Duch Lewantu III: Wilcza sfora (jammer106)  4.67/5 (10)

45 min. czytania

Źródło: StockCake

„Między wilkami nie ma miłości. Jest bezwarunkowe zaangażowanie. Gdy robisz coś, co do ciebie należy, i nie migasz się od obowiązków, stajesz się częścią rodziny. Pozostali cię uzupełniają.” (Jodi Picoult, Pół życia).

 

Dla Klaudii najgorszym faktem było, że elegancko ubrany, niski Arab nic nie robił. Usiadł na krześle i przyglądał się jej, do połowy obnażonej. Wolałaby, aby ją zwyzywał, wypytywał o coś, cokolwiek. Głucha cisza, która zapadła w pomieszczeniu budziła w niej grozę.

W końcu wstał i otworzył drzwi. Stanął w nich i krzyknął coś po arabsku. Nie zamknąwszy ich, usiadł ponownie na krześle i nadal patrzył na nią. Po chwili pojawił się jeden z wartowników, ten, którego wcześniej odprawił niedoszły gwałciciel.

– Rozkuj ją – rozkazał podwładnemu.

Terrorysta szybko wykonał polecenie. Wreszcie kajdanki nie uciskały już jej rąk i nóg. Jedną z dłoni otarła naciętą pierś i pospiesznie poczęła zapinać guziki mundurowej bluzy. Wartownik stał przy niej z kałasznikowem gotowym do strzału. Ten drugi nadal siedział i przyglądał się. W końcu podniósł się i zbliżył do niej. Nadal lustrował kobietę ciekawskimi oczyma. Bała się tego spojrzenia, było na swój sposób straszne.

– Nie ciekawi cię zielonooka, co z tobą zrobimy? – po raz pierwszy, płynną angielszczyzną zadał pytanie.

Głos miał aksamitny i życzliwy, w przeciwieństwie do wyrazu oczu. Nadal tkwił przy niej z zasłoniętą „arafatką” twarzą.

– Wymienicie na swoich bojowników – odparła cicho.

Ku jej zaskoczeniu, roześmiał się donośnie.

– Mylisz się, bardzo się mylisz – odparł.

Ponownie krzyknął coś po arabsku. Pojawił się jej niedoszły gwałciciel. Zamaskowany wydał mu jakiś rozkaz. Tamten wyprostowany słuchał w pełnym skupieniu. Potem zaczęli rozmawiać ściszonymi głosami. W końcu przywołany odszedł.

„To musi być jakaś szycha, może ich przywódca?”

Domniemany boss wrócił do niej. Stał znów blisko, bardzo blisko. Gdyby nie chusta na twarzy, z pewnością poczułaby oddech eleganta.

– Nie, niewierna, twój rząd na razie zbywa nas jakimiś obiecankami i gra na zwłokę. O twoim uprowadzeniu nikt nie wie, nie ogłosili tego. ONZ też nie kwapi się z poszukiwaniami – mówił powoli, tak, by zrozumiała.

Te słowa wzbudzały w Klaudii coraz silniejszy strach. Podejrzewała, co chciał przekazać.

– Dlaczego, dlaczego to robicie? Jestem tutaj, by nieść pomoc. Jestem ratowniczką, ratujemy waszych ludzi… – próbowała się tłumaczyć.

– A w tym czasie wasi ludzie w Iraku i Afganistanie mordują nasze kobiety i dzieci – przerwał.

Odwrócił się, gdy w otwartych drzwiach znów pojawił się niedoszły gwałciciel i wręczył mu jakieś papiery. Dowódca odebrał je i zasiadł na krześle. Wartownikowi dał znak, by przyprowadził ją do niewielkiego stolika, przy którym siedział. Gdy się zbliżyła dostrzegła, że to jej dokumenty i rzeczy osobiste, jakie miała przy sobie.

– Klaudia Skibińska, ratowniczka morska, podoficer marynarki wojennej – wyczytał z  legitymacji służbowej.

Lustrował wzrokiem kolejne strony dokumentu. W końcu dotarł do ostatniej, gdzie znajdowała się rubryka „Adres najbliższej rodziny”.

– Tu mieszkasz, dobrze, bardzo dobrze, będziemy wiedzieć, gdzie wysłać film z egzekucji – dodał.

Była u kresu wytrzymałości. Wyciągnął z kieszeni marynarki niewielki notesik i długopis. Zapisał coś – dobrze wiedziała, że to był jej adres.

– Proszę, nie rób tego, mam małe dziecko – szepnęła błagalnym głosem.

– Masz dziecko? Miejsce matki jest przy nim, a nie na polu walki. Nie jesteś matką, nie masz prawa tak się nazywać – odparł.

Odłożył legitymację na bok i do ręki wziął zdjęcie Sebastiana. Nosiła je razem z fotografią Radka w lewej kieszeni marynarki munduru.

– To twój mąż? – zapytał.

– Nie, partner.

Zdziwił się. Dojrzała to w wyrazie jego oczu. Teraz sięgnął po fotografię Radka.

– A ten?

– Ojciec mojego synka.

Gwałtownie wstał od stołu i z dzikim spojrzeniem pokonał dzielący ich dystans. Zamachnął się i wymierzył ratowniczce siarczysty policzek.

– Ty cudzołożnico, niewierna dziwko, tylko ci jedno w głowie.

Ponownie się zamierzył, tak mocno, że arafatka opadła i Klaudia mogła dojrzeć twarz mężczyzny. Szybko zaczął poprawiać chustę, lecz kobieta zdążyła zapamiętać jego rysy. Było w nich coś, co nie pasowało do tych złych oczu.

– Skoro to lubisz cudzołożnico, to gwarantuję ci, że przed śmiercią posiądą cię moi ludzie, ci ostatni w hierarchii, bo niegodna jesteś, by spółkował z tobą ktoś inny.

Coś w niej pękło. Nie chciała już prosić o litość. Nie miała zamiaru płaszczyć się przed nim. Uwolniła się Klaudia-wojowniczka. Mocno trzymana przez wartownika, mogła zdobyć się tylko na jedno.

– Pierdol się, nasi ludzie cię zabiją – wycedziła cicho po angielsku i splunęła mu w twarz.

Ślina wylądowała na jego nosie. Odskoczył jak oparzony i wrzasnął w niebogłosy. Poczuła, cios kolbą w brzuch, a potem w klatkę piersiową. Dopadł do niej ten drugi, dobrze mówiący po angielsku. Osunęła się na zimną posadzkę, Raz po raz spadały na nią kopniaki. Skuliła się i dłońmi zasłoniła twarz.

Po chwili w końcu przestali. Ten elegancik chyba im kazał. Leżała w bezruchu. Wykrzyczał jakieś polecenie i poczuła, jak silne ręce podnoszą ją z podłogi. Bez pardonu ściągano z niej ubranie. Najpierw bluzę munduru. Wierzgała, próbowała jakoś się bronić, lecz nie miała żadnych szans wobec dwóch, silniejszych od niej mężczyzn. Zdała sobie sprawę, że za chwilę stanie się to, o czym mówił herszt. Ściągnęli jej buty i bez trudu zsuwali spodnie wraz z figami. Była całkiem naga.

Przywódca wydzierał się na nich. Nie za bardzo rozumiała, o co mu chodzi. Zwarła nogi, nie mając zamiaru ułatwiać im gwałtu, bo tego się spodziewała. Ujrzała, jak lufa kałasznikowa zbliża się do jej czoła i po chwili poczuła zimną stal na skórze.

Stali nad nią we trzech. Elegant z prawej, niedoszły gwałciciel z lewej i wartownik za głową Klaudii. Ciało drżało, mięśnie zaciskały się i stawały  twarde jak skała. Śmiali się i majstrowali przy spodniach.

„Jeżeli, któryś wsadzi mi go w usta, odgryzę…”

Ku jej zdziwieniu, nic takiego się nie stało. Wyciągnęli na wierzch penisy i… zaczęli oddawać na nią mocz. Strużki lądowały na ciele: na włosach, twarzy, piersiach i brzuchu. Zaskoczona, nawet nie drgnęła. Czuła tylko obrzydzenie i charakterystyczną woń uryny. Nie mogła się ruszyć, lufa karabinu jakby przyszpiliła jej czoło do podłogi. Czekała więc tylko, aż skończą.

Czuła się zbrukana. Nigdy przedtem nie doznała takiego poniżenia, takiego zbezczeszczenia. I jeszcze ten ich rechot. Niedoszły gwałciciel tak operował narządem, by skierować strumień na jej usta. Zacisnęła wargi, podobnie, jak i oczy, gdyż i na nie spadały żółte krople. Była cała mokra, cuchnąca, pełna wstydu oraz obrzydzenia.

„Zajebię ich wszystkich za to, zajebię” – poprzysięgła sobie.

Kiedy skończyli, uniosła powieki. Stali nad nią uśmiechnięci i bardzo z siebie zadowoleni. Zdała sobie sprawę, że na razie jej nie zgwałcą. Przynajmniej nie oni.

– Zabiją mnie? – spytał elegant. – Na pewno? Kto? To ja zabiję twojego bękarta, mamy swoich ludzi na całym świecie. Twoją matkę, ojca, kochasia i kogo tam jeszcze masz. Po północy moi podwładni zabawią się z tobą, skoro to lubisz. Będziesz wyła z rozkoszy albo z bólu, kurwo.

Było już jej wszystko jedno, zdała sobie sprawę, że tylko cud może ją uratować. Lecz jeśli tak się stanie, nie spocznie, póki ich wszystkich nie zabije.  Głęboko w to wierzyła.

Wartownik cofnął lufę karabinka z czoła. Herszt wydał kolejny rozkaz, a obaj podkomendni chwycili kobietę pod pachy i wywlekli na korytarz. Tam przekazali ją kolejnym dwóch terrorystom. Klaudia lustrowała mijane pomieszczenia, starając się zapamiętać każdy szczegół. Każdy detal mógł okazać się istotny.

Po chwili wciąż naga wylądowała w celi. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, znalazł się przy niej Alosza. Widząc ją w takim stanie, miał w oczach łzy.

– Jezu, „Biełka” co oni ci zrobili, po co ci to było – użalał się nad nią i jednocześnie ściągał z siebie górę munduru.

Okrył nim ciało towarzyszki. Nie zważając na to, że śmierdziała jeszcze gorzej niż przedtem, mocno przytulił do siebie i pogładził po wilgotnych włosach.

– Już dobrze, już dobrze – mówił uspokajająco.

Po chwili do karceru wrzucono kobiecy mundur i buty. Lekarz szybko wstał i przyniósł je. Nie znalazł fig. Pomógł Klaudii włożyć uniform na gołe ciało i zasznurował obuwie.

– „Biełka”, co oni ci zrobili? – spytał szeptem.

– Nic, na szczęście nic, ale nie daruje im tego – odparła. Zaraz jednak przypomniała sobie groźbę herszta. – Która godzina?

– Dwudziesta druga dwadzieścia trzy.

Nie miała swojego zegarka ani pierścionka zaręczynowego, który dostała od Radka. Niedoszły gwałciciel zabrał wszystkie kosztowne rzeczy jakie posiadała.

– Oni nas zabiją Alosza, musimy coś zrobić – szepnęła do lekarza.

Spojrzał na nią jak na wariatkę. Zdała sobie sprawę, że nie podziela jej zdania.

 

Lotniskowiec „Admirał Kuzniecow”, sala odpraw, dwie mile morskie od rosyjskiej bazy morskiej w Tartus, Syria, w tym samym czasie.

 

To była ostatnia odprawa przed akcją – cholernie szczegółowa, zawierająca najnowsze dane z rozpoznania agenturalnego. Po niej mogliśmy jeszcze otrzymać jakieś informacje zdobyte w ostatniej chwili, ale wtedy modyfikacja planu spoczywałaby na moich barkach. Nie trawiłem tego; nikt nie lubi, gdy do gotowego, perfekcyjnie opracowanego przedsięwzięcia w ostatniej chwili dostaje się dane, które mogą wywrócić cały wcześniejszy proces.

Siedzieliśmy na wygodnych krzesłach, wszyscy, którzy mieli brać udział w działaniach – zarówno ci w bezpośrednich akcjach, jak i członkowie personelu, którzy zabezpieczali operację. Z batalionem WRE mieliśmy łączność przez kodowany kanał transmisji. Właśnie w tej chwili referował ich dowódca.

– Jak wiadomo, od wczoraj w ramach ćwiczeń o kryptonimie „Jenisej” realizujemy zadania związane z paraliżowaniem łączności radiowej i systemów radiolokacyjnych potencjalnego adwersarza. Za przeciwnika mamy jednostki wojsk lądowych i sił powietrznych Republiki Syrii. Jaki jest bezpośredni cel naszych działań, wiemy tylko my; kolegów z Syrii, z wiadomych względów, nie informowaliśmy. Wszystkie podległe mi siły i środki są w pełnej gotowości do wsparcia zadania o kryptonimie „Pik”. Stacje zakłóceń R-325M2, R-330U, R-934 i 378 oraz stacje zakłóceń systemów radiolokacyjnych i nawigacyjnych są gotowe. Systemy antenowe są ustawione na właściwych azymutach. Siły zbrojne Libanu są poinformowane o możliwych zakłóceniach i dały nam wolną przestrzeń czasową od 22:45 do 04:40. W tym czasie nie będzie operowało lotnictwo cywilne w porcie w Bejrucie. Gdyby jakiś statek powietrzny potrzebował pomocy, utrzymujemy stałe łącze telefoniczne z nimi, jak i z Kwaterą Główną UNIFIL. Siły morskie wchodzące w MTF są poinformowane o potencjalnych zakłóceniach, podobnie jak siły UNIFIL i UNDOF. Działamy na stacjach R-325M2 na 50% mocy, gdyż większa nie jest potrzebna. Do bezpośredniego wsparcia zadania „Pik” wyznaczono dwa śmigłowce WRE „Ryczag”. Jeden jest już na waszym pokładzie, drugi u nas w gotowości  – słuchaliśmy.

Koledzy z batalionu WRE, jak zawsze, byli perfekcjonistami. Ostatnio dali pokaz kunsztu, gdy przejmowaliśmy skarbnika. Pełen szacunek i czapki z głów. Niedoceniani specjaliści torujący drogę innym i paraliżujący to, co w wojsku najważniejsze – stanowiska dowodzenia oraz łączność radiową i systemy radiolokacyjne. Otwierali „bramy” dla statków powietrznych i maskowali ich działania.

