Przygody Menandra: Agora (Megas Alexandros)  5/5 (15)

12 min. czytania

Poeta Menander cierpiał na bezsenność.

Oto wielkimi krokami zbliżały się panhelleńskie Igrzyska Istmijskie, na których, oprócz zawodów sportowych, organizowano również największy konkurs poetycki w Grecji. Niestety, praca nad poematem, który chciał zaprezentować w Istmii, nie posuwała się naprzód ani w połowie tak łatwo i chyżo, jak tego oczekiwał oraz pragnął. Choć do rozpoczęcia igrzysk został ledwie miesiąc, wciąż brakowało mu co najmniej kilkuset strof, a więc niemal połowy zaplanowanego dzieła. Co dzień zasiadał zatem nad woskową tabliczką – i co wieczór wstawał od niej, pozostawiwszy ledwie parę słów lub dwa rozczarowujące wersy. Nocami zaś, gdy szukał ukojenia we śnie, nachodziła go gonitwa myśli – a każda zdawała się bardziej ponura od poprzedniej. Może po prostu się do tego nie nadaje… Może niewłaściwie obrał sobie fach i profesję…

Wszak jego ojciec, przedwcześnie zmarły Diopeithes, był zręcznym politykiem i wcale sprawnym wodzem, sławiącym oręż Ateńczyków aż po Tracki Chersonez. Może syn powinien udać się w jego ślady, zamiast stawać do zapasów z muzami? Niegdyś uważał się za ich kochanka, zaś twórczy akt przychodził mu z równą łatwością jak spółkowanie. Najwyraźniej jednak utracił względy owych boginek. Erato i Euterpe nie przychodziły już doń niczym chętne i spragnione dziewczęta, nie pozwalały spijać nektaru natchnienia ze swych kusząco rozchylonych ust. Nawet Talia, patronka komedii, szerokim łukiem omijała jego progi, co źle wróżyło szansom młodzieńca na festiwalach Lenajów i Dionizjów Wielkich.

Jedynymi utworami, które tworzył ostatnio z irytującą wręcz łatwością, były polityczne przemówienia – zamawiane po cichu przez bogaczy, pragnących brylować na Zgromadzeniu Ludowym, którym jednak brakło potrzebnej do tego elokwencji. Choć Menander z racji wieku nie miał jeszcze prawa przemawiać na obywatelskich wiecach, gdzie decydowano o sprawach Miasta i otaczającej je Attyki, zdążył już stworzyć dwa tuziny prawdziwych oratorskich popisów. Te zaś przyniosły nie tylko niezasłużoną sławę wygłaszającym je mówcom, lecz także kolejne zamówienia. Dzięki sowitym honorariom, znacznie przewyższającym dochody ze skrawka kamienistej ziemi, który odziedziczył po rodzicielach, był w stanie wyremontować wreszcie swój ateński dom i zakupić dwie niewolnice, by o niego dbały. Mimo to miał głębokie poczucie niespełnienia, a także wrażenie, że marnotrawi czas i twórcze siły. Za pięćdziesiąt, sto czy tysiąc lat nikt już nie wspomni mowy o konieczności zwiększenia importu zboża z kraju Scytów ani panegiryku wygłoszonego na cześć zwycięstwa króla Aleksandra nad Sakami. A już na pewno nie będzie pamiętał o ich prawdziwym, lecz utajonym autorze.

Menander zaś pragnął nieśmiertelnej sławy, którą przynieść mu mogły jedynie dzieła ogłoszone pod własnym imieniem. W zeszłym roku dwukrotnie już się o nią otarł. Najpierw, na festiwalu Lenajów, zdobył wieniec za debiutancką komedię „Tarcza”. Następnie, na Igrzyskach Pytyjskich w Delfach, jego poemat o upadku Troi otrzymał drugie miejsce. Zdarzyła mu się również bolesna porażka – odrzucenie przez publiczność jego drugiej komedii, „Dziewczyny z Leukady”, napisanej w hołdzie dla ówczesnej kochanki, hetery Fojbiane. Jedynym pocieszeniem było to, że o porażce zadecydowała nie sama wartość sztuki, lecz niechęć tłumu do jej fundatora – bogacza, przyjaciela Macedończyków i zwolennika oligarchii. Poeta nie tracił więc nadziei, że i „Dziewczyna” zaskarbi mu kiedyś szacunek i uznanie przyszłych pokoleń, w czasach, gdy polityczne konteksty dawno już pójdą w zapomnienie.

