Miniatury Barmana-Ravena V (Letnia łąka, Bordowe stringi, Ola Alterglobalistka)  4.11/5 (6)

16 min. czytania

SandyManase, „Warm my soul”, CC BY-SA 3.0

Letnia łąka

Wychowałem się w małej miejscowości w Sudetach. Scenerią mojego dzieciństwa były przysypane śnieżnobiałą kołdrą świerkowe lasy, buchające barwami jesieni zbocza gór i powoli wstające poranne mgły nad polami latem. Okoliczne górki i pagórki znałem jak własną kieszeń. Godziny włóczęgi pozwoliły mi rozpoznawać pojedyncze drzewa, znać zapach różnych części lasu oraz wynajdywać przejścia tam, gdzie pozornie było tylko urwisko. Znałem miejsca gdzie można było spotkać daniele, wiedziałem, gdzie zza czeskiej granicy przychodzą muflony, umiałem unikać ścieżek, gdzie rządziły dziki. To był mój las i moje góry.

Jednak jedno miejsce szczególnie lubiłem odwiedzać.

Tuż pod lasem, na zboczu góry, poprzedzona długą lipową aleją, pomiędzy borem świerkowym a masywem Gór Kamiennych, schowana przed wzrokiem turystów, znajdowała się moja łąka. Nigdy nie koszona, z długą trawą i dziko rosnącymi w kępkach ziołami. Latem można było tu „odlecieć” dzięki samemu tylko zapachowi. W powietrzu unosił się aromat szałwii, tymianku, pokrzywy, mięty, rumianku i wielu innych roślin, których nazwy nigdy nie poznałem, ale których zapach rozpoznam i dziś. Łąka nagrzana w letnim słońcu, wieczorem oddawała ciepło, a wraz z nim całą feerię zapachów, gdzie indziej zupełnie niespotykanych.

Na tę łąkę, pewnej lipcowej nocy, zabrałem swoją dziewczynę przywiezioną wprost z Warszawy.

Szliśmy aleją, wzdłuż której rosną lipy. Ledwie zdążyło ucichnąć brzęczenie pszczół, pracowicie zbierających lipowy nektar w upale dnia. Ledwie za horyzontem schowało się purpurowe słońce. Wciąż było ciepło, ale dzięki chłodniejszym podmuchom ożywczego wiatru od gór, można już było swobodnie oddychać. Trzymaliśmy się za ręce – było intymnie i swobodnie. Jak para zakochanych nastolatków.

Historia od zawsze była moim konikiem. Być może przez wybujałą wyobraźnię, być może dzięki kultywowaniu tradycji opowiadania bajek i podań w mojej rodzinie, w każdym zakątku na świecie szukam opowieści, jaka z danym miejscem jest związana. Są to czasami losy ludzi, czasem starych budowli, albo charakterystycznych form krajobrazu. Czasem opowieści, które znajduję, są w wpół legendami, ludowymi bajaniami, a czasem historią z kart podręczników. W ten sposób poznałem i tę legendę, która wiązała się z drogą, po której szliśmy.

Według starych opowieści jechał tędy w stronę Warszawy wraz ze swoimi wojskami nie kto inny, jak sam cesarz Napoleon. Nie drogą wijącą się w dolinie, którędy biegnie dziś szosa do Jeleniej Góry, ale właśnie tą małą dróżką zagubioną w ostępach ciemnego świerkowego boru.

Opowiadałem, rysując przed naszymi oczami ciągnące z mozołem tabory i przemarsz dumnych żołnierzy, niosących ze sobą wolność dla tej ziemi i misję budowy paneuropejskiego imperium. Opisywałem barwny korowód szwoleżerów, parskające konie, rozchełstane w wieczornym cieple koszule. Stukot kopyt na żwirowej dróżce, skrzypienie drewnianych kół wozów z zaopatrzeniem, przytłumione głosy służby, zapach i wygląd zwycięskiej armii ciągnącej na Mazowsze, jeszcze przed klęskami na odległym wschodzie. Długa kolumna schodząca z jednego zbocza doliny, wijąca się poprzez bród na rzece i wstępująca takim samym powolnym wężem lipową aleją na wzgórze.

A wśród tej ciżby ludzi, koni i sprzętu smukła kolaska z drobną postacią w charakterystycznym kapeluszu – Bonaparte. Przedwcześnie poorana zmarszczkami twarz osoby, która samym swoim pojawieniem się wśród żołnierskiej braci wywoływała zarówno szacunek, jak i uśmiechy.

