w tym czasie byłem na kursie specjalistycznym w Petersburgu.
Mimowolnie zacząłem głaskać jej włosy.
– To musiał być jakiś morski duch, w tym czasie znajdowałem się w Sankt Petersburgu, w szkole morskiej – zapewniłem.
– Widziałam cię, widziałam w tym kombinezonie, pływałeś wokół mnie – mówiąc to, nadal drżała, mocno mnie obejmując.
– Opowiedz mi o tym wszystkim – poprosiłem.
Usiedliśmy na krańcu mola. Z początku milczała, lecz wkrótce otworzyła się i zaczęła opowiadać, co tam przeżyła. Starałem się wczuć w sytuację, zdając sobie sprawę jak traumatyczne przeżycie ją spotkało, i ten Polak – Sebastian. Miał cholera jaja ze stali. Przez chwilę poczułem się głupio, że tak potraktowałem młokosa.
„Młody, bez doświadczenia. Nie mogłem inaczej. Byłby zagrożeniem” – szybko się rozgrzeszyłem.
Czas płynął nieubłaganie. Usłyszałem jak „Góral” pomógł jej wyzbyć się tych lęków, biorąc ją na trenażer. Ponownie, postawa podporucznika zasługiwała na pochwałę.
– Przecież ty go kochasz – stwierdziłem, gdy na chwilę zawiesiła głos.
Omiotła mnie wzrokiem.
– Nie, to było chwilowe zauroczenie, teraz to wiem, teraz gdy odnalazłam ciebie – oj, przeszyła moje twarde żołnierskie serce tego rodzaju stwierdzeniem.
Znów nie byłem sobą. Nie chciałem jej pocałować, a jednak to uczyniłem. Nasze języki splotły się jak winorośl. Trwaliśmy w miłosnym uścisku i pocałunku długą chwilę.
– Potrzebowałam kogoś bliskiego, a on był… – zaczęła.
– On cię kocha. Szalenie – przerwałem.
– Ale ja kocham ciebie – odpowiedziała.
Nie, nie mogłem jej tak dalej zwodzić. To, że do tej pory nie zapytała mnie o prywatne życie, już stanowiło cud. Cały czas przypominała mi epizody z życia Radka.
Skołowany, nie za bardzo wiedziałem, kim tak naprawdę jestem. Biły się we mnie dwie postacie i każda z nich chciała wygrać. Miałem wrażenie, że to jakiś sen, z którego za chwilę się wybudzę.
– Chodź – poprosiłem i ująłem ją za rękę.
Wstała i posłusznie ruszyła. Zadawałem pytania dotyczące rodziców, znajomych. Wcale mnie to nie interesowało, ale starałem się, by to, co chciałem jej przekazać, usłyszała na osobności i nie w tym miejscu. Potrzebowałem jednego urządzenia z campu i tam się udawaliśmy.
– Nie zostawiaj mnie dzisiaj samej w nocy. Proszę – usłyszałem i sam nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
Gdy dotarliśmy, poprosiłem, by została na zewnątrz. Zapytałem tylko „Akuły”, czy jest coś nowego, i upewniwszy się, że na razie nie ma żadnych świeżych danych, wszedłem do pomieszczenia. Z sejfu wydobyłem telefon komórkowy, a z brudnej bluzy munduru zdjęcie Tamary.
– Będę na boisku sportowym, gdyby coś – poinformowałem „Patrona”.
Kiwnął tylko głową, że zrozumiał. Klaudia ruszyła za mną.
– Dlaczego mi nie odpowiedziałeś? Dlaczego nic nie mówisz? Co się stało? – byłem bombardowany pytaniami.
Usiadłem na sfatygowanej ławce. Rozejrzałem się wokół, nie było żywej duszy.
– Usiądź, proszę i posłuchaj mnie, i proszę, nie przerywaj – poprosiłem.
Przyglądała mi się uważnie i badawczo. Jeszcze nie zdawała sobie sprawy, co mam zamiar obwieścić.
– Nie pytałaś mnie, więc nie odpowiadałem, ale teraz muszę… – zacząłem i nabrałem głęboki haust powietrza.
Zdawałem sobie sprawę, że to, co usłyszy, nie będzie miłe. Nie mogłem jednak inaczej. Była mi za bardzo bliska. Rozchyliła lekko usta i patrzyła na mnie, ten wzrok przewiercał mnie na wylot.
– Mam żonę i dwójkę dzieci, a trzecie jest w drodze.
Oczy Klaudii stały się ogromne. Obawiałem się, że ta informacja może u niej wywołać szok i czort wie, co jeszcze. Pamiętałem reakcję, gdy dojrzała moją twarz w śmigłowcu, wtedy po akcji. Postanowiłem jednak kontynuować.
– To jest moja najstarsza córka Tamara – oznajmiłem, dając jej do ręki zdjęcie.