Żeby jednak ugruntować swoją chwałę, musiał stworzyć jeszcze niejedno wiekopomne dzieło. Historia rzadko pamiętała o autorze dwóch czy trzech utworów – wyjątek czyniąc jedynie dla boskiego Homera, który podarował helleńskiemu światu Iliadę oraz Odyseję. Menander nie miał złudzeń, że kiedykolwiek dorówna natchnionemu przez Apolla wieszczowi. Dlatego też nie mógł osiąść na zeszłorocznych laurach. Presja, którą sam na siebie wywierał, z czasem zaczęła go paraliżować. Coraz częściej łapał się na tym, że przez wiele klepsydr nie skreślił rylcem ani jednego słowa, z obawy, że przeczytane na głos wybrzmi niegodnie lub chociaż pospolicie.

W przełamywaniu twórczej blokady pomagała niekiedy aktywność fizyczna, dlatego spędzał często przedpołudnia w gimnazjonie, wylewając morze potu i zużywając równie wiele oliwy. Całkiem natomiast zarzucił wizyty w Likejonie, szkole filozofów Arystotelesa i Teofrasta. Choć zawsze mieli dlań dobre słowo, czuł, że rozmowy z nimi nie przynoszą mu tyle pożytku co kiedyś. By poradzić sobie z obecnym kryzysem, potrzebował innych przewodników. Nie wiedział tylko, gdzie ich szukać.

A tymczasem doskwierała mu bezsenność. Próbował już wszystkiego – wieczornego upijania się winem, wdychania oparów opium… Wziął nawet do łoża młodszą i ładniejszą ze swych niewolnic, smagłą i kruczowłosą Bitynkę imieniem Selene. Niestety, nawet spełniony po kilkakroć miłosny akt nie był w stanie przynieść mu wytchnienia. Kiedy dziewczyna zapadła w głęboki sen, on leżał u jej boku, wsłuchany w miarowy oddech, i bez końca czekał na nadejście Hypnosa.

Zresztą, nawet kiedy udawało mu się w końcu trafić do krainy snu, nigdy nie zagrzewał w niej miejsca. Budził się na długo przed brzaskiem i do rana wpatrywał się w sufit sypialni lub też bezsilnie przewracał na posłaniu. W końcu zaczął wcześnie wstawać i wymykać się z domu, niczym złodziej obładowany łupem. Chłodne, wczesnowiosenne powietrze orzeźwiało go i pozwalało zebrać myśli. Wędrując w mrokach przedświtu po krętych uliczkach Aten, wpadał czasem na godną zapisania frazę albo błyskotliwy rym, który potem niósł w pamięci do domu, tak jak niesie się w garści znalezioną w rynsztoku srebrną monetę.

Gdyby miał więcej rozsądku, zapewne poniechałby tych spacerów. Nikt przecież nie patrolował po zmroku zaułków Miasta i samotnemu wędrowcy łatwo mogło się tam przydarzyć nieszczęście. Najwyraźniej jednak jacyś bogowie wciąż miłowali Menandra – albo też nocny zbójcy ignorowali wierszokletów, wiedząc, że rzadko śmierdzą oni obolem. W każdym razie, jak dotąd zawsze wracał z tych włóczęg bez szwanku.

Którejś nocy zawędrował aż na agorę. Pojął, gdzie się znalazł, dopiero gdy budynki rozstąpiły się na bok, ukazując jego oczom szeroki, choć zabudowany plac. Blask gwiazd sprawiał, że marmur, z którego wzniesiono niektóre z nowszych gmachów, zdawał się lśnić. Dotarł tu od południowo-zachodniej strony, po prawicy miał więc Heliaję, sąd ludowy, po lewicy zaś Strategeion, miejsce narad wojskowych. Przez moment zastanawiał się, czy nie zawrócić i nie udać się na spoczynek. Zaraz jednak odsunął ową myśl. W ciągu dnia agora była gwarnym miejscem handlu oraz dobijania wszelkiej maści interesów. Teraz jednak, na parę chwil przed świtem… to miejsce tchnęło harmonią i spokojem. Tego właśnie było potrzeba jego umęczonemu umysłowi. Zamiast więc wracać do domu, skierował kroki na północ, trzymając się zachodniego skraju placu. Minął majestatyczny pomnik Herosów Eponimów oraz stojący za nim Buleuterion, świątynię Apolla; wreszcie długą kolumnadę Stoi Zeusa Eleutheriosa i Ołtarz Dwunastu Bogów.

W ten oto sposób nogi same zaniosły go w okolice Stoi Poikile, Portyku Malowanego. Jego nazwa pochodziła od prezentowanych tam na drewnianych tablicach obrazów, upamiętniających sceny mitologiczne oraz najważniejsze epizody z dziejów Aten. Nagle Menander poczuł nieodpartą chęć ujrzenia ich w pierwszych promieniach słońca, bez konieczności przeciskania się przez tłumy, które na co dzień przelewały się pod kolumnadami. Do chwili, gdy złocisty rydwan Heliosa wzniesie się nad wschodnim horyzontem, zostało może z ćwierć klepsydry. Poczeka na ten moment na schodach portyku.

