Marta i Hebanowy Rycerz (Historyczka)  4.56/5 (12)

10 min. czytania

Ilustracja: OpenArt

Nazywam się Marta, jestem córką poddanego z Doliny Wrzosów, lecz od siedmiu lat noszę suknię dwórki z herbem królewskiego domu Rodericów. W moich żyłach nie płynie błękitna krew, ale za to mam coś, czego brakuje innym na tym dworze: pamięć jak pergamin i język, który potrafi ożywiać dzieje martwych królów.

Każdego ranka przechodziłam przez chłodne krużganki zamku Therenwald, niosąc pod pachą stare księgi – pełne bitew, zdrad, porwań białogłów, tudzież gwałtów na bezbronnych niewiastach oraz  legend o zapomnianych królestwach. Uczyłam królewskie dzieci historii – tej prawdziwej, nie tej, którą wyśpiewuje bard w sali tronowej.

Dzieci były pojętne, choć rozkapryszone. Najstarszy, książę Elandar, zasypiał na lekcjach, gdy tylko przestawałam opowiadać o rycerzach i wojnach.  Mimo, że uprzednio zuchwale gapił się w mój biust, a nawet zerkał w dekolt, a raz złapałam go na tym, że próbował mi zajrzeć pod spódnicę…  Młodsza księżniczka Lysandra chłonęła wszystko z oczami jak jeziora – mądrzejsza, niż wypadało w jej wieku.

Ale tego ranka było jakoś inaczej.

Strażnik przy bramie pokłonił mi się głębiej niż zwykle, a służka wyszeptała, że do zamku przybył „Gość z Południa”. Król zwołał radę, a rycerze mieli na twarzach ten osobliwy rodzaj napięcia, który zwiastuje albo ślub, albo wojnę.

Po skończonej lekcji, gdym wychodziła z biblioteki, nagle zza filaru wyłonił się On – o postawnej sylwetce w połyskującej zbroi, ciemnoskóry rycerz o spojrzeniu głębszym niż mrok w lochach zamku.

Zatrzymał się i spojrzał na mnie – tak przenikliwie. Jak na kobietę, której się pożąda. Jak na zdobycz, którą chce się posiąść. Poczułam, jak przeszywa mnie dreszcz. Wydał mi się niebezpieczny i to mnie w nim pociągało… Odrzuciłam natychmiast grzeszną myśl, która pojawiła się w umyśle – a jakby to było, gdyby taki mąż zabłąkał się w nocy i trafił do mojej sypialni…?

– Jesteś Martą od ksiąg? – zapytał głosem miękkim jak jedwab, ale z nutą dominacji. Skinęłam głową, choć serce uderzyło o żebra jak ptak w klatce. W jego oczach nie było pytań.

Nazywał się Ser Kaelan, choć nikt z dworu nie śmiał wypowiedzieć jego imienia bez tytułu. Rycerz, czarny jak heban, z Królestwa Cienia, jak mówili szeptem dworzanie, gdzie prawo pisane jest mieczem, a wierność mierzy się krwią. Nikt wtedy nie wiedział jeszcze, dlaczego naprawdę przybył. Miał ponoć złożyć królowi jakąś propozycję. Ale jaką?

Mnie nikt nie pytał o zdanie. A jednak… tego wieczora  Kaelan zaprosił mnie – dwórkę, nauczycielkę, kobietę spoza ich sfery – do zamkowej małej sali z kominkiem.

– Mówią, że znasz każdy wers historii, nawet ten, który inni chcą zapomnieć – powiedział, wodząc palcami po rękojeści miecza, jakby dotykał nie oręża, lecz mojego ciała. Jakby suwał dłonią po moim udzie… pod spódnicą… Natychmiast skarciłam się za tak niegodne myśli.

– Historia nie zapomina niczego, ser – odpowiedziałam nieśmiało.