– Ona nie może być twoją córką, jest za duża – stwierdziła. – Wtedy byłeś w Polsce – dodała, słusznie określając wiek dziewczynki.
Miała przerażenie w oczach, argument w postaci zdjęcia Tami do niej nie docierał. W telefonie komórkowym nacisnąłem opcję „zdjęcia” i wyświetliły się pliki graficzne fotek moich dziewczyn. To był prywatny telefon, karta SIM zdeponowana była w kancelarii jawnej, tak na wszelki wypadek, gdyby do głowy mi wpadło zadzwonić do bliskich.
– To jest moja żona Katia, to najmłodsza córka Nadia, ma teraz trzy latka, a Demon był najlepszym przyjacielem mojej kruszynki… – z pewnością zadawałem jej tymi stwierdzeniami kolejne rany w sercu.
Bacznie obserwowałem zachowanie kobiety. Wciąż wydawało się, że nie może uwierzyć w to, co widzi na ekranie aparatu.
– Ale ta starsza nie jest twoim dzieckiem – wyrzuciła z siebie po chwili.
– Tamarę uratowałem w Biesłanie, ale okaleczyłem ją na całe życie. Nie trafiłem precyzyjnie i pocisk wystrzelony z mojej broni rozwalił jej rączkę poniżej łokcia. Nosi protezę, a my razem z Katią adoptowaliśmy ją. Cała rodzina Tami zginęła tam, w sali gimnastycznej – mój głos załamał się, a obrazy z Osetii powróciły.
– Nie zmienili cię do końca, nie wierzyłam w to, jest w tobie mój Radek, dobry, szlachetny i czuły – wyrzuciła nagle z siebie i wargami dotknęła moich ust.
Telefon wypadł mi z dłoni i upadł na ziemię. Znów całowaliśmy się namiętnie. Nie chciała przestać, siłą musiałem się uwolnić od pocałunków. Podniosłem aparat i pokazałem Klaudii kolejne zdjęcia.
Płakała, patrząc na nie z niedowierzaniem. Prawdopodobnie, to co widziała nie docierało do końca do niej.
– Nie mogę ich zostawić, nie mogę – zakończyłem, odkładając telefon i zatapiając twarz w dłoniach.
Czy mężczyzna może kochać dwie kobiety jednocześnie? Nie, nie matkę i żonę, nie żonę i córkę, bo ta miłość jest inna. Taką prawdziwą miłością, dwie kobiety, zupełnie obce sobie? W pewnym sensie byłem martwy, a jednak żywy. Czy moje serce mogłoby podzielić się na pół, dając Klaudii prawą komorę, a Katii lewą?
„Czy mnie kurwa, nie za dużo teraz spotkało? I kim ja kurwa naprawdę jestem? Co ja mam zrobić do chuja?” – powoli wariowałem.
– Kochasz mnie, czy ją? – wywaliła Klaudia.
Wstałem. Na to pytanie nie znałem odpowiedzi. Omiotłem ją chłodnym wzrokiem, takim służbowym, nieznoszącym tego rodzaju pytań.
– Co odpowiesz Sebastianowi, gdy zada ci identyczne pytanie? – ot, szkolenia z psychologii wreszcie mi się przydały.
– Radek, mamy syna. – No uderzyła, tam gdzie powinna.
– Z Katią mam dwie córki i trzecią w drodze – odpowiedziałem bez zastanowienia.
Nie mogła być z wywiadu, co mnie wcale nie pocieszyło. Gdyby tak było, nie poległaby na tak prostej grze słownej. Od początku tak podejrzewałem, teraz byłem pewien.
– Nie jesteś jej mężem, brałeś ślub, nie będąc sobą – nie odpuszczała.
Jezu, jak ta istota musiała mnie kochać! Jak silne musiało być to uczucie, że po moich słowach nadal nie skapitulowała i nie otrzymałem od niej siarczystego policzka.
– Wiktorze!!! – usłyszałem krzyk „Akuły” i poczułem chwilową ulgę, że wyzwolił mnie z dalszej rozmowy.
– Wracaj do kontenera, coś się stało – powiedziałem, podnosząc się i machając dłonią w kierunku zastępcy.
– Przysięgnij, że do mnie przyjdziesz. Przysięgnij!!! – prawie zawyła, mając wzrok pełen bólu.
Po raz kolejny mnie złamała. Pomimo faktu, że obiecałem sobie, że już się z nią nie spotkam, uległem.
– Przysięgam – usłyszała, a ja poczułem się wyjątkowo podle.
Sala konferencyjna na lotniskowcu „Admirał Kuzniecow”, pół godziny później. Tartus, Syria.
Do naszego skarbnika odezwał się ponownie boss. Błogosławiłem fakt, że wtedy „Buran” miał wartę przy tym dupku. Mój „mięśniak” zagroził mu w dość brutalny sposób. Jedno nieodpowiednie słowo, zdanie, a na jego oczach zgwałci mu obie córki. Przesłuchiwał naszego „ptaszka” wcześniej, więc ten mógł się spodziewać, że mój podwładny nie rzuca słów na wiatr.