Rozległy gmach rósł przed nim z każdym krokiem. Wkrótce górował już nad poetą w całym swoim majestacie. Niespodziewanie, w ciszy przedświtu rozbrzmiały odgłosy, które niewiele miały wspólnego z majestatem. Najpierw do uszu Menandra dotarły miarowe pojękiwania. Zatrzymał się w miejscu, próbując ocenić, czy pochodziły z ust kobiety czy mężczyzny. W końcu doszedł do wniosku, że rozróżnia i takie, i takie. Kiedy wytężył słuch, uchwycił również ciche, wilgotne mlaśnięcia, z jakimi ciało uderza o ciało. Nie ulegało wątpliwości – ktoś bardzo blisko oddawał się miłosnym igraszkom. W dodatku czynił to pod dachem Stoi Poikile!

W Atenach przyłapanie kogoś na publicznym spółkowaniu nie było wcale takie rzadkie. Wiele ladacznic obojga płci, szczególnie tych najtańszych, uprawiało swą profesję pod gołym niebem, korzystając w tym celu z bram, zaułków czy mniej uczęszczanych podwórek. Jednak czynienie tego na samej agorze, w jednym z najbardziej reprezentacyjnych gmachów, stanowiącym chlubę Miasta – to wymagało szczególnej odwagi albo zuchwalstwa. Wiedziony ciekawością Menander ruszył znowu naprzód, lecz teraz stąpał znacznie ciszej niż poprzednio. Ostrożnie podkradł się do schodów, wspiął na nie i przywarł do najbliższej kolumny. Posłyszał wówczas cichy głos – melodyjny, lecz drżący z pożądania:

– O tak, najdroższy… Nie przestawaj… Jestem tak blisko…

Poeta zdumiał się tymi słowami, a zwłaszcza tonem, jakim je wypowiedziano. Najtańsze uliczne pornai, trudzące się za jeden lub dwa obole, rzadko zwracały się do swych klientów z podobną czułością. Co innego wykwintna hetera – ta zawsze starała się przekonać mężczyznę, z którym akurat była, że jest tym jedynym i najważniejszym w jej życiu. Mimo młodego wieku Menander dobrze już poznał owe zwodnicze niewiasty, które zdawały się lgnąć do opromienionego sławą artysty niczym ćmy do płomienia lampy oliwnej, tylko po to, by porzucić go przy pierwszym niepowodzeniu. Hetery przyjmowały jednak wielbicieli w pysznych willach lub spotykały ich na sympozjonach. Żadna nie zniżyłaby się do kupczenia wdziękami na progu gmachu publicznego.

A zatem kobieta musiała być zwykłą ulicznicą, choć niepozbawioną talentu aktorskiego. Młodzieniec spodziewał się, że klient zignoruje jej słowa lub też wulgarnie je wykpi. On jednak wydyszał:

– Ja również, słodka Hipparchio… Razem wespnijmy się na ten szczyt…

Coraz bardziej zaintrygowany Menander wyjrzał ze swojej kryjówki. Para znajdowała się ledwie o parę kroków od niego. Niewiasta, mocno pochylona do przodu, wspierała się rękoma o kolumnę. Miała na sobie peplos albo chiton, uniesiony teraz powyżej bioder, tak że wypinała w stronę kochanka całkiem odsłonięte pośladki. Poeta żałował, że nie może dostrzec jej twarzy, opuściła bowiem głowę. Widział tylko ciemne, rozpuszczone włosy, spływające w dół po naprężonych ramionach. Mężczyzna o imponującej brodzie i szerokich barkach, stał tuż za nią i z ochotą pracował biodrami. Był nagi – jego własna szata leżała porzucona na wypolerowanej tysiącami sandałów posadzce. Zapewne pozbył się jej dla wygody, by nie musieć jedną ręką podtrzymywać długiego materiału. Dzięki temu obydwoma dłońmi mógł miętosić i ugniatać kształtny tyłek ladacznicy, która reagowała na jego starania coraz głośniejszymi jękami.

