Coś o wierze w Boga, ale tak nie do końca (Marcin Mielcarek)  4.47/5 (12)

12 min. czytania

Charlie Marshall, „Who’s Going To Take My Coat?”, CC BY 2.0

Czekałem aż Diana wyjdzie z łazienki. Nalałem sobie wcześniej kapkę Hankey Bannistera – ponoć żłopał te whisky Churchill, ale cholera, nie wiem, czy to jakaś rekomendacja; w każdym razie ja nic nie mam z takiej reklamy, więc niczym się nie sugerujcie. Siedziałem i słuchałem sobie Nirvany, gapiłem się na teledysk, na którym Kurt Cobain rozwalał jedną ze swoich gitar, ale robił to jakoś tak niemrawo, anemicznie, jakby cholera nie jadł śniadania – a raczej na śniadanie dał w żyłę. Pręgowana kotka, do tej pory kręcąca się przy ścianach, podeszła do mnie i zaczęła ocierać mi się o nogę. Mruczała. Brzmiało to jak silnik diesla o bardzo małej pojemności. Głaskałem ją po gładkim, tycim łebku. Śmiesznie mrużyła oczy.

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Przez chwilę siedziałem bez ruchu, ale kiedy ktoś ponownie zadzwonił, usłyszałem jej głos, dobiegający spod prysznica.

– Możesz otworzyć.

Podniosłem się i poszedłem do drzwi. Wyjrzałem przez judasza i zobaczyłem, że na korytarzu stoją dwie kobiety. Otworzyłem.

– Dobry wieczór, młody człowieku – odezwała się jedna z nich.

– Nie jestem już taki młody – powiedziałem. – Ale na pewno młodszy od pań.

– Ughhh – zabuczała druga.

Były całkiem elegancko ubrane, gdzieś może pod sześćdziesiątkę. Wyglądały na zadbane, biła od nich pewna energia, ich wiek zdradzały głównie szyja i dłonie. Szyja i dłonie starzały się najszybciej, podobno. Poza twarzą rzecz jasna. A twarze miały wymalowane, fałszywe.

– Ma pan chwilę, aby porozmawiać o Bogu? – zapytała pierwsza.

– O Bogu? – spytałem głupio.

– Jest pan wierzący?

– Nie mam pojęcia.

– Jak to nie ma pan pojęcia? Chodzi pan do kościoła?

– Nie.

– Szukał pan Boga? Kiedykolwiek?

– Niespecjalnie.

– Ale Bóg istnieje, wie pan o tym, racja?

– To kwestia wiary, nie wiedzy.

– A chciałby pan, żeby Bóg istniał?

– Myślę, że tak.

– Naprawdę?

– Myślę, że wszyscy byśmy tego chcieli. No, może prawie wszyscy.

– Kto by nie chciał?

– Cholera, chyba Stalin. Ale już dawno nie żyje, więc mu pewnie wszystko jedno.

Potem zapytały mnie czy mogą wejść do środka, ale powiedziałem im, że nie mogą. Kiedy zapytały dlaczego, odparłem, że to nie ich sprawa. Zaczęły opowiadać mi coś o możliwości otwarcia się na bożą łaskę, ale nie byłem zainteresowany. W końcu stwierdziły, że okazałem się bardzo niemiłym typem, że po początku naszej rozmowy spodziewały się czegoś więcej.

– To samo mówili wszyscy moi nauczyciele w podstawówce – powiedziałem.

– Dlaczego w podstawówce?

– Bo później już nikt nie łudził się, że coś ze mnie będzie.

Pożegnałem je i zamknąłem drzwi, niezbyt to było eleganckie, ale sami wiecie, jak to jest. Kiedy wróciłem do salonu, dziwiłem się jednak, że okazałem się całkiem miły. Zwykle bywałem bucem.

Usiadłem w fotelu i ponownie zająłem się mizianiem kotka. Ładna z niej była diablica. Jak pani.