– Jutro z rana podadzą mu lokalizację miejsca spotkania. To umówione jest na siedemnastą. Udało nam się wstępnie ustalić miejsce, skąd dzwonił ten kutas, ale teraz jego komórka jest nieaktywna. Kilkanaście kilometrów od granicy z Turcją. Zażądali obecności naszego skarbnika, razem ze sporą ilością kasy. Przejęliśmy ją, gdy służąca podała nam jego inne mieszkania w Libanie i Syrii. Nasz agent z jego telefonem już przekroczył granicę libańsko-syryjską i zatrzymał się na nocleg – przedstawił mi oficer rozpoznania i towarzyszący mu kierownik sekcji łączności.
– Dwa Su-24M są gotowe do wykonania zadania, każdy z jedną bombą KAB-500L. Czekamy tylko na rozkaz i podświetlenie celu przez naziemnych obserwatorów – zameldował dowódca z bazy lotniczej.
– Logistyka czeka na złożenie zapotrzebowania przez dowodzącego działaniami. Wstępne ustalenia z kapitanem „Poliakiem” zrealizowane – szef sekcji logistyki tylko czekał żeby spełnić nasze zachcianki.
– Kapitanie „Poliak” jak Polka? Nie zmieniła zdania, da radę? – usłyszałem zapytanie dowodzącego akcją.
– Da radę, moja już w tym głowa, jeszcze się z nią spotkam wieczorem po odprawie – odparłem. – Potrzebuję na jutro wóz specjalistyczny z podglądem i komplety umundurowania syryjskich sił zbrojnych, plus dwa pojazdy. Wiadomo, wszystkie papiery i dokumenty.
– Logistyk, słyszał? – zapytał „kamandir”.
– Tak toczna, na jutro rano będą.
– Moi ludzie gotowi, by wesprzeć „Wympieła”, zgodnie z wytycznymi – „Plamja” i dwa kaemy plus dwunastu ludzi – krótki meldunek złożył porucznik ze specnazu.
– Jeden ratowniczy Ka-27PS gotowy do potencjalnej ewakuacji rannych, więcej nie mam po ostatniej akcji, dwa Ka-29 gotowe wesprzeć ogniowo działania grupy specjalnej – zameldował dowódca eskadry śmigłowców z „Kuzniecowa”.
– Waprosy? – usłyszeliśmy od prowadzącego odprawę.
Nikt nie miał pytań. Nakazano pozostać mi i dowódcy ze specnazu.
– Od rana w pełnej gotowości – padł rozkaz. – Polka rozpoznaje, działacie, naprowadzacie i po wszystkim. Pan kapitanie dowodzi całością działań na lądzie – usłyszałem.
Przekazałem chłopakom, że jutrzejszy dzień będzie tym, który zapamiętają pewnie na całe życie. Omawialiśmy wstępny plan działania przez dobre dwie godziny. Nie zbywałem nawet trywialnych pytań. To, co dla mnie wydaje się proste, dla moich podwładnych mogło być skomplikowane. Sam nieraz łapałem się na własnych skrótach myślowych, które tylko ja rozumiałem. Razem działamy i musimy czuć i wiedzieć, co mamy robić. Nie można przejść po łebkach, nie, gdy od tego może zależeć nasze życie.
Miałem zamiar walnąć się spać, ale pamiętałem, że Klaudii coś przysiągłem. Przysięga to przysięga, choć Katii przysięgałem uczciwość małżeńska i co? Poległem na całej linii. Mogłem się przed samym sobą wytłumaczyć z masażu Karimy – bo zadanie było ważne, no i nie doszło do penetracji.
A teraz? Jak święty Piotr zdradziłem trzy razy i co gorsza, po północy zmierzałem do jej kontenera.
„Podły skurwysyn” – oceniłem siebie.
Nakazałem chłopakom spać, sam tego nie robiąc. Jutro mogłem iść w bój zmęczony, kładąc misję, a jednak jak ćma leci do lampy, tak ja zmierzałem do jej campu. Coś mnie pchało i sam nie wiedziałem, co to jest.
Zapukałem trzy razy. Otworzyła drzwi, będąc kompletnie nagą.
– Wiedziałam – rzuciła na przywitanie, obejmując moją szyję ramionami.
Chwyciłem ją w ręce i uniosłem. Całowała mój policzek bez opamiętania. Drzwi same zamknęły się za nami. Z jej pomocą w pośpiechu pozbywałem się ubrań i bielizny.
– Tak, chcę – wyszeptała.
Zwarliśmy się w miłosnym uścisku. Tkwiła pode mną gotowa na przyjęcie sterczącego penisa. Ten prędko zagościł po chwili jej pochwie. Jęknęła cichutko, gdy wchodziłem. Oplotła mnie rękoma i nogami, dociskając do siebie. Zwarci, w ciasnym uścisku, zaczęliśmy się kochać.