Pierwsze promienie słońca dosięgły Portyku Malowanego i wpadły pod jego spadzisty dach. W tej właśnie chwili brodacz wydał z siebie chrapliwy okrzyk i przywarł podbrzuszem do kobiecych pośladków. Wstrząsnął nim silny dreszcz, który niemal natychmiast przeszedł na ciało niewiasty. Menander patrzył zafascynowany, jak porne i jej klient przeżywają wspólnie rozkosz. Jeśli tylko udawała, czyniła to wielce przekonująco. Czyżby jeszcze jeden przejaw talentu scenicznego? Młodzieniec nigdy nie rozumiał, dlaczego niewiastom zabraniano grać w spektaklach, które regularnie wystawiano w teatrze Dionizosa. Był przekonany, że niektóre z nich pobiłyby na głowę najlepszych męskich aktorów epoki.

Tymczasem para dochodziła do siebie po niedawnych uniesieniach. Brodacz powoli cofnął biodra i wysunął się spomiędzy ud ladacznicy. Chcąc nie chcąc Menander zauważył, że był całkiem hojnie obdarzony. Kołyszący się między nogami członek lśnił od miłosnych soków. Zanim mężczyzna schylił się po porzucone na podłodze odzienie, wymierzył jeszcze siarczystego klapsa w pośladek swej kochanki.

– Doprowadź się do porządku, moja miła – rzekł rozbawionym tonem. – Spójrz, kiedy raczyliśmy się sobą nawzajem, wstał nowy dzień! Pora pokłonić się boskiemu Heliosowi.

Szatynka – teraz, w lepszym świetle, Menander mógł ocenić kolor jej włosów – oderwała ręce od kolumny i wyprostowała się. Poeta tylko przez moment oglądał jej łono, nim podciągnięta szata na powrót opadła w dół. Zapamiętał, że ozdabiała je ciemna, gęsta kępka. To również było nietypowe dla pornai, które zwykle gładko goliły podbrzusza, czasem tylko zostawiając wąski pas owłosienia bezpośrednio nad sromem.

Menander uniósł wzrok. Niewiasta miała twarz szczupłą i nieco pociągłą, rysy zaś proporcjonalne i harmonijne, podobne do tych, które zwykle nadawano posągom boginek. Mogła mieć jakieś dwadzieścia lat. Rozpuszczone włosy przydawały jej nieco barbarzyńskiego wyglądu. Szczególną uwagę przyciągały oczy – duże, uważne, bystre… i wpatrzone teraz prosto w poetę.

Policzki zapłonęły mu żywym ogniem. Tak skupił się na podniecającym widowisku, że całkiem zapomniał o ostrożności! W pierwszej chwili zamierzał schować się z powrotem za kolumnę, lecz przecież było już na to za późno. Pozostawało robić dobrą minę do złej gry i udawać, że wcale nie przyszedł tu, by ich podglądać. Odchrząknął zatem i pozornie beztrosko wychynął ze swej kryjówki.

– Bądźcie pozdrowieni, dobrzy ludzie – zaczął, starając się słowami zagłuszyć dudniące mu w piersi serce. – Nie spodziewałem się doprawdy, że zastanę tutaj kogoś o tak wczesnej porze. Czy wy również przyszliście podziwiać obrazy mistrza Polignota? Uważam, że wyglądają szczególnie pięknie w pierwszych promieniach słońca…

Brodacz wciągał właśnie przez głowę ubranie. Nie był to chiton, jakiego można by się spodziewać po statecznym obywatelu, lecz chlamida, płaszcz narzucany zwykle na spodnie odzienie, w tym zaś wypadku – bezpośrednio na nagie ciało.

– Zaiste, malowidła Polignota robią wrażenie – rzekł, zwracając się ku poecie. Spoglądał nań bez śladu gniewu czy zażenowania. – Podobnie jak dzieła Mikona, Tazosa i Panajnosa. Nas jednak nie sprowadziło tu umiłowanie sztuki, lecz znacznie bardziej przyziemna potrzeba.

Przysłuchująca się temu szatynka parsknęła śmiechem.

– Mój mąż chciał rzec, że naszła go ochota, by trochę sobie podupczyć – oznajmiła beztroskim tonem.

– Nie przypominam sobie, byś wyraziła sprzeciw!

– To prawda, Kratesie. Pragnęłam tego równie mocno jak ty.

Menander powiódł spojrzeniem od mężczyzny do kobiety i z powrotem.

– Jesteście małżeństwem? – zapytał szczerze wstrząśnięty.

W Atenach rzadko zdarzało się, by żona towarzyszyła mężowi w przestrzeni publicznej, chyba że podczas uroczystości czy festiwali religijnych. A już żaden szanujący się obywatel nie wyciągnąłby swej połowicy z domu po to, by współżyć z nią na agorze.

– Już od ponad pół roku! – oznajmił z dumą brodacz. – Stoi przed tobą Hipparchia, córka jednej z najznamienitszych rodzin z Maronei na trackim wybrzeżu! Zapewne trudno ci uwierzyć, że taka można pani poślubiła nędzarza z nieistniejącego już miasta. Szczerze mówiąc, sam nie mogę w to uwierzyć…

Cudzoziemcy, pomyślał poeta. To trochę tłumaczyło ich ekscentryczność. Ale tylko trochę.