W końcu Diana wyszła z łazienki, owinięta ciasno ręcznikiem.

– Kto to był? – zapytała.

– Badacze – odparłem.

– Kto?

– Świadkowie Jehowy.

– Dlaczego nazwałeś ich badaczami?

– Nie wiem. Tak w moich stronach mówili na nich ludzie. Zresztą, to nie były żadne moje strony, ja nie mam swoich stron. Po prostu obok mojej wsi leżała cała miejscowość zamieszkania tylko przez jehowców.

– Jesteś ze wsi? Naprawdę?

– Rzadko o tym wspominam.

Poszedłem za nią do sypialni, bo zapytała, czy mam ochotę popatrzeć jak się ubiera.

– Pończochy czy rajstopy? – rzuciła.

Lubiłem jej nogi w pończochach, lubiłem jej nogi bez pończoch, lubiłem jej nogi w rajstopach, lubiłem jej nogi bez rajstop, zwyczajnie lubiłem jej nogi. Nie dało się ich nie lubić. Odpowiednio długie, jędrne uda, smukłe łydki, zgrabne stopy, do tego ten kolor – niemal marmurowa biel. Żadnych skaz, żadnej żyłki. Usiadłem na krześle, które znajdowało się przy jej toaletce. Zrzuciła z siebie ręcznik, a potem zaczęła przeglądać ubrania w swojej szafie. Obserwowałem jej ramiona, gładkie plecy zwężające się ku pośladkom i oczywiście same pośladki. Nie poruszałem się, niczego nie mówiłem, nie chciałem zepsuć tej chwili. Po prostu siedziałem i obserwowałem Dianę. W końcu wybrała bieliznę, zwykłe czarne figi. Usiadła na łóżku i na moment rozchyliła szerzej nogi, specjalnie, aby pokazać mi to co tam miała. Potem zaśmiała się, wsunęła na siebie majtki i zaczęła się na mnie gapić. Było coś bezczelnego w tym, jak na mnie patrzyła, było też coś smutnego i wydawało się to niesamowite, to że jej błyszczące, ciemne oczy emanowały feerią emocji. Oczywiście nie potrafiłem nie zerkac na jej nagie, rozchodzące się lekko na boki, piersi. Dała mi na nie jeszcze chwilę popatrzeć, potem włożyła stanik.

– No to jak? – zapytała ponownie. – Rajstopy czy pończochy?

– Niech będą pończochy.

Znów podniosła się, a potem wyciągnęła parę pończoch i jęła je ostentacyjnie zakładać. Wyglądało to jak kadr z jakiegoś filmu. Postawiła stopę na krześle, na którym siedziałem i zaczęła bardzo powoli wciągać nylon na nogę. Najpierw na prawą, potem to samo zrobiła z lewą. W końcu wsunęła na siebie błękitne jeansowe szorty i czarną koszulkę na ramiączkach. Cienką marynarkę też miała czarną.

Zapytała mnie w końcu czy będę prowadził, ale odparłem, że nie mogę, bo trochę wypiłem.

– Pojedziemy taksówką – oznajmiłem.

– Boltem? Uberem?

– Nie. Tradycyjną taksówką. Taką, na którą trzeba dzwonić.

– Naprawdę?

– Jestem konserwatystą.

– A nie libertynem?

Kilka minut później zjechaliśmy windą na dół. Diana mieszkała w starym wieżowcu, wszystko tu śmierdziało i rozpadało się, przyciski w tej windzie były kiedyś nawet umazane krwią. Za to szybę w środku pucowano chyba każdego dnia, bo błyszczała się niczym psu jajca. Nie miałem pojęcia, dlaczego ktoś dbał tak o tę szybę, wydawało się to co najmniej dziwne.

Jej znajomy zajmował się stand-upem. Znali się od studiów czy coś takiego, w każdym razie gość był jeszcze mało rozpoznawalny, ale jego klipy na YouTube zaczynały coraz bardziej hulać. Kwestią czasu było to, jak pozna go cała Polska. Kwestią czasu było to jak zacznie robić hajs. Gość był całkiem wysoki i przystojny – tak mówiła Diana. Nie miałem pojęcia czy, coś było kiedyś między nimi, ale nie pytałem – czy ja wam brzmię na samóbojcę, co?

