Duch Lewantu II: Bez pardonu (jammer106)  4.69/5 (13)

47 min. czytania

Źródło: StockCake

Opowiadanie zawiera brutalne sceny. Zamysłem Autora nie jest propagowanie tego typu działań i ich nie popiera.

 

Rosyjska Baza Morska Tartus, Syria. Kilka godzin później.

 

Razem z „Priomem” znajdowałem się w sekcji łączności specjalnej. Czekaliśmy na odpowiedź z Moskwy w sprawie przesłanych danych dotyczących tych gagatków i ich zdjęć. W tym czasie „Wołk” prowadził zajęcia na strzelnicy z Polakami.

– Co jeszcze udało ci się ustalić, oprócz tego, że są gdzieś nad morzem? – zapytałem.

– Niewiele więcej. Nie mam niezbędnego sprzętu, a na tym, co jest, nie zdołam ustalić, skąd dokładnie wysłano plik do nas i do Polaków. Mają dobrego informatyka. Nim plik dotarł do obu ambasad, przeszedł przez różne lokalizacje: Afrykę, Azję Południowo-Wschodnią i Amerykę Południową. Można go namierzyć, ale to potrwa, i nie tutaj. Nasi hakerzy muszą to rozwiązać w Rosji – usłyszałem w odpowiedzi.

Zakląłem w duchu. Nie to chciałem usłyszeć. Nakazałem, by sprowadzono „Kolę” i „Akułę”. Zawsze, gdy analizowałem sytuację, nie robiłem tego sam. Wolałem burzę mózgów. Po chwili się pojawili. „Akuła” znał sytuację, w telegraficznym skrócie przedstawiłem ją „Koli”.

– Mają zamiar przerzucić ich przez granicę. Przynajmniej tę Polkę. Nie pchają się na południe, tam jest Izrael, moim zdaniem będą starali się dostać najpierw do Syrii, a potem przez tę dziurawą jak sito granicę z Irakiem, dostarczyć ją tam – rzucił swoje pierwsze stwierdzenia „Kola.

– Pojmali ich tutaj – to mówiąc, „Akuła” wskazał prawdopodobne miejsce uprowadzenia na mapie – Więc najbliżej mieli Sydon lub Jieh. Obstawiałbym ten pierwszy port, bo w drodze do Jieh jest trochę posterunków libańskich, nie ryzykowaliby. Ostatni port w kierunku Syrii to niewielkie Al-Abdech. Według mnie tam ich będą transportować i na pewno drogą morską, to najbezpieczniejsze. Mały kuter, barka, ale stawiałbym na kuter. Tego pływa tam mnóstwo. Tripoli odrzucam, za dużo wojska, duży port, łatwo o kontrolę i wpadkę. Małe mariny, gdzie można wpłynąć, nie wzbudzając podejrzeń. W mniejszym porcie dostrzegasz każdy ruch i niepokojące zachowania – kontynuował.

Spojrzałem na podoficera łączności specjalnej. Potrząsnął głową na znak, że nic nie przyszło. Niedobrze, czas uciekał, a my nie mieliśmy żadnych dodatkowych danych. Jak dzieci we mgle. Tylko to, co otrzymałem od Karimy, a nie było tego zbyt wiele.

– Co z telefonami tych bubków? Mamy jakieś sygnały z lokalizacji? – zadałem kolejne pytanie.

– To cwaniaki, logują się na krótką chwilę, a potem wyłączają aparaty. Mamy wtykę u libańskiego operatora, bo na szczęście mają telefony w jednej sieci. Gdy się zalogują, powinniśmy ich zlokalizować – odpowiedział „Priom”.

Podyskutowaliśmy chwilę. Pospiech był złym doradcą, ale czekanie w bezczynności wszystkich nas denerwowało.

– Czy ktoś obserwuje dom tego skarbnika?

– Tak, dwóch naszych agentów, nie ma go w domu – odparł „Akuła”.

– Trzeba zmusić ptaszka, by zadzwonił do domu, lub jego żona zadzwoniła do niego – stwierdziłem.

– Co kobitę wkurwi, gdy jest ciepło jak teraz? Wyłączyć jej prąd, wodę i wszystkie media, żadna tego nie wytrzyma – usłyszałem zza pleców głos „Wołka” – Jak jej pierdyknie klimatyzacja, to ją szlag trafi i na pewno zadzwoni do męża. Baby na całym świecie są takie same. Jak technika siądzie, to w te pędy dzwonią do chłopa – dodał po chwili.

„Wołk” odzywał się rzadko, raczej milczał na odprawach, lecz gdy zabierał głos, zawsze trafiał w punkt.

Przywitałem się z nim. Mocno uścisnął mi dłoń. Jego pomysł był przedni, miał ręce i nogi. Mieliśmy podstawę, by wbić się do domostwa i przede wszystkim zmusić skarbnika do powrotu. Proste i na swój sposób genialne.

– Gdzie on mieszka, pokażcie mi lokalizację jego domu – poprosiłem.

– Peryferie Kouakh, dość duży budynek, prawie rezydencja – przekazał mi „Akuła”, wskazując to miejsce na mapie.

Spojrzałem – blisko Qasr, libańskiego miasta tuż przy granicy z Syrią.

– „Akuła”, organizuj transport do Homs. Cywilny śmigłowiec od syryjskich kolegów albo nie, tam jest wojskowa akademia. Polecimy naszym jako delegacja. Trzeba zorganizować nam trzech, czterech ludzi z syryjskiego wywiadu lub specjalsów i samochód dostawczy, który nadaje się jako wóz ekipy technicznej. Działaj! – rozkazałem.

W głowie miałem wstępnie opracowany plan. Resztę zamierzałem dopracować na miejscu. Zdawałem sobie sprawę, że pojmanie tego skurwiela będzie kluczem do dalszych działań.

– „Wołk”, „Kola”, „Priom” i „Locha”, przygotować się. „Akuła” pozostajesz z resztą na miejscu i dowodzisz. Wprowadź Polaków w sytuację, tylko bez zbędnych szczegółów. Na tym etapie niech nie wiedzą za dużo i koordynuj działania tutaj. Gdyby dotarły jakieś nowe informacje, przekazuj mi na bieżąco. Gdybyście mieli dokładną lokalizację i stuprocentową pewność, dowodzisz uderzeniem. Poniał – rozkazałem.

Tak toczna – odparł karnie, a w jego oczach dostrzegłem nutkę zawodu.

Naginałem przepisy, nie powinienem na akcję zabierać ze sobą swojego zastępcy, jeżeli nie działaliśmy całością. Pewnie dlatego „Akuła” był zawiedziony, liczył, że poleci ze mną.

„„Wołk” wymyślił i on leci” – rozgrzeszyłem się, z tej delikatnej modyfikacji przepisów.

W drodze do kontenera mieszkalnego natknąłem się na dowódcę polskiej grupy.

– Kapitanie „Poliak”, można na słowo? – zapytał.

Kazałem moim towarzyszom szykować się, a sam przystanąłem obok niego.

– Słucham, tylko szybko.

– Proszę nas wprowadzić w działania. Wy pracujecie, a my tkwimy tu bezczynnie. Moi ludzie są naprawdę doskonale wyszkoleni, możemy was wesprzeć, pomóc. Podobnie jak wy, nie lubimy stać jak kołki w płocie.

Polubiłem go. Miał w sobie spokój i opanowanie. Nie stawiał się, nie wywyższał, nie chełpił tym, że jest z NATO i przeszedł kurs w „zielonych beretach”. Siła spokoju i podporządkowanie moim rozkazom bez żadnych „ale”. Zaimponował mi. Nieraz miałem do czynienia ze specjalsami z byłej WNP – Białorusinami, Kazachami, Tadżykami – tamci zgrywali nie wiadomo kogo, a nam do pięt nie dorastali. On był inny.

– Kapitanie „Andkor”, nie wygląda pan na Araba, nie zna pan języka. Nie mogę pana wziąć na zadanie w tej chwili, bo nawet nie ma pan lewych papierów. Szanuję pana i obiecuję, że w walce razem będziemy się osłaniać, choć tej walki bym nie chciał. Teraz muszę się spieszyć. Czas działa na niekorzyść. Mój drugi zastępca wprowadzi pana i pańskich ludzi w sytuację. Jeżeli ma pan dane, o których ja nie wiem, proszę mu je przekazać, każda informacja jest na wagę złota – odpowiedziałem grzecznie – Aha i proszę wybrać ze swoich ludzi trzech, maksymalnie czterech razem z panem, reszta pozostanie w odwodzie – dodałem i ruszyłem w stronę do kontenera.

– Powodzenia – usłyszałem.

 

Homs, Syria, teren Akademii Wojskowej Sił Zbrojnych Syrii.

 

Nasz Kamow Ka-29 zniżał się nad lądowiskiem tej szanowanej uczelni. Czterech moich ludzi i trzech funkcjonariuszy syryjskich służb specjalnych znajdowało się na pokładzie śmigłowca. Oprócz nich, zabraliśmy czterech oficerów z „Kuzniecowa”. Należało stworzyć jakieś pozory wykładu dla oficerów Akademii, i to ci ostatni mieli realizować to zadanie.

Gdy pilot wyłączył silniki, sprawnie i szybko opuściliśmy pokład maszyny i udaliśmy się w ustalone wcześniej miejsce.

– Komandorze, nie wiem, ile nam zajmie robota, ale miejcie na uwadze, że to może potrwać do jutra. Mam nadzieję, że macie na tyle tematów, by nie wyglądało to na ściemę – rzuciłem dowodzącemu delegacją oficerowi marynarki.

– Pan się kapitanie nie martwi, wziąłem najlepszych, tematów nam wystarczy do końca świata i na jeden dzień dłużej – odparł – Róbcie swoje, a nami się nie przejmujcie. Powodzenia – dodał i uścisnął moją dłoń.

Szybko przebieraliśmy się w cywilne łachy. Przy znajdującym się na uboczu budynku stały dwa pojazdy na syryjskich blachach. Hyundai H1 w wersji dostawczej i Fiat Doblo w wersji osobowej. Jak na naszą ósemkę, opcja wystarczająca, choć jeden z Syryjczyków był zmuszony jechać na pace ładunkowej dostawczaka.

Pozostała kwestia ukrycia broni. Mieliśmy ze sobą dwa czechosłowackie „Skorpiony” i pięć SPS Giurza – pistolety naszych sił specjalnych, które strzelały wzmocnioną amunicją 9 × 21 mm SP-10. Dostawczak miał zabudowaną pakę, z dużą liczbą szuflad i skrzynek, więc rozebranie broni na poszczególne elementy i umieszczenie ich w stertach narzędzi i innych metalowych przedmiotów nie sprawiało problemu. Amunicję wymieszaliśmy razem ze śrubami, wkrętami i podkładkami różnego rodzaju.

Niezauważeni ruszyliśmy w drogę, w kierunku granicy z Libanem. Do przejechania mieliśmy niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Ten dystans planowaliśmy pokonać w godzinę, lecz czekała nas granica syryjsko-libańska, a tam postój mógł potrwać długo.

– Zapamiętajcie nazwiska i narodowość – przypomniałem swoim ludziom, nim ruszyliśmy.

Znów na lewych paszportach. Tym razem byłem obywatelem Ukrainy, a moi podwładni mieli paszporty białoruskie, z wyjątkiem „Prioma”, który otrzymał syryjski paszport i papiery przewodnika turystycznego. Znał arabski perfekcyjnie, a  urodą nie odbiegał od bliskowschodnich standardów. Towarzyszący nam Syryjczycy jechali w H1 jako ekipa budowlano-remontowa.

– „Wołk”, jak nasi towarzysze z Polski? – zapytałem.

– Nieźle – odparł lakonicznie, jak to on.

– Kurwa „Wołk”, coś więcej, babie jak się ciebie zapyta po wyruchaniu, jak było, to też odpowiesz nieźle?

Pasażerowie, oprócz pytanego, wybuchli gromkim śmiechem. Znali „Wołka”, a jego stwierdzenia często nas wkurzały lub rozśmieszały.

– Kapitan i jeden, co ma naszywkę „Pikuś” czy „Pikor”, to goście z doświadczeniem, walczyli w Iraku na platformach, trzeci od nich „Brysiek” ten od broni zespołowej był w Kosowie i Bośni, i też coś sobą prezentuje, no i młody lejtnant drugiej klasy – wydobył z siebie.

– Co ten lejtnant? – zapytałem, chcąc wyciągnąć od niego coś więcej.

– Ma coś kurwa w sobie, zajebiście zaangażowany, wali o tej lasce takie rzeczy, jakby był jej mężem lub coś… kurwa, ja nie wiem, żonaty nie jestem, ale on dużo wie – usłyszeliśmy wreszcie coś konkretniejszego.

