
Źródło: StockCake
Gdy tylko spostrzegłem, jak Polka traci przytomność i opada na fotel, odłożyłem martwego psa i doskoczyłem w do niej. Nie wiedziałem, co było tego przyczyną. Podejrzewałem, że zauważyła, jak skracam żywot konającemu towarzyszowi, i to ją tak bardzo przeraziło.
Nie mogłem postąpić inaczej. Ktoś mógłby powiedzieć, że to morderstwo, że nie powinienem tak postąpić. Zaprzeczę – nie wolno pozwolić, by ktoś umierał w mękach, patrząc na cierpienie, gdy nie ma żadnej szansy na ratunek.
„Demon” znajdował się już w psim raju, byłem tego pewien. Wszystko, co uczynił na tym ziemskim padole, gwarantowało mu drogę do „Tęczowego Mostku”. Tak, wierzyłem, że każda istota żywa trafi do raju, czyśćca lub piekła. Zastanawiałem się jednak, czy w zwierzęcym piekle nie ma zbyt wielu wolnych miejsc, w przeciwieństwie do ludzkiego. Pan Bóg chyba musi dobudować jakąś część albo założyć filię ludzkiego piekła, bo złych zwierząt spotkałem mało, a podłych i niegodziwych ludzi całą masę.
– Lekarz, dawaj, zemdlała! – wrzasnąłem na pokładowego doktora, który rozmawiał z pilotami.
Trzymałem ją w ramionach i dopiero teraz zauważyłem, że ma zakrwawioną bluzę mundurową w okolicach piersi.
„Niemożliwe, żeby oberwała”.
Sam dostałem w kamizelkę, dwa razy: raz z przodu, a potem z tyłu, gdzie to Demon przyjął na siebie śmiercionośne pociski. Gdy ładowałem ją do panelu, nie była ranna. Skąd więc ta krew? Kiedy oberwała i dlaczego tego nie zauważyłem?
„Postrzał w pierś to ciężka rana, śmierć” – coś mi tu nie grało.
– Rusz dupę i ściągnij psa z kozetki! – wrzasnąłem na wystrachanego Aloszę, drugiego z uratowanych, który jakby był w innym świecie.
Nawet nie mrugnął oczami. Tkwił na swoim fotelu jak przyspawany, z mętnym wzrokiem utkwionym w jakiś punkt.
„Lekarz, kurwa, jakaś podróbka lekarza, felczer jebany”.
„Priom” zrobił to, o co prosiłem. Wziął w dłonie psie ciało, zwalniając miejsce. Trzymał martwego Demona. Nim pokładowy lekarz zdołał ruszyć cztery litery, przeniosłem nieprzytomną na leżankę. Sprawnie zacząłem rozpinać guziki mundurowej bluzy. Nie miała nic pod nią. Dostrzegłem płytką, ciętą ranę na piersi, która teraz się otworzyła.
„To małe krwawienie, nie mogła z tego powodu zemdleć”.
Śliczne, jędrne piersi, nie za duże i nie za małe. Podobne do tych, które miała Katia. Ktoś musiał zranić Polkę wcześniej.
„Jebane ciapate bydlaki” – złość we mnie buzowała.
Wyciągnąłem z kieszeni kamizelki taktycznej opatrunek osobisty. Rozerwałem opakowanie.
– Zostaw, zrobię to – usłyszałem głos lekarza pokładowego.
Cofnąłem dłoń. Stanąłem z boku, patrząc na jej ciało. Medyk sprawnie opatrywał ranę. Miała zamknięte oczy, oddychała, co dostrzegłem po ruchach klatki piersiowej.
– Co z nią? –zapytałem.
– Żyje, nic jej nie jest, psychika pewnie siadła z nadmiaru wrażeń.
Znów flashbacki. Jakieś wspomnienia, których nie miałem wcześniej. Ja z nią w morzu, pocałunki. Tylko byłem młodszy i ona również. Teraz to mi zakręciło się w głowie. Ledwo trafiłem na niewygodny fotel.
– Wiktor, kurwa, Wiktor, co się dzieje?! – usłyszałem „Prioma”.
– W porządku, w porządku – wyrzuciłem z siebie i zemdlałem.
Ocknąłem się. Nie wiedziałem, ile czasu byłem nieprzytomny.
– Gdzie jesteśmy? – spytałem lekarza.
– Spokojnie, dolatujemy do bazy, o ile ten nasz strucel da radę, bo oberwał – odpowiedział.
Leżałem na podłodze. Tuż obok mnie tkwił martwy Demon. Przynajmniej zadbali, bym był w dobrym towarzystwie.
– 033, odmawiam, dociągnę do Tartus na jednym silniku, powiadomcie, że lądowanie w trybie niebezpieczeństwa – usłyszałem.
Chciałem się podnieść, lecz „Priom” zatrzymał mnie.
– Leż wodzu. Leż, zrobiłeś swoje, pilot ma jaja, dociągnie, daliśmy radę, wracamy wszyscy w kupie.
Zdałem sobie sprawę, że zdjęto ze mnie kamizelkę. Rozejrzałem się, leżała obok. Dwa pociski utkwiły w tyle, kolejne dwa z przodu. Te na plecowej części prawie przebiły kevlarową ochronę.
– Uratowałeś mnie Demon, wygrałeś, oddaje ci punkt. Wygrałeś. – wyszeptałem do leżącego obok ciała.
– KOŁOMA 67 do 033, masz wolne podejście na lądowisko, służby powiadomione, zamelduj widoczność lądowiska.
– 033 potwierdzam, widzę lądowisko. Podchodzę od LIMA.
– Jak ona? – spytałem, patrząc na leżącą na kozetce „Biełkę”, bo tak ją nazwał uratowany lekarz.
– Dobrze, wszystko z nią w porządku – usłyszałem od doktora przypisanego do załogi śmigłowca.
– A reszta? – rzuciłem pytanie, czując ból w klatce piersiowej.
– Idą obok, razem z „Ryczagiem”, i mamy zajebistą asystę, dwa Su-33 z lotniskowca. Jak Air Force One – uspokoił mnie „Priom” – My podchodzimy pierwsi, czuj się jak prezydent – dodał i obaj wybuchliśmy śmiechem.
Lądowisko przy rosyjskiej bazie morskiej Tartus, Syria, kilkanaście minut później.
Wysiadając ze śmigłowca wyglądali jak sfora wilków po walce z przeważającą grupą hien lub szakali. Część kuśtykała, część ledwo szła, ale trzymali fason. „Buran” wraz z „Andkorem” podtrzymywali rannego „Jaśka”. „Hart”, trafiony w ramię, opierał się o „Akułę”.
Stałem i patrzyłem na tych poranionych, pokąsanych „Wolfów”, czując dumę w sercu. Personel techniczny zajmował się postrzelanymi maszynami, sanitariusze i medycy dopadli moich ludzi.
– Jest pan ranny? – zaszczebiotała do mnie jakaś dziewuszka ze służby zdrowia.
– Spadaj, tamci potrzebują pomocy – odparłem z patosem.
Pierwszy zespół lądował na „Kuzniecowie”, tam trafił „Wołk” i zabici.
Doszedł do mnie „Andkor”.
– Wiktorze… – zaczął.
– Przestań kurwa, daliśmy radę – przerwałem mu i objąłem jak brata. – Tylko nie klep mnie za mocno i nie przytulaj, bo chyba znów mi żebra połamali – dodałem.
Nie posłuchał. Mocno klepnął mnie w plecy, tak, aż zawyłem.
Personel medyczny zajął się rannymi. Pozostali zebrali się wokół mnie.
– Smirna!!! – krzyknąłem, gdy z pokładu śmigłowca wynosili zabitego Demona.
Wszyscy zwrócili się twarzą w tamtym kierunku. Każdy przyjął postawę zasadniczą. Przyłożyłem prawą dłoń do głowy, pragnąc mu oddać honor. Pozostali zrobili to samo.
– Stójcie kutasy, zatrzymajcie się, pomóżcie mi! – wrzeszczał „Jaśko”.
– Pomóżcie mu, chce oddać poległemu honor! – krzyknąłem po rosyjsku do sanitariuszy.
Łzy lały mi się z oczu, gdy zobaczyłem, jak ranni Polacy – „Jaśko” i „Hart” pomimo ran i przy pomocy innych stanęli na baczność i zasalutowali, oddając cześć zwierzęciu.
Ostatnia podzięka dla czworonożnych operatorów, wysuniętych zwiadowców i czasami niedocenianych aktorów drugiego planu. Tych, którzy my, ludzie, wysyłaliśmy na pierwszą linię walki, sami bojąc się tam udać.
„Co ja powiem Nadii? Jak to wytłumaczę?” – może niegodnie, ale w tej chwili myślałem przede wszystkim o tym, jak to przekażę córeczce.
Całe szczęście, nieśli go na noszach i jeszcze nieopakowanego w czarny worek. Leżał sobie spokojnie i z pewnością patrzył na nas z Gwiazdozbioru Wielkiego Psa, bo zaiste wielkim psem był.
– Wolna!!! – podałem komendę spocznij.
Podeszła do mnie Polka. Odzyskała przytomność, a ja miałem nadzieję, że chce nam podziękować.
– Jak mogłeś!!! Jak mogłeś mi to zrobić!!! – ona nie krzyczała, ona wyła, i jednocześnie poczułem, jak dostałem w twarz z otwartej dłoni.
Chwyciłem jej nadgarstek, a „Andkor” przejął kobietę i odciągnął na bok.
„Masz kurwa wdzięczność zakładniczki”.
Pojawiali się kolejni sanitariusze i medycy, którzy zabrali ją ze sobą.
W swoim życiu ratowałem wielu ludzi i spotykałem się z różnymi reakcjami, ale nigdy nie oberwałem od uratowanej osoby.
– Przepraszam za nią, to szok, dużo przeszła, wybacz jej – zaczął ją tłumaczyć się „Andkor”.
Machnąłem ręką, choć w głowie wciąż tłukło mi się pytanie, skąd znam tę kobietę? Teraz gdy usłyszałem jej głos, byłem na sto procent pewien, że gdzieś ją spotkałem.
Zdaliśmy broń, ale nie nakazałem jej czyszczenia. To mogło poczekać. Najważniejsi byli ludzie.
– Do lekarza, już, raz, dwa – rozkazałem.
Pakowaliśmy się do podstawionego autobusu. Lądowisko znajdowało się na końcu bazy. W pojeździe czekał na mnie oficer wywiadu i dwóch z rozpoznania.
– „Akuła”, przekaż zebrane dokumenty i resztę sprzętu, który zabraliśmy – poleciłem.
– Ilu? – kapitan z rozpoznania był bezpośredni.
– Dwunastu macie sfotografowanych, potem walka na dystansie, gdzieś ponad dwudziestu, ilu położyliśmy, nie wiem…
– Przestań, przyszły majorze, akcja oceniona wysoko. Gratuluję – przerwał mi i mocno uścisnął dłoń. – Kurwa, jestem pod wrażeniem – dodał.
Polkę wraz z odbitym lekarzem zabrał osobny minivan.
Rentgen wykazał na szczęście tylko pęknięcie dwóch żeber. Zdałem sobie sprawę, że gdyby nie Demon, miałbym dwa pociski w plecach i status czerwonego w klasyfikacji rannych. Czarny był równie prawdopodobny, albo poległy na polu walki. Udałem się do kostnicy. Niewielkiej, bo nikt nie przewidywał dla kontyngentu dużych strat.
– Jeżeli do Denisa, to jeszcze go tu nie ma, śmigłowiec wystartował z nim i będzie za chwilę – usłyszałem od przebywającego tam żołnierza.
– Do psa, mojego partnera – wyszeptałem, mając łzy w oczach.
Zaprowadził mnie niezwłocznie i wysunął z lodówki ciało czworonoga.
– Zostawię pana samego – zrozumiał w lot, o co chciałem go poprosić.
Głaskałem czarną sierść przyjaciela i płakałem. Zastanawiałem się, czy nie pomodlić się za niego. Ostatni raz wtuliłem się w jego ciało, zimne, stężałe, bez życia.
– Nigdy ci tego nie zapomnę – wyszeptałem i wsunąłem zwłoki do chłodni.
Naszpikowany środkami przeciwbólowymi wróciłem do pawilonu szpitalnego. Usłyszałem wrzaski na korytarzu. Rozpoznałem głos Polki.
– Nie, nie wyrażam zgody, nie chcę, zostawcie mnie!!! – darła się na całe gardło.
Przyspieszyłem kroku. Szarpała się z dwoma pielęgniarzami. Nadal była w tym śmierdzącym mundurze. Miała jakiś szał w oczach i niewiarygodną siłę.
„Wariatka, zwariowała w tej niewoli!”
Takie sytuacje się zdarzały, ludzie tracili rozum, ba, nawet popadali w „syndrom sztokholmski”.
– Zamknij się, do kurwy nędzy!!! – wrzasnąłem po polsku i przyspieszyłem kroku.
Wpadłem pomiędzy obu sanitariuszy i odepchnąłem ich. Sprawnie chwyciłem ją za gardło i dopchnąłem do ściany.
– Żyjesz, kurwa! Żyjesz, więc uspokój się!!! JUŻ!!! – teraz darłem się głośniej niż ona.
Nie odczuwałem bólu w klatce piersiowej po podanych mi prochach. Zauważyłem, jak kobieta patrzy na mnie z przerażeniem w oczach i staje się spokojniejsza.
– Radek, puść mnie, Radek – wyszeptała.
Bredziła. Odpływała ponownie. Wrzasnąłem na sanitariuszy, by przynieśli wózek. Nim straciła przytomność, zdołałem ją na nim usadowić.
– Zabierajcie ją – poleciłem.
Z gabinetu wypadł lekarz. Prawie zderzył się ze mną.
– O co chodzi z tą Polką? – zapytałem go.
– Odmówiła badania ginekologicznego, w przypadku kobiet i w sytuacji uprowadzenia ja muszę – przedstawił problem.
„Zgwałcili ją i jeszcze na nią się odlali. Skurwysyny” – buzowała we mnie krew.
– Teraz jest nieprzytomna, niech pan to zrobi, nim się ocknie i bez zbędnego personelu – zrozumiałem jej opór. – I delikatnie. Proszę.
„Kim ja kurwa jestem? Dlaczego go proszę? To nie powinno mnie obchodzić” – tłukło się w głowie.
Stawałem się coraz bardziej nieswój. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nic dobrego to nie zwiastowało. Zadanie wykonane dobrze, awans w kieszeni, a w głowie taki mętlik.
– Dowódco, przywieźli „Wołka”, chce cię widzieć – usłyszałem głos „Prioma”.
Łącznościowiec prowadził mnie do sali, gdzie położono „Wołka”. Leżał w łóżku, a gdy weszliśmy, w jego oczach ujrzałem radość. Podszedłem i chwyciłem zdrową dłoń zastępcy.
– Dałeś radę, stary druhu – rzuciłem.
Nie mógł mówić, pociski naruszyły żuchwę i rozorały policzek po lewej stronie, kolejny trafił go w lewy bark. W ręku trzymał długopis, gestem poprosił „Prioma”, by podał mu notatnik.
„Jana, obiecaj mi. Proszę” – naskrobał.
– Zaraz tu do ciebie przyjdzie – odparłem bez zastanowienia.
Potrząsnął głową. Patrzył na mnie błagalnym wzrokiem i znów zaczął pisać.
„Nie, nie może mnie takiego zobaczyć.”
Nie wiem, ile miałem łez w zapasie, ale czułem, że dużo. Oczy zaszły mi mgłą i stały się wilgotne. Mój zastępca pisał dalej.
„Jak reszta i zadanie? Jak Polacy? Daliśmy radę?”
Głos uwiązł mi w gardle. Nie byłem w stanie nic odpowiedzieć. Patrzyłem na niego szklistymi oczyma. Nieważne było dla niego, że miał zmasakrowaną twarz, teraz okrytą bandażami. Ważne było to, czy wszyscy wrócili cali. Żołnierz z krwi i kości.
– Wszyscy zdrowi, Polacy trochę tam poobcierani, ten fajny od nich to palca małego stracił w lewej ręce, ale da sobie radę wytrzepać jakby co, dwójka zakładników uratowana. No i chyba jeden Kamow do remontu – zastąpił mnie łącznościowiec.
Oczy „Wołka” uśmiechnęły się do nas. Nie widzieliśmy mimiki jego twarzy, miał ją prawie całą obandażowaną, z wyjątkiem oczu i czoła.
– Demon zginął, ale uratował mi życie, moje i zakładniczki – że też ja musiałem przekazywać mu smutne wieści.
Zastępca mocno uścisnął moja dłoń.
Pojawił się lekarz.
– Panowie, przepraszam, mamy zgodę na transport do Damaszku. Tam wyciągną kulę z barku waszego kolegi, za kwadrans syryjski śmigłowiec siądzie na lądowisku. Musimy się spieszyć.
Spojrzałem na „Prioma”. Zrozumiał mnie bez słów. Odwrócił się tylko i szepnął „Jana”. Kiwnąłem głową. Wyszedł.
– Trzymaj się wilku, reszta watahy trzyma kciuki – pochyliłem się i pocałowałem go w czoło.
– Dziękuję – dało się słyszeć spod bandaży.
Wracałem do kontenera. Niedane mi było jednak do niego wejść. Cała ekipa wraz z niepokancerowanymi Polakami tkwiła przed nim.
– Panowie, co jest?
„Andkor” wysforował się na czoło. Patrzył mi prosto w twarz.
– Podobno to wy, Ruscy, chlejecie na potęgę, ale to my zapraszamy na popijawę – rzucił bez ogródek.
– Ochujałeś Andrzej?
Zdębiał. Patrzył na mnie jak na jakiegoś gościa z innej niealkoholowej galaktyki.
– W godzinach służby, choć jednak po robocie, ale w wysokim stanie gotowości, z potencjalnym przeciwnikiem, na terenie rosyjskiej bazy, która jest enklawą trzeźwości… – zacząłem.
Nie mogłem opanować wesołości, patrząc, jak on coraz bardziej staje się poważny i nie wie, co począć. Wziął to sobie chyba naprawdę do serca i miał zamiar się wycofać z tego pomysłu.
– Z wielką przyjemnością, Andrzeju – przestałem go stresować i parsknąłem śmiechem.
– Oż, ty kurwa – usłyszałem i znów mocno klepnął mnie w plecy, aż to odczułem.
Dwóm naszym poleciłem, by jeszcze przez chwilę pozostali trzeźwi. Chodziło o Janę. Gdy dowiedziała się, że „Wołk” jest ranny, pragnęła się z nim zobaczyć. Nie chciałem angażować w to obcych.
Na terenie bazy znajdowała się swego rodzaju pustelnia. Kawałek za ostatnim molem, była niewielka plaża, tuż przy końcu wydzielonego terenu. Zaproponowałem, byśmy się tam udali. Jak to w nieformalnych ustaleniach bywa, któryś z moich musiał pozostać trzeźwy. „Patron” zgłosił się na ochotnika.
Gorzałka lała się strumieniami, a rozmowy były luźne, pełne opowieści i wzajemnych przekomarzań. Walka zbliżyła nas do siebie. Żałowałem, że pojutrze pożegnam ich i pewnie nigdy już się nie spotkamy. „Andkor” zameldował swoim, że wszystko w porządku, a za mnie zrobił to wyznaczony człowiek z bazy.
Po godzinie dołączyli do nas „Hart” i „Jaśko”. Mieli gadane, zbajerowali dwie siostrzyczki z izby chorych i, zasięgając informacji od „Patrona”, dotarli z kolejnym ładunkiem alkoholu. Oczywiście sanitarką, bo ta nie była kontrolowana przez posterunki. Jakich sugestii użyli i czy siostry po tych argumentach nie odczuły przyjemności – nie to mi dochodzić. Pielęgniarki były młode, ładne i stanu wolnego, a „Hart” i „Jaśko”, mimo ran, sprawni fizycznie i przystojni. Miedsiestry wyglądały na zadowolone, Polacy również.
Suma summarum, karetka z kierowcą w postaci jednej z sanitariuszek czekała w rejonie „naszych działań”.
Gdy już sporo wypiliśmy, wpadł „Patron”. Zadałem mu pytanie, a on wskazał mi stojącą z tyłu, w cieniu Janę. Podniosłem się z piachu i podszedłem do niej. Miała smutne oczy i patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.
– Przetłumacz mu, błagam, przetłumacz mu, że ja go kocham. Niech on to zrozumie i jego rana na buzi nie ma nic do tego. On jest… – mówiąc to łkała.
– On jest dobrym człowiekiem. Nie bój się, polecisz z nami do Rosji, on to taki twardziel, ale cię kocha – odparłem, przytulając ją do siebie. – Usiądź. Zostań tu z nami.
Mieliśmy nieźle w czubie, gdy zadzwonił mój telefon. Odebrałem.
– Podniesiono stan gotowości bojowej we wszystkich bazach w Syrii. Po waszej akcji szaleją. Analiza zdjęć mówi, że nie było tam głównego bossa, wyjechał dwie godziny wcześniej i te skurwysyny coś szykują. Kontraktuj się z rozpoznawczym, podobno Polka widziała twarz ich przywódcy. Przesłuchać ją, przytrzymać, daliście do wiwatu. Mają się wszyscy spotkać, cała śmietanka skurwysynów w tym rejonie. Zostajesz z ludźmi. Potrzebujesz wsparcia? – wolno kodowałem to, co usłyszałem.
– Nie potrzebuję wsparcia. Wykonam.
– Dalsze dane przez inny kanał transmisji, jutro o ósmej.
– Przyjął.
Wstałem i dałem do zrozumienia, że nastąpił koniec imprezy.
– Wiktor, co jest? – zapytał polski kapitan.
– Jeżeli masz łączność z UNDOF-em, przekaż im, że nie jest fajnie. Niech wzmocnią ochronę. Odbijając zakładników ruszyliśmy gniazdo os. Będą się chcieli zemścić, na nas i na was – przedstawiłem rzecz w telegraficznym skrócie.
– Wiktor, zostaniemy… – zaczął.
Przerwałem ogólnie przyjętym gestem w siłach specjalnych. Zamilkł.
– Koniec imprezy, do campów – rozkazałem. – Jutro to my stawiamy – dodałem.
– Szkoda, Wiktor…
– Nie gadaj, obyśmy nigdy w siebie broni nie skierowali – przerwałem.
Do kontenera zaprowadził mnie jeden z podwładnych. Zapadłem w głęboki sen.
Lotniskowiec Admirał Kuzniecow, kilka godzin wcześniej. Dwie mile morskie od portu Tartus, Syria.
Sebastian chodził poirytowany. Za wszelką cenę chciał dostać się na ląd i wydawało mu się, że Rosjanie to uniemożliwiają.
Najpierw, po wylądowaniu ratowniczego Ka-27PS z rannym „Wołkiem”, zabitym Denisem i zwłokami „Czarta”, miał nadzieję, że razem z przybyłymi na pokładzie „Pikorem” i „Lochą” wkrótce będzie mógł dotrzeć do bazy morskiej. Spotkał się jednak ze stanowczą odmową. Rosyjski spasatiel, po zatankowaniu, zabrał na pokład poranionego „Wołka”, który na lotniskowcu został tylko wstępnie opatrzony. Z poszkodowanym miał lecieć „Locha”.
– Zostajesz, leci etatowa załoga, medyk z Wympieła i ranny. Nie ma miejsca – odprawiono go z kwitkiem.
Po jakiejś godzinie udał się do dowódcy zespołu koordynującego akcję. Przedstawił swoją prośbę.
– Nadleci za chwilę nasz Mi-8 z bazy lotniczej po ciało poległego Denisa i po psa – usłyszał.
Ucieszył się, ale rosyjski kapitan rozwiał szybko jego nadzieję.
– Nie, nie możesz. Procedury. Ciało żołnierza jest w początkowej fazie rozkładu. Przepisy zabraniają. Przykro mi.
Sebastian odszedł i zaklął pod nosem. Zbliżył się do niego „Pikor”.
– Seba, najważniejsze, że ona żyje – pocieszył kompana.
Wiedzieli, że akcja zakończyła się sukcesem. Pamiętał, jak się bał o nią, gdy dotarła informacja, że leci w postrzelanym śmigłowcu, który utracił jeden z silników. Przez chwilę miał nadzieję, że ratowniczy Ka-27PS wyląduje na lotniskowcu. Wściekał się, gdy pilot zameldował, że dociągnie do lądowiska w bazie.
Jakże pragnął ją objąć, przytulić i całować, mieć ją w swoich ramionach i nie wypuszczać do końca życia.
Odburknął coś do „Pikora” i skierował kroki do przedziału dowodzenia. Zaczepił dowódcę eskadry śmigłowców. Po angielsku przedstawił mu prośbę.
– Przykro mi poruczniku, wszystkie wyloty mam w morze, w Tartus jest uziemiony jeden ratunkowy Ka-27, nic nie pomogę – usłyszał.
– A kiedy wracamy do portu?
– Ćwiczenia kończą się o szóstej rano.
Przypadkowego marynarza poprosił o papierosa. Palił go nerwowo, stojąc na pokładzie lotniskowca. Odnalazł go „Pikor”.
– To wszystko przez tego Wiktora, jebany pewnie kazał im, by mnie trzymali tutaj! – wybuchnął.
Przyjaciel posłał mu zimne spojrzenie. Nabrał powietrza w usta i wypalił prosto z mostu.
– Opanuj się do kurwy nędzy! Jestem twoim podwładnym i gdyby nie to, walnąłbym ci w ryja! Byłem tam! Walczyłem z nimi krótko, ale na temat ruskiego kapitana złego słowa nie dam powiedzieć, choć też mnie zjebał!
Góral nie wierzył w to, co usłyszał. Znał „Pikora” kilka lat i ten nigdy się tak nie zachowywał. Zacięta twarz i zaciśnięte w pięści dłonie świadczyły o wzburzeniu.
– Dużo byś się od niego mógł nauczyć, oj, bardzo dużo! Wiesz co, spierdalam! – zakończył chorąży Formozy, i obróciwszy się na pięcie, zniknął Sebastianowi z oczu.
To zadziałało na podporucznika jak zimny kubeł wody. Siadł w kucki, nie wiedząc co począć. Był zły, że nie poleciał, wściekły, że nie brał udziału w walce. Zdał sobie sprawę, że sam do tego doprowadził. Przeklinał Wiktora, a zarazem mu zazdrościł. A nade wszystko był na niego wściekły. Tylko za co? Za to, że uratował Klaudię? Nie, kurwica go brała, że to nie on. Urażona duma i to, że jako jeden z nielicznych nie powąchał prochu, były przyczyną frustracji i gniewu.
„Dupa z ciebie, a nie komandos” – pomyślał, patrząc na fale.
Izba chorych w rosyjskiej bazie morskiej w Tartus, Syria, około 02:45.
Klaudia wybudziła się z głębokiego snu. Czuła, że jest nieco otępiona środkami uspokajającymi. Leżała na łóżku, ubrana w coś, co przypominało jednorazowy cieniutki fartuch lekarski i była przykryta szarym kocem. Starała sobie przypomnieć, co działo się wcześniej. Pamiętała twarz Radka, to, jak mocno trzymał ją za szyję i dociskał do ściany. Miał wtedy takie same złe oczy jak duch w Bałtyku, w czarnym kombinezonie nurka. Przypominała sobie, jak szarpała się z sanitariuszami na korytarzu szpitalnym, i znów miała przed oczami twarz Radosława na pokładzie śmigłowca, gdzie zobaczyła go po raz pierwszy. Nie, to nie mógł być on, przecież ten kapitan z zimną krwią wbił nóż w serce psa. Radek taki nie był, on ratowałby każdego, za wszelką cenę.
„Jezu, ja zwariowałam, to się nie dzieje naprawdę.”
Powoli dochodziła do siebie. Była całkowicie rozbita psychicznie. Fizycznie też czuła się podle. Naparzała ją głowa, całe ciało było obolałe, a zadrapania na twarzy szczypały. Nacięta pierś okryta była opatrunkiem.
I ten smród moczu, czuła go cały czas. Zdała sobie sprawę, że została przebadana ginekologicznie. Przypomniała sobie, że to przed tym badaniem tak się broniła. Sama nie wiedziała dlaczego. Akcja komandosów, kapitan o twarzy i sylwetce Radka. Kojarzyła już sporo.
Rozejrzała się po pomieszczeniu i zdała sobie sprawę, że jest sama. Tuż przy łóżku, na taborecie, leżał złożony w kostkę tropikalny mundur rosyjski, podkoszulek i damskie figi. Spojrzała pod łóżko i dostrzegła nowe buty wraz ze skarpetami. Na szafce, po drugiej stronie zauważyła dwa ręczniki, mydło, pastę i szczoteczkę do zębów.
Powoli podniosła się z łóżka. Ujęła w dłonie przybory toaletowe i boso skierowała się w stronę drzwi. Nacisnęła klamkę i wyjrzała na korytarz. Był oświetlony słabym światłem, rozejrzała się. Po drugiej stronie dostrzegła napis na drzwiach: „Wannaja komnata”. Nie zastanawiając się długo, ruszyła w tamtym kierunku.
Pod prysznicem spędziła sporo czasu. Szorowała ciało tak mocno, jak nigdy wcześniej, starając się zmyć z siebie smród, który czuła. Robiąc to, miała cały czas przed oczami tych trzech sikających na nią sukinsynów.
„Nie daruję im, nie daruję” – powtarzała w duchu, lecz po chwili zdała sobie sprawę, że dwóch z nich już nie żyje. Ponieśli karę za jej upokorzenie. Pozostał ten trzeci.
„Wrócę i zesram się na ich grób, a tego chuja zajebię” – pomyślała, przerażona własnymi pragnieniami.
Zakręciła kurki i zaczęła wycierać się szorstkim ręcznikiem. Jak w każdej armii, te nie grzeszyły delikatnością w dotyku. Owinęła się większym, a mniejszy umieściła na głowie.
„Jak mi tego brakowało”.
Na palcach wróciła do sali. Powiesiła ręczniki na oparciu łóżka, narzuciła na siebie podkoszulek i wciągnęła figi. Przeszkadzał jej mokry opatrunek na piersi. Nie chciała go ściągać, obawiała się, że rana się otworzy.
Zapaliła niewielką lampkę na szafce; jej światło nie raziło. Podniosła rosyjską bluzę mundurową. Dostrzegła łuczek na lewym rękawie na wysokości barku.
„Спасатель”
Nie mogła uwierzyć, to nie mógł być przypadek. Ten wyraz w tłumaczeniu na polski znaczył „Ratownik”.
Odłożyła mundur na bok i zgasiła lampkę. Po raz pierwszy od trzech dni zasnęła spokojnie. Powróciły w snach obrazy z przeszłości. Wypad z Radkiem na Mogielnicę i ich miłosne tam uniesienia. Miłość z Radkiem, nie z Sebastianem.
Rosyjska baza morska Tartus, Syria, wczesne godziny poranne.
Pobudka o szóstej trzydzieści nie należała do najprzyjemniejszych. Podniosłem głowę i spojrzałem na „Akułę”. Jeżeli ja wyglądałem tak jak on, to byłem obrazem nędzy i rozpaczy.
– Zbieraj ludzi, Polaków oszczędź, kąpiel w morzu za dziesięć minut – rozkazałem to, co nikt z moich na wpół pijanych towarzyszy nie chciał usłyszeć.
– Rozkaz – ton głosu współspacza mówił sam za siebie.
Po kwadransie wszyscy podlegli mi ludzie truchtali, gdyż trudno to było nazwać biegiem, w kierunku morza. Kąpiel nas ocuciła, szczególnie uczestników wczorajszej imprezy. Widziałem współczujące spojrzenia „Patrona” i „Lochy”.
Poczułem się lepiej, choć od jedzenia mnie odrzucało. Piłem wyłącznie niegazowaną mineralną wodę i to w sporych ilościach. „Patron” zrobił mi kawę.
– Jak Jana? Jak „Wołk”? – zapytałem.
– Gdybyś to Wiktorze widział, uwierzyłem w miłość i nie poznawałem Wołka. To takie „Love Story” po naszemu, kurwa, mało co się sam nie rozryczałem – zreferował mi. – O właśnie, Jana stoi tam z boku – dodał po chwili, kierując wzrok w jej stronę.
Teraz dopiero ją dostrzegłem. Wstałem i zbliżyłem się ku niej. Uśmiechnęła się do mnie, lecz dość smutno.
– Przetłumacz mu, proszę cię, przetłumacz mu… – zaczęła, płaczliwym głosem.
– Co? – przerwałem jej.
– On mi powiedział, że teraz, jak on tak wygląda, to, że to nie miłość, tylko litość, a ja go kocham – dziewczę prawie ryczało.
Wziąłem ją za delikatną dłoń i pociągnąłem na bok, tak, by nie być na widoku. Dostrzegłem, jak reszta moich ludzi patrzy, co uczynię. Stanęliśmy za opuszczonym kontenerem.
– Zobacz, co mi napisał – powiedziała, wręczając mi karteczkę z notatnika.
„Quasimodo”.
Patrzyłem w jej oczy, które były zaszklone. Położyłem dłoń na barku Libanki.
– A wiesz, co mi napisał, jak do niego przyszedłem? Jana, obiecaj mi. Proszę. On cię kocha, tylko teraz… – zabrakło mi słów.
Objęła mnie i wtuliła się. Otoczyłem kobietę ramionami, dociskając do ciała. Mimowolnie pocałowałem jej włosy.
– My tacy jesteśmy, on cię kocha, wiem o tym – szepnąłem.
Stanęła na palcach i pocałowała mnie w usta. To z pewnością nie było dla niej przyjemne, bo sam czułem bijącą od siebie woń alkoholu.
– Wydam mu rozkaz, a mi nie odmówi, za dobrze go znam – zażartowałem.
Pocałowała mnie raz jeszcze, tym razem w policzek. Zobaczyłem, że z oczu płyną jej łzy. Chciałem coś powiedzieć, lecz uprzedziła mnie.
– Jesteście dobrymi ludźmi, ja to wiem.
Wydzielone pomieszczenie w bazie Tartus, godzinę później.
Musiałem przesłuchać Polkę, więc poszedłem się z nią zobaczyć. Standardowo zaczęli z nią już rozmawiać ludzie z wywiadu. Tuż przed wejściem do budynku zaczepił mnie podporucznik od „Andkora”.
– Muszę się z nią widzieć. Rozumiesz! – usłyszałem, a w jego oczach dostrzegłem jakąś dzikość.
– Nie teraz, za godzinę – zbyłem go.
Chwycił mnie za poły munduru i dociągnął do siebie. Nasze spojrzenia się spotkały.
– Muszę! – wydobył z siebie.
Idący za mną „Locha” przystanął na chwilę. Wiedziałem, że jest gotowy doskoczyć młodzieniaszkowi do gardła.
– Ochujałeś, jesteś w rosyjskiej bazie, szarpiesz oficera Federacji Rosyjskiej – cedziłem przez zęby.
Jego oczy miały błędny wygląd, ale nie, nie był naćpany.
– Puść! I do kurwy nędzy uspokój się! – krzyknąłem, odpychając go od siebie.
Spasował. Stał, patrząc jak wchodzę do budynku. Chciał iść za mną, lecz zatrzymał go wartownik .
Reszta moich ludzi czyściła broń. Dowodził nimi teraz „Akuła”. Poleciłem mu zebrać broń i amunicję od polskich towarzyszy i wydać im z magazynu uzbrojenie które przywieźli. Jutro z rana mieli być dostarczeni na ORP „Czernicki”, który operował na Morzu Śródziemnym, a jak później miano ich przetransportować do kraju, to mnie już nie interesowało.
Zatrzymałem się przed pomieszczeniem przesłuchań. „Locha” klepnął mnie w ramię. Miałem zapukać, lecz otworzyły się drzwi.
– Jak? – zapytałem kapitana z wywiadu.
– Coś mamy, ale chce gadać z tobą, wyciągnij wszystko, co możliwe. Mamy zgodę z Polski, by pozostała. Ona jedyna widziała tego kutasa, nikt inny.
Czułem, że mam w czubie, niedużo, ale zawsze. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Znów dostrzegłem jej duże oczy; patrzyła na mnie jak na ducha, jakby zobaczyła kogoś z zaświatów. Wstała z fotela.
– Kapitan „Poliak”, grupa specjalna FSB „Wympieł”, mam język polski opanowany w stopniu perfekcyjnym, zależy nam na ważnych wiadomościach – przedstawiłem się i cel swojego przybycia.
– Czy ty nie poznajesz mnie, czy tylko udajesz? – dostałem zapytanie.
„Kurwa, dalej obłąkana albo jeszcze na prochach” – oceniłem.
– Poznałem panią wczoraj, gdy uratowaliśmy panią, ja i moi ludzie. Nic nie udaję.
– Co z tobą? Nie znasz mnie?
– Znam cię tylko i wyłącznie z danych dostarczonych mi przez wywiad i polską stronę – odparłem.
– Jak możesz tak mówić, jak możesz? –rozpłakała się.
Wstałem i zbliżyłem się do niej. Siedziała na fotelu i patrzyła na mnie zalana łzami. Zdarzyło mi się zabić szlochającą kobietę, która okazywała się bojowniczką uzbrojoną w pas szahida. Polka była inna, szczera w tym płaczu. Z trudem powstrzymałem się, by jej nie przytulić.
Nie byłem sobą, twardym skurwielem w pracy, odpornym na błagania i łzy. Stawałem się, nie wiadomo dlaczego, „miękką fają”.
Cofnąłem się na fotel i usiadłem.
– Dlaczego mi to robisz Radku!? Dlaczego? – zapytała, płacząc coraz bardziej.
Jaki Radek? Co ona bredzi? Jest nadal na psychotropach? Przecież gadali z nią ludzie z wywiadu, a to nie byle kto. Rozpoznaliby że jest na prochach? Pytania kłębiły mi się w głowie, byłem coraz bardziej skołowany.
– Mów co wiesz – rzuciłem krótko.
– Obiecaj mi, że porozmawiasz ze mną, nie tak, jak teraz. Obiecaj – prosiła błagalnym tonem.
Boże, co się ze mną dzieje? Sam nie wiedziałem. Patrząc na nią, zdałem sobie sprawę, że gdzieś już ją widziałem. Te przecudne oczy, ta krągła pierś, którą widziałem w śmigłowcu, barwa głosu, to jak się we mnie wtuliła podczas ewakuacji. Wtedy poczułem to szczególne ciepło, coś, czego nie potrafiłem sobie wytłumaczyć.
Przypomniałem sobie sny, które mnie męczyły. Ten, gdy Tamarka miała pierwszy okres. Nie, to nie śniła mi się ta Polka, tylko jakaś piękna kobieta o blond włosach. Była w podobnym wieku, co Kławdia, ale to nie była ona.
„Co się ze mną dzieje, kim ja naprawdę do chuja jestem?”– To tłukło mi się w czerepie już od dawna.
– Obiecuję – odparłem po chwili.
– Przysięgnij – zażądała.
– Masz oficerskie słowo. Przysięgam. A teraz powiedz mi, co wiesz i co zapamiętałaś, Mów to, czego nie powiedziałaś tym z wywiadu, a że za dużo nie wyjawiłaś, to wiem.
Słuchałem w skupieniu. Po kilku minutach poprosiłem, by przerwała. To było po tym stwierdzeniu, że przywódca zanotował jej adres i wiedział że ma dziecko i rodziców.
– Dawajcie „Andkora”, natychmiast!!! – wrzasnąłem w słuchawkę telefonu.
– „Andkor”, czy „Góral” tu jest? – zapytała, podsłuchując rozmowę.
– Jest, czeka przed budynkiem, by się z tobą spotkać. Nie pozwolę na nie, nim nie dowiem się wszystkiego, nawet tego, czy cię zgwałcili – zagrałem ostro.
Ten bazyliszkowy wzrok, pełne wkurwienia oczy – dały mi odpowiedź. Gotowała się w sobie, a co najgorsze, musiała podjąć decyzję.
– Ty nie możesz być moim Radkiem, on nie był taki – rzuciła.
Kurwa, jakim Radkiem? Co ona bredzi?
– Bosmanie, do brzegu – rzuciłem, używając dobrze znanego polskiego stwierdzenia. – Wrócimy do rozmowy za chwilę – dodałem, słysząc pukanie do drzwi.
Miałem potrzebę wyjścia, chwilowego odpoczynku. Na korytarzu stał Andrzej.
– Ewakuujcie jej rodzinę i dziecko, mają jej adres. Leć do stacji łączności utajnionej i proś, by cię połączyli z twoim dowództwem, potem…
– Mam połączyć się z jej rodziną, nie informować nikogo i ewakuować ich. Kurwa, Wiktor, ja to wiem, za kogo mnie bierzesz? – przerwał mi, a w jego oczach dostrzegłem złość.
– Andriej. Na wszelki wypadek i ksiądz kutasa nosi. Przypominam – odparłem.
– Czy ty naprawdę jesteś Rosjaninem?
– Tak, pomimo polskich korzeni. Tak – odpowiedziałem, mając w pamięci to, co mi wtłoczono do łba po wypadku.
Przed drzwiami wejściowymi dostrzegłem „Górala”. Stał, paląc papierosa. Wiedziałem, że chce wejść. Z premedytacją zamknąłem mu je przed nosem. Byłem chujem, dobrze sobie z tego zdawałem sprawę. Musiałem grać twardo, stawka była wysoka.
– Słucham? – rzuciłem do niej.
Widziałem, jak wewnętrznie walczy, jak jej jest ciężko. Zdradzało to, jej zachowanie. Niejednego w życiu przesłuchiwałem, a byli to zarówno przeciwnicy, jak i swoi. Musiałem wydobyć z niej wszystkie szczegóły.
– Dlaczego? Dlaczego taki jesteś? – zadawała mi niezrozumiałe pytania.
– Przed chwilą wysłałem człowieka, by wykonał telefon do twojej rodziny. Nakazałem mu ewakuację twoich bliskich. Jeden z moich ludzi jest ranny i być może jest operowany w szpitalu. Nie wiem, kurwa, czy wyjdzie cały! Jeżeli tak, to z pokancerowaną twarzą na całe życie. Dwóch moich operatorów zginęło, dwóch żołnierzy ze wspierającej nas jednostki jest poranionych. Czy mam ci jeszcze coś dorzucić?! – prawie wrzeszczałem na ślicznotkę.
Podniosła twarz i patrzyła na mnie w jakiś znajomy sposób. Coś prześwitywało mi w głowie. Czułem się dziwnie. Powinienem zakończyć przesłuchiwanie i dokonać zmiany.
„Poproś Polaków, daj sobie spokój.”
„Nie powiedzą ci wszystkiego, kontynuuj” – zanegowałem pierwszą myśl.
– Nie zaczniesz mówić, cofnę swój rozkaz, nikt nie będzie chronił twojej rodziny w Polsce – zaszantażowałem.
Wstała, podniosłem się również. Miałem obawy, że znów walnie mnie w twarz, a tego bym nie zniósł.
– Ty chyba nie jesteś nim, on nie był taki, on ochraniałby swojego syna – usłyszałem.
Nie, psychotropy tak długo nie mogły działać. Co ta Polka plotła? O co jej chodziło? Jaki syn? No kurwa, nie wiedziałem.
Podniosłem słuchawkę aparatu telefonicznego i wybrałem numer na węzeł łączności. Zgłosił się dyżurny.
– Jest tam ten kapitan z Polski?
— Nie, jeszcze nie dotarł — usłyszałem.
— Rozmowę zestawisz na mój rozkaz…
– Przestań!!! Przestań! Powiem co chcesz!!! – krzyknęła.
— Tak jest — operator łączności przyjął polecenie.
Dłońmi ocierała łzy z oczu. Złamałem ją. Odłożyłem słuchawkę na widełki. Odczekałem chwilę. Gdy już się uspokoiła, zadałem pytanie.
– Kawy, herbaty, wody?
– Kawy, poproszę – wyszeptała.
Byliśmy sami. Odpaliłem czajnik, nasypałem kawy do kubka.
– Filiżanek nie mam.
Wreszcie uśmiechnęła się choć przez łzy. Zalałem naczynie wrzątkiem. Podałem jej i przysunąłem bliżej cukierniczkę.
Patrzyłem, jak powoli smakuje napój. Nagle uderzyły we mnie nieznane mi wcześniej obrazy. Ona i ja, jakieś lądowisko, przynoszę jej kawę. Ona mnie całuje. Byliśmy jacyś młodsi i piękniejsi. Wyglądaliśmy na parę, parę zakochanych w sobie ludzi.
„Zwariowałem, kurwa, co się dzieje?”
Odwróciłem się, by nie zauważyła w jakim jestem stanie. Gdy doszedłem do siebie, zwróciłem się twarzą do niej.
– Mów, słucham. Mów wszystko, co wiesz i zapamiętałaś.
Alkohol wyparował z organizmu. Zaczęła opowiadać. Siedziałem naprzeciwko i notowałem co ważniejsze rzeczy. W pewnym momencie zatrzymała się. To było parę godzin przed naszym atakiem. Podejrzewałem dlaczego.
– Z badania ginekologicznego wynika, że nie zostałaś zgwałcona – zacząłem – Muszę zadać to pytanie. Czy oni zmusili cię do…?
– Nie, odlali się na mnie, to było straszne. Nie daruję im – dodała i dojrzałem w jej wzroku, to coś. – To wszystko – zakończyła wypowiedź.
Usłyszałem pukanie do drzwi. Zezwoliłem na wejście. To był „Akuła”.
– Co?
– Pakują tego ze specnazu, „Ładunek 200”, nasi gotowi, a potem „Demona” i „Czarta” spopielą, polecą razem – usłyszałem.
Za jego plecami stał „Andkor”, widziałem smutek w oczach kapitana. Kobieta podniosła się.
– Denis? – zapytała.
Kiwnąłem głową. Chwyciła mnie za rękaw munduru.
– Chce tam być. Pozwól mi, byłam ostatnią osobą, jaką widział. Błagam – wyrzuciła z siebie.
– Wiktor, moi ludzie, ci wszyscy którzy mogą, też chcą i daj wreszcie zgodę bym zadzwonił do Polski, bo podobno zabroniłeś – dodał „Andkor”.
Zdołałem tylko kiwnąć głową. Nie byłem w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. Wszyscy udaliśmy się na węzeł łączności.
Nie tak wyobrażałem sobie koniec życia i pochówek naszych czworonożnych towarzyszy broni. Nie w krematorium dla zwierząt, zamocowanym na Kamazie. Nie można było inaczej. Pochować te psiaki tutaj, na obcej ziemi – niedopuszczalne. Lepiej tak. Zostały spalone razem, będzie im raźniej. Prochy Demona i Czarta połączyły się i zostały nam przekazane. „Locha” wrzucił je do urny i na kartce napisał „Operatorzy »Demon« i »Czart« z jednostki „Wympieł”. Polegli, wykonując zadania bojowe w dniu…” Nie psy, operatorzy jak każdy z nas. Staliśmy przy ciężarówce z przodu, Polacy z tyłu. Wiedziałem, że tak samo, jak i my, oddali honor, gdy dwa bohaterskie zwierzaki obróciły się w proch.
– Wolna! – krzyknąłem, gdy pierwsza ceremonia dobiegła końca.
Klaudia stała obok nas. Płakała.
Denisa pożegnano z wszelakimi honorami. Starałem się go sobie przypomnieć, bo miałem krótki epizod w szkoleniu rekrutów. Być może gdzieś mi mignął, ale nie kojarzyłem kiedy, nie wykluczałem, że nasze drogi się skrzyżowały.
Klaudia podeszła do trumny okrytej flagą. Ubrana w rosyjski mundur pochyliła się i złożyła na niej pocałunek. Ładunek 200 – czyli wracasz do domu jako poległy. Tkwisz w wewnętrznej, metalowej, zaspawanej trumnie, którą okrywa drugą, drewniana.
Pożegnany z honorami Denis udawał się w ostatnią podróż. Z naszej bazy do bazy lotniczej, a potem samolotem do Rosji. Towarzyszyć mu miały prochy dwóch psich operatorów.
W samym końcu kaplicy stał „Góral”. Widziałem, jak bardzo pragnął się zbliżyć do Kławdii, jak z niecierpliwością czekał na zakończenie ceremonii. Mogłem, za to, jak się do mnie odnosił, zabronić mu spotkania z narzeczoną. Taki pstryczek w nos i pokazanie, kto tu jest ważniejszy. Nie chciałem tego zrobić. Cierpiał, to łatwo dostrzegłem. Ona też ukradkiem rzucała spojrzenia w jego stronę.
– Po ceremonii masz kwadrans na spotkanie z twoim chłopakiem. Kwadrans, bo potem znów wezmą cię w obroty ludzie z wywiadu – szepnąłem jej do ucha.
Ciało zmarłego wyprowadzono z kaplicy w asyście czterech żołnierzy piechoty morskiej. Wychodząc, zbliżyłem się do polskiego podporucznika.
– Masz kwadrans, potem zabieram ją ze sobą. Zrozumiałeś? – szepnąłem.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Chciał podać mi rękę, ale nie wyciągnąłem swojej.
– Kwadrans, ani minuty dłużej – przypomniałem.
Klaudia z Sebastianem pozostała w kaplicy. Stałem za otwartymi drzwiami i przyglądałem się im.
Mężczyzna mocno tulił jej ciało, a ona, nie pozostając obojętną, oplótłszy go ramionami, mocno dociskała do siebie. Wzajemnie gładzili się po twarzy, całowali, nie zważając na sakralne otoczenie.
Potem coś do siebie szeptali. Nie zamierzając podsłuchiwać, odwróciłem się od nich plecami. Kontrolowałem czas. Gdy minął wyznaczony kwadrans, ruszyłem w ich kierunku.
– Jeszcze pięć minut, proszę – usłyszałem od niego.
Pokręciłem głową. Nie spodobało się to mężczyźnie.
– Im szybciej ją przesłuchają ludzie z wywiadu, tym szybciej się spotkacie – wyjaśniłem.
– Co ci szkodzi… – zaczął.
– „Biełka”, chodź – nie miałem zamiaru wdawać się w dalsze rozmowy.
Dotknąłem ramienia kobiety. Zareagował nerwowo, chwytając mnie za dłoń. Omiotłem go zimnym wzrokiem. Co ten gówniarz sobie wyobrażał?
– Zabierz rękę i krok w tył!!! Już! – wrzasnąłem.
– Bo co? Nie jest twoją własnością, jest obywatelką Polski i nie możesz jej rozkazywać – fuknął na mnie.
– Jesteśmy w rosyjskiej bazie, Polska jest kilka tysięcy kilometrów stąd. Podlegasz mi. Wydałem ci rozkaz – odparłem, ledwo tłumiąc w sobie gniew.
– Żaden ruski nie będzie mi rozkazywał – hardo się odszczeknął.
Powinienem go zdzielić w ryja, ale opanowałem się, ze względu na to, że byliśmy w kaplicy.
– Sebastian, uspokój się. On uratował mi życie – wtrąciła się Klaudia, wyswobadzając się z jego objęć i zbliżając do mnie. Puścił moją dłoń.
– Jeszcze jeden taki numer, a wyjebię cię do UNDOF-u. Natychmiast! – zagroziłem.
Został wściekły w kaplicy.
– Wybacz mu. Proszę. On nie jest taki – poprosiła błagalnym tonem, lustrując mnie swoimi przecudnymi oczyma.
Zatrzymałem się. Patrzyła na mnie w taki sposób, że nie mogłem jej odmówić. Nie odpowiedziałem nic, kiwnąłem tylko głową.
– I chciałam ci podziękować, bo chyba o tym zapomniałam – to mówiąc, pocałowała mnie w policzek.
Znów wspomnienia z przeszłości. Takie, których wcześniej nie znałem. Byłem razem z nią. Subtelny pocałunek w tańcu.
„Kurwa, co jest?”
Wróciliśmy do sali przesłuchań. Dwóch oficerów wywiadu już tam było. Przekazałem im swoje notatki. Czekało ją dalsze maglowanie, polegające na tym, że wyświetlą jej wszystkie fotografie zdefiniowanych terrorystów z Syrii, Libanu i Iraku. Dobre kilkaset zdjęć. Miałem nadzieję, że rozpozna wśród nich przywódcę i jutro odeślę ją z resztą Polaków do kraju. Błogosławiłem fakt, że nie muszę jej dalej przesłuchiwać; byłem psychicznie wykończony. Wróciłem do kontenera i walnąłem się na łóżko. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.
Obudziło mnie szturchnięcie w ramię. Otworzyłem oczy i dojrzałem „Akułę”.
– Co jest? – zapytałem, na wpół zaspany.
– W Rostowie udaremniono atak samobójczy, posterunek UNDOF został ostrzelany, UNIFIL wprowadził podwyższoną gotowość – zaczął.
Przetarłem oczy i podniosłem głowę z poduszki. Chciałem w pełni świadomy przyjąć kolejne informacje.
– Przyszedł rozkaz z Moskwy, nasi towarzysze z Polski mają ewakuować się o północy. Nasi nie chcą mieć obcych, gdyby nastąpił atak na bazę. Wszystkie wyjazdy poza tym chwilowo wstrzymane, z wyjątkiem tych niezbędnych. Kąsają jebańcy po tym, jak daliśmy im w pizdę – zreferował mi wszystko co wiedział.
To było do przewidzenia. Każda akcja kończy się reakcją strony przeciwnej. Proste jak drut i przewidywalne.
– Polacy wiedzą?
– Tak, przekazałem im.
– A ta Polka, rozpoznała ich przywódcę?
– Nie.
Zakląłem w myślach. Chętnie bym się jej pozbył. To komplikowało sytuację. Jako jedyna widziała jego twarz. Zdawałem sobie sprawę, po co nas tu trzymali. Chodziło o likwidację szubrawca.
Wodą z butelki postawionej przy łóżku przemyłem twarz i wytarłem ją w poszwę.
– Jeszcze jakieś wieści? – zadałem pytanie.
„Akuła” uśmiechnął się. Zdałem sobie sprawę, że ma mi do przekazania już same dobre wiadomości.
– „Wołk” po operacji, wyjęli kulę z ramienia i zadrutowali szczękę. Wyliże się z tego. No i… – tu zatrzymał głos.
– No mów – pogoniłem go.
– Tę Polkę wypisali z izby chorych. Spałeś, więc zadecydowałem, żeby umieścić ją z Janą. Chyba dwóm babom będzie raźniej?
Zrobiłem krzywą minę, mając na celu zestresowanie go. On nigdy nie wiedział, kiedy mówię serio, a kiedy się droczę. Tyle ze mną przebywał, a mnie nie rozgryzł.
– No i spierdoliłem – rzucił, widząc mój wyraz twarzy.
Nie mogłem powstrzymać wybuchu śmiechu. Zauważył to.
– Bardzo dobrze zrobiłeś.
– Kurwa, Wiktorze, ja przy tobie to nerwicy się nabawię – skwitował.
Wstałem i spojrzałem na zegarek. Prezent na pierwszą rocznicę ślubu od mojej żony. Wydała majątek na markowy czasomierz.
– Niech odmierza ci szczęśliwe chwile. Patrz na niego i wiedz, że czekamy na ciebie – pamiętałem jej słowa.
Odpoczywałem kilka dobrych godzin. Zregenerowałem się. Ten sen był dla mnie zbawienny.
– Idę do niej, jeżeli nie zechce zostać, to jej nie przymusimy. Nic nam nie powie, wówczas jest zbędna tutaj – oznajmiłem, co zamierzam zrobić.
– Przekonaj ją, bez niej będzie ciężko, a mamy z tym skurwysynem rachunki do wyrównania – usłyszałem, wychodząc z kontenera.
Szybko dotarłem w to miejsce. Zapukałem i usłyszałem głos Jany. Otworzyłem drzwi.
– Coś z „Wołkiem”? Powiedz mi – rzuciła Libanka z przerażeniem w głosie.
– Wszystko w porządku, jest po operacji i ma się dobrze – uspokoiłem ją. – Kazał powiedzieć, że tęskni za tobą – tu ewidentnie skłamałem, ale w dobrej wierze.
Klaudia podniosła się z łóżka. Na podkoszulek założyła mundurową bluzę. Zdołałem zauważyć, że nie miała biustonosza, gdyż jeden z sutków odznaczał się pod bawełnianym materiałem.
– Musimy poważnie porozmawiać, Biełka – powiedziałem to poważnym tonem. – Na zewnątrz.
Udaliśmy się za jeden z niezamieszkałych kontenerów. Nauczony doświadczeniem, nigdy nie wierzyłem w to, że w tych pseudodomkach nie ma podsłuchu. Mógł być nasz, ale równie dobrze syryjski.
– Powiem otwarcie, jak to po polsku, prosto z wiaduktu…
– Z mostu – poprawiła mnie.
– Potrzebujemy cię, „Formoza” dzisiaj wylatuje o północy. Tylko ty wiesz, jak wygląda boss. Bez twojej pomocy trudno będzie go zlikwidować. Nie chcemy sprzątnąć niewinnego człowieka. Groził tobie i twojej rodzinie. Zrozum, jego śmierć dla ciebie spokojniejszy sen – zacząłem.
Patrzyła na mnie z otwartymi ustami. Chyba nie spodziewała się tego.
– Tak – tyle zdołała z siebie wydobyć.
– Jest zgoda twojego rządu, byś została tu z nami i pomogła. Nie będziesz brała udziału w bezpośredniej likwidacji, masz potwierdzić, że to właśnie on. Decyzja należy do ciebie. Odmówisz, zrozumiem, zostaniesz, będę wdzięczny. Pamiętaj, że jego ludzie zabili Denisa, a ja straciłem dwóch operatorów. Wiem, że to są tylko psy, ale dla mnie to tacy sami członkowie zespołu jak ludzie – kontynuowałem.
Była odważna. Dostrzegłem to wtedy podczas akcji. Alosza, uprowadzony lekarz, był posrany, a ona nie.
– Jak ta Libanka? W porządku? – zmieniłem nagle temat rozmowy, ale miałem w tym ukryty cel.
– Fajna, bardzo ciepła i … – złapała się na mój lep.
– Zakochała się w moim zastępcy, a on został ranny. Zmasakrowane pół twarzy. Załamał się. Wiem, bo z nim rozmawiałem. Jej nie zadawałbym takiego pytania, bo odpowiedź…
– Wiem, mówiła mi. Zostaję. Mam z tą bladzią rachunek do wyrównania – przerwała mi. – Ale spotkamy się dzisiaj, ja muszę coś wiedzieć – przystała i postawiła warunek.
Nie podejrzewałem, że pójdzie tak łatwo, że kilka zdań i sprawdzone działanie zakończy się sukcesem.
Znów uderzyły we mnie jakieś zablokowane wcześniej wspomnienia. Tym razem takie „mokre”. Ona w basenie, ja jako instruktor. Podpływa do krańca basenu, rozmawiam z nią.
– Zgadzam się, kapitanie, słyszysz mnie? – jej głos wyrwał mnie z przemyśleń.
– Tak, spotkamy się jeszcze dzisiaj, jak odprawię Polaków – wyrzuciłem z siebie. – O twojej zgodzie nie mów nikomu, nawet Sebastianowi. Musisz przysięgnąć, to dla dobra akcji, nie chcę strat.
– Przysięgam, nikomu nie powiem – odparła bez chwili zastanowienia.
Odprowadziłem ją, a potem wróciłem do swojego kontenera. Byłem zadowolony. To, że zostawała, dawało cień nadziei, że dorwiemy tych sukinsynów. Przerażały mnie te flashbacki z przeszłości. Coś głęboko ukryte w zakamarkach podświadomości ruszyło się. Zaczynałem się bać samego siebie. Wszystko to nie pasowało do faktów, które wbito mi do głowy po wypadku. Nie kleiło się w logiczną całość.
Rosyjska morska baza wojskowa w Tartus, Syria. Wieczór tego samego dnia. Plaża przy końcu strefy.
Siedzieliśmy tak jak wtedy przed akcją, w kółku na piachu. Czuliśmy się dłużnikami wobec polskich towarzyszy broni. Tak, towarzyszy broni, bo z większością z nich byliśmy „skąpani w boju”. Mieliśmy spory zapas alkoholu, ale biorąc pod uwagę, że skrócono im pobyt tutaj, zdecydowałem się postawić tylko piwo. W odwodzie pozostawała wódka, lecz oni wracali do domu, a nas w każdej chwili mogli wezwać na akcję.
Terroryści szaleli. Z Centrali przyszedł meldunek, że w Ufie przechwycono ładunek TNT wysłany pocztą na adres komendy milicji. Wszystkie grupy antyterrorystyczne postawiono w stan najwyższej gotowości.
– Wiktorze, będziemy się teraz licytować, kto więcej postawił? W takiej sytuacji? – uspokoił mnie Andrzej.
Nie decydowałem, kto siądzie obok, kogo, ale gdy zobaczyłem, że była to istna szachownica, zdałem sobie sprawę, że dobrze zrobiłem.
Byli wszyscy z naszej grupy – ci, którzy brali udział w walce, jak i ci, którzy byli w odwodzie. Otworzyliśmy tureckiego „Efesa”, piwo, które królowało na Bliskim Wschodzie. Poranieni Polacy dochodzili do siebie. „Jaśko”, lekko kuśtykając, przyjął do wiadomości, że stracił prawie cały piąty palec lewej dłoni, a „Hart” miał lekką ranę barku – pocisk rozerwał tylko mięśnie. Ranny, ale zdolny do walki – tak to określiłem.
Uprzedziłem „Andora”, że na spotkaniu będzie Klaudia. Chciałem dać tej parze czas na pożegnanie. Normalny ludzki odruch.
Siedziała z „Góralem”, który co chwila ją dotykał i całował. Zachowywał się, jakby chciał ją mieć wyłącznie dla siebie. Patrząc na zachowanie kobiety, zdałem sobie sprawę, że ona przyjmuje to z przyjemnością, ale starczy jej już tych czułości. Co innego pewnie tłukło się w głowie „Biełki”. Domyślałem się, że zemsta.
– No to za braterstwo broni – wzniosłem pierwszy toast.
Tak piwem to przepić było głupio, ale jaki teren i sytuacja, taki alkohol. Z kucek powstał „Andkor”.
– Za drużbu – kalecząc język rosyjski, wzniósł kolejny.
Moi ludzie uśmiechnęli się. To, że polski oficer, równy mi funkcją i stopniem, w naszym języku zrobił coś takiego, było zaskoczeniem.
Patrzyłem na nich, na wszystkich. „Akuła” gadał z „Andkorem”, „Hart” z „Lochą”, „Jaśko” jako najciężej poszkodowany miał swoich wielbicieli w postaci „Prioma” i „Burana”, obok siedział „Pikor”, po lewicy „Pumciaka” „Ural”. Mnie pozostał „Brysiek”, z którym rozpocząłem rozmowę.
Ktoś musiał przerwać tę sielankę i niestety byłem to ja. Oni odlatywali, a my pozostawaliśmy tutaj, w miejscu, gdzie atak był wielce prawdopodobny.
Nie zwracałem się do wszystkich. Dowódca zawsze zwraca się do dowódcy, a każdy podwładny o tym wie.
– Przelaliście krew, osłaniając nas. Nie znam większej daniny, niż krew towarzysza broni, Dziękuję. Obyśmy nigdy nie skierowali broni przeciw sobie – patetycznie podziękowałem Polakom za współpracę.
Wszyscy wstali. Mój polski odpowiednik nabrał powietrza w usta i spojrzał po wszystkich.
– Oddać życie, jakiekolwiek życie, to większa danina. Straciłeś dwóch operatorów ze swojej sekcji, polegli na polu chwały i nie jest ważne, czy byli czworonożni, czy też nie. Cześć ich pamięci, i to musimy wypić wódką – zaskoczył mnie.
Mało się nie rozpłakałem. „Buran” z bagażnika samochodu wyciągnął „twardy alkohol”. Polał. Trunek powędrował do żołądka.
– Za spokój duszy Denisa – wzniósł toast „Kola”.
Drugi kielon wypiłem bez przepitki. Wstałem i skierowałem się do Andrzeja. Ten rozłożył ręce i serdecznie mnie uścisnął. Poklepaliśmy się po plecach.
– Nigdy przeciwko sobie – wyszeptałem.
– Nigdy – odparł cicho.
To było coś niesamowitego, moi operatorzy całowali się z Polakami, coś tam sobie szeptali. Do odlotu śmigłowca, który miał ich dostarczyć do „Czernickiego”, było jeszcze z godzinę.
Musiałem im to powiedzieć, tutaj i w tym miejscu.
– Klaudia zostaje z nami. Wasz rząd się zgodził i jest nam tu potrzebna.
– Nie, nie, i po moim trupie!!! – wrzasnął Sebastian, a ja dostrzegłem, jak z udowej kabury zaczyna dobywać Berettę 92SBF.
Szedł w moim kierunku. Zareagowałem momentalnie, wyciągając Cezetę 75.
O ułamek sekundy wcześniej wycelował we mnie. Nie byłem dłużny, kierując swoją broń w niego.
Staliśmy w odległości trzech metrów, mierząc do siebie nawzajem. Żadnemu z nas nie zadrżała dłoń. Na tym dystansie i przy takim poziomie wyszkolenia nie mogło być mowy, że któryś spudłuje.
Wszyscy powstali. Nauczone nawyki zadziałały. Pełny automatyzm – tu nie zastanawiasz się, co robić, to są nabyte odruchy, wyuczone, niezależne od ciebie.
Cały czas miałem go na oku, lecz zdawałem sobie sprawę, że moi ludzie dobyli krótką broń. Z pewnością celowali w kierunku Sebastiana. Polacy, nauczeni podobnie, swój oręż skierowali z pewnością w moją stronę.
– „Akuła”, każ ludziom opuścić broń, to rozkaz!!! – wrzasnąłem i podniosłem lewą dłoń zaciśniętą w pięść.
– Opuścić broń!!! JUŻ!!! – usłyszałem „Andkora”.
Patrzyłem w oczy podporucznika. Dojrzałem w nich wściekłość i zawiść, jakbym mu zrobił coś złego. Tkwiliśmy naprzeciw siebie jak wojownicy. Miał zacięte usta i poważny wyraz twarzy. Nie przestraszyłem się, choć zdawałem sobie sprawę, że za chwilę mogę zginąć. W myślach błogosławiłem fakt, że „Demon” był w psim raju; gdyby siedział obok mnie, bez komendy rzuciłby się temu Polakowi do gardła.
– Nie! Nie zostanie tutaj!!! Dość się wycierpiała. Nie pozwolę na to!!! – wrzeszczał.
– Odłóż broń, a zapomnę o tym, co zrobiłeś – wycedziłem spokojnym głosem przez zęby.
– Nie. Nie zostanie tutaj. Poleci z nami. Nie jest twoją własnością – usłyszałem w odpowiedzi.
– „Akuła”, rozkaz wykonany? – zapytałem.
– Tak toczna.
– Sebastian… – usłyszałem głos polskiego kapitana.
– Andrzej, zamknij się! – przerwałem mu.
– Co, myślisz, że to, że jak kogoś zabiłeś, to możesz decydować o jej życiu? Wiesz, przez co ona przeszła? No przyznaj się, ilu ludzi zabiłeś? – wyrzucił z siebie Sebastian.
Nie rozumiał pewnych rzeczy. Był za młody. Może w jego wieku chełpienie się tym, ilu ludzi się zlikwidowało w walce lub poza nią, to był powód do dumy i chwały. Typowe podejście młokosa. Nie wiedział, co w tej robocie było najważniejsze, co zostawiało najgłębsze rany, co było koszmarem nawiedzającym cię potem w snach.
– Ty jebany duraku, myślisz, że dla mnie liczba zabitych jest ważna? Nie dorosłeś jeszcze gówniarzu. Straciłem siedmiu operatorów i pięciu zakładników, to się dla mnie liczy – odparłem, pieszcząc każde wypowiedziane słowo.
Tkwił nadal z wycelowaną we mnie bronią, lecz zauważyłem, że te słowa jakoś na niego podziałały. Być może, dały mu dużo do przemyślenia, lecz nie miał zamiaru odpuścić, spasować.
– Zginiemy obaj, zważ czy warto?
– Sebastian, błagam, odłóż broń – usłyszeliśmy przerażony głos Klaudii.
– Nie, nie pozwolę na to, żebyś tu została. Nie pozwolę, byś nadal się narażała, bo on tak chce. Mamy dziecko, a ja cię kocham – odpowiedział.
Obaj, mimowolnie przez ułamek sekundy, kątem oka spojrzeliśmy na kobietę.
– Odłóżcie broń, błagam! – zawyła i ruszyła ku nam.
– STÓJ!!! – obu nam, równocześnie wyrwało się z gardeł.
Nie miała do przebycia długiego dystansu, biegła.
– Zatrzymać ją! – rozkazałem i zdałem sobie sprawę, że ta komenda padła za późno.
Zdołała znaleźć się na linii ognia pomiędzy nami, odwrócona twarzą do mnie, patrzyła błagalnym wzrokiem.
– Klaudia, odejdź! – wyrzucił z siebie Sebastian.
– Nie zabijaj go, błagam – poprosiła mnie, a w jej oczach dojrzałem strach i łzy.
Stała na linii strzału, w odległości metra ode mnie. Praktycznie zasłaniała mi cel.
– Chowam broń – oznajmiłem, opuszczając rękę dzierżącą pistolet.
– Sebastian, ja sama tak zadecydowałam, nikt mnie nie zmuszał – powiedziała w momencie, gdy twarzą odwróciła się do mojego przeciwnika.
– Dlaczego Klaudia? Dlaczego mi to robisz? Wracaj z nami – on również opuścił broń.
Pierwsi dopadli go „Andkor” z „Pikorem”. Sprawnie obezwładnili swojego kompana.
Miałem dość atrakcji na dzisiaj.
– Wypierdalajcie na Kutuzowa, NATYCHMIAST!!! – wrzasnąłem i w ten sposób rozładowałem napięcie, jakie we mnie tkwiło.
Zabezpieczyłem przeładowany pistolet i wsunąłem go do kabury. Czułem, jak opuszczają mnie nerwy.
– „Akuła”, zaprowadź Polaków na lotniskowiec – wydałem rozkaz.
– Tak toczna – głos miał taki, jakbym mu kazał w grudniu nago kąpać się w przerębli.
Polka stała z boku i patrzyła na to wszystko z przerażeniem.
„Buran” zbliżył się do mnie i delikatnie klepnął w ramię.
– Ja bym mu przyjebał na koniec – usłyszałem szept podwładnego.
– Pomóż mu – odparłem, wskazując wzrokiem na „Akułę”. – „Priom”, zabierz ją – dodałem.
„Pikor” i „Pumciak” trzymali podporucznika, a „Andkor” zbliżył się do mnie.
– Kurwa „Poliak”, kurwa, przepraszam. Odpowie za to. Gwarantuję – zapewnił.
– Właśnie skierowaliśmy przeciwko sobie broń – odpowiedziałem sucho.
– Nawyk, uwierz nawyk, ja tego nie zrobiłem – odparł.
Wyciągnął dłoń i czekał na moją reakcję. Nie wiedziałem, czy to, co powiedział, było prawdą. Kątem oka spojrzałem na „Urala”, a ten kiwnął głową.
– Zabieraj swoich ludzi – poleciłem, podając mu rękę.
Poczułem mocny uścisk. Taki męski, prawdziwy. Zrobił w tył zwrot i zebrał swoją ferajnę. Prowadzeni przez „Akułę” mieli zabrać swoje klamoty z campów i długą broń z magazynu uzbrojenia.
– Powodzenia – wyrzuciłem z siebie do polskiego kapitana, gdy odwrócił się do mnie twarzą tuż przy płocie.
Stanął na baczność i oddał honor.
+++++
„Akuła” z „Buranem” wrócili gdy odprawili Polaków. Każdy z nas na swój sposób przeżywał to, co się wydarzyło.
– Kurwa, wodzu, nie wpierdalaj mnie w takie rzeczy – rzucił „Akuła”.
– Miałem ich sam zaprowadzić i pomachać na koniec?
– Ta Polka czeka, chce porozmawiać – oznajmił.
Jeszcze to, jakby mi na dziś było mało.
– Ty, zgodnie z procedurami jesteś moim zastępcą, więc wypad z kontenera na miejsce „Wołka”. Procedury – przypomniałem sobie, a tak po prawdzie to pragnąłem pozostać sam.
Nie chciałem mieć świadka tej rozmowy, choć po dzisiejszych emocjach w ogóle nie miałem ochoty z nikim gadać. Jednak dałem słowo jej i miałem zamiar go dotrzymać.
Spodziewałem się, że zacznie bronić swojego kochasia. Slogany, że bardzo ją kocha i podobne. Wysłucham, pokiwam głową i dobranoc.
Karnie odczekała, aż mój zastępca zabierze swoje klamoty i z nimi ruszy na nowe miejsce. Zapukała. Rzuciłem proste „Wejść” i poprawiłem się na krześle.
– Możemy? – spytała, zamykając za sobą drzwi.
Skinąłem głową. W lodówce miałem dwie butelki wódki i tak po prawdzie, po tych stresach dzisiejszego dnia zamierzałem obalić jedną, z kimś lub w samotności. Spotkanie z nią pokrzyżowało nieco moje plany. Usiadła.
– To, co zrobiłaś, było… – zacząłem.
– Głupie i debilne, wiem – przerwała mi.
– Jeżeli masz zamiar go bronić, to wybacz, nie mamy o czym rozmawiać – starałem się ją zbyć.
Wstała z krzesła i zbliżyła się do mnie. Podniosłem się również.
– Zgrywasz się, czy co? Starałam się zrozumieć, że zachowujesz się tak, bo jesteś teraz tu, gdzie jesteś – zaczęła, mierząc mnie poważnym wzrokiem.
O co jej chodzi? Co u licha, chce mi powiedzieć?
– Czy możesz przestać już zachowywać się, jakbyś mnie nie znał? Naprawdę mam uwierzyć, że mnie nie pamiętasz, że nie wiesz, co między nami było? Czy ty mnie nie chcesz znać? A jeżeli tak, to dlaczego? I co ja ci złego zrobiłam? – to ostatnie pytanie wyrzuciła z siebie, prawie płaczącym głosem.
Poprosiłem, by usiadła. Nabrałem powietrza w płuca. Nie bardzo rozumiałem, co te pytania mają ze mną wspólnego.
– Nie powinienem ci tego mówić, ale skoro pytasz, to odpowiem. Wiktor Aleksandrowicz Graczow, kapitan jednostki specjalnej „Wympieł”, służący poprzednio w 45 pułku specnazu, a wcześniej w 313 specjalnym otriadzie specnazu Floty Bałtyckiej. Mylisz mnie z kimś, nigdy się nie spotkaliśmy – wyrzuciłem z siebie.
– Boże, co oni z ciebie zrobili, nie wierzę – odparła.
– Kto? Co ze mnie zrobił? Kobieto, bredzisz. Rozumiem, twój narzeczony prawie zwariował, celując we mnie z pistoletu, ale ja jeszcze nie oszalałem.
Patrzyła na mnie przepięknymi zielonymi oczami. W tym wzroku widziałem prawdę, a nie fałsz.
– Jeżeli nie jesteś tym, o kim myślę, to nie masz czterech sznytów na lewym ramieniu i blizny po operacji przepukliny po lewej stronie pachwiny. Tak! – rzuciła.
Wbiła mnie w fotel tym stwierdzeniem. Skąd mogła wiedzieć? Dokumentacja medyczna była ściśle tajna. Nikt, prócz moich przełożonych, lekarzy i małżonki, nie miał dostępu do takich informacji.
– Jesteś z wywiadu? – wypaliłem, wcale w to nie wierząc.
– Radku, jestem twoją niedoszłą żoną, mamy syna, ma na imię tak jak ty. Trzy tygodnie po twojej śmierci mieliśmy brać ślub.
Za dużo się na mnie zwaliło. Nie mogłem już tego słuchać. To nie mogło się dziać naprawdę. Czyli te wszystkie sny, uderzenia flashbacków to była prawda?
„Kim ja naprawdę kurwa jestem?” – już wcześniej zapytywałem sam siebie, będąc jednocześnie czułym mężem i ojcem, a w pracy bezlitosnym zabójcą. A teraz doszło jeszcze to.
– Przestań, nie chcę więcej słuchać – rzuciłem, wydobywając z lodówki butelkę „Smirnoffa”. Ominąłem kobietę i, otworzywszy drzwi, wybiegłem na zewnątrz.
Truchtałem, trzymając w dłoni szkło. Jedyne miejsce, gdzie się zatrzymałem, to posterunek kontrolny, nieopodal miejsca, gdzie była ostatnia impreza.
– Kapitan Graczow, Wympieł, tu masz legitymację służbową – rzuciłem.
Polka dobiegła do mnie.
– Jestem z nim – rzuciła po rosyjsku.
Kiwnąłem głową, na znak, by i ją przepuścił. Młody szeregowy z piechoty morskiej zrozumiał i dał wolną drogę.
Nie wiem, po co za mną podążała. Pragnąłem być teraz sam i przetrawić to, co przed chwilą usłyszałem. Z drugiej strony ona była kluczem do rozwiązania zagadki, tych dziwnych snów i powracających wspomnień. Sam nie wiedziałem, dlaczego pozwoliłem wartownikowi, by ją przepuścił. Parłem do przodu, nie zwracając uwagi na otoczenie, słyszałem jej słowa, ale nic z nich nie rozumiałem. Zatrzymałem się dopiero na brzegu, tak że morskie fale moczyły mi buty.
– Stój, poczekaj, proszę – wyrzuciłem z siebie i odkręciłem nakrętkę od butelki.
Pociągnąłem spory łyk alkoholu, potem drugi. Przez głowę przelatywały tysiące myśli, jej słowa uruchomiły skrywane pokłady wspomnień. Coś, co wcześniej było gdzieś głęboko zakopane, zaczęło wydostawać się na powierzchnię. Wódka była zimna i wchodziła gładko.
Jakieś wzgórze i ja z nią, kochaliśmy się nadzy. Potem kolejny obraz – ona stojąca w szeregu na ceremonii mianowania. Przelatywały mi te kadry, a ja nie umiałem ich poskładać. Tonący kuter i ja leżący na pokładzie, patrzący, jak Klaudia jest unoszona z kimś jeszcze przez śmigłowiec. Jakaś cudowna blondynka i seks z nią w koszarach. Wszystko mi się mieszało. Mózg nie nadążał z analizą. Czułem, jak w głowie „paliły mi się styki”.
Znów łyk gorzały. Odstawiłem butelkę na ziemię i pochyliłem się, nabierając wody w dłonie. Zacząłem nią ochlapywać gorącą twarz.
„Kim ja tak naprawdę jestem?”
Stała za mną i delikatnie dotknęła moich pleców. Powstałem, podniosłem gorzałę i odwróciłem się do niej. Nasze spojrzenia się spotkały.
– Ja nic, ja kurwa nic nie pamiętam – wykrztusiłem. – Przysięgam!
Patrzyła na mnie ze współczuciem. Wyciągnęła dłoń i pogłaskała czule po twarzy. Nie mogła wypowiedzieć ani słowa. Miała zaciśnięte usta.
– Osiem lat temu miałem wypadek, podczas ćwiczeń na Bałtyku spadłem ze śmigłowca i uderzyłem o kadłub okrętu podwodnego. Był niezły sztorm. Poszedłem pod wodę, częściowo sparaliżowany, nim ruszyła po mnie ekipa ratunkowa, minęło dużo czasu. To cud, że mnie uratowali. Reanimacja trwała czterdzieści minut… – zacząłem mówić.
– To było 31 października – przerwała mi.
– Tak, skąd wiesz? – spytałem i byłem już pewien, że jest z wywiadu.
Tylko dlaczego rozpracowuje gównianego kapitana z „Wympieła”. Znałem jakieś tam tajemnice, trochę agentury na Bliskim Wschodzie. Byłem jednak zwykłym pionkiem. Nie mogła przewidzieć, że tu przylecę by odbijać zakładników, równie dobrze mogli być to chłopaki z „Alfy”. Nic mi się nie kleiło. Nic nie miało sensu.
– W tym dniu zaginął ratownik SAR, chorąży sztabowy Radosław Gancarz. Przyleciał, by ratować mnie i moją ranną przyjaciółkę z pokładu tonącego kutra. Spadł z masztu, gdy rozplątywał linę wyciągarki i uderzył o pokład jednostki, po chwili ta poszła pod wodę. Jego ciała nigdy nie odnaleziono, a plotki mówiły, że być może uratowała go rosyjska łódź podwodna. Rozumiesz teraz? – usłyszałem i zaczęło mi się robić słabo.
Padłem na kolana i objąłem obiema dłońmi twarz. Zamroczony wypitym alkoholem powoli kojarzyłem to, co chciała mi przekazać. Zdałem sobie sprawę, że być może nie jestem żadnym Wiktorem Graczowem.
„A może to taka gra operacyjna, może chce mnie podejść?”
To, co wpojono mi po wypadku, było jasne i klarowne. Babcia Polka, a także moja matka, mówiły po polsku. Cała moja rodzina zginęła w wypadku samochodowym, gdy byłem w szkole oficerskiej. Pokazano mi mieszkanie, sąsiedzi mnie poznali, a nawet spotkałem dwóch ratowników z okrętu. Po co ktoś miałby ratować nic nieznaczącego rescuera z Polski? Styki mózgowe osiągały powoli poziom wrzenia.
Tylko skąd te nocne mary? Te przebłyski, w których pojawia się ona i jakaś blondynka? Kurwa, tego było dla mnie za wiele. Jeśli byłem Polakiem, to jak nauczyłem się w takim stopniu języka rosyjskiego? Nic nie składało się w spójną całość. Wszędzie widziałem znaki zapytania i jakieś dziury.
Jedną z dłoni chwyciłem postawioną na piasku butelkę wódki. Łapczywie pochłonąłem sporą dawkę alkoholu. Wciąż klęcząc, podniosłem twarz i spojrzałem na Kławdię.
– Powiedz mi, powiedz mi, kim ja tak naprawdę jestem? – szepnąłem, odkładając nadpite 0,7 litra sznapsu na ziemię.
Klaudia klęknęła naprzeciwko i obiema dłońmi ujęła moją twarz. Zobaczyłem płynące po jej policzkach łzy.
– Jesteś moim ukochanym Radkiem, jedyną miłością mojego życia – powiedziała płaczliwym głosem.
Świat zawirował. Czarne mroczki pojawiły się przed oczami. Straciłem przytomność…
Klaudia przeraziła się, kiedy rosyjski kapitan, a może Radek, padł na ziemię, jakby rażony piorunem. Od dłuższego czasu widziała, że walczył ze sobą, a każde wypowiedziane słowo wywoływało w nim coraz większe emocje.
Początkowa wściekłość i pewność, że zachowuje się tak, by nie zostać zdemaskowany, ustąpiły. Gdy po jej słowach wybiegł jak szaleniec z kontenera, zrozumiała, że coś jest nie tak.
Ten nieszczęsny człowiek nie pamiętał nic. Momentalnie zmieniła podejście do niego. Była tego pewna, gdy opowiedział jej o wypadku i o tym, jak długo przebywał pod wodą i był reanimowany.
„Odpuściłam wtedy, odpuściłam i nie uratowałam najbliższej mi osoby”.
„Przecież zabiłabyś się, nie dałabyś rady, dowódca cię trzymał w kleszczach”.
Teraz nie było czasu na przemyślenia. Znalazła go na tym końcu świata, a co gorsza, leżał teraz nieprzytomny. Przez nią.
„Działaj, babo!”
W pośpiechu rozpinała guziki jego mundurowej bluzy. Sama nie wiedziała dlaczego. Nie było to konieczne, jednak to robiła. Zsunęła ją w dół i uniosła lewe ramię mężczyzny. W marnym świetle księżyca dostrzegła cztery sznyty. Była prawie pewna, że to Radek.
„Sprawdź, sprawdź jeszcze tam” – jakiś wewnętrzny głos mówił, by przekonać się w stu procentach, że to ukochany.
Sprawnie rozpięła pasek spodni i śmiałym ruchem zsunęła przód spodni wraz z bokserkami. Palcami mierzwiła owłosienie łonowe mężczyzny w poszukiwaniu blizny. Wyczuła ją w lewej pachwinie. Była pewna.
– Kochany już, wróć do mnie, nie rób mi tego – szepnęła sama do siebie.
Od teraz działała jak automat. Sprawdzenie funkcji życiowych, odpowiednie ułożenie twarzy, upewnienie się, że język się nie zapadł i nie zablokuje przepływu powietrza.
Rozpoczęła sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Wyliczona liczba wdechów – klatka piersiowa Radka unosiła się. Masaż serca – perfekcyjny, taki, jakiego nigdy nikomu jeszcze nie zrobiła. Uciśnięcia z właściwą mocą i częstotliwością.
– Wracaj do cholery, wracaj – szeptała, uciskając klatkę piersiową.
Podejrzewała, że zatrzymanie krążenia było wynikiem nadmiaru emocji. Najpierw akcja odbicia zakładników, potem zachowanie Sebastiana, a na koniec ona dołożyła mu do pieca. Tyle naraz powaliłoby mamuta. Byli w tej „pustelni” sami, nie mogła liczyć na pomoc nikogo innego.
– Nie poddam się, tak mnie uczyłeś, nie teraz – szeptała, dodając sobie animuszu i miarowo uciskając tors.
Straciła go już raz, cudem wywinął się śmierci. Nie mogła pozwolić na to, by odszedł na zawsze.
– Wracaj do mnie, słyszysz! – rozkazała mu i znów zaczęła sztuczne oddychanie.
Dom rodzinny Klaudii, Polska, dwie godziny po telefonicznej rozmowie „Ankora” z Dowództwem Operacyjnym SZ RP.
Dwa wojskowe „Honkery” z żołnierzami ze specjalnego oddziału Żandarmerii Wojskowej (OS ŻW) zatrzymały się kilkanaście metrów przed posesją. Dowodzący akcją wydał rozkaz. Sześciu żandarmów osłaniało teren, kolejna, równie liczna grupa ruszyła w stronę zabudowań.
Jeden z żandarmów, z bronią gotową do strzału, stanął przed wejściowymi drzwiami. Reszta sekcji ubezpieczała jego działanie. Żołnierz mocno zapukał do drzwi.
– Kto tam? – usłyszał po paru chwilach męski głos.
– Żandarmeria Wojskowa, proszę natychmiast otworzyć drzwi, inaczej wejdziemy siłą.
Usłyszał szczęk zamka i po chwili stanął przed nim ojciec Klaudii. Był wystraszony, tulił do siebie kilkuletniego chłopca.
– Proszę się natychmiast spakować, tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zabieramy was w bezpieczne miejsce – oznajmił mundurowy i odsuwając faceta, wszedł do środka – Drugi, trzeci, do budynku – rozkazał swoim podwładnym.
Dwóch ubezpieczających „żetonów” w okamgnieniu znalazło się we wnętrzu domu. Sprawnie sprawdzali kolejne pomieszczenia. Rodzice Klaudii stali przerażeni, podobnie jak jej synek. Starszy pan wziął dziecko na ręce i przytulił.
– Klaudia, co z nią? – zapytał.
– Wszystko w porządku. Została odbita. Zabieramy was ze sobą – lakonicznie odpowiedział dowodzący akcją.
– Dziesiąty do pierwszego – dało się słyszeć.
– Tu pierwszy, słucham – odpowiedział dowódca grupy.
– Dotarł pojazd – zameldowała „dziesiątka”.
– Niech czeka, realizujemy – padła odpowiedź.
Mama Klaudii w pośpiechu ładowała najpotrzebniejsze rzeczy do pospiesznie znalezionych toreb. Rodzice ratowniczki zdawali sobie sprawę, że skoro pojawił się uzbrojony pododdział, to może grozić im niebezpieczeństwo. Ponaglenia żandarmów nie pomagały, a wręcz paraliżowały ruchy rodzicielki Klaudii. Ta wrzucała do toreb jakieś przypadkowe rzeczy.
Dziecko poprosiło dziadka, by postawił je na ziemi. Gdy ten to uczynił, mały Radek zbliżył się do dowodzącego akcją.
– Mamusia? – zapytał rosłego żandarma.
– Twoja mama jest bezpieczna i bardzo odważna. Poczekasz na nią z nami, u nas, tak będzie lepiej – odpowiedział mu żandarm i pogłaskał po głowie.
– A mogę sobie zabrać jedną rzecz? – zapytał maluch.
– Pewnie, ale szybko.
Radeczek pobiegł do swojego pokoju. Z szufladki wyciągnął emblemat „Specnazu” i zdjęcie swojego ojca. Przybiegł do żołnierza i pokazał mu to. Porucznik ŻW nie był w stanie nic odpowiedzieć dzieciakowi. Zdołał tylko przytulić chłopczyka do swojej nogi i pogłaskać po głowie.
– Już, wszystko? – zapytał rodziców Klaudii jego zastępca.
– Tak – cicho odpowiedziała matka ratowniczki.
– Dawać pojazd! – rozkazał.
Leciwy Volkswagen Transporter podjechał pod domostwo. Cała rodzina wpakowała się do niego. Ruszyli w nieznane, osłaniani przez dwa wojskowe Honkery.
Rosyjska morska baza wojskowa Tartus, Syria, plaża „pustelnia”. Kilka minut po rozpoczętej reanimacji.
Ocknąłem się, wróciłem do rzeczywistości. Dojrzałem nad sobą moją ukochaną Klaudię i zdałem sobie sprawę, że wróciłem z dalekiej podróży. Była nieco starsza, podobnie jak i ja. Nadal jednak była piękną kobietą. Moim „rudzielcem”, najcudowniejszą istotą, jaką znałem.
Pochylała się, praktycznie przykładając przecudne usta do moich spierzchniętych warg. Moja najmilsza, najukochańsza. Tylko dlaczego nosiła rosyjski mundur? Może to były ćwiczenia?, odgrywaliśmy rolę grupy pozoracji pola walki. Ale dlaczego nie w maskałatach, a w tropikalnych uniformach?
Nie, to nie było teraz ważne. Rozebrała mnie. Miałem ściągnięta bluzę mundurową, a poniżej pasa rozpięte spodnie. Mój fallus był odsłonięty, choć portki jeszcze tkwiły na biodrach.
Przypomniałem sobie nasze harce w mieszkaniu, gdy odebrałem ją z dworca po kursie, potem nasz zmysłowy i dziki seks na Mogielnicy oraz boski footjob, gdy się oświadczyłem.
„Gdzie jesteśmy teraz? W środku nocy?”
Chciała tego, gdyby nie pragnęła, to by mnie nie rozebrała. Może nie do końca, ale genitalia miałem odsłonięte, a mundurowa bluza trzymała się tylko na łokciach.
– Kocham cię Klaudia – wyznałem i objąwszy ją, położyłem na ziemi.
– Radek – szepnęła – Wróciłeś, kochany.
Tkwiłem nad nią, rozpinałem jedną dłonią guziki jej uniformu, a drugą ściągałem w dół swoje spodnie.
Całowałem jej alabastrową szyję, przypominając sobie, jak dziko i namiętnie kochaliśmy się, gdy przyjechała do mnie po kursie. Nie wytrzymała w domu dwóch tygodni; pojawiła się po siedmiu dniach, spragniona.
Jak długo trwała nasza rozłąka? Co było jej przyczyną? Nieważne! Liczyło się to, że znów byliśmy razem. Pamiętałem pierwszy dzień na kursie, jakże ja ją chciałem uwalić, a potem? Szalona miłość, pocałunek w morzu, gdy zostaliśmy sami…
Rozerwałem jej podkoszulek. Mocno chwyciłem jedną z piersi, Syknęła.
– Aj, boli – usłyszałem, zdając sobie sprawę, że miała na sobie opatrunek.
„Dlaczego?” – przemknęło przez myśl.
Odrzuciłem rozerwany podkoszulek. Mundurowa marynarka Klaudii już dawno leżała z boku. Zatopiłem usta w przecudnych półkulach piersi. Delikatnie podgryzałem sterczące brodawki, a dłońmi rozpinałem jej spodnie.
– Chcesz? – szepnąłem.
– Tak – odpowiedziała.
Dawno nie miałem tak silnej erekcji. Nie ściągałem delikatnie spodni wraz z figami, ja je wprost zdarłem. Mimo dotychczasowej raptowności w działaniu, zmusiłem się, by zwolnić. Kiedy palcem spenetrowałem intymność Klaudii, byłem już delikatny.
Wilgoć, jaką poczułem w pochwie nie kłamała. Klaudia była podniecona, podobnie jak ja. Oboje, z opuszczonymi do kostek spodniami i pozbawieni górnego okrycia, byliśmy gotowi do miłosnego aktu.
– Wróciłeś do mnie, kocham cię – dotarło do moich uszu, kiedy w nią wchodziłem.
Objęła mnie ramionami, wtulając w siebie, W pozycji misjonarskiej zacząłem penetrować wnętrze partnerki. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Byłem na górze, więc to ja miałem wszystko pod kontrolą. Całowaliśmy się jak długo rozdzieleni kochankowie. Szybko, namiętnie i niecierpliwie.
– Radku, Radku – jęczała, a ja czułem, że za chwilę dojdzie.
Przyspieszałem ruchy, ale mój orgazm nie nadchodził. Alkohol robił swoje. Nie w kwestii erekcji, bo członek spisywał się świetnie. Po prostu wszystko się wydłużało. Najwyraźniej byłem w tym punkcie, gdzie alkohol działa podniecająco. Dawka więcej to „anty seks” i z miłości nici.
Klaudia wiła się pode mną i jęczała rozkoszy. Poczułem, gdy doszła. Nawet próbowała mnie zwalić z siebie, lecz nadal wdzierałem się w jej wilgotne i spragnione wnętrze.
– Już, już, już – słyszałem, nie ustając jednak w wysiłkach.
Facet, wiadomo, ma jeden orgazm, potem to tylko jakieś echa. U kobiet działa to podobno inaczej. Czy ten drugi jest lepszy, mocniejszy?
Klaudia głośno krzyknęła. Paznokcie kobiety wbiły się w moją skórę, zostawiając krwawy ślad.
Mój własny orgazm był przytłumiony działaniem alkoholu, nie tak przejmujący, lecz przyjemny. Szybkie ruchy biodrami i ta nieopisana błogość. Kilka, kilkanaście ruchów frykcyjnych, które dają facetowi to coś – nienamacalne, niedefiniowane uczucie ekstazy.
Dysząc, opadłem na jej ciało. Czułem kołatanie naszych serc i ujrzałem wyraz przyjemności na twarzy Klaudii.
– Osiem lat na to czekałam.
– Kocham cię – odparłem.
– Wróciłeś do mnie.
Leżeliśmy na piasku, na obrzeżach bazy, wpatrując się w gwiazdy na nieboskłonie.
Dochodziłem do siebie, ale to Klaudia zebrała się wcześniej. Sprawnie narzuciła na siebie mundur.
– Jezu, przez osiem lat modliłam się o spokój duszy żywego człowieka – rzuciła, pomagając mi się ubrać.
Wziąłem butelkę niedopitej wódki i cisnąłem ją w otchłań morza.
Ona ujęła mnie za dłoń
– Chodź Radku – szepnęła i ruszyliśmy w kierunku mojego kontenera.
Przejdź do kolejnej części – Duch Lewantu V: Cisza przed burzą
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Megas Alexandros
2026-01-16 at 09:29
Po mocno wystrzałowym poprzednim odcinku, okazuje się, że rozdział spędzony w, bezpiecznej jak by się mogło wydawać, bazie potrafi być równie emocjonujący. Sporo się tu dzieje – przesłuchanie Klaudii, kolejne biesiady z Polakami, narastający konflikt między Wiktorem i Sebastianem, w końcu ujawnienie faktów, których Czytelnicy domyślali się z pewności od samego początku 🙂 Wiadomo, że trzeba rozsypać odbiorcom trochę okruszków, by sami mogli dojść do rozwiązania zagadki, ale wydaje mi się, że w tym wypadku zbyt hojnie sypnięto z całego wora 🙂
Klaudia musi mieć teraz w głowie niezły ambaras. W jej życiu jest dwóch mężczyzn i właśnie zdradziła jednego z drugim (a może to drugiego zdradzała, nieświadomie, z pierwszym?). Podobne rozterki musi teraz odczuwać Wiktor/Radek. A nam pozostaje tylko czekać na rozwój wydarzeń. Które mam nadzieję, niebawem poznamy!
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-01-16 at 12:59
Witam Megasie.
Klasycznie już, na wstępie dziękuję za korektę opowiadania. Bez Twoich wskazówek i podpowiedzi (oraz wychwyconych błędów) tekst byłby słabszy, ledwie dostateczny.
Tak, ten odcinek nie jest tak wystrzałowy jak poprzedni, ale jak zauważyłeś dzieje się nieco. Mam nadzieję, że trzymam fabularny fason i nie serwuję zbytnich dłużyzn, które Czytelnicy przelatują tylko wzrokiem.
Zgadza się, sypnięto sporo, z całego wora, lecz czy był sens dalej dawkować mikroskopijne ilości, gdy większość Czytelników już w „Wympiele”, odgadła kim jest Wiktor.
Cieszy mnie że dostrzegłeś dość skomplikowany wątek zdrady i ambaras jaki powstał w głowach głównych bohaterów. No właśnie -czy to jest zdrada i kto kogo zdradził i z kim? Bardzo ciekawy jestem oceny tego aspektu przez innych Czytelników, w tej konkretnej sytuacji, gdzie jedna osoba była przekonana, że jej ukochany nie żyje, a druga po amnezji dowiaduje się kim naprawdę jest (choć nie do końca jeszcze w to wierzy). Mam swoją teorię, ale nie chcę nikomu jej narzucać i bardzo ciekawy jestem opinii innych.
Kolejny odcinek, o roboczym tytule „Cisza przed burzą”, sugeruje że akcja nadal toczyć się będzie bez strzałów, eksplozji, pourywanych kończyn. Pewnie bardziej przypadnie do gustu wielbicielom miłosnych igraszek, gdyż zdaje sobie sprawę, że w tym odcinku otrzymaliśmy mikroskopijną ich ilość. Tak, tam tego będzie więcej, ale bez przesady.
Planuj więc Megasie lutowy termin, na kolejną odsłonę przygód naszej pary.
Pozdrawiam.
jammer106.
Megas Alexandros
2026-01-16 at 14:57
Bez względu na inne rozkminy, jedno jest pewne: kochając się z Klaudią, Wiktor zdradził swoją rosyjską żonę. I to nie ulega wątpliwości. Tak więc dodałem do tekstu tag „zdrada” 🙂
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-01-16 at 15:34
Ależ oczywiście Megasie, w rozpatrując to pod względem moralnym i „fizycznym” jest to jak najbardziej zdrada „pełną” gębą. choć jak się w kolejnym odcinku okaże… nie będę spojlerował. Tylko czy w aspekcie formalno-prawnym Katia jest w tej sytuacji żoną, czy tylko matką dzieci Wiktora i jego partnerką, gdyż wyszła za maż za produkt FSB/GRU, nieistniejącego nigdy realnie Wiktora Graczowa, a innego człowieka, który gdyby znał swoja przeszłość to? Czy poślubiłby Jekaterinę?
Aż żałuje, że „Rybaka Dusz” nie pociągnąłem tak , by zaginięcie Radka nastąpiło po ślubie z Klaudią, to dałoby jeszcze większy efekt zagmatwania.
I wcale nie bronię swojego bohatera, ba chcę pokazać przez to rysy na wcześniej utworzonym wzorcu , dać mu szarość, by nie był postacią czarna lub białą (taka moja próba, nie wiem czy udana, po podpowiedziach Czytelniczek , ze kreuję tylko bohaterów w takich barwach). A, swoja drogą, to Wiktor pokaże jeszcze niejeden raz swoją ciemną stronę.
Dziękuje za dodanie tagu i komentarz.
Thorin
2026-01-16 at 13:06
No w końcu! Już myślałem, że kolejny rozdział się tu nie pojawi i będę musiał szukać ciągu dalszego na brzydszym portalu spod znaku 24.
Ale warto było czekać. Całkiem miodna część, choć nie dorównuje poprzedniej, ociekającej adrenaliną i testosteronem. Za to posuwa (hehe) akcję naprzód!
jammer106
2026-01-16 at 13:28
Przecież Thorinie, w odpowiedzi na Twój komentarz pod II częścią „Utulni”, dałem jasną deklarację że kontynuacja „Ducha Lewantu”, pojawi się na tym portalu, a słowa danego staram się dotrzymywać.
Tak, na brzydszym portalu jest już nawet kontynuacja tej serii (o zgrozo ma sześć odcinków i końca nie widać), tylko tam opowiastki są surowe, najeżone sporą ilością błędów, a tu w wersji „de luxe”. Może dlatego warto poczekać na owe tutaj. Skonsumować je lepiej podane, doprawione i warsztatowo dopieszczone.
Masz rację, adrenaliny i testosteronu tu niewiele, w porównaniu do poprzedniej części i w kolejnej części będzie podobnie, ale nie trać nadziei – w szóstym i siódmym odcinku powrócą klimaty, które lubisz, musisz jednak uzbroić się w cierpliwość.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuje bardzo za komentarz.
wodamineralna
2026-01-16 at 21:46
Twoje teksty mają charakter i styl – brawo.To jeden z tych materiałów, które mimo prostoty wciągają. Ciekawie udało się zachować ten balans między osobistym tonem a konkretem. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.
jammer106
2026-01-16 at 22:24
Serdecznie dziękuję za komentarz. Staram się pisać prostym językiem. Miło mi, że opowiadanie się spodobało i dostrzegłes ów balans.
Pozdrawiam serdecznie.
Caraxes
2026-01-18 at 22:07
Skoro Klaudia uratowana, a Wiktoradek dowiedział się tego, co nam już od dawna wiadomo, to czy możemy wrócić do kontrolowanego odstrzału islamistów? Ich pogłowie trzeba utrzymywać na rozsądnym poziomie, bo za bardzo się rozplenią.
Poza tym, co się dzieje między Janą i Wiktoradkiem? On całuje ją w czoło, ona jego w usta… żeby z tego pocieszania dziewczyny kolegi jakaś bieda nie wyszła. Z drugiej strony, takiej libańskiej krasawicy, z pewnością obdarzonej gorącą krwią, może być trudno doczekać, aż poskładają jej Wołka do kupy. I w międzyczasie może potrzebować czegoś więcej niż całowania po włosach.
A Sebastian jak widzę idzie w odstawkę. Autor chyba nigdy go za bardzo nie lubił, dlatego fundować mu przypadłości seksualne i ogólne awanturnictwo. Już trochę poznałem Twój typ preferowanego herosa, jammer, i jest to stoicki twardziel, a nie narwany młokos. Dlatego nie wróżę Sebie powodzenia w walce o Klaudię.
No to trzeba uzbroić się w cierpliwość przed kolejnym rozdziałem.
jammer106
2026-01-18 at 22:37
Powrót do kontrolowanej eliminacji islamistów od części szóstej, wszak trzeba zaplanować akcję, a nie tak na żywioł.
Jana/Wiktor, no nie, rozkminiles jakiego bohatera kreuję i nie za bardzo to pasuje, bardziej to Klaudia może być zazdrosna i tu bym upatrywał problemu.
Sebastian, no cóż, narwany młodzieniec, wściekły na siebie i innych i nie panujący często nad emocjami. Typowe chyba cechy młodego człowieka, który z nas nie był narwany, gdy był młody.
Autor lubił Sebastiana, do momentu, kiedy wpadł na pomysł, by przywrócić do życia Radka, jeszcze w takiej roli
Doświadczenie i wiek, kontra młodości szaleństwa. Wybór mój był prosty, a przypadłość formoziaka pasowała do jego wieku i niewielkiego doświadczenia w alkowie.
Serdecznie dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Yen
2026-01-19 at 07:32
Witajcie,
Jakoś mi się ten płot twist z powrotem Radka nie podoba. Tamta historia wydawała się zamknięta i nie wiem, po co do niej wracać. Wiktor mógł być po prostu kimś podobnym do Radka. Może nawet bratem – bliźniakiem, ukradzionym po urodzeniu przez bezdzietną pielęgniarkę 🙂 Żartuję. Fabuła wystarczająco przypomina telenowelę.
Jeśli chodzi o opisy akcji, naprawdę masz talent, widać, że wkładasz w to dużo pracy… Ale opisy postaci, ich cechy… Są przerysowane, jak z wspomnianych oper mydlanych. Sebastian – młody i awanturniczy, chociaż jako komandos ze spec jednostki musiał uczyć się panować nad emocjami. I nie odpowiadaj mi, proszę, że jeśli chodzi o najbliższych, to naturalne, że daje się ponieść. Nie kupuję tego. Może raz popełnić jakiś błąd, ale żeby mierzyć do kapitana, z którym przed chwilą piło się wódkę? A Klaudia to jest jakaś rzecz, według niego, którą tamten mógł sobie wziąć i ubezwłasnowolnić? Nie ma prawa decyzji, nie podjęła jej sama? Nic to nie znaczy? Ja rozumiem młody wiek Sebastiana, ale powinni go wywalić z wojska już dawno temu, nie nadaje się ze swoją impulsywnością. Jedną z podstawowych cech dobrego operatora jest cierpliwość. Czasem wysyłają takich na obserwację albo do akcji, która wymaga czekania. I to nie minuty, ale kilka dni na odpowiedni moment.
Klaudia ciągle ryczy i histeryzuje, zachowuje się jak dziecko. Przecież Wiktor mógł być tylko bardzo podobny do jej niedoszłego męża, poza tym w ogóle nie bierze pod uwagę, że mógł ulec wypadkowi i stracić pamięć?
I zaczyna reanimację dopiero, jak ściąga mu gacie i upewnia się, że to Radek. No heloł, mało profesjonalne, niedotlenienie mózgu w tym czasie gwarantowane.
Postaci typu Jana i komandos, który stracił pół twarzy… No już widzę, jak zakochują się w sobie w tydzień. Raczej im endorfiny uderzyły do głowy, ale nawet się nie znają, więc to nie jest miłość. A tutaj oboje zapewniają o swoim płomiennym uczuciu. Czy oni mają po 12 lat? Jana to jakiej jest wiary? Bo jak muzułmanka, to wątpię, żeby była taka otwarta i chętna do romansu. Są pewne rzeczy, które wpajają muzułmankom od dziecka, nie przeskoczysz tego w pięć minut, trzy zdania. Takie zmiany charakterów się nie zdarzają.
O całowaniu w usta obcych nie wspominając.
Ogólnie – jako opowieść fabularna – jestem na tak. Jeśli chodzi o romans i rozwój psychologiczny postaci – wolałabym, żeby było tego mniej.
jammer106
2026-01-19 at 08:12
Serdecznie dziękuję za wyrażenie swojej opinii o opowiadaniu.
No cóż, nie każdemu musi się ono podobać, fabuła jest jaka jest,
Gusta czytelników są różne i nie jest to temat do dyskusji.
Co do przerysowanych postaci, no cóż chyba tak mam,, nie pierwsza to zauważasz (zwrócili mi uwagę Ania i Tomp).
Początkujący że mnie Autor, najwyraźniej jeszcze długa droga przede mną.
Sebastian jest na początku swojej drogi specjalsa – wskazuje na to stopień.
Jana – nigdzie nie jest wskazana jej wiara, a Liban to mieszanina wyznań (z przewagą islamu).
Nauczonych wymianą poglądów z Anią pozostaje na tej krótkiej odpowiedzi, obawiam się że możemy w dyskusji zejść głęboko od tematu, a tego bym nie chciał.
Przyjmuje Twoje uwagi, jednakże kolejne epizody zostały już napisane i gruntownej poprawy scenariusza nie przewiduję, opera mydlana trwać będzie dalej (bez Sebastiana chwilowo).
Były tu opowiadania Marigold, były Historyczki, każde pisane w specyficzny sposób, niechże więc mydlana opera zostanie moim znakiem rozpoznawczym.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
Megas Alexandros
2026-01-19 at 10:21
Właśnie, pytanie dotyczące Jany – ona jest Libanką, czy syryjską agentką w Libanie? Z faktu, że współpracuje z Rosjanami, wnioskuję że raczej to drugie. A Syria, podobnie jak Irak, ma długie tradycje arabskiego socjalizmu i dystansowania się od wiary (tym bardziej, że podobnie jak Liban, jest pod tym względem mocno podzielona pomiędzy Sunnitów, Szyitów, Druzów, Alawitów itd.).
Więc jakoś jej skłonność do wchodzenia w romanse z cudzoziemcami i innowiercami (sugerująca luźny stosunek do islamu) mi nie przeszkadza. Natomiast jej wielka miłość z Wołkiem faktycznie jest podejrzana, z uwagi na krótki czas jej rozkwitu – stąd podobnie jak Caraxes, zastanawiałem się, czy nie dojdzie do czegoś między nią i Wiktorem.
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-01-19 at 13:09
Jana jest trzecioplanową postacią, pokazaną głównie aby wypełnić „erotyczny” wątek w jednej z poprzednich części. Jest Libanką, to wielokrotnie wspominam w tekście, przynajmniej urodziła się w Libanie, tak założyłem.
Jest Agentką, pracującą dla Rosjan. Nic nie wiemy o jej rodzicach, została wychowana przez dziadków. Agentką – więc, osobą zdecydowaną na wszystko, skłonną nawet pójść do łóżka z lokalnym watażką by go omotać, wydobyć informację, a nawet zlikwidować. Tu wiara nie ma znaczenia. Jesteś agentem z przekonania/ideologii, albo za gratyfikację finansową, lub inną (na przykład życie w lepszym świecie i warunkach). Z poprzednich odcinków dowiadujemy się że żyje w ubóstwie, w wiosce dziesięć razy podlejszej niż najgorsza w Rosji, Zdaje sobie sprawę, że jest spalona w Libanie, Wiktor nie ufa Syryjczykom. Młoda dziewczyna, wizja życia w Rosji, kulturowo dla niej obcej – czy związanie się z Rosjaninem o ugruntowanej pozycji (Wołk), nie jest dla niej najlepszym wyjściem? Założenie rodziny, macierzyństwo, z pewnością spowoduje że nie zostanie rzucona po jakimś czasie na bliskowschodni teatr działań.
Nie, niekoniecznie musi mieć korzenie syryjskie. Związki ZSRR, a potem Rosji z Hamasem lub Hezbollachem, to temat na wykład. Rosja nigdy nie uznała tych organizacji za terrorystyczne, ba, wspierała je na arenie politycznej i militarnie, poprzez dostawę broni. Stosunki ewaluowały. Tylko raz jedna z tych organizacji uprowadziła dyplomatów ZSRR (1985 rok) w Bejrucie i zabiła jednego z nich. Jak KGB na to zareagowało – mamy opis tego słowami głównego bohatera, gdy przesłuchuje skarbnika. Kastracja pojmanego członka rodziny i paczuszka wysłana do bossów owej organizacji. Przez kolejne lata, nikt nie uprowadził już nigdy dyplomatów, lub obywateli tego kraju.
Podobnie stawianie znaku równości ISIS, Al-Kaida z Hamasem lub Hezbollahem. Te organizacje nigdy ze sobą ściśle nie współpracowały, ba ostatnimi czasy im nie po drodze i walczą ze sobą. Obie godne potępienia, ale to inne bajki, tak na marginesie.
W Libanie mamy około 300 000 wyznawców prawosławia, nie można wykluczyć że nasza Jana, jest tego wyznania.
Może naiwnie chciałem ich uczucie przedstawić jako bliskowschodni mix „Pięknej i Bestii” oraz „Dzwonnika z Notre Dame”. Plany zacne – a wyszło jak wyszło.
Teraz szybciutko jeszcze do Yen i jej uwag:
1. Kwestia ratowania najbliższych, spokrewnionych przez bliskie osoby – od medycyny (zakaz operacji bliskiej osoby), poprzez wymiar sprawiedliwości, a skończywszy na służbach mundurowych, jakieś mądre głowy wprowadziły owo obostrzenie i społeczeństwo go przyjęło. Nie kupujesz, szanuję Twoje zdanie, masz do tego prawo. W tym aspekcie obstaje przy mojej wersji.
2. Reanimacja -istnieje zasada 4 złotych minut. Czterech. Tylko jaka jest procedura udzielania pomocy. 1. Zapewnić bezpieczeństwo sobie i poszkodowanemu. 2. Ocenić stan poszkodowanego. 3. Rozpocząć RKO. Ile zajmie zdjęcie bluzy i szybkie rzucenie okiem na przedramię + zsunięcie spodni i wymacanie blizny ( jeżeli wiesz gdzie ona się znajduje). Sprawny ratownik zrobi to w minutę, no dobra w półtorej minuty. Nieraz dłuższy czas zajmuje wyciągnięcie poszkodowanego z niebezpiecznej strefy (pożar, utopienie, wypadek drogowy) i ocena stanu (czy aby poszkodowany nie krwawi z tętnicy lub żyły, nie ma połamanej klatki piersiowej itp.) . Fakt, bohaterka winna przystąpić od razu do RKO, bez tych sprawdzeń, ale wtedy… nie mielibyśmy fizycznej miłości na końcu i dostałbym zarzut że to cyborg z miesiączką (już takowy miałem). Człowiek istotą ciekawą jest, nieraz działa niezgodnie z procedurami, niechże bohaterka tez ma swoje błędy i rozterki. Spotkała ukochanego, którego pochowała osiem lat wcześniej, to może zaburzyć zdrowy rozsądek. Taka moja linia obrony, może koślawa, nieprzemawiająca do Ciebie. Tu przeszarżowałem, ale w dobrej wierze.
3. Kwestia powrotu Radka – nie Ty jedna jesteś zniesmaczona, pewnie lepiej byłoby, gdyby „poległ na polu chwały”. Opcja brata – rozważałem coś takiego, ba nawet miałem już scenariusz. Ojciec bohatera wyjechał na wymianę do ZSRR ( dość popularne, mój ojciec był na takowej w Leningradzie w latach 80-tych), a tam wóda się lała , krasawice chętne i zmajstrował Irinie lub Maszy bobasa. Tylko miałem furtkę, w postaci rosyjskiej łodzi podwodnej, operującej w rejonie zaginięcia bohatera, i to mnie pchnęło w tym kierunku. Jedni mnie przeklinają, że skopsałem tak fajna serię, inni są zadowoleni, bo opowiastka toczy się dalej. Nie dogodzę wszystkim. Uśmierciłem Radka – wkurw Thorina w komentarzu, przywróciłem do żywych – Twoje niezadowolenie. Co bym nie zrobił….
Dobrze Droga Yen, że choć fabuła Ci się w miarę podoba , tutaj przynajmniej nie poległem.
Yen
2026-01-19 at 12:28
Zostawiam religię Jany w spokoju 🙂
Natomiast nie składają mi się jeszcze dwie rzeczy w postaci Sebastiana:
– Jak to możliwe, że przystojny żołnierz ma takie małe doświadczenie? Nawet, jeśli jest nieśmiały, a nic na to nie wskazuje w jego zachowaniu wobec Klaudii, to raczej nie mógłby opędzić się od kobiet
– Jeśli Sebastian jest taki porywczy i wybuchowy, co sobie myślała Klaudia, starsza i bardziej doświadczona matka małego dziecka, wybierając takiego partnera?
To pytanie retoryczne, bo według mnie Klaudia jest zwyczajnie głupia 🙂
I podpisuję się pod hasłem „więcej strzałów, eksplozji i pourywanych kończyn”! Może nie znam się za dobrze na operacjach wojskowych, bo te fragmenty są moimi ulubionymi 🙂
PS
Nie zabijaj już więcej zwierząt, pls.
jammer106
2026-01-19 at 14:33
Droga Yen.
Po części Megas, bardzo dobrze rozkminił postacie jakie tworzę. Nic dodać, nic ująć. W latach 80-90. ubiegłego wieku się wychowałem, i tak mi zostało. Nie na darmo wspomniałem o Marigold i Historyczce – one obie też tworzą swoje uniwersum. Specyficzne (oj, jak Megas tego wyrazu u mnie nie lubi i tępi, za co mu chwała) i z czasem przewidywalne.
Sebastian – bohater, który do części IDA-59M miał być postacią równoznaczną z Klaudią i wokół nich miały się kręcić dalsze losy… i wtedy wpadłem na szalony pomysł,. Jaki, wiadomo. Poszło, widziałem w tym potencjał. Podjąłem taka decyzję, musze się zmierzyć z krytyką lub „peanami”.
Dlaczego przystojny żołnierz ma takie małe doświadczenie, przecież pewnie nie odpędza się od kobiet – gdzieś wcześniej jest stwierdzenie (chyba w „Załodze”) że poznawał dziewczyny w klubach i pomimo tego że chciałby się związać z którąś (tu stwierdzenie z IDA-59M), nie kontynuował, bo kończył zbyt szybko i tak było zawsze. Męska blokada, młodsze partnerki, „męskość” zawiodła. Stres, wycofanie, obawy przed kolejną kompromitacją w alkowie? Wiara, że z czasem to przejdzie, unormuje się, to tak tylko chwilowo, potem będzie lepiej.
Nie zgodzę się, że nic nie wskazuje w jego postępowaniu w stosunku do Klaudii. Ileż razy to on jest onieśmielony, bez „jaj”, wycofany (odcinek „Załoga”), próbuje zagadać, zabiega, ale to Klaudia obmacuje go jako pierwsza, będąc bardziej wyzwoloną i być może to decyduje że zabiega o jej względy, widząc w starszej partnerce tę, która zrozumie jego problem.
Dlaczego tak jest. Cztery lata oficerskiej szkoły to prawie seminarium. Same chłopy, służby, nieliczne przepustki, a potem podporucznikiem się jest trzy lata po szkole, dostać się do Formozy, to pełne skupienie nad sobą, na bok miłostki i romanse. Pełne poświęcenie, nawet kosztem uczuć. Brutalne, ale prawdziwe. Może dlatego, Sebastian nie ma takiego doświadczenia.
„– Jeśli Sebastian jest taki porywczy i wybuchowy, co sobie myślała Klaudia, starsza i bardziej doświadczona matka małego dziecka, wybierając takiego partnera?
To pytanie retoryczne, bo według mnie Klaudia jest zwyczajnie głupia 🙂” – głupie myślenie faceta, co to o damskiej psychice wie tyle co świnia o niebie. Pierwsze – akceptacja partnera przez syna , drugie – chęć stworzenia pełnej rodziny dla dziecka, trzecie -nadzieja że ten ugłaska swoją porywczość i wybuchowość, gdy będą w związku. Nieraz kobiety wiążą się z facetami, wiedząc że ci maja problem z alko i wierzą że związek to zmieni.
Oj że ona głupia , to już mi chyba dwie Czytelniczki napisały. Jak to w świecie, są mądrzy i głupi. Broń Boże, nie miałem zamiaru tak przedstawiać płci pięknej, dla mnie jest kobietą, która ładuje się często w tarapaty, na swoje życzenie, lub życie ją do tego zmusza.
„I podpisuję się pod hasłem „więcej strzałów, eksplozji i pourywanych kończyn”! Może nie znam się za dobrze na operacjach wojskowych, bo te fragmenty są moimi ulubionymi 🙂 – ale się świat zmienia, kolejna Czytelniczka, żąda krwi, akcji, beletrystycznych scen, a ja dalej tkwię w przekonaniu że „wpadanie w ramiona”, romantyczne pocałunki” i „miłość na plaży o wschodzie słońca” , to to, czego oczekuje płeć piękna. Harlekin z elementami militarystyki i wojny. Czas umierać jammer, albo zmienić styl!
Jeżeli dobrze pamiętam, do końca tej serii, nie ucierpi żadne zwierzę, wręcz przeciwnie. Niestety, jeżeli Megas puści moje drugie opowiadanie (Rescuer), notabene cienkie jak siki pająka, to tam niestety…
Zdaje sobie sprawę że ostatnimi czasy wyskakuje jak Karolak ze sprzętów AGD, ale deficyt opowiadań jest spory i trzeba nawet takimi marnościami, jak te moje wypociny, dziurę zatkać.
Pozdrawiam i dziekuję za komentarz.
Megas Alexandros
2026-01-19 at 12:50
Jammer106 tworzy literacki odpowiednik filmów akcji z lat 80-tych i wczesnych 90-tych. Jako fan tych produkcji jestem zdecydowanie na tak, ale znam też ograniczenia tej formuły. Dlatego też nie oczekuję od Autora bardziej pogłębionych portretów psychologicznych bohaterów – w tym gatunku to muszą być raczej dwuwymiarowe archetypy.
Bohater męski pozytywny to twardziel z kwadratową szczęką i szerokimi barami, często w podartym i zakrwawionym podkoszulku, który zrobi wszystko by uratować innych, szczególnie kobiety i dzieci. Bohater męski negatywny musi być pod każdym względem skurwysynem najgorszego sortu bez żadnych okoliczności łagodzących czy dobrych cech.
Bohaterka pozytywna kobieca – i na tym najbardziej traci Klaudia – musi być taką „damsel in distress”, by wzmiankowany powyżej kwadratowoszczęki heros miał kogo ratować. Dlatego, mimo, że mamy do czynienia z ratowniczką, wyszkoloną, silną i odporną, to przez większą część „Strażniczki Bałtyku” i teraz w „Duchu Lewantu” głównie szlocha, płacze, jest bierna i trzeba ją wyciągać z tarapatów. Siła archetypu.
Na dobrą sprawę Jammer mógłby sięgnąć w jej przypadku po inny archetyp, którego przykładem jest bohaterka filmu „Czerwona Sonia” (chodzi mi o oryginalny film z 1985 roku, nie zeszłoroczną abominację). I ukazać postać aktywną, działającą, zmagającą się z przeciwnościami losu, aktywną… ale zdecydował inaczej. A może fabuła tak się ułożyła, że zdecydowała za niego. Tak też czasem bywa.
Myślę więc, Yen, że pozostaje nam „enjoy the ride”, śledzić z rumieńcami wartko napisane akcje ratownicze i bojowe, bez zbytniego pochylania się od psychologiczną głębią oraz realizmem postaci. Dzięki temu będziemy z tych opowieści czerpać niemałą porcję czytelniczej przyjemności!
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-01-19 at 15:16
Megasie!
Ładnie to tak, kolegę (przepraszam za spouchwalość), do naga rozebrać, nie pozostawiając nawet figowego listka. Toż, ja nagi teraz, pełen rumieńców i zawstydzony stoję przed resztą. (żart) . A tak na marginesie, to nie odczytuję tych emotikonów, nie wiem, który jest jaki, stary jestem, nie przemawia to rysunkowe pismo do mnie.
Czerwoną Sonię postaram się obejrzeć. Czy to produkcja ZSRR?, bo od dawna mam we łbie stworzyć cos na miarę „Jak tu cicho o zmierzchu”, z lekko delikatna nutą erotyki. Tylko znów, nie ten kierunek, nie ten naród, nie te klimaty. Obejrzałem serial „czerwona królowa” -oj tu też by można stworzyć niezły erotyk.
Powiem szczerze – zachwycam się „Twierdzą” z Seanem Connery, kultową „Delta Force” z Norrisem, ale i „9 kompanią” i serialem (oj, chyba niepoprawnym) „Burzowe drzwi” ( Grozowyje warota). Już nie wspomnę o „Krytycznej decyzji” „Top Gun” (ostatni „Maverick” dla mnie to najlepszy film), czy też „Zielonej mili” tudzież „Armagedon”.
Chyba jednak listek mi pozostał, a może jego cześć. Daleki od tego (a może mi się tak wydaje) jest mój niedokończony cykl „Lubieżnicy” , jednak to nie na ten portal, za bardzo kontrowersyjny (dwudziestolatka kontra bardzo starsi panowie) i w trzeciej części ocierająca się o mocne porno. Nie ten portal, nie to miejsce.
Pozdrawiam.
Megas Alexandros
2026-01-19 at 16:14
„Czerwona Sonia” to klasyka kina heroic fantasy i dzieło z gruntu amerykańskie. Żeńska wersja Conana Barbarzyńcy, po części inspirowana bohaterką Roberta Howarda, choć jednak daleka od książkowego oryginału. Natomiast erotyki, czy może raczej ogólnej seksowności w tym filmie (jak i w całym gatunku) nie brakowało. Słynne „męskie spojrzenie” było po seansie nasycone.
Co do uwag „nie ten portal, nie to miejsce”, a niby dlaczego? Czy Najlepsza zadrży w posadach, gdy przyjmie utwór o dwudziestolatce mającej upodobanie do starszych kochanków? Chyba nas nie doceniasz!
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2026-01-19 at 17:07
Megasie Wielki,
Końcówka owego „dzieła” (Lubieżnicy), w trzeciej części (jeszcze nieopublikowanej, w głowie autora) to pornol klasy „C”. Gangbang z udziałem młodej dziewczyny i bardzo starszych panów. Pierwsze dwa odcinki, jeszcze, jeszcze, ale finał w mojej głowie pędzi do… niegodnych tego portalu opowiastek. No miejmy umiar i dobry smak. Co przystoi na Lolu, w porywach na Pokątnych, to tu chyba…
Aczkolwiek, jak chętny jesteś, oceń, daj zielone światło lub wyraźny zakaz. Nie mi oceniać, co ma dobry smak, a co jest zakalcem (choć wczoraj wysiudałem z Lola, paskudne opowiadanie pedofilskie, razem ze swoim teamem, za co bardzo moim Czytelnikom tam dziękuję).