Mgła (Tomp)  4.81/5 (7)

7 min. czytania

Ilustracja: Tomp na podstawie Pixabay

– Panie kapitanie, meteo podało, że mgła utrzyma się całą noc. Z dowództwa przyszedł rozkaz, by oszczędzać amunicję, aż będzie coś widać i obserwatorzy pomogą koordynować ogień. Wygląda na to, że do rana będzie spokój.

– Zarządź warty i każ ludziom odpocząć.

– Według rozkazu, panie kapitanie.

– Aha, sierżancie. Macie jeszcze trochę tego zarekwirowanego bimbru? Noga, wiecie… – Mrugnąłem. – Muszę zdezynfekować.

Spojrzał na mój kikut i uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Zobaczę, co da się zrobić, panie kapitanie.

Po minucie postawił przy mnie butelkę.

Czyżby pierwsza spokojna noc od trzech tygodni? Dzięki mgle… Takiej jak wtedy, dwa miesiące przed wojną…

 

*****

 

Mgła spowiła świat. Tonęła w niej wiejska stacyjka kolejowa, do której przed kwadransem dowiozło mnie lando z majątku kolegi, u którego spędziłem urlop. Wyjrzałem przez okno, ale zobaczyłem tylko brudne mleko oparu. Tonął w nim peron, nikły tory, na których niebawem miał pojawić się ostatni pociąg.

W poczekalni było pusto. Kasa miała opuszczoną żaluzję i przypuszczałem, że zawiadowca, bo on był jedyną osobą obsługującą i kasę, i pobliski semafor oraz zwrotnicę, które zaobserwowałem, przybywszy tu dwa tygodnie temu, z równą co ja niecierpliwością czeka na ostatni dziś skład. Potem zgasi światło, zamknie wszystkie drzwi i pójdzie do jednego z domków na kolację. Dla niego to będzie koniec dnia.

Ale nie dla mnie. Przed porannym apelem musiałem dotrzeć do koszar, a to kilka godzin jazdy przerwane przesiadką i godzina drogi pieszo.

Dworcowy zegar odmierzał stuknięciami minuty do odjazdu.

Jeszcze osiem stuknięć. Może siedem, zanim oponę mgły przeniknie gwizd zbliżającego się pociągu.

Jeszcze sześć.

Pięć.

Naraz ciszę zakłóciło skrzypnięcie drzwi. Do poczekalni weszła młoda kobieta. Nawzajem obrzuciliśmy się spojrzeniami. Zlustrowaliśmy swoje mundury: ona mój, porucznika XXXI Pułku Artylerii, a ja jej, pracownika Urzędu Poczt i Telegrafów.

Głośnik w poczekalni zachrobotał i gdy myślałem, że rozlegnie się klasyczne: „Uwaga, Uwaga! Pociąg do…”, popłynęła zeń cicha melodia z radia.

Patrzyliśmy na siebie, czekaliśmy na gwizd lokomotywy i słuchaliśmy serenady na trąbkę.

Uśmiechnęła się.

Odpowiedziałem delikatnym skinieniem głowy.

– Marleen – przedstawiła się. – Pan porucznik do stolicy?

– Niestety nie. Tam zmieniam pociąg i jadę dalej, do jednostki – odpowiedziałem, po czym zapytałem:

– A pani?

– A ja pomagałam rodzicom na wsi, a teraz wracam do pracy.

Ciepło jej uśmiechu i coś w spojrzeniu i głosie rozgrzało mi duszę. Nic nie musiała mówić, a rozumiałem ją tak, jakbyśmy znali się od miesięcy i przegadali wiele wieczorów.

Trębacz z głośnika nadal grał swą serenadę, gdy rozległ się odległy gwizd. Wyszliśmy na peron. Pociąg wciąż jeszcze nie nadjechał. Mgła rozmyła kontury ścian dworca. Tylko lampa z poczekalni przez zawieszony w przestrzeni żółty prostokąt okna oświetlała naszą samotną bliskość.