Dziewczyna trzymająca mnie za rękę, stała się nagle odległa i przesłonięta jakby mgłą. Wokół mnie przesuwały się osoby z minionej epoki, każda z własnymi problemami, zmartwieniami i nadziejami. Ubrane w niebiesko-czerwone mundury postacie, pachnące całym dniem jazdy konie. Wszystko niewyraźne i rozmazane. Jakbym stanął pomiędzy dwiema rzeczywistościami zakotwiczonymi w tym samym miejscu – w długiej, wysadzanej lipami drodze gdzieś pomiędzy Wrocławiem a Jelenią Górą.

Poczułem uścisk drobnej kobiecej dłoni i znalazłem się znów we właściwych dla mnie czasach. Dziewczyna miała szerokie źrenice. Była zapatrzona we mnie. Słuchała z uwagą, uczestniczyła w tym spektaklu odtworzonym specjalnie dla niej, wspólnie ze mną malowała obraz sprzed ponad dwustu lat.

Słońce zaszło już za górami. Zniknął nawet pomarańczowy poblask zachodniego nieba. W kilka chwil zapadła ciemność rozjaśniana gwiazdami. Popatrzyłem na moją towarzyszkę – w jej lśniących włosach odbijało się światło księżyca. Wyglądała – być może zabrzmi to banalnie, ale taką ją zobaczyłem – ślicznie. Jak księżniczka, jak dama, która odłączyła się od kolumny podróżników, których nieledwie kilka chwil temu oboje widzieliśmy.

Doszliśmy w końcu na polanę. Warto było wchodzić przez prawie godzinę pod górę.
Małe miejscowości rozrzucone w zagłębieniu doliny błyskały słabymi światłami. Jak obozowisko wielotysięcznej armii, której znużeni całodniowym marszem żołnierze szykowali się do nocnego spoczynku. Błyskające gdzieniegdzie jasne punkty, jak ogniska z gotującą się strawą i ciemniejsze miejsca, które oddzielały od siebie pododdziały. A wokół nich krążące markietanki zalotnie odsłaniające co nieco w luźno zawiązanych gorsetach.

Nad wszystkim dominowały ciemne szczyty gór. Widok był wart oglądania.

Kiedy weszliśmy na łąkę otoczoną z trzech stron lasem, otoczył nas cudowny zapach. Znaleźliśmy się w innym świecie. Trawa była lekko wilgotna od wieczornej rosy. Położyliśmy się na plecach i po prostu gapiliśmy się w górę. Niebo, bezchmurne, granatowo-czarne, zwisało nad nami jak ogromny i nieskończenie odległy sufit. Na firmamencie lśniły milionami małych punkcików gwiazdy. Łąka wibrującej gamą zapachów, delikatny szum lasu za nami, milczenie i przytłaczający ogrom nieba nad nami.

Przysunęła się bliżej mnie. W nozdrza uderzył zapach jej ciała. Oszałamiający jeszcze bardziej niż pachnące wokół zioła i trawy. W chłodzie wieczora poczułem gorące biodro, dotykające mojego ciała i ciepłą dłoń na moim karku. Wszystko tak nierzeczywiste, a jednocześnie tak zmysłowe.

Bawiła się moimi włosami wpatrzona w ciemny nieboskłon. Słyszałem jej oddech, czułem jej zapach. Otworzyłem usta, żeby powiedzieć, jak jest mi dobrze, kiedy położyła swój palec na moich wargach.

– Cicho… Nic nie mów. Kochaj mnie… – poprosiła.

Przykryła mnie swoim półnagim ciałem. Jej usta na moich. Smak oddechu. Położyłem rękę na jej głowie. Wsunąłem palce w skręcone włosy. Wpiłem się wargami w jej usta. Dawała mi całą siebie. Całowała, jakby to miała być nasza ostatnia chwila razem. Przewróciła się na plecy i pociągnęła mnie za sobą. Podniecenie odurzało, zmieszany aromat jej zapachu i gorącej, letniej łąki czarował i obezwładniał.

Istnieliśmy tylko my – ona i ja. I nasze dwa ciała splątane w uścisku pośród traw.
Poczułem na sobie jej ciepło i gotowość. Jeszcze chwila i złączyliśmy się tak, jak tylko dwoje kochanków może się połączyć. Byłem w niej, a ona wokół mnie. Śpieszyliśmy się oboje do wspólnego spełnienia. To nie było romantyczne kochanie się – powolne i zmysłowe ruchy. Gwałtownie i szybko dążyliśmy do szczytu rozkoszy. Byliśmy jak wygłodniałe siebie dwa atomy, jak cząstki których zderzenie powoduje eksplozję.