Poruszała biodrami, najpierw wolno, a potem coraz szybciej, mając mnie w miłosnych kleszczach. Za każdym razem pojękiwała cichutko. Moje biodra zaczęły wychodzić jej naprzeciw i po chwili wpadliśmy we wspólny rytm. Całowałem ją łapczywie po karku, włosach, uszach. Dłonie objęły plecy, pieszcząc łopatki. Miałem w ramionach cudowną kobiecą postać, całkowicie mi poddaną i pragnącą więcej.
Przyspieszyłem pchnięcia, chcąc jak najszybciej poczuć ekstazę. Wchodziłem w nią coraz mocniej, zagłębiając się w wilgotne wnętrze. Oddychałem głęboko, wydając jęki rozkoszy.
Teraz dochodziłem, podobnie jak moja partnerka. Czułem, jak wnętrze Klaudii coraz silniej pulsuje. Płytki, przyspieszony oddech ratowniczki, pojękiwania i wzmożenie ruchów bioder.
– Kocham cię, kocham cię, o tak – jęczała.
Nie wiem, czy w tym czwartym stosunku osiągnęliśmy pełną harmonię i naraz szczytowaliśmy, ale tak to mogło wyglądać. Nigdy nie wierzyłem, że dwie rzeczy mogą zdarzyć się jednocześnie. Zawsze jedna wyprzedzała drugą o ułamek sekundy.
– Klaudia, Klaudia – wydobyłem z siebie, ejakulując.
– Och, ooo – słyszałem odgłosy spełnienia Klaudii.
Pięć, może sześć, a może i jedenaście pchnięć. Mocnych, konkretnych i było po wszystkim.
Opadłem na nią. Cali spoceni leżeliśmy przez chwilę w bezruchu. Nasze ciała dochodziły do siebie, kołaczące serca stabilizowały uderzenia. Czułem każdy ruch jej ciała, każdy spazm rozkoszy, który przeszedł wcześniej.
Zsunąłem się na bok, nie chcąc przygniatać partnerki. Leżąc obok siebie, uspokajaliśmy oddech, patrzyliśmy w sufit. Otarłem pot z czoła i podniosłem się, siadając na łóżku. Klaudia przyglądała mi się bacznie.
– Odpowiedz na moje pytania, te dotyczące przeszłości, im więcej będę wiedział, tym łatwiej będzie mi sobie coś przypomnieć i poukładać w głowie – poprosiłem – Ale nie tutaj, chodźmy na boisko.
– Dobrze – odpowiedziała, wstając z pościeli.
Po kwadransie siedzieliśmy tam, gdzie wcześniej się rozstaliśmy. Gładziłem delikatnie jej włosy.
– Chcesz, zaplotę ci warkocz – zaproponowałem.
– Żartujesz sobie? – zapytała z niedowierzaniem w oczach i uśmiechnęła się ślicznie.
– Nie, nauczyłem się tego dla Tamary, ma śliczne, długie czarne włosy. Jaki rodzaj chcesz?
Rozpłakała się, nic nie odpowiadając. Patrzyła mi głęboko w oczy, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Wyciągnęła drobną dłoń i zaczęła mnie głaskać po policzku, z lubością przyjmowałem tę pieszczotę.
– Angielski, w nim będzie ci najładniej – zadecydowałem za nią i ująłem rude włosy kobiety.
Gdy się uspokoiła, zadałem pierwsze z wielu nurtujących mnie pytań…
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Thorin
2026-01-30 at 14:00
Niech już przyjdzie ta burza w końcu, bo w fabułę zaczyna się wkradać monotonia, której nie rozpraszają nawet zbyt częste sceny seksu.
Rozumiem, że NE to portal erotyczny, ale Wiktor i Klaudia to dojrzali ludzie, a rypią się jak małolaty, co kwadrans, podczas gdy akcja stoi w miejscu czekając nie wiadomo na co… gdyby jeszcze te sceny jakoś znacząco się różniły, a tu ci sami bohaterowie, niemal w tych samych pozycjach, zawsze z tym samym skutkiem.
Najciekawsze z tego wszystkiego były narady przed kolejną operacją. Czekam więc na nią niecierpliwie. Tej serii potrzeba ognia z kałachów i spadających bomb, inaczej popada w letarg 🙂
jammer106
2026-01-30 at 20:36
Thorinie, czasami trzeba uspokoić akcję i dać nieco seksu, a że ten powtarzalny, no cóż, ja nie z tych co to nie wiadomo jakie tam wygibasy i cuda opisywał będę. Proste stosunki bez wodotrysków, pięciu wytrysków za jednym razem i orgazmów kobiecych w podobnej ilości.
Następnym odcinkiem postaram Ci zrekompensować nudę tego.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
Yen
2026-02-01 at 10:50
Rozumiem, że facetom ciężko osiągnąć pięć orgazmów, ale dlaczego kobiety miałyby z tym problem? Może nie trafiłeś na taką, ale zapewniam Cię, że to nie jest anomalia rodem z pornosa.