Każdy z obecnych siedział w skupieniu, wyostrzyłem wszystkie zmysły do maksimum. To była moja pierwsza tak poważna akcja. Wcześniejsze nie miały takiego rozmachu – ot, pojmać jakiegoś lokalnego watażkę, zlikwidować grupę terrorystyczną. Pod względem skali i zaangażowanych środków nie mogły się równać z obecną.

Po kolei referowali pozostali. Do naszej dyspozycji dostaliśmy dwa Ka-29, a jako osłonę WRE wspomnianego wcześniej Mi-8 „Ryczag”.

Flota już od dwóch dni ćwiczyła na przybrzeżnych wodach Syrii przedsięwzięcia obejmujące ZOP i ratownicze. Kamowy 27 w obu tych konfiguracjach zapuszczały się prawie pod libańską granicę morską, realizując zadania szkoleniowe. Całość ich działań nadzorował Ka-31, który był punktem kierowania i dowodzenia, gdyż, posiadając niezbędne wyposażenie elektroniczne i radar o sporym zasięgu, mógł ostrzegać wszystkie statki powietrzne o grożącym niebezpieczeństwie.

Ścisłe dowództwo akcji znajdowało się na Kuzniecowie. Tu była grupa dowodząco-koordynacyjna z chłopakami i dziewczynami z rozpoznania, logistyki, wywiadu i co tam jeszcze było potrzebne. Stanowisko Dowodzenia – kierujące i zarządzające siłami i środkami wydzielonymi do działań.

Z największą uwagą słuchałem ludzi z wywiadu agenturalnego i rozpoznania. Ustalili, jaka łajba ma około 02:30 wypłynąć z portu z zakładnikami i o której ma tam dotrzeć. Czterech ludzi ze specjalnego pododdziału morskiego specnazu miało być przerzuconych osobnym śmigłowcem parę mil od portu, aby sprawnie przejąć tę syryjską krypę. Dostali do dyspozycji ratowniczego Ka-27PS, który po akcji miał ewakuować naszych porwanych.

– I ostatnia sprawa panowie i panie. Gdyby coś zawiodło, mamy jeszcze załogę Ka-32 z UNIFIL-u. To rosyjsko-kazachsko-serbska załoga. Nasz agent w UNIFIL-u przekazał pilotom informację o tym, że w ostateczności muszą nam pomóc. Przypominam, to ostateczność. Miejmy nadzieję, że nasz plan wypali i zamiast ich poderwać, Libańczycy wezwą nasz śmigłowiec ratunkowy.

Jak zawsze na końcu odprawy padło sakramentalne stwierdzenie, czy są pytania. Nie było. Wszystko wytłumaczono tak dokładnie, że nie dało się tego bardziej precyzyjnie ująć.

– Koniec odprawy, do zadań. Powodzenia.

Lotniskowiec był dwie mile od portu. Gdy wyszliśmy na pokład, właśnie startowały kolejne dwa Ka-27PŁ, a za nimi myśliwski Su-33. Ćwiczenia szły pełną parą. Cudowna „maskirowka”, istny majstersztyk.

„Czy to wystarczy?” – przeszło mi przez myśl.

„Musi, a ty zrobisz wszystko, jak najlepiej potrafisz” – dopowiedziałem sobie w głębi duszy po chwili i pogłaskałem siedzącego obok mnie Demona.

Zebrałem wszystkich, z którymi miałem działać na libańskiej ziemi. Tkwiliśmy przy naszych dwóch Ka-29.

– Panowie, ostatnia chwila, by powiedzieć „nie”, i nikt z nas nie potraktuje tego jako tchórzostwa. Lepiej zrobić to teraz, niż zawieść w walce. Czy ktoś się wycofuje? – spytałem zgodnie z tradycją, by mieć spokojne sumienie.

Widziałem poważne i zacięte twarze. To nie byli rekruci, bohaterowie w gębie, a w realu ciepłe kluchy, co tylko potrafią dużo gadać. To była elita wojsk specjalnych Polski i Federacji Rosyjskiej. Wiedziałem, że mamy jeszcze czas; nie warto było pakować w tej chwili ludzi na pokład śmigłowców i męczyć ich.

– Wszystkie kieszenie na lewą stronę, nie chcę widzieć w nich nic prywatnego – rozkazałem.

Wszyscy jak jeden wykonali rozkaz, a z kieszeni, gdzie tak się nie dało, powyciągali rzeczy, które tam tkwiły. Z dumą stwierdziłem, że moje słowa wzięli sobie do serca. Technicy załadowywali do zamocowanych na pylonach wyrzutni 80-milimetrowe pociski rakietowe. Tak na wszelki wypadek, gdyby coś. Oba śmigłowce miały zamalowane znaki przynależności państwowej. Kto teraz się nie wycofał, musiał zdawać sobie sprawę, w co się pakuje.

– Kto palący, niech pali, póki jeszcze czas, czekamy na sygnał – oznajmiłem.

Podszedł do mnie „Andkor”. Zrozumiałem, że chce porozmawiać, podskórnie czułem, że na osobności.

– Ręczę za moich ludzi, „Poliak”… – zaczął.

– Wiktor, jestem Wiktor – postanowiłem przełamać sztuczną barierę.

– Andrzej, po waszemu Andriej – odparł, a ja dostrzegłem, że jest zadowolony z tego faktu.

Zauważyłem stojącego w pewnej odległości „Górala”. Miał zostać na lotniskowcu.

– Przepraszam cię, zaraz wrócę – rzuciłem i skierowałem się do młodego polskiego oficera.

Czułem, jak ściągał mnie wzrokiem. Wiedziałem, że chce mi coś powiedzieć.

– Dziękuję, dziękuję ci, że podszedłeś – zaczął.

– Co jest? Bo widzę, że coś mi chcesz powiedzieć – odparłem.

– Uratuj ją, uratuj wszystkich, to dla mnie bardzo ważne – rzucił bezpośrednio.

Objąłem go jak syna, którego niestety nie miałem.

– Szkoda, że nie lecisz, ale byłbyś zagrożeniem, nie działałbyś racjonalnie. Działaj tutaj, wiem, że nie za dużo możesz z tego miejsca, ale wiedz, że masz swój udział w naszej walce. Zobaczysz ją całą i zdrową – zapewniłem.

Jakże musiał ją kochać, jak silne musiało być to uczucie!

– Dzięki. Powodzenia!

Oba nasze Kamowy uruchomiły silniki. Przeciwbieżne podwójne łopaty wirników rozkręcały się.

– Idź i rób swoje – powiedziałem i wróciłem do swoich ludzi.

Stojący nieco dalej Mi-8 „Ryczag” uruchomił silniki. Z pokładu lotniskowca podnosił się Ka-31, który wcześniej wylądował i był tankowany. Miał być naszymi uszami i oczami.

– Do maszyn!!! – ryknąłem na podwładnych, tak głośno, jak tylko umiałem.

 

+++++

 

Sygnał „MAYDAY” wysłany z rejonu pomiędzy Mazraat Aautorsi, a przystanią w Al Abdeh został odebrany zarówno przez libańskie, jak i syryjskie służby poszukiwania i ratownictwa morskiego. Syryjczycy dysponowali śmigłowcami ratunkowymi Mi-14PS w liczbie dwóch sztuk, co pozwalało im na podjęcie działań. Libańczycy natomiast mogli polegać jedynie na wsparciu sił UNIFIL, a co za tym idzie, na jednym śmigłowcu ratowniczym Ka-32, który w tym momencie stacjonował na drugim końcu Libanu, blisko granicy z Izraelem, w bazie An-Naqura, a nawodne jednostki SAR stały w portach, w Bejrucie i Tripoli.

Z informacji przekazanych przez załogę jachtu pełnomorskiego wynikało, że jednostka wkrótce zatonie i niezbędna jest natychmiastowa pomoc. Okręt ratunkowy z Tripoli mógł być gotowy do wypłynięcia za około piętnaście minut, zgodnie z międzynarodowymi procedurami jednak w praktyce czas ten mógł się wydłużyć do pół godziny. Żadna z jednostek nie znajdowała się w tamtym rejonie, przystań mogła przyjąć małe jednostki rybackie i jachty. Dość blisko była granica z Syrią i duży port Tartus. Dlatego libański SAR, nie zwlekając poprosił o pomoc swojego sąsiada w ramach podpisanych umów.

– Mamy w okolicach Tartus manewry rosyjskiej floty, oni są w stanie w kilka minut podnieść swoje ratunkowe śmigłowce z lotniskowca. Nasze będą gotowe za dwadzieścia, do trzydziestu minut. Wyrażacie zgodę na udział Rosjan w akcji ratowniczej? – natychmiast nadeszła odpowiedź ze strony syryjskiej.

Żaden kraj nie zabroni ratowania rozbitków przez innych, w momencie, gdy jego siły i środki są tak daleko, a krajowych nie ma. Odpowiedź mogła być tylko jedna: dajemy zielone światło.

Pierwszy etap planowanej akcji przebiegł zgodnie z założeniami. Nie było żadnego jachtu. To niewielka, szybka łódź motorowa, obsadzona przez naszych wywiadowców i współpracowników, nadała sygnał. W okolicy potencjalnego wypadku rozrzucono kapoki, ubrania i część żagli, aby zamarkować wypadek. Łajba szybko wróciła do brzegu, a załoga miała do wykonania kolejne zadanie, równie ważne, jak to, z którego wywiązała się już w stopniu celującym.

 

Lotniskowiec „Admirał Kuzniecow”, dwie mile morskie od Tartus, kilka minut po sygnale MAYDAY.

 

Patrzyliśmy, tkwiąc na pokładach swoich śmigłowców, jak ratowniczy Ka-27PS unosi się z pokładu lotniskowca i z nurkami bojowymi leci w kierunku Libanu.

– Plan działa Wiktorze – stwierdził Andrzej, uśmiechając się.

– I tak ma być – odparłem.

Morski specnaz ruszył do zadania, my nadal tkwiliśmy w miejscu. Spojrzałem na ludzi w kabinie wiertalota: „Andkor”, „Hart”, „Locha”, „Priom”, „Buran”. Na podłodze leżał „Demon”, był chyba najspokojniejszy z nas wszystkich. Reszta grupy była w drugim.

„Parszywa trzynastka” – tak nas określiłem.

 Nie, nie byłem przesądny. Gdybym wierzył w takie bzdury, wywaliłbym jednego z Polaków. Na dobra sprawę, licząc wszystkich uczestników zadania to było nas piętnastu. Drugi z psów, tej samej rasy co mój „Demon”, o imieniu „Czart” tkwił przy nodze „Urala”

Najgorsze jest trwanie w „jedynce”. Siedzisz na pokładzie maszyny, która spala paliwo, co skraca jej zasięg, a ty wciąż nie wiesz, kiedy wystartujesz. Nie można trzymać ludzi i sprzętu w tym reżimie dłużej niż trzydzieści minut. To strata paliwa, pieniędzy i nas – operatorów. Każdy jest na podgrzaniu, gotowy do walki. Po kilku takich „jedynkach” ludzie siadają psychicznie i fizycznie. Każda minuta się dłuży. Wszyscy są napięci jak struny. Każdy marzy tylko o tym, by wreszcie ruszyć, lub by odwołano akcję.

– Rescuer 099, rozpoczynam poszukiwania – dało się słyszeć w radiostacji łamaną angielszczyzną.

Pierwszy pilot naszego Ka-29 podniósł kciuk. Wiedziałem, że jest dobrze. Ka-27PS wysadził nurków i markował działania ratownicze.

– Wiktor 077 gotowy do startu – zameldował pilot „Ryczaga”.

– Ruszamy – oznajmiłem wszystkim.

Specjalistyczny Mi-8 unosił się z pokładu lotniskowca. Czekaliśmy na zgodę.

– Zulu 026, możesz startować – wreszcie padła ta komenda.

– Zulu 026 przyjął, wykonuję zadanie.

– Zulu 029, możesz startować.

– Zrozumiałem, wykonuję, Zulu 029.

Oba nasze Kamowy unosiły się z pokładu. Zdałem sobie sprawę, że nie ma już odwrotu.

– Tango 41, zgłaszajcie się – odezwał się do nas Ka-31.

Piloci potwierdzili łączność. Kuzniecow został gdzieś w dole. Maszyny nabierały wysokości, szybko i sprawnie dogoniły „Ryczaga”.

– padła komenda i wszystkie śmigłowce zaczęły obniżać lot.

Piloci nałożyli gogle noktowizyjne.

– IFF wyłączony, Transponder wyłączony – tyle zrozumiałem z ich komunikacji wewnętrznej i zdałem sobie sprawę, że zabawa się zaczyna.

Od tej chwili wszystkie trzy śmigłowce stały się nierozpoznawalne. Były potencjalnymi celami dla każdej wyrzutni rakiet OP. Pies trącał IFF, on tylko identyfikuje, czy jesteś swój, czy obcy, ale wyłączenie transpondera to pozbawienie możliwości pomocy, nawigacji i skazanie na potencjalne zestrzelenie. Jesteś nierozpoznawalnym intruzem, czymś obcym w przestrzeni powietrznej.

Zord.

Zadziałały wszystkie systemy zakłóceń, zarówno te ze śmigłowca, jak i naziemne. Gdyby piloci lecieli na radarach, na wyświetlaczach pojawiłoby się specyficzne „mleko” lub jedna wielka biała plama. Jakakolwiek próba nawiązania łączności radiowej, z wyjątkiem tej na krótkich odległościach, byłaby skazana na niepowodzenie.

Lecieliśmy na niskim pułapie, niemal muskając fale morza. Bez radaru, bez łączności, zdani wyłącznie na pilotów. W ich rękach spoczywało nasze życie. Skupieni, prowadzili maszyny do celu na podstawie zawczasu wprowadzonych danych. Żadne aktywne źródło promieniowania elektromagnetycznego nie miało prawa działać. Tylko noktowizja i wcześniej wprowadzone dane, sprawdzone przy założonej prędkości i wysokości.

– Przekraczamy granicę za dwie minuty – poinformował nas pilot.

Śmigłowce kierowały się w głąb Morza Śródziemnego. Nie chcieliśmy, aby dostrzegły nas naziemne posterunki obserwacyjne, wszak w niewielkiej odległości od linii brzegowej biegła autostrada prowadząca do Bejrutu, a na niej znajdowało się przejście graniczne.

Helikoptery pruły z prędkością bliską 200 km/h; piloci nie katowali silników, nie było takiej potrzeby. W pełni skupieni prowadzili maszyny dość blisko siebie. Oba Kamowy leciały niżej, a delikatnie z boku i za nimi „Ryczag”. Bez świateł kolizyjnych, bez wsparcia systemów nawigacyjnych i bez łączności byliśmy już na libańskich wodach terytorialnych.

