6 min. czytania

CEBImagery, „Helpless Dancer”, CC BY-NC 2.0

I znów nawiedziło mnie wspomnienie. Tym razem przyszedł we śnie. Widziałam jego męskie, silne dłonie, uśmiech na ukochanych przeze mnie ustach, słyszałam jak mnie woła…

– Marino… – nie krzyczał. Mówił właściwie całkiem cicho, nieco szyderczym, kpiącym tonem… Chciał mnie, przyzywał rozkazującym głosem. Jego oczy, zazwyczaj niepewne, przepełnione wyrazem wahania, teraz wpatrywały się we mnie. Patrzył z silnym postanowieniem, pożądaniem.

W moim śnie nie było niedomówień, wątpliwości. Nie czułam jego oddechu na policzku, usta nie ocierały się o moje nieudolnie i z wahaniem. Jego wargi łapczywie zacisnęły się na moich… nasze gorące, głośne oddechy przerwały ciszę.  Szybko,  zachłannie  wepchnął mi język do ust. Po chwili syknęłam z bólu i poczułam słony, metaliczny posmak krwi.

Ale Danielu,  to był tylko piękny sen…

***

 Kiedyś kochałam jego wrażliwość, delikatność. To, że był taki romantyczny, że dbał o mnie i moje potrzeby. Kiedyś uwielbiałam zapach róż, które przynosił mi bez okazji, tylko po to, by mnie uszczęśliwić. Byłam zachwycona, kiedy usta Daniela delikatnie łączyły się z moimi, kiedy gładził mnie po twarzy, mówiąc mi, że jestem jego szczęściem. Był kulturalny, ujmujący, miły.

Kiedyś wierzyłam, że również potrafię taka być.

Kiedyś…

Poznałam Wiktora na jakiejś imprezie u Marii, nawet dokładnie nie pamiętam. Dużo wypiłam, wirowałam na parkiecie w rytm ciężkiej, gotyckiej muzyki. Pierwszy raz od dawna udało mi się wyrwać z idealnej, bogatej i zdobnej ramy obrazu, w jakim zamknął mnie Daniel, z tej przestronnej klatki o wielu pokojach. Byłam wolna, radosna. Pierwszy raz, od tak dawna… Nie krępował mnie słodki uśmiech i nienaganne maniery Daniela. W tym czasie, potrzebowałam odmiany, kogokolwiek innego niż on.

I wtedy pojawił się Wiktor. Właśnie w tym idealnym momencie, jakby miał wszystko wyliczone i ustalone. Rozpaczliwie cierpiałam, dusząc w sobie odłamki różnych emocji, które kruszyły się we mnie tak, że nie wiedziałam już, jak posklejać je w całość, by utworzyły lustro. Takie, w którym mogłabym zobaczyć PRAWDZIWĄ siebie.

A Wiktor wydobył wszystko to, co najlepsze, a może najgorsze? Zabrał mnie do nieba, a może do piekła?

Wyruszyliśmy w tę podróż…

– Kim jest ta blondynka? – spytał.

– Która? Ta z lokami? – delikatny, kokieteryjny głos Marii, dopłynął do mnie, przebijając się przez fale ciężkiej muzyki.

Obróciłam się w tańcu i dojrzałam go, patrzył na Marię z pogardą i przyganą.

– Tak – odpowiedział cicho.

– Marina… – moje imię zabrzmiało w sali wypełnionej głosami, wypowiedziane cichym, melodyjnym głosem Marii, w którym dosłyszałam wyraźny niepokój.

***

Zabawa trwała. Dawno już zapomniałam, o rozmowie Marii i Wiktora. Siedziałam przy barze, kryształowy kieliszek z winem drżał mi w dłoni. Muzyka pieściła mój słuch, uspokajała mnie. Powoli uniosłam kieliszek do ust. Językiem polizałam chłodne szkło, odchyliłam głowę w tył. Wino dawało poczucie radości, zabijało wspomnienia. Sączyło się do gardła i umysłu.

– Cześć, jestem Wiktor – usiadł obok mnie, stanowczo zbyt blisko.

– Cześć Wiktor– odpowiedziałam, wpatrywałam się w niego z uchylonymi ustami.