Tuż przed tym, kiedy zamarła ze stłumionym okrzykiem na ustach, zobaczyłem jej dłonie, jak tłamszą trawę między palcami. Widziałem w przebłysku świadomości, jak zaciskają się, jak naciągają zebrane w nich źdźbła wyrywając je prawie z korzeniami. Po raz ostatni wsunąłem się w jej wnętrze. Zastygła z uśmiechem na ustach. Nadeszło spełnienie.

Laysa, "Touch", CC BY-NC-ND 3.0

Laysa, „Touch”, CC BY-NC-ND 3.0

Bordowe stringi

Siedzę w łóżku z laptopem na kolanach, w ręku trzymam bordowe, wciąż pachnące sokami podniecenia, stringi Marty…

Poznałem ją na szkoleniu organizowanym przez naszą firmę. Po moim powrocie do Warszawy zaczęliśmy flirtować przez korporacyjny komunikator, potem przerodziło się to w długie rozmowy telefoniczne. Zaczęło się niewinnie – zadzwoniłem do niej pewnego wieczoru, bo chciałem upewnić się, czy w związku z projektem mamy wszystkie kwestie omówione i opracowane. Jej oddział wyrażał niezadowolenie, nawet coś w rodzaju pretensji, wobec decyzji podejmowanych w Warszawie. Jak się okazało, zgłaszane uwagi miały swoje podstawy, ale nie zmieniało to faktu, że dobrze nam się rozmawiało do późnych godzin nocnych. W ostatnim czasie rozmowy te, w większości, nie dotyczyły projektu.

Kolejnej niedzieli, kolejnej spędzanej samotnie w firmie, zadzwoniłem do Marty, do jej oddziału na Pomorzu. Widziałem na komunikatorze, że też jest w biurze. Okazało się, że tak jak ja, przyszła „nadrobić zaległości”. Chwilkę rozmawialiśmy o niczym – potem, jak zwykle, wypłynął temat naszego wspólnego seksu. Ona miała straszną ochotę, a ja nie zwykłem przepuszczać takich okazji. Usłyszałem jak głośno oddycha, jej przyspieszony oddech mówił o wiele więcej niż dwuznaczności w czasie flirtu poprzez maile.

– Gdzie jesteś i jak wyglądasz? – zapytałem. Chciałem, z tego co mówi, wywnioskować, w jakim jest nastroju.

– Prześlę ci zdjęcie z dzisiejszego szkolenia. Wiesz, że była u nas kolejna tura zajęć?

Po chwili na mojej skrzynce pojawiła się wiadomość ze zdjęciem. Marta – mała, drobna blondyneczka. Ubrana w strój biurowy: żakiet, czarne spodnie, czarna bluzka, srebrny wisiorek na dekolcie. W jej stylu – skromnie ale ponętnie.

– Siedzę przy biureczku i gapię się w ten cholerny komunikator. A ty co robisz, dzieciaku? – lubiła podkreślać różnicę wieku miedzy nami.

– Ja…? Rozmawiam z tobą i mam straszną ochotę na seks.

– Z kimkolwiek, czy właśnie ze mną?

– Z tobą w szczególności – odpowiedziałem wymijająco i uśmiechnąłem się pod nosem, wyłapując podtekst.

– Zła odpowiedź. Spadaj! – zaskoczyła mnie. Nie sądziłem, że zaryzykuje moje rozłączenie się. Nie sądziłem, że czuła się już tak pewnie w naszych relacjach.

– Masz mieć ochotę tylko na mnie! – usłyszałem uśmiech po drugiej stronie słuchawki.

– Przecież mnie znasz… – byłem rozbrajająco szczery, a ona nie miała złudzeń, co do mojego podejścia do naszych relacji. Ta otwartość i bezpruderyjne przyznawanie się do tego, że lubię flirt, były dla niej dodatkową zachętą.

– Tak, znam. Ale ja chce się kochać właśnie z tobą.

– Naprawdę masz ochotę? – spytałem ponownie.

– …    – w słuchawce słychać było tylko przyspieszony oddech.

– Chcesz zrobić sobie dobrze? – ledwie to powiedziałem, już miałem przeczucie, jak potoczy się nasza rozmowa. Bawiłem się tak wcześniej, ale nie w godzinach pracy i nie w biurze.

– Przy twojej pomocy? Mogę chcieć – słyszałem podniecenie w jej głosie.

Ciekawość i ochota na jej emocje wzięły górę nad dystansem wobec tego typu zachowań. Perspektywa seksu z kobietą oddaloną ode mnie o ponad czterysta kilometrów też miała w sobie coś pociągającego. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie będziemy współgrać na podobnym poziomie podniecenia. Nie jestem osobą, która mając do dyspozycji pełnię fizyczności, da porwać się wyobrażeniom. Ale wizja wodzenia jej na pokuszenie, mając do dyspozycji tylko słowa przekazywane głosem, połaskotała podnieceniem. Ruch należał do mnie, chciałem przejąć inicjatywę.