Która kobieta wytrzymałaby z „Wołkiem”? Musiałaby być do niego podobna z charakteru, ale takiej to ze świecą szukać. Był specyficzny, lecz gdybym miał wybierać swojego następcę, wskazałbym na niego. Opanowanie, stalowe nerwy, flegma oraz doświadczenie w walce. Nigdy nie zadrżała mu ręka. Pamiętam, jak w Inguszetii likwidowaliśmy lokalnego watażkę, a jeden z naszych operatorów, ciężko ranny, konał. To on oddał śmiertelny strzał, by ukrócić męki nieszczęśnika.

– I tak nie było szans, by przeżył – skwitował po wszystkim.

Chyba jako jedynego z nas nigdy nie dręczyły go wyrzuty sumienia.

Kilka kilometrów przed granicą puściliśmy Syryjczyków przodem. Jeżeli oni nie przejdą, to plan padnie lub trzeba będzie go zmodyfikować. Bez nich byłoby trudno, ale miałem plan b – ryzykowny, cholernie niebezpieczny. Spośród naszej piątki tylko „Priom” i ja znaliśmy język arabski. On perfekcyjnie, ja na poziomie dobrym, lecz niewystarczającym do płynnej konwersacji.

Kolejka samochodów przed przejściem granicznym nie była na szczęście długa. Kilkanaście pojazdów różnych marek i przeznaczenia. Odprawa po syryjskiej stronie przebiegła bez najmniejszego problemu. Czułem w tym rękę ludzi z wywiadu i służb specjalnych. Będąc tutaj wcześniej, wiedziałem, co potrafią, a potrafili wiele i, co najważniejsze, wykonać to w ekspresowym czasie.

Passports please – rzucił krótko libański pogranicznik, przyglądając się nam.

Syryjczycy w Hyundaiu już przeszli kontrolę. Byli na terenie Libanu. Odetchnąłem z ulgą. W ich pojeździe ukryliśmy broń i amunicję. Gdyby nawet chcieli nas przeszukać, nic by nie znaleźli. Nic z zabronionych rzeczy, bo przecież i tak mogli nas cofnąć bez podania powodu. Wtedy pozostałoby nam nielegalne przekroczenie granicy.

„Priom” podał mu wszystkie nasze paszporty, jak na przewodnika wycieczki obcokrajowców przystało. Zbliżył się do nas celnik. Standardowe pytania – czy nie przewozimy rzeczy niedozwolonych i jaki jest cel wycieczki.

– Baalbeck, grota Chrystusa, Bejrut i ruiny w Tyrze – tyle zrozumiałem, z tego co mówił „Priom”.

– Nie, Tyr nie – wyrzucił z siebie Libańczyk.

Zimny pot oblał moje ciało. Co mój łącznościowiec popierdolił? Gdzie dał przysłowiowej dupy?

– OK, rozumiem, zgoda sił UNIFIL, nie pojedziemy do Tyru, zwiedzimy inne miejsca – odparł nasz magister telekomunikacji, a teraz przewodnik turystyczny po Libanie.

– Życzę miłego pobytu w Libanie – usłyszałem i dostrzegłem, że wręcza mu paszporty.

„Zajebie »Prioma« za ten numer.”

Po kilku kilometrach, gdy zatrzymaliśmy się w ustalonym miejscu, już mi przeszło. Zagrał swoją rolę pierwszorzędnie, zgrywając niedoświadczonego przewodnika z Syrii. Skąd mógł wiedzieć, że wjazd do Tyru obcych pojazdów może za sobą pociągnąć nieprzyjemności w postaci kontroli sił UNIFIL? Niekoniecznie pewną, ale w dużej mierze prawdopodobną.

Czekaliśmy na nasz kontakt po tej stronie granicy. Kto chciał, poszedł się odlać na stronę. Poprosiłem jednego z syryjskich specjalsów, by poczęstował mnie papierosem. Nie, nie paliłem nałogowo, tylko od czasu do czasu, gdy nerwy mnie wzięły, potrzebowałem zakurzyć. W domu praktycznie nie jarałem. Moja żona i Tamara mnie strofowały.

– Musisz długo żyć tato, chcę, żebyś zawsze był ze mną – powiedziała mi Tami, nie tak dawno, gdy przyłapała mnie z papierosem w ustach.

Jak to ja, zawsze palnąłem jej, jak dorosłemu człowiekowi.

– Nie będę żył wiecznie, kiedyś mnie zabraknie.

Dziewczynka zmarszczyła czoło i głęboko patrzyła mi w oczy, smutnym wzrokiem.

 „Najpierw pomyśl, a potem mów, debilu” – jebałem sam siebie w myślach.

Ojciec kurwa. Popierdoleniec, który nie dorósł do roli rodzica.

Kamandir, samochód nadjeżdża – wyrwał mnie z przemyśleń głos „Lochy”.

W naszym kierunku zbliżał się biały VW Golf I. Stary, poczciwy, rzadko widywany u nas w Rosji, zwłaszcza w większych miastach. Tutaj, jednak nadal popularny. Za nim nie jechało nic.

 Pojazd zatrzymał się tuż obok nas. Z auta wysiadła drobniutka, młoda kobieta.

– Panowie z biura podróży z Al-Kut? – rzuciła hasło.

– Nie, my z Syrii, z biura w Homs – podałem odzew.

Była ładną, dwudziestoparoletnią Arabką o delikatnych rysach i smukłej sylwetce. Uśmiechnęła się do mnie.

– Jedźcie za mną – poleciła.

Krzyknąłem na swoich, by wracali do samochodu. Zajęliśmy miejsca i nasze pojazdy ruszyły za Golfem. Zatrzymaliśmy się po kilkunastu minutach przy jakiejś niewielkiej chałupce w zapomnianej przez Boga wiosce.

Zrozumiałem, dlaczego podjęła się pracy dla nas. Tutejsza bieda przerażała. Najgorsza rosyjska dierewnia, jaką widziałem, prezentowała się dziesięć razy lepiej niż ta. Totalne zadupie i cztery chatki na krzyż.

– Tam są lewe blachy na samochody i magnesy firmy, która tu działa i jest znana. Nie zdołaliśmy wyrobić wam lewych papierów, ale macie tutaj legalne i prawdziwe przepustki oraz identyfikatory tej firmy. To wszystko, co dałam radę załatwić – oznajmiła – Niech pan pójdzie za mną, dam wam służbowe uniformy i resztę rzeczy – zwróciła się do „Wołka”.

Dojrzałem, że ten pożera ją wzrokiem. Po raz pierwszy zauważyłem w jego oczach dziwny błysk. Bez najmniejszego zastanowienia ruszył za dziewczyną w stronę chałupy.

– Składać broń, wyciągać amunicję – rozkazałem.

Moi ludzie momentalnie ruszyli do pracy. Nie chcieli, by Syryjczycy pomylili amunicję do „Skorpionów” z tą do pistoletów. O pomyłkę nie było trudno, a nasi towarzysze z Syrii mogli nie dostrzec różnicy.

Nie poganiałem ich, pośpiech w takiej sytuacji jest złym doradcą. Należy broń złożyć w spokoju i mieć na to czas.

„Gdzie ten „Wołk” jest i co on tam robi?”.

Ileż można odbierać lewe blachy rejestracyjne i magnesy na samochód? Według mnie trwało to za długo. Udałem się w miejsce gdzie udał się razem z dzierlatką. Bez pardonu otworzyłem drzwi wejściowe do chatki i…

Zastałem mojego podwładnego w sytuacji, gdy namiętnie całował się z młodą dziewczyną. On, sopel lodu, nieczuły na kobiece wdzięki…

– Przepraszam, dowódco, przepraszam – zaczął się tłumaczyć niczym sztubak.

– Oj „Wołk”, robota czeka.

– Tak jest kapitanie, tak jest –  plótł, jakby nieswój.

Mogłem go opierdolić, zjebać jak szmaciarz konia, ale tego nie chciałem. To byłoby nie fair, chamskie, głupie i niesmaczne. Podobnie jak ogłosić to wszystkim na zasadzie: „Patrzcie, nasz zastępca się… no właśnie co? Zakochał się? Zauroczył? Sam nie wiedziałem, jak to sobie wytłumaczyć.

– Do roboty! – ponagliłem naszego kochasia.

 

Peryferie Kouakh, Liban, kilka godzin później.

 

Podziwiałem Syryjczyków. Dali mi gościa z sił specjalnych, który znał się na energetyce i w bez trudu na głównej linii wyłączył zasilanie biegnące do tej posesji. Sprawnie, w dwa pojazdy podjechaliśmy pod rezydencję naszego „celu”.

Wysłałem Syryjczyków, by skontaktowali się z żoną skarbnika. Gdy prowadzili rozmowę z nieco tęgawą, trzydziestoparoletnią kobietą, my lustrowaliśmy teren. Arabka coś żywo gestykulowała i klęła z pewnością, na czym świat stoi. W końcu wpuściła ich za ogrodzenie.

– Dobra, wywalamy narzędzia i idziemy do skrzynki energetycznej – rozkazałem.

Podzieliliśmy się na dwa zespoły: „Kola” był ze mną, a „Wołk” z „Priomem”. Założyłem słupołazy i wspiąłem się na drewniany słup energetyczny. Ubezpieczał mnie na dole „Kola”, w czasie gdy tamci dwaj majstrowali przy otwartej skrzynce rozdzielczej.

W całym Libanie instalacje elektryczne to istna prowizorka. W miastach plątanina kabli może przyprawić o zawrót głowy. Wiszą dosłownie wszędzie, na różnych wysokościach – część pod napięciem, część nieużywanych. Tutaj na szczęście zrobiono to w miarę po ludzku. Monterzy nie odwalił fuszerki.

– Ciekawe, czy załatwią to siłą, czy podstępem? – rzucił cicho „Kola”.

Wolałem ten drugi sposób. Nie mogliśmy wykluczyć, że nasz „cel” ma z żoną ustalone jakieś specyficzne zdanie lub wyraz-klucz, który mógł go ostrzec, a na nas sprowadzić niebezpieczeństwo.

– „Priom”, idź zobacz, jak im idzie – poleciłem łącznościowcowi po arabsku.

Zniknął za płotem. Czekaliśmy na jego powrót, a niepewność rosła z każdą minutą. Zacząłem się nieco denerwować. Niepotrzebnie, po paru minutach „Priom” wrócił.

– Nieźli są, tak zakręcili babę, że sama z wkurwienia zadzwoniła do chłopa, a potem dała im komórkę, żeby z nim rozmawiali. Zapamiętali numer, podaje ci go, dowódco – oznajmił z uśmiechem.

Sojusznicy ponownie mi zaimponowali. Na dłoni markerem zapisałem numer telefonu i poleciłem „Koli”, by przekazał go do informatyków w bazie. Pozostawała jeszcze kwestia kontaktu z libańskimi obserwatorami, którzy dla nas pracowali. Nie wiedziałem, gdzie się znajdują.

– Przekazane, czekamy na odpowiedź – usłyszałem od „Prioma”.

Z budynku wyszło trzech naszych Syryjczyków. Zlazłem ze słupa. Podeszli do mnie.

– Kobieta i dwójka dzieci, dziewczynki, jedna na oko piętnaście lat, druga ma z jedenaście, dwanaście, oraz służąca z Palestyny. Żadnej ochrony. Nasz cel jedzie do domu, z tego, co się zorientowałem, mówił, że będzie za około dwie godziny – usłyszałem, krótki i treściwy meldunek – Neutralizujemy je? – zapytał.

– Nie, na razie nie, poruczniku, zadecydujemy, jak będziemy mieć pewność, że wraca i jego lokalizację. Mam nadzieję, że nie wyłączy komórki. Niech pan ją podkurwi i zada pytania, na które nie będzie mogła odpowiedzieć. On się wkurwi i nie wyłączy telefonu – odparłem szeptem.

Kiwnął głową na znak, że zrozumiał.

– Pan dowodzi, ja wykonuję, ale teraz zamarkujmy jakąś robotę, żeby wyglądało to w miarę naturalnie – odpowiedział.

Nakazałem „Koli”, by teraz on wdrapał się na słup, a ja zostałem na dole. Moi pozostali ludzie coś majstrowali przy skrzynce elektrycznej, a Syryjczycy zaczęli z samochodu rozładowywać drabiny i przewody. Gdyby ktoś przyglądał nam się z daleka, mógłby pomyśleć, że jesteśmy rasową ekipą naprawczą.

– Aziz, słucham – rzuciłem w słuchawkę telefonu, odbierając nieznany numer.

– My z biura podróży z Al-Kut, czy życzą sobie państwo obiad na godzinę czternastą? – padło pytanie z umówionym wcześniej hasłem.

– Chwileczkę, zaraz zapytam pozostałych gości, proszę poczekać – odparłem, kierując wzrok w stronę godziny drugiej, stojąc skierowany na północ.

Wreszcie odezwali się nasi libańscy obserwatorzy.

– Pomiędzy czternastą a piętnastą będzie dobrze?

Dojrzałem ich. Tkwili przy jakiejś małej szopie, czy lepiance na mojej drugiej, drugiej trzydzieści. Podniosłem dłoń do góry, niby drapiąc się po karku.

