Miniatury Barmana-Ravena VII (Świerzop, Biliard, Łańcuch)  3.83/5 (4)

8 min. czytania

Źródło: Pixabay

Świerzop

„Przenoś moją duszę utęsknioną (…)
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,

Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;

Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,

Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała.”

Upalny maj. Nieklimatyzowany samochód buchał gorącem. Z opuszczonymi szybami jechaliśmy pośród pól. Wystawiłem dłoń za okno, bawiąc się oporem stawianym przez powietrze.

Sunęliśmy przez łąki Mazowsza, śpiesząc się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Kolejna miejscowość, zwolniliśmy pomiędzy zabudowaniami. Ostatnie domy i ni stąd, ni zowąd samochód wjechał w ciągnące się po horyzont żółte morze drobnych kwiatków. Przez myśl przemknęło mi, że ciekawie byłoby kochać się w takim rzepakowym polu. Wśród zielonych liści i wszechobecnej złocistości.

Mijały kolejne upalne dni. Z kochanką odwiedzałem duszny sosnowy las, chłodne łąki o zmierzchu, pokoje hotelowe i wynajęte mieszkania. Aż pewnego razu wybraliśmy się po prostu na przejażdżkę. Nie wiem, czy była to ta sama miejscowość. Zobaczyłem żółte pole i idea zmieniła się w rzeczywistość.

Nie pytając o nic, wysiadła z auta. Zza ogrodzenia patrzył na nas rozleniwiony w upalnym słońcu pies. W oddali burczały silniki traktorów, gdzieś słychać było śmiech dzieci. Wiosenne popołudnie.

Popatrzyłem na jest strój – letnią sukienkę, buty na koturnach. Jak zwykle elegancka, jak zwykle w pełnym makijażu, odstawiona na bóstwo. Za każdym razem, kiedy ta jej elegancja spotykała się ze scenerią naszych schadzek, czułem jeszcze większe podniecenie. Początkowo zwracała uwagę na to, by nie ubrudzić się, by nie pognieść ubrania, ale w miarę jak podniecenie brało górę, zapominała się i bez skrępowania pozwalała sobie na czerpanie z cielesnych przyjemności.

– Chodź.

– Gdzie? Tu w pole? Gdzie idziesz, wariacie… – pociągnąłem ją za rękę, wchodząc pomiędzy falujące żółte łany.

Zanurzyliśmy się w toń zapachów – słodki, intensywny aromat otoczył nas zewsząd. W pomieszaniu z wonią jej ciała, sprawiło to, że zakręciło mi się w głowie. Żółte kwiatki zostawiały swój pyłek na naszych ubraniach. Rozejrzałem się – byliśmy już w sporej odległości od drogi. Wyszedłem z bruzdy, którą podążaliśmy. Klika kroków w bok i z ugniecionych łodyg utworzyła się zielono-żółta podłoga na ziemi.

Odwróciłem się do niej. Oddychała głęboko, jej biust falował w rytm oddechu. Było gorąco – na spoconym czole i skroniach przykleiły się zakręcone, ciemne włosy.
Pocałunek był mocny. Szybki i gwałtowny. Krótki. Odsunęła się ode mnie, podciągnęła spódnicę, pochyliła się i opierając się jedną ręką o kolano, drugą odchyliła koronkową bieliznę.

Moje biodra przywarły do pełnych pośladków. Wszedłem w nią bez najmniejszego oporu. Zachwiała się pod naporem mojego ciężaru. Niesamowite było to, jak w kilka sekund wchodziła na najwyższe obroty podniecenia. Może to kwestia tego, że działaliśmy na siebie bez potrzeby kontaktu fizycznego, nakręcając się wzajemnie zdradą i rozpasaniem erotycznym. Sama świadomość tego, że mieliśmy się spotkać była wystarczająca, by poczuć motyle w brzuchu i narastającą ekscytację.

Tym razem też tak było. Od pierwszej chwili aż do teraz podniecenie narastało, aż wybuchło w akcie rozpusty. Pieprzyliśmy się bez opamiętania. Kochanka opadła na kolana, nie zważając na ziemię czerniącą jej sukienkę. Jej tułów podrygiwał w rytm pchnięć. Uwielbiała być posuwana – czasem jej niezaspokojona żądza zaskakiwała mnie samego. Mocniej i mocniej, pomimo orgazmu. Czysta radość rżnięcia się, którą skwapliwie zaspokajałem. Jęczała i rzucała się pode mną. Mocny chwyt na biodrach umożliwiał głęboką penetrację.

Odchyliłem się i wyprostowałem znad jej pleców. Popatrzyłem na żółte morze wokół nas. Czułem, że żyję, że jestem zwycięskim samcem alfa. Jeszcze kilka ruchów wewnątrz i opadłem wstrząsany drgawkami orgazmu.

Lubię Mazowsze i bursztynowe pola świerzopu.

negateven, „She’s Playing With Me”, CC BY-NC-ND 3.0

Billard

Pachniała podnieceniem. Pomarańczowym podnieceniem. Uciekała przed kontaktem cielesnym, jakby każde dotknięcie parzyło skórę. Zimne, białe wino zamiast ochłodzić, sprawiło, że miałem wrażenie, jakby między naszymi dłońmi przeskakiwały iskierki. Umykała, kluczyła, wyślizgiwała się z objęć. Drażniła się ze mną, jak zwykle. Chęć spółkowania powoli przeradzała się w rosnącą irytację.

Nie wiem, po co zeszliśmy do piwnicy. Pomagałem znieść jakieś kosze. Im dłużej to trwało, tym bardziej byłem zniecierpliwiony. Doskonale grała na moich emocjach. Krok w przód. Prowokowała, żebym okazał swoje podniecenie i palącą od środka żądzę. Krok w tył. Ukrywała swoje rozpalenie za niewinnym uśmiechem.

Przeglądałem od niechcenia zgromadzone przez lata bibeloty, niesprawne meble, porzucone zabawki. Widać było, że jej mąż nie był typem „złotej rączki”. Żadnych rozłożonych narzędzi, żadnych niedokończonych napraw – jakby ktoś właśnie przed chwilą skończył sprzątanie.
Znalazłem piłkę do mini kosza. Rozejrzałem się w poszukiwaniu tablicy. Pierwszy rzut odbił się obręczy. Kochanka popatrzyła zaskoczona znad sterty szpargałów. W poszukiwaniu piłki przeszedłem kilka kroków w głąb pomieszczenia. Piłeczka wpadła za ciężką kotarę. Odsunąłem ją na bok i oniemiałem.

Przede mną w całej okazałości pojawił się stół bilardowy. Ukryty za przepierzeniem umknął mojej uwadze.

– Często grywacie…?

– Teraz już nie, ale kiedyś mąż grał nałogowo – podeszła do mnie, wbijając półkule piersi w mój tors. Uśmiechała się dwuznacznie. Manipulowała. Wiedziałem o tym, ale nie potrafiłem nad sobą zapanować. Zdawałem sobie sprawę z roli, jaka była mi naznaczona – miałem być kochankiem. Ale im dłużej trwała ta relacja, tym bardziej się w niej zadurzałem. A im większe było moje zauroczenie, tym bardziej stawałem się zaborczy i zazdrosny. To „grał” mogło oznaczać zarówno odbijanie bili, jak i uprawianie seksu.
Byłem wściekły. Płonąłem z zazdrości.

– Wiesz… Nigdy nie pieprzyłam się na tym stole, a było to kiedyś moją fantazją – czytała we mnie jak w książce. Kiedy trzeba, podnosiła tętno niemalże do wybuchu żyłek na skroniach. Tuż potem uspokajała, jednym zdaniem rozbrajając bombę, którą sama podłożyła.

Jeszcze raz objąłem ją w pół. Nie wyrywała się i nie uciekała. Chłód moich dłoni parzył w połączeniu z jej gorącym ciałem. Czy była to kwestia naszych erotycznych relacji, czy jej własnego temperamentu, w każdym razie jej ciało było jakby trawione ustawiczną gorączką. Rozgrzanie i napalenie, zwierzęca chuć zamknięta w drobnej, kobiecej postaci. Przycisnąłem jej biodra do krawędzi stołu. Pocałowała mnie. Krótko, kąśliwie, gwałtownie. Oplotła nogami.

– Chodź, pójdziemy na górę – jej ciało mówiło dokładnie coś innego. Kolejny pocałunek był dłuższy, głębszy, bardziej intensywny. Chłonąłem ją wszystkimi zmysłami. Dotąd grzecznie zapięta koszula odsłoniła jej piersi i brzuch. Zielone sukno zapraszająco przyjęło nasze ciała.

Ocierała się o mnie jak kotka w rui. Ach, to jej zapatrzenie w siebie i chęć czerpania przyjemności. Przygniatałem jej ciało, ale to ona była jedyną, która korzystała seksualnie z tego kontaktu – ja byłem unieruchomiony. Nie tak chciałem, nie tak miało to wyglądać.

Teraz moja kolej na prowokację. Odpuściłem.

Uniosłem się nad stołem, oddaliłem od pożądania wijącego się na stole przede mną.
Wyglądała naprawdę kusząco. Podwinięta spódnica odsłaniała skraj pończoch, buty na obcasach wspierały się na bandzie bilardowego stołu. Wyuzdanie w pełnej krasie. Zaskoczone wyuzdanie. Nie spodziewała się, że zapanuję nad sobą. Odwróciłem się.
Nie miałem czasu zareagować, kiedy zeskoczyła i mocno trzymając mnie za twarz warknęła:

– Weź mnie… Szybko – w oczach miała wściekłość zmieszaną z podnieceniem. Dyszące nienasycenie.

Odwróciłem ją nieomal siłą. Ledwie kilka ruchów i naprężony członek znalazł drogę do jej wnętrza. Pierwsze pchnięcie i westchnienie ulgi. Kolejne ruchy jak w malignie, bez kontroli nad ciałem. Byłem w niej, a ona była wokół mnie. Podciągnięta spódnica nie krępowała dostępu do jej pośladków. Wbiłem palce w te dwie pełne półkule, nadziewając kochankę na siebie. Dyktowałem tempo, z wolna przyspieszając rytm. Wyprostowałem się nad zgiętym w pół ciałem. Pot zrosił jej plecy, przyklejając koszulę do pleców.

Przed oczami zamajaczył mi stół z kulami bilardowymi. Bez zastanowienia sięgnąłem po obłe kształty. Na moment wstrzymałem ruchy.

– Trzymaj… – wcisnąłem w dłonie zaskoczonej kochanki dwie bile. Uniosłem na boki jej ramiona.

– …tak trzymaj – wydyszałem w pachnące ucho.

Kolejny raz zaczęliśmy od powolnych, posuwistych ruchów, by w krótkim czasie dojść do gwałtownego pieprzenia się. Kochanka na szeroko rozstawionych nogach z krzykiem przyjmowała kolejne pchnięcia. Zmęczone ramiona opadały i były raz po raz podnoszone ku górze. Widziałem, jak w miarę zbliżania się do orgazmu bieleją zaciśnięte na kulach bilardowych palce. Zamknąłem oczy i skupiłem się na odbieraniu bodźców wewnątrz niej. Po chwili usłyszałem stukot uderzającej o podłogę bili, tuż za nią drugiej… Poczułem zaciskające się wnętrze. Jeszcze kilka sekund. Szczytowaliśmy w odstępie milisekund.

Odwróciła się do mnie z tym swoim zawadiackim spojrzeniem.

– Czy teraz możemy już iść na górę…?

Kirke, „Łańcuch”, publikacja za zgodą Autorki

Łańcuch

Wysokie szpilki, pończochy, pewny siebie chód. Przyszła jak po swoje.
Pocałowała głęboko, zaznaczając przewagę. Dosiadła mnie, oplatając swoim ciałem i poprzez dotyk przekazując swoje pożądanie. „Jak wytrenowana dziwka” przemknęło mi przez głowę. Wysoki obcas wbił się w podbrzusze, kiedy się na mnie sadowiła. „Kolejna prowokacja” wyświetliło się w głowie i wraz z tą myślą nadeszła riposta. Zrzuciłem ją przemocą z siebie, kilka kroków z zawadzającym wzwiedzionym członkiem i poczułem srebrzysty ciężar w dłoni. Jeden ruch wokół szyi – stalowa pętla zacisnęła się na jej gardle. Potrząsnęła głową, tak że ciemne włosy przesłoniły tę brutalną obrożę.

„Wstań”, „Na kolanach”, „Idziemy”. Każda komenda wywoływała błyskawice buntu w zielonych oczach, ale jednak ulegała. Na czworakach, kręcąc ponętnie pupą, ocierając kolana na parkiecie, wyglądała jak kwintesencja ujarzmionej dzikości. Ujarzmionej, bo tylko czekającej na moment nieuwagi, by wyrwać się i przejąć kontrolę. Długi łańcuch powstrzymywał i zniewalał. Czułem w dłoni przesuwanie się metalowych oczek. Miałem władzę. Chwilowo, tymczasowo, na moment, ale jednak udało mi się to. Przyzwana przeze mnie przypełzła do moich stóp. Posadziłem ją na krześle.

Kilka ruchów i łańcuch z obroży przemienił się w ciasno zawiązany splot, który zupełnie krępował jej ruchy. Jeszcze wokół dłoni i stóp – w pokoju słychać było tylko jej chrapliwy oddech i stukanie metalowych kół o drewnianą poręcz krzesła. Stanąłem przed nią. Penis zakołysał się w półwzwodzie przed jej ustami. Nie potrzebowała wyraźniejszych sugestii. Wzięła go głęboko w nie. Język, wargi, wnętrze ust, zęby – szalała na moim wyprężonym już członku. Czy to kwestia wrodzonych zdolności, czy poznania mojego ciała, w tym momencie nie byłem w stanie tego analizować, fellatio w jej wykonaniu było majstersztykiem. Jej język omiatał główkę, po drodze drażniąc wędzidełko, gorące wnętrze policzków obejmowały i zasysały, zęby zaciskały się na delikatnej skórce powodując u mnie dreszcze podniecenia. Byłem bliski odlotu. Jeszcze dwa, trzy liźnięcia i zalałbym jej twarz spermą. Miałem ją skrępowaną, oddaną mojej przyjemności, tylko mojej. Czy mając taką szansę mogłem z niej zrezygnować?

Przechyliłem krzesło ku sobie, tak, że opierało się na tylko dwóch nogach. Moja męskość zanurzyła się jeszcze głębiej, sięgając krańców gardła. Jeszcze krok w tył, tak bym mógł bez wysiłku kontrolować siłę i głębokość pchnięć. Krzesło utrzymywało się pod dziwnym kątem tylko dzięki mojej pomocy. Czułem, że cały jej ciężar spoczywa w moich dłoniach, zaciśniętych na krawędzi mebla. Była całkowicie zdana na mnie. Wiedziała, że kiedy szczytuję, zwykle wstrząsają mną dreszcze, że spinam się w sobie i nie panuję nad mięśniami. A mimo to ufała, że nie stanie jej się żadna krzywda. Jej usta stały przede mną otworem. Posuwałem ją, stopniując natężenie i rytm. Wdzierałem się do gardła, dławiłem oddech, żeby po chwili dać jej odetchnąć.

Wszedłem na całą długość. Zakrztusiła się. Jeszcze raz. I jeszcze. Wystrzeliłem głęboko w jej gardło. Spazmy orgazmu przeszyły ciało. Zamarłem. Szybowałem gdzieś wysoko, bez świadomości tego, co wokół mnie. Kolejna fala nasienia przelała się w jej gardło. Jedynie zaciśnięte na oparciu krzesła dłonie powstrzymały mnie przed utratą przytomności.

Ledwie panując nad mroczkami przed oczami, przechyliłem krzesło do normalnej pozycji. Dopiero kiedy kochanka była już bezpieczna, pozwoliłem sobie na rozluźnienie. Rozprostowałem zaciśnięte do białości palce.

Bez sił oparłem się o stół. Dopiero po chwili byłem w stanie uwolnić ją ze srebrnych więzów.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Całkiem smakowity zestawik. Czytałem jak zawsze z dużym zainteresowaniem i jeszcze większą przyjemnością.

Absent absynt

Po pierwszej miniaturze myślałem, że piszesz o zdradach aby zrewanżować się łuskowatemu. Przy drugiej miałem nadzieję, że te dwie kule bilardowe nie wylądują w dłoniach partnerki. Trochę mnie to zawiodło Barmanie;]

80% moich tekstów to opisy zdrad.

Kule bilardowe – a gdzie miałem je wsadzić?

Dobre pytanie ;D

Właśnie Aniu;] dziękuję za błyskotliwą pomoc;]

Właśnie…dlaczego zdrady…?
Intrygujące:)

Ale oczywiście jak zawsze świetne,gratuluję!:)

J. 🙂

Dzięki.
Taka karma :]

Cytując klasyka: co to k…a jest świerzop?
Zaintrygowałeś mnie tym. Zadziwiające, jaką moc niesie w sobie tytuł. W weekend przeczytam całość i napiszę coś więcej.

W tym wypadku po prostu rzepak srogi smoku. U Mickiewicza zapewne też.

Lubię.

Siostra.

Leave a Comment