Klaudia ma irytującą przypadłość. Ciągle płacze, rzuca się na Wiktora, ignoruje jego prośby, żeby się zachowywała powściągliwie, jest zazdrosna, dziecinna i nie może zrozumieć, że facet najwyraźniej jej nie pamięta. „Klaudia, nic nie pamiętam – ale ja cię kocham; Klaudia, mam żonę – ale ja cię kocham; Klaudia, nikt nie może nas przyłapać – ale ja cię kocham”…
jammer106
2026-02-01 at 18:10
Droga Yen,
Słyszałem, a może czytałem że i 10 orgazmów w godzinę kobieta jest w stanie przeżyć, a to nie ostatnie słowo, bo nauka radziecka zna przypadki 12.
Dobrze, teraz na serio, jak to wspomniała Veronique nie umacniamy nierealistycznych oczekiwań wobec partnera/partnerki. Wolę być ostrożny i wypośrodkować lub zaniżyć, niż wystawić się na pośmiewisko, waląc ekstrema rodem z pornosow. Są też kobiety, które po jednym orgazmie mają najzwyczajniej dość i nachodzi je senność.
Co do Klaudii – no taką ją wytworzylem, irytująca, nieraz głupiutką, pakująca się w kabały, gdyby nagle stała się diametralnie inna, miałbym kolejny zarzut że to nienaturalne.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Tomp
2026-02-03 at 00:00
A osoby cierpiące na PGAD to miewają kilkaset orgazmów na dobę. Nie tylko radzieckie 😉 😉 😉 . Wszystkie, które na to cierpią, dosłownie… cierpią.
I – co gorsza dla nas, facetów – nas do tego nie potrzebują.
Szkoda…
🙂
Veronique
2026-01-31 at 09:19
Wszystko ok, zastanawia mnie tylko, jak Klaudii udaje się za każdym razem szczytować, nawet gdy uprawiają seks – jak podkreśla autor – pospiesznie i bez gry wstępnej. Z krótkodystansowcem Sebastianem jakoś nie potrafiła. Co zresztą wydawało się spójne z tym, jak działa nasz orgazm, trudniejszy do osiągnięcia i mniej 'mechaniczny’ niż u mężczyzn.
Myślę, że takie opisy umacniają kompletnie nierealistyczne oczekiwania i to u obudwu płci. Faceci po lekturze będą myśleli, że nie muszą się starać o przyjemność partnerki, kobiety będą rozczarowane, że ich luby nie daje im za każdym razem kosmicznego orgazmu. A to przecież tak nie działa. Kobieca rozkosz wymaga zaangażowania, uważności i wysiłku, od obojga kochanków.
Być może ta kwestia pojawiała się już wcześniej, ale wtedy łatwiej ją było zignorować, bo uwagę odwracała wartka akcja. W tym 'wolniejszym’ odcinku zaczęło mi się to rzucać w oczy.
jammer106
2026-01-31 at 10:51
Serdecznie dziękuję za cenne uwagi i spostrzeżenia oraz konstruktywny komentarz. Bardzo sobie takowe cenię i staram się w kolejnych opowiadaniach wystrzegać się wskazanych nieścisłości.
Mam dwie dobre informacje: do końca serii pozostały już tylko dwa opowiadania i wreszcie przestanę Was katować przygodami Klaudii i Radka i odetchnę wreszcie, przerzucając się w opcję czytelnika.Druga rzecz: królować tam będą beletrystyczne opisy.
Proszę nie traktować zbyt poważnie, moich opisów na poziomie Lwa Starowicza, czy Wisłockiej, ot takie to bajdurzenia klepacza liter, nic więcej. Fikcja literacka i tyle.
Opisy seksu, są tylko dodatkiem do fabuły i jest to element, który jak nieraz podkreślalem wychodzi mi słabo.
Być może szybsze dochodzenie bohaterki spowodowane jest miejscem, gdzie harce się odbywają ( teren strzelnicy, jej camp i plaża). Obawa że mogą zostać przyłapani, powoduje że nie ma czasu na głębsze pieszczoty ( czy w pospiesznym seksie w ubikacji, czy miejscu publicznym jest czas na pieszczoty?).
W tarczowni Klaudia musi być doprowadzona do orgazmu palcami kochanka, ostatni opis być może został skonstruowany niezbyt wyraziście, przez co daje odczucie że to szybki numerek.
Mam nauczkę, by owe opisy spłycić do kilku zdań, że po intensywnych pieszczotach kochali się namiętnie i szalenie, bez wchodzenia w konkrety, bo w chwili obecnej wychodzi to chyba niestrawnie.
Pozdrawiam.