– Dotknij swojego wisiorka. Jest chłodny? – to miała być pierwsza i na pozór niewinna próba sięgnięcia do pozostałych (oprócz słuchu) zmysłów.

– Nieee, nie jest – i od razu spotkało mnie pierwsze niepowodzenie.

– Dobrze. A piersi…? – nie ustępowałem, by wciąż prowadzić ten dialog według mojego pomysłu. – Włóż rękę pod bluzkę – usłyszałem, jak głębiej wciąga powietrze.

– Aaahhhh… Mam strasznie zimne paluszki. Miałeś mnie rozpalić, a teraz jest mi zimno – w głosie czuć było rozczarowanie, wręcz zarzut. Wiedziałem jednak, że już złapała haczyk. Wróciłem na dobrze znany grunt.

– Powoli, słoneczko. Dotknij piersi, włóż rękę pod stanik. Jaki jest twój sutek? Zdrętwiał już? – do dyspozycji miałem tylko głos i swoją intuicję.

– Jeszcze nie. Ale jest wrażliwy.

Widziałem oczami wyobraźni, jak dotyka swoich piersi, jak marszczy się materiał bluzki.

– A teraz? Jest już sterczący? – kolejne pytania, polecenia i podpowiedzi pozwalały zwrócić jej uwagę na te elementy odczuwania, które zwykle kontroluję swoim dotykiem.

– Taaak! – Oddychała głęboko, w rytm ruchów dłoni. Słyszałem szelest w słuchawce kiedy się poruszała.

– Przesuń rękę niżej. Rozepnij spodnie. Ale nie wkładaj sobie palców! Dotykaj się przez bieliznę – przesłane wcześniej zdjęcie odrobinę ułatwiło zadanie. Wiedziałem, jak dziś wyglądała. Wcześniejsze rozmowy były cennym źródłem do tego, by kierować jej uwagę w te obszary, które były dla niej szczególnie podniecające.

W słuchawce było słychać poruszenie kiedy zmieniała pozycję, sięgając do swojego łona.

– Powiedz mi, gdzie jest teraz twoja ręka – powiedziałem tonem nie znoszącym sprzeciwu. To była zabawa modulacją głosu: od łagodności po rozkaz, od pytania po polecenie, od okazywanego podniecenia po chłód opanowania.

– A jak myślisz…? Na tym najbardziej wrażliwym miejscu. – Nie panowała już nad swoim oddechem, ciężko dyszała do słuchawki. Ten jej przyspieszony oddech spowodował, że uniosły mi się włoski na karku. Z niedowierzaniem i zdziwieniem musiałem przyznać, sam przed sobą, że coraz bardziej wchodzę w ramy sytuacji, którą sam od początku do końca kreowałem. Łaskotanie w podbrzuszu sygnalizowało rosnące podniecenie.

– Dotykaj się… Delikatnie i powoli. – Świadomie prowadziłem ją poprzez kolejne etapy podniecenia. Specjalnie spowalniałem chęć, by dotrzeć do szczytu najszybciej, jak to możliwe. Chciałem jej ciała, pragnąłem jej bliskości i fizycznego kontaktu. Gdybym mógł, przeniósłbym się w okamgnieniu do naszego biura w Gdańsku, zdarł z niej ubranie i zerżnąłbym ją, nie zwracając uwagi na okoliczności.

– Ach… jaaa już nieee mogę. Pragnę ciebie. – Nie mogła powiedzieć niczego, co bardziej potwierdziłoby skuteczność moich działań, a przy tym idealnie trafiła w moje myśli.

– Okej.  Powiedz mi, co stoi na biurku przed tobą – chciałem, żeby to nie było zwykłe onanizowanie się ze słuchawką w ręku. Tego typu zabawy miałem już na swoim koncie, ale wtedy było to zauroczenie, amok, wzajemne pożądanie wyczuwalne w każdym aspekcie kontaktu. Marta była po prostu koleżanką z firmy, na którą miałem ochotę. Koleżanką niedostępną – i to nie przez jej własny opór, ale ze względu na dzielącą nas odległość. Wtedy wystarczało mi, że mogłem przez chwilę słyszeć jej głos i zaliczałem odlot dopaminowy. Tym razem chciałem wyuzdania i perwersji – w takim zakresie, jaki był technicznie możliwy.