Zabraliśmy się więc taksą do klubu, w którym jej przyjaciel dawał recital. Kierowca był stary i łysy. Opowiadał nam o swojej byłej żonie, którą uważał za kurwę i która zrobiła go na pół miliona – na tyle wycenił ich mieszkanie, samochód i kolekcję znaczków, cały regał klaserów, które spaliła. Powiedziałem mu, że pieniądze to nie wszystko, a potem nie dałem żadnego napiwku, to znaczy kazałem wydać resztę – no słabe to było, tak, tak.

W klubie było zaskakująco dużo ludzi. Poczułem się przytłoczony, ale też zazdrosny. Wiecie. Dałem się wyjebać świętemu tureckiemu, a i tak na moje spotkania autorskie przychodziła garstka osób, setki godzin, tysiące wręcz, poświęcone na stukanie w klawiaturę, hektolitry wypitej wódy i whisky. I nic. A ten koleś po prostu nawijał z głowy i miał dziesięć razy większa publikę ode mnie. Zacząłem się na poważnie zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku, czy jestem zdrowy na umyśle. Zacząłem rozważać czy nie powinienem po prostu wypierdolić gdzieś na platformę wiertniczą w Norwegii – byłby wtedy ze mnie większy pożytek.

Poszedłem do baru, wziąłem dla Diany różowy gin z tonikiem, a dla siebie zwykłe piwo. Usiedliśmy gdzieś na środku, stoliki były małe i okrągłe, krzesła niezbyt wygodne.

W końcu go zobaczyłem. Wyskoczył niczym strzała, jakiś taki narwany, spocony. Z dżokejką na drugą stronę, która pozwalała mu ukryć łysiejący łeb. Nie był wcale taki wysoki, a na pewno nie przystojny, to znaczy – gdybyśmy trafili do jednej celi w kiciu, na pewno bym mu nie wsadził. Gadał coś, żartował i chociaż widownia zareagowała brawami i wiwatami, to nie wydawało mi się to wcale błyskotliwe czy zabawne. Nawijał głównie o polityce, ale jebał po jednej stronie, aby przypodobać się publice. Trochę to wszystko trwało. Diana śmiała się i pytała, czy mi się podoba, a ja odpowiadałem, że “oczywiście”, “pewnie”, “równy z niego gość”. Wydawała się naprawdę pochłonięta występem. Nie pamiętałem, żeby była równie pochłonięta jakimś moim tekstem, a przecież drukowali mnie chociażby w “Twórczości” – gdzie zaczynałem, gdzie zaczynał na przykład Hłasko. Nic to nie znaczyło? No, kurwa, raczej.

Kiedy skończył się ten cały teatrzyk, gość do nas podszedł. Prosto do naszego stolika, jakby miał wklepaną lokalizację – musiał dostrzec Dianę już ze sceny. Przywitał się z dziewczyną, mnie praktycznie zignorował. Zaczął ją wypytywać, co sądzi o jego popisie i tak dalej. Wydawał się z siebie zadowolony. Mierzyłem go, wyciągnąłem nawet rękę do tego mierzenia i wydawał się niższy ode mnie – a ponoć miał być taki wysoki.

– Słuchaj – powiedziałem nagle, bo wkurwiała mnie już jego śmieszna gadka – jakiś ksiądz wsadził ci w dupę, że tak jechałeś po kościele, czy co?

Miałem wylane w instytucje Kościoła, gość po prostu mnie drażnił, szukałem zaczepki.

– A co? Wierzysz w Boga?

– Jesteś drugą osobą, które mnie dziś o to pyta.

– No i? Wierzysz czy nie, kolego?

– Chuj ci do tego, kolego.

