
Źródło: Pixabay
Nie był ani specjalnie przystojny, ani specjalnie wysoki, wręcz kilka centymetrów ode mnie niższy, więc w szpilkach wyraźnie nad nim górowałam. Do tego wycofany. Czasem sprawiał wrażenie wystraszonego, szczególnie, że miał duże, jasnoszare oczy, które wydawały się smutne. Swoją drogą rzadko się śmiał, najczęściej tylko lekko, jakby przepraszająco. Raptem kilka razy widziałam na jego twarzy promienny uśmiech, szczery i głęboki, który wypełniał całe ciało blaskiem, wyprężał zwykle lekko zgarbioną sylwetkę i unosił kilka centymetrów nad ziemię. W takich chwilach był piękny. Ale nie to lubiłam w nim najbardziej…
Poznaliśmy się zupełnym przypadkiem. Tak łatwo było się minąć, nigdy nie spotkać. Uciekłam z przyjęcia organizowanego przez przyjaciółkę w najdalszy kąt ogrodu, żeby odetchnąć trochę świeżym powietrzem i uspokoić myśli, a tam na dziecięcej huśtawce siedział już on. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni, bo przytłoczona obowiązkami gospodyni uznała, że skoro jestem niemal domownikiem, poradzę sobie sama. Nie poradziłam. Ludzie w większej ilości mnie przytłaczają, a obcy przerażają. Ale z nim było inaczej. Pewnie dlatego, że też uciekł i to dokładnie z tych samych powodów.
Drobny i szczupły, oświetlony z boku nikłym światłem ulicznej latarni przefiltrowanym przez liście rozłożystego orzecha, sprawiał wrażenie młodszego niż był. Najpierw pomyślałam, że ktoś przyprowadził dziecko, jednak to było tylko chwilowe złudzenie.
Aż dziwne, że wtedy nie uciekł…
Miałam już męża i córeczkę, która dopiero co poszła do przedszkola. I mimo natłoku najróżniejszych obowiązków, a może właśnie przez ten natłok, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że żyję cudzym życiem, spełniając cudze marzenia. To nie ja chciałam hucznego ślubu, nie ja wybrałam nudnego acz statecznego męża z dobrze rokującym zawodem, a nawet nie ja wierzyłam, że macierzyństwo jest moim powołaniem i dopełnieniem kobiecości. Jeszcze nie do końca rozumiałam kto i jak mi to zrobił, czemu tak łatwo uległam owczemu pędowi i poczuciu, że muszę spełniać oczekiwania bliskich mi osób, ale nabierałam głębokiego przekonania, że bardziej kompletna okazałabym się bez tego wszystkiego. Naga.
I z nim właśnie mogłam być naga. Szczera. Prostolinijna. Prawdziwa.
Nie był mi do tego niezbędny, ale pomógł stworzyć bezpieczną przestrzeń, w której w końcu zdołałam się przed kimś otworzyć. Nade wszystko niczego nie oczekiwał, choć z wdzięcznością brał, jeśli chciałam coś podarować.
Przyznam, że wtedy się nad tym nie zastanawiałam, ale po czasie poczułam delikatną obawę, że jego wyjątkowa empatia i wyczulenie na moje nastroje wynikały z trudnych doświadczeń. Niemniej nie byłam terapeutką, nie miałam ambicji nikogo leczyć, a prawdopodobnie sama wymagałam uleczenia. Pozostaje mi więc liczyć, że nasza relacja w jego życie również wniosła odrobinę światła. Wydaje mi się, że tak, mimo że na wskroś egoistycznie po prostu brałam.
Tamtego wieczoru usiadam na huśtawce obok, z trudem w wąskie siedzenie wcisnęłam swoje bujne biodra. Długo milczeliśmy, milczeniem miękkim i łagodnym, bez choćby cienia niezręczności, nawet na siebie nie patrząc. Kiedy w końcu odwróciłam głowę, odwzajemnił mój ruch. W ciemności nie dostrzegłam oczu, jedynie lekko uniesiony kącik ust. Tajemniczy nieznajomy zanurzony w mroku majowej nocy pachnącej jaśminem. Wydało mi się to szalenie poetyckie i samoistnie zrymowało z pocałunkiem.
Wyciągnęłam ostrożnie rękę, żeby dotknąć jego policzka. Drgnął niczym wystraszone kocię, ale po chwili ufnie wtulił w moją dłoń, niemal się łasząc. Jednak oswojony – pomyślałam. Ale czy bezpański? Pochyliłam się w jego stronę, też się pochylił. Zabrakło ledwie kilku centymetrów. Zawahałam się. Wtedy chwycił moją huśtawkę i przyciągnął. Pierwszy stanowczy ruch. Pierwszy z własnej inicjatywy. Ten pocałunek był krótki i niewinny, a jednak zmienił wiele. Nie, nie zakochałam się wtedy, ani wtedy, ani później. Nie poczułam motyli w brzuchu, za to zrobiłam się lekka, jakby ktoś doczepił mi całą masę balonów próbujących oderwać mnie od ziemi.
Miałam już trochę doświadczeń z mężczyznami, zdradziłam nawet kilka razy męża, ale to były jednorazowe przygody, wszystkie co do jednej rozczarowujące. Wydaje mi się, że chciałam sobie udowodnić, że nadal jestem atrakcyjna. Mimo trzydziestki na karku, urodzenia dziecka, kilku kilogramów za dużo… Może trochę mściłam się na mężu, który nie miał dla mnie czasu i nie słuchał, co do niego mówię. W sumie trudno powiedzieć. A może po prostu tak wyszło, bo nie potrafiłam odmawiać? Bo wypiłam o jednego drinka za dużo? Bo miałam zły dzień i naiwnie wierzyłam, że taka namiastka bliskości poprawi mi humor? Bez znaczenia.
Najważniejsze, że tym razem było inaczej. Dzień był dobry, nie piłam, czułam się bezpiecznie, po prostu naszła mnie chętka na małą psotę. Ot tak. Pocałunek zrymował się z nocą, z upajającym zapachem jaśminu, od którego kręciło się w głowie. Nie planowałam nic więcej, mógł zostać mężczyzną bez imienia, a nawet bez twarzy, z ledwo widoczną w półmroku połówką uśmiechu.