Milczał chwilę. Gdy zbliżył się o krok, powietrze zgęstniało. Czułam ciepło jego ciała przez tkaninę sukni, jakby zbroja, którą nosił, parowała. Patrzył na mnie jak na tajemnicę, którą chciał odkryć.

– Czy uczysz też… historii… dotyku? – zapytał, ledwie słyszalnie, ale głęboko, jakby słowa wypływały spod powierzchni jeziora.

Moje gardło zaschło. Absurdalne pytanie zbiło mnie z tropu. Jednak natychmiast zrozumiałam, że on ma ochotę… mnie dotykać!

– Dotyk jest najstarszym językiem świata – odparłam cichutko.

Ujął moją dłoń. Nie był to gest dworski. Był zbyt pewny, zbyt nachalny. Przez ułamek chwili chciałam się wyrwać – dla pozoru, dla zasad.

I wtedy właśnie, pośród zapachu jaśminu i gęstniejącego mroku, usłyszałam coś. Krok. Skrzypienie drzwi.

Nie byliśmy sami.

Drzwi do salki pozostały uchylone tylko przez moment, a cienie za nimi zniknęły tak cicho, jak się pojawiły. Ktoś nas widział – tego byłam pewna. Ale Kaelan nie puścił mojej dłoni.

Nie cofnął się. Wręcz przeciwnie – sunął palcami po mojej skórze z takim skupieniem, jakby badał starożytną mapę, jakbym była terytorium, które pragnął odkryć. Eksplorować…

– Twoje ciało opowiada historię, Marto – powiedział cicho, zniżając głos do szeptu, który był bardziej dotykiem niż dźwiękiem. – Ale nie tę, którą czyta się w księgach.

Czułam, jak ogień pełznie po mojej szyi, rozlewając się ku dekoltowi. Serce biło nierówno, a słowa, którymi całe życie się posługiwałam, nagle stały się zbędne. Czułam podniecenie. Czułam ciepło.

– A ty… jakiej opowieści szukasz, Ser Kaelanie? – Udało mi się odpowiedzieć, przełamując nieśmiałość.

Jego usta były już przy moim uchu, a oddech muskający skórę wywoływał dreszcze.

– Takiej, w której nie jesteś tylko nauczycielką królewskich dzieci. W której jesteś kobietą – z duszą i ciałem wolnym od przysiąg. I w której mężczyzna może uklęknąć nie dla króla… ale dla ciebie.

Jego dłoń przesunęła się wzdłuż pleców, aż do talii. Mój oddech przyspieszył, nie z lęku, lecz z napięcia. Oczy zamgliły się od ciepła, które narastało między nami jak burza gotowa runąć z nieba.

Uniosłam głowę. Wtedy wykorzystał to i natychmiast przyciągnął ją do siebie. Mimo, że starałam się go odepchnąć, mimo, że udawałam opór.

Pocałował mnie bez pośpiechu. Delikatnie, ale z siłą mężczyzny, który wie, czego pragnie – i wie, że może to dostać tylko w tej chwili. Dzierżąc krzepko moją głowę, z góry zapowiadając, że nie mogę mu się wyrwać, choć próbowałam uciekać ustami, ale on dopadał ich, jak drapieżny jastrząb dopada bezbronną gołębicę.

Ciało odpowiedziało szybciej niż myśli. Zadrżałam, a w dole poczułam ciepło. Gdzieś w oddali dzwon wybił godzinę – nie wiedziałam którą, nie obchodziło mnie to. Czas przestał istnieć.

Zamek spał. Przesiąknięte historią mury milczały, jakby przewidując, że tej nocy rodzi się coś, o czym nie wolno mówić za dnia. Mimo moich protestów, Kaelan poprowadził mnie schodami w głąb zamku, do starej wieży, gdzie tymczasowo przydzielono mu kwatery. Trzymał mnie tak mocno za dłoń, że czułam się wręcz uwięziona, musiałam iść za nim, krok w krok. W mroku…

W jego komnacie szczapy głośno trzaskały w kominku. Dopiero tu uwolnił mnie z uchwytu, jednocześnie obdarzając siarczystym pocałunkiem  prosto w usta. Stałam przy oknie, opierając dłonie o zimny kamień. Mrok oplatał mnie jak szal, ale obecność wojownika była ciepła, natarczywa i pewna. Zbliżył się powoli. Czułam każdy jego krok – dźwięk skóry zbroi, oddech, który zbliżał się do mojej szyi.

