Z galer do ślubu (Tomp)  4.85/5 (11)

12 min. czytania

John William Waterhouse, „Dekameron”

Od autora:

Oto, drogie panie, wyobraziłem sobie, że jest rok 1348, a ja, w ogrodzie willi na przedmieściach Florencji, drugiego dnia Boccacciowego Dekameronu dokooptowany jako jedenasty do prześwietnego towarzystwa, zachęcony przez nobliwą Filomenę opowiadam na zadany przez nią temat.

 

Piękne panie, wierny rozkazowi królowej:

„…jak świat światem ludzie byli i będą targani rozmaitymi obrotami fortuny; będziemy więc opowiadać o tych, którzy dręczeni różnymi nieszczęściami wbrew nadziei osiągnęli szczęśliwe zakończenie”.

…opiszę, podobnie jak moi poprzednicy, zdarzenia prawdziwe, jednak dziejące się w czasach wam jeszcze nieznanych. Ale że fortuna i miłość są ponadczasowe, liczę, że na nich się skupicie i wybaczycie mi, że historia ta w waszym świecie dopiero się wydarzy. Nie zbaczając z tematu, wzbogacę ją o dowód, jak miłość do kobiety może stać się dla zakochanego mężczyzny źródłem siły, a determinacja, by złączyć się z ukochaną, potrafi obudzić w nim lwa. A że opowieść moja ma pośredni związek z pewną księżniczką z Bari i malarzem z Belluno, za ich pośrednictwem zapewne stanie się wam bliższa, co zrównoważy dzikość dalekich krain, w których się zaczyna.

 

Mimo bolesnego dzieciństwa żyjąca w Bari księżniczka Bona z rodu Sforzów była przygotowywana, by zostać żoną władcy. Tak też się stało; gdy miała lat dwadzieścia cztery, została wydana za owdowiałego króla Polonii i koronowana w stolicy tego wielkiego wtedy i zamożnego królestwa. A że różni tamtejsi możnowładcy byli jej przeciwni i obrażali jej majestat, to od najzagorzalszego oszczercy wyrokiem sądu uzyskała kompensatę w postaci jego licznych posiadłości. Wśród nich znajdowała się położona na wschodzie królestwa nieznacząca wioska Rów, nazwę swą biorąca od rzeki, która płynęła nieopodal. Bona, objąwszy nad nią rządy, przekonała męża, Zygmunta z Jagiellonów, by zbudował tam silną twierdzę i utworzył miasto, a kupców i rzemieślników tam się osiedlających obdarował przywilejami. Królowa zaś na pamiątkę księstwa Bari, które miło z młodości wspominała i do którego tęskniła, nadała miastu temu i twierdzy nazwę Bar.

 

Od tego wydarzenia minęło pół wieku z okładem, gdy w Barze w rodzie szlacheckim Jakimowskich herbem Dąbrowa się pieczętujących urodził się chłopiec. Na chrzcie dano mu imię Marek.

W czasie, w którym dzieje się ta historia, Polonia była w stanie ciągłych utarczek na wschodnich rubieżach. Interesy polskich magnatów i ich intrygi z polskim królem Zygmuntem z rodu Wazów, które miały na celu zaszkodzenie sułtanowi tureckiemu, doprowadziły do kolejnej otwartej wojny między tymi dwoma władcami. Wśród rycerzy walczących dla króla polskiego był młody Marek Jakimowski. Oba wojska spotkały się na terenie Mołdawii przy miejscowości Cecora i tam wynik kilkudniowych bojów obu stron okazał się dla królewskich hetmanów niekorzystny. Spośród ośmiu tysięcy polskich wojaków ocalał zaledwie co piąty; reszta albo straciła życie, albo poszła w jasyr. Wśród uprowadzonych do niewoli było wielu dowódców i szlachetnie urodzonych, a wśród nich znalazł się bohater mojej opowieści: Marek Jakimowski, a także jego dwaj koledzy – Stefan Satanowski i Jan Stołczyna.