– Tak, zgadzają się czternasta czterdzieści pięć, będzie w porządku, a państwu to nie przeszkadza – odpowiedziałem.

– Nie skądże, bo jeżeli nie, to będziemy wcześniej.

– Pasuje, do zobaczenia.

Dojrzeli mnie. Moja podniesiona ręka wskazywała, że rozmawiają z właściwą osobą. To był drugi sygnał dla nich, podwójne, proceduralne zabezpieczenie.

Zbliżył się do mnie „Wołk”.

– Dzwonili z Tartus do ciebie, ale miałeś zajęty telefon. Sklonowali jego aparat i zrobili nakładkę. Przechwycą rozmowy i wiadomości tekstowe jak będzie wysyłał, a co najważniejsze, mają lokalizację, nie co do metra, ale zgrubną. Jedzie od strony Tripoli, będzie za jakieś półtorej godziny, do dwóch – przekazał.

Wreszcie coś ruszyło. Kazałem swojemu zastępcy zabrać narzędzia i przekazać tę informację „Priomowi”, by ten podał ją pozostałym. Miałem czas, by opracować dokładniejszy plan ujęcia skurwysyna.

 

Czterdzieści minut później, w tym samym miejscu.

 

Syryjczycy sprawnie pojmali wszystkie cztery kobiety. Związali Palestynkę oraz dzieci i zamknęli je w jednym z pokojów. Lusterkiem dałem sygnał libańskim przyjaciołom, by podeszli do mnie. Potrzebowałem od nich jedną osobę do pomocy, tak na wszelki wypadek.

Zamaskowany „arafatką” młody chłopak pozostał z nami, a towarzysząca mu dziewczyna wróciła na stanowisko obserwacyjne.

– Jedno nie takie słowo, jeden głupi gest bądź ruch, a wypatroszymy twoje bachory – ostrzegłem żonę skarbnika, będąc zamaskowany biało-czarną arabską chustą.

„Priom” przetłumaczył to jeszcze dokładniej i dodał kolejne groźby od siebie, wspomniał coś o burdelu w Europie. Siedziała w bezruchu, wystraszona i zestresowana. W oczach kobiety widziałem strach.

„Poczuj, stara kurwo, to, co czują uprowadzeni przez kumpli twojego męża”.

 Gdyby nie fakt, że ten dupek mógł do niej zadzwonić, kazałbym ją odstrzelić albo udusić, słowem zlikwidować. Nie wierzyłem, że nie wie, czym para się jej partner i skąd bierze pieniądze na te luksusy, w które opływali. Żal mi było tej służącej i nastolatek, choć z drugiej strony, to potencjalny narybek kolejnych wojowników. Zniszczyć ich wszystkich, może oszczędzając dzieci do lat trzech.

Widziałem za dużo krwi i cierpienia, jakie zadawały terrorystyczne organizacje, by mieć w stosunku do nich humanitarne podejście.

– Staramy się przechwycić wszystkich, ale bez przesady, najważniejszy jest skarbnik, on ma być żywy, reszta w razie potrzeby do likwidacji – rozkazałem.

W domu byłem kochającym mężem i ojcem, człowiekiem ratującym ptaszka ze złamanym skrzydłem, którego Nadia przyniosła z podwórka , a tutaj…

„Kim ja kurwa, naprawdę jestem, bestią w przebraniu baranka, jakimś transformersem?” – nieraz w myślach zadawałem sobie to pytanie.

Co chwilę dostawałem lokalizację naszego gagatka. „Gridy” zostały odwrócone, pierwszy zamieniony z drugim, trzeci z czwartym i tak dalej, na dodatek S zamienione na N.

Nasz „ptaszek” zbliżał się do zastawionej pułapki. Na szczęście nie dzwonił do swojej lubej. Wysłał jedynie jednego esemesa o treści „zaraz będę” i tyle.

– Grupa uderzeniowa to „Wołk”, „Priom”, pan poruczniku i ja, dowodzę osobiście. Priorytet: pojmanie żywego skarbnika. W osłonie dwóch pańskich ludzi i „Kola”. Pracujemy spokojnie, akcja przed domem. Pański człowiek pierdolnie w ich samochód dostawczakiem, my doskakujemy i robimy swoje. Libański kolega zostaje z pojmanymi babami. Kierowca rusza, jak podrapie się po głowie lewą ręką, przypominam: lewą ręką – przedstawiłem plan ataku.

Brama do domostwa była otwarta, a w jej świetle stał dostawczy H1. Każdy z podległych mi ludzi kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Pistolety maszynowe mieli „Wołk” i „Priom”, reszta służbowe pistolety „Giurza”. Libańczyk prawdopodobnie nie miał broni.

Zadzwoniła komórka, odebrałem.

– Czy deser do obiadu może być za pięć minut, bo właśnie zrywamy owoce?

Obserwatorka miała go na widoku. Samochód zbliżał się do nas.

– Tak, oczywiście – odparłem i rozłączyłem się.

– Jedzie, jeden czarny mercedes, nie widać drugiego samochodu – zameldował „Wołk”.

– Panowie do roboty. Kierowca stalowe nerwy i pamiętajcie, na mój znak.

Przeładowałem pistolet. Usłyszałem szczęk broni u swoich towarzyszy. Schyliłem się i niby to nawijałem przewód na bęben. Kątem oka lustrowałem sytuację i oceniałem odległość zbliżającego się samochodu. Z trudem tłumiłem nerwy. Moja pierwsza taka poważna akcja, cholerna odpowiedzialność za ludzi tutaj i zakładników.

„Wiktor, jako zastępca nieraz działałeś sam, a w specnazie, dowodziłeś podobną grupą. Spokojnie kutasie, spokojnie”.

Zachowywaliśmy się normalnie i sprawialiśmy wrażenie naturalnych. Wszyscy zajęli wcześniej wyznaczone pozycje, takie, by nikt nie wchodził sobie w linię ognia. Kierowca czekał na mój znak. Powoli podniosłem się z kucek i w momencie, gdy pojazd zwolnił, by wjechać w bramę prowadzącą do domostwa, wyciągnąłem lewą rękę.

Hyundai ruszył z pełną pizdą na wstecznym i z impetem przywalił w przód czarnego Mercedesa. Huk gniecionych blach był przeraźliwy. W mgnieniu oka doskoczyłem do tylnych drzwi „merola” i pociągnąłem za nie. Otumaniony uderzeniem skarbnik nawet nie zdążył sięgnąć po broń. Chwyciłem go za kołnierz i wyciągnąłem z pojazdu, a następnie założyłem mu dźwignię. Nie padł ani jeden strzał i w ciągu minuty, może dwóch, mieliśmy wszystkich trzech na glebie.

– Osłaniam, sprawdzaj – usłyszałem za plecami głos porucznika z syryjskich sił specjalnych.

Na bok odrzuciłem pistolet i nóż znaleziony u skarbnika. Miał przy sobie starą, poczciwą „tetetkę” wzór 1933.

– Zapłacę – jęknął, gdy ponownie przydusiłem go do ziemi. Wziął nas chyba za drobnych bandziorów.

Znów dzwonił mi ten cholerny telefon.

– Przejmujesz albo wyjmij mi telefon z prawej kieszeni – poprosiłem ubezpieczającego mnie Syryjczyka.

– Mówi, że bataty będą za pięć minut – usłyszałem po chwili z jego ust.

Batatami oznaczano autobusy albo busy. Coś zbliżało się w naszym kierunku i miało dotrzeć w rejon akcji za pięć minut.

– Wpychamy samochody, zamykamy bramę, już!!! Szybko!!! – wydałem rozkaz.

Kierowca dostawczaka momentalnie wjechał rozbitym z tyłu samochodem na podwórko. Na szczęście nie sczepił się z Mercedesem. Osłaniający mnie porucznik wraz z „Kolą” wpychali samochód skarbnika na posesję. Udało im się, nim minął nas przypadkowy autobus.

– Zabieramy ich do domu – zakomenderowałem. – „Wołk”, pozostajesz na zewnątrz..

Pojmany kierowca miał rozbity łeb i nie kojarzył zbyt wiele. W Mercedesie wystrzeliły czołowe poduszki powietrzne. Drugi z ochroniarzy również za dużo nie kumał po eksplozji „airbagu” .

Odetchnąłem z ulgą. Połowa zadania była wykonana. Nie wiedziałem, czy ta prostsza, czy trudniejsza. Pozostawało tylko dostarczyć skarbnika do naszej bazy w Tartus. Na razie cieszyłem się z tego, co osiągnąłem.

„Może jebany puści farbę, jak go tu przycisnę?”.

Niestety, tak się nie stało. Byliśmy wszyscy osłonięci „arafatkami”, lecz skarbnik wyczuł chyba nasz specyficzny dialekt.

– Wy psy Moskwy, zniszczymy was, nic wam to nie da, zabijemy waszych ludzi – odgrażał się.

– Jebnąć mu? – zapytał „Kola”.

– Zostaw, niech „Locha” mu zaaplikuje coś na uspokojenie, żeby nas nie wkurzał – odparłem.

– Kapitanie, co teraz? Co z tymi dwoma i kobietami? – zapytał mnie syryjski dowódca.

– Znacie język i obyczaje, ja muszę zabrać tego kutasa i agentkę. Tu jest spalona, ale jej dom na uboczu to dobra kryjówka. Tam zabieraj tę ferajnę, tu za chwilę może być niebezpiecznie. Mamy ich wszystkie telefony i elektronikę? – zacząłem i jednocześnie zadałem pytanie do „Prioma”.

Syryjski porucznik spojrzał na mnie. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Łącznościowiec kiwnął głową na znak, że zabezpieczył to, o co go zapytałem.

– Zlikwiduj tych dwóch jeśli uznasz to za stosowne, tylko dyskretnie, wypadek samochodowy czy coś, masz doświadczenie, nie będę cię uczył – odparłem.

– Ona, ta wasza agentka, nie jest spalona, my ją zwerbujemy, nic jej nie grozi – zapewnił mnie.

Nigdy nie ufaj takim stwierdzeniom, nigdy, ale to nigdy nie sprzedawaj swojego agenta. W tym momencie zrozumiałem, dlaczego to dziewczę tak przylgnęło do „Wołka”.

– Wy, Syryjczycy macie waszych wywiadowców i chuj nam do nich, ale my mamy swoich i od nich wam wara. Ktoś, kto pracuje dla dwóch panów, tak naprawdę nie pracuje w stu procentach dla żadnego, a tego się żąda od informatora.

Co innego współpraca, tu są inne zasady gry, wymiana informacji i wsparcie. Co innego agenci. Dziś Syria jest po naszej stronie, jutro może być po innej.

– Kwatera dla tych staruszków i godne życie w Syrii, bo tu są spaleni, taki był „deal”, ona ewakuuje się z nami, wy zgodnie z umową trzymacie bachory, tę babę i goryli. Taki był układ z waszym naczalstwem. Przykro mi, poruczniku, że was zawiodłem, ale mam jeszcze zadanie do wykonania – byłem twardym graczem. – Za chwilę ewakuuję moich ludzi i cel, nasze drogi się rozchodzą. Nie możemy iść razem, za duża grupa. Musicie dać sobie radę sami – dodałem.

Dostrzegł chyba, że nic nie ugra. Uśmiechnął się do mnie. Zrozumiałem w tym momencie, że mnie delikatnie sondował.

– Zabieramy „Doblo”, reszta samochodów zostaje dla was – oznajmiłem.

Syryjski oficer wyciągnął do mnie dłoń. Uścisnąłem ją mocno.

– Dużo się od ciebie nauczyłem… – zaczął.

– Ja również – przerwałem mu.

– Dostarczymy wam wszystkich, których razem pojmaliśmy tutaj. Masz moje słowo – przyrzekł i czułem, że to nie są czcze obiecanki.

– Wierzę i wiedziałem o tym od samego początku – zagrałem va banque.

Z garażu jeden z jego ludzi wyprowadzał Suzuki Vitara z napędem na cztery koła.

Objęliśmy się jak bracia. Zdałem sobie sprawę, że w tej akcji wzajemnie się testowaliśmy. Nieważne, co o sobie teraz myśleliśmy, powierzone zadanie wykonaliśmy perfekcyjnie i bez strat.

– Powodzenia.

– Powodzenia, do zobaczenia w Tartus – odparł, podnosząc kciuk do góry.

 

Boustane, Liban, dwie godziny później, niedaleko granicy z Syrią.

 

Do tej niewielkiej, nadgranicznej mieściny dojechaliśmy o zmroku. My, czyli moja grupa i Jana – nasza spalona agentka po libańskiej stronie.

Nie poznawałem „Wołka”, podróżował z nią tym stareńkim Golfem. Jej dziadkowie (bo rodziców straciła) przenieśli się do jeszcze bardziej podłej chatki, oczekując na ewakuację. Po raz pierwszy spojrzałem inaczej na mojego zastępcę.