Nie dotknął mnie od razu. Najpierw pozwolił, by napięcie rosło – jakby każde spojrzenie na moją sylwetkę było aktem rozbierania mnie. Aktem lubieżnym. Krok po kroku.
Gdy spojrzałam na niego przez ramię – z pytaniem – uniósł rękę i odgarnął moje włosy.

Pocałunek, który złożył na moim karku, nie był niewinny. Był jak akt ekspansji.

A jednak, mimo mojego oporu, zsunął ramiączko mojej sukni powoli, z czułością niegodną wojownika. Ale w jego dłoniach była siła –  brutalna, stanowcza. Gdy materiał zsunął się z ramiona, dłonie objęły mnie w talii i przyciągnęły.

Oddychał głęboko, jakby zapamiętywał zapach mojej skóry.

Nie rozmawialiśmy wówczas. Język słów stał się zbędny. Teraz mówiły tylko dłonie i usta. W jego spojrzeniu widziałam pożądanie, ale też coś, co zaskoczyło mnie bardziej – dzikość. Zwierzęca wręcz dzikość. I jakby deklaracja: „Już jesteś moja. Nie wywiniesz mi się. Zrobię z tobą wszystko, cokolwiek zechcę. A wiedz, że zechcę wiele…”

Jego usta prowadziły podbój. To napadały na mój kark, to szyję. Atakowały policzki.
Próbowałam go powstrzymywać, ale zbyt słabo… Wzdychając, ujawniałam swoje uniesienie.
Wtedy szarpnął drugie ramiączko sukni. Agresywnie, bezceremonialnie.. Jakby jednocześnie chciał obnażyć mnie, ale też wykazać swą gwałtowność.

Suknia natychmiast zsunęła się na kamienne płyty.

Byłam tak zawstydzona, gdy oglądał mnie obnażoną. Wyraźnie najbardziej przyglądał się moim piersiom. Napawał się nimi. Widziałam w jego wzroku uznanie.
Często mężczyźni, niegdyś nawet wędrowny bard, chwalili mój biust. Bard, próbując mnie uwieść, szeptał mi do ucha, że mam piersi duże i piękne, jako owoce z ogrodu rajskiego, ale chciałby je zobaczyć bez sukni… Zaś pijany podczaszy, podczas którejś z uczt królewskich przydybał mnie w spiżarni i tam po prostacku wygniótł moje cycuchy, jak jakiś narwany obłąkaniec…

Tymczasem hebanowy rycerz zdjął swoją zbroję powoli, jakby każdy element był częścią rytuału. I kiedy w końcu stanął przede mną bez niej – zbliżył się, i zatrzymał palce tuż nad moimi biodrami.

– Jeśli powiesz „nie”… nic ci to nie da. Wprost przeciwnie – powiedział stanowczo, patrząc mi prosto w oczy, jakby już wzrokiem starał się wymusić moją uległość.

– Ależ ser… proszę… nie… błagam… jam skromna i bogobojna niewiasta, oszczędź mą cnotę… – prowokowałam, bo sprawiało mi to olbrzymią przyjemność, choć cała moja dusza krzyczała: „Panie… bierz się za mnie. Bierz hożo… Bez zbędnego pytania. Bez mojego pozwolenia. A najlepiej… wbrew mej zgodzie. Posiądź mnie. Zabierz mą cnotę!”

Noc była bezgwiezdna, jakby sama nie chciała podglądać tego, co miało się wydarzyć.