Oczywiście Diana zareagowała bardzo szybko. Wiecie, byłem gotowy mu trzasnąć. Kiedyś się nad tym zastanawiałem, nad tym, żeby na przykład iść do lekarza i się zbadać. Sprawdzić, czy czasem nie posiadałem ciała migdałowatego. Coś tam musiało mi się na serio nie wykształcić, bo nie odczuwałem strachu przed konfrontacją. Rzecz jasna, wiele razy kosztowało mnie to zdrowie. Na przykład jak stawiałem się karkom, którzy dwoma ruchami sprawiali, że lądowałem na glebie. Albo podpitej bandzie, koczującej pod wejściem do monopola, kiedy zahaczyłem o niego w środku nocy. Albo wojskowym, rwącym dupy w klubie. Raz trafiłem też na jakiegoś pięściarza. Nie było czego ze mnie zbierać.

Czasami dziękowałem Bogu, że wciąż nie chodziłem szczerbaty.

W każdym razie szybko się stamtąd zabraliśmy. Koleś próbował wyciągnąć jeszcze Dianę na jakiegoś drinka, ale dziewczyna twardo obstawała przy mnie. Nie rozumiałem tego. Ale wielu rzeczy w życiu nie rozumiałem. Nie myślałem o tym oczywiście zbyt intesywnie. Mnie też czasami przecież należało się trochę farta w życiu.

Poszliśmy jeszcze na długi spacer i rozmawialiśmy. Lubiła rozmawiać, mówić. Ja rzecz jasna wolałem pisać.

– Uważam, że nie powinieneś tak traktować Pawła – oznajmiła.

– To on zaczął.

– Słuchaj, znam go od lat. Jest dla mnie ważny. To mój przyjaciel.

– Przyjaciel?

– Tak. Mam wielu przyjaciół, przecież wiesz.

– Naprawdę uważasz, że to są twoi przyjaciele?

– Co to znaczy?

– Słuchaj, ja mam jednego przyjaciela. Jednego, jedynego. Który teraz mieszka daleko stąd. Ale takiego, który pomógłby mi zakopać trupa.

– O czym ty mówisz?

– Chodzi mi o to, że słowo przyjaciel jest chyba obecnie nadużywane, nie sądzisz? Przemielone przez popkulturę, wysrane i wlane do foremki, tworząc coś skarłowaconego. Nawet w reklamie gościu od ubezpieczeń udaje, że jest moim przyjacielem.

– Ale Paweł to naprawdę mój przyjaciel. Znam go od lat.

– Niech ci będzie.

Poszliśmy jeszcze do jakiejś nowo otworzonej restauracji. Mieliśmy szczęście, że dostaliśmy stolik. Chwilę po nas wpadło kilka osób, które stały w przejściu, idiotycznie czekając, aż zwolni się miejsce. Było to upokarzające nie tylko dla nich, ale też dla siedzących już gości. Diana zamówiła bezalkoholowego drinka, ale ja musiałem się napić. Kelnerka – całkiem miła – nie potrafiła jednak zrozumieć, że chcę samo whisky, bez lodu. I tak postawiła na swoim.

W lokalu było tyle osób, że czułem się jak w ulu. Rozglądałem się po klienteli, ale to, co widziałem, działało na mnie przygnębiająco. Nie przepadałem za takimi lokalami. Czułem się nie na miejscu, jak karaluch na salonach. Mnie wystarczył tylko mały pokój, w którym mógłbym pisać, no i okno, wychodzące na ulicę, bym mógł czasem przez nie popatrzeć, ale przede wszystkim zasłaniać je w dzień.

Diana natomiast wręcz przeciwnie. Wydawało się, że właśnie teraz przebywa w swoim naturalnym środowisku. Jej oczy iskrzyły się w świetle świec, a jej twarz w półmroku zdawała się jeszcze ładniejsza. Wpasowywała się idealnie w ten tłum, tłum siedzących tutaj kobiet. Mnóstwo zadbanych, pięknych kobiet, wyglądających jak prawdziwe gwiazdy. Rozmawiały i śmiały się ze swoimi przyjaciółkami.