– Skąd znasz Marię, Marino? – spytał powoli, mierząc mnie zimnym wzrokiem. Jego głos był niski, pogardliwy. Mówił, jakby odpowiedź wcale go nie interesowała. Zwykły pretekst.

– Skąd wiedziałeś… Skąd znasz moje imię? – wino huczało mi w głowie, gwałtownie zacisnęłam dłoń na lśniącym, czarnym blacie.

– Marino, ty chyba źle się czujesz. – dłoń Wiktora wędrowała po mojej czerwonej, długiej rękawiczce, aż dotarła do niczym nie osłoniętego ramienia. Wtedy zacisnęła się na nim boleśnie.

Nagle poczułam oczekiwanie i strach. Czego chciał Wiktor…?

– Auu– mruknęłam cicho.

– Uspokój się. – powiedział. Zbliżył usta do mojego ucha i szepnął:

– Wiem, czego potrzebujesz.

Oszołomiona, wybuchłam nerwowym, urywanym śmiechem. A potem poczułam jak zęby zaciskają się na małżowinie, jak mokry język pieści ucho. Głośno przełknęłam ślinę.

– Wiktor, co… – próbowałam powiedzieć coś jeszcze, ale jego usta odnalazły moje i łapczywie, niemal brutalnie wpiły się w nie…  Nie pozostawił mi drogi ucieczki, nie dał wyboru…

Poprosił mnie do tańca, zgodziłam się. Kołysała nas wolna melodia, wirowałam w jego ramionach, ściągając na siebie wzrok wielu mężczyzn. Było mi gorąco, duszno. Silne dłonie Wiktora obejmowały mnie w tali, zęby kąsały szyję.

– Marino, będziesz dziś moją suką – powiedziałeś głosem nie znoszącym sprzeciwu.

– Wiktor, co ty… – zaczęłam, lecz strach palił mi gardło.

Nagle ktoś traktował mnie inaczej, władczo, przedmiotowo, bezkompromisowo. Nie zważając na mój słaby protest powoli sunął ręką coraz niżej, niżej. Jego dłoń gładziła śliską tkaninę spódniczki, zaciskała się na pośladku, pieściła…

– Tego potrzebujesz, Marino. Potrzebujesz mnie – szepnął.

Ból głowy nasilał się, dłonie Wiktora coraz odważniej błądziły po moim ciele. Powoli traciłam kontakt z rzeczywistością, słyszałam już tylko muzykę…

Nagle poczułam, że jego noga napiera na mnie, że rozsuwa mi kolana. Nieznośny, dławiący strach ścisnął mi gardło, byłam też podniecona, mokra. A więc jednak…

Gdy uniósł czarną spódniczkę tak, że każdy już mógł dojrzeć w półmroku moje wilgotne stringi, zaczęłam się wstydzić. Poczułam, że Wiktor traktuje mnie jak sukę, która każdemu może pokazać swoje wdzięki, każdemu, kto tylko ma ochotę patrzeć. Wiedział instynktownie czego pragnę i potrzebuję. Chcę wierzyć, że wiedział lepiej niż ja…

***

– Dobrze ci, suko? – pytał Wiktor. Sunął powoli dłonią po udzie, zbliżał się do ociekającego wilgocią skarbu. Moje biodra delikatnie kołysały się w rytm muzyki, jasne loki były w nieładzie, szminka rozmazana.

Odwróciłam się, odnalazłam jego usta. Jak długo jeszcze będę tego żałować?

– Dobrze – odparłam.  Jego palce delikatnie musnęły mokre majtki.

– Chcesz tego?

– Chcę, proszę, błagam…– jęknęłam. Odsunął pasek majtek, ciało spięło się w oczekiwaniu.

Dwa palce Wiktora bez ostrzeżenia wbiły się w mokrą szparkę. Podniecenie i wstyd zapłonęły we mnie, odbierając resztki zdrowego rozsądku. Zaczęłam rytmicznie poruszać biodrami…

Obnażona, oparta o chłodną ścianę, na oczach tak wielu ludzi…  Z pozlepianymi, wijącymi się w nieładzie włosami, cierpieniem i podnieceniem w oczach, uwięziona pod zwinnymi palcami Wiktora. Co byś powiedział, gdybyś mnie teraz zobaczył, Danielu?