Zupełnie bezwiednie zbliżyliśmy się ku sobie. Odwróciła wzrok od tumanu, który za chwilę miał wypluć lokomotywę, i lekko przekrzywiła głowę. Brązowe oczy patrzące prosto w moje przyciągały i dostrzegłem w nich przyzwolenie.

Objąłem ją ramionami i zatonąłem pocałunkiem w lekko rozwartych, wilgotnych wargach.

 

Kolejne cztery przepustki wykorzystałem na odwiedziny Marleen. Czasu dla siebie nie mieliśmy wiele, zawsze dwie godziny między przyjazdem a odjazdem pociągu. Ostatnie dwa razy nie wyszliśmy z jej pokoiku. Na jednoosobowym sienniku splątywaliśmy ręce i uda, wpijaliśmy się w siebie wargami, grzali brzuchami.

Nasze oddechy przyśpieszały, by na koniec zwolnić.

Nasze oczy nie musiały patrzeć.

Nasze usta nie musiały mówić.

Wszystko było jasne.

Marleen miała radio. Przy ostatnim naszym spotkaniu grało tę samą serenadę na trąbkę, co w poczekalni kolejowej, gdy ujrzałem ją pierwszy raz.

 

A potem zaczęła się wojna.

 

*****

 

Znowu jak co wieczór

siedzę w schronie sam.

Wojnie tej na przekór

wspominam cię i chlam.

Wypełnić jakoś pustkę chcę,

powieki trę

i ronię łzę,

a mgła przyzywa czas,

gdy los połączył nas.

 

Jak na zamówienie trębacz kompanii zaczyna grać. Zdolny chłopak. W moich uszach melodia przemienia się w tamtą serenadę, tym bardziej że mgła tłumi dźwięki i łagodzi ostre tony sygnałówki. Odstawiam ledwo napoczętą flaszkę z bimbrem i odwracam kartkę. W natchnieniu przelewam na papier notesu drugą zwrotkę:

 

Gęsta niby sukno

świat spowija mgła;

ktoś daleko tęskno

serenadę gra.

To twoje radio mami mnie,

czy gdzieś we mgle

ktoś w trąbkę dmie,

a miast eteru fal

ta mgła dźwięk niesie w dal…?

 

*****

 

Pierwszy urlop dostałem w osiemnastym miesiącu wojny po stracie nogi, dwóch ranach, dwóch odznaczeniach, jednym orderze i kolejnej gwiazdce. Cały tydzień. Wykorzystałem go na podróż do stolicy. Musiałem sprawdzić, dlaczego Marleen przestała do mnie pisać. W czasie walk nieraz zmienialiśmy kwatery, a poczta polowa miewała problemy. Marleen mogła stracić ze mną kontakt z różnych powodów, ale mogła też…

Musiałem ją odszukać. Nawet do nas docierały wieści o bombardowaniach stolicy. O pożarach, zniszczeniach, licznych ofiarach.

W miejscu domu, gdzie spędziliśmy dwie ostatnie wspólne godziny, była dziura w ziemi. Pytałem sąsiadów; nic nie wiedzieli albo nie chcieli powiedzieć. Znalazłem gdzieś nocleg i nazajutrz od rana kuśtykałem po ulicach wśród ruin i wielu śladów niedawnej pożogi. Odszukałem dyrekcję urzędu pocztowego, ale nie znałem nazwiska Marleen, a urzędnik miał co innego do roboty, niż szukać w kartotece pracownic o tym imieniu. Zanim wróciłem do tymczasowej kwatery, stałem przed urzędem i wypytywałem każdego i każdą w granatowym mundurze o Marleen, ale niczego się nie dowiedziałem. Przed nocą kupiłem w kantynie butelkę wódki, by móc zasnąć.

 

*****

 

Jeśli wyjdę z domu,

zanim spiję się,

może powiem komu,

że wciąż kocham cię;

może gdzieś krąży bratni wrak,

da gestem znak,

ja powiem tak,

a bliskość warg i ud

miłości wskrzesi cud?