I nagle to do mnie dotarło. Zacząłem się rozglądać i zastanawiać, gdzie są ich faceci. W końcu wpadłem na to, że być może wcale nie potrzebowały żadnych facetów. Było to ciekawe i przerażające jednocześnie.

Spędziliśmy tam godzinę, spieszyło mi się. Chciałem się po prostu ewakuować.

W końcu wróciliśmy tą samą taksą do jej mieszkania. Kierowca jednak chyba nas nie rozpoznał. Znów zaczął opowiadać o swojej piekielnej żonie i o tym, że stracił pół miliona. Znów nawijał o tych cholernych znaczkach pocztowych. Znów prowadził jak wariat. Po raz drugi mu nie współczułem.

Wyszliśmy jeszcze się przejść, byłem jakiś dziwnie rozkojarzony, przybity nawet. Nie wiedziałem, czy chodziło o tego faceta, czy o coś jeszcze innego. W końcu każdy z nas miał jakieś problemy, mniejsze lub większej strapienia. Czasami dopadała człowieka znienacka po prostu chandra. To w końcu mijało, musiało przecież.

– O czym myślisz? – zapytała mnie Diana.

– O Bogu – odparłem, ale tak naprawdę wcale nie myślałem o Bogu, nie myślałem o nim od podstawówki.

– Dlaczego? Nigdy nie mówiłeś mi nic o Bogu. Nie chodzisz przecież do kościoła, nie widziałam, żebyś się modlił. Wierzysz w Boga?

– A jakie to ma znaczenie? Chodźmy już lepiej do ciebie.

No i poszliśmy i był to przecież najmilszy punkt tego wieczora. Dopadłem ją jak tylko weszliśmy do środka. Zacząłem ją całować, uklęknąłem nawet i całowałem jej uda w pończochach, całowałem coraz wyżej, ponad granicą pończoch, czułem na wargach ciepło jej ciała.

– Najpierw muszę skoczyć pod prysznic – oznajmiła, kiedy zacząłem dobierać się do jej majtek.

– Pójdę z tobą – powiedziałem.

– Przecież wiesz, że oboje się nie zmieścimy. Przerabialiśmy już to chyba trzy razy.

Faktycznie miała bardzo małą tę kabinę prysznicową.

– Chciałem po prostu, żebyś została w tych pończochach – oznajmiłem.

– Dobrze, jeżeli chcesz, wciągnę je potem na nowo. Idź pierwszy, wejdę po tobie.

Rozebrałem się i wszedłem pod prysznic, uwinąłem się sprawnie, zupełnie jakbym był kiedyś w wojsku. Potem zapytałem, czy mogę popatrzeć jak ona się myje. Nie miała nic przeciwko. Sam akt rozbierania się przez nią sprawił, że bardzo się podnieciłem. Miała świetne ciało, naprawdę wygrała je na loterii, nieczęsto zdarzało się to, aby Bóg tworzył tak zbudowaną kobietę. Wiele kobiet ma na przykład za długie palce, albo za krótkie nogi, za małe usta, albo odstające uszy, zbyt wysokie czoło. Za chude, za grube. Za bardzo, za mało. Oczywiście, to tyczy się również mężczyzn, a może nawet jeszcze bardziej. Nie jesteśmy, ludzie, doskonali. A mimo to, jakoś udaje nam się przetrwać w tym zimnym, brutalnym świecie.

A Diana… Wydawała się ulepiona z lepszej gliny. Pokaźne piersi, wklęsły brzuch, wcięcie w talii, do tego długie nogi i krągłe pośladki. Jej skóra była blada i miękka. Na wzgórku łonowym na moje życzenie zostawiała zawsze niewygolony paseczek włosów.

– Wolę obcować z kobietą, nie z dziewczyną – powiedziałem jej kiedyś.