Veronique
2026-01-31 at 16:52
Przyznaję, ten palec stanowi ważny argument, nie zmienia to jednak faktu, że na cztery stosunki (w tej i poprzedniej części) babka dochodziła czterokrotnie, w tym raz z pomocą palców. Najwyraźniej w świecie Radka i Klaudii nie istnieje niesławny orgasm gap 🙂
Czy Ty się jammerze nie obraziłeś za moją delikatną krytykę? Dlaczego miałabym się cieszyć, że zostały tylko dwa rozdziały? Lubię tę historię i wcale nie chcę, by szybko się skończyła. Po prostu chciałabym, by sceny erotyczne, gdy już się pojawiają, były lepiej napisane, bym nie przelatywała po nich wzrokiem w oczekiwaniu na powrót sensacyjnej akcji.
I nie, nie chodzi mi wcale o to, by sceny łóżkowe spłycić i sprowadzić do kilkuzdaniowego raportu.
jammer106
2026-01-31 at 21:22
Nie, Droga Veronique , ja nie z tych co się obrażają, gdy dostają konstruktywną krytykę. Byłym zarozumiałym bucem, który jest zadufany w swojej „zajebistości”, a jest zgoła przeciwnie. Daleko mi do Najlepszych tutaj, klasyfikuję siebie , porównując do wyścigu kolarskiego, gdzieś tam delikatnie przed pojazdem z napisem „Koniec Wyścigu” . Jeżeli tak to odebrałaś, przepraszam, nie taki był mój zamiar.
Dlaczego stwierdziłem że szczęśliwie zostały tylko dwa odcinki? Gdyż Czytelnicy i ja sam zmęczony już jestem „uniwersum Klaudii I Radka”. Zaszufladkowałem się, a i ostatnimi miesiącami było moich opowiadań chyba w nadmiarze (jak Karolaka w komediach romantycznych). Należało pozostać na „Bałtyckim Rybaku Dusz” i finito. Oczekiwania Czytelników były inne, akcje stawały się sztampowe i przewidywalne, postacie (Klaudia) częściowo nierealistyczne, opisy seksualnych figli proste, bez polotu i smaku, toporne, a i wplecenie rosyjskich wątków głównego bohatera wywołało pewien niesmak. Kolejna seria dziejów Radka i Klaudii ocierać się zaczyna o kontrowersje (wojna gruzińsko-rosyjska) i patrząc chłodno na nią, bardziej zaczyna przypominać mydlaną operę. Mam inne opowiastki w zanadrzu, lecz jak wcześniej wspomniałem są cienkie jak siki pająka i poprawianie ich przez korektora, może spowodować jego zawał/udar.
Jak wspomniałem wcześniej, sceny erotyczne są moją pietą Achillesową, kopiować nikogo nie chce, by nie zostać posadzonym o plagiat. Rozbudowywanie ich wychodzi mi… jak wychodzi (znaczy do dupy), dlatego opcja spłycenia ich, ma jakiś sens. Nie generuje sobie dodatkowych problemów, a osobiście traktuje je jako dodatek do fabuły (co jest chyba błędnym założeniem, patrząc na nazwę portalu). Lepiej czuje się w beletrystyce, niż w erotyce, no już tak mam.
Odnośnie stosunków Klaudia/Radek – pierwszy stosunek (w poprzednim odcinku), bohater dochodzi później (alkohol), „tarczownia” – Klaudia first, pozostałe dwa szczytują prawie jednocześnie. Jakaś namiastka owego orgasm gap, chyba jest (a może nie) . Czterdziestoletni facet, mający żonę i dzieci, to już wyrobiony partner, nie małolat, co tryśnie po kilku ruchach. Tak przyjąłem, być może błędnie. Seks w wodzie (morzu), też z założenia miał pokazywać że ruchy partnera są wolniejsze, tłumione przez fale (tu widać jaki ułomny jestem w tych opisach). Jedynie tarczownia to szybki numerek (jak królik). Tyle, gwoli wyjaśnień.
Pozdrawiam.
Megas Alexandros
2026-02-02 at 22:24
Jammerze106, czyżby krytyka zraziła Cię do tego stopnia, że chciałbyś zarzucić publikację u nas dalszych odcinków Twojej sagi? Przecież wiemy, że po Duchu Lewantu jest jeszcze kontynuacja mająca już całkiem wiele odcinków.
Zrobisz jak zechcesz, choć myślę, że byłoby to wywieszenie białej flagi. Sam mówisz, że wersje Twoich tekstów, które pojawiają się na NE, są bardziej dopracowane niż od tych, które ukazują się gdzie indziej. Czy warto z tego rezygnować?
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-02-03 at 12:24
Owszem Megasie, moje teksty na NE są bardziej dopracowane niż na konkurencyjnych portalach, lecz jest to naturalne , gdyż przechodzą korektę, i żadnej mojej zasługi w tym nie widzę, a korektora. Podobnie jest pewnie z tekstami innych Autorów, bo, który korektor działałby na szkodę dzieła?