To nie był ten sam „Wołk” – zimny, twardy skurwysyn, gotowy zabić bez mrugnięcia okiem. Dojrzałem, jak delikatnie jej dotyka, jak na nią patrzy. On, twardziel, sopel lodu, mruk, z którego trudno się cokolwiek wyciągało, teraz maślanymi oczyma lustrował młodą Libankę. Niczym zakochany małolat.

Uprosił mnie, bym do Golfa dał mu „Prioma”. Najwyraźniej potrzebował tłumacza.

 „Jakże on się zmienił, co w niego wstąpiło?” – Sam nie wiedziałem.

Dziewczyna też nie mogła oderwać od niego wzroku. Dostrzegłem te spojrzenia, gesty. Boże, miałem tu love story w realu.

– Zostawiamy auta, spierdalamy – zakomenderowałem, w momencie, gdy dotarliśmy do końca szutrowej drogi. – „Wołk”, do skarbnika, dawaj – przerwałem mu te amory.

Kierowaliśmy się do źródła Wadi Mumayrah, punktu tuż przy granicy. Szczęśliwie schodziliśmy z poziomu 1200 metrów nad poziomem morza. Łatwo powiedzieć, maszeruj człowieku na tym pułapie z ciężarem jak nasz bubek. Zmierzchało, a wtedy znajdź drogę. Ktoś powie: nawigacja – tak, tylko nie na granicy i nie na 1150 metrach, gdy idziesz w dół, gubiąc co chwila sygnał GPS.

– Usiądź, usiądź, już jesteśmy na miejscu – nie poznawałem nadal „Wołka”, który jak tylko przestał taszczyć skarbnika, od razu doskoczył do Jany.

Rozczuliłem się, patrząc, jak ociera jej pot z twarzy, jak delikatnie dotyka jak jest… no, nie „Wołkiem”, jakiego znaliśmy.

– Dowódco, jednak Bóg istnieje, zobacz na to – „Priom”, ateista skwitował krótko to, co również widział.

Spowiła nas ciemność, dawno minęła dwudziesta druga. Dalszy marsz po omacku był niebezpieczny, byliśmy już daleko od siedzib ludzkich.

– Panowie, wyciągamy, glowsticki – rozkazałem.

Chodziło o ukryte w kieszeniach chemiczne źródła światła.

Pomogą pilotom nas znaleźć i na długi czas oświetlą nam drogę.

Gdy tylko znalazłem zasięg, wysłałem sygnał „AELITA” z telefonu komórkowego. Pozostawało nam oczekiwać na przylot śmigłowca.

 

Rosyjska baza lotnicza na terenie Syrii, Humanjim w tym samym czasie.

 

Z płyty lotniska unosił się specjalistyczny Mi-8 „Ryczag” przeznaczony do walki radioelektronicznej (WRE). Obsługa lotniska dostała umówiony sygnał i śmigłowiec zmierzał właśnie w kierunku Homs. Na razie pokładowi operatorzy WRE  nie odpalili sprzętu. Ten mieli włączyć w momencie, gdy osiągną określony rejon i dołączy do nich Ka-27PS z lotniskowca „Admirał Kuzniecow”. Wcześniej wzdłuż granicy miał przelecieć wysłany do szkoły wojskowej Sił Zbrojnych Syrii śmigłowiec Ka-29.

W gotowości bojowej prócz nich postawiono cały batalion walki radioelektronicznej, który tkwił tu od lat. Wszystkie posterunki miały za zadanie zakłócać pasma łączności w zakresach KF i UKF, a te obezwładniające systemy radiolokacyjne były gotowe do działania. Wszyscy dyżurni operacyjni czekali na komendę. Załogi stacji naziemnych R-325M2, które miały zakłócać łączność w zakresie fal krótkich, meldowały po kolei zmiany w ustawieniu systemu anten.

Najpierw wzdłuż granicy, zgodnym z procedurami i planem lotu, pojawił się Ka-29. Nie przekraczając granicy, wykonał lot w strefie syryjskiej, podnosząc słabe libańskie siły obrony przeciwlotniczej do pierwszego stanu gotowości bojowej, Co on podniósł w tym momencie? Stacje radiolokacyjne, czyli radary, będące tak marnie rozsiane po terytorium kraju, że przekroczenie granicy powietrznej to przysłowiowa bułka z masłem.

Liban natychmiast poprosił o wsparcie francuskich okrętów oraz nielicznych stacji radiolokacyjnych wchodzących w skład UNIFIL. Nielicznych, ponieważ jedyny naziemny radar znajdował się w Bejrucie i monitorował ruch na Morzu Śródziemnym. W tym rejonie pracowały stareńkie, wyeksploatowane urządzenia radarowe, swoisty szrot. Te z francuskich okrętów mogły jedynie wykrywać obiekty powietrzne na wysokości powyżej 1200 metrów, gdyż ich możliwości ograniczały pasma górskie.

Dwa śmigłowce, lecące na najniższym bezpiecznym pułapie i dowodzone przez doświadczonych pilotów, znalazły się w strefie. Leciały bisko siebie i tworzyły jedno tło radiolokacyjne.

Przy tak ograniczonym pokryciu radiolokacyjnym ze strony libańskiej mogły swobodnie naruszyć przestrzeń powietrzną tego kraju.

– Ufa – usłyszeli obaj piloci i w tym momencie Mi-8 „Ryczag” włączył aparaturę zakłócającą, maskując i obezwładniając ewentualne naziemne stanowiska obrony przeciwlotniczej.

Ka-27PS, chroniony tymi działaniami, mógł bez obaw wniknąć na kilkanaście kilometrów w głąb Libanu, nie będąc zauważonym przez nikogo, no może przez posterunki obserwacyjne, ale tych było tu jak na lekarstwo i dodatkowo wzięłyby ten wiertalot,  za Ka-29 latającego wzdłuż granicy.

Po kilku minutach wraz z podległymi mi ludźmi znalazłem się na pokładzie Ka-27PS. Najważniejszych zabrał on, resztę Ka-29, który również przekroczył granicę. Po kilku godzinach dotarliśmy do bazy morskiej w Tartus.

 

Rosyjska Baza Morska Tartus, Syria. Kilka godzin później.

 

Oczekiwaliśmy, aż nasz skarbnik dojdzie do siebie po zastrzyku „Głupiego Jasia”. Żeby przyspieszyć ten proces, „Buran”, rozebrał go do naga i polewał ciało terrorysty zimną wodą. W czasie, gdy mój podkomendny przygotowywał go do przesłuchania, do bazy dotarła reszta pojmanych.

Syryjski porucznik z sił specjalnych nie rzucał słów na wiatr. Wykonał to, czego się podjął, i byłem mu za to niezmiernie wdzięczny. Z tego, co się zorientowałem, przekroczyli zieloną granicę przy delikatnym wsparciu swoich pograniczników, którzy odciągnęli swoich libańskich odpowiedników od miejsca nielegalnego przejścia, sugerując, że dwa kilometry dalej jest próba przemytu. Potem samochodem dotarli do Akademii Wojskowej w Homs, a stamtąd śmigłowcem przylecieli tutaj.

– To pana zdobycz, przesłuchajcie ich wszystkich, przede wszystkim tych ochroniarzy. Może coś wiedzą, tylko nie za ostro, żeby byli do użytku – poprosiłem porucznika, dobrze wiedząc, że Syryjczycy potrafią ostro pacyfikować pojmanych zbrodniarzy.

– Obiecuję, będą do użytku. A jak nasz główny cel? – zapytał.

–Pracujemy, jeszcze otępiały, zimna kąpiel dobrze mu zrobi – odpowiedziałem i roześmialiśmy się obaj.

Z teczek wyciągnąłem zdjęcia porwanych. Znów spojrzałem na fotografię kobiety. Musiałem kiedyś ją spotkać, gdzieś zobaczyć. Nie, nie mogło mi się to przywidzieć.

„Tylko gdzie i kiedy?”

Dopiłem mocną kawę. Czekała nas ciężka noc. Nie liczyłem, że nasz ptaszek od razu przekaże interesujące nas dane. Nie wyglądał na takiego.

– Chyba już się nada – zameldował „Priom”.

– Dobra, obróbcie go wstępnie z „Buranem”, delikatnie, nie tak, jak ostatnio. Jasne? – rozkazałem.

– Tak jest, delikatnie i z umiarem – odparł łącznościowiec i wyszedł z pomieszczenia.

Przypomniałem sobie, jak ostatnim razem „Buran” obrabiał Ingusza. Tak się wcielił w swoją rolę, że połamał mu szczękę. Facet nie mógł nic potem powiedzieć. Dobrze, że nie połamał mu rąk, bo by nam nie napisał tego, co chciał powiedzieć. Nasz mięśniak jak się wczuł, był w stanie zabić gołymi rękoma. Nie chciałem powtórki ostatniego razu.

Dałem im godzinę na zmiękczenie delikwenta. Potem miałem zamiar wziąć go w obroty osobiście. Mieliśmy na miejscu jego rodzinę i goryli, dodatkowe argumenty, by zaczął śpiewać.

Postanowiłem poszukać „Wołka”, on zawsze odgrywał w naszym spektaklu rolę złego policjanta, ja byłem tym dobrym. Nie spotkałem go w „campie”. Podejrzewałem, gdzie może być. Nie trafiłem. Natknąłem się w końcu na niego, tkwił przy natryskach bazy, blokując wszystkim wejście do środka.

– Za kwadrans, za dwadzieścia minut, jak potrzebujesz się wykąpać, to idź nad morze – odganiał grupkę żołnierzy ze służb technicznych.

– „Wołk”, co ty odpierdalasz? – zapytałem, będąc na sto procent pewien, że zastanę go w osobnym kontenerze, przeznaczonym dla gości. Tam miała być zakwaterowana Jana.

– No, wodzu, ona się musi wykapać, a jak to tak przy nich, jeszcze jej coś zrobią – mówił to tak poważnie, że po raz kolejny rozczulił mnie prawie do łez.

– To nie możesz zablokować jednej kabiny, tylko okupujesz cały kontener sanitarny – stwierdziłem, śmiejąc się.

– Będą ją podglądać, ja już wiem, o co im chodzi – odparł na serio.

Wiedziałem, że jak się uprze, to nic go nie odciągnie od powziętej decyzji. Roześmiałem się głośniej i machnąłem ręką.

– Masz kwadrans, meldujesz się u mnie i obrabiamy naszego gagatka – wydałem mu jasny rozkaz i wróciłem do swojego „campu”.

Jedna misja bojowa, jedna kobieta i nie wiedziałem, co się z nim stało. Przez chwilę miałem obawy, czy zabrać go na kolejną akcję. Mógł być przez nią rozkojarzony.

– Nie, to nie „Wołk”, on jest skupiony na robocie – powiedziałem sam do siebie, zamykając drzwi pomieszczenia.

Zgodnie z rozkazem pojawił się po kwadransie. Zabrałem ze stołu zdjęcia uprowadzonych i razem udaliśmy się do „Sali płaczu”, jak nazwano pomieszczenie przesłuchań. Wytłumione, bez okien, dyskretne, na uboczu portu.

– Dobrze „Buran”, wystarczy – rozkazałem.

Nasz skarbnik był nieco pokancerowany. Z wargi płynęła mu krew, miał rozcięty łuk brwiowy i parę sińców na twarzy. Cały mokry, najwyraźniej zastosowano na nim terapię wodną – stary sposób. Lejek w gębę i „tankujesz” delikwenta. Ofiara dławi się i na swój sposób topi, istnieje ryzyko, że może się zachłysnąć, lecz od czego są lekarze. Każdy z większych okrętów miał przynajmniej jednego, a na lotniskowcu służyło chyba ze trzech. Na dodatek jeszcze personel izby chorych i punktu medycznego bazy. W razie potrzeby miałby kto nieboraka ratować.

Posadzili go na taborecie. Miał od tyłu ręce skute kajdankami. Pomimo tych wstępnych tortur, patrzył na mnie hardym wzrokiem.

– Coś powiedział?

„Buran” potrząsnął głową. Trafiliśmy na twardego zawodnika. Skinąłem na „Wołka”. Zrozumiał, o co mi chodzi. Zaczynaliśmy grę.

– Słuchaj, kozojebco, powiem to tylko raz i słuchaj mnie uważnie. Podaj nam, gdzie są teraz nasi porwani żołnierze. Gwarantuję ci, że odsiedzisz parę lat w syryjskim więzieniu i będzie po sprawie. Chcemy odzyskać naszych towarzyszy – zacząłem.

Uśmiechnął się lekko, patrząc mi prosto w oczy. Spoglądał na mnie z pogardą we wzroku.

– Spierdalaj, ruski chuju – wycedził przez zęby.

Cios „Wołka” był szybki. Dostał w twarz i zwalił się z taboretem na ziemię. „Priom” podniósł go i usadził ponownie.

– Wiem, wiem, że jesteś odważny i nie boisz się śmierci, ale czy zniesiesz śmierć swoich kolegów? Swojej rodziny? – zapytałem i poprosiłem „Prioma”, by mu to dokładnie przetłumaczył.

– Zabije cię – brzmiała odpowiedź.