 

*****

 

W następnym dniu i w kolejnym również niczego się nie dowiedziałem. Nadzieja powoli ustępowała miejsca rozpaczy.

W czwarty dzień urlopu na ulice, ruiny, gmachy i rudery stolicy naszła mgła. Chciałem ukoić samotność i znaleźć ułudę wytchnienia między udami przypadkowej prostytutki. Zagubiony w mglistych zgliszczach rzadko rozświetlanych żółcią ze szpar niechlujnie zaciągniętych zasłon czy niebieskimi lampkami orientacyjnymi brygad ogniowych bezskutecznie krążyłem i szukałem jakiekolwiek kobiety. Nie spotkałem żadnej. Czyżby wszystkie były zajęte pocieszaniem takich jak ja? Może wchłonęła je mgła i przeniosła na jakieś małe, zapomniane przez wszystkich stacyjki kolejowe? „Objaw się!” – wołałem do Marleen. „Znajdź mnie! Wyjdź zza rogu, uśmiechnij się ciepło, rozgrzej moje serce, jak w tamtej poczekalni…”.

Błąkałem się i chwilami słyszałem trąbkę. Grała naszą serenadę, ale nie byłem pewien, czy słyszę tę melodię naprawdę, czy to tylko wytwór wyobraźni.

 

*****

 

Widzę na ulicy

ledwie światła lamp.

Jest mi bez różnicy –

dziewczę ty czy wamp.

Wiem, że tam jesteś w gęstej mgle –

przyzywasz mnie,

ja szukam cię.

Choć słyszę gdzieś twój głos,

mijamy się o włos.

 

*****

 

Następnego dnia postanowiłem wyjechać. Stołeczny dworzec był częściowo zburzony. Zaimprowizowaną poczekalnię wypełniał tłum, ale nie było w nim Marleen. Nieliczne kobiety bez uśmiechów łzami żegnały podobnych do mnie, którzy wracali na front.

Mnie nikt nie żegnał.

Wróciłem do jednostki. Zrozumiałem, że co było, nie wróci, ale nie mogłem się z tym pogodzić. Jak się pogodzić z utratą miłości?

 

*****

 

Mgła nas dzisiaj dzieli;

skończył się nasz czas.

W białej mgły pościeli

cierpi każde z nas…

I choć nocami czasem śni,

że żar się tli,

to jednak w dni

brak bliskich ust i rąk,

jest źródłem naszych mąk.

 

Chwytam butelkę, niebacznie pociągam zbyt duży łyk bimbru i niemal się krztuszę. Mocny! W tym momencie słyszę charakterystyczny, narastający świst.

Pocisk wpada do środka. Krew obryzguje ściany prowizorycznego frontowego schronu. Chlapie na ostatnią stronicę, z której zmywa atrament świeżo napisanej zwrotki wiersza. Alkohol rozbłyskuje błękitnym płomieniem, który miesza się z żółtym palącej się nafty, i oba zgodnie sięgają po zapisane kartki.

Patrzę na to wszystko z góry i wiem, że te strzępy rozrzucone po leju to ja. Niczemu się nie dziwię, tylko trochę mi żal notesu i tego, że nikt nie przeczyta strof, które w nim napisałem.

– Jesteś, kochany! – Marleen przytula się do mojego boku. Poznaję ulgę w jej głosie. Nie musi mówić nic więcej. Wiem, jak długo i niecierpliwie na mnie czekała.

Słyszę przeczyste dźwięki trąbki grającej naszą serenadę. Mam na sobie wyglansowane jak do przeglądu buty i nieskazitelnie czysty, wyjściowy mundur kapitana artylerii, który zdobią dwa odznaczenia i order. Ona jest w nienagannie wyprasowanym uniformie pracownika poczty z nową naszywką awansu. Pociąga mnie i razem unosimy się we mgle, która spowija świat jak wtedy, gdy się pokochaliśmy. Jestem tu nowy, więc daję się jej prowadzić; na dole, w tym leju, nic mnie już nie trzyma. Straciłem wiersze, ale odzyskałem Marleen. Kilka nadpalonych kartek to mała cena za wieczną miłość.