Pomilczeliśmy jeszcze chwilę, a potem wróciłam do gwarnego towarzystwa w tonącym w ciepłym świetle domu. Nagle znalazłam się niemal na innej planecie, ale mój mały sekret przyjemnie łaskotał w środku. Co ciekawe on najwyraźniej został na zewnątrz albo wręcz uciekł bez pożegnania. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Prócz mnie, oczywiście.
Kilka tygodni później zauważyłam, że jakieś nowe konto polubiło moje posty z ostatnich dwóch lat – hurtowo, jak leci. Łączyło nas sporo wspólnych znajomych, przyjrzałam się więc z zaciekawieniem dosłownie pięciu dostępnym zdjęciom. Same widoczki, mroczne, nietypowe ujęcia miasta. Żadnego opisu. Nic niemówiąca nazwa konta. A jednak coś mnie tknęło i spytałam po prostu: to Ty?
I tak, to był on. Na piśmie równie mało wylewny, acz komunikatywny. Nic nie ukrywał, odpowiadał na wszystkie pytania, nawet jeśli czasami dosyć zdawkowo, niemniej w razie czego wystarczyło dopytać. Wścibski też nie był. Rozmowa kleiła się o tyle o ile. Dopiero gdy zboczyliśmy na temat literatury, miał nieco więcej do powiedzenia.
Od czasu do czasu coś do siebie pisaliśmy i nic nie wskazywało, że liczy, iż nasza znajomość rozwinie się w jakiś konkretny sposób, choć kiedy miałam na to ochotę, poświęcał mi sporo uwagi. Aż przyszedł taki dzień, gdy koniecznie chciałam spotkać się na żywo z dowolną przyjazną istotą. Pogadać. Pospacerować. Pobyć.
Okazało się, że ma czas i ochotę, choćby za piętnaście minut. Jak głupio to nie zabrzmi, przytulaliśmy się wtedy do drzew. Pozwolił mi się wygadać, wykazał zainteresowanie i zrozumienie, jakiego nie czułam od wielu lat. Znów były te baloniki.
Musiał już wiedzieć, że mam męża i dziecko, że na żywo nie wyglądam równie kusząco, jak na skrupulatnie wybranych, pozowanych zdjęciach w internecie i że jestem od niego starsza co najmniej z pięć lat, a może nawet więcej. Mimo wszystko spytał, czy do niego wejdę.
Weszłam. Wstawił wodę na herbatę, a ja rozglądałam się po surowym wnętrzu schludnej kawalerki, w której największym meblem było starannie zasłane łóżko. Wzrok przyciągały jedynie książki – całkiem spory stosik na podłodze, kilkanaście starannie ustawionych na półce. Niektóre z okładek znałam, ale że czajnik wesoło zagwizdał na gazie, odwróciłam wzrok w jego stronę. Nie miał stołu, nawet małego stolika kawowego, a jedynie krzesło barowe przy kuchennym blacie i bambusową tacę na parapecie.
Jakoś tak naturalnie wyszło, że usiedliśmy na podłodze, oparci plecami o łóżko z rozdzielającą nas tacą z dwiema czarnymi czarkami z zieloną herbatą i talerzykiem z herbatnikami. Wieki nie jadłam herbatników, wieki też nie siedziałam na podłodze. Było w tym coś szalenie intymnego i dziwnie odmładzającego, jakby wraz z promieniami popołudniowego słońca do pokoju wpadały refleksy studenckich lat. Mój podły nastrój po prostu prysł…
Nawet nie wiem jak i kiedy minęły dwie godziny, taca wróciła na parapet, a ja siedziałam z głową opartą na jego ramieniu. Czułam przyjemne ciepło i dłoń powoli gładzącą moje włosy. Niestety gdzieś tam w oddali wciąż czyhała na nas rzeczywistość. Na pożegnanie przytuliliśmy się mocno.
Nie rozumiałam, co zaszło ani czemu nie mogę przestać myśleć o powrocie do tego malutkiego mieszkanka w odcieniach szarości, ale najwyraźniej już wtedy było nieuniknione, że wrócę. Nie pragnęłam go, nie pragnęłam nawet sama być pożądana, pragnęłam po prostu poczuć spokój. Pustkę, która daje ukojenie.
Kilkanaście dni później nogi same zaniosły mnie pod jego drzwi. Nawet się nie zdziwił, kiedy otworzył drzwi.
– Zaparzyć herbaty? – spytał po prostu.
Nie chciało mi się pić, chciało mi się całować, a on pozwolił się prowadzić niczym w tańcu. Idealna symetria kroków. Idealna symetria dotyku.
– Ciii… – wyszeptałam i położyłam palec na jego miękkich ustach.
Odpowiedział tym samym. Obrysowałam opuszkiem jego wargi, on obrysował moje. Przesunęłam dłoń na policzek, on przesunął swoją. Zrobiłam krok w przód, on też. Nawet żadne z nas nie musiało się pochylać, po prostu patrzyliśmy sobie w oczy. Byliśmy. Trwaliśmy. Bez oczekiwań. Bez poszukiwania dowodów. Ot tak, delektując się bliskością drugiego człowieka.
Niespiesznie zbliżyliśmy wargi do warg, raz po raz delikatnie muskając, ja jego górną, po chwili on moją. Zanurzyłam palce w jego włosy, on w moje. Jeszcze nigdy nie czułam podobnej harmonii. Zsynchronizowane oddechy, zsynchronizowany rytm serca – w magiczny sposób się do mnie dostroił. Do ciała i duszy. Instynktownie wiedział jaką poruszyć strunę. A może lgnęłam do niego, bo okazał się lustrem?
W tamtej chwili nic nie miało znaczenia. Nie byłam żoną. Nie byłam matką. Córką. Przyjaciółką. Pracownikiem. Byłam sobą. Ciałem. Swoimi zmysłami. Krwią pulsującą w żyłach i spłyconym oddechem. Skórą głowy delikatnie głaskaną. Lekko rozchylonymi ustami szukającymi po omacku drugich ust. Nagle wyczulona na dotyk i spragniona drobnych przyjemności. Ust zostawiających na szyi mokry ślad. Dłoni gładzących nagą skórę pleców. Zębów przygryzających płatek ucha. Nie palił mnie żaden ogień, nie chciałam posiąść ani być posiadana, chciałam po prostu wychylić tę czarkę herbaty…
A więc piliśmy z siebie nawzajem, czuli i uważni, z powagą należną rytuałowi, w miejscu, które, jak przystało na pawilon herbaciany, niczym nie rozpraszało naszej uwagi. To my staliśmy w centrum tokonomy niczym dzieło sztuki. Jego blada skóra o odcieniu surowego lnu pachniała delikatnie drzewem sandałowym, miękka i gładka, ale niemal pozbawiona smaku, jakbym zaczerpnęła wodę z górskiego strumienia. Orzeźwiał. Dawał wytchnienie.
Niespiesznie poznawaliśmy swoje ciała, nie dążąc do żadnego celu, nie zrywając ubrań, a raczej po omacku badając granice miedzy luźną miękkością bawełny, a napiętym ciepłem ludzkiej skóry. I choć bezsprzecznie oboje pragnęliśmy więcej, syciliśmy się swoim nienasyceniem. Wyszłam od niego lekka, szczęśliwa, z głową pełną wszystkiego, co pozostało jeszcze do odkrycia, bez lęków i obaw o przyszłość.
Weszło mi w nawyk pojawiać się bez zapowiedzi, czasem tylko na chwilę, na pocałunek, pięć minut przytulania lub czarkę herbaty. Zawsze miał czas i ochotę, zawsze potrafił zrównać swój oddech z moim, przy tym nigdy nie domagał się czasu ani uwagi. Były dni, gdy wymienialiśmy wiadomości setkami, były też całe tygodnie milczenia.
Od dawna irytowało mnie, że o uwagę męża muszę zabiegać. Organizować czas i miejsce, budować nastrój i jeszcze przebierać się w fikuśne fatałaszki, jakbym ja sama już nie wystarczyła. Moje ciało, pragnienia, potrzeba bliskości. Jakby to nie kobieta była zdobyczą, o którą trzeba walczyć. Widać cenne trofeum stanowimy jedynie do czasu, a potem zdobyte, odstawione na półkę niczym bibelot, już tylko zbieramy kurz, używane jedynie od święta, gdy właściciel przypomni sobie łaskawie o naszym istnieniu. O istnieniu innym niż w kuchni lub przy desce do prasowania.
Pewnie dlatego prawdziwym odkryciem okazał się ten prosty fakt, że wystarczam, że niczego mi nie brakuje i o nic nie muszę zabiegać. Zwykła. Normalna. Codzienna. Bez świec. Nastrojowej muzyki. Koronkowej bielizny. Szpilek. Pomalowanych paznokci i fryzury prosto z salonu.
To był gorący, parny dzień, od wielu godzin zbierało się na burzę, ale od czasu do czasu wychodziło piękne słońce. Powietrze wydawało się ciężkie i lepkie, ubranie kleiło się do skóry, a krew gotowała w żyłach, mimo dyskomfortu, buzująca gwałtownie i pulsująca tuż pod powierzchnią. Łechtaczka, niczym miniaturowe serce, trzepotała między udami, próbując wydostać się na wolność, a zapach, ten zapach, otulał mnie niczym najdroższe perfumy. Całe godziny w pracy marzyłam, żeby urwać się wcześniej i pobiec do niego, opowiedzieć bez słów o potrzebie dotyku, głodzie spojrzenia, niecierpliwości pragnienia.
Bezczelnie wyrąbałam w napiętym grafiku dwugodzinną lukę, tylko dla nas. Dla siebie. Takie mini wakacje. Prezent bez żadnej okazji.
Gdy weszłam do magicznego świata jego malutkiego mieszkanka, poczułam, że wszystko, co obce mnie uwiera, uciska, tłamsi. Choć jeszcze nigdy nie widział mnie całkiem nagiej, bez cienia wstydu zdjęłam ubranie. Tak po prostu. Naturalnie. Bez wstydu i bez kokieterii. Nie przejmując się rozstępami, cellulitem, nieujarzmionym włoskiem tu i ówdzie ani śladami po wrzynającej się we wszystkie krzywizny i miękkości tkaninie. To po prostu nie istniało, była tylko moja pierwotna kobiecość, dzikość, bogini tkwiąca wewnątrz. A on patrzył zafascynowany.
Syciłam się tym spojrzeniem. Traciłam pod nim lata i kilogramy, znów coraz lżejsza i szczęśliwsza, dziewczęco beztroska. Ręce same, nieco chaotycznie, a napewno mało elegancko, zaczęły błądzić, szukając czułych punktów, dawno zapomnianej przyjemności pieszczenia samej siebie. Satynowa gładkość własnej skóry zaparła mi dech, delikatne łaskotanie zadziwiło. Niemal popadłam w samozachwyt. Te zmysłowe krzywizny! Ta miękkość! Ten wewnętrzny, rozedrgany rytm!
Byłam kapłanką odprawiającą starożytny rytuał i bóstwem, do którego się modli. Byłam wodą rzeźbiąca krajobraz i pustynią w rozkwicie, na którą spadł właśnie deszcz. Księżycem przyćmiewającym blask gwiazd i aksamitną czernią nocnego nieba. A on chłonął. On spijał mój czar.
Gdy sięgnęłam ku pierwotnemu źródłu, już żądna z niego zaczerpnąć, rozległ się pierwszy grzmot i o parapet uderzyły potężne krople długo wyczekiwanego deszczu. Chwyciłam między palce aksamitne fałdki i próbowałam wyłapać rytm w tym całym chaosie. Ja i świat dookoła zlaliśmy się w jedno. Błyskawice rozświetlały mi purpurowo ciemność pod powiekami, a grzmoty elektryzowały wszystkie nerwy, przepuszczając przeze mnie łaskoczący prąd. Ta burza trwała we mnie. Dudniła. Targała włosy. Ta burza była mną. Ja byłam burzą. Nagle głośna, gwałtowana, nie do opanowania. Nagle bębniłam, nagle sama nadawałam rytm całemu światu. A świat patrzył, czuwał i drżał w posadach, zafascynowany zjawiskiem niemalże nadprzyrodzonym. Mną.
Wystarczyło tylko kilka precyzyjnych uderzeń, wycyzelowanych, dokładnych. Nikt inny nie wiedziałby jak. Nie wiedziałby gdzie. Zatrząsł się świat, a krzyk o mało nie rozbił szyby. Ona została jednak cała, ale na mnie popękała cienka gipsowa powłoka, z której się otrzepałam i wyszłam niczym motyl z kokonu. Już nie poczwarka, już ćma.
Otworzyłam oczy. Był tam, na wprost, ciągle ubrany, przyklejony do ściany i nadal pełen zachwytu, może nawet jeszcze większego. Nikt inny nigdy tak na mnie nie patrzył. Nikt inny nigdy tak skutecznie nie leczył spojrzeniem starych ran.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Emilia
2025-11-04 at 10:24
Aniu, cenię sobie w Twoich opowiadaniach, a w tym szczególnie, piękny język oraz styl. Wiesz jak pisać, by czytelniczkę 'dotknęło’, by wyzwolić silne emocje. Fabuły są mniej istotne, często stanowią pretekst. Ale przeżycia i to, jak zostały oddane – to jest jak najbardziej realne i na długo pozostaje pod skórą.
Ania
2025-11-05 at 10:02
Dziękuję za miłe słowa 🙂
Cóż, rzeczywiście celuję raczej w obyczajówkach, w których nie ma wartkiej akcji, ale przecież na takie utwory też jest miejsce…
Uśmiechy
A.
Lamia
2025-11-04 at 15:09
Dobrze, że opowiadanie nosi tytuł „Artur”. Bez tego nie wiedzielibyśmy nawet jak ma na imię kochanek-niekochanek głównej bohaterki.
Bo przecież on tak naprawdę w tym opowiadaniu nie istnieje poza chwilami, gdy może podziwiać, afirmować i podnosić samopoczucie narratorce. Ta traktuje go całkowicie użytkowo – jak jej smutno i źle, bez zapowiedzi składa mu wizytę (on zawsze na nią czeka), zaspokoja swoje potrzeby, jakiekolwiek by akurat nie były, a potem znika na całe „tygodnie milczenia”.
Początkowy, dość uważny opis Artura sugerował bardziej partnerski związek. Wysaje mi się, że koncepcja opowiadania uległa głębokiej zmianie podczas pisania. Zaczęło się jak relacja z prawdziwego romansu, zakończyło – jak kliniczny niemal zapis narcystycznych fantazji i urojeń głównej bohaterki.
Inna sprawa, że świetnie napisany. Ten finalny odjazd z rytuałem i auto-deifikacją może odrobinę przesadzony, ale w sumie, osobowości narcystyczne tak właśnie mają.
Ania
2025-11-05 at 10:25
Hej,
nie każda opowieść o relacjach-damsko męskich musi być od razu romansem. Nader często, szczególnie przygodnym seksem, ludzie próbują po prostu zagłuszyć swoją samotność albo poprawić sobie samopoczucie. Wydaje mi się też, że od początku dość konsekwentnie pisałam o tym, że nie był bohaterce niezbędny i że bynajmniej się w nim nie zakochała…
Jedyne co mnie martwi to fakt, że oceniasz bohaterkę nader surowo. Gdy mężczyzna traktuje kobietę „całkowicie użytkowo” nikt nie wytyka mu zaburzeń psychicznych, a najwyżej nazywa dupkiem. W realnym życiu zresztą mężczyźni, nawet jeśli liczą na coś więcej, nie mają zwykle nic przeciwko zostaniu „wykorzystanym”.
Tutaj widzimy dużą dysproporcję sytuacji życiowych – ona jest pracującą młodą mamą, która najprościej w świecie ma mało czasu (i tak cud, że jakiś znajduje!), a on samotnym facetem, który prawdopodobnie czasu ma aż nadto. Dlatego może czekać… i najwyraźniej chce czekać.
Narcyzmowi bohaterki przeczy kilka rzeczy. Po pierwsze jest wyraźnie świadoma swoich wad (nadmiarowe kilogramy, cellulit, rozstępy), a po drugie, choć nowa relacja daje jej więcej satysfakcji niż małżeństwo, nie stawia go na szali. Narcyz nie przejmowałby się konsekwencjami swoich czynów…
Uśmiechy
A.
Lamia
2025-11-06 at 15:57
Aniu, oceniam bohaterkę na podstawie tego, co nam dałaś. Opisałaś ją tak, jak pragnęłaś, ja tylko wyciągam wnioski.
Jedną z cech osób narcytycznych jest to, ze nigdy za nic nie biorą odpowiedzialności. A tu zobacz:
„To nie ja chciałam hucznego ślubu, nie ja wybrałam nudnego acz statecznego męża z dobrze rokującym zawodem, a nawet nie ja wierzyłam, że macierzyństwo jest moim powołaniem i dopełnieniem kobiecości. Jeszcze nie do końca rozumiałam kto i jak mi to zrobił, czemu tak łatwo uległam owczemu pędowi i poczuciu, że muszę spełniać oczekiwania bliskich mi osób”
Przyznam, że w tym momencie czytając jej wynurzenia wywróciłam oczami. To nie ona wybrała sobie męża? W XXI wieku? „Kto mi to zrobił”, pyta zdumiona, że ma męża, dziecko i obowiązki. Taka jest wyzwolona, że regularnie zdradza swojego ślubnego, a nie wie, jak działa antykoncepcja? Zachowuje się jak kobieta ujęta w Kodeksie Napoleona – istota wieczyście małoletnia. Niezdolna do ponoszenia odpowiedzialności za własne wybory.
Tak, zauważa swój cellulit, rozstępy i inne niedoskonałości urody. Ale przecież uważa, że to przykre konsekwencje wyborów, które podjął za nią kto inny. Lubi czuć się ofiarą cudzych poczynań, bo wtedy nie musi mierzyć się z faktem, że to ona sama, własnymi decyzjami, doprowadziła się w miejsce, w którym nie chce być.
Ania
2025-11-07 at 08:42
Teraz zaczynam się zastanawiać czy aby napewno to samo rozumiemy pod pojęciem narcyzmu. Z klinicznego punktu widzenia narcystyczne zaburzenie osobowości objawia się przede wszystkim przekonaniem o własnej wielkości, brakiem empatii i nieumiejętnością spojrzenia na świat z innej perspektywy niż własna. Ja tych cech u mojej bohaterki nie widzę.
Unikanie odpowiedzialności jest natomiast bardzo ludzką cechą, wszyscy to robią. Mechanizm dzięki któremu sukcesy przypisujemy sobie, a porażki niesprzyjającym okolicznościom, pozwala nam po prostu ciągle próbować, bez zbędnego obciążenia psychicznego… Bez tego mechanizmu dużo łatwiej byłoby zwariować 😉
Jako istoty społeczne łatwo też ulegamy wpływowi grupy, a jeszcze łatwiej przychodzi nam potępianie każdego, kto lekceważy normy przez naszą grupę narzucane. I wiesz co? To jest dodatnie sprzężenie zwrotne. Łatwo ulegamy, bo to potępienie grupy jest dla nas największą możliwą karą.
A teraz rozejrzyj się dookoła. Czego społeczeństwo oczekuje od młodych kobiet? Ta presja może maleje (albo malała), ale dalej jest wielka…
Uśmiechy
A.
Foxm
2025-11-04 at 20:50
Bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Wiele Twoich tekstów zdarzyło mi się czytać. I czasem wiedziałem, że przeczytam kolejny manifest. Bombastyczny, ważny i głęboki, ale manifest. A historia Artura jest raczej zwyczajna, bez drugiego i trzeciego dna. Bo czasem potrzebujemy z kimś wypić herbatę, o czym niezmiernie rzadko informują nas opowiadania erotyczne.
Najcieplejszy, najjaśniejszy z Twoich tekstów.
Lis
Ania
2025-11-05 at 10:26
A może tylko tego dna nie dostrzegasz? 😉
Uśmiechy
A.
unstableimagination
2025-11-05 at 07:39
Coś w tym opowiadaniu mnie przyciągnęło. Przez chwilę wodziłem wzrokiem po tekście, a kiedy zobaczyłem:
“Jednak oswojony – pomyślałam. Ale czy bezpański?”
Wiedziałem już, że muszę zostać.
I zostałem.
Całość wydaje mi się pięknie napisana, a realizm i wiarygodność sprawiają, że wciąga.
Ciekawostka – nie sądziłem, że można napisać urocze zdanie z wyrazem łechtaczka.
Do tej pory byłem przekonany, że wyraz ten jest najczęściej jak anty-erotyczny granat.
Jego użycie może zniszczyć nie tylko zdanie, ale kilkanaście akapitów dookoła, zwykle zostawiając ziejącą dziurę w nastroju opowiadania.
A tu proszę:
“Łechtaczka, niczym miniaturowe serce, trzepotała między udami, próbując wydostać się na wolność…”
Jest pięknie, a nastrój płynie aż do końca.
Cieszę się, że ten tekst zmienił moje nastawienie do tego słowa.
Odbieram bohaterkę jako prawdziwą i sympatycznie szczerą. Kupuję ją całą wraz z jej wadami, cellulitem i rozstępami.
Dołączam do Artura, by wspólnie pocieszać ją w nieszczęśliwym małżeństwie –
on leczącym wzrokiem, ja myślami.
Ania
2025-11-05 at 10:38
Każde słowo ma swoje miejsce i czas, nie warto żadnego przekreślać na wstępie…
A co do małżeństwa. Cóż. To zawsze był raczej kontrakt, takie małe przedsiębiorstwo mające na celu produkowanie nowych członków społeczeństwa. I nawet jeśli obecnie wielu ludzi na świecie ma bezprecedensową możliwość samodzielnego wybrania partnera, nadal nie gwarantuje to sukcesu. Zresztą nawet najbardziej udany związek nie jest w każdej chwili swojego istnienia szczęśliwy, bo szczęśliwym się raczej bywa niż się jest. Nie przekreślałabym więc tego ukrytego gdzieś w tle związku, może jeszcze coś z niego będzie 😉
Uśmiechy
A.
jammer106
2025-11-06 at 21:48
” To nie ja chciałam hucznego ślubu, nie ja wybrałam nudnego acz statecznego męża z dobrze rokującym zawodem, a nawet nie ja wierzyłam, że macierzyństwo jest moim powołaniem i dopełnieniem kobiecości” – ??? małżeństwo z przymusu? a czymże jest powołanie kobiety, jak nie wydanie potomka? Opisujesz normalna parę, gdzie mi wydaje się to normalnością (ale co ja tam wiem), Naprawdę faceci chcą wielkiego ślubu?
Wiem, nie znam się. Mutantem jakimś jestem. To Wy chcecie (kobiety) czegoś takiego. Biała suknia, welon. Facet to tylko garnitur.
Ania
2025-11-07 at 08:57
Okej… czyli najważniejszą misją życiową kobiety jest urodzenie dziecka, tak?
I sądzisz, że wszystkie kobiety, tak same z siebie, bez najmniejszej presji ze strony otoczenia, są o tym od urodzenia przeświadczone? Rodzimy się z głębokim przekonaniem, że zostałyśmy do tego powołane?
Owszem, społeczeństwo od małego próbuje wpoić nam, że tak jest. Machina rusza jeszcze zanim nauczymy się mówić, a co dopiero myśleć samodzielnie. To jest istne pranie mózgu. I wyobraź sobie, że mimo tego prania mózgu, od zarania dziejów, istnieje pewien odsetek kobiet, które mają na ten temat inne zdanie. Tyle tylko, że część z nich uświadamia sobie pewne rzeczy dopiero, gdy ma już życie ułożone zgodnie ze społecznymi oczekiwaniami.
Z punktu widzenia mężczyzny zakochanego w konkretnej kobiecie rzeczywiście może to wyglądać tak, że to ona chce ślubu, białej sukni i dziecka. Wielu mężczyzn naprawdę godzi się na to tylko po to, żeby uszczęśliwić wybrankę serca. Jednak za jej pragnieniem stoi (często wprost i agresywnie wyrażana!) presja jej rodziny, jego rodziny, a nawet przyjaciółek czy koleżanek z pracy. I oczywiście wspomniane wcześniej pranie mózgu…
Uśmiechy
A.
Tomp
2025-11-07 at 23:35
Niechętnie zabieram głos na tematy niejęzykowe. Nie jestem socjologiem, więc proszę o wyrozumiałość i nietraktowanie moich poglądów jako prawdy objawionej czy naukowej. To tylko moja prawda. Górale mogą mieć swoją, mogę i ja.
Biologicznie rzecz ujmując, w istocie jedynym obowiązkiem i kobiety, i mężczyzny jest rozmnażanie. Rozwój gatunku zapewniała najpierw mnogość potomków (przetrwa najlepszy), a potem rozwój społeczny przesunął akcent na jakość. Nigdy nie miało znaczenia, czy członek społeczności był kobietą czy mężczyzną – jeśli działali prospołecznie (najpierw instynktownie, później wskutek presji społecznej), mieli dzieci.
Różnicowanie płci w tym aspekcie jest szowinizmem płciowym.
Namiętność rozumiana jako feromony obok oceny społecznej (nieprawdą jest, że istniał dobór na zasadzie pierwszy lepszy) swą rolę wypełniały lepiej niż obecna samowola oparta na innych, niespołecznych i niebiologicznych czynnikach.
Dzisiejsze trendy antyspołeczne, chemia tłumiąca feromony, antykoncepcja, wymuszona monogamia i samowola doboru partnera/partnerki wraz z akcentem kładzionym na egoizm kobiet (wcześniej egoizm tolerowano tylko u mężczyzn, gdzie był mniej groźny rozrodczo), przyczyniają się do obniżenia dzietności i spowodują zanik cywilizacji dobrobytu.
Bogate egoistyczne społeczeństwa stają się łupem „barbarzyńców”. Piszę „barbarzyńców” w cudzysłowie, bo to termin ukuty przez bogatych, otłuszczonych egoistów. W istocie poprzez „barbarzyńców” natura przywraca równowagę; są czynnikiem ocalającym ludzkość przed zagładą.
Tak bywało i tak będzie. Zbliża się koniec tej cywilizacji, w której żyjemy, a po niej nadejdzie inna; taka, która będzie płodna. Ta, która naszą zastąpi, też kiedyś obrośnie tłuszczem egoizmu, przestanie rosnąć i też kiedyś zejdzie ze sceny.
Megas Alexandros
2025-11-08 at 22:50
Tompie,
generalnie zgadzam się z Tobą,że obniżanie dzietności to syndrom cywilizacyjnego schyłku. Obecna sytuacja różni się jednak znacząco od poprzednich schyłków tym, że jest właściwie powszechna. Dzietność spada nie tylko w Europie, ale też w Azji Południowo-Wschodniej, Ameryce Łacińskiej, Kanadzie. USA już są poniżej odnawialności pokoleń, lecz trochę ich jeszcze ratuje migracja (Trump usilnie pracuje, by ratować przestała). Indie, Iran są poniżej odnawialności pokoleń, Arabia Saudyjska jest na styk. Korea Południowa i Japonia jednocześnie starzeją się i wymierają, podobnie jak Rosja.
Demografowie mówią, że XXI wiek może być pierwszym od rewolucji przemysłowej, w którym doświadczymy spadku populacji. Przez jakiś czas kontrować to będzie Afryka, która wedle niektórych prognoz ma osiągnąć w okolicach 2100 r. 3 miliardy mieszkańców. Tyle, że to mało prawdopodobne za sprawą innych czynników. Demografowie skupiają się, jak sama nazwa wskazuje – na trendach demograficznych, mniej zauważając takie czynniki, jak zmiany klimatyczne, które uczynią ogromną część Afryki niemożliwą do zamieszkania.
Słowem, po raz pierwszy w dziejach sytuacja wygląda tak, że naszej wymierającej cywilizacji wcale nie musi zastąpić inna, stojąca na niższym szczeblu społecznego rozwoju, ale za to bardziej żywotna (czytaj: jurna). A to dopiero jest niepokojąca perspektywa.
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2025-11-10 at 15:13
Na wstępie pozwolę sobie uzupełnić to, co napisał Aleks. Otóż, choć w Afryce zdecydowanie przyrost naturalny nadal jest dodatni, to jednak tam dzietność również spada. I oczywiście wszędzie obwinia się te złe feministki i „dające w szyję młode kobiety”, choć wiele wskazuje na to, że ludzie (szczególnie mężczyźni!) stają się mniej płodni. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem wydaje się zanieczyszczenie środowiska, niemniej nadal wiele nie wiemy o funkcjonowaniu naszego organizmu i nie można wykluczyć na przykład wdrukowanych w nas mechanizmów kontroli populacji.
Ciekawym wątkiem są tu badania znane pod nazwą „szczurzych utopii” lub „mysich rajów” (tak w wielkim skrócie: https://pl.wikipedia.org/wiki/Zapaść_behawioralna), które oczywiście nie mają prostego przełożenia na populacje ludzkie, ale mogą świadczyć o tym, że natura nie przewidziała mechanizmów radzenia sobie z dobrobytem 😉
Trudno nie zgodzić się, że cywilizacje mają swój własny cykl życiowy – trochę jak super organizmy, które rodzą się, rozwijają, dojrzewają i w końcu umierają. Historia rzeczywiście dobitnie to pokazuje. Czy rozwinięte, dostatnie społeczeństwa określimy mianem egoistycznych jest już bardziej dyskusyjne, skoro to ich normalny etap ich rozwoju…
Biologicznie rzecz ujmując więcej czasu i energii niż na rozmnażanie poświęcamy na oddychanie, jedzenie i wydalanie, a jakoś mało kto próbuje nas przekonywać, że sensem życia jest sranie ;p Wątpię żeby w gruncie rzeczy większość ludzi uważało, że nasze życie powinno być definiowane przez biologiczne funkcje organizmu. Już łatwiej przyznać, że nie ma ono sensu niż, że jego sensem jest realizacja podstawowych potrzeb fizjologicznych.
Dla rozwoju gatunku czy społeczeństwa bynajmniej nie jest niezbędne, żeby wszyscy przedstawiciele gatunku się rozmnażali, wręcz przeciwnie, lepiej żeby robiły to jedynie najlepiej przystosowane osobniki. Zwrócie uwagę, że nie każdy rodzi się jako kobieta lub mężczyzna, wiele jednostek nie dożywa dojrzałości płciowej, część tych, które dożywają jest przez innych uznawana za nieatrakcyjne, część nie odczuwa żadnego pociągu seksualnego, jeszcze inni odczuwają pociąg do własnej płci. Niektórzy z najróżniejszych powodów są bezpłodni, niektóre kobiety na przykład dlatego, że rodzą się bez wewnętrznych organów płciowych. Czy to znaczy, że żadna z tych osób nie może zrobić nic dla społeczeństwa? Moim zdaniem mogą wiele i to nawet dla sukcesu reprodukcyjnego tych, którzy mogą i chcą się rozmnażać.
Absolutnie się też nie zgadzam z zrzucaniem całej odpowiedzialności za niski poziom dzietności na egoizm młodych kobiet. Jeśli już, właśnie na powszechny egoizm. Kiedyś za wychowanie dziecka odpowiadała cała wioska, obecnie, choć rodzicielstwo stało się bardziej intensywne i wymagające, całą odpowiedzialność zrzuca się na rodziców, a często de facto na samą matkę. Nawet dziadkowie czy rodzeństwo coraz częściej umywają ręce, bo przecież mają swoje własne życie. I choć być może odsetek kobiet, które deklarują, że nie chcą mieć dzieci rośnie (aczkolwiek wcześniej odsetek kobiet, które nie chciały mieć dzieci mógł być podobny, tylko one nie miały odwagi o tym mówić!), nadal istniej spora rzesza kobiet, które dzieci chcą mieć. Część z nich nie ma tych dzieci lub ma ich mniej niż chciałaby mieć ze względu na trudność za znalezieniem odpowiedniego partnera (odpowiedzialnego!) lub ze względów ekonomicznych, w tym mieszkaniowych. I nie jest to egoizm, tylko odpowiedzialność – nie chcą jedynie wydać na świat potomka, ale też zapewnić mu godziwą przyszłość.
Nie wiem też Absyncie skąd informacja, że kobiety, które urodziły i wychowały dzieci są bardziej zadowolone z życia. Znasz jakieś badania, które dobitnie to potwierdzają?
Uśmiechy
A.
Absent absynt
2025-11-10 at 10:10
„czyli najważniejszą misją życiową kobiety jest urodzenie dziecka, tak?”
Nieironicznie tak. Jest to misja życiowa w aspekcie biologicznym (przetrwanie gatunku), ale też samorealizacji życiowej. Kobiety, które urodziły i wychowały dzieci są ostatecznie bardziej zadowolone z życia i spełnione niż te, które z tego zrezygnowały.
„I sądzisz, że wszystkie kobiety, tak same z siebie, bez najmniejszej presji ze strony otoczenia, są o tym od urodzenia przeświadczone?”
Może nie od urodzenia, ale od osiągnięcia dojrzałości płciowej owszem – tak działa instynkt macierzyński. Oczywiście dziś jest forsownie tłumiony przez dominującą w naszym kręgu kulturowym ideologię, która z jednej strony obniża rangę macierzyństwa (kobiety, które postanowiłu się skupić na rodzinie są pogardliwie określane kurami domowymi, a rodzice więcej niż dwójga są nazywani wręcz dzieciorobami), a z drugiej – wpychane w robienie kariery, której często nie da się w pełni pogodzić z obiązkami opiekuńczymi. Niektóre feministki twierdzą wręcz, że instynkt macierzyński nie istnieje, zaprzeczając tym samym milionom lat ewolucji naszego gatunku.
„Rodzimy się z głębokim przekonaniem, że zostałyśmy do tego powołane?”
Kiedyś tak było. Antynatalizm wyrządził niestety wiele szkód i zdołał częściowo zanegować naturalny porządek, który pozwalał ludzkości jako gatunkowi na wzrost i rozwój.
Społeczeństwa, w których ta toksyczna ideologia zwyciężyła, zaczynają po prostu wymierać. Imigracja z krajów, gdzie dominują postawy pronatalistyczne może jeszcze przez chwilę zamaskować tę chorobę duszy w statystykach, ale w końcu i to nie wystarczy. Jako Zachód skazani jesteśmy na wymarcie i zastąpienie.
Ania
2025-11-10 at 15:14
Nie wiem Absyncie skąd informacja, że kobiety, które urodziły i wychowały dzieci są bardziej zadowolone z życia. Znasz jakieś badania, które dobitnie to potwierdzają?
Uśmiechy
A.
Tomp
2025-11-10 at 22:09
Podrzucam dane (prawdopodobnie naukowe) na ten temat:
https://bognabialecka.pl/artykuly/czy-bezdzietne-singielki-sa-naprawde-szczesliwsze/
Jeśli komuś nie chce się przebrnąć przez cytowany artykuł (choć jest on krótki), powiem, że autorka-kobieta przerzuca się w nim z feministą (mężczyzną) danymi naukowymi i w konkluzji przytacza, że „dzieciate kobiety są mniej sklonne do samobójstw niż bezdzietne”. Ten argument mi się podoba, bo nie opiera się na ankietach.
PS Feminista ostatecznie wycofał się ze swoich „naukowych” twierdzeń (a w istocie z obrażania matek), że singielki są szczęśliwsze.
Ania
2025-11-12 at 10:43
Myślałam, że chodzi o jakąś dyskusję (i to naukową), skoro napisałeś o „przerzucaniu się” danymi naukowymi. Tymczasem mówimy o krótkim artykuliku po polsku, zresztą bardzo ogólnikowym, odnoszącym się do artykułu w The Guardian, z którego ktoś (niekoniecznie autor!) ostatecznie usunął najbardziej kontrowersyjne zdanie będące jedynie opinią autora… i szczerze mówiąc wątpię, żeby na wycofanie się redakcji z tego zdania jakikolwiek wpływ miał rzeczny polski artykulik.
Niemniej wygląda na to, że autorce chodziło o dane z badania przytoczonego przez Absynta, zapraszam więc do mojej odpowiedzi na jego post…
Uśmiechy
A.
Absent absynt
2025-11-11 at 10:03
https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC7983926/
„Having one, two, three or more children was associated with 64%, 79% and 78% lower suicide rate, respectively, compared with having no children, in models with basic adjustments. When a wide range of indicators of selection into parenthood were taken into account, the suicide rate was 58% lower in parents with one child and 70% lower in parents with two or more children compared with childless individuals (…) In fathers with one, two, three or more children suicide rate was 54%, 64% and 59% lower, respectively, compared with non‐fathers whereas in mothers was 70%, 83% and 93% lower, respectively, compared with non‐mothers.”
Próbka badania: 'tylko’ 1,5 miliona osób.
Bezdzietne kobiety mogą sobie w badaniach ankietowych opowiadać, jakie to są szczęśliwe i spełnione. Mogą to opowiadać choćby przez łzy, ankieta, zwłaszcza wypełniana online, to wytrzyma. Ale tutaj mamy wskaźnik, że tak powiem, obiektywny.
Zaraz jednak usłyszymy, że brak samobójstwa nie oznacza od razu szczęścia. Czy możemy chociaż umówić się, że samobójczynie są zwykle bardzo nieszczęśliwe?
A tu artykuł na podstawie bardziej klasycznego badania nakietowego prowadzonego w USA (Womem’s Wellbeing Survey):
https://ifstudies.org/press-release/married-moms-twice-as-likely-to-be-very-happy-than-single-or-childless-women
„Married mothers are nearly twice as likely to report being “very happy” compared to single, childless women
47% of married mothers and 43% of married childless women say life feels enjoyable, compared to 40% of unmarried mothers and 34% of unmarried childless women”
Nie mam więcej pytań.
Ania
2025-11-12 at 10:43
Pozwolę sobie zrobić krok wstecz, kierując teraz swoje słowa zarówno do Absynta, Tompa jak i Jammera106, bo wydaje mi się, że nieco za słabo to wybrzmiało. Całkiem możliwe, że większość kobiet pełnię szczęścia jest w stanie osiągnąć właśnie dzięki macierzyństwu – bez wątpienia istnieją takie kobiety, choć raczej trudno oszacować, ile ich jest – niemniej ludzie są różni, mają różne potrzeby, predyspozycje i wizje siebie. Narracja, którą przedstawiacie w najmniejszym stopniu dotknie hejtowane przez Was samotne singielki, ona dotknie do żywego kobiety, które marzą o macierzyństwie, ale z najróżniejszych powodów nie mogą urodzić dziecka, często całe życie podporządkowując próbom zajścia w ciążę. One i bez tego czują się wystarczająco podle, a kiedy jeszcze wszyscy dookoła przekonują je, że ich życie nie ma innego sensu niż rodzenie dzieci, cóż… mogą zasilić to nieszczęsne grono bezdzietnych samobójczyń.
A teraz odnosząc się do samego badania… pominę już debatę na temat tego czy wskaźnik samobójstw jest dobrym wyznacznikiem bycia szczęśliwym i czemu akurat to bezdzietne kobiety miałyby kłamać w ankietach, a matki nie.
Po pierwsze kobiety nie dzielą się na bezdzietne singielki i posiadające dzieci mężatki. Mamy też samotne matki, które nigdy nie były w związku, rozwódki, wdowy, kobiety bezdzietne w formalnych lub nieformalnych związkach itd. Badanie, które przytaczasz obejmowało 1,5 miliona dorosłych Szwedów obojga płci, a więc trzeba przyjąć, że mniej więcej połowa z tego to mężczyźni. Wskaźnik samobójstw (zwykle znacznie większy dla mężczyzn niż dla kobiet), to ilość samobójstw przypadająca rocznie na 100 000 osób. Dla kobiet ten wskaźnik raczej nie przekracza 5. Przyjmując więc, że w badaniu udział wzięło 750 000 kobiet, mówimy maksymalnie o 40 samobójstwach rocznie. Dla tak małej próby nie sposób uzyskać istotnych statystycznie wyników.
Badanie dotyczyło osób między 25. a 44. rokiem życia, które do dwudziestych piątych urodzin były bezdzietne, wykluczono więc grupę osób, które zostały rodzicami w młodym wieku. Badacze posiadali też ograniczoną wiedzę na temat zaburzeń psychicznych, w tym depresji, do czego otwarcie się przyznali, nie wiemy natomiast jaką wiedzę posiadali na temat innych chorób – całkiem możliwe, że podobnie jak w przypadku chorób psychicznych, wyłącznie dotyczącą hospitalizacji. Natomiast wiele chorób hospitalizacji nie wymaga, a na przykład powoduje chroniczny ból, odbierający chęć do życia.
Pomijając nawet to wszystko, badacze zauważyli zależność między posiadaniem dzieci, a statystykami dotyczącymi samobójstw. Tyle tylko, że istnienie zależności nie dowodzi w żadnym wypadku, że jest to zależność przyczynowo-skutkowa. Równie dobrze – co nawet wydaje się logiczne – osoby ze skłonnościami samobójczymi i osoby z grup ryzyka, mogą być mniej skłonne do wchodzenia w relacje i/lub przez potencjalnych partnerów odbierane jako mniej atrakcyjni partnerzy. Osoby w depresji czy zmagające się z fizycznym cierpieniem są mniej zainteresowane seksem, więc nawet będąc w związku, mogą mieć mniejsze szanse na zostanie rodzicem…
Uśmiechy
A.
Tomp
2025-11-12 at 16:03
Na socjologii się znam mało, więc naukowej dyskusji w tym temacie nie podejmę. Natomiast nieco znam się na znaczeniach słów i PROTESTUJĘ przeciwko obarczeniu mojej wypowiedzi etykietką „hejt”. Nie hejtuję nikogo, a kobiet z i bez mężczyzn oraz mężczyzn z i bez kobiet w szczególności. Postawiłem intuicyjnie subiektywną (acz moim zdaniem wysoce prawdopodobną) tezę, że za powszechnie obserwowaną (powszechnie w znaczeniu uznanych danych statystycznych) tendencję odpowiada egoizm ludzi bogatych. Przeciwstawiłem się różnicowaniu płci pod tym względem nie po to, by być kłamliwie nazywany „hejterem niepłodnych kobiet” (nawiasem mówiąc, niepłodni bywają i mężczyźni, ale Ty to zjawisko pomijasz), ani kogokolwiek. Jeśli w kontekście tej wymiany poglądów jestem czemuś (nie komuś) przeciwny, to egoizmowi bogatych.
Megas Alexandros
2025-11-12 at 16:52
Jeśli to coś pomoże, jako osoba już raczej śledząca dyskusję, niż czynnie biorąca w niej udział, też nie widzę w niej jakiegoś hejtu. Wręcz przeciwnie, wszyscy uczestnicy debaty wypowiadają się kulturalnie, na poziomie, bez sięgania po argumenty ad hominem, a czasem wręcz z powołaniem na aktualne badania naukowe 🙂
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2025-11-13 at 22:55
Miałem się nie wypowiadać, lecz złamałem swoje postanowienie gdyż zostałem nazwany hejterem.
Poniżej cytuje co napisałem w pierwszym komentarzu:
„a czymże jest powołanie kobiety, jak nie wydanie potomka? …
„Naprawdę faceci chcą wielkiego ślubu?… To Wy chcecie (kobiety) czegoś takiego. Biała suknia, welon. Facet to tylko garnitur.
Tak Megasie, zostałem nazwany hejterem dokładnie w tych zdaniach:
„kierując teraz swoje słowa zarówno do Absynta, Tompa jak i Jammera106”
„Narracja, którą przedstawiacie w najmniejszym stopniu dotknie hejtowane przez Was samotne singielki, ona dotknie do żywego kobiety,”…
A to już delikatne przekroczenie dobrego smaku:
„One i bez tego czują się wystarczająco podle, a kiedy jeszcze wszyscy dookoła przekonują je, że ich życie nie ma innego sensu niż rodzenie dzieci, cóż… mogą zasilić to nieszczęsne grono bezdzietnych samobójczyń.” – ten kto to pisze, daje do zrozumienia