Rycerz nieśpiesznie przesuwał dłońmi wówczas po moim ciele, z uwagą człowieka, który nie tylko dotyka, ale poznaje tym dotykiem – jakby każda krągłość zdradzała mu tajemnicę, której nie znał jeszcze nikt. Bawił się mną…

Wdech. Mój. Wydech. Jego. I znowu.

Kaelan nie miał w sobie pośpiechu mężczyzn, którzy brali niewiastę od razu, byle ją ucapić, zawlec do łożnicy i czym prędzej wychędożyć. Był jak ogień płonący powoli, z premedytacją. Jego usta opadły na mą szyję, posuwały się niespiesznie,  po czym zatrzymały się na obojczyku, miękko i pewnie, jakby coś sprawdzały. Czułam, jak cała drżę pod wpływem tego, co robił – jakby budził we mnie najgłębsze pokłady uniesienia.

Powodował, że stawałam się tam wilgotna.

Palce rycerza przesuwały się po moich biodrach, linii ud, ramionach. Dotykał mnie jak trofeum, zwłaszcza, gdy szeptałam” „nie… nie…”, -ale jednocześnie jakby składał hołd. Delikatnie, a jednak z siłą, która dawała mi dziwne poczucie podległości wobec zdobywcy.

Nasze ciała dopasowały się jak dwa wersy tej samej pieśni – stworzone, by być razem, choćby przez chwilę. Czułam ciepło jego skóry, napięcie mięśni, bicie serca przy moim.

Jęknęłam cicho, bezwiednie, gdy jego dłoń odnalazła miejsce, którego nikt przed nim nie śmiał dotknąć. Nie bał się. Nie pytał. Ale patrzył – uważnie, głęboko, jakby chciał zapamiętać mnie taką, jaką jestem właśnie teraz: rozpaloną, rozedrganą. Palce badały mnie intensywnie. I głęboko. Przy akompaniamencie westchnień. Rycerz z zadowoleniem przyjął wilgoć między moimi nogami.

Jego wargi ponownie spotkały się z moimi– tym razem całował głębiej, śmielej, z całą mocą pragnienia, które narastało od pierwszego wymienionego spojrzenia. Język zdobywcy wbijał się w me usta. Eksplorował je…

Nie było już nic poza ciałem. Ciepłem. Oddechem. Ręką na piersi. Skórą na skórze. Czarna dłoń mocno kontrastowała z moimi białymi półkulami. Ściskał je. Nie jakby pieścił, ale badał. Gniótł. Czułam, że podoba mu się, że są tak obfite… Wydobywał ze mnie westchnienia i upajał się nimi. Gdy chciał intensywniejszego jęku, ścisnął je mocniej.

Wreszcie położył się na mnie. Poczułam na sobie ciężar wojownika. Prężnego i spragnionego.  W lustrze komnaty widziałam odbicie dwóch ciał – na górze czarnego, na dole białego. Te czarne było nad wyraz aktywne…

Tym razem nie był delikatny i nie czekał długo. Nakierował swoją długą włócznię tam, gdzie zamiarował zadać pchnięcie. I zadał. Mocno, jak na turnieju rycerskim, kiedy kopia zakutego w stal męża z impetem uderza w przeciwnika. Krzyknęłam. Wchodził we mnie z niecierpliwością, patrząc mi w oczy, jakby chcąc z nich odgadnąć co czuję.

Jednocześnie upajał się moimi głośnymi jękami.

Poruszał się we mnie jak człowiek, który walczy – a ja przyjmowałam go, czując, że nie jestem już tylko dwórką. Byłam jego zdobyczą. Napawałam się swoją uległością. W duchu krzyczałam: „O tak, mój hebanowy wojowniku! Dźgaj mnie… rozpychaj me łono… Przebij mnie na wylot… Chcę być przez ciebie wychędożona!”