Tak, jest kontynuacja przygód Klaudii i Radka (seria Dwa serca, dwa smutki), która liczy obecnie 8 odcinków tylko…
Szanowany autor (a takim chce być), winien krytyczne, konstruktywne uwagi poprawić, brać sobie je do serca, gdyż w ten sposób daje Czytelnikom znak, ze ich szanuje i ich zdanie coś znaczy. W mojej sytuacji trudno jest poprawić, wskazywane błędy natury fabularnej i podłoża psychologicznego bohaterów, gdyż kolejne części są napisane (w chwili obecnej dziesięć odcinków do przodu) przez co Czytelnicy odnoszą wrażenie że mam ich uwagi głęboko w czterech literach, a co gorsza, kolejne odcinki generują kolejne uwagi i zdenerwowanie, tych którzy jeszcze czytają kontynuację. Poprawić dziesięć odcinków nie jestem w stanie, gdyż wyprostowanie postaci, to nie to samo, co zamiana powtórzeń, modyfikacja dialogów i poprawki w strefie warsztatowej.
W chwili obecnej coraz bardziej zaczynam pogrążać się i tłumaczyć zachowania bohaterów, a argumentów zaczyna mi powoli brakować.
Postać Klaudii, była „strawna” dla Czytelników przez dwa odcinki Bałtyckiego Rybaka Dusz (2-3), od pierwszego odcinka 'Strażniczki Bałtyku”, zaczyna się równia pochyła tej bohaterki. Najpierw zarzut że jest „cyborgiem z miesiączką”, potem „damsel in distress” (828 i 66 metrów), nie wspominając o tym że Czytelniczki twierdzą że jest niepoważna i głupia. W IDA-59M padają już konkretne zarzuty dotyczące braku dbałości w pokazaniu głębi psychologicznej, nieznajomości kobiecej psychiki i stylu scen erotycznych. Odcinek „Biełka”, nieco ratuje serię, ale od I odcinka „Ducha Lewantu”, bohaterka zaczyna ponownie szorować po dnie, a wprowadzenie do akcji Wiktora powoduje efekt przeciwny do zamierzonego. Dalej, to tylko gorzej, gdyż Klaudia zostaje oceniona przez Czytelników jako głupia idiotka, a dodatkowo „Wilcza sfora”, co u niektórych Czytelników wywołuje kontrowersje, a odcinek nazwany zostaje propagandowym dziełem, o niewłaściwym wydźwięku. Ostatnie odcinki, zostają porównane do opery mydlanej, a opisy i cechy postaci, podobnie jak opisy seksualnych aktów, przerysowane. Jeżeli jeszcze ta seria nie osiągnęła dna, to już po nim delikatnie szoruje.
Słowem, jestem w stanie zareagować na wskazane błędy w postępowaniu bohaterów (wskazane powyżej) lecz z inercją sześciu odcinków, co nie daje efektu, że biorę je sobie do serca. Głęboka modyfikacja napisanych opowiadań, spowoduje że sam zagubię się w fabule, mając w głowie tę poprzednią, a to klucz do porażki na całej linii. Zamysł autora rozjechał się z oczekiwaniami Czytelników.
Kolejna sprawa to zaszufladkowanie się i chyba każdy wie o co chodzi. Każda wytworzona fabuła jest przewidywalna, konstrukcja bohaterów to lekka modyfikacja, zmienia się tylko miejsce akcji i jej tło. Ciężko zaskoczyć Czytelnika.
Sagi mają to do siebie, że winny trzymać poziom i nie odstawać zbytnio, tutaj zauważam, ze każda kolejna leci w dół. Trzynaście odcinków to sporo, Czytelnik, gdy zauważy spadek, odejdzie. Lepsze są krótkie (2-3 odcinki) lub one-shoty.
Czy jest to wywieszenie białej flagi? Raczej wycofanie się, kiedy jeszcze na to czas, by nie pogrążać się jeszcze bardziej. Kolejna seria to mix harlekina z sensacją. Tylko pierwszy odcinek (kontrowersyjny) to wojenno-militarny styl (choć w planach są jeszcze epizody o takim podłożu w IX i X odcinku).
Mądrość dla mnie jest jedna – pisać na bieżąco, gdyż wtedy można w kolejnej opowiastce, szybko naprostować błędy wytknięte wcześniej.
Dlatego też twierdzę, że zakończenie tej serii, tylko i wyłącznie na „Bałtyckim Rybaku Dusz” byłoby najlepsze, ale cóż, głupim ja, jak wykreowana przeze mnie Klaudia i kontynuowałem dalej. Zaryzykowałem i co się stało, to się nie odstanie.
Nie użalam się nad sobą (choć niektórzy tak mogą to odebrać), to sucha, chłodna analiza, którą przeprowadziłem i wyciągnąłem z niej wnioski.
Yen
2026-02-04 at 17:24
Sporo czasu poświęcasz na analizę komentarzy.