Jak wszystkim wiadomo, flota sułtana tureckiego głównie galerami stoi, a ich liczba w kraju tego władcy jest większa niźli w jakimkolwiek innym królestwie, stąd los galernika jest tam dla jeńców wszelakich pospolity. Również co bogatsi i znaczniejsi Turkowie mają własne galery, którymi podróżują w interesach zarówno handlowych, jak i zleconych przez sułtana. Jednym z nich był bej Damiaty i Rossetty imieniem Kasym, który miał ich cztery. I właśnie na jednej z jego galer, po kilku zaiste niewesołych kolejach losu, trzej wspomniani Polonusi zostali przykuci do wioślarskich ław.

 

Jakimowski początkowo był ducha wielkiego i rozmyślał nad ucieczką z jasyru. Rozmawiał o tym z Janem i Stefanem, ale koledzy nie byli w gorącej wodzie kąpani i odradzali mu pochopność. Marek jednak wiedział, że los sam zadecyduje, kiedy się do niego uśmiechnie. Aby zaś dać mu szansę, wpadł z towarzyszami na koncept następujący: mianowicie całą trójką wkradali się w łaski kapitana i nadzorców posłuszeństwem i pilnością w wykonywaniu poleceń. Trzeba bowiem zauważyć, że zdarzało się w portach, w których wioślarze nie mieli nic do roboty, że strażnicy rozkuwali kilku niewolnych, zlecając im rozmaite prace. Zwykle było to czyszczenie ładowni i pokładu, czasem odskrobywanie przyrosłych ślimaków i wodorostów, ale i – bywało – wnoszenie i wynoszenie różnych towarów. Sprytni Polonusi słusznie kalkulowali, że łacniej ucieczkę wszcząć bez kajdan, niźli samodzielnie się z nich z trudem wielkim uwalniać, czas na to i siły marnując.

Jednakowoż kapryśna pani Fortuna widać o nich zapomniała, bo lata mijały, a okazja do ucieczki się nie nadarzała, więc duch w trójce Polonusów podupadł, a apatia, towarzyszka wszelkiej niedoli, zagościła w ich sercach.

 

Ale że wszystko ma swój kres, również zły los musi się kiedyś odwrócić i tak też Jakimowskiemu i towarzyszom się zdarzyło.

Zaczęło się w osmańskiej stolicy, gdzie wszystkim, co galernicy mogli robić, było podziwianie ogromu tureckiej fortecy i czekanie na głos gongu, który nada tempo wiosłom. Tu na Kasymowy statek, na którym ci poddani polskiego króla wraz z trzema Greczynami, dwoma Anglijczykami, jednym Italczykiem i dwiema setkami Rusinów i Mołdawian zostali przykuci do ław wioślarskich, wszedł bej, a za nim u burty znalazła się jego żona w towarzystwie jakiejś dziewczyny.

Marek, jak inni niewolni, początkowo obojętnie obserwował wchodzących na pokład. Turczynka, która jak wszystkie muzułmanki kryła twarz i całą figurę pod podróżną burką, nie przyciągała wzroku.

Inaczej niż druga z wchodzących…

Z pewnością była chrześcijanką, bo nie nosiła nawet abai. Piękna, jasna twarz, blond włosy związane sznurkiem, wdzięczny chód i kształtna kibić osłonięta krótką suknią o prostym kroju bez ozdób znamionowały brankę. Potwierdzało to zachowanie towarzyszącej kobietom eskorty: najbliższy, który musiał być eunuchem, podawał pomocną rękę zakrytej, na jasnowłosą nie zwracając uwagi, ale jeden z dwóch strażników, którzy podążali za nimi, kawałkiem liny smagnął dziewczynę po nogach, gdy ta wzdragała się przeskoczyć przez chyboczącą się burtę galery.