– Ciekawe – wstałem z krzesła. – Za chwilę mój człowiek weźmie te obcążki i zacznie wyrywać ci paznokcie. Nie znam takiego, który nie zemdleje przy piątym. Kiedy stracisz przytomność, ten mięśniak ocuci cię wiadrem wody. Zerwiemy te z rąk, a potem z nóg. Będziesz wył jak zarzynane prosie. Masz minutę na podanie informacji – zagroziłem i spojrzałem na zegarek.

Nie spękał. Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z pomieszczenia. Moi ludzie wiedzieli, co robić. Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie. Pomimo wytłumienia słyszałem, jak wyje z bólu. Pojawił się „Kola”.

– Polacy chcą rozmawiać – poinformował mnie.

– Koleńka, nie teraz, widzisz, że obrabiamy skarbnika. Powiedz im, że potem, jak wyciągniemy z niego dane – odparłem.

Skrzywił się nieco. Zdawał sobie sprawę, że musi wrócić do przydzielonych nam żołnierzy i na niego spadnie tłumaczenie.

– Śmigaj do Syryjczyków, może coś wyciągnęli z tych goryli – dodałem po chwili.

– Tak jest – odparł zadowolony i wystrzelił jak z procy w stronę syryjskiej strefy portu.

Gdy zniknął, wróciłem do pomieszczenia. „Buran” chlusnął wiadrem wody w leżącego na podłodze skarbnika.

– Wstawaj, kutasie, nie skończyliśmy.

– Postaw go na nogi – rozkazałem.

Pod moją nieobecność zdołali zerwać mu wszystkie paznokcie z prawej dłoni.

– I jak sobie teraz wytrzepiesz tego małego fiutka? – zapytałem, lustrując niewielkie przyrodzenie mężczyzny.

– Wsadzę go tobie w pysk, ruska świnio – odparł.

– „Wołk”!!!

Potężny kop w kroczę powalił go na podłogę, gdzie mógł jedynie zwijać się z bólu. Zdałem sobie sprawę, że ciężko go będzie złamać fizycznymi metodami. Należało przejść do drugiej części spektaklu.

– Posadźcie go – poleciłem.

W jego spojrzeniu dostrzegłem jakby błysk satysfakcji. Myślał głupek, że jest taki twardy i spasujemy. Nie wiedział, co go jeszcze czeka.

– Nie będziemy cię bili ani zrywali paznokci. Pokazałeś, jaki jesteś twardy, podziwiam – zacząłem, dostrzegając coś na kształt uśmiechu. – Pewnie jesteś ciekaw, co zrobimy. Powiem ci, ale muszę chwilę poczekać, bo być może twoi chłopcy są bardziej rozmowni – dodałem.

Miał nadzieję, że dowie się tego już teraz. Grałem na zwłokę. Nic tak nie działa na psychikę, jak niepewność, co twój kat zrobi za chwilę, a takim katem byłem teraz ja. Rozłożyłem przed nim fotografie zakładników.

– Nie zmuszaj mnie, bym zrobił to, co zaplanowałem, gdy nam nie pomożesz – poprosiłem. – Powiedz tylko, gdzie oni są teraz, a zakończymy tę rozmowę – dodałem.

Nie spasował, nie poddał się. Widziałem to w wyrazie twarzy Araba. Nakazałem „Wołkowi”, by poszedł po „Kolę”. Wrócił z nim po chwili.

– Nic z nich nie wyciągnęli – usłyszałem.

– Bierz ludzi i przyprowadźcie tu wszystkich z wyjątkiem tej służącej – rozkazałem.

Dojrzałem dziwny wyraz twarzy przesłuchiwanego. Coś w nim drgnęło. Być może przewidywał, jaki będzie mój następny ruch.

– Daję ci ostatnią szansę, drugiej nie będzie – ostrzegłem.

Zgrywał nadal twardziela. Z pewnością myślał, że blefuję. To miało okazać się po chwili.

– Kapitanie, są – poinformował mnie „Kola”.

– Dawaj kierowcę – rozkazałem.

„Buran” wprowadził „drivera”. Podszedłem do niego. Cały się trząsł ze strachu. Syryjczycy go mocno obrobili, nie na tyle jednak, by nie zdawał sobie sprawy, że czeka go następna katownia.

– Twoje życie w jego rękach – wycedziłem przez zęby, i przeniosłem wzrok na skarbnika.

Szofer bał się, to się widzi i czuje. Jego szef pozostał niewzruszony, pewnie nie wierzył, że jestem w stanie posunąć się tak daleko.

– Moi poprzednicy w 1985 roku z „Wympieła” za zabicie naszego dyplomaty w Bejrucie i porwanie dwóch innych, tak jak teraz, pojmali jednego z bossów organizacji, nie pamiętam, czy był to Hamas, czy Hezbollah. Wykastrowali go, a jego narządy w paczuszce wysłali do siedziby organizacji. Tamci momentalnie zwrócili porwanych. My, w przeciwieństwie do państw zachodnich, nie pierdolimy się z terrorystami – przypomniałem mu to zajście.

Oj, jak mu ten uśmieszek szybko zgasł, a przyprowadzony kierowca zsikał się w portki.

– Nie będę taki barbarzyński jak oni, teraz DHL dowozi większe paczki, wpakujemy twojego kierowcę całego – wyciągnąłem szturmowy nóż z bocznej kieszonki spodni.

– Nie zrobisz tego, ruski śmieciu – rzucił, a ja w tym momencie jednym sprawnym ruchem poderżnąłem ofierze gardło.

W konwulsjach upadł na podłogę, która po chwili stała się wokół niego czerwona od krwi. Skarbnik chciał się podnieść z taboretu, lecz „Buran” usadził go z powrotem. Szofer konał w konwulsjach. Po chwili nie żył.

– Patrz, zrobiłem – stwierdziłem, trzymając emocje na postronkach – Przyprowadźcie jego córkę – dodałem z flegmą. – Daję ci wybór: czy starszą, czy młodszą?

Przesłuchiwany zawył jak zarzynane zwierzę. Ponownie chciał podnieść się z taboretu. Mój człowiek znów musiał go przytrzymać.

– Zabiję cię, zabiję cię, ruski skurwysynu – rzucał bezradnie, nic nieznaczące groźby.

– Na pewno? Kiedy i jak? Na razie to ja zabijam twoich ludzi – stwierdziłem, zbliżając się do tego ludzkiego ścierwa. Chwyciłem go za włosy i przysunąłem twarz do ucha skarbnika. – Zadałem ci pytanie, którą twoją córkę mam zabić pierwszą? Czegoś nie rozumiesz? – szepnąłem.

Miotał się wściekle, lecz trzymany przez „Burana” nie mógł nic zrobić. Wył tylko, widząc swoją niemoc. Czułem, że za chwilę pęknie.

– Starszą. Młodszą wyślemy do sierocińca w Biesłanie, tam, gdzie twoi pobratymcy zgotowali piekło innym dzieciom. Już tam się nią odpowiednio zajmą – zadecydowałem za niego.

Zawył jak szaleniec, gdy „Kola” wprowadził piętnastoletnią wystrachaną dzierlatkę. Otarłem zakrwawiony nóż o spodnie. Lewą ręką chwyciłem dziewczynkę za włosy, a prawą przyłożyłem ostrze noża do jej szyi.

– Namiar na zakładników albo życie twojej córki – wyręczył mnie „Wołk”.

Przyłożyłem klingę bliżej, tak że ta płytko nacięła delikatną skórę szyi. Na głowni pojawiła się strużka krwi. Dziewczynka zaczęła płakać.

– Tato – wyszeptała przerażonym głosem.

– Liczę do trzech, „Kola”, przyprowadź drugą! – z trudem przeszło mi to przez gardło, lecz tak było trzeba.

– Tak jest.

– Raz. Dwa…

– Powiem!!! Kurwa!!! Powiem!!! – krzyczał jak szalony.

Patrzył na mnie wzrokiem szaleńca. Gdyby mógł, skoczyłby mi do gardła.

– Mów – odsunąłem nóż od gardła dziecka. – „Wołk”, zapisuj wszystko.

Dziewczynka zemdlała i osunęła się na podłogę. Nie ruszyło mnie to. Cały czas przed oczami miałem obraz trafionej Tamary. Przez takich skurwysynów jak ten, to biedne dziecko zostało okaleczone na resztę życia. Zabrali jej wszystko – kochających rodziców, rodzeństwo, szczęśliwe dzieciństwo. Pozostałem jej ja i moja żona i ona o tym dobrze wiedziała. Jeżeliby nie pękł, zabiłbym mu obie córki, a gdyby to nie dało rezultatu, to w końcu i żonę skarbnika. Oszczędziłbym palestyńską służącą, ona nie była niczemu winna.

– Stój, stój kapitanie, potrzebuję gwarancji!!! – krzyknął, widząc, że mam zamiar wyjść z pomieszczenia.

– O gwarancjach porozmawiamy, gdy powiesz nam o tym, co nas interesuje. – Nie miałem zamiaru iść na żadne ustępstwa.

Dla mnie to terrorysta, a z nimi się nie negocjuje. Poza tym, w takich sprawach musiałem skontaktować się z Centralą. Oni byli władni dać mu jakieś obietnice. Byłem w tej grze pionkiem, zwykłym wyrobnikiem, człowiekiem, który dowodził grupą od czarnej roboty. W określonych sytuacjach mordercą, wyszkolonym killerem i do tego państwo gwarantowało mi pewną bezkarność.

Gdy zamknąłem drzwi z drugiej strony, oparłem się o nie. Musiałem ochłonąć. Nie, nie czułem zmęczenia fizycznego, czułem się wypluty emocjonalnie i psychicznie. Przed chwilą zabiłem z zimną krwią człowieka, to, że był śmieciem i terrorystą, wcale mnie nie usprawiedliwiało. Kurwa, po raz kolejny. Nie zadałem straty bezpowrotnej w walce. Nie zabiłem – zarżnąłem.

„Bo kurwa taka była potrzeba” – rozgrzeszyłem się momentalnie duchu, nie po raz pierwszy w życiu.

+++++

Nasz ptaszek zaczął śpiewać jak z nut. „Wołk” z „Akułą”, ze wsparciem „Prioma” jako tłumacza i z ubezpieczeniem w postaci „Burana” i „Koli” wyciągali z niego wszystkie potrzebne informacje. Wiedział sporo, a nasze przypuszczenia dotyczące portu docelowego w Libanie się sprawdziły.

Mieli zamiar przerzucić zakładników do Syrii, a potem, gdy sprawa nieco przycichnie, po dwóch-trzech dniach przetransportować przez zieloną granicę do Iraku. W Syrii z pojmanymi żołnierzami rosyjskimi nie czuli się pewnie, byliśmy na miejscu, istniało ryzyko, że ich odbijemy.

Wałkowali go ponad dwie godziny, wyciskając z gada wszystko, co możliwe, choć w pewnej chwili się zaciął i zażądał rozmowy ze mną. Byłem już po konsultacji z Moskwą i wiedziałem, co mogę mu obiecać. Osobiście mi to nie pasowało, ale cóż, rozkaz to rozkaz.

– Powiedziałem już tyle, że mogę liczyć na jakąś ochronę od was? – przetłumaczył mi pytanie Araba „Priom”.

– Tak, oczywiście – odparłem.

– Więc?

– Jest takie piękne, rosyjskie miasto zamknięte, Norylsk. Znajduje się za kołem podbiegunowym, tam znaleziono wam miejsce. Nikt was tam nie znajdzie, to odcięta od świata enklawa, bardzo bezpieczna.

Gdybym sam dostał tam przydział, palnąłbym sobie w łeb ze służbowego pistoletu. Miasto, gdzie w zimie śnieg jest czarny od zanieczyszczeń, w powietrzu czuć smród siarki, a długość życia mieszkańców jest o dziesięć lat krótsza niż w pozostałych miastach Rosji. Słowem – super miejsce na zamieszkanie. W szczególności dla arabskiej rodziny, przyzwyczajonej do ciepłego klimatu.

Jebało mnie to, on i jego rodzina nie zasłużyli na nic lepszego, bo na tę służącą był inny plan. Jako pierwsza, bez żadnych nacisków, podjęła współpracę, wskazując, gdzie jej państwo mieli jeszcze mieszkania. Skarbnik, niby wykształcony, a zarazem głupi, cieszył się z propozycji, a może zdawał sobie sprawę, że to jedyna szansa, by przeżyć.

Drugiego z goryli zlikwidowali Syryjczycy. Oni też zajęli się moją ofiarą. Podjęli się zadania likwidacji ciał i czy poszły one na pasze dla bydła, czy też pochowali ich gdzieś w bezimiennej mogile, to mnie serdecznie waliło.

– A, bo bym zapomniał, na wypadek gdybyś nas wystawił: za każdego zabitego w czasie akcji naszego żołnierza lub zakładnika jedno z twoich bliskich traci życie – powiedziałem.

Podniósł się zza stołu, wyraźnie zdenerwowany.