– Nie smuć się – mówi Marleen, bo słyszy moje myśli. – Tu, gdzie czas nie płynie, poznałam wszystkich poetów i jeden z nich napisał, że:

 

…Płomień rozgryzie malowane dzieje,

skarby mieczowi spustoszą złodzieje,

pieśń ujdzie cało! Tłum ludzi obiega;

a jeśli podłe dusze nie umieją

karmić jej żalem i poić nadzieją,

ucieka w góry, do gruzów przylega

i stamtąd dawne opowiada czasy…

 

Zachwycam się tymi wersami, bo są lepsze niż moje, a tymczasem wzlatujemy ponad mgłę. Zmierzamy ku jasnym gwiazdom, których są tryliony, a jedna od drugiej różna jest w jasności. I ja będę jedną z nich. Jak Marleen.

– Inny z kolei nauczył mnie, że rękopisy nie płoną – mówi dalej. Robi jakiś gest i widzę, jak w jej ręce materializuje się mój notes otwarty na ostatnio pisanej zwrotce. Jest nienaruszona, a okrągła plama krwi u dołu przypomina pieczątkę cenzury poczty polowej.

List, który w końcu dotarł do adresata.

Radość jasna jak dźwięki trąbki przepełnia mą duszę. Już niczego mi nie brakuje, bo słowa mojego wiersza są na wieczność wplecione w przenikającą świat serenadę.

 

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Jestem pełna zdziwień i zaskoczeń! Ten autor wodzi za nos czytelnika i kreci nim w kółko! Gdy już wydaje mi sie że wiem o co chodzi i co będzie, następuje zmiana kierunku stylu, nastroju i znowu nic nie wiem! Ale czy podoba mi się, to co wyprawia autor ze mna? Widze że mnie prowadzi gdzie chce i o zdanie mnie nie pyta a nawet go nie obchodzi, że daje mi opowieść miłosną opowieść a nie erotyczną ! Potrafi pisać tak i siak i nie pozwala mi ustalić czy mam płakać czy się śmiać. Spodobała mi się ta umiejętność pisarska, a juz szczególnie te „marszowe” chwilami wiersze stylizowane na prostoduszne i amatorskie, a jednocześnie wyrafinowane i zabawne. Po północy a ja sie nie nudzę! A co do „erotyki” to POŻĄDAM tytułu, wykonawcy i kompozytora tej melodii kilkakrotnie wspomnianej. i znanej nawet w niebie. Oceniam na trzy piątki, i nie mam za złe, że erotyka była zastąpiona miłością aż po grób.

No proszę! Ktoś ma dobre ucho 🙂 . Te kapitańskie „wierszyki” są rzeczywiście marszowe, bo to moja wersja Lili Marleen.
Jednak miłość w Mgle jest nie po grób, a wieczna. Jak… rękopisy.
No właśnie, Filigrano. Skoro masz takie ucho do poezji, to może wychwycisz i inne aluzje kulturowe w tym opowiadaniu? Są cienkie, ale dotyczą – rzekłbym – naprawdę wielkich spraw.
Kompozytor TAKIEJ serenady może być tylko Jeden.

Znam te które nie płoną ( ulubione !) i Mickiewicza, a czy jest cos jeszcze? Nie wiem, jeżeli to coś „wojenno-koszarowe” to nie znam na pewno. 🙂