Każdy ruch, każdy szept, każde napięcie mięśni odbierałam niezwykle intensywnie.
Choć sam akt nie trwał długo…

A gdy przyszedł szczyt – nie jak burza, ale jak fala cicha i wszechogarniająca – przyciągnął mnie do jego ramion, mocno, jakby dowodząc: „Posiadłem cię! Należysz do mnie.”

Czułam wybuchającą w moim wnętrzu lawę. To było jak akt spełnienia. Choć jednocześnie wywoływało dziwny niepokój… „A co, jeśli…?”

Nie wypowiedzieliśmy ani słowa.

***

 

Kaelan odjechał przed świtem. Bez pożegnania.

Nie pozwolono mi nawet stanąć na murach, by patrzeć, jak znika wśród mgły. Usłyszałam tylko stukot kopyt, gdy jego oddział opuszczał bramy zamku – jak echo czegoś, co miało być snem, a stało się wspomnieniem.

Przez następne dni żyłam jak duch. Wracałam do lekcji z dziećmi królewskimi, znów mówiłam o przeszłości, tak jakby moja przyszłość nie pękała właśnie pod sercem.

Z początku nie wierzyłam. Zrzucałam zmęczenie na brak snu, zawroty głowy na napięcie. Ale pewnego dnia, gdy podniosłam z podłogi upuszczony pergamin i zakręciło mi się w głowie, zrozumiałam.

Nie minął tydzień, a zamek już szumiał od plotek. Dwór był jak studnia – wszystko, co wrzucone, powracało echem.

– Podobno dwórka Marta już nie jada z innymi – mówiła kucharka do pomocnicy.

– A niedługo pono będzie sama karmić? – parsknęła ta druga. – Chyba nie nauczyła się tego z ksiąg.

Szeptali wszyscy. O rzeczach, które ktoś widział, a ktoś inny zmyślił.

Nie miałam obrony. Żadnej przyjaciółki, żadnej pozycji, żadnego mężczyzny u boku.

Domyślałam się, że słowa, którymi mi poświęcano, były ostre jak piki. „Puściła się. Wychędożona! Zmajstrował jej czarnego jak sam diabeł bachora! Kurew!”

Jeszcze bardziej obawiałam się, że dworskie pachołki nie tylko będą się ze mnie sprośnie naigrywać, ale i że uznają, że skoro, jako panna poszłam z rycerzem do łoża, to i że oni spróbują zaciągnąć mnie do łożnicy… Ponadto może ich rozzuchwalić to, że przecie brzucha mi już nie zmajstrują…

Psiarczyk Pietrek mi nawet nieprzystojne uwagi szeptał, gdym szła przez dziedziniec, mówiąc, żebym przyszła wieczorem na siano, a on może mi sprezentuje zausznicę…

Zaś stary a wszeteczny łowczy przydybał mnie w zaułku korytarza i wepchnął łapsko pod kaftanik… Wyrwałam się mu, kiedy pakował drugą rękę pod spódnicę…

Kaelan nie wrócił. Nie przysłał gońca. Nie zostawił słowa. A we mnie rosło coś więcej niż dziecko – rosła też złość, lęk i dziwna, bolesna duma.

Kiedy królowa wezwała mnie do swojej komnaty, wiedziałam, że nie chodzi o lekcje.

Stała przy oknie, oparta o framugę, z twarzą zbyt spokojną, by uznać to za dobry znak.

– Znasz historię Eleonory z Północy? – zapytała, nie patrząc na mnie.

– Wydano ją za mąż, bo urodziła dziecko królewskiego stryja – odparłam bez zastanowienia.

– Nie. Zakopano ją w biały dzień, a dziecko zniknęło.

Zapadła cisza. Moje serce dudniło jak bęben wojenny.

– Marta – powiedziała cicho. – Jesteś w stanie błogosławionym, a ojciec dziecka… czarny jak heban mężczyzna, odjechał. Czy mam rację?