– Aaa – jęknęłam cicho, gdy trzeci palec zaczął wbijać się do mojego wnętrza.

– Tak suko, bardzo dobrze. – Wiktor wyjął palce z ociekającej szparki i zbliżył je do drżących warg. Rozchyliłam je i poczułam w ustach smak moich soków, drażniący nozdrza zapach podniecenia…

Delikatny stukot wysokich obcasów na lśniących, ciemnych kafelkach… Jego dłoń, błądząca po moich plecach, zaciskająca się jak kleszcze na kruchym biodrze.

W łazience wisiało duże lustro w ciężkiej srebrnej ramie. Zobaczyłam w nim własne odbicie, zaczęłam nerwowo poprawiać zmięte ubranie. Koronka czarnego stanika, przetykanego jasnymi ozdobnikami wystawała ponad dekoltem bluzki. Gdy sięgnęłam do nieprzyzwoicie wysoko podciągniętej spódniczki, mocno uderzył mnie w twarz. Policzek pulsował bólem, w oczach iskrzyły się łzy upokorzenia, strach mieszał mi w głowie, wargi drżały.

– Uspokój się Marino! Klękaj – rozkazał. Bezmyślnie osunęłam się na kolana. Dlaczego lubiłam się bać? Skąd wiedział…?

Włożył mi go do ust, a ja poczułam się wypełniona… Posuwał je ostro, natarczywie. Prawie się krztusiłam, nie mogąc złapać oddechu. Pełne wargi obejmowały mocno penisa, by po chwili całować i lizać jądra. Nie miałam czasu myśleć, czuć, oddychać… Jeszcze kilka ruchów i nagle usta i brodę zalał biały sok spełnienia. Stróżka spermy płynęła mi wolno mojej dół szyi, by uciec  w głąb dekoltu. Łapczywie wciągałam powietrze, uśmiechnęłam się do Wiktora, oblizując usta.

Dwoma palcami uniósł moją brodę, szybko, niedbale pocałował moje wargi.

– Do widzenia, Marino –wyszeptał mi do ucha. A potem odwrócił się i odszedł, zostawiając mnie na chłodnej posadzce. Powoli wstałam, drżące nogi odmawiały mi posłuszeństwa.

Gdy wychodziłam z łazienki moich uszu dobiegły tony ciężkiej, gotyckiej muzyki. Tony wolności, czy kolejnego zniewolenia, Danielu?…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Tyle lat triumfującego feminizmu, a wciąż niejedna z nas marzy o facecie, który uczyni ją swoją suką.

Pytanie, czy to przemawia nasza prawdziwa natura, czy po prostu potrzeba detoksu od tego, co na co dzień?

To kwestia biologii. Hormonów, genetyki. Człowiek jest prosto zaprogramowany przez naturę. Mężczyzna dąży do przedłużenia gatunku, prokreacji. Ewolucja pcha do tego, by silny osobnik, mógł bardziej przyczynić się do przedłużenia gatunku. Silny osobnik jawi się też jako bardziej atrakcyjny kobiecie. A siłą czy tego chcemy, czy też nie, to władczość. A jeśli ktoś jest władczy, ktoś musi się podporządkować. Kobieta z kolei ma wysoką potrzebę macierzyństwa. Chce dać potomkom najlepsze geny. Najlepsze – w naszej podświadomości, od najsilniejszego osobnika. Widząc o tych faktach, kobieta chce być zdominowana, by mężczyzna wpadł w jej sidła i stał się jej. Możemy się na to złościć i denerwować, ale wolna wola tutaj nie istnieje. To jak najbardziej naturalne. Ważne tylko, by mężczyzna nie ulegał swojej naturze w 100% i dbał o to, by kobieta czuła się bezpieczna w codziennym życiu.

Genetyka genetyką, chęć prokreacji i macierzyństwa sobie, a między bohateramu doszło tylko do seksu oralnego. A z tego, jak wiadomo, nie będzie dzieci 🙂

Leave a Comment