Nie po raz pierwszy (tak było m.in. przy Gladii et vaginae) komentatorzy przedstawiają swoje zastrzeżenia dotyczące konkretów historycznych w moim opowiadaniu i małej zawartości „momentów”. Skłaniają mnie, bym popróbował swych sił w reportażu, a może nawet w raporcie, w którym znalazłyby się rozbudowane sceny porno (odpowiedź na zarzut braku erotyki) i pełen realizm historyczno-geograficzny.
Może kiedyś spróbuję, a na razie zbytnio dociekliwym historykom powiem tak: Załóżmy, że ów XXXI pułk będzie umiejscowiony w konkretnej wojnie i nacji. Cóż zabroni badaczowi prześledzić szlak bojowy tej jednostki, odszukać listę oficerów, znaleźć na niej (to już wymagałoby dobrego researchu!) kapitana bez nogi i datę jego śmierci na polu walki. Ba, imię i nazwisko! Ale potem okazać by się mogło, że był gejem, że miał 58 lat, że zginął w wyniku postrzału karabinowego lub lotniczego, że nie w nocy, a w południe. I że wtedy panowała piękna słoneczna pogoda. A umarł po tygodniu w szpitalu wskutek sepsy. I co? Ano autor dał d….
Audycja radiowa, na co tu nikt nie zwrócił uwagi, wyklucza I wojnę światową i przesuwa widełki czasowe na po 1924 roku (raczej na po 1935, gdy odbiornika stały się w miarę dostępne).
Nie, dziękuję. 🙂 Pozostanę przy alegorii i fantasy z zaledwie elementami realizmu. Wolę cyzelować formę, nastrój i przesłanie niż absolutyzować fakty historyczne.

To może być cokolwiek, co zakochany słyszy, co mu w duszy gra. 🙂
Jeślibym miał mówić o trąbce w mojej duszy, to byłaby Silenzio Nino Rossy albo Serenade Schuberta.
Niestety, kapitan z Mgły nie mógł słyszeć Silenzio, bo z pewnych szczegółów należy wnosić, że zginął przed 1965 rokiem.

A ja właśnie usłyszałam tę smutna melodię z „La Strady”.

ale z kompozytorem trafiłam! Przyznaj!!!

Bezsprzecznie!

Piękna, liryczna historia, choć nardzo smutna. Ale z takich właśnie składa się ludzki los.

Co to za schron, że do niego pocisk artyleryjski wpada i rozsmarowuje bohatera po ścianach? Panie, to dupa, nie schron. A ponoć pogoda nie była do strzelania. Pies chromolił takich synoptyków.

Wszystko zgodnie z przysłowiem: „Człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi”. 🙂

Autor , w końcówce zaznacza że jest to prowizoryczne ukrycie ( „Krew obryzguje ściany prowizorycznego frontowego schronu.”). Jeżeli prowizorka to i 81 mm granat moździerzowy (charakterystyczny świst wskazuje na ów), a może 120 mm (pytanie, czy to I czy tez II WŚ) zrobi, to co Autor opisał. O kalibrach wyższych nie ma sensu się rozpisywać.
Zastanawia mnie jedno – co ma pogoda do ostrzału artyleryjskiego (za wyjątkiem ostrzału amunicją z bronią chemiczną, bo tu meteo ma dużo do powiedzenia) . Nie były rozpoznane pozycje (obserwatorzy – bo to mi tylko do głowy przychodzi). Mortary walą bez meteo, ich zasięg nie jest kolosalny, jak armat, czy haubic.
Nie wiadomo jaki rodzaj artylerii (polowa, przeciwlotnicza, przeciwpancerna), czy samobieżna, czy ciągniona?
Podany XXXI pułk artylerii – narodowość, strona konfliktu. Owo Marleen wskazuje na Niemców, ale czy na pewno? Mundur na ilustracji brytyjski lub US.
Kulawy oficer na pierwszej linii frontu? Możliwe, nie przeczę, tylko data.
Sto pytań, zero odpowiedzi. Autor tylko stwierdza w odpowiedzi na komentarz że przed 1965 rokiem.
Trębacze, też I i II WŚ (sygnaliści).
Kocham konkrety, umiejscowienie, a tutaj stos zagadek. Może to stwierdzenie „Urzędu Poczt i Telegrafów”, ale to może być tłumaczenie Autora, dowolne (vide PASTA w Powstaniu Warszawskim).
Tekst ciekawy, bardziej jednak przemówiła do mnie Ghula.
Pozdrawiam.