– Spokojnie, ty wybierzesz, przecież jesteś najważniejszy, musisz przeżyć, twoja żona i dzieci nam nic nie powiedzą, nie masz się o co martwić. Ty zachowasz głowę – dodałem, wychodząc z pomieszczenia.

Miałem wstępne dane, ale brakowało mi wiedzy o głównym przywódcy organizacji, nie miałem nawet jego portretu pamięciowego. Skarbnik zapewniał, że nie kontaktował się z nim osobiście, zawsze przez e-mail i telefon. Numer, który miał zapisany w swojej komórce, stał się już nieaktywny. Ich boss zmieniał go co jakiś czas.

 Na tę chwilę najważniejszym zadaniem było odbicie zakładników i na tym musiałem się skupić. Ponownie skontaktowałem się z Moskwą. Dali zielone światło i zapewnili, że dostanę pełne wsparcie i wolną rękę w działaniu.

Mogłem zacząć planować akcję odbicia zakładników.

+++++

W trybie alarmowym zebrałem wszystkich, łącznie z Polakami. Centrala ruszyła swoich agentów w tym rejonie, by obserwowali budynek i okolice. Tak, nasi uprowadzeni nie byli już na łodzi. Przetrzymywano ich w kompleksie trzech stłoczonych ciasno zabudowań, usytuowanych w pobliżu przystani Al Abdeh.

 Nie zebrałem ludzi w sali konferencyjnej, nie chciałem o tej porze budzić dowodzącego „Kuzniecowem”, gdyż tam było profesjonalnie wyposażone pomieszczenie. Nie do końca ufając, czy nasze kwatery nie mają syryjskich „pluskiew”, wziąłem wszystkich na plażę przy porcie.

– Coś wiemy? – zapytał mnie „Andkor”.

– Tak, wreszcie mamy ich lokalizację– odparłem.

– To lećmy, na co czekamy, do jasnej cholery – wyrzucił z siebie młody polski podporucznik.

„Nagleniec, furiat, w gorącej wodzie kąpany” – oceniłem go w pierwszej chwili.

Wszyscy usiedli w kręgu. Któryś z moich zapalił latarkę. Wziąłem patyk i zacząłem rysować na piasku sytuację taktyczną.

– Budynki znajdują się tutaj, w pewnym oddaleniu od linii brzegowej, a tu mamy drogę… – zacząłem.

– Czy wy nie macie czegoś lepszego, zdjęć, prezentacji, co to kurwa jest, będziesz nam tu rysował plan na piasku – przerwał mi „Góral”.

– Pan go uspokoi panie kapitanie, a przede wszystkim mam pytanie do pana, panie młodszy lejtnancie. Co pana wiąże z zakładniczką? – wyrzuciłem z siebie, bo gość zaczynał mnie wkurwiać.

Nastała cisza. Porucznik natychmiast zamilkł i wbił wzrok w piasek. Zgasiłem jego zapał, uderzając w czuły punkt.

– Ponawiam pytanie – nie zamierzałem odpuścić. – I żądam natychmiastowej odpowiedzi.

Nikt nie miał zamiaru zabrać głosu. Polacy patrzyli po sobie, jakbym chciał wiedzieć, czy kiedyś kopulowali z kozą. Słychać było tylko szum morza.

– Kapitanie „Andkor”, nie otrzymałem odpowiedzi, a od tego zależy, czy wprowadzę was dalej w sytuację taktyczną. Milczcie dalej, to jutro wsadzam was w autobus i pojedziecie do UNDOF-u. Sam dam sobie radę – zagroziłem.

– To jest sympatia „Górala”, mieli się zaręczyć po misji – usłyszałem wreszcie.

– Czy was tam w Polsce pojebało, dajecie mi tu emocjonalnie związanego z zakładnikiem człowieka!

Toż to podstawowy warunek, by nie wysyłać delikwenta na misje odbicia bliskiej osoby. Procedury procedurami, lecz w jakiś sposób próbowałem zrozumieć „Górala”. Chciał dobrze, nie mógłby sobie wybaczyć, że tu nie będzie, ale na miły Bóg, od czego są przełożeni?

– Nie, nie jestem zgodnie z prawem… – zaczął się tłumaczyć podporucznik.

– Nikt panu nie dał głosu, młodszy lejtnancie. Jak wół pierdzi, to obora słucha. Jeszcze tu kurwa dowodzę – postawiłem go do pionu. – Kapitanie „Andkor”, pan uspokoi swojego człowieka i przekaże mu, że zostaje wyznaczony do grupy wsparcia, tu na miejscu – dodałem.

„Góral” wstał, widziałem w jego wzroku wściekłość. Gdyby mógł, rozszarpał by mnie gołymi rękoma.

– „Góral”, kurwa, usiądź – rzucił „Andkor”.

Posłuchał się przełożonego. Mogłem spokojnie przedstawiać dalej plan działania.

– Kogo pan wyznaczył od siebie, panie kapitanie? – zapytałem.

– „Pikora” – ma doświadczenie w walce na platformach, „Brysiek” ma doświadczenie z Jugosławii, „Hart” i „Jaśko”, oraz ja – usłyszałem w odpowiedzi.

– Za dużo, biorę pana, „Pikora” tego „Harta” i „Jaśko”. Nie jest mi potrzebny drugi specjalista od broni zespołowej. Potrzebuję operatorów. „Brysiek” zostaje w grupie odwodowej razem z trzema ludźmi z tutejszego specnazu, plus drugi pański człowiek o ksywce „Pumciak”. Jeżeli pan chce kogoś podmienić, to ostatnia szansa – zadecydowałem, dając polskiemu kapitanowi szansę manewru.

Był spoko, dlatego tak postąpiłem. Zwykle decydowałem sam i nie tolerowałem dyskusji. Teraz zrobiłem wyjątek.

– Pozostaje tak, jak pan wskazał – usłyszałem w odpowiedzi.

– Jebcie się – usłyszałem cichy szept podporucznika.

– Słyszałem to, kurwa! – zareagowałem natychmiast.

– Sebastian, wypierdalaj stąd! – momentalnie zareagował „Andkor”.

Zwolniłem swoich ludzi, Polski dowódca postąpił tak samo. Zostaliśmy sami.

– Przepraszam za niego, jest zabujany w tej ratowniczce – zaczął się tłumaczyć polski kapitan.

– Rozumiem, ale musi pan trzymać swoich ludzi na krótkiej smyczy, szczególnie jego. To lider, szanuję takich, ale jest zbyt emocjonalnie związany. Pan rozumie, nie mogę – odparłem.

Dostrzegłem, że zgadzał się z moją decyzją.

– Dlaczego nie możemy operować swoją bronią, tylko waszą, swoją znamy jak własną kieszeń – zapytał.

– Kapitanie, nie wiem, jakie zadania pan wykonywał na misji, ale pewnie w mundurze, z nieśmiertelnikiem i w ramach konwencji genewskiej. My tu działamy, a jakby nas nie było. Deponujecie tabliczki tożsamości u nas, zakładacie elementy umundurowania starego typu, takie, jakie mają terroryści, Broń jest nie do namierzenia, bo ma spiłowane numery. Jesteśmy duchami, akcja, odskok i nas nie ma. Jak coś pójdzie nie tak, to nie chroni nas żadne prawo międzynarodowe. Jak zginiesz, te jebane arabusy albo zakopią cię byle gdzie, albo wpierdolą do morza. Walczyłem z nimi, wiem, co potrafią zrobić. Lepiej wycofaj swoich ludzi, jak się o nich boisz. Zrozumiem. Liban o nas nie wie, Syryjczycy też nie dostaną informacji. Dla mnie najważniejsi są zakładnicy, oni czekają na nas. Musimy mieć wspólną broń, to kwestia amunicji i wymienności, wasza jest znakowana, nasza czysta, a jeżeli nie, to z rejonu działań wojennych, nikt jej nie namierzy, myślisz, że ta starsza jest gorsza, że nie jest sprawdzona?

– Nie, nie wycofam moich ludzi. A jak kwestia dowodzenia? – zdawałem sobie sprawę, że prędzej czy później padnie to pytanie.

– Dowodzę osobiście, moim zastępcą jest „Wołk”, potem ty i „Akuła”. Obiecaj mi, że w razie czego wyprowadzisz moich ludzi.

Jego wzrok mówił sam za siebie. Moja prośba była nie na miejscu. My, ludzie z jednostek specjalnych nie powinniśmy nawet o tym wspominać. To normalne, ale chciałem mieć pewność.

– Obrażasz mnie w ten sposób – słusznie zauważył.

Poczułem się głupio. Chwyciłem go za dłoń.

– Wiem, ale w odwrotnej sytuacji, nie poprosiłbyś o to samo?

Kiwnął głową twierdząco. Objąłem go i przytuliłem po męsku. Chwilę klepaliśmy się wzajemnie po plecach.

– Na co czekamy teraz? – zapytał.

– Na dane z rozpoznania i dokładne mapy, plan jest klepnięty. Czas iść spać. Jutrzejsza noc będzie najważniejsza.

 

Rosyjska baza morska w Tartus, Syria, następny dzień, godziny poranne.

 

Od świtu trwały intensywne przygotowania do akcji. Ostatnie zajęcia na strzelnicy, omówienie, kto z kim będzie współdziałał, oraz podział ludzi do dwóch śmigłowców. My realizowaliśmy swoje zadania, piloci analizowali profile terenu i miejsca możliwego desantu. Wspierający nas batalion walki radioelektronicznej przestawiał na odpowiednie azymuty systemy antenowe. Słowem, maszyna ruszyła i działała bez zakłóceń.

Każdy, kto miał bezpośrednio stawić czoła wrogowi, miał przydzielone uzbrojenie. Nie kombinowałem zbytnio w tej kwestii – operatorzy otrzymali subkarabinki AKS-74UB z tłumikiem dźwięku PBS-5. Operatorom broni zespołowej („Buranowi” i „Koli”) wydano takie same subkarabinki, lecz dodatkowo z podwieszanymi wyciszonymi granatnikami 30 mm GSN-19. Tylko snajper „Patron” dysponował wyciszonym karabinem WSS „Wintoriez”. Zrezygnowałem z kaemu, nie przewidywałem długiej walki, a i przeciwnikowi daleko było do regularnego wojska. Karabin maszynowy waży, jest długi i trudno go ukryć. Wzmocniłem grupę dodatkowym AK-74UN z podwieszanym granatnikiem.

Jako broń krótką wybrałem wytłumione rewolwery OTs-38 konstrukcji Stieczkina. To niezawodne, bardzo ciche cacko. Wada – mała pojemność bębna (5 naboi), jednak celność i skupienie na pięćdziesięciu metrach –  zadowalające. Na plus tego modelu działało to, że znajdował się na wyposażeniu jednostek specjalnych armii syryjskiej. Polacy trochę się na nie krzywili, lecz po zajęciach na strzelnicy przekonali się do tej broni.

Pozostałe uzbrojenie, takie jak granaty flash-bang i klasyczne zaczepne „skorupy”, również były standardowe i jednolite w swoich typach. W kwestii noży szturmowych dałem podwładnym wolny wybór.

Dla każdego przygotowano używany komplet umundurowania, jakie kiedyś nosiła armia libańska, pochodzący z amerykańskiego demobilu. Tu był miszmasz – trafiały się też bluzy i spodnie w pustynnym niemieckim „Flecktrammie” oraz pojedyncze elementy z demobilu armii brytyjskiej. W taki sposób chcieliśmy upodobnić się do naszego przeciwnika. W przypadku ucieczki lub niepowodzenia łatwo można wtopić się w tłum, nie wzbudzając podejrzeń.

Elektronika pozostała jednolita. Stroboskopowe lampy, noktowizory osobiste, radiotelefony i inne niezbędne gadżety musiały charakteryzować się niezawodnością i kompatybilnością z siłami, z którymi współpracowaliśmy. Tu nie było mowy o dowolności i improwizacji. Każdy z nas miał także znacznik widoczny w podczerwieni, abyśmy się wzajemnie nie powybijali.

– Panowie, teraz godzina przerwy. Kto chce, niech napisze list do bliskich i zaadresuje, jakby coś, dostarczymy. Widzimy się za godzinę, nie chcę znaleźć u nikogo rzeczy osobistych, zdjęć. Kto nie czuje się na siłach, ma teraz czas, by to powiedzieć. Wszyscy zrozumiemy. Lepiej spasować, niż zawieść w walce – wypowiedziałem wyuczoną formułkę, którą musiałem jeszcze raz powtórzyć bezpośrednio przed wylotem.

Nikt się nie zgłosił. Dostrzegłem poważne miny swoich ludzi i Polaków.

– Widzimy się za godzinę – dodałem po chwili.

Udałem się do kontenera mieszkalnego. „Akuła” wyszedł z niego i zniknął mi z oczu. Takie listy pisze się na osobności. Czasem trzeba coś powiedzieć na głos, skupić myśli, po prostu zostać samemu. Nikt nie kreśli ostatnich słów do bliskich ot tak, nie ma jednego przygotowanego szablonu. Za każdym razem robi się to inaczej.