 

Lotniskowiec „Admirał Kuzniecow”, stanowisko dowodzenia operacją, w tym samym czasie.

 

Sebastian siedział, wpatrując się w sporawy ekran pomimo faktu, że na nim nie pokazywało się nic. Gdy śmigłowce wyłączyły IFF i transpondery, to jeszcze było widać ich echo radiolokacyjne, zbite w jedną całość, potem, gdy włączono zakłócenia i zeszły nisko, to przeniesione na monitor zobrazowanie przypominało jedną wielką białą plamę. Na fonii słychać było jedynie szum, niejednostajny, czasem mocniejszy, a czasem słabszy.

– Powinni mijać bazę lotniczą w Rene Mouawad – zrozumiał, co meldował jeden z rosyjskich operacyjnych.

Był zły na siebie, wkurzony, że nie poleciał z nimi, ale jeszcze bardziej wściekły na swoje zachowanie. Na własne życzenie odsunięto go od kinetycznych działań. Spiął się z rosyjskim kapitanem, a ten słusznie odstawił go na boczny tor. Coraz częściej tracił panowanie nad emocjami, wpadając w przeświadczenie, że nikt nie wykona zadania tak dobrze, jak on.

Zazdrościł nawet „Pumciakowi”, który tkwił na pokładzie kolejnego Ka-29 z grupą zapasową, gotową na wypadek komplikacji. Pamiętał, jak zjebał go „Andkor”, gdy postawił się do „Poliaka”.

– Kurwa, Sebastian, panuj nad sobą, bo jak mi Bóg miły, to za chwilę ci wpierdolę. Odpierdalasz numery jak nieopierzony rekrut – te słowa tkwiły mu w pamięci.

Gdyby Andrzej wiedział, jak mu jest trudno. Jak to jest, gdy wiesz, że twoja ukochana jest w niebezpieczeństwie, a ty nie możesz nic zrobić.

– Jedna stacja R-330U wyłączona, awaria nadajnika – wyrwało go z przemyśleń.

– Damy radę, jak tam nasz nowy „Żytiel”? – padło pytanie.

– Jak na razie dobrze, zakłóca łączność telefonii komórkowej i inne pasma. Bez uwag.

R-330Ż Żytiel była najnowszą rosyjską stacją z rodziny oznaczonej R-330. Służyła do zagłuszania systemów łączności satelitarnej Inmarsat i Iridium, systemu nawigacji satelitarnej GPS–NAVSTAR oraz stacji bazowych systemu łączności komórkowej GSM 900/GSM 1800. Nowe cacko, które kontyngent otrzymał do testowania.

Wyciągnął z kieszeni munduru pierścionek. Spojrzał na niego. Tak, miał zamiar oświadczyć się Klaudii. Był pewny, że to kobieta jego życia. Chciał to zrobić kilka dni temu w Bejrucie, ale ona dała mu do zrozumienia, żeby poczekał na jej powrót do Polski. Nie odczuł tego jako kosza, zrozumiał, że Klaudia musi przygotować swoich bliskich, a przede wszystkim syna.

– Powinni dolatywać do celu – usłyszał.

 

Plaża w Dystrykcie Al-Minja-Al-Danja, Liban, kilkanaście minut później.

 

– Mamy, widzę znaczniki podczerwieni – dostrzegł w swoich goglach noktowizyjnych pilot prowadzący maszynę w stronę lądu.

– Uwaga, pełna koncentracja, lądujemy – wrzasnąłem do swoich ludzi w śmigłowcu.

Dało się słyszeć wyraźny szczęk broni. Mi-8 pozostał nad morzem, a oba Kamowy skierowały się w oznaczone miejsce.

Nie mogły się porozumieć między sobą. Po pierwsze, mieli rozkaz, by nie prowadzić korespondencji ze względu na ryzyko wykrycia przez naziemne systemy rozpoznania, a po drugie, uniemożliwiały to zakłócenia stawiane przez naziemne środki WRE i „Ryczaga”.

Nasz Ka-29 podchodził pierwszy, pilot zmniejszał prędkość i obniżał pułap lotu.

– Gotowi?

– Gotowi – odparłem, czując dreszczyk adrenaliny.

– Na mój znak.

– Zrozumiałem, na twój znak.

Gdy nie dotykając plaży, helikopter tkwił jakieś pół metra nad nią, padł sygnał.

Wpieriod, bystriej!!! – rzuciłem komendę i, wyskakując przez otwarte drzwi śmigłowca, zająłem wyznaczoną pozycję.

Wszyscy z mojej grupy sprawnie opuścili pokład maszyny, zajmując wyznaczone miejsca. Moment, gdy wysadzana jest pierwsza grupa desantowa, jest jednym z najbardziej krytycznych. Statek powietrzny jest bezbronny i podatny na ogień potencjalnego przeciwnika, i nie mówię tutaj o zestawach przeciwlotniczych. Ostrzał z broni automatycznej, granatnika, karabinu maszynowego czy rakieta z RPG stanowi śmiertelne zagrożenie dla załogi i żołnierzy desantu.

Druga grupa desantowana ma łatwiej. Ta pierwsza osłania lądowanie i w razie potrzeby jest w stanie związać nieprzyjaciela walką.

Wszystko poszło bez żadnych problemów. Cały zespół tkwił na plaży w ugrupowaniu bojowym, zapewniając sobie krycie ogniem. Oba Ka-29 odchodziły po udanej akcji i kierowały się nad morze. Kolejny etap operacji zakończył się sukcesem. Opuściłem z hełmu przymocowany noktowizor i, lustrując teren, starałem się dostrzec naszych libańskich agentów. Byliśmy kilkanaście kilometrów od celu, przed nami znajdowała się miejscowość Aabdeh. Bez ich wsparcia nie dalibyśmy rady. Co prawda istniała opcja dotarcia do morza i płynięcia w tamtym kierunku, lecz zajęłoby nam to zbyt dużo czasu, a ten był na wagę złota.

Dostrzegłem sygnał z latarki. Podniosłem noktowizor do góry i wyciągnąłem swoją. Cztery krótkie, umówione sygnały. Potwierdzili trzema długimi. Powstałem i pod osłoną zapewnianą przez podkomendnych ruszyłem w tamtym kierunku.

– Dawajcie, nie mamy zbyt dużo czasu – usłyszałem na powitanie.

Niegrzeszący wzrostem agent stał naprzeciw mnie. Gdybym go spotkał gdzieś na ulicy, nawet bym nie pomyślał, że taka sierota pracuje dla nas. W głowie każdego, kto ogląda filmy szpiegowskie i te z Jamesem Bondem, agenci to herosi, przystojni, rośli faceci, napompowani testosteronem. Gówno prawda – nieraz drobna dziewuszka jak Jana, czy też dzieciaki i starcy to najlepsi agenci. Nie rzucają się w oczy, nikt nie bierze pod uwagę, że mogą parać się tak niebezpieczną profesją, a jeżeli jeszcze są kalekami lub udają osoby niespełna rozumu, to śmiem twierdzić, że sukces każdej akcji jest murowany.

Dałem umówiony sygnał bezpieczeństwa podległemu personelowi. Dołączyło do nas dwóch mężczyzn, kolejnych agentów. Starszy facet i drugi, niemający więcej niż siedemnaście, osiemnaście lat młodziak.

Prowadzili nas, idąc przodem. W dłoniach dzierżyli izraelskie Micro-Uzi – idealną broń dla takich jak oni. Po paru minutach marszu przeskoczyliśmy nieczynną linię kolejową, jeszcze kilkadziesiąt metrów i byliśmy przy ciągniku siodłowym z naczepą. Specyficzną naczepą – była to cysterna.

– Pojebało ich, przecież się tam zadusimy – rzucił „Pikor”.

– Masz lepszy pomysł? Może chcesz wezwać taksówkę? – odparłem, dostrzegając, jak mój polski odpowiednik gasi specjalsa wzrokiem.

– Kilkanaście minut, musicie wytrzymać, wnętrze przepłukiwaliśmy wodą, dacie radę – „Priom” przetłumaczył mi słowa agenta, który dostrzegł zaniepokojenie jednego z Polaków.

– Ładujemy się. Już! – ponagliłem wszystkich, wspinając się na cysternę.

Na górze były trzy okrągłe „wejścia”. W miarę sprawnie wszyscy znaleźliśmy się we wnętrzu metalowego walca. Śmierdziało, cholernie cuchnęło ropą. Oba psy nie chciały wejść, ale krótkie komendy je przekonały. Pomimo, że Libańczycy  stwierdzili, iż płukali to wodą, momentalnie otoczył nas odór. Zamknęli zawory. Miałem nadzieję, że nie zatrujemy się oparami. Zestaw ruszył.

Pierwszy zwymiotował nasz snajper, potem któryś z Polaków. Rzygaliśmy chyba wszyscy; sam zrobiłem to po kilku minutach drogi. Nie dość, że smród był nie do zniesienia, to jeszcze rzucało nami, gdy pojazd skręcał lub hamował.

– Kurwa, ile jeszcze? – usłyszałem „Lochę”.

– Damy radę, wytrzymajcie, damy radę – odparłem, a chwilę później ponownie zwymiotowałem.

Każdy z nas czuł, jak wypróżniony żołądek przylepia mu się do pleców. Ilość rzygowin rosła w postępie geometrycznym, a do tego cholerny ból głowy.

Gdy usłyszeliśmy, jak otwierają się górne włazy cysterny, cieszyliśmy się jak dzieci. Jeszcze godzina jazdy, a bylibyśmy martwi lub na krańcu żywota.

– Wypadamy, już! – rozkazałem i ruszyłem jako pierwszy.

Pojazd stał tuż przy linii brzegowej, na jakiejś bocznej drodze. Był nieoświetlony, z wyłączonym silnikiem. Zbliżył się do mnie najmłodszy z agentów.

– Dwunastu, mają kałasznikowy i pistolety. Wasi ściągnęli zakłócenia. Śmigłowce w bazie – zrelacjonował mi w telegraficznym skrócie.

Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem. Łapczywie chwytałem świeże powietrze, czując się nieco przytłumiony. Obiema dłońmi delikatnie uderzałem się w policzki.

„Dojdź do siebie, musisz.”

– Tam, tam macie cel, jakieś pół kilometra – dotarły po chwili do mnie jego kolejne słowa.

Wskazywał ręką miejsce, gdzie mieliśmy się udać. Wezwałem do siebie „Kolę”. On potrafiłby wyprowadzić ludzi nawet z piasków Sahary. Miał specyficzny dar – łykał wzrokiem mapę i zapamiętywał ją w głowie.

– Prowadź – nakazałem – Reszta marsz ubezpieczony, szyk Diament – rzuciłem do pozostałych.

Momentalnie do „Koli” dołączył „Buran”. To był najlepszy duet. Rozumieli się bez słów, zgrani od dawna. Stanowili awangardę, na tyły wystawiłem „Harta” i snajpera.

– Powodzenia, czekajcie na sygnał od nas, wasi w porcie jeszcze nie działają – usłyszałem od  agenta, z którym rozmawiałem zaraz po desantowaniu.

Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem. Ruszyliśmy szykiem ubezpieczonym w kierunku celu.

 

Lotniskowiec „Admirał Kuzniecow”, stanowisko dowodzenia operacją, w tym samym czasie.

 

– Mamy ich, mamy sygnały – zrozumiał Sebastian, a na dużym ekranie pojawiły się czerwone punkciki przypasowane do mapy.

Podniósł się z fotela i obserwował, jak piętnaście oznaczonych kropek przesuwa się wzdłuż morskiego wybrzeża, pokonując kolejne dziesiątki metrów. W myślach modlił się za nich i kibicował im, z drugiej strony był wściekły, że tkwi tutaj, a nie jest z nimi.

– Śmigłowce w naszej strefie, Spasatiel robi swoje, mamy podgląd, wyrzuca kolejne bomby oświetlające – słyszał meldunki.

– Nurkowie w porcie, na redzie, płyną w kierunku celu.

– 036 ląduje, jak siądzie, wysyłam 034 – wszystkie komendy zlewały mu się w całość.

To było naprawdę profesjonalne stanowisko dowodzenia. Mógł dostrzec, jak podchodzą do lądowania wysyłane parami Su-33, jak posuwa się mieszana, główna grupa oznaczona na czerwono oraz gdzie są nurkowie bojowi, oznaczeni na zielono.

– Przestrzeń powietrzna czysta, nie podnieśli nic z lotniska w Rene.

– Liberyjski zbiornikowiec na końcu strefy, za dwie minuty powinien wyjść – meldował specjalista od celów nawodnych.

– Przygotować obsługi, jak tylko wylądują ci od „Pika”, tankować, reszta w pełnej gotowości.

Tu było jak w ulu, a  ludzie pracowali na pełnych obrotach.

– „Wolfy” na pozycjach, czekamy na meldunek o gotowości, „Akuły” w porcie, dochodzą do celu.

Spojrzał na zegarek, była 23:30.

„Boże, niech im się uda”.

 

Przystań/port w Al Abdeh, Liban, kilka minut później.

 

Wynurzyli się przy łajbie. Niewielkim kutrze pływający pod syryjską banderą, jakich tu pełno. Poprosił o wejście do portu, bo podobno miał problem z silnikiem. Po odprawie wpłynął i stanął we wskazanym miejscu.

Dla czwórki bojowych płetwonurków to miejsce było zbawienne. Z daleka, na uboczu, słabo oświetlone. Pierwszy z morskich specnazowców rzucił na pokład specjalistyczną rzutkę zakończoną kotwicą. Nie zrobił tego ot tak, na żywioł. Poczekał, aż pozostali trzej opłyną kuter wokół i zorientują się, że załoga tkwi w kabinie. Umówionym sygnałem dał znać reszcie, że zaczynają akcję. Mieli specjalistyczną broń krótką, cichą i przeznaczoną do takich działań.

Sprawnie, najciszej, jak tylko mogli, dostali się na pokład łajby. Dowodzący grupą jednym ciosem dłoni powalił jednego z marynarzy. Nie zabił, mieli zadanie pojmać wszystkich żywcem. Pozostali terroryści tkwili w kabinie i w najlepsze oglądali jakiś debilny, turecki serial.

Nikt z zaskoczonych nie zdołał podjąć żadnych działań. Komandosi dopadli ich i momentalnie obezwładnili. Cicho, sprawnie i bez zbędnych komplikacji.

– A teraz, jebany kozojebco, jak ktoś zadzwoni z pytaniem, czy wszystko OK, to wiesz, co masz odpowiedzieć – kapitan krypy usłyszał od porucznika sił specjalnych.