Nie zaprzeczyłam.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

O, a mówiło się, że historyczka na NE już nie publikuje!
Z tym większym oczekiwaniem przystąpiłem do czytania.
Jest dużo usterek językowych i sytuacyjnych. Np. warto się zdecydować czy „ser”, czy „sir”.
W sumie, to się zawiodłem. Niedokończone to coś.
Poza tym historyczka bez pończoch to jakaś podróba!

Jedyne, co tu widzę niedokończone, to dalsze losy Marty. Co się z nią potem stało? Pozwolono jej urodzić i wychować dziecko? Stracono za chwilę słabości?

Jest tu zalążek jakiejś dłuższej, ciekawszej historii, szkoda, by się na tym skończyło.

Pozdrawiam
M.A.

Biedna Marta… bez względu na miejsce i czas, w którym występuje, znowu zostaje zbałamucona, uwiedziona, wydupczona i zbrzuchacona. Tym razem jeszcze dodatkowo kulturowo ubogacona przez ciemnoskórego Gościa z Południa. Czyli mówiąc współczesnym językiem, doktora albo inżyniera.

A teraz jeszcze zakopią ją żywcem. Pytanie tylko czy przed, czy po porodzie.

Smutny jest los Marty od ksiąg!

Ale czemu to cięcie w najciekawszym momencie? Chciałam sobie poczytać, jak Kaelan 'wyobraca’ Martę. A tutaj tylko się zaczęło i już koniec? Chcę więcej! Historyczko, pisz ciąg dalszy!

Comeback Historyczki, stał się faktem. Bardzo dobrze, super.
Jak LaVenda stworzył Joannę, tak ona Martę. Specyficzne bohaterki, które jedni pokochają, innym zaś po pewnym czasie się znudzą, ale ten klimat… To jest to coś.
Jestem fanem twórczości Historyczki, tutaj jednak brakuje mi fetyszu pończoch, koronkowej bielizny, toż to znak rozpoznawczy naszej Autorki.
Oceniam opowiadanie ma notę bardzo dobry i czekam na więcej.
Pozdrawiam.

Dziękuję Wam wszystkim za komentarze, która absolutnie mnie motywują! 🙂

Szczerze mówiąc, to nie byłam zadowolona z tego opowiadania, zgodziłam się dlatego, że przekonał mnie Aleksander Wielki.
Naprawdę jesteś wielki 🙂 Niezależnie których aspektów ten przydomek dotyczy 🙂

Podzielam Wasze zdanie co do zakończenia, ale może to właśnie będzie dobry pretekst do kontynuacji? 🙂

P.S.
Też mi brakuje pończoszek. Ale już snuje mi się pewien pomysł w głowie.

Witaj, Historyczko!

Cieszę się z Twojego powrotu na NE. I mam nadzieję, że to nie jest Twoje ostatnie słowo!

Kontynuacja „Hebanowego rycerza” jest tym potrzebniejsza, że trzeba dać szansę Ser Kaelanowi, by zainteresował się uwiedzioną dwórką oraz, a może przede wszystkim, spłodzonym z nią dzieckiem. Wszak nie chciałby pewnie, by podzielili niewesoły los Eleonory z Północy i jej pociechy.

Pozdrawiam
M.A.

Piękny comeback na Najlepszą Erotykę Historyczko! Co Ci się nie podobało w tym opowiadaniu? Bo dla mnie to jedno z Twoich lepszych. Może nie naj, ale co najmniej dobrych.

Ja również uważam, że to ogólnie udane opowiadanie, jedno z lepszych, opublikowanych przez Autorkę na łamach NE. Jest klimat, jest tajemnica, są uczucia i emocje. Jedyne, czego mi brakuje, to ciągu dalszego. Bo historia urwana nie tyle nawet w połowie, co tuż po rozpoczęciu. „To nie początek końca, to zaledwie koniec początku” napiszę, parafrazując słynne zdanie, wypowiedzaine przy znacznie powazniejszej okazji, ale dobrze pasujące do przeczytanego utworu. A więc, do dzieła.

Leave a Comment