Wyciągnąłem z kieszeni długopis i wziąłem kartkę A4. Zacząłem pisać.

 

„Kochane moje dziewczyny,

Wiedzcie, że byłyście dla mnie całym światem, ale czasami ten zły świat potrzebuje mnie, bym zrobił na nim porządek.

Katiu, kochana moja, opiekuj się naszymi córeczkami i wychowaj je na dobrych ludzi.

Tamarko, wybacz mi za to, co Ci zrobiłem, pomagaj mamie, jak tylko możesz najlepiej. Jesteś mądrą i śliczną kobietką i wiem, że to zrobisz.

Nadiu, skarbie mój, moja malutka kruszynko. Słuchaj się mamy i starszej siostry, bądź grzeczna i nie płacz za tatą. Mnie już nic nie boli i jest mi tutaj dobrze.

I Ty, moja najmłodsza córeczko, szkoda, że Cię nie poznałem, że nie było mi dane Cię zobaczyć, przytulić i dotknąć. Wiedz jednak, że kocham Cię bardzo mocno.

Przepraszam za wszystko, co Was złego spotkało z mojej strony. Wybaczcie mi.

Będę Was strzegł stąd, jak tylko umiem najlepiej.

Kocham Was nad życie.

Wiktor”.

 

Odłożyłem długopis i wyciągnąłem z szuflady białą kopertę. Włożyłem do niej złożoną kartkę. Zalepiłem ją i zaadresowałem.

„Wrócę, muszę wrócić” – postanowiłem w duchu.

Usłyszałem pukanie do drzwi.

– Wejść – krzyknąłem. W otwartych drzwiach dostrzegłem kierownika sekcji wywiadowczej.

– Wiktorze, mamy dane, a do naszego ptaszka zadzwonił jego boss – oznajmił mi porucznik.

– Mów!

– Przerzut dzisiaj w nocy, łodzią, coś mówili, że przed świtem, na moje oko druga, do trzeciej nad ranem, bo potem już dnieje.

– Gadał normalnie ten skurwysyn, nic nie usłyszałeś podejrzanego? – obawiałem się, że skarbnik mógł jakimś słowem-kluczem ostrzec swoich pobratymców.

– Osobiście dałem mu telefon i byłem przy nim. Gadał normalnie i rzeczowo. Nie odważyłby się odjebać takiego numeru. Był przy tej rozmowie pański człowiek – „Wołk”. Przystawił młodszej córce tego chuja nóż do gardła. Nie ma takiej opcji – uspokoił mnie.

„Wołk” – perfekcjonista w każdym calu. Nie poszedł pisać listu i wypoczywać, tylko sprawdził, co się dzieje z naszym gagatkiem. Błogosławiłem go za to.

– Tu są dane z rozpoznania agenturalnego. Kurwa, trudny obiekt, ale niedaleko portu. W środku według wywiadowców jest osiem-dziewięć celów, w tym bocznym budynku kolejnych dwóch lub trzech – dodał, wręczając mi zrobione zdjęcia, z zaznaczoną lokalizacją budynku, potencjalnych pozycji oraz luźne zapiski dotyczące uzbrojenia przeciwnika.

– Jakieś bliższe dane o zakładnikach?

– Nie.

– Dziękuję.

– Powodzenia.

Zamknął drzwi za sobą. Wstałem zza stolika i wyszedłem przed kontener. Minąłem się z „Akułą”.

– Odpoczywaj, nie marnuj sił – poleciłem.

Skierowałem się do miejsca, gdzie przetrzymywano naszych więźniów. Nie było tam już „Wołka”. Wartownik z piechoty morskiej poinformował mnie, że mój zastępca udał się do siebie. Tam też go nie zastałem. Jego współspacz – „Patron” zaprzeczył, by ten pojawił po zajęciach. Mogłem przypuszczać, gdzie poszedł i tam też się udałem.

Kontener mieszkalny dla gości znajdował się nieco na uboczu. Miałem zamiar zapukać, lecz coś mnie od tego odwiodło. Dyskretnie zbliżyłem się do okna i stojąc tak, by być niezauważonym, spojrzałem do wnętrza.

Stał, głaszcząc Janę po twarzy. Ta kompletnie naga rozpinała guziki jego munduru, całując go namiętnie w usta. Powinienem przerwać i odejść, lecz coś mnie trzymało. Pochłaniałem kolejne obrazy – dziewczyna zaczęła całować nagi tors, a on zatopił usta we włosach Arabki.

Byłem świadkiem ich pieszczot, jakże sensualnych, naturalnych i pięknych. „Wołk” poddawał się jej i nie robił nic, na co nie wyraziłaby zgody. Muskała męski nagi tors zmysłowymi wargami. Wzięła dłonie mężczyzny i nakierowała na krągłe, nieduże piersi. Zachwycał się nimi, delikatnie je masując, a po chwili obsypał pocałunkami. Libanka odchyliła głowę do tyłu, poddając się pieszczotom. Obiema dłońmi mierzwiła włosy „Wołka”.

„Odejdź, zostaw ich!”

Na palcach wycofałem się spod okna. Nie, nie w moim stylu było, by ich podglądać.

Wróciłem do swojej kwatery. „Akuła” leżał na łóżku ze słuchawkami na uszach. Kiedy mnie dostrzegł, chciał wstać, ale dałem mu znak ręką, by pozostał na miejscu.

Znów usłyszałem pukanie do drzwi, dosłownie gdy zwaliłem się na kojo.

– Tak, wejść – rzuciłem.

W drzwiach stał polski podporucznik. Podniosłem się z łóżka.

– Czy możemy porozmawiać na osobności kapitanie? – zapytał.

Kiwnąłem głową na znak, że się zgadzam. Wstałem i wyszedłem na zewnątrz.

Kiedy znaleźliśmy się przy jednym z niezamieszkałych kontenerów, otworzył się przede mną. Słuchałem go w skupieniu, a on mówił. Opowiadał o swojej miłości do tej kobiety, o tym, jak bardzo mu na niej zależy. Nie mógł kłamać ani bajerować – to było zbyt realne i na swój sposób piękne. Przeprosił mnie za wczorajsze zachowanie. Wspomniał o jakimś Radku, który zginął. Słowem, wysłuchałem scenariusza na film sensacyjno-romantyczny.

Zdawałem sobie sprawę, do czego dąży. Nie miałem zamiaru cofać podjętej decyzji ani dawać mu złudnych nadziei.

– Rozumiem cię i zadziałałbym podobnie, może nie tak ostro, ale biorę to na karb twojego młodego wieku – zacząłem. – Wiedz jednak, że wydanych rozkazów nie cofam. Będąc na stanowisku dowodzenia, też masz udział w walce. My tam będziemy tylko operatorami zależnymi od pilotów, ludzi z zakłóceniówki, logistyki, a nawet od gównianego kucharza, bo i ten, jak spierdoli danie, to dostaniemy sraczki i dupa z misji.

Po wyrazie jego twarzy, zauważyłem, że nie o taką odpowiedź mu chodziło. Chciał mnie przekonać, bym wziął go na akcję bezpośrednią. Nie mogłem tak postąpić.

– Skoro mam zostać tutaj, to obiecaj mi, przysięgnij, że ją uratujesz, daj słowo oficera – naciskał, a w jego oczach dostrzegłem coś, jakby zapowiedź łez.

Objąłem go i przyciągnąłem bliżej siebie. Klepałem po plecach jak „Andkora”, wtedy w nocy. Młody oficer musiał naprawdę kochać tę ratowniczkę.

– Masz moje słowo, słowo oficera jednostki „Wympieł”. Dostaniesz ją całą i zdrową, jeśli jeszcze żyje.

Nie wiedziałem, czy go to uspokoiło. Na odchodne podał mi rękę. Uścisk naszych dłoni był mocny, męski.

– Nie zawiedź mnie.

– Nie zawiodę – odparłem.

 

Okolice Al Abdech, Liban, kompleks budynków niedaleko portu, późne godziny popołudniowe.

 

Od kilkunastu godzin byli więzieni w budynku mieszkalnym. Klaudia nie wiedziała, gdzie i o jakiej porze ich tu przywieziono. Założyli jej i Aloszy jutowe worki na głowę i wrzucili na pakę dostawczego samochodu. Poczuła chłód, więc albo był to wczesny poranek, albo późne godziny popołudniowe. Wcześniej, gdzieś się zatrzymali na kilka lub kilkanaście godzin. Gdzie i po co, tego nie wiedziała. Zdawała sobie sprawę, że tamte godziny spędziła – pod pokładem jednostki pływającej, gdyż czuła delikatne kołysanie.

Nie wytrzymałaby tam chyba dłużej, choć człowiek potrafi podobno znieść wiele. Wszechobecny smród moczu, bo załatwiali się tam, gdzie przebywali, i co gorsza kału, a obok leżące ciało Denisa. Zesztywniałe, zimne i wydzielające specyficzny, trupi fetor.

Prześmierdła tą kakofonią odorów. Pod pokładem było gorąco. Razem z Aloszą kisili się we własnym pocie. Ona, czyścioszka, od trzech dni nie zmieniała bielizny. Woń moczu zmieszany z tym, co unosiło się w powietrzu, oraz zapachy spod pach i z krocza. Ohyda. Czuła się jak troll, jak bezdomna, która nie dba o higienę. Skóra swędziała niemiłosiernie. Oddałaby wszystko za dwuminutową kąpiel w morzu. Cholera, nawet w Bałtyku w lutym, byle tylko pozbyć się smrodu, który lepił się do jej ciała.

W piwnicy domu tkwiła już tylko z Aloszą. Ten starał się ją pocieszać, jak mógł, lecz wyczuwała, że bał się tak samo jak ona. Nie wiedzieli, co tamci zrobili ze zwłokami Denisa…

Wtedy, gdy się ocknęła i dostrzegła w ramionach lekarza zwłoki specnazowca, pożegnała się z nim.

– Śpij, odpoczywaj Denis, jestem tu z tobą – wyszeptała i pocałowała go w czoło.

Nie mogła już dłużej wytrzymać, swędzenie skóry stało się nieznośne. Okolice intymne piekły przesiąknięte moczem i wydzieliną z pochwy. Nigdy nie doprowadziła się do takiego stanu. Zdała sobie sprawę, że wkrótce nabawi się jakiegoś zapalenia lub grzybicy.

Ryzykując, dźwignęła się z podłogi i zaczęła walić w drzwi. Alosza patrzył na to z niedowierzaniem i lękiem w oczach.

– Biełka, zabijesz nas.

Usłyszała zbliżający się odgłos kroków i po chwili szczęk zamka w drzwiach. Wyrósł przed nią zamaskowany Arab z  kałasznikowem w dłoniach.

What do you want? – zapytał łamaną angielszczyzną.

Bath, shower, please. I am, a woman, please – poprosiła.

Wait – padła odpowiedź, a zaraz potem furta zamknęła się tuż przed nosem Klaudii.

Alosza tkwił skulony w rogu pomieszczenia. W porównaniu do warunków, jakie panowały na łajbie te miejsce mogłoby być „Hiltonem”. Dostawali regularnie jeść i pić. Mogli wychodzić za potrzebą, gdy to zgłosili. Posiłki były lepsze i zjadliwe. Nigdzie jednak nie dostrzegła umywalki.

Wróciła na leżący na posadzce siennik. Nim zdołała się położyć, wrota celi się otwarły, Zauważyła w nich wartownika i Araba, który w lepszym stopniu opanował angielski.

– Chcesz się wykąpać? – zapytał.

 Tak, poproszę – odparła.

– Wstań i chodź – rzucił krótko.

– Biełka, nie rób tego, proszę cię – usłyszała od Aloszy po rosyjsku.

Wartownik wpadł do pomieszczenia i zdzielił go kolbą karabinka w twarz.

– Proszę, nie – wyrzuciła z siebie.

Terrorysta-poliglota powstrzymał kompana jakąś niezrozumiałą komendą. Ten przestał zadawać ciosy i chwycił Klaudię za ramię, a potem pociągnął za sobą. Nie stawiała oporu. Prowadzili ją w miejsce, gdzie jeszcze nie była. Pamiętała tylko, że po drodze nie pokonywała schodów.

Wprowadzili ją do niewielkiego pomieszczenia, oświetlanego przez żarówkę o małej mocy. Dostrzegła miednicę wypełnioną wodą, mydło i jakiś skrawek szmaty, który miał chyba pełnić rolę ręcznika. Stanęła i obejrzała się za siebie. Obaj terroryści tkwili przy drzwiach i nie mieli zamiaru zostawić jej samej.

„Pies ich jebał, ja jestem najważniejsza” – przemogła się i poczęła ściągać elementy umundurowania i bielizny.

Stłumiła poczucie wstydu. Stojąc zwrócona do nich plecami, całkiem naga, obmywała ciało zimną wodą, od czasu do czasu namydlając dłonie i rozprowadzając nimi detergent na skórze. Obaj oprawcy przyglądali się jej bacznie, oparci o ścianę. Zastanawiała się, co by zrobiła, gdyby nagle ruszyli w jej kierunku. Miała pod ręką metalową miednicę i pewnie nią naparzałaby intruzów.