– Szybciej! – pogonił ją zniecierpliwiony.

Branka wyglądała na zagubioną i przerażoną. Obserwujący ją z narastającym zainteresowaniem Jakimowski rad byłby wsparł ją pomocnym ramieniem, ośmielił i pocieszył, ale kajdany trzymały go przy ławie. Liczył, że uda mu się choć spojrzeniem dodać jej otuchy, ale i to nie było mu dane. Strach rysujący się na jasnej buźce ściągnął rysy ostrym grymasem i zasłonił oczy mgłą niezainteresowania mężczyznami u wioseł.

Ostatecznie dala susa, podciągnęła się i niezdarnie wylądowała na pokładzie.

Gdy obie kobiety w asyście swojej straży przeszły środkiem i schroniły się pod płótnem rozciągniętym nad rufą, gdzie były pomieszczenia beja i kapitana, Jakimowski nie przestawał myśleć o dziewczynie, a współczucie dla jasnowłosej mieszało się w nim z narastaniem uczuć opiekuńczych. Poczuł, że łączy go z nią coś więcej niż wspólnota niedoli i wiary.

Obudził się w nim uśpiony wiele lat temu mężczyzna.

Wkrótce odezwały się piszczałki. Cumy odrzucono i rozległy się powolne początkowo dźwięki gongu. Gdy sternicy wyprowadzili galerę na wody cieśniny, rytm przyśpieszył, turecka załoga rozwinęła dwa trójkątne żagle i dla dwóch setek wioślarzy rozpoczął się kolejny dzień niewolniczej mordęgi.

Jakimowski wypatrywał dziewczyny, a gdy tylko udało mu się jej dosiąc spojrzeniem, czuł się utwierdzony w dążeniu, by z Bożą pomocą uwolnić z pohańskiego jasyru nie tylko siebie, ale i ją. Przemyśliwania, jak tego dokonać, weszły odtąd w nową, bardziej intensywną i twórczą fazę. Wpływ uczuć i obecność ich obiektu na pokładzie miały na to decydujący wpływ.

Rutynowy rejs trwał kilka dni. Długo płynęli w cieśninie ku zachodowi, a gdy galery Kasyma wypłynęły na szerokie morze, zwróciły się na południe. Ląd był wciąż obecny u lewej burty, bo Turcy mieli zwyczaj, gdy tylko się dało, żeglować wzdłuż brzegów. Jednemu z wioślarzy spośród przykutych bliżej rufy udało się podsłuchać, że płyną do Aleksandrii, a wieść ta rozeszła się po ławach w kilka minut.

Gorączka wywołana świadomością obecności na pokładzie pięknej panny nie opuszczała Marka, choć musiał się karmić głównie wspomnieniem i wyobraźnią, jasnowłosa pokazywała się bowiem zaledwie na krótkie chwile, gdy wylewała nieczystości lub myła urynał.

Piątego dnia od opuszczenia istanbulskiej przystani pogoda się zmieniła. Rozsrożyła się ulewa, więc zwinięto żagle i naprężono płótna tentu osłaniającego śródokręcie, by nie obwisły pod wpływem strug deszczu. Ponieważ i fale rosły, kapitan zadecydował, by przybić do mijanej właśnie wyspy Lesbos.

Wszystkie cztery galery Kasyma rzuciły kotwice w spokojnej zatoczce. Bej z kapitanem i połową załogi zszedł na ląd; podobnie postąpiono na pozostałych trzech okrętach.

Że pod ławami chlupała woda, dyżurny nadzorca rozkuł kilku wioślarzy, by ją wylali. Wskutek wypracowanego obyczaju wśród uwolnionych była trójka Polonusów.

Jakimowski cały czas wypatrujący okazji i na dodatek podochocony spodziewaną nagrodą w postaci wdzięczności nadobnej panny dostrzegł uśmiech Fortuny. Nie ociągając się, ruszył do czynu, który podpowiedziało mu jego odrodzone lwie serce. Wpadł do kambuza, wyrwał z paleniska płonące polano, a kucharza, usiłującego go powstrzymać, zdzielił nim w głowę. Żądza wolności i wizja siebie jako wybawcy witanego przez dziewczynę wszelkimi nagrodami wynikającymi z jej płci jak też czekających go z nią uciech dodały mu siły i Turek padł z głową rozbitą pierwszym uderzeniem.

Stąd, wymachując już dwiema głowniami, ruszył w kierunku cekhauzu, wołając swoich kompanów do pomocy. Wywijający żagwiami i krzyczący w nieznanym języku Marek musiał się wydać stróżującemu u drzwi magazynku demonem, bo biegłemu fechmistrzowi drewnem udało się po kilku wymachach gorejącymi bierwionami i tę przeszkodę usunąć. Trójka Polonusów wyłamała antabę, zaopatrzyła się w broń i narzędzia, po czym poczęła uwalniać i zbroić wioślarzy.

Pozostała na rufie niewielka część załogi nierychło pojęła grozę sytuacji. Zamokły proch uniemożliwiał użycie krócic i muszkietów, a w walce wręcz przytłaczająca przewaga liczebna galerników nie dawała Turkom wielkich szans. Odcięli liny utrzymujące tent, zrzucając namokłą płachtę na głowy buntowników, licząc, że to ich powstrzyma, ale ta chwilowa niedogodność nie zaważyła na rozstrzygnięciu: wnet dwie grupy zwarły się ze sobą. Liczniejsza i bardziej zdeterminowana rychło przechyliła szale zwycięstwa na swoją stronę. Kilku z załogi zabito, kilku, w tym eunuch, wskoczyło do wody, licząc na ratunek na wyspie, a dziewiętnastu rzuciło broń i dało się pojmać.

Czasu na święcenie tryumfu nie było, bo na brzegu pojawił się bej w towarzystwie kapitana galery, który przeklinał i nakazywał upojonym wywalczoną wolnością poddanie się. Łajania nie odniosły żadnego skutku; byli niewolnicy odcięli cumy, siedli do wioseł i jęli się oddalać na pełne morze. Zanim Jakimowski et consortes, nie bacząc na niebezpieczeństwo wichru i wciąż dużych fal, opuścili spokojną zatoczkę, w pościg ruszyły pozostałe trzy galery Kasyma.

Uciekinierzy obrali kurs na zachód, bo jedno, co wiedzieli, to że zachód jest chrześcijański. Każde wiosło się liczyło, więc wszyscy buntownicy, wyjąwszy jednego Greczyna u steru i Jakimowskiego przy gongu, wypruwali z siebie żyły, jak nie wysilaliby się nigdy nawet pod knutem nadzorcy. Oto co przynosi powiew wolności!

Tymczasem pogoda się poprawiała. Po godzinie deszcz ustał zupełnie, a wiatr dał możliwość postawienia żagli. Mimo nocy pościg nie ustał i ranek przywitał buntowników widokiem trzech galer odległych o zaledwie milę. Wszyscy w różnych językach modlili się o ratunek i tym razem pomoc z nieba dopisała: wiatr się wzmógł, że trzeba było zwinąć żagle, i w południe przyszedł sztorm. Uciekinierzy nie mieli nic do stracenia i dalej parli przed siebie, starając się utrzymać kurs, ale Turcy postanowili zrezygnować. Rachunek snadź im wykazał, że lepiej stracić jedną galerę, niż ryzykować los dalszych trzech.

W nocy żywioły się uspokoiły i cały trzeci dzień rejsu ku wolności przebiegł spokojnie przy pustym horyzoncie. Jakimowski, który wśród wiwatów został obwołany kapitanem, oddał swoje miejsce przy gongu innemu, a sam udał się do kajut na rufie, w których, jak wiedział, zamknęły się niewiasty. Z języka Turków znał tylko rozkazy pokładowe, najpospolitsze zwroty i niewiele słów, więc był ciekaw, jak sobie poradzi. Liczył, że blondwłosa dziewczyna będzie znała jakiś słowiański język lub łacinę. W niej zatem zaczął, gdy mu otworzyła na jego dobijania:

– Marek Jakimowski, nobilem Polonum insignitum Dąbrowa, salutat.

– Polonum… Wyście, panie, Polak?

Ciepło niezmierne rozlało się w duszy wojaka. Nie dość, że piękna, to jeszcze rodaczka! Z taką to i przed ołtarz iść można. Jeśli tylko nie z chłopów pochodzi…

– Polonus z Baru, mościa panno! A wy? Skąd wasz ród i jakie dobre duchy was…

Jeszcze gdy mówił, rzuciła mu się na szyję, przez co dokończył już jej do ucha:

– … tu przywiodły?

Nim odpowiedziała, wyściskała go wśród śmiechu i łez radości.

– Nie dosyć, żem wolna, to jeszcze dar ten od polskiego rycerza odbieram!

Wskutek tych uścisków, którym końca nie było, a zwarte ciała płci przeciwnej wiadomo jaki skutek u mężczyzny, zwłaszcza do niewiast przez całe lata tęskniącego, wywołują, organ Markowy nabrzmiał tak, że panna musiała być tego świadoma. Nic sobie z tej twardości nie robiąc, a może i nawet do jej użycia tęskniąc, przytulała się dalej.

Długo trwało, nim ich ciała się rozsunęły.

– Mówcie, panno, jak tu trafiliście. Ale, ale, bom zabył zapytać, a wy tajemnicą się okrywacie! Jak na chrzcie was nazwali?

– Katarzyna. Ano zagon tatarski zagarnął nas pod Borysławiem półtora roku temu. Tatuśko zginęli, mać nie wiem, a mnie do Turków sprzedali. A w Konstantynopolu kupił mnie ten, coście mu mnie odbili.

– Ojciec aśćki kim był?

– Ano żupnikiem książęcym, Jan Wołczko herbu Działosza. A waćpan herbu…? Bom nie zapamiętała?

– Dąbrowa, do usług. To już mi teraz waćpanna pisana. Jakem tylko aśćkę ujrzał na pokład wchodzącą, takie mnie afekta wzięły, że aż musiałem dwóch Turczynów ubić, by mi żyły nie rozerwały! – Wziął dłoń panny i położył ją sobie pod pępkiem, by wiedziała, o jakich afektach mówi. – O, tu panna może się o tym przekonać! Tuszę, że do pęknięcia męskości k’wam się rwącej nie dopuścicie?

Katarzyna rękę cofnęła, liczka pąsem oblała, ale oczkiem zalotnie strzeliła i odrzekła rezolutnie:

– To już pan Marek musi sobie z tym do czasu ożenku poradzić. Ja też będę musiała…

Ostatnie słowa wypowiedziała ciszej, wzrok kierując w deski pokładu i wciąż płoniąc lica.

– A nie lepiej od razu ulgę sobie nawzajem dać, niż na kolejne tygodnie srogiej udręki dwoje ku sobie się mających skazywać?

Jakimowski nie doczekawszy się odpowiedzi od bijącej się widać z myślami dziewczyny, w której szlachetna skromność walczyła niechybnie zarówno z wdzięcznością, jak i z żarem zmysłów, wyminął ją w wejściu do kajuty. Odnalazł Turczynkę, która ze strachu przed pogromcą męża usiłowała się schować za skrzynię, i złapał ją za dłonie obleczone w pierścienie. Wybrał najokazalszy, zdjął i dzierżąc go, odwrócił się ku rodaczce.

Uklęknął przed nią i wręczając, powiedział:

– Moja panno Katarzyno! Przyjmijcież ten oto pierścionek zaręczynowy, skoro serce twoje moim nie gardzi. Gdybyś zaś mnie odrzuciła, to chyba ranka nie dożyję, bom tak do jasyru nawykł, że teraz w Twój oddać się muszę lub zginąć.

Dziewczyna zaskoczona szybkim biegiem wydarzeń nie miała wiele czasu do namysłu. Pomyślała tylko, że chyba los tego chce, by epuzerowi nie odmawiać, skoro tyle mu zawdzięcza, a że i jej rycerz ten był miły nad wyraz i ciągoty ledwo ostatkiem wychowania tłumione do niego czuła, pierścień przyjęła i skinieniem głowy wyraziła zgodę.

Jakimowski dłużej nie czekał. Żonę beja za kark ułapił i za drzwi wystawił, o los jej nie troszcząc się wcale, drzwi za nią zawarł i z panną na poduszki posłania się rzucił, mówiąc tak:

– Skorośmy po słowie, a Bóg to słyszał, to już nic na przeszkodzie nie stoi, byśmy sobie wzajem wygodzili i radość, której nam tak długo brakowało, wspólnie sobie dali.

Na nic więcej nie patrząc, zsunął swoją mizerną odzież galernika i suknię z Katarzyny zdjął a tulić i pieścić dziewczynę począł. Ona z początku nie mogła się przemóc i choć karesy te miłe jej były nadspodziewanie, sama oddać ich nie umiała. Nie upłynęło jednak wiele czasu, jak natura zrobiła swoje i już oboje głaskali się nawzajem po miejscach, które im najwięcej przyjemności dawały. A że pierwsza i druga ich fala przeminęły zdecydowanie zbyt szybko, wkrótce doprowadzili do trzeciej i czwartej, aż osłabli tak, że ciała musieli wzmocnić drzemką. Obudziwszy się po godzinie, stwierdzili, że chcą dalej się poznawać, co zaowocowało kolejnymi dwiema falami przyjemności, tym razem już spokojniej przeżytymi przy mnogości wyznań i planów szeptanych do uszka, a zgodnie i radośnie akceptowanych. Aż przyszła pora, gdy Marek musiał wrócić do swych obowiązków kapitańskich i zająć się sprawami rejsu.

 

Narzeczeni spotykali się odtąd co noc, zajmując dla swej miłości kajutę beja, co załoga kapitanowi przyznała jako oczywiste trofeum. Tym sposobem zakochanej w sobie parze dwa tygodnie minęły jak z bicza trzasł, a wtedy dopłynęli do Messyny i później Neapolu. Po paru tygodniach goszczenia przez tamtejszego króla i odpoczynku kraszonym opowiadaniem o swojej brawurowej ucieczce udali się do Rzymu na zaproszenie samego papieża. Tu sprzedali galerę z ładunkiem i brańców, którym dla sprawiedliwości rola galerników przypadła, a utarg podzielili godziwie, by każdy mógł się udać, dokąd zechce. Tam też Marek Jakimowski i Katarzyna Wołczko fetowani przez dwóch kardynałów, Cosimę de Torresa i Francesca Barberiniego, ślubowali sobie wierność i miłość przed ołtarzem, a obdarzywszy papieża Urbana VIII jednym z dwóch zdobycznych osmańskich sztandarów, ruszyli w podróż do Polski, po drodze budząc radość opowiadaną historią szczęśliwego ujścia z jasyru i podziw dla bohaterskich czynów Jakimowskiego.

Aż na koniec 8 maja roku 1628 młoda para osiadła w Krakowie, gdzie drugi ze sztandarów tureckich złożyła jako wotum u grobu św. Stanisława.

Znamienity malarz dworu królewskiego z ziem włoskich ród swój wywodzący, Tomasz Dolabella, namalował portret młodej pary, by jej los pozostał w pamięci powszechnej, świadcząc niezbicie, jak miłość do kobiety potrafi w mężczyźnie takie cudowne czyny wzbudzić, że ich sile całe imperium osmańskie ulec musi.

 

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Szanowny Tompie,
Nie , na ogół nie czytam tekstów ze sztafażem historycznym, ale jak widzę Florencję robię wyjątek. No i czytam, czytam i nic mi się nie zgadza – Bari, owszem akurat wiem, a naprzeciwko Bari po drugiej stronie morza jest Bar, to tez akurat wiem , a w tym Barze jest Jakimowski, co tez mi się zgadza, bo znam jednego z Baru co miał na nazwisko Jovanowski i to mi się zgadza bo to macedońskie nazwisko. Jest i Marko, na tych terenach jak najbardziej, a widzę, że są i Turcy, i to mi tez pasuje, bo faktycznie byli, w pobliżu i w jasyr brali. I wszystko mi się zgadza, ale zupełnie nie rozumiem skąd tam nagle ten Polak?
No i musiałam przeczytać od początku, chociaż Florencji tam nie było tylko ten Polak z Polką, ale ponieważ wszystko dobrze się skończyło po polsku i po szlachecku więc opowiastka wielce smakowita, a Polacy oboje może i lepsi niż ci oczekiwani przeze mnie Florentczycy. Bardzo podziwiam wiedzę o tylu historycznych szczegółach na dodatek zapakowanych w takie piękne i bardzo długie zdania podrzędne i współrzędne i imiesłowowe zamienniki zdań (?).Też bym tak chciała napisać i dostać potem same piątki!

Jednak całkiem dużo Ci się zgadza!
Bar to Polskie (królewskie) miasto i Polska twierdza wspomniana w Ogniem i mieczem. Niewątpliwie była w granicach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obecnie w Ukrainie; z Macedonią nie ma wiele wspólnego. Relacja o tym wydarzeniu z Markiem Jakimowskim w roli głównej pochodzi z broszury wydanej w Rzymie w 1628 roku i robi wrażenie prawdziwej. Stała się kanwą dla kilku artykułów i powieści współczesnych.

Nie czytałam Ogniem i Mieczem, ( moje pokolenie tak durne jak każde inne pokolenie snobowało się na nieczytanie Sienkiewicza) ale jakies echo słyszę w uszach -„Bar wzięty!” ! To pewnie ten, a nie tamten w Czarnogórze, który znam?

Bar Jakimowskiego miał być nad rzeką Rów, prawda?

No w końcu! Wracasz do historii.

Wprawdzie to miniaturka tylko trochę dłuższa od niedawnych humoresek… ale za to czego tutaj nie ma! Imperium Osmańskie, Rzym, a w końcu powrót na Ojczyzny łono… bardzo Ci się udziała ta powiastka romantyczno-awanturnicza.

Mam wielką nadzieję, że to zapowiedź dłuższych i zakreślonych z większym rozmachem dzieł w przyszłości!

Ja „wyjmuję ze skarbca rzeczy nowe i stare”, to znaczy zarówno opowieści nowo napisane jak i – mniej chętnie – już gdzieś publikowane, ale też dziejące się współcześnie, jak i kiedyś, gdzieś. A nawet nigdy i nigdzie.
Będzie coś historycznego i długiego (pewnie nudnego – wielu ludzi nie cierpi historii, nie czyta Sienkiewicza 😉 ). Niebawem.
Ducha nie gaście. 😉

Odpowiedz

unstableimagination

Tompie, Twój “Endekameron” czytało mi się wyśmienicie!
Zadziwiające, jakimż to lekarstwem na apatię jest kształtna kibić.
Ileż sił, pomysłów i odwagi nasz bohater zyskał na widok blond włosów sznurkiem związanych.
Bardzo cieszy, że Kasia nie okazała się chłopką…
Podobał mi się efekt uścisków wdzięcznej rodaczki.
Jeden tylko żal mam. Autor mógłby czytelnikom trochę bardziej owe fale przyjemności przybliżyć 🙂

„Większe przybliżenie” jest tu niemożliwe. Podróbka Boccaccia wyklucza dosłowne opisy seksu. Czy nie lepiej puścić wodze fantazji i posłużyć się własną wyobraźnią? Przed dobą internetu to wystarczało; Dekameron był na indeksie ksiąg zakazanych.
Wiedziałem, że dla Ciebie to zbyt mało dosłowne. : ) Wyraźnie nakłaniasz mnie do pójścia w stronę porno…

Zasłużone 15/15. Osobiście, dla mnie erotyki jest tyle co w „Tompowej” skali. Wystarczająco ( moje zdanie).
Opowiadanie przednie, to co lubię – mocno osadzone w epoce, a odpowiedni język jakim jest napisane, daje efekt „Wow”. Brawo, czoła chylę.
Jednakże Waszmość, nie jestem kontent, że owa opowiastka tak krótka jest, toż to można by z tego „Tompową Trylogię” sklecić i owa by nasze gusta, pasła przez trzy niedziele jeszcze, jak nie miesiące.
Nawet podtytuły dla Waści znalazłem, ale cóż, owa krótką opowiastką, musze swój głód nakarmić, czekając na kolejny kąsek.
Może mi te staropolskie mowy nie wyszły. ale oczekuje na Twoje kolejne opowiadania (takie jak to, osadzone w realiach mocno) i pozdrawiam.

Dziękuję za wyrazy uznania. 🙂

Historia imć Jakimowskiego i jego ukochanej przednia, chwała Tompowi za jej wyciągnięcie z mroku dziejów i odkurzenie dla naszej rozrywki. Myślę wprawdzie, że mogła być inspiracją dla znacznie dłuższej opowieści awanturniczej niż ta, którą otrzymaliśmy, ale trzeba być wdzięcznym za to, co jest, a nie ciągle marzyć o tym, co być mogło 🙂

Ujęcie tej historii w ramy zakreślone przez Dekameron wymagało sporej ekstrawagancji (oraz podróży w czasie), jest to zabieg nie do końca dla mnie zrozumiały, chyba, że Autor planuje kolejne, podobne historie, które ułożą się w rozwinięcie utworu Giovanniego Boccaccia. W takim przypadku uznam ten zabieg za w pełni uzasadniony.

Jak zawsze perfekcyjny jest język i archaizująca stylizacja, które jednak nie stoi na drodze zrozumiałości tekstu.

Pozdrawiam
M.A.

Szanowny Megasie, ludzie są różni. Jedni są fanami wielotomowych sag (ich liczba się zmniejsza w erze klipów, memów, komiksów i postępującego zaniku umiejętności czytania), a inni – w tej grupie i ja – lubią opowieści zamknięte finałem. Przynajmniej można mnie swobodnie skrytykować, bo jak odnieść się do dzieła niedokończonego? Wszak autora można ocenić nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. 😉
W Dekameronie są same wyimki z życia, historyjki skupione na pojedynczej anegdocie, niepowiązane ze sobą niczym poza ogólnie zarysowanym tematem, co stworzyło nowy gatunek literacki dziś zwany nowelą. Noweliści zwykle piszą pojedyncze dzieła, a jeśli wydają je w jakichś zbiorach, to z przyczyn edycyjnych: kilkustronicowy utwór trudno ulokować na rynku wydawniczym pojedynczo.
Taką możliwość dają dopiero dziś portale typu NE.
Jeśli pytasz, dlaczego powołuję się na Boccaccia, to odpowiedź mam krótką: zachwyciłem się stylem i językiem najnowszego wydania (tłumaczka Zofia Anuszkiewicz) i postanowiłem je naśladować. Takie ćwiczenia, które nazywam etiudą, są u mnie częste, acz niewiele z nich publikuję.

Leave a Comment