– Na biurku nie ma nic. Obok stoją różne przybory, jakieś papiery…

– Dobrze… a jest coś co może mnie zastąpić? – Zabawa w biurze powinna mieć swój smaczek. Lubię wykorzystywać zwykłe, codzienne przedmioty w erotycznej grze. Poza tym, wiedziałem, że cokolwiek wybierze, bardzo długo będzie przywoływać wspomnienie tej rozmowy.

– Tak. Jest… korektor – była chyba zdziwiona własną pomysłowością.

– Weź go – chwila przerwy – Masz? – wydawałem instrukcje, jakbym kierował zdalnie operacją.

– Mam. Zastanawiam się jak… którą stroną go włożyć. Nakrętka jest dosyć ostra… Zrobię to drugim, gładziutkim końcem – jej głos ociekał podnieceniem, a w moich myślach pojawił się obraz, jak wsuwa rękę miedzy rozpięte spodnie i biała butelka znika w jej wnętrzu, pomiędzy rozchylonymi płatkami kobiecości.

– Mmmhhhh… mmhhhhmmm… – mruczała wprost do słuchawki.

– Powiedz mi jak go wkładasz… Obok majtek czy pod nimi…? – chciałem wiedzieć, co się u niej dzieje, żebym mógł w jakikolwiek sposób wpływać na to, co robi.

– Pod… – oddech miała urywany i szybki.

– Dobrze, wsuń go głęboko i zostaw. Przykryj go bielizną – odczekałem chwilę zanim wykonała moje instrukcje.

– ..i wróć do swoich piersi. Dotykaj wokół sutków i po samych brodawkach.

W słuchawce zaszumiało. Słyszałem jak Marta dyszy i jak znów szeleści materiał jej bluzki.

– Jest ci dobrze? – nie mogłem przestać do niej mówić, bo straciłbym kontakt z jej rzeczywistością. Wypełniało mnie przedziwne połączenie sprzecznych w tym momencie emocji. Chciałem jednocześnie znaleźć ujście dla żądzy i zachować czystość umysłu, by poprowadzić Martę na skraj podniecenia. Wypukłość w moich spodniach pojawiła się samoistnie.

– Ja chcę ciebie… ach…

– Wróć do swojej szparki – rozkazałem. – Chwyć korektor dwoma palcami i wsuń go głęboko tak, żeby zagłębiły się w tobie również palce.

– Ach…. – to już nie był szept, ani westchnięcie. Marta jęczała do słuchawki.

– Wsuwaj go głęboko, ale powoli – czułem napięcie po drugiej stronie linii telefonicznej. To był moment na podjęcie decyzji: albo pozwolę jej skończyć teraz, albo muszę zaproponować jakąś zmianę. Kolejny pomysł wyświetlił się w głowie.

– Gdzie trzymasz nogi? – zanim zdążyła odpowiedzieć, dawałem już instrukcje. – Odsuń się od biurka i połóż je na blacie – usłyszałem jak odjechała krzesełkiem od stołu. W mojej głowie odtwarzał się obraz, jak film porno: jej ciało poddane moim rozkazom, a ja oddzielony od niej przezroczystą barierą ekranu. Reżyserowałem spektakl, improwizowałem, a ona bez chwili zastanowienia podążała ścieżką przeze mnie wskazaną.

– Ugnij je lekko i rozszerz jak najbardziej.

– Mhhhmm… Już to zrobiłam.

– Wyjmij korektor i odłóż go. Odłożyłaś? – spytałem, żeby się upewnić. Intuicja, albo zmiana w głosie mojej rozmówczyni podpowiedziała mi, że kochanka nie podąża już za moimi myślami.

– Nie, jeszcze nie. Trzymam go w dłoni.

– Odłóż! Odstaw go na bok! – starałem się, by ton głosu był jak najbardziej stanowczy.

– No dobrze… – zrobiła to z ociąganiem.

– A teraz mocno pieprz się palcami! Wsadź je głęboko – słyszałem, jak słuchawka drżała ściśnięta pomiędzy ramieniem a policzkiem. Widziałem pod powiekami, jak rozparta w fotelu biurowym, z rozsuniętym rozporkiem czarnych, eleganckich spodni, pieprzy się sama własnymi palcami. Widziałem buty na wysokich obcasach na krawędzi brązowego biurka, napięte stopy, drżące z napięcia uda – obraz wyuzdania.

– Wyjmij.. wsadź… rób to szybko… mocniej… – głosem nadawałem tempo, które zwykle było dyktowane przez pchnięcia moich bioder, lub zaciśnięte na pośladkach palce. Jęczała wprost do mojego ucha.

– Aaaaach… Mhhhhmmm…Aaaach… – zbliżała się do szczytu.

– Przestań, wyjmij palce – jęknęła niedowierzająco, ale po sekundzie ciszy usłyszałem, jak zatrzymała się w swojej drodze na szczyt.