– Może masz pustą sakiewkę – przemówiła do męża Hipparchia. – Noce zaś spędzasz w opuszczonych miejskich portykach, ale bynajmniej nie jesteś nędzarzem, Kratesie. I nigdy mnie nie przekonasz, że dokonałam złego wyboru!

Następnie zwróciła spojrzenie na młodego Ateńczyka.

– A zatem wiesz już, kim jesteśmy. Oglądałeś nas nawet podczas małżeńskich karesów. My jednak wciąż nie znamy twojego imienia.

Przypomniała mu wprawdzie o tym, czego niedawno był świadkiem, lecz zdawała się traktować cały incydent lekko i nie żywić doń urazy. Głębokie poczucie nierealności sprawiło, że dopiero po dłuższej chwili odpowiedział na zadane wprost pytanie.

– Wybaczcie, gdzież moje maniery! Jestem Menander, syn Diopeithesa, z demu Kefisja.

– Skądś znam to miano – mężczyzna w zamyśleniu pociągnął się za brodę. – Czy masz może krewnego, komediopisarza o tym samym imieniu, autora „Tarczy” oraz „Dziewczyny z Leukady”? Jesteśmy wielbicielami jego twórczości!

– O tak! – zawołała Hipparchia. – Szczególnie podobała mi się „Dziewczyna”. Do dziś nie pojmuję, czemu ci głupi Ateńczycy wzgardzili tak dowcipną sztuką!

Menander znowu się zarumienił, tym razem nie ze wstydu, lecz z dumy. Puścił mimo uszu niezbyt pochlebną opinię o swoich współobywatelach. Sam zresztą od pewnego czasu nie cenił zanadto ich gustu.

– Jeżeli słusznie się domyślam – dorzucił Krates – przekaż mu proszę nasze wyrazy uznania!

– Możecie to zrobić sami… bo to ja jestem owym komediopisarzem! Układam również poematy, ostatnio zaś najczęściej polityczne przemówienia. Sami rozumiecie, z czegoś trzeba żyć…

Oboje przypatrywali się poecie, jakby zastanawiając się, czy stroi sobie z nich żarty. Zdawał sobie sprawę z tego, kogo widzą: podrostka, który nie musiał jeszcze zbyt często golić policzków. Zbyt młodego, nie tylko by przemawiać na agorze, ale i odbywać szkolenie wojskowe dla efebów.

– Wierzę ci – po krótkim namyśle oznajmiła Hipparchia. – Wszak obydwie sztuki, które tak sobie upodobałam, przepełnia młodzieńczy żar oraz witalność. Doprawdy nie wiem, jak mogłam wcześniej tego nie zauważyć. Przecież nie ma prawa stanowiącego, że dramatopisarze to mężczyźni w sile wieku oraz siwowłosi starcy. Uległam konwenansowi, choć razem z mężem staramy się je zwalczać!

– Szczęśliwe jest miasto, które ma taką młodzież! – zawołał z entuzjazmem Krates. – Nie posiadamy wiele, pozwól jednak, że wyrazimy podziw dla twej sztuki, zapraszając cię na śniadanie! Nieopodal agory znajduje się tawerna, w której podają wyśmienite smażone węgorze!

– Tylko czy stać nas na posiłek w tym miejscu?

W głosie jego żony po raz pierwszy wybrzmiał niepokój oraz coś na kształt zakłopotania. Brodaty mąż wydobył skądś mieszek, rozchylił go i zajrzał do środka.

– Mam trzy obole – stwierdził po chwili spędzonej na bezgłośnym liczeniu. – Starczy na godny posiłek… dla mistrza Menandra. My obejdziemy się ze smakiem.

Poeta przyjrzał się parze. Teraz, gdy pod dach Stoi Poikile wpadało więcej promieni słońca, ujrzał, że suknia kobiety, niegdyś modna i uszyta z dobrej jakości lnu, była w paru miejscach przetarta i przybrudzona. Dawne pyszne barwy niemal całkiem wyblakły. Odzienie mężczyzny było w jeszcze gorszym stanie. Chlamida roiła się od łat, a w jednym miejscu ziała niezaszyta jeszcze dziura. Uświadomił sobie, że ma do czynienia z dwojgiem nędzarzy. A przecież zamierzali podjąć go po królewsku tylko dlatego, że skomponował parę nienajgorszych komedii. Na taką życzliwość nie godziło się odpowiedzieć inaczej niźli wzajemnością. Na którą zdobył się tym łatwiej, że zdążył już polubić owe nietuzinkowe małżeństwo.