Rozumiem Twoje obawy, że czytelnik – zobaczywszy, że nie wprowadzasz zmian, o które Cię prosił – porzuci czytanie… Ale jak nic nie opublikujesz, to nic nie przeczyta 😉
Chyba chodzi jednak o EGO.
Ubij Klaudię w kontynuacji, uczyń Radka/Wiktora samotnym ojcem albo wymień bohaterów na innych, zostawiając fabułę bez zmian.
jammer106
2026-02-04 at 18:05
Droga Yen,
Komentarze (przynajmniej dla mnie) są motorem napędowym, by pisać dalej. Jeżeli komentarzy brak, to opowiadanie usycha, a autor (mówię za siebie) nie wie czy dobrze napisał, czy tez nie. Mamy jeszcze oceny, ale tymi można sterować i zbytnio na nie nie zwracam uwagi. Mamy tutaj dzieła, o wiele lepsze od moich, a oceny są niższe, co traktuję jako niesprawiedliwość.
Gdyby chodziło o ego, to postąpiłbym tak jak co niektórzy Autorzy, którzy tu publikowali – prośba o skasowanie opowiadań i wyniesienie się z portalu. Nie potępiam ich, każdy ma prawo postąpić jak uważa. Może za dużo sobie biorę do bani, może na siłę chcę osiągnąć perfekcję i zadowolić Czytelników, choć zdaje sobie sprawę, że wszystkim nie dogodzę.
W komentarzu pod poprzednia częścią, prosisz bym nie uśmiercał zwierząt, a tutaj sugerujesz ubicie bohaterki. Ciekawy zabieg.
Jeżeli Radek/Wiktor ma być samotnym ojcem, to i rosyjska żona, ma pagibnać. No chłopina chyba by się załamał i sam walnął sobie w czerep, bo strata trzech kobiet + pies i kolegów z Hoplita 01, o towarzyszach z Biesłanu już nie wspominając powaliłaby mamuta.
A, tak na poważnie – fabułą w kontynuacji to przeplatanka tego co się dzieje u Wiktora i Klaudii, więc musiałbym fabułę po jej śmierci budować od nowa i połowa odcinków idzie do kosza, bo bohaterka zginęła. Szkoda wyrzucić to co napisałem , nie mając pewności że stworzę coś lepszego. To 8×30 stron czcionką Arial 12, co nam daje około 240 stron.
„Ale jak nic nie opublikujesz, to nic nie przeczyta 😉” – czasami lepiej nic nie opublikować, niż puścić gniota, na którego wyleje się wiadro ( tu niech każdy sobie dopowie).
Na razie przed Czytelnikami dwa odcinki.
Pozdrawiam.
Caraxes
2026-01-31 at 16:22
Klaudia o Sebastianie: „nie, to tylko tymczasowe zauroczenie”.
A mógł głupią pizdę zostawić na tej łodzi podwodnej.
Wiem, że odnalazła po latach cudownie ocalałego narzeczonego, ale sposób, w jaki potraktowała Sebę woła o pomstę do nieba. A on się dla niej, głupi, narażał. I planował spędzić z zołzą życie.
Wiktoradek postawiony w podobnej sytuacji reaguje zupełnie inaczej. Owszem, zdradza Katię, ale nie unieważnia na zawołanie związku ze swoją żoną, wykłada Klaudii jak mają się sprawy. To zdecydowanie dojrzalsze i bardziej uczciwe zachowanie.
Jak widzę zachowanie Klaudii, zastanawiam się, co w ogóle widział w niej Radek. Mam wielką nadzieję, że do niej nie wróci.
Jest jeszcze nadzieja, że terroryści kropną Klaudię podczas operacji „Hydra”. To rozwiązałoby wiele problemów pozostalych bohaterów. Wiktoradek wróci do żony, a Sebastian trochę popłacze, ale młody jest, otrząśnie się. I nigdy nie dowie się, jakiego losu uniknął.
jammer106
2026-01-31 at 17:09
Dalsza część cytowanego dialogu brzmi ” teraz to wiem, teraz kiedy cię odnalazłam” i to może delikatnie zmienić kontekst.
Kochała go, pogrzebawszy Radka , a teraz gdy ten się odnalazł (słowo teraz), zdała sobie sprawę,że tak naprawdę kocha tylko jego.
Sebastian i tak by ją najprawdopodobniej uratował, wszak była najsłabszym elementem na pokładzie 828. Bez względu czy był w niej zabujany, czy też nie.
Do końca nie była pewna uczucia, dlaczego przesuwała zaręczyny. No tyle na jej obronę, choć niektórzy odbiorą jej zachowanie jako wyrachowanej kobiety ( i głupiej, co nieraz zarzucono).
Wiktor zna realia rosyjskie, diametralnie inne niż polskie, gdzie za dezercję- w najlepszej sytuacji kolonia karna i poniewierka rosyjskiej rodziny.
Jak to wszystko się zakończy, nie zdradzę chwilowo.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.