Obserwowałem więc, jak myje swoje gorące ciało, jak spływa po nim biała piana.

– Skoro już tu jesteś, to możesz umyć mi plecy – oznajmiła prawie pieszczotliwie. – Ale uważaj, bo nie chcę zamoczyć włosów.

– Dlaczego?

– Myję głowę tylko w środy i niedzielę.

Umyłem jej plecy, potem podałem ręcznik – wcześniej sam się w jakiś wytarłem. W końcu poszliśmy do sypialni, ale zanim zabrałem się do rzeczy, powiedziałem jej, że chętnie ją wymasuję. Lubiłem przeciągać pewne rzeczy, odwlekać nieuniknione. To trochę tak, jakbym próbował kontrolować, oszukać czas. Położyła się na łóżku, na brzuchu, a ja usiadłem na jej udach i zacząłem najpierw od gładzenia jej ramion.

– Tylko bez łaskotania – oznajmiła.

Nie była zupełnie odporna na łaskotanie. Ale ja nie zamierzałem jej łaskotać, tylko sprawić, żeby poczuła się przyjemnie. Uciskałem mięśnie płatowate szyi, mięśnie przy łopatkach, przejeżdżałem kciukiem po kręgosłupie z góry na dół. Zająłem się też łydkami i udami, wodziłem po nich z naciskiem, a Diana wzdychała z zadowolenia. Oczywiście w końcu zająłem się pośladkami. Nie trwało to jednak zbyt długo. Przekręciła się na plecy i rozchyliła szeroko nogi. Pochyliłem się nad nią i zacząłem pieścić ją językiem, całować jakbym oddawał hołd jakiemuś bóstwu, strożytnej bogini amazonek. Jej wargi były gorące i mokre, lepkie. Skupiłem się na łechtaczce, językiem wykonywałem obroty zgodne z ruchem wskazówek zegara. Z początku powoli, niespiesznie. Wsłuchiwałem się w jej oddech. Sięgnąłem dłonią do jej prawej piersi i ścisnąłem sutek, lubiła, kiedy to robiłem. W końcu udało mi się doprowadzić ją do orgazmu.

Pozwoliłem, aby wzięła go w usta, zawsze kiedy to robiła, patrzyła mi głęboko w oczy. Nie wiem z czego to wynikało, ale po prostu zupełnie jej to nie krępowało. Oczywiście ja, dobrze wychowany chłopak, nie potrafiłem patrzeć w jej oczy zbyt długo. Wstydziłem się, cholera, mimo, że bardzo mnie to podniecało.

Diana usiadła na mnie, wprowadziła sobie penisa do środka i powoli zaczęła się poruszać. Wiedziałem, że nie potrwa to długo, bo miała w sobie całe pokłady energii, których nigdy nie potrafiła w całości zużyć. Przeszła więc w galop, taki galop, że całe łóżko z IKEI latało i skrzypiało jak stara jędza – która swoją drogą słuchała pewnie tego wszystkiego; cholerna sąsiadka z góry. Pamiętam, że raz wieczorem natknęliśmy się na tę nieprzyjemną staruchę, która zapytała nas wtedy:

– A ślub macie?

No nie mieliśmy, cholera.

Kiedy Dianie udało się zaspokoić swoją żądzę, zeszła ze mnie i zapytała czy może dokończyć ustami. Naprawdę lubiłem kiedy się mną zajmowała, rzadko czułem się zaopiekowany, a to właśnie było pewnym przejawem troski. Kazała mi wstać, podsunęła sobie poduszkę pod kolana i zabrała się do dzieła. Potrafiła to robić, to znaczy wiedziała jak obciągnąć mężczyźnie, żeby ten wyszedł o miękkich nogach. I nie bała się spermy, to przede wszystkim. Większość kobiet nienawidzi męskiego nasienia, a raczej brzydzi się go, traktując jak najgorszy brud. Diana nie miała z tym wszystkim problemu i było to niesamowite.