– Stań tyłem do biurka. Oprzyj się tyłeczkiem. W tej pozycji zrób sobie dobrze. Jeśli chcesz możesz się położyć na biurku.

– Już… leeeżę… Aaaach… – po chwili szumów i trzasków znów usłyszałem jej głos i oddech.

– Wsuwaj je i wysuwaj. Mocno. Tak jakbym to był ja. Jakbyś czuła mojego członka w sobie – nakręciliśmy się oboje. Chciałem, by to był mój penis. Chciałem wziąć ją w tym biurze. Chciałem zgnieść jej piersi w gwałtownym dotyku i zamknąć dyszące usta mocnym pocałunkiem.

– Aaaach… Aaaaa… Aaaaaa… – dochodziła do orgazmu.

– Mocniej! Pieprz się mocno. Szybciej! – popędzałem ją, zastępując dotyk głoskami.

Jęczała bardzo głośno. Urwany oddech. Chwila ciszy. Kilka westchnięć.

– Aaaaaaaa…! – głęboki jęk i zapadła cisza.

Po dłuższej chwili usłyszałem:

– Co ty ze mną robisz? Czemu ja się ciebie tak słucham?

– Nie wiem… – uśmiechnąłem się do niej, choć wiedziałem, że tego nie zobaczy – bo umiem mówić?

Kolejny pomysł zakiełkował i zanim spostrzegłem już mówiłem:

– Mam do ciebie prośbę…

– Taaak…?

– Spełnisz moją erotyczna fantazję? Chciałbym żebyś wysłała mi te majteczki, które masz dziś na sobie. Zrobisz to?

– Ale… – była odrobinę zmieszana – … no dobrze.

Stąd te bordowe, koronkowe stringi u mnie. Pięknie pachną.

Następnego dnia okazało się, że za kilkanaście dni spotkamy się na kolejnym szkoleniu.

Pavel Kiselev (Photoport),"Yin-Yang", CC BY-NC-ND 3.0

Pavel Kiselev (Photoport),„Yin-Yang”, CC BY-NC-ND 3.0

Ola

W Warszawie totalny chaos – sklepy w Centrum obite dyktą i blachą falistą, na każdym rogu policjant. Alterglobaliści przyjeżdżają do stolicy. W klubie ostatnie przygotowania – spodziewaliśmy się nawału ludzi. Wszystkie ogólniaki miały wolne, studenci również dostali zwolnienie z zajęć, knajpy i kluby powinny być wypełnione do ostatka. Cóż… nie wszystkie jak się później okazało, ale myśmy nie narzekali na brak pracy.

Pojawiła się kiedy miałem już wszystkiego dość – byłem zmęczony, skacowany a zaplanowany podryw nie wychodził zupełnie. Feministki, anarchiści, hipsterzy oraz wojujący socjaliści to jeszcze nie był mój klimat… wiec trudno było nawiązać kontakt.

I wtedy, jakby z nieba, pojawiła się Ola – w spodniach do łydek, z niebieskimi rajstopami i getrami w czarno białe pasy. Wysoka, długowłosa, naturalna blondynka. Ideał kobiecej urody, którego przez następne lata poszukiwałem  bez nadziei, że może się jeszcze kiedyś ziścić. Od pierwszego spotkania hipnotyzowała mnie jej twarz –  niespotykana symetria, delikatny owal, ale z rysami zdradzającymi silny charakter, ładnie wykrojony nos i duże przenikliwe oczy. „Na oko” jakieś dwadzieścia osiem – trzydzieści lat. Pewna siebie, zdecydowana – wszystko to było widać w jej ruchach i sposobie bycia. Roztaczała wokół siebie aurę charyzmy i zmysłowości. Zdarzało mi się wcześniej zachwycać się kimś od pierwszego wejrzenia, ale w tym wypadku jej pojawienie się zachwyciło i odebrało mowę. Do Warszawy przyjechała specjalnie na anty-szczyt z Poznania.

Wziąłem dodatkową zmianę, żeby znów ją spotkać i znów móc na nią patrzeć.  Zauroczyłem się. Beznadziejnie.

Stała przy barze paląc papierosa, kiedy zobaczyłem ją po raz kolejny. Kobieta–wamp. Obleczone w ciało marzenie. Mocno i głęboko zaciągała się papierosem. Dym utworzył wokół jej głowy jasnoniebieską poświatę. Jak z obrazów Pereza. Wyuzdana, piękna, pewna siebie, niedostępna. Mój fetysz. Rozmawiała z facetem który robił dla nas dostawy. Miły gość, ale… po seksie pewnie odgryzłaby mu głowę – jak modliszka.

Musiałem wrócić do pracy – zobaczyłem ją dopiero następnego dnia. Znów z nim. Pomyślałem, że tym razem na prawdę szczęście mi nie dopisuje. Dzień przed manifestacją duża impreza – pracowałem na wcześniejszą zmianę, więc około północy mogłem spokojnie się napić.

Ni stąd ni zowąd znalazłem się przy barze rozmawiając z Olą. Urzeczony wyglądem, zostałem dodatkowo oszołomiony inteligencją. Spijałem z ust kolejne argumenty wytaczane przeciwko procesom globalizacji. Aż w końcu…

– Ten koleś…? Nie, daj spokój… jest miły ale… – tłumaczyła.  „A może jednak uśmiechnie się do mnie szczęście?” pomyślałem. Chwilę potem siedzieliśmy w taksówce.

– Możemy pojechać do mieszkania mojej koleżanki, nie ma jej w Wawie i pozwoliła mi spać u siebie na czas anty-szczytu, ale tam nie ma radia…

– W taki razie pojedziemy do mnie – podjąłem decyzję, a raczej zgodziłem się na jej propozycję.

Położyliśmy się do łóżka, nie do końca rozebrani, żeby „pogadać”. Rozmawialiśmy, dotykając się niewinnie kilka godzin.

Alkohol zaczął działać – ja miałem coraz większą ochotę na seks, ona robiła się coraz bardziej senna. Postanowiłem, że nie będę samolubny i że ewentualny seks pozostawimy sobie na rano. Zapomniałem zupełnie, że następnego dnia to ja otwierałem klub i że powinienem tam być przed dziesiątą.

Obróciła się tyłem do mnie, gładziłem plecy – chciałem żeby się rozluźniła zupełnie i żeby zasnęła. Po chwili osiągnąłem swój cel. Zostałem z pulsującym z pożądania członkiem i świetną kobietą śpiącą obok.

Starałem się zasnąć, ale nie pozwalały mi na to ani jej ciepło, ani zapach i kształt ciała pod kołdrą. Delikatnie położyłem na niej rękę, drugą zacząłem się onanizować. Ułożyłem się bliżej do niej – spała jak zabita. Przesunąłem dłoń na pośladki, zacząłem je lekko ugniatać. Zamruczała z przyjemności przez sen. Wsunąłem dłoń miedzy jej uda. Przez te jej niebieskie rajstopy poczułem, że ma „tam” ciepło. Najdelikatniej jak umiałem zsunąłem rajstopy do połowy pośladków… jeszcze niżej… już były na udach, dalej poszło łatwiej. Do pokonania pozostały tylko majtki. Ostrożnie zdjąłem je tak samo jak rajstopy.

Wymamrotała coś niezrozumiałego przez sen…

Rozchyliłem jej uda. Leżała na boku z ugiętymi i rozsuniętymi nogami. Widziałem jej włosy łonowe i nabrzmiałe wargi. Powoli wsunąłem między nie palec. Wargi sromowe rozchyliły się pod moim dotykiem. Jedna ręką pieściłem jej kobiecość, drugą zakładałem gumkę. Chwilę to trwało. Była bardzo mokra i gotowa do wpuszczenia mnie do swojego wnętrza. Wszedłem dość płytko, kiedy zacisnęła się i wypchnęła mnie z siebie.

Przesunęła rękę pod swoją głowę i znów zastygła z wypiętym sromem. Powoli zbliżyłem członka, nacisnąłem… i wszelki opór ustąpił. Wsunąłem się cały. Jedną ręką wspierałem swoją głowę, drugą położyłem na jej biodrze. Wchodziłem w nią aż do zetknięcia się moich jąder z jej wystającymi wargami sromowymi. Poruszałem się wolno i czułem jak z każdym ruchem zbliżam się do orgazmu… jeszcze raz… i jeszcze…

Ola nieświadomie poruszała pupą i biodrami w rytm. Jeszcze raz…. i jeszcze… i… wytrysnąłem w jej wnętrze. Powoli wycofałem się, starając się jej nie przerwać jej snu. Opadłem na plecy. Kiedy mój oddech się uspokoił pozbyłem się gumki i przytuliłem spoconą twarz do jej pleców. Cicho oddychała… nie obudziłem jej.

Rano zerwał mnie telefon szefa.

– Gdzie ty do diabła jesteś..??? Masz prawie pół godziny spóźnienia!!!

– Już jadę… – na wpółprzytomny odpowiedziałem.

Ubieraliśmy się obydwoje w pośpiechu. Śniadanie zjedliśmy w klubie.

– Ja idę na manifestację, do zobaczenia… – pożegnała się ze mną. W ciemnych okularach wyglądała jeszcze bardziej podniecająco.

– Aaaa… i nie myśl, że nie wiem co ty ze mną robiłeś w nocy – poczułem się jak skarcony gówniarz, ale w jej oczach nie było ani kropli złości, wręcz przeciwnie, migotały w nich ogniki rozbawienia.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Z całego zbioru najbardziej podoba mi się "Letnia łąka". Bardzo klimatycznie napisana. "Bordowe stringi" nieco słabsze, ale to może być po prostu subiektywne odczucie, bo nie kręcą mnie teksty o seksie przez komputer (jak i sam seks za pośrednictwem komputera). Ostatnie opko to raczej ulotne wspomnienie, raptem przyczynek do opowiadania. Ogólnie zbiór dobry choć nierówny.

Absent absynt

No i warto wspomnieć, bardzo ładne ilustracje. Zwłaszcza pierwsza i ostatnia.

Absent absynt

Pierwsze opowiadanie piękne, czytając widzę oczami wyobraźni tę drogę wijącą się wśród drzew a później polanę. Magia miejsca wprost emanuje. Sam kocham takie miejsca, kiedyś na Mazurach nad jeziorem Roś było takie miejsce, bardzo słabo widoczne z wody. Spędziłem tam 10 dni z dziewczyną, czterdzieści dwa lata temu…
Drugie niezłe, ale cyberseks nie przemawia do mnie.
Trzecie podobało mi się, ale jakby niedokończone, może się z tego rozwinąć dalsza akcja.

Miniatur jeszcze nie zdążyłem przeczytać, ale mój wzrok przyciągnęła imponująca wprost pupa. Bravo!

Jarek

Absent absynt, Micra21 – dzięki.
To nie są dzieła monumentalne – ot, takie zapchaj dziury. Wyszły spod mojej klawiatury ale wybiera je Megas. Reklamacje co do "nierówności" proszę więc kierować pod jego adresem. Wybór zdjęć też jest jego autorstwa
.
Jarku, "Miniatur jeszcze nie zdążyłem przeczytać, ale mój wzrok przyciągnęła imponująca wprost pupa." wsadź sobie ten komentarz w … czwartą literę. Chociaż z seksu analnego będzie jakiś pożytek, bo z Twojego komcia nie ma żadnego.
Chciałeś zaistnieć? Zaistniałeś. BRAVO

Właśnie z takich powodów niespecjalnie lubię formułę opowiadań w połączeniu z fotkami. Bo trafiamy z tym do koniobijców a nie ludzi czytających.

Gdybym naprawdę był, jak koniobijcą jak piszesz (jakby coś złego było w maturbacji, facet znany z tego że zadaje innym ból dla własnej przyjemności naprawdę powinien być bardziej tolerancyjny) , to nie odwiedzałbym NE gdzie pojawia się jedną, zresztą często bardziej artystyczna fotka na kilka dni, tylko wchodziłbym na strony porno pełne bardziej hardkorowych materiałów.

Przychodzę tutaj, czytam opowiadania, czasem komentuję. Moje komentarze można znaleźć pod wieloma tekstami. Tych miniatur jeszcze nie zdążyłem, ale chciałem się podzielić na gorąco estetyczną przyjemnością z ilustracji. Nie ma powodu odpowiadać na to w tak buraczany i niegrzeczny sposób.

Jarek

Oczywiście że przesadzam.
Komentujemy tu opowiadania, nie ilustracje do nich. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Jestem burakiem i złośliwcem. Ale mam dystans do siebie ;]

Jarku, nie przejmuj się Barmanem.
Mówi, co myśli i czasem się zagalopuje. Ale często ma też rację.
Obrazek nie przedstawia części ciała równie imponującej jak zadek niejakiej KK – celebrytki ormiańsko-holendersko-szkockiej. Ale dużo apetyczniejszy i godzien uśmiechu.

A co myślisz o tej porcji miniatur Karelu? (sam się o to proszę)
BR

Takie drobinki, jakby dobrze nie były napisane, zawsze są banalne. Ta trzecia – samo życie. Relacja rzeczowa. Ta pierwsza – ładnie napisana, klasycznie wręcz. Młodzieńczo zabarwiona, niedosłowna. Obie przeczytałem bez krzywienia się. W drugiej ujęło mnie słowo "blondyneczka". Jednak temat wirtualnego seksu jest dla mnie odstręczający absolutnie i nie dałem rady przejść do końca – gdzieś na samym początku igraszek odpuściłem.
Reasumując – miniatury (w Twoim i nie-Twoim wykonaniu) mają tu rację bytu, ale wolę historie dłuższe…

Leave a Comment