„Nie, nie dam się zgwałcić tym chujom”.

Słyszała śmiechy i zapewne głupie docinki. To, że było ich dwóch, na swój sposób okazało się zbawienne. Żaden z nich nie chciał zrobić pierwszego kroku, licząc, że to ten drugi zacznie.

Finish, finish, Polish bitch – usłyszała.

Ubierała się szybko. Przez chwilę tylko rozważała, czy warto zakładać cuchnące figi na odświeżone ciało.

„Szew od spodni obetrze cię, głupia cipo, szorstki materiał spodni będzie cię podrażniał”.

Thank you – rzuciła, gdy „biegły” w angielskim chwycił ją za ramię.

Dojrzała lubieżny wyraz oczu terrorysty. Patrzył wzrokiem napalonego małolata, który dojrzał masturbującą się nauczycielkę i teraz chce posiąść przyłapaną niewiastę.

Spanikowała, gdy spostrzegła, że nie prowadzą jej z powrotem do celi. Arabowie wprowadzili ją do niewielkiego pomieszczenia po drugiej stronie budynku. To lokum najprawdopodobniej spełniało funkcję techniczną. Postawiono ją przy drugich drzwiach z siatki stalowej, za nimi tkwiły jakieś narzędzia i urządzenia.

No, no – zaprotestowała.

Wartownik uderzył ją kolbą w brzuch. Zwinęła się i  poczuła, jak na nadgarstki ma zakładane metalowe kajdanki. Kolejne „bransoletki” wkrótce unieruchomiły kostki stóp. Po chwili stała przymocowana w czterech punktach do siateczkowej konstrukcji drzwi. Całkiem bezbronna i bezsilna.

– Zostaw mnie Anas, zrobię swoje, a ty później – odprawił wartownika poliglota.

Zwarła ciało, napięła je do granic możliwości.

„Nie, nie dam się” – postanowiła, mimo faktu, że tkwiła na przegranej pozycji.

Została sama z tym, który kumał angielski lepiej niż inni. Terrorysta usiadł na krześle i patrzył na nią.

– I co, niewierna suko, jesteś moja – stwierdził z tryumfem w głosie.

Jak zawsze, gdy znajdowała się w niekomfortowej sytuacji, patrzyła swojemu oprawcy prosto w oczy.

Arab wstał i powoli zaczął zbliżać się do niej. Schylił się i wyjął nóż. Rozpoznała nóż Gurkhów – nacji, z którą pracowała w UNIFIL-u. Cisi i spokojni z natury, ale w głębi serca wiedziała, że to niezwykle odważni i wojowniczy ludzie. Stacjonowali na misji tam, gdzie inni mówili „pas”. Razem z Hindusami obstawiali najbardziej wysunięte placówki. Zawsze serdeczni i otwarci. Pamiętała, jak przyleciała ze swoimi do ich bazy na rutynowe szczepienia.

– Pamiętamy was Polaków, wy jesteście bohaterski naród, my po raz pierwszy na Monte Cassino żeśmy się wycofali. Dziękuję, pani. Jest pani zawsze mile widzianym gościem – usłyszała wtedy od dowodzącego kontyngentem, nepalskiego majora.

– To nóż Gurkhów? – zapytała, chcąc na chwilę zająć czymś Araba.

– Baba, a wie, wyjebałem ich transporter w 2005 i mam go od tego czasu.– usłyszała w odpowiedzi.

Stanął z nią twarzą w twarz. Słowa Denisa, że specnaz nie zostawia swoich, powróciły do niej w tej chwili.

Począł rozpinać guziki damskiego munduru. Nie mogła mu się przeciwstawić. Rzuciła tylko krótkie „No” po angielsku.

– Niezła jesteś, niewierna suko, zaraz się zabawimy – rzucił, rozcinając sportowy biustonosz.

Półkole piersi wydostały się na zewnątrz. Wsunął teraz dłoń pod jej spodnie, sprawnie tam obmacując.

– Nie podniecam cię, sucha pizdeczko jesteś.

Gdy poczuła, jak palec wsuwa się do pochwy, opluła go. Ślina wylądowała na policzku Araba.

Wytarł ją drugą dłonią i przerwał penetrację.

– Jebana kurwo, zaraz pożałujesz! – wrzasnął, policzkując Klaudię.

Dostawił ostrą jak brzytwa klingę do lewej piersi. Poczuła ból, gdy ostrze noża nacięło skórę.

– Mój narzeczony cię zajebie, przy wsparciu Radka, zapierdolą cię – rzuciła, nie wiedząc dlaczego.

Krew popłynęła z rany. Szubrawiec ponownie zaczął wsuwać dłoń w majtki Klaudii.

– Jebie twojego narzeczonego i jakiegoś Radka. Gdzie oni teraz są?

Rozszerzał palcami wargi sromowe. Próbowała się rzucać na prawo i lewo, ale kajdanki nie puszczały.

– Przestań! – usłyszała nieznajomy, donośny głos.

Jej oprawca wyprężył się na baczność i zaczął trzymać ręce przy sobie.

– Zostaw ją!

W drzwiach stał jakiś elegancko ubrany facet. Zbliżył się do poligloty i z całej siły uderzył go w twarz.

– Nie wstyd ci? Ty, nasz lokalny przywódca, a zamierzałeś… – zaczął.

– Nie, to nie tak… – próbował się tłumaczyć niedoszły gwałciciel.

– Wynoś się!!!

Zostali sami, Klaudia i jej chwilowy wybawca. Niewysoki, dorównywał jej wzrostem. Miał zamaskowaną „arafatką” twarz. Widziała tylko brązowe oczy, a te lustrowały na wpół nagie ciało. Postąpił w jej stronę.

Cała drżała. Ten wzrok był zimny i bezlitosny. Przerażał ją. Nigdy jeszcze u nikogo nie widziała takiego spojrzenia.

Bała się, straszliwie się bała…

Przejdź do kolejnej części – Duch Lewantu III: Wilcza sfora

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Rozdział mocny, chwilami drastyczny, ale bez przesady. Nie takie rzeczy już tu czytałem. Może gdyby Wiktor spełnił niektóre ze swoich gróźb… ale przecież wiadomo, że blefuje i raczej nie wyszedłby poza egzekucje prawdziwych terrorystów.

Ogólnie cała seria, podobnie jak dwie poprzednie, to porządna pisarska robota. Jammer to solidna firma, wiadomo, czego się po nim spodziewać. Akcji, nerwów, herosów o kanciastej szczęce i pięknych, dość nieporadnych (by można je było ratować) dziewczyn. I tym razem właśnie to serwuje. A ja bardzo lubię stołować się w tej właśnie restauracji. I już mam smaka na kolejne danie!

Serdecznie dziękuję za komentarz.
Z tą porządną pisarską robotą i solidną firmą to lekka przesada. Staram się coraz bardziej, ale bez pomocy korektora, obraz opowiadania byłby inny, najeżony, sporą ilością błędów.
Kolejną potrawę postaram się sprawnie przekazać do Megasa, celem wyrzucenia z niej niestrawnych kąsków i odpowiedniego doprawienia.
Pozdrawiam.

No, wreszcie nadgoniłem te historię. Długi weekend, który dla mnie zaczął się już wczoraj, to dobry moment na taką lekturę: Bałtycki Rybak Dusz, Strażniczka Bałtyku przeczytana, dwa pierwsze rozdziały Ducha też.

Widzę, że w tej opowieści jak w Gwiezdnych Wojnach – nikt nie zostaje martwy na długo. Radek wraca i to nie w swojej dziecięcej wersji. Poszło szybko i płynnie, bez przestojów.

Nie jestem pewien, czy podobam i się przywracanie do życia postaci, z którą już zdążyłem się pożegnać, ale Wiktor jednak zachowuje się znacząco inaczej, co pokazał w tym rozdziale. Czy strata pamięci może tak znacząco odmienić tożsamość? Zmienić ratownika medycznego w zimnokrwistego mordercę? A może to zasługa szkolenia specnazu. Rosjanie mają długą tradycję przemieniania normalnych ludzi w bestie, że wspomnę choćby takich ludzi jak Wasilij Błochin, główny egzekutor z Katynia, który osobiście rozstrzelał kilka 10-15 tysięcy ludzi.

Fabuła rozwija się ciekawie. Przeniesienie wydarzeń z naszego Wybrzeża w mniej znane rejony zapobiegło popadnięciu w monotonię. Klaudia niech się trzyma w niewoli, a Wiktor i trochę odsunięty na boczny tor Sebastian niech jej szukają. Jak wszystko się wyjaśni będzie niezły pierdolnik. Każdy (oprócz Seby) ma tu po dwie rodziny, w dodatku z dziećmi. Ciekawe, jak z tego wybrniesz, autorze.

Witam Drogiego Czytelnika,
Zrobiłeś niezły maraton. Podziwiam i jest mi bardzo miło. Dziesięć opowiastek po blisko godzina każda, niezły wyczyn.
Masz rację, przerzucenie akcji w klimaty bliskowschodnie zapobiegło monotonii, na dodatek wplecenie wątku Wiktora, na swój sposób podgrzewa atmosferę.
Czy wyjdzie z tego „niezły pierdolnik”? – wyjdzie w kolejnych odcinkach. Czy wybrnę z tego dobrze, i po myśli Czytelników – sami ocenicie. Z pewnością jednym przypadnie do gustu, inni będą niezadowoleni ( podobnie jak z powrotem Radka).
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.

Widzę, że ta historia będzie znacznie bardziej brutalna niż poprzednie. Nie wiem czy zdołam doczytać ją do końca, przy scenie przesłuchania miałam już opory, ale fabuła ciekawi i chciałabym wiedzieć, dokąd to zmierza i jak się skończy.

Witam serdecznie,
Na wstępie zawarłem ostrzeżenie, zdając sobie sprawę, że nie każdy toleruje takie sceny.
Nie epatuje brutalnością tylko dla przyjemności. Uznałem, że taka jest potrzeba, fabuła tego potrzebuje. Czy przeszarżowałem, jak widać, zdania Czytelników są podzielone.
Dobra informacja, to taka, że ten odcinek jest najostrzejszy, gdzieś jeszcze pojawiają się inne opisy o mniejszym ładunku.
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie.

Dobry wieczór,

mimo, że rozdział kończy się tuż przed operacją bojową, to i tak emocji w nim nie brakuje, no i posuwa akcję naprzód. Jestem ciekaw, jak potoczy się sama misja bojowa, bo już czuję, że coś nie wyjdzie i Klaudii tak łatwo odbić się nie uda.

Co do erotyki, poza krótką sceną podglądania kolegi z przygodną kochanką, w tym rozdziale przeważa zdecydowanie gun-porn: rewolwery, pistolety, subkarabinki, karabiny, z podwieszanymi granatnikami lub bez. Mam głęboką nadzieję, że miłośnicy (i miłośniczki!) takich klimatów będą usatysfakcjonowani(e)!

Co do drastycznej sceny – no jest, pewnie. Ale sam pisałem chyba bardziej drastyczne. Więc trochę mi smutno, że jammer106 już na tym etapie odpuszcza wyścig na szokowanie Czytelnika 🙂 Bo z kim innym będę rywalizował w kategorii 'gore’?

Czekamy zatem na kolejny rozdział, tym bardziej, że ten kończy się cliffhangerem!

Pozdrawiam
M.A.

Witam Megasa Wielkiego,
„Jestem ciekaw, jak potoczy się sama misja bojowa, bo już czuję, że coś nie wyjdzie i Klaudii tak łatwo odbić się nie uda.” – po części kolejny odcinek da odpowiedź. Nie zaspojleruję, niech to pozostanie chwilową tajemnicą.
„Co do erotyki, poza krótką sceną podglądania kolegi z przygodną kochanką” – no, mamy jeszcze „grę wstępną” terrorysty poligloty z Klaudią na samym końcu, ale to też taka namiastka erotyki.
„Więc trochę mi smutno, że jammer106 już na tym etapie odpuszcza wyścig na szokowanie Czytelnika 🙂 Bo z kim innym będę rywalizował w kategorii 'gore’?” – Megasie, wolałbym z Tobą rywalizować w kwestii bezbłędnego warsztatu, a nie kto opisze bardziej brutalną scenę tortur lub morderstwa. Sam wiesz jak u mnie z tym jest, dużo pracy, a co poprawię, to inne kwiatki wychodzą. Nie każdy też lubi tego rodzaju „szokowanie”. Pocieszę Cię jednak, jest jeden odcinek (ale nowej serii), gdzie owe wątki zagoszczą, jeden, a może nawet więcej (bo się piszą).
Kolejny odcinek, to ten bardziej, jak to określiłeś „gun-porn”.
Postaram podesłać go ASAP.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz oraz za korektę – jak zawsze dogłębną i perfekcyjną.

Leave a Comment