Kiedy byłem bliski finału, zrobiła tak, bym wytrysnął na jej twarz. Nie pierwszy raz mi na to pozwoliła. Nie musiałem nigdy prosić. Być może nawet podniecało ją to bardziej niż mnie.

– Teraz będziesz musiała jednak umyć włosy – powiedziałem, ale przecież bez żalu.

Diana poszła do łazienki, ale po chwili mnie zawołała, zawsze mnie wołała po takiej akcji. Zrobiła z tego wszystkiego pewnego rodzaju grę, żarty. Patrzyła w lustro i pokazywała mi perłowoszare nitki, które zalegały na jej policzkach czy czole i kazała mi zgadywać co to przypomina.

– Zobacz tutaj – wskazała przy skroni. – Jak dla mnie to jakiś aniołek.

– Aniołek?

– No nie widzisz? Główka i skrzydełka.

– Ja tu nie widzę żadnego aniołka.

– Przypatrz się lepiej!

Jej śmiech, to wszystko… No i jak tu nie wierzyć w Boga, co?

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Pan Marcin jak zwykle w swoim niepowtarzalnym stylu, serwuje nam kolejną opowiastkę. Napisaną specyficznym językiem, do mnie przemawiającym, takim prostym, może nieco szorstkim, ale za to go cenię. Gdzieś tam coś w tekście nieraz zazgrzyta, ale pal licho, fabuła jest realna, a to najbardziej lubię.
Mamy jasno nakreślone postacie, akcja toczy się we właściwym tempie. Czego chcieć więcej.
Podobnie jak bohater opowiadanie nie lubię stand – uperów (nie wiem czy dobrze zapisałem), może jeden trzyma klasę (ten parodiujący „sprawę dla reportera”), pozostali jakich znam, na siłę wulgarnymi, wtrętami starają się podkręcać atmosferę, co według mnie wychodzi im to fatalnie i ocierają się o poziom żenady. Gdzie te dobre lata polskiego kabaretu, tęsknie za Laskowikiem , Smoleniem, Dańcem, ale „to se chyba nie wrati”.
Moja ocena 14/15.
Pozdrawiam.

Dziękuję bardzo. Wiem, że czasami coś zgrzyta, ale wynika to z tego głównie, że ja po napisaniu nie czytam swoich tekstów. Nie potrafię, po prostu nie potrafię ;).

Nikt nie pisze takich cynicznych, aroganckich, egoistycznych i nihilistycznych skurwysynów jak Marcin. A sam w realu jest pewnie subtelnym romantykiem z wysoką inteligencją emocjonalną. Często tak bywa i w to właśnie pragnę wierzyć, czytając o kolejnych złych chłopcach, którzy wychodzą spod jego cyfrowego pióra!

Pierwsze zdanie jest po prostu cudownym komplementem mojej twórczości. Dziękuję, jestem autentycznie zachwycony. Drugie zdanie jest w punkt. Veronique przejrzałaś mnie na wylot.

Szacunek dla narratora za używanie taksówek zamiast Uberów. Do diabla z gig economy. Chciałbym mieć jego konsekwencję i upór, by nie zachwiać się w słusznym postanowieniu!

A co do samego opowiadania – może bohater nie odnalazł Boga, ale znalazł się bardzo blisko nieba – które bez wątpienia ma coś wspólnego z kunsztem Diany w oralnych pieszczotach. Po raz kolejny okazuje się, że męskie doświadczenie absolutu to rzecz incydentalna, wręcz chwilowa. I zwykle ma miejsce ułamki sekund przed szczytowaniem.

W opowiadaniu podoba mi się to, że nie idzie w poważne tematy, ale one wciąż tam są. Ton pozostaje krotochwilny, lecz mimo to udaje się podczas lektury popaść czasem w zadumę.

Pozdrawiam
M.A.

Pocieszne opowiadanie, niemal wyzute ze zwykłych Marcinowych smutków. Diana najwyraźniej dobrze robi mu na natchnienie. Pun intended!

Leave a Comment