Kiwnął tylko głową, że zrozumiał. Nie miał innego wyboru. Nie mógł wydobyć z siebie słowa, mając pistolet w ustach.

– Borys, nadawaj – padła komenda.

 

Miejsce przetrzymywania zakładników, Al Abdeh, Liban, kilka minut przed północą.

 

Rashid siedział ze swoimi pobratymcami w głównym pomieszczeniu. Był wściekły na to, jak na jego zachowanie zareagował „boss”. Miał zamiar kopulować z Polką, a ten spoliczkował go na osobności i zabronił, a co najgorsze, potem pozwolił na to jebanym  Palestyńczykom, którzy się do nich przyłączyli. Zabił w nim podniecenie. Ta niewierna była warta tego, by zagościł w niej jego kutas. Co prawda, gdy wsadził palec w piczkę, nie poczuł u niej wilgoci, ale czy to było ważne? On miał mieć przyjemność, a nie ona. Przywódca odjechał, ale jego zakaz pozostawał w mocy. Nazwał go swoim następcą na Liban, a przynajmniej na północny skrawek kraju. To łechtało go najbardziej. On, zwykły człowiek, miał być tutaj kimś.

„Ale bym ją wyruchał, dogadam się z nimi, nie puszczą pary z gęby” – kombinował.

Nie wierzył do końca tym jebanym Palestyńczykom. To prostacy a on potomek Fenicjan. Duża różnica, tak jak wolny człowiek i niewolnik. Czy mógł im ufać, tym prostakom? Tej hałastrze może nie, ale Anasowi tak. To był zaufany człowiek, potencjalny następca. Mieli za sobą niejedną wspólną akcję. Rozbicie posterunku LAF-u, gdy ten ochraniał tyły, i likwidacja tych, co sprzyjali rządowi. Nieważne, że to były kobiety. Wśród swoich ludzi miał estymę bohatera. Wtedy, w 2005 roku, gdy podległe mu komando wysadziło nepalski transporter. Jakże im wtedy zaimponował, dobijając rannych żołnierzy. Sześciu, bo tylu ich tam tkwiło. Lider, dowódca, twardziel.

Alkohol w krajach islamskich jest zabroniony. Pod okiem Allaha nie może go spożywać żaden szanujący się muzułmanin. Tu, w zamkniętym pomieszczeniu, gdzie jest dach nad głową i na dodatek w nocy – Allach nic nie widzi. Postawił Palestyńczykom kolejną butelkę wódki. Lekko uderzył w dłoń Anasa. Kompan zrozumiał od razu, o co chodzi.

– No już koniec, dwóch na pozycję, na dach, dwóch przed dom, a reszta pełna gotowość – zakomenderował.

– A nasza Polka, przywódca nam ją obiecał? – usłyszał pytanie od jednego z nich.

– Po północy, tak on zarządził i dobrze o tym wiecie – odparł. – No już do roboty – dodał, popędzając ich.

Z trudem ruszyli zadki, by zająć nakazane pozycje. Jeden z Palestyńczyków zabrał ze stołu butelkę wódki. Rashid dostrzegł w jego wzroku pytanie i prośbę o zgodę. Kiwnął, na tak. Po chwili pozostał w pomieszczeniu sam z Anasem.

– Morda w kubeł, idziemy do niej. Jasne? – rzucił.

 

Pozycja bojowa mieszanej grupy specjalnej, Liban.

 

– Kwiaty będą jutro o północy – otrzymałem sygnał i dobrze wiedziałem, że łódź z pojmanymi terrorystami wypływa z portu, opanowana przez naszych ludzi.

Potrzebowałem jednego: zgody na przeprowadzenie ataku.

– „Priom”, łącz się z naszymi i pytaj o zgodę na atak.

Chwilę mu to zajęło.

Nigdy wcześniej nie działałem w mieszanych zespołach w walce, jak teraz. Może i jest to dobre, ale czasami konflikt językowy może kosztować ludzkie życie. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Co innego przelot, jakaś osłona, gdy druga grupa wykonuje zadanie. Co innego realna walka. Tu musiałem mieć pełną koordynację i, co najważniejsze, zrozumienie komend. Tylko ja biegle mówiłem po polsku, tylko ja mogłem zrozumieć ich  język. I co najgorsze – dowodziłem całością. Już na pokładzie śmigłowca podzieliłem ludzi, zdając sobie sprawę z problemów językowych.

– Co nie powiesz Andrzeju, biorę ciebie, „Harta”, „Jaśka” i mojego „Burana” do grupy uderzeniowej.

Kiwnął głową na znak, że się zgadza. Spojrzałem na „Demona”. Podniósł się i popatrzył na mnie. Tu problemów komunikacyjnych nie dostrzegałem. Najspokojniejszy z sekcji, czekał na wyuczoną komendę.

Wszyscy byli na pozycjach i zameldowali gotowość do wykonania zadania.

Czekasz tylko, ty mały żuczku na to jedno.

Konfa – usłyszałem i wiedziałem, że mogę atakować.

Na zewnątrz tkwiły dwa cele, na dachu kolejne dwa. My, na otwartej przestrzeni, byliśmy w pewnym sensie nadzy. Odkryci, bez szans na powodzenie. Cóż z tego, że tych czterech ściągniesz, skoro reszta jest w budynku? Oni, czyli nieprzyjacielscy obserwatorzy, nie patrzą na morze, może tylko co jakiś czas tam zerkną, boją się ataku od strony lądu, skąd mieliśmy uderzyć.

Ljoko – rzuciłem do psa komendę, którą ukrywałem przed bliskimi.

Obydwa teriery ruszyły do przodu. Nie zważając na nic, bestie pokonywały teren. Gdyby tam były miny przeciwpiechotne, wyleciałyby w pierwszej kolejności, gdyby przeciwnik założył miny sygnalizacyjne, to, zrywając odciągi, by je uruchomiły. Na szczęście nic takiego się nie stało. Czarne diabły w pełnym pędzie pokonywały dystans dzielący je od budynku.

Arabowie nie cierpią psów. Dla nich to zwierzęta nieczyste. Wąchają odchody i dlatego są nielubiane. Sobaka to zwierzę podłe. Chcieliśmy wykorzystać właśnie ową niechęć.

– Za mną – krzyknąłem i podniosłem się z ziemi.

– Cel zlikwidowany – „Patron” meldował, że ściągnął jednego z dachu.

Psy odciągnęły uwagę wartowników. Korzystając z tego, pokonywaliśmy kolejne metry.

– Drugi cel zlikwidowany – zameldował snajper, osłaniany przez „Pikora”.

– Czternastka zginęła – usłyszałem głos „Wołka”.

„Czart” zginął. Mój „Demon” walczył cały czas. Jeżeli tak, to zagryzł wartownika na zewnątrz, rzucając mu się do gardła. No, super był maskotką dla trzyletniego dziecka.

Biegliśmy, biegliśmy, ile sił w nogach. Budynek, otwarte drzwi. Normalna procedura: granat do środka, eksplozja i idziesz dalej. Jednak nie tu i teraz.

– Wchodzę, osłaniaj! – wrzasnąłem.

Polacy kryli mnie ogniem, choć strzałów nie padło zbyt wiele. Przeklinałem teraz, że mieliśmy wyciszoną broń, tłumik się szybko grzał, a i pociski miały mniejszą siłę rażenia.

– Budynek, wchodzę z Poliakiem – usłyszałem głos polskiego towarzysza.

Podniosłem noktowizor. Marne światło w korytarzu wystarczyło.

– Bierz ludzi, idź tam – rozkazałem mu, wskazując wyższe piętra.

– A ty? – zapytał.

– Spokojnie, zostaw mi „Burana”.

– Został z tyłu, dasz radę?

– Dam, spierdalaj.

Wziął ludzi i ruszył z nimi na piętro. Momentalnie dostał ogień z tamtej strony. „Buran”, uzbrojony w granatnik, dołączył do nich. Pozostałem sam. Kolejne kroki w dół i kolejne schody.

Walka rozgorzałą na dobre. Początkowy efekt zaskoczenia przyniósł wymierne rezultaty – czterech terrorystów padło, zanim pozostali zrozumieli, co się dzieje. Gdy w końcu zrozumieli sytuację, otworzyli chaotyczny ogień, w wyniku którego zginął „Czart”. Słyszałem wymianę ognia na parterze i piętrze, gdzie było najwięcej bandytów. Odgłosy naszej broni, przytłumione, „pach, pach”, mieszały się z pojedynczymi głośnymi strzałami z pistoletów i kałasznikowów.

– Piąty załatwiony.

– Szósty trafiony, „czwórka”, dobij!

– „Hart” na jedenastej dwóch, likwiduj! – słyszeliśmy w eterze.

– Zlikwidowany, „Jaśko”, masz jednego w rogu!!!

Wytężyłem wzrok i wszystkie zmysły. Nie działałem zgodnie z procedurą. Powinien mnie ubezpieczać drugi z operatorów, ba, to ja jego powinienem ubezpieczać, bo byłem dowódcą. Kamandir nie pcha się przed szereg; ma przede wszystkim dowodzić, a nie zgrywać bohatera. Od tego są operatorzy. Nie, nie ma się kryć za ich plecami, jak potrzeba to likwiduje, ale przede wszystkim przewodzi.

Dostrzegłem jednego z terrorystów. Skurwysyn zasłaniał się kobietą. W słabym świetle dostrzegłem jej sylwetkę. Bała się, widziałem strach w jej oczach. Przesuwali się w głąb korytarza. Arab trzymał w jednej dłoni AKMS-a, drugą objął zakładniczkę za szyję i przycisnął do ciała. Rozglądał się nerwowo, szukając mnie lub któregoś z „Wilczej Sfory”.

Przed oczami stanął mi obraz z Biesłanu, kiedy podobny szubrawiec zasłaniał się Tamarką. Wróciły demony z przeszłości. Na ułamek sekundy zwątpiłem w swoje możliwości i doświadczenie.

„A co, jeśli go nie trafię?” – przeszło przez myśl.

Wtedy było dziecko, które zasłaniało mniejszą część ciała terrorysty. Teraz mogłem celować tylko w głowę, bo ta była dobrze widoczna, choć jego łepetyna tkwiła tuż nad barkiem kobiety.

„Z kałasza nie strzeli celnie, nie da rady jedną ręką, jak ma ogień na ciągły, to pociski pójdą po suficie” – przeanalizowałem.

Najgorsze, co może spotkać operatora, to niepewność. Wahanie. Nie tak cię szkolono człowieku, nie po to państwo wydało kolosalne pieniądze, byś teraz nie wiedział, co zrobić. Zaufaj swojemu doświadczeniu, zaufaj wyrobionym nawykom, uwierz, że to zrobisz i KURWA ZRÓB TO!

„Dasz radę. Musisz. Oddech, złożenie się i strzał. TRAFISZ KURWA, TRAFISZ”!

Mięśnie napięte do granic możliwości, wzrok skupiony na linii celowania.

„Wyrównaj oddech”. – Wyrównałem.

Byłem ukryty za załomem. Jeszcze mnie nie dostrzegł. Wycofywał się powoli, lustrując teren, był zestrachany.

– Idą na piętro, „Jaśko”, „Hart” za mną, „Buran”, dawaj do jedynki.

Zdałem sobie sprawę, że za chwilę pojawi się „Buran”. Jeżeli wpadnie szybko, wystraszy gnoja, a ten spanikowany może zrobić to, czego nie chciałem.

„Musisz, DAWAJ”!

Wysunąłem się zza załomu. Dojrzał mnie. Nim zdążył cokolwiek zrobić, oddałem strzał. Mierzony, precyzyjny, tak jak byłem wyszkolony. Zobaczyłem, jak kula rozwala czaszkę, jak płyn mózgowy pomieszany z krwią obryzguje wystraszoną zakładniczkę.

– Tu jedynka, cel zlikwidowany – zameldowałem.

– Szóstka dawaj, potrzebujemy wsparcia – usłyszałem i zdałem sobie sprawę, że wsparcie się nie pojawi. – Dwójka oberwała. Medyk, dawaj na piętro!!! – dotarło do mnie, że „Wołk” został trafiony.

Nie zważając na nic, ruszyłem w kierunku kobiety. Terrorysta zwolnił uścisk i była oswobodzona. Nerwy puściły. Udało się.

– Uważaj!!! – wrzasnęła, przerażonym głosem.

Pierwsza kula trafiła w osłonę komory zamkowej mojego karabinka. Ta odskoczyła, czyniąc broń bezużyteczną, gdyż równocześnie wyleciała sprężyna suwadła. Druga trafiła mnie w brzuch. Potężna siła cisnęła mną o ścianę. Mimowolnie wypuściłem AKU-74U z dłoni. Trzecia otarła się o szyję, naruszając delikatnie powłokę skórną.

Dostrzegłem go. Tkwił w cieniu korytarza z wycelowanym we mnie pistoletem. Wiedziałem, że nie zdążę dobyć rewolweru, nim odda kolejny strzał Otumaniony potężną kinetyczną siłą, jaka uderzyła w kuloodporną kamizelkę czekałem na śmierć.

– Uciekaj!!! – zdołałem tylko krzyknąć do kobiety.

Bydlak szedł w moim kierunku, widziałem uśmieszek na jego twarzy. Chciał podejść bliżej, by walnąć mi prosto w twarz, a wcześniej ponapawać się moim strachem. Niektórzy tak mają…

– No… – zaczął po arabsku i w tym momencie potężne, czarne, czworonożne bydlę wali mu się na plecy.

Nikt nie przetrzyma uderzenia rozpędzonego 55-kilogramowego psa. Generuje taką energię, że wywróci nawet 120-kilogramowego faceta, a co dopiero takie arabskie chucherko, jak ten tutaj. „Demon” powalił faceta na ziemię i, jak go uczono, zatopił mu w szyi ostre kły .

Ljoko, ljoko – zagrzewałem do walki sobakę.

Terrorysta nie miał szans w starciu z zabójczą bronią. Dało się słyszeć, jak psie zębiska rozrywają grdykę, jak masakrują jabłko Adama. Odwieczny gen walki, już wcześniej uruchomiony komendą, teraz został tylko spotęgowany.

„Jesteśmy piesku dwa do jednego” – w myślach przyznałem czworonogowi duży punkt za uratowanie mi życia.

Wydobyłem rewolwer z kabury operacyjnej. Jeszcze nieco oszołomiony podniosłem się i zbliżyłem do terrorysty.

Nie musiałem strzelać, był już w agonii. Potężna plama krwi rosła z każdą chwilą. Chciałem jednak to zrobić.