– Nie zwykłem jadać samotnie, kiedy moim przyjaciołom z głodu burczy w brzuchach! – oznajmił z uśmiechem. – Dlatego to ja zapraszam was do siebie na śniadanie! Moje służki nie przygotowały wprawdzie węgorzy, ale i tak najemy się smacznie i do syta. A nade wszystko najemy się wszyscy!

Menander nie był zaskoczony, kiedy skwapliwie i z wyraźną ulgą przyjęli jego zaproszenie. Choć ciało Hipparchii nie straciło jeszcze miłych dla oka krągłości, dla Menandra było jasne, że zarówno ona, jak i jej mąż pożywiali się licho i rzadko. Kto wie, na jak długo starczyć im musiały tamte trzy obole, za które Krates chciał wyprawić dlań smakowitą ucztę. Zastanowiła go owa rozrzutność, nietypowa wszak dla biedaka, zmuszanego sypiać w opustoszałych nocami portykach. Pamiętał również jego słowa o pochodzeniu z nieistniejącego już miasta. Postanowił, że gdy tylko zasiądą do posiłku, wypyta brodatego mężczyznę o przeszłość. O ile oczywiście temat ten nie okaże się nazbyt bolesny.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Dobry wieczór,

dziś inauguruję nową serię. Perska Odyseja utknęła w głębi Azji, Babilońska Niedola siłą rzeczy rozgrywa się w tytułowym mieście… dzięki Przygodom Menandra mam wreszcie sposobność by zajrzeć do mojej ukochanej Hellady. W zamyśle ma to być nieco lżejszy cykl, z mniejszą dozą makabry, a nieco większą humoru. A także z licznymi cameo ze strony mniej lub bardziej słynnych historycznych postaci. Jak wyjdzie? Zobaczymy!

Jak zawsze wielkie podziękowania należą się Atenie, która skorygowała moją pisaninę – liczę, że z uwagi na niewielką obszerność tego rozdziału, nie miała z nim zbyt wielkiego utrapienia!

A teraz zapraszam do lektury
M.A.

Witaj Aleksandrosie autorze!
Wstęp rzeczywiście lekki. Czyta się tak latwo, że po dojściu do ostatniej kropki chce się zawołać: „I już?…”
Jak często będziesz nas raczył kolejnymi losami poety?
O to, czy rzeczywiście Greczynki wtedy depilowaly się w kroku (i to te tanie!) nie pytam, wierząc w Twoją znajomość takich szczegółów. Ale tabliczki? Gliniane? Na pewno?
Internet podaje, że używano papirusu, tabliczek pokrytych woskiem (jak w średniowiecznej Europie), metalowych, zwyklych deseczek (czym na nich pisano?) i wchodził pergamin. O glinie nie piszą; to chyba w Babilonie, ale korelowało to z rodzajem pisma (klinowe). Trudno mi sobie wyobrazić pisanie notatek na glinie stylusem, „rysującym” bądź co bądź skomplikowane wzory greckiego pisma. I potem co? Wypalanie? I to w brudnopisie?
Jak noszono takie wiersze do odczytania przed oceniającym tłumem? Jeden niewolnik wystarczył dla poematu? 🙂
Możesz mnie oświecić?
A na koniec: dowiedziałem się co to „dem”. 🙂

Witaj Tompie!

Ponieważ przygody Menandra będą raczej krótkie, mam nadzieję, że będą pojawiać się częściej niż odcinki moich głównych serii. Sam wątek Kratesa i Hipparchii rozpisany jest na trzy rozdziały, ostatni może nieco dłuższy od tego.

Gliniana tabliczka to oczywiście pomyłka po mojej stronie, dziękuję za jej wytknięcie 🙂 Zaiste, gliniane tabliczki były używane raczej na Bliskim Wschodzie, a w Helladzie w dużo wcześniejszym okresie mykeńskim. Grecy stosowali oczywiście tabliczki woskowe i tak właśnie skorygowałem tekst.

Odpowiadając na Twoje pozostałe pytania: wiersze przeznaczone dla szerszej publiki noszono w głowie. Hellada nie znała raczej odczytów, które zresztą byłyby niewygodnie z uwagi na kształt ówczesnych książek (rozwijany zwój papirusu/pergaminu albo stos tabliczek). Utwory, nawet długie, deklamowano, wkładając równie wiele uwagi w sposób podawania tekstu, jak i w sam tekst. Mimo wysokiego poziomu alfabetyzacji (przynajmniej w porównaniu do np. średniowiecza), królowało wygłaszanie tekstów z pamięci – zarówno utworów literackich, najczęściej wierszowanych, jak i przemówień politycznych. Pamiętajmy, że edukacja w helleńskich poleis polegała przede wszystkim na nauce na pamięć Iliady i Odysei – więc ludzie mieli wyćwiczone umysły do zapamiętywania dłuższych porcji tekstu.