Myślę, jammerze106, że pytania, jakie zadajesz, nie mają żadnego znaczenia dla fabuły utworu, ani tym bardziej dla jego wartości 🙂

Tomp pisze tu o kwestiach uniwersalnych, jak miłość, wojna, rozłąka i tęsknota, poczucie straty i to, jak sobie z nim radzimy. Opakował to wszystko w uniwersalną historię wojenną, ale przecież do tego, by ona działała, nie jest konieczna wiedza, czy był to front wschodni, zachodni, północny czy południowy.

Zresztą, próby dochodzenia do tego, jak było naprawdę są z góry skazane na niepowodzenie. Biorąc pod uwagę przemieszanie narodów w Europie pierwszej połowie XX wieku, Marleen mogła mieszkać zarówno w Polsce (zabory/duża mniejszość niemiecka), jak i we Francji. A co do ilustracji, została zrobiona przez AI, więc nie doszukuj się tu narodowych detali 🙂

Pozdrawiam
M.A.

A do czego jest to potrzebne w opowiadaniu? Przecież gdybym się interesowała wojną, bronią i rodzajami schronów nie szukałabym wiedzy o tym w opowiadaniu w literaturze pięknej – „no, taka głupia to ja już nie jestem, może głupia, ale nie aż tak” 🙂

Czytam i czuję się znów jak podlotek, który zabrał się serio do „Wojny i Pokoju” i zaczyna kartkować Wojnę a zatrzymuje się tylko przy Pokoju, Nataszy, księciu Bołkońskim, miłości, balu, rozstaniach i powrotach. a potem przez resztę życia słyszy jaka to jest dobra książka i wciąż nie wie czy ją czytać jeszcze raz,, czy juz pozostać przy tej Nataszy i sobie odpuścić. Co mi radzisz Szanowny Tompie? Piosnki wierszowane są pomysłowe i każda coś mi przypomina, ale nie wiem co. Koniec najlepszy, to co wszyscy lubią najbardziej – miłość niezniszczalna, aż po wieczność. Trochę mi brakowało, aby Marleen przyleciała po niego na miotle jak Małgorzata, z magicznym alkoholem dla anestezji zupełnej. W sprawie erotyki którą zamieniasz na miłość pretensji nie mam, bo po co im tam w tym „niebie” ciało? Fajne to jest – w tej niescrollowanej pokojowej części!
Serenady na tęskną trąbkę popieram bo lubie instrumenty dęte.

Dla mnie wojna to wojna a broń to broń, czy to strzała czy bomba jakowaś istotą jej jest że może przestraszyć, dodać pewności, zadać ból czy śmierć, a to co jest interesujące to człowiek który sie boi ( lub nie!) którego boli, albo własnie umiera, albo innego zabija. Oczekuję że autor zrobi to na tyle dobrze że JA się przestraszę, że mnie zaboli ( prawie) i że zacznie mi sie wydawać, że wiem co to jest umieranie moje lub innej osoby. To właśnie należy do literatury! Z dobrą literaturą mogę umrzeć i pozostać żywa i to nawet kilka razy i na kilka sposobów. To jest to! W opowiadaniu Tompa dostałam to bajkowe nierealne marzenie o wiecznym połączeniu kochających osób, a wzruszyło mnie też to ze byli w uroczystych czystych mundurach co było dla mnie nieoczekiwane i nadało temu wydarzeniu inny wymiar, taki trochę Grottgerowski.

„…wzruszyło mnie też to ze byli w uroczystych czystych mundurach, co było dla mnie nieoczekiwane i nadało temu wydarzeniu inny wymiar, taki trochę Grottgerowski”.
O Grottgerze nie pomyślałem, może zbyt mało nim żyję.
A że w tej Mgle i wojna i… ślub (bo wieczność) i wesele, to mi w tych czystych mundurach (i wyglansowanych butach – OBU!) pobrzmiewają dwa skojarzenia. Pierwsze z Wesela: „Trza być w butach na weselu!”. Drugie z CK Dezerterów „Na wojnę idzie się jak do ślubu”. To ostatnie zdanie jawi mi się niedoceniane w pamięci masowej, a porównałbym je do sławetnego „rękopisy nie płoną”.

Leave a Comment