– Demon, prrr – rzuciłem czworonożnemu wybawcy komendę, by przestał masakrować ciało.

Pies zareagował momentalnie. Bez zawahania się strzeliłem terroryście w głowę.

– Tu jedynka, drugi cel zlikwidowany – zameldowałem. – Mam obiekt numer trzy – dodałem i odwróciłem się w stronę kobiety.

Tkwiła oparta o ścianę, wystraszona i spanikowana. Nie mogła z siebie wydobyć słowa. Patrzyła na mnie przecudnymi, zielonymi oczami, które teraz wydawały mi się nad wyraz duże.

– Nie bój się. Siły zbrojne Federacji Rosyjskiej, jesteś bezpieczna – rzuciłem standardową regułkę po polsku.

Ruszyła w moim kierunku. Z podłogi podniosłem pistolet terrorysty. To był Tariq, iracka wersja Beretty wz. 1951. Broń, która po wojnie w Zatoce zalała nielegalne rynki, skąd trafiła do arsenałów grup terrorystycznych na całym świecie. Sprawnie odłączyłem magazynek, by zobaczyć, czy jest w nim amunicja. Wsadziłem go do jednej z przegródek kamizelki taktycznej.

– Dziękuję, spasiba – usłyszałem jej cichy głos.

– Pierwsze piętro czyste.

– Parter czysty.

Pojawił się „Buran” z „Akułą”.

– Gdzie reszta? Gdzie reszta zakładników? – rzucili pytanie do kobiety.

– Lekarz jest tam, na samym końcu, a Denis nie żyje, zabili go dwa dni temu – odparła po rosyjsku.

– Ilu zlikwidowanych? – zapytałem naszych.

– Dwunastu, teren czysty – odparł „Akuła”.

– Co z „Wołkiem”?

– Wyliże się, ale nie jest dobrze, nasz medyk go opatrzył.

– „Buran”, dawaj do celi, „Akuła”, wzywaj naszych, niech reszta szuka ciała tego trzeciego – rzucałem rozkazy, czując, że wróciłem do walki.

„Buran” ruszył natychmiast. Po chwili dało się słyszeć przekleństwa i to, że komunikował się z lekarzem, który był za drzwiami.

– Tu Wolf 03, AELITA, powtarzam AELITA, kod 677 454 – rzucił do telefonu komórkowego „Akuła”, po wybraniu odpowiedniego numeru w pamięci aparatu.

– Zrozumiałem AELITA, potwierdź kodem Wolf 01 – usłyszałem i zrozumiałem, że chcą, bym osobiście potwierdził, że to prawda.

– Przekaż 106 121 – zrobiłem to.

Powtórzył.

– Potwierdzam, AELITA w realizacji, udajcie się do ECHO.

Kryptonimem „Echo” nazwano teren przy plaży, tuż przy linii brzegowej. Nie był zbyt odległy, lecz odkryty.

– Potwierdzać, czy modyfikujemy? – zapytał mnie „Akuła”.

– Potwierdź.

– Odsuń się, detonuje zamek – usłyszałem krzyk „Burana”.

Wziąłem kobietę za rękę, a drugą dłonią otarłem z jej twarzy specyficzny kamuflaż, złożony z masy mózgowej i krwi terrorysty. Po chwili zdałem sobie sprawę, że tylko pogorszyłem sprawę, rozmazując to, co miała na sobie.

Poczułem wibracje telefonu. Wyciągnąłem go z kieszeni i odebrałem.

– Będziemy z ciocią u was za kwadrans, Przyjedziemy Renault 19, wiemy, że macie parking na trzy pojazdy, zmieścimy się? – usłyszałem.

Dziewiętnastu terrorystów w trzech pojazdach pędziło w naszą stronę. Mieli być na miejscu za piętnaście minut.

Mogłem ich poprosić o wsparcie, zażądać, by w jakiś sposób zatrzymali tamtych, lecz wtedy skazywałbym ich na śmierć, Bo cóż trójka naszych agentów, uzbrojona w dwa Micro-Uzi i jeden pistolet, mogłaby zdziałać przeciw dziewiętnastu uzbrojonym terrorystom. Zabić dwóch, trzech, w najlepszym razie pięciu, a potem zginąć. Byli nam potrzebni, zarówno tu, jak i w Syrii, gdzie sytuacja stawała się coraz gorsza. Przeklęte plemię terrorystów rozrastało się w regionie jak bluszcz w zaniedbanym ogrodzie.

– Obiekt czysty, cele zlikwidowane, pierwszy obiekt martwy – usłyszałem od „Prioma”.

– Drugi obiekt przejęty – zameldował „Buran”.

– Twarze sfotografowane, elektronika i dokumenty celów zabezpieczone – poznałem głos „Akuły”.

Chwila zastanowienia, bo nie miałem zbyt wiele czasu na przemyślenia. Musiałem działać szybko; każda sekunda zwłoki to fiasko operacji. W naszym kierunku zbliżał się śmigłowiec ratunkowy z portu. Dwie, może trzy minuty i będzie na miejscu. Ratunkowy – czyli nieuzbrojony. Wpakujesz tam maksymalnie cztery, pięć osób. Spojrzałem na kobietę. Miała w sobie to coś. Dłonią ocierała z twarzy resztki terrorysty. Dojrzałem zaciśnięte usta oraz wyraz twarzy. To już nie była wystraszona, słaba płeć.

– Przydam wam się, jestem ratowniczką – rzuciła, a w tym momencie uderzyły we mnie jakieś odległe, skrywane w głębokiej podświadomości wspomnienia.

„Ja ją skądś znam?” – tłukło się w myślach.

Nie tylko znałem, z jakiegoś powodu była mi bliska.

– Medyk, jaki stan „Wołka”, melduj – rzuciłem.

– Do ewakuacji, rozorany policzek i naruszona żuchwa, drugi pocisk w barku, nie da rady długo – usłyszałem w odpowiedzi.

– Medyk, ewakuujesz „Wołka” i zabierasz zabitych. Trójka, dawaj od siebie dziesiątkę do wsparcia, on też się ewakuuje. „Patron”, dasz radę sam? – zadecydowałem, wycofując z walki „Pikora”, „Lochę”, zabitego specnazowca i naszego czworonożnego „Czarta”. Tak, pies był częścią zespołu i podobnie jak ludziom należała mu się ewakuacja. – Dawaj na „Echo” – dodałem.

– Przyjął.

Popatrzyła na mnie. Przyprowadzili uratowanego lekarza. Rzuciła mu się w ramiona.

– Biełka żyjesz, Boże, ty żyjesz – wyrzucił z siebie, obejmując ją.

Nie czas na ckliwe spotkania. Czekał nas bój z tamtymi i osłona lądowania naszego Ka-27PS. To drugie było najważniejsze. Odprawić rannych i martwych. My, żywi damy sobie radę. W razie czego, wesprą nas inni.

Wyszliśmy na parter opanowany przez Polaków. Byłem z nich dumny, nie na darmo nazywali ich polskimi „Navy Seals”.

– Wiktor, co jest, powiedz? – zapytał mnie „Andkor”.

– Trzy pojazdy i dziewiętnastu ludzi zmierza do nas, będą za kwadrans, może krócej. Przyjmujemy walkę, zbieraj broń i amunicję. Ewakuujemy rannych i zabitych.

– Zostajemy z wami i nie patrz tak kurwa na mnie! I tak mnie wkurwiłeś, nakazując, bym wycofał swojego człowieka – usłyszałem.

– Mój też odchodzi, sam nie da rady, zrozum – niepotrzebnie się tłumaczyłem.

Ściągnąłem „Patrona”. Przygotowywałem się do walki w okrążeniu. Snajper na boku, dobra sprawa, ale zginie po trzecim, czwartym strzale. Bez ubezpieczenia, samotny, nie powalczy długo.

– Andrzej, dwóch ludzi do ochrony lądowiska, potem wracają. Wykonaj!!!

– Ty kurwa oberwałeś, masz krew na szyi – zauważył.

– Dostał w korpus, sama widziałam – dodała niepotrzebnie kobieta.

Omiotłem ją wzrokiem bazyliszka. Na chuj się odzywa? Nie mogła tego nie dostrzec.

– Kamizelka zatrzymała, nic mi nie jest – zgrywałem twardziela, a przy każdym oddechu czułem, że mam pęknięte lub złamane jedno z żeber, nie pierwszy raz w swoim życiu.

Nasz medyk wraz z „Pikorem” znosił rannego „Wołka”. Miał zabandażowaną twarz i bark. Nie byłby sobą, ten mój zastępca, gdyby nie dojrzał, że nie mam długiej broni.

– Bierz mojego, przepraszam – ledwo go zrozumiałem.

– Nie pierdol „Wołk”, nie pierdol – jakże ja go pięknie pożegnałem, biorąc subkarabinek.

Usłyszeliśmy warkot nadlatującego śmigłowca. Pospieszyłem ludzi. Dwóch wyznaczonych ubezpieczało lądowisko, pozostali zajmowali dogodne pozycje by odeprzeć atak przeciwnika. Przez plecy przełożyłem jednego ze zdobycznych AKMS-ów.

– Schowaj się do piwnicy, tam będzie najbezpieczniej – poleciłem Polce.

– Nie, ja tam nie wrócę – zaprotestowała.

– To zostań tam i się nie ruszaj – nie miałem zamiaru się z nią kłócić.

 

Lotniskowiec „Admirał Kuzniecow”, w tym samym czasie.

 

Sebastian nie mógł znaleźć sobie miejsca. W końcu wyszedł na pokład okrętu i poprosił pierwszego napotkanego rosyjskiego matrosa o papierosa. Łapczywie zaciągał się nim, wypuszczając dym nosem. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz palił, ale z pewnością minęło od tego czasu wiele lat.

Siedząc w przedziale dowodzenia, obserwował sytuację i zdawał sobie sprawę, że walka, jaką podjęła mieszana grupa, nie należała do łatwych. Komandosi stracili jednego psa, a zastępca dowódcy grupy został ranny. Martwy był także jeden z rosyjskich zakładników. Chciał zbliżyć się do śmigłowca, gdzie siedział „Pumciak”, ale żołnierz rosyjskiej piechoty morskiej go zatrzymał.

– Odejdź, oni startują – usłyszał.

Uzbrojony Ka-29, wraz z ratowniczym Ka-27PS i Mi-8 „Ryczag”, wznosiły się w powietrze. Jakże zazdrościł swojemu koledze, który leciał na misję Combat SAR z trzema „specnazowcami”. On sam nigdy nie brał udziału w prawdziwej walce. Brakowało mu tego, czuł się jakiś wybrakowany, jakby nie do końca był rasowym „specjalsem”. Niespełnienie w pracy, przypadłość w sprawach jakże delikatnych dla każdego mężczyzny. Jego poziom samooceny nie był zbyt wysoki. W tej drugiej kwestii podjął działania, a Klaudia dostrzegała postępy, ale on sam wciąż czuł się z tym źle.

Odprowadzał wzrokiem znikające w ciemności nocy „wiertaloty”. Gdy skończył palić, wrócił do przedziału dowodzenia. Zdał sobie sprawę, że przyjaciele i Rosjanie z „Wympieła” przygotowują się do ataku przeważających sił nieprzyjaciela.

„Czy dałbym radę tak jak on?” – zadał sobie pytanie.

– Dałbym, na pewno dałbym – szepnął do siebie.

Naziemne i lotnicze środki zakłóceń znów rozpoczęły niekinetyczne działania. Na ekranach monitorów pojawiło się specyficzne „mleko”, a w odbiornikach radiowych i radiostacjach słychać było trzaski i szumy.

„Trzymaj się kochana, trzymaj się!”

 

Rejon działania mieszanej grupy specjalnej, dziesięć minut później.

 

Pierwszy pick-up z zamontowanym na skrzyni ładunkowej karabinem maszynowym zatrzymał się gwałtownie.

– Czekać, czekać – nadałem do wszystkich.

Na krótkich odległościach zakłócenia nie były tak uciążliwe. W teorii zakłóceń jasno określono, że nie sparaliżujesz łączności, jeśli nadajnik znajduje się blisko odbiornika. W działaniach WRE ważne są trzy elementy: moc stacji zakłóceń, jej odległość od nadajników i rodzaj emisji radiowej. Nawet mające kilka watów radiostacje szczebla drużyny/plutonu nie zakłóci odległa o 300 kilometrów „zagłuszarka” generująca w eter 1000 wat. Są na to wzory i wyliczenia. Sparaliżuje ona jednak łączność na większe odległości rzędu kilkudziesięciu kilometrów. W odbiorniku usłyszysz swoistą kakofonię dźwięków.

Przeklinałem siebie, że nie zabrałem karabinu maszynowego. Cholera, nie przewidziałem takiego rozwoju wydarzeń.

„Masz dwa granatniki, to twoja mikroartyleria”.

Dojechały kolejne dwa pojazdy. Stanęły nieco z tyłu, każdy z zamontowanym karabinem maszynowym.

– „Akuła”, co widzisz? – zadałem pytanie.

– Doliczyłem się szesnastu plus trzech kierowców, jeden KPW, pekaśka i RPK na autach, reszta to AKM-y i jeden RPG-7. Przygotowują grupę rozpoznawczą.

– Granatnik i KPW priorytet, „Patron”, „Buran”, „Ural”, przyjęliście?

Zameldowali. Nie musiałem każdemu wskazywać celu. Wiadomo było, że snajper ma załatwić operatora granatnika przeciwpancernego, a pozostali zajmą się pojazdami.

Terroryści wysłali czteroosobową grupę rozpoznawczą, która w luźnej tyralierze pędziła w naszą stronę. Najwyraźniej nie byli pewni, czy wciąż jesteśmy w budynku. Musieli słyszeć warkot śmigłowca i nie mogli wykluczyć, że wszyscy ewakuowaliśmy się z jego pomocą.

– Bierzemy ich w środku? – zapytał „Andkor”.

Kiwnąłem głową na tak. Pewne procedury są wspólne dla wszystkich sił specjalnych, więc szkoda strzępić języka.

– „Hart”, „Jaśko” – rzucił tylko swoim ludziom.

Wiedzieli, co mają robić. Gdy przeciwnicy bez żadnego ubezpieczenia weszli do budynku, zostali momentalnie zneutralizowani. Czterech mniej.

– Wykonano, cztery cele martwe.

Dobra passa skończyła się po chwili. Pozostali na zewnątrz terroryści coś krzyczeli i po chwili zdali sobie sprawę, że tamci czterej są już u Allacha.

Długa seria z KPW zagrała, pociski uderzyły w budynek. Ta broń miała swoją moc. Pociski kalibru 14,5 milimetra były drobną modyfikacja tych stosowanych w rusznicach przeciwpancernych w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, potrafiły przebijać czołowy pancerz lekkich czołgów III Rzeszy. Trafienie takim „patronem” w ciało gwarantowało pewną śmierć lub trwałe kalectwo.

– Ognia – rozkazałem i ze wszystkich luf podległych mi żołnierzy poleciały w stronę przeciwników ładunki ołowiu.

Po raz pierwszy obaj operatorzy użyli podwieszanych granatników. Trzydziestomilimetrowe granaty poszybowały w kierunku wroga. Snajper jednym celnym strzałem zneutralizował terrorystę z RPG-7.

Rozpoczynała się nasza kolejna walka, nie tak prosta jak wcześniej. Arabowie momentalnie cofnęli wozy z bronią zespołową za naturalne przeszkody. Na szczęście udało się nam zniszczyć jeden z nich. Pruli z obu kaemów, tych o mniejszym kalibrze. Przydusili nas chwilowo ogniem, osłaniając swoich pobratymców, którzy ruszyli w naszym kierunku.

– Zmiana stanowisk! – ryknąłem do wszystkich.

„Gdzie te cholerne śmigłowce?”

Pociski uderzały w ściany budynku, zarówno w te na zewnątrz, jak i wewnętrzne. Szyby w budynku stały się tylko wspomnieniem. Widziałem, jak lekarz wraz z Polką tkwią skuleni w bezpiecznym miejscu. Trafiony odpryskami ściany w twarz, mój łącznościowiec ocierał krew z policzka.

– Wiktorze, granaty – zaproponował „Andkor”.

– Dawać hukowe – wyraziłem zgodę.

Te flash-bangi nie zabijały, ale miały niesamowity efekt psychologiczny. Potężny huk i błysk eksplozji działały na psychikę bardziej niż zwykłe bojowe „zaczepniaki”.

Sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa. RZUT – odliczałem w myślach, zrywając zawleczkę i „gotując granat”.

Zbijaliśmy w ten sposób zwłokę zapalnika, która potrafiła wynosić od 2,6 sekundy do blisko czterech. Gdyby nieprzyjaciel chciałby je odrzucić, z pewnością nie zdołałby tego uczynić.

Demon tkwił przy mnie, nie zwracałem na niego uwagi. Gdy tylko przemieszczałem się na kolejne stanowisko ogniowe, posłusznie podążał za mną, czekając na komendę.

Jebnęło z mocą 180 decybeli i błyskiem 6 milionów kandeli, a wywaliliśmy chyba z osiem sztuk tych granatów. Zatrzęsło budynkiem. Nauczeni doświadczeniem, podnieśliśmy noktowizory. Taka silna dawka oślepi cię, gdy masz je na oczach. Daje cholernie mocny błysk, a po nim przez chwilę nic nie dostrzeżesz. Jesteś jak ślepy starzec. Bezradny, militarny kaleka.

– „Kola”, „Buran”, za mną! – wrzasnąłem.

Dobiegliśmy do drzwi wejściowych.

– Granaty, ogień!!! – zakomenderowałem.

Cisnęliśmy poczciwe i niezawodne RGN-y, granaty zaczepne o śmiertelnym zasięgu rażenia do 10 metrów. Ponowne „gotowanie” tego środka walki, choć nie wierzyłem, że po takiej dawce huku i błysku nasi przeciwnicy coś jarzą i są zdolni, by odrzucić te skorupy.

Ponowny huk eksplozji, czysty, bez wodotrysków, jak w przypadku wcześniejszych. Oszczędzałem specjalistycznego AKU, użyłem poczciwego AKMS-a.

Puszczali po czterech, pięciu naprzód, taktyka o kant dupy potłuc.

Nikt już nie meldował, że trafił cel, sam to widziałem. Szybki wypad, parę krótkich serii i odskok w bezpieczne miejsce. Znów ogień kaemu, i to, co nas zaskoczyło. Eksplozja wysoko nad nami. To musiał być RPG.

Kawałki gruzu poleciały na hełm, wszędzie kurz i pył.

– „Patron”, masz cel? – zapytałem.

– Nie, nie widzę.

Ogień obu karabinów maszynowych skoncentrował się na nas. Pociski haratały mur i drzwi wejściowe. Kazałem cofnąć się ludziom w głąb budynku.

Bieg, cholerny sprint na piętro. Nowe stanowisko. Arabowie szli na całość. Oba pojazdy ruszyły, waląc z broni zespołowej. Przygnietli nas ogniem. Zdałem sobie sprawę, że długo tu się nie utrzymamy.

– Idą dwa kolejne samochody – zameldował „Akuła”.

– Granatniki, ognia! – krzyczałem, zdając sobie sprawę, że ta komenda padła za wcześnie.

Jezu, jak mi brakowało „Plamji” – automatycznego granatnika, który teraz byłby tu na wagę złota. Wypluwał z siebie w krótkim czasie dużą liczbę granatów. Miał jednak cholerną wadę – był ciężki.

– Całość odwrót, sektor ECHO – zadecydowałem w momencie, gdy zauważyłem, że przeciwnik zaprzestał ataku frontalnego i rozszedł się na skrzydła, by nas otoczyć.

– Trzeci ochrania ze swoimi, cofaj swoich ludzi i obiekty – usłyszałem głos „Andkora”.

Przejmował dowodzenie nad odwrotem. Polski kapitan wraz z dwoma podkomendnymi podjął się najgorszego zadania. Osłaniać rejon ewakuacji, i to pod ogniem przeciwnika.

Wpadłem i chwyciłem kobietę, „Kola” przejął lekarza. W biegu pozbyłem się kałasznikowa, pozostał mi AKU-74U i rewolwer. Trzymałem „obiekt” przed sobą i popychałem do przodu.

Śmierdziała moczem i brudem, lecz nie zwracałem na to uwagi. W gorszych warunkach przyszło mi nieraz pracować i jeszcze bardziej cuchnących ewakuować.

– Jesteś od Sebastiana? – zapytała.

– Biegnij, kurwa, biegnij! – popędzałem ją po polsku.

– „Hart” oberwał – słyszałem w eterze.

– Dam kurwa radę, to tylko ramię.

– Tu „Jaśko”, jeden zlikwidowany, zachodzą z boku, trzech.

– Wycofuj się, całość niech się wycofuje. Odwrót!!! – rozkazywał „Andkor”.

Zostało nas w sumie dziesięciu, plus dwoje zakładników.

„Priom”, wiertalot!!! – wrzasnąłem.

Wywołał śmigłowiec. Udało mu się. W naszym kierunku szły dwa Kamowy, Jeden ratowniczy Ka-27PS w osłonie uzbrojonego szturmowego Ka-29.

– Tu „Jaśko”, dostałem w piętę, drugi zlikwidowany.

Zdałem sobie sprawę, że „Andkor” za chwilę straci ludzi.

– 033, gotowy, podchodzę – dało się słyszeć w słuchawkach.

– 059, wskażcie cele. Damy wsparcie – usłyszałem po chwili.

– Wodzu, ewakuuj obiekty, ja naszych tak nie zostawię!!! – krzyknął „Akuła”.

– Bierz „Burana”, wsparcie dla naszych – sam nie widziałem, dlaczego Polaków tak nazwałem.

– Tu „Jaśko”, oberwałem, zdolny do walki, ale kurwa straciłem palca.

Zawisł ratowniczy Kamow i począł spuszczać wyciągarkę. Spojrzałem do góry. Lina z zaczepem i panelem powoli szła w dół.

– Dwóch wyeliminowanych, nie utrzymamy się tu długo – poznałem głos „Andkora”.

– Cele obrzucone lampami podczerwieni. Macie teren czysty. Wolfy poza strefą. Możecie atakować – zameldował „Akuła”.

– Potwierdź. Sektor czysty, możemy atakować – zażądał pilot Ka-29.

– Potwierdzam, 116 295. Atakować sektor!

– Przyjąłem, 116 295, kod potwierdzony. Atakuję!

Nadleciało to pudełkowe uzbrojone cudo. Ktoś powie Mi-24, to jest coś. Nie, Kamow 29 w wersji uzbrojonej jest dla mnie lepszy. Stanie ten wiertalot w zawisie, sterowany przez komputer, Ma zero wychyleń na boki w przeciwieństwie do „Hinda” i jak przypierdoli to…

– Chodź, chodź do mnie – wzywałem psa. Na plecach miałem dwa karabińczyki, do których w przypadku ewakuacji wyciągarka podpinałem czworonoga.

Polka opacznie zrozumiała moją komendę.

– Nie ty, pies – skorygowałem.

– Podpinam, osłaniam – rzucił „Priom”, mocując mi Demona na plecach.

– Dawaj Polka, ewakuacja!!! – wrzasnąłem.

Szybko przeliczyłem ciężar. Ja około 100 kilogramów, pies 55 kilo i ona w promocji 70 kg. Wyciągarka podniesie 300, Wszyscy średnio po 75 kilogramów – da radę, nawet z 10% ograniczeniem bezpieczeństwa.

Chwyciłem panel wyciągarki i wsadziłem ją. Nie musiałem tłumaczyć, jak się ma zachować. Była ratowniczką i musiała mieć obcykane wszystkie możliwe spuszczane konfiguracje sprzętowe. Podpiąłem się do wyciągarki. Dwa razy mocno pociągnąłem za linę. Byłem jak ciężkozbrojny rycerz. Na plecach psisko, przed sobą kobieta. Oplotłem ją nogami na wysokości bioder i przyciągnąłem jedną ręką do siebie. W drugiej dzierżyłem karabinek. Strzelanie z jednej ręki z AKU to takie prucie na postrach. Lepiej jednak walić Panu Bogu w okno i przydusić ogniem przeciwnika, niż nie robić nic. Zresztą, czasem i ślepej kurze trafi się ziarno.

Gdy wyciągarka ruszyła w górę, to rudawe, śmierdzące cudo oplotło mnie swoimi dłońmi i nogami, wciskając się w moje ciało.

– Spokojnie, już dobrze – wrzeszczałem, chcąc przekrzyczeć ryk silnika.

Uzbrojony Ka-29 walił z pokładowego karabinu maszynowego w nieprzyjaciół. Pilot najwyraźniej obawiał się użyć niekierowanych pocisków rakietowych. Działanie odłamkowe głowic mogło być zabójcze dla sił własnych. I  pierwszy człon nazwy – „niekierowane”, też nie był zbyt zachęcający.

Wyciągarka zaiwaniała na pełnych obrotach. Nikt nie zważał na to, że lina może się zaplątać i jej właściwości po każdym takim użyciu spadają.

„Dobrze jest” – pomyślałem w złą godzinę.

Zagrały gdzieś z dołu kałasznikowy szubrawców. W kogo taki terrorysta  będzie walił? Co jest najlepszym celem? Wiadomo, nieuzbrojony ratunkowy śmigłowiec tkwiący w zawisie. Pociski trafiły w kadłub maszyny. Jakieś pojedyncze patrony zaryły w blachę śmiglaka. Nie zrobiły zbyt wielkiej szkody, nie trafiły w żywotne elementy maszyny. Wystraszyły nieco technika tkwiącego w otwartych drzwiach, który cofnął się w głąb kabiny.

Kolejny terkot automatycznej broni. Pies zaskowytał niemiłosiernie, poczułem uderzenie w plecy.

„Nie, nie chcę byśmy byli dwa do dwóch!!! – wyłem w myślach.

Skoro ja czułem uderzenie, to było jasne, że pociski trafiły Demona.

Śmigłowiec odchodził z nami podwieszonymi na linie. Piloci wykonali naturalny w tej sytuacji manewr. Wciągnięto nas na pokład.

– Odchodzimy – usłyszałem od jednego z nich.

– Nie!! Wracaj, wracaj, bo zajebię!!! Tam jest jeszcze dwóch do ewakuacji!!! – wrzasnąłem.

Musiałem być cholernie przekonujący. Lekki zawrót i nasz ratowniczy Kamow wracał nad pole walki. Odpięli ze mnie Demona, usadziłem na fotelu kobietę. Spojrzałem jej w oczy, nie, ona nie była wystraszona, spanikowana, biedna. Płonęła żądzą zemsty.

– Lekarz, zobacz co z nim. Ratuj go!!! – zakomenderowałem, trzymając ciało Demona w rękach.

– Kurwa, to pies.

– Operator, taki sam ssak, jak ty i ja, ratuj go kurwa, bo oberwał!!! Już!!! – wrzeszczałem na pokładowego lekarza, jednocześnie dopinając się karabińczykiem do zaczepu przy drzwiach – Spierdalaj technik!!! – wrzasnąłem na wskazanego i przyłożyłem broń do oka.

Spasatielnyj wieralot znów podchodził do miejsca, skąd mnie zabrano. Różnica była jedna. Waliłem z karabinka w kierunku „celów”. Uzbrojony Ka-29 krążył jak wściekły, plując ogniem z kaemu. Przyduszał ołowiem pozostałych przy życiu terrorystów.  Byłem przeszkolony z obsługi wyciągarki, każdej używanej w Rosji.

– Jeszcze dziesięć w lewo i zawis – naprowadzałem pilotów.

Chyba traktowali mnie jak niespełna rozumu wariata, który dostał się na pokład śmigłowca i zrobi wszystko, co w tym pojebanym czerepie się mu wykluje. Przesunęli maszynę, tak jak rozkazałem. Dojrzałem w dole „obiekt” i osłaniającego operatora. Puściłem linę wyciągarki w dół.

– Trzymaj zawis, trzymaj!!! – wrzeszczałem do pilotów.

Poniżej trwało piekło. Morski szturmowy Ka-29 kręcił się nad polem walki i starał się przy pomocy strzeleckiej broni pokładowej i kaemu kogoś z załogi przydusić ogniem terrorystów. Nasi walili ostro i zbierali się w miejscu ewakuacji.

– „Andkor”, dwóch z prawej, uważaj.

– Tu siódmy. Widzę, jeden położony – mieszały się komendy polskie i rosyjskie.

Współdziałali. Pomimo bariery językowej rozumieli się. To było coś, co widziałem pierwszy raz. Wykute w boju pełne braterstwo broni. Kuriozalne, nie do pomyślenia, Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej i jednego z państw członkowskich NATO. Po kilku dniach zgrania. Cud? Sam nie wiedziałem.

Wyprułem prawie całą amunicję. Krótkie serie i pojedyncze strzały. Jak wywalisz kilkanaście patronów na raz, to lufa goreje. Nie masz przy długich seriach celnego ognia, no chyba, że w zamkniętym pomieszczeniu, na krótkim dystansie, wtedy tak. Jednak tam wolałbym peema, „maszynę do szycia”. Mały odrzut, a szybkostrzelność podobna. Gorzej z celnością, ale to krótki dystans, trafisz.

Poczułem że ktoś na dole pociągnął mocno dwa razy linę. Karabinek wypluł z siebie ostatnie trzy pociski, w momencie kiedy uruchomiłem wyciągarkę.

Znów pierdolnęły pociski w kadłub śmigłowca. Zawyły alarmowe buczki.

– Kurwa, muszę odchodzić!!! – wrzasnął jeden z pilotów.

– Odchodź!!! – zezwoliłem.

Nasz Kamow zawinął się w ciasnym skręcie. Na linie miał podwieszonych dwóch ludzi. Poczułem pewien dyskomfort, a co dopiero tamci. Przynajmniej dla jednego z nich, tego lekarza, musiało to być traumatyczne przeżycie. Podłączyłem się pod wewnętrzny interkom. Nieraz potrafiłem podzielić uwagę, słuchając dwóch transmisji naraz.

– Tu 059, przyziemiam, Wolfy, bądźcie w gotowości – rzucił pilot Ka-29.

– Wolfy potwierdzają, uważaj na ogień z lewej, dwa cele.

– 077, oczekuję w strefie – meldował pilot „Ryczaga”.

– 033, wyłączam drugi silnik, awaria układu sterowania i chłodzenia – nadawał pilot mojej maszyny.

– Tu czwarty, osłaniam twoje lądowanie 059, podchodź od „TANGO” – usłyszałem „Akułę”.

Tkwiłem w otwartych drzwiach i operowałem wyciągarką. Lecieliśmy nad morzem. Pilot prowadził maszynę nisko.

– Czekamy na 059, jak mnie zrozumiałeś, 077?

Pilot naszego śmigłowca musiał mieć odwagę. Z uszkodzonym silnikiem nie uciekał w kierunku bazy, czekał na Ka-29. Doskonale zdawał sobie sprawę, że sam, bez osłony WRE, naraża się na rozpoznanie. Tu był w parasolu ochronnym, nic mu nie groziło.

– 077, przyjąłem. Czekam.

Byłem skupiony na tym, by podnieść tych dwóch. Nie operowałem wyciągarką tak sprawnie, jak doświadczony technik. Przyzwyczajony do szybkiego desantu na linach zrzuconych ze śmigłowca, prawie zapomniałem, jak to jest być podnoszonym lub opuszczanym na niej. To trwało wieczność. Niestety, ewakuowaliśmy „obiekty”, które nie potrafiły tego, co my.

W końcu wciągnąłem ich na pokład. Lekarz był przerażony. Towarzyszący mu „Priom” przybił mi piątkę.

– 059, wszyscy na pokładzie. Odchodzę. – To była muzyka dla moich uszu.

Teraz wszystko zależało od pilotów. Zamknąłem drzwi śmigłowca i spojrzałem na pokładowego lekarza. Był mocno zestresowany, unikał mojego wzroku.

– Jak on? – zapytałem, wskazując na psa.

Potrząsnął tylko głową. Mój ukochany Demon leżał, patrząc na mnie gasnącymi ślepiami. Nie miał siły się poruszyć, ale dla mnie, w geście pocieszenia, zamachał jeszcze ogonem. Zająłem miejsce obok niego i przytuliłem do siebie to czarne cudeńko. Lekarz założył mu opatrunki, które jednak przesiąkły krwią, krwią mojego partnera.

Męczył się, widziałem to w psim spojrzeniu. Zdałem sobie sprawę, że to koniec. Zremisował. Dwa razy uratowałem mu życie – a on spłacił swój dług w dzisiejszej akcji.

Słaby i konający, polizał mnie po dłoni.

– To agonia, przepraszam, nic nie mogłem zrobić – zaczął tłumaczyć się lekarz.

Nie miałem pretensji. Zrobił, co mógł. Nie był cudotwórcą ani weterynarzem. Przytuliłem się do psa.

– Tu 077, mam kontakt z 059, ruszamy – usłyszałem gdzieś w oddali, jakby przytłumione.

Demon był coraz słabszy. Nie, nie tak miał kończyć żywot mój przyjaciel. Bezpośredni kontakt. Piszczał biedak, ale na siłę chciał podnieść pysk do mojej twarzy. Nie, nie mogłem mu tego zrobić. Musiałem rozwiązać chustę.

 

+++++

 

Klaudia siedziała w śmigłowcu i obserwowała, co się dzieje. Rosyjski kapitan przejął wcześniej dowodzenie nad statkiem powietrznym i wydawał komendy pilotom. To był dla niej szok. Nigdy nie spotkała się z sytuacją, w której dowódca desantu, niezwiązany z lotnictwem, wymuszał na pilocie działania. W momencie, gdy na pokład wciągnięto Aloszę wraz z jednym z komandosów, zauważyła, jak kapitan schyla się nad umierającym psem. Zwierzę starało się jeszcze podnieść głowę, by choć dotknąć swojego pana, lecz nie miało już siły.

Ten Rosjanin uratował ją ponownie. Gdy wtulała się w ciało komandosa, poczuła dziwne ciepło. Wcześniej widziała tylko oczy wybawcy. To był ten człowiek, który ją uwolnił i z zimną krwią dobił niedoszłego gwałciciela.

Kapitan rosyjskiej armii sprawnie rozplątał chustę. Pochylił się nad psem, pocałował go w pysk, jednocześnie wyciągając nóż z kieszeni spodni.

– Przepraszam, kochany, nie mogę inaczej, przepraszam – usłyszała po rosyjsku i dostrzegła, jak wbija ostrze w ciało czworonożnego towarzysza.

Wbił, przekręcił i płakał, głaszcząc zwierzę. Człowiek, który kilkanaście minut wcześniej zabijał ludzi, teraz płakał nad psem, skracając jego męki.

Podniósł twarz. Ich spojrzenia skrzyżowały się w marnym oświetleniu wnętrza śmigłowca.

Dojrzała ducha, dojrzała „Bałtyckiego Rybaka Dusz”. Radka, starszego o osiem lat, z bujnym zarostem na twarzy.

Podniosła się z niewygodnego fotela i zemdlała…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Rozdział III Ducha Lewantu pozwala cofnąć się w te nieco romantyczne czasy, gdy jeszcze wydawało się, że podziały światowe ułożą się wedle wedle linii „Dżihad kontra McŚwiat”. Przed inwazjami Moskwy na Gruzję i Ukrainę. Gdy Amerykanie współpracowali jeszcze z Rosjanami w Afganistanie i (przynajmniej oficjalnie) nie wchodzili sobie w drogę na Bliskim Wschodzie, a i nasze władze próbowały ograniczonego „resetu” w relacjach z Kremlem. W takich warunkach można było jeszcze uwierzyć we wspólną rosyjsko-polską akcję przeciw arabskim porywaczom. Wszystko to pod modnym wówczas hasłem „Wojny z terrorem”.

Dziś żyjemy już w innej epoce i takie political fiction skłania co najwyżej do rzewnych wspominek. Zagrożenie, jakie niósł z sobą międzynarodowy terroryzm okazało się być jednak mocno wyolbrzymione, a prawdziwy wróg, z potencjałem do zabijania nie setek, lecz dziesiątek tysięcy ludzi, ujawnił się zdecydowanie bliżej. Czy raczej zawsze tu był, tylko przez krótki czas łudziliśmy się, że się zmienił. Dziś Wiktor nie byłby już tak pozytywną postacią. Może lądowałby ze swym oddziałem w Hostomelu, albo rozkaz rzuciłby go do Irpienia i Buczy?

Trochę szkoda, bo tamtej świat był jednak znacznie prostszy i bardziej zrozumiały.

Akcja, jak zawsze u jammera106, opisana świetnie, wartko, dynamicznie. tak, że niemal możemy poczuć proch i żar z detonowanych ładunków. Szczególnie interesujące było ukazanie poszczególnych etapów skomplikowanej operacji, wygłuszanie komunikacji, desantowanie z dala od obszaru działania, maskowanie się przed władzami Syrii i Libanu. Erotyka tym razem sprowadzona do minimum, ale w dłuższych seriach tekstów to zrozumiałe. W bardziej złożonej opowieści na wszystko jest bowiem właściwy czas i miejsce. Całość czyta się bardzo dobrze. Ciekaw jestem, co wydarzy się teraz, gdy Klaudia rozpoznała w Wiktorze swego dawnego ukochanego. Podejrzewam, że jeszcze wiele, wiele komplikacji, nim ta historia dotrze do finału.

Pozdrawiam
M.A.

Szanowny Megasie,
Serdecznie dziękuje za komentarz oraz za trud i wysiłek, jaki włożyłeś by doprowadzić to opowiadanie do przyswajalnej formy.
„Przed inwazjami Moskwy na Gruzję i Ukrainę.” – ta seria już ociera się o kontrowersję i aż dziwne że nikt nie zarzucił mi bycia onucą. To tylko świadczy o wysokiej kulturze Czytelników. Mam jednak pewne obawy, czy publikować kolejną serię (kontynuację Ducha Lewantu), gdyż tam akcja I odcinka rozgrywa się właśnie w czasie konfliktu rosyjsko-gruzińskiego (sierpień 2008), a przedstawione podejście bohatera ,może co niektórym stanowczo nie pasować, przez co i ja, jako Autor posądzony być mogę o takie podejście do tego konfliktu (wojna rosyjsko-gruzińska , miała trochę inne podłoże polityczne niż obecny konflikt). Brzydzę się polityką, nie cierpię się w niej babrać i dyskutować. Niby to tylko jeden odcinek, ale łatwo przekroczyć linię dobrego smaku (choć z założenia Autora, opowiastka tamta miała pokazać bezsens tej wojny). Jednak ta seria ma jeszcze kilka odcinków, i może za wcześnie jeszcze na takie dywagacje.
Zdaje sobie sprawę że erotyki w tej części to prawie nie ma ( bo czy swoisty piss, terrorystów można do tego zaliczyć? Im bardziej chodziło by ją upokorzyć, zbrukać). Cieszy mnie że rozumiesz to, nie za bardzo było w tej części miejsca na upchnięcie owej.
„tak, że niemal możemy poczuć proch i żar z detonowanych ładunków.” – bardzo dziękuję za te słowa, są dla mnie wielce budujące, choć czytając tekst po raz enty, dodałbym jeszcze więcej dynamiki, krwi i detonacji – tylko czy bym nie przedobrzył?
„Ciekaw jestem, co wydarzy się teraz, gdy Klaudia rozpoznała w Wiktorze swego dawnego ukochanego. ” – trochę się zadzieje, ale na chwilę obecną nie uchylę rąbka tajemnicy.
Jeszcze raz dziękuję za korektę i komentarz. Pozdrawiam serdecznie.

„„Przed inwazjami Moskwy na Gruzję i Ukrainę.” – ta seria już ociera się o kontrowersję i aż dziwne że nikt nie zarzucił mi bycia onucą. To tylko świadczy o wysokiej kulturze Czytelników. Mam jednak pewne obawy, czy publikować kolejną serię (kontynuację Ducha Lewantu), gdyż tam akcja I odcinka rozgrywa się właśnie w czasie konfliktu rosyjsko-gruzińskiego (sierpień 2008), a przedstawione podejście bohatera ,może co niektórym stanowczo nie pasować, przez co i ja, jako Autor posądzony być mogę o takie podejście do tego konfliktu (wojna rosyjsko-gruzińska , miała trochę inne podłoże polityczne niż obecny konflikt). Brzydzę się polityką, nie cierpię się w niej babrać i dyskutować. Niby to tylko jeden odcinek, ale łatwo przekroczyć linię dobrego smaku (choć z założenia Autora, opowiastka tamta miała pokazać bezsens tej wojny). Jednak ta seria ma jeszcze kilka odcinków, i może za wcześnie jeszcze na takie dywagacje.”

Zawsze było tak, że niektórym z trudem przychodziło oddzielenie autora od fabuły jego utworu. Ale nie dajmy się zwariować. To, że ktoś pisze powieść, której akcja rozgrywa się w III Rzeszy i jeszcze czyni swoimi bohaterami funkcjonariuszy SS i Gestapo, nie znaczy wcale, że sam jest wyznawcą narodowego socjalizmu. Czasem, taki pisarz, jak Jonathan Littel, bywa wręcz lewicującym żydem. Podobnie aktorzy, którzy nazistów grali, jak choćby Christoph Waltz, znany z brawurowej roli Standartenführera Hansa Landy, nie muszą być miłośnikami rzymskich salutów i zamykania ludzi w obozach śmierci. Autor to jedno, dzieło to drugie.

Pozdrawiam
M.A.

„Zawsze było tak, że niektórym z trudem przychodziło oddzielenie autora od fabuły jego utworu. Ale nie dajmy się zwariować. To, że ktoś pisze powieść, której akcja rozgrywa się w III Rzeszy i jeszcze czyni swoimi bohaterami funkcjonariuszy SS i Gestapo, nie znaczy wcale, że sam jest wyznawcą narodowego socjalizmu”.

Zależy jak pisze, Megasie. I nie chodzi o jakość literacką, a o propagowanie wizerunku postaci.
Literaturę światową znam co najwyżej po łebkach, ale w polskiej od czasu hitleryzmu, czyli 1933 roku, nie ma zwyczaju ocieplania wizerunku niemieckich żołnierzy. Nawet obecnie mimo wspólnego uczestnictwa w NATO, co nie dziwi, bo jeszcze razem nie walczyliśmy ze wspólnym wrogiem.
Jeśli chodzi o obraz żołnierzy sowieckich, to po II wojnie światowej z oczywistych względów opisywano ich wyłącznie w ciepłych kolorach; ba! – niemal apoteozowano, za jedyną ich przywarę uważając „zupełnie wybaczalny i nieszkodliwy” pociąg do alkoholu.
W III RP przypomniano sobie o innych ich wadach, a obraz żołnierzy radzieckich przybrał całą paletę kolorów. Przypomniano sobie wiele ich zbrodni wobec Polaków i nie tylko, zarówno z okresu przedwojennego, jak i po. Apoteoza wymuszona przez cenzurę się skończyła.
Taki stosunek, nazwałbym go obiektywnym i zróżnicowanym, trwał po zmianie sojuszy, czyli po wstąpieniu Polski do NATO, a skończył się z chwilą agresji Rosji na Ukrainę.
Skończył się, bo zaczęła się wojna Rosji z nami.
Dziś kreowanie ciepłego wizerunku żołnierzy rosyjskich razi tak, jak w latach II wojny i późniejszych (aż do dziś) raziło i razi przedstawianie służb mundurowych Hitlera jako ludzi z zaletami. Wydaje się nieważne, czy opis taki dotyczyłby lat 80. czy 2020. – każda literatura jest formą propagandy, czy ktoś o tym wie, czy nie, a my jesteśmy w stanie wojny, czy ktoś wierzy, czy nie. I nie chodzi o obiektywizm, o jakieś różnicowanie – ci, którzy tego nie czują, narażają się na miano „pożytecznych (dla wroga) idiotów”.
O wrogu wolno mówić tylko źle lub wcale.
Tak było i jest w Polsce. O innych krajach się nie wypowiadam.
Aha – podobno obecnie w Rosji mówienie dobrze o Ukraińcach, a w szczególności o żołnierzach ukraińskich (a nawet polskich) jest karane. Putin się nie hamuje: koniec kariery i „mięsny szturm” lub łagier.

Moje obawy, były jednak uzasadnione. Już kolejny Czytelnik/osoba, zauważa, że balansuję z tą serią na granicy czerwonej linii, a nawet ją przekraczam. Persony o dużej wiedzy i doświadczeniu, z których zdaniem należy się liczyć. Skoro są dwie, to podejrzewam, że owo grono, jest liczniejsze. Trudno się nie zgodzić z przytoczonymi przykładami, jak wspomniałem wcześniej, polityką się brzydzę, a że wojny to przedłużenie polityki więc naturalnym jest że giną obywatele/żołnierze, a ci pierwsi gniją w schronach.
Kiedyś Tompie, na priv, wspomniałeś coś o różnorodności i wiem, że nie o taką jaką ja tu zaprezentowałem chodziło. Przepraszam jeżeli czytając tę serię poczułeś niesmak.
Zawsze NE, traktowałem jako portal elitarny, z Czytelnikami i Autorami o wysokim poziomie kultury i wysublimowanym guście.
Dlatego, aby nie zachwaszczac tego pięknego ogrodu sugeruję by wycofać wszystkie odcinki Ducha, oraz ostatni odcinek Strażniczki. Wszystkim to wyjdzie na dobre, cykl Strażniczki bardzo łatwo zakończyć dopisując epilog że bohaterka z Sebastianem żyła długo i szczęśliwie. Większość Czytelników będzie zadowolona.
Kto będzie jednak ciekaw co dalej w kwestii wycofanej serii z łatwością znajdzie kontynuację na konkurencyjnych portalach. Tym sposobem i wilk syty i owca cała.
Pozostaje drobny problem, goniący termin, kiedy miała być tu opublikowana kolejna część niefortunnej serii, wiem jednak że Ty coś zgłosiłeś że masz w zanadrzu, więc proszę, podeślij do Megasa, bo ja Utulni do tego terminu nie zdołam ogarnąć. Proszę.
Za pożytecznego idiotę się nie obrażam, też kiedyś coś tam w Twoim kierunku posłałem w kwestii szympansa. Wiem o co chodzi i że nie chciałeś mnie obrazić (podobnie jak ja wtedy Ciebie).
Dziękuję za komentarz, który tylko utwierdził mnie że moje obawy, co do tej serii były uzasadnione.
Pozdrawiam.

No chyba to są jakieś żarty.

Nie wiem jak inni, ale ja, czytelnik, chcę kolejnych rozdziałów, a nie usunięcia Ducha z Najlepszej.

Proszę o nieprzejmowanie się malkontentami i dalsze pisanie!

Nie nazywałbym malkontentami, tych którzy mają własne zdanie. Każdy może odebrać to na swój sposób i osobiście to szanuję. Przyznam Ci się, że miałem bardzo duże obawy jeszcze przed publikacją Strażniczki, co potwierdzić mogą Magas, Tomp i Hyde (privy) . Temat kontrowersyjny, ferajna głównego bohatera, nieodpowiednia, a i czas nie najlepszy na tego rodzaju opowiastkę.
Zachowałbym się identycznie jak Tomp i wyraził swoje zdanie w momencie gdyby czyjaś opowiastka ocierała się i lekko przekraczała tematy, które osobiście mnie brzydzą (zoofilia, nekrofilia, o pedofilii nie wspominam nawet bo to standard), zwróciłbym uwagę i wyraził swoje zdanie.
Podjąłem ryzyko i muszę się zmierzyć z odczuciami innych. I tak, to co pasuje do portali mniej elitarnych i nie powoduje tam aż tak negatywnych odczuć nie pasuje tutaj – do Najlepszej Erotyki (a ta nazwa, pasuje bardzo, gdyż naprawdę przyciąga i serwuje opowiadania najwyższej półki i oferuje możliwość podszlifowania warsztatu, a komentarze tutaj to creme de la creme). Tu czytelnicy inni niż gdzie indziej. Porównując to czegoś innego, to: jeżeli białe adidasy pasują do potańcówki w remizie OSP, to nie za bardzo do dancingu w eleganckim lokalu – tam obowiązkowy garnitur lub smoking, podobnie z zachowaniem – pijany i zachowujący się nieelegancko Jaś zostanie wpuszczony do remizy, nawet jeśli będzie w smokingu i przekroczy dobry gust – w życiu nie wejdzie na dancing.
Kolejne odcinki tej serii meandrują między czerwoną linia i ją przekraczają, co u części Czytelników może wprowadzić niesmak, a mnie przedstawić jako propagandzistę. Kolejna zaś seria uderza w wojnę rosyjsko-gruzińską, co już wyraźnie przekracza ową linię.
„Dobro portalu, dobrem najwyższym” – nie mam zamiaru, wytworzyć tą serią fermentu, skłócić Czytelników, narazić się na to że wyleje się wiadro wody na mnie. Działać na szkodę portalu (bo i tego, nie można wykluczyć) Niepotrzebne mi to. Mam jeszcze resztki zdrowego rozsądku. Nie mam zamiaru doprowadzić do stopienia rdzenia reaktora. Nie warto. 60k znaków i problemów co niemiara. Już coś tam bulgocze, całkiem niepotrzebnie. Miałem opory, poszedłem w ryzyko, nie widzę sensu by pchać się dalej, bo dobrze się to według mnie, nie zakończy, a mam zamiar tu jeszcze publikować.
Zauważ Thorinie że przedstawiam zainteresowanym kontynuacją wyjście awaryjne – coś, co można przyrównać do zakazu sprzedaży alkoholu po 22. „Jedź pan dwa kilometry dalej, to inna gmina i tam pan kupisz” – rzecze sprzedawca jednego sklepu, odsyłając spragnionego do konkurencji.
ZASUGEROWAŁEM rozwiązanie, idealne dla wszystkich, innych pomysłów nie mam. Nikt nie będzie czuł się zniesmaczony, a i ja święty spokój miał będę.
Proszę tylko innych o jedno, bez polityki w komentarzach i osobistych wycieczek do Tompa. Szanuję go że miał odwagę ukazać swój punkt widzenia. (mam nadzieję ze ich już nie będzie, bo znacie moje podejście, cenię te , które odnoszą się do opowiastki. Proszę, zabronić nie mogę).
Pozdrawiam.

„Taki stosunek, nazwałbym go obiektywnym i zróżnicowanym, trwał po zmianie sojuszy, czyli po wstąpieniu Polski do NATO, a skończył się z chwilą agresji Rosji na Ukrainę.
Skończył się, bo zaczęła się wojna Rosji z nami.”

Zgadzam się, że toczymy niewypowiedzianą wojnę z Rosją. Czy jednak na front ma jechać cała literatura, łącznie z publikowanymi na naszych łamach opowiastkami? Moim zdaniem trochę przeceniasz nasze znaczenie na froncie wojny ideologicznej z Putinem.

„Dziś kreowanie ciepłego wizerunku żołnierzy rosyjskich razi tak, jak w latach II wojny i późniejszych (aż do dziś) raziło i razi przedstawianie służb mundurowych Hitlera jako ludzi z zaletami. Wydaje się nieważne, czy opis taki dotyczyłby lat 80. czy 2020.”

Na szczęście główny bohater tego cyklu, Wiktor, jest tak naprawdę reedukowanym Polakiem. Więc zarówno jego udział w wojsku rosyjskim, jak i przywiązanie dla towarzyszy broni, wynika tak naprawdę z fałszywej świadomości. Pytanie, co zrobi teraz, gdy już się powoli z tego kłamstwa otrząsa.

„każda literatura jest formą propagandy, czy ktoś o tym wie, czy nie, a my jesteśmy w stanie wojny, czy ktoś wierzy, czy nie. I nie chodzi o obiektywizm, o jakieś różnicowanie – ci, którzy tego nie czują, narażają się na miano „pożytecznych (dla wroga) idiotów”.”

To, że każda literatura jest formą propagandy – jest dość dyskusyjne. Definicja propagandy według PWN brzmi tak: „celowe oddziaływanie na zbiorowości i jednostki zmierzające do pozyskania zwolenników i sojuszników, wpojenia pożądanych przekonań i wywołania określonych dążeń i zachowań. Zwykle celem jest upowszechnienie (narzucenie odbiorcom) trwałych postaw; wtedy propaganda jest jednym z kanałów indoktrynacji. Oddziaływania doraźne służące konkretnym celom są zw. agitacją. W kształtowaniu postaw za pośrednictwem przekazu informacji są wykorzystywane środki perswazji intelektualnej i emocjonalnej (słowa, gesty, symbole, skojarzenia, obrazy), rozmaite metody manipulacji (np. prowokacji, dezinformacji, tendencyjnej selekcji i interpretacji faktów); niekiedy propaganda staje się nośnikiem przymusu moralnego, a nawet przemocy psychicznej i symbolicznej. (…)”

A zatem propaganda jest działaniem świadomym i nakierowanym na określone (zbiorowe, masowe) cele. W literackiej formie przyjmuje kształty w rodzaju powieści tendencyjnej czy socrealistycznego produkcyjniaka. Nakłaniającej do określonego zachowania. Do jakiego zachowania nakłania cykl Jammera106 (poza ewentualnie trzymaniem kciuków za śmierć islamistycznych terrorystów)?

„O wrogu wolno mówić tylko źle lub wcale.
Tak było i jest w Polsce. O innych krajach się nie wypowiadam.
Aha – podobno obecnie w Rosji mówienie dobrze o Ukraińcach, a w szczególności o żołnierzach ukraińskich (a nawet polskich) jest karane. Putin się nie hamuje: koniec kariery i „mięsny szturm” lub łagier.”

No i właśnie pytanie – czy chcemy być jak dzisiejsza Rosja. Bo ten kraj promieniuje na całą okolicę (a nawet na USA) wieloma złymi wzorcami.

Pozdrawiam
M.A.

Polska powielająca standardy azjatyckie czy totalitarne przestałaby być MOJĄ Polską, a tego oczywiście nie chcę. Tym samym obecnie, gdyby jakaś agencja koncertowa chciała organizować trasę Chóru Aleksandrowa w Polsce, jej członkowie nie powinni być karani przez państwo, ale jednak jej pracownicy i szefowie powinni sobie zdawać sprawę z konsekwencji takiego postępowania dla Ojczyzny i takiej promocji nie podejmować. I (to o zapowiadanej metodzie unikowej jammera106) nie ma znaczenia, czy Chór Aleksandrowa występowałby w kilku miastach wojewódzkich z Warszawą na czele, czy też zmieniłby miejsca promocji sowietów na Pułtusk, Zawadę Górną czy Pcim. Gdyby te zastrzeżenia owa agencja zlekceważyła, zakaz takiego wydarzenia promującego Rosję (chyba nikt nie ma wątpliwości, że ten chór promuje Rosję) powinien być wydany.

Dobry nowy rozdział, przeczytałem jednym tchem. Atak na dom, gdzie przetrzymywano zakładników kapitalnie nakreślony. Z nerwów obgryzłem paznokcie prawie do łokci.

Sceny z Klaudią i terrorystami natomiast… przynajmniej w tej części są moim zdaniem ciut zbyt łagodne. Ok, wysikali się na nią, ale nie miałbym nic przeciwko temu, żeby jednak zabawili się z nią ci Palestyńczycy. Niech coś mają od życia przed odejściem do Allaha.

Ogółem jest dobrze, ale liczę na więcej w aspektach erotycznych. Bo ze strzelaninami jest już na najlepszym poziomie.

Serdecznie dziękuję za komentarz.
Cieszy mnie że podobało Ci się opowiadanie od strony scen batalistycznych.
Fakt, tu erotyki jest tyle, co w zapałce trucizny. Zauważ jednak że uderzenie mieszanych sił antyterrorystycznych następuje prawie tuż przed próbą gwałtu. Klaudia jest prowadzona z celi do jakiegoś pomieszczenia. Jak to się mówi – o mało co, a by … Czy ze strony pozostałych 10 Palestyńczyków byłaby to zabawa, dla nich tak, dla niej gwałt zbiorowy, który zrujnowałby z pewnością psychikę bohaterki. Nie chciałem iść w tę stronę, raz że to wyjątkowo trudne zadanie – ogarnąć umysł wielokrotnie zgwałconej kobiety, dwa – opisując dalej jej perypetie, zamknąłbym bramę erotyki w kolejnych częściach, bo trudno zrozumieć że Klaudia chciałaby podjąć po tak krótkim czasie od gwałtu współżycie. Mógłbym wymyśleć jakiś wątek homo pomiędzy Rosjanami lub Polakami, tylko to taka etykieta zastępcza.
Od kolejnych odcinków mamy więcej erotyki, praktycznie zaczynają się one w końcówce kolejnej opowiastki i są obecne do końca serii.
Pozdrawiam.

Akcja pierwsza klasa, panie. Terroryści padają w piach aż miło. Tylko dlaczego Rosjanie nie idą w ich ślady? Jeśli dobrze policzyłem, w operacji rannych zostało trzech komandosów, w tym dwóch Polaków. No i dwa psy zginęły, ale im z narodowości wyrzutu czynić nie będę.

Witam Thorina,
„Tylko dlaczego Rosjanie nie idą w ich ślady?” – bo to wyszkoleni żołnierze sił specjalnych, w przeciwieństwie do grupy palestyńskich terrorystów.
Zdaje sobie sprawę że gdyby wybito do nogi ludzi Wiktora i tylko on by pozostał to byłbyś zadowolony. Tylko ocena akcji byłaby miażdżąca dla Rosjan i Polaków również. Liczba poległych przewyższyłaby liczbę uratowanych i to znacznie.
Cieszy mnie, że opisy walki Ci się podobały, kolejny Czytelnik, który to zauważa.
Dziękuje za komentarz i pozdrawiam serdecznie.

Leave a Comment