Co do depilacji – w starożytności były rozmaite przyczyny, dla których kobiety, a czasem również mężczyźni – usuwali owłosienie z ciał, od higienicznych, przez estetyczne, po religijne. W Egipcie kapłani i kapłanki usuwali całe owłosienie, również z głów (kobiety nosiły peruki, mężczyźni często po prostu pokazywali światu łysinę), co miało znaczenie dla potrzebnej im rytualnej czystości. W Grecji i Rzymie wydaje się, że był to przede wszystkim standard estetyczny wyrażony choćby w posągach – o ile pomniki np. Zeusa, Posejdona czy Heraklesa mają pieczołowicie odwzorowane owłosienie łonowe, o tyle łono kamiennej Afrodyty pozostaje gładkie. Podobnie jest na późniejszych malowidłach rzymskich np. odnalezionych w Pompejach. Na czerwonofigurowych malunkach wazowych zwykle zastosowana perspektywa utrudnia obserwację kobiecych podbrzuszy, ale na tych nielicznych, gdzie je widać, również najczęściej są gładkie.

Jak wyglądało to w praktyce? Zapewne różnie, ale przynajmniej lepiej zarabiające pornai oraz hetery mogły sobie pozwolić na pogoń za ideałami urody. W Rzymie profesja golarzy była rozpowszechniona i nie zajmowali się oni tylko głowami swych klientów (na co narzekał któryś z mieszkających w mieście literatów, bo miał w okolicy taki warsztat i codziennie budziły go krzyki ludzi, którym wyrywano włosy spod pach). Nie ma powodu by sądzić, że w Grecji było inaczej.

Pozdrawiam
M.A.

Recytowano z pamięci, piszesz? Poeci i inni twórcy – rozumiem. Ale podajesz, że Menander pisał mowy na zamówienie. Zleceniodawcom musiał je jakoś dostarczyć na piśmie. Na jakim nośniku? Obstawiałbym jednak papirus. A zleceniodawca chyba musiał intensywnie ćwiczyć przed występem, zapewne pod okiem (uchem?) autora, bo nie o same słowa chodzilo, ale o dykcję, do której wtedy przywiązywano większą wagę, niż dziś. Czy wtedy w Grecji byli już retorzy? Czy był nim Menander? Może nie sprzedawał mów na piśmie, a jedynie w formie nauki wypowiedzi?

Można się domyślać, że albo na tabliczkach woskowych, albo, po przepisaniu na czysto na papirusie (konkurencyjny pergamin zaczęto wytwarzać na dużą skalę nieco później). A potem ten polityk musiał się całej mowy nauczyć na pamięć (najlepiej z właściwą gestykulacją oraz moderacją głosu). Ćwiczenie może się odbywać zarówno pod okiem samego autora, jak i któregoś z licznie przebywających w mieście sofistów. Zapewne wielu z nich było bardziej doświadczonych od Menandra w sztuce przemawiania na Zgromadzeniu Ludowym i całego teatru ówczesnej polityki.

Sofiści byli profesją co najmniej równie starą jak ateńska demokracja. Już Sokrates (jakieś 100 lat przed opisywanymi wydarzeniami) miał z nimi do czynienia, ba! Był nawet przez niektórych, choćby Arystofanesa, zaliczany do tego grona, choć on sam nigdy się na to nie godził i podkreślał różnice między nauką dobrego życia, jaka płynęła od niego (bezpłatną), a sprzedawaną przez sofistów praktyczną wiedzą o manipulacji słuchaczami.

Pozdrawiam
M.A.

Bardzo przyjemne, lekkie opowiadanie. Trochę inna odsłona życia w ówczesnych Atenach, tymczasem bez intryg i zbrodni politycznych czy obyczajowych. Skoro już poruszono temat zarostu i depilacji, to i ja wtrącę trzy grosze. Krates najwyrazniej hołduje starym obyczajom, nosząc brodę. W epoce klasycznej była ona symbolem męskiej siły (bogów, zwłaszcza Zeusa, przedstawiano z brodą), bez zarostu występowali młodzieńcy, efebowie. Ale w epoce Aleksandra Wielkiego moda zaczęła się zmieniać. Impuls dał sam Aleksander. Objął władzę w stosunkowo młodym wieku i brody nie zapuścił. Nie zalecał też brody swoim hetajrom, jakoby dlatego, że podczas bitwy wróg mógłby za nią chwycić i zabić brodatego wojownika. W ten sposób stworzył nową modę. Dodajmy, że w Rzymie o pierwszym golibrodzie zachowała się wzmianka z 299 r. p. n. e., czyli z tej samej w sumie epoki. Rzymianie czerpali wzorce. A pierwszym wybitnym Rzymianinem, który golił zarost był nie kto inny jak sam Scypion Afrykański, sto lat pózniej. Zresztą wielbiciel i propagator kulury greckiej. Tak zrodziła się moda na golenie zarostu. Zmienił ją w II w. n.e. cesarz Hadrian, który chciał jakoby ukryć blizny na twarzy. Odtąd Rzymianie ponownie preferowali zarost.
Pozdrawiam.

Witaj, Neferze!

Opowiadanie jest w zamyśle częścią tryptyku, który będę stopniowo wypuszczał w miarę pisania. Czytelnicy będą mieli lepiej poznać Kratesa i Hipparchię. Zbrodni raczej nie planuję, co do intryg już nie mam takiej pewności 🙂 W Atenach wszystko prędzej czy później okazuje się polityczne.

Co do zarostu, powiem tylko, że fakt, iż Aleksander zaczął się gładko golić, podczas gdy jego ojciec miał porządną, helleńską brodę, pozwoli mi w Perskiej Odysei na zarysowanie w wizualny sposób podziały na macedońskim dworze – kto w pełni identyfikuje się z nowym reżimem, a kto hołduje starym obyczajom.

Pozdrawiam
M.A.

Witam
Ma być lekko, łatwo i przyjemnie? Zobaczymy… 😉

Takie pytanie mam:
Menander się przeprowadził? Z opowieści o perypetiach Demetriusza pamiętałem (i sprawdzilem), że pochodził z demu Hecale.

Kiedy poznamy kolejne wydarzenia z dalekiej Persji?

Pozdrawiam

Witaj, Daeone! Long time no see!

Winszuję spostrzegawczości. W Opowieści Demetriusza napisałem (w trzech miejscach), że niewielka posiadłość rolna, z której owoców utrzymywał się Menander, mieściła się w demie Hecale. I jakoś tak z rozpędu w jednym miejscu napisałem o „Menandrze z demu Hecale”. W istocie historyczny Menander pochodził z demu Kefisja. I nawet nie chodziło o to, że koniecznie tam mieszkał, lecz że jego ród się stamtąd wywodził.

Starożytni Grecy nie znali nazwisk, więc żeby odróżnić od siebie poszczególne osoby noszące to samo imię, używano imienia ojca oraz pochodzenia rodowego. A ponieważ terytorium Attyki dzieliło się na obszary zwane demami (z początku było ich 139), Ateńczycy mogli łatwo odróżnić Menandra, syna Dioipethesa z demu Kefisja, poetę, od np. Menandra, syna Apollodorosa z demu Eleusis, szewca, czy Menandra, syna Diona z demu Araphen, rybaka.

A błąd z „Opowieści Demetriusza” już usunąłem. Wielkie dzięki!

Pozdrawiam
M.A.

Uwielbiam Twoją prozę Megasie. Choć ostatnio z rzadka poświęcam czas na czytanie, nie mogłem sobie odmówić przyjemności obcowania z Twoimi słowami. Tym bardziej iż tekst znacznie krótszy od tego, czym niegdyś częstowałeś. Dziękuję.
Ciepło pozdrawiam,
MRT

Cześć Gregu!

Dziękuję za miłe słowa! Cieszę się, że mimo braku czasu nadal zaglądasz na NE – i do mojej skromnej twórczości. Mam nadzieję, że wrócisz na ciąg dalszy! A jeśli masz ochotę na więcej krótkich tekstów, mogę polecić Twej uwadze mój cykl Wepet Renpet. 3 części, ale każda tworzy zamkniętą narracyjną całość, powiązane są jedynie miejscem i czasem akcji.

Pozdrawiam
M.A.

Pozwolę sobie jeszcze dopytać – ujrzawszy dziś macedońską flagę – czy Diopeithes mógł być świadkiem oblężenia Troi, czy to inna epoka?

Oblężenie Troi, o ile w ogóle było to jednostkowe wydarzenie, które zainspirowało Iliadę, miało miejsce gdzieś w epoce mykeńskiej (1600-1100 r. p.n.e.)

Akcja moich tekstów rozgrywa się (jak dotąd) w latach 331-327 p.n.e. Diopeithes, ojciec Menandra, był aktywny jako polityk i wódz ok. 350-340 r. p.n.e. Wojował z Filipem Macedońskim, ojcem Aleksandra Wielkiego, głównie w Tracji.

Pozdrawiam
M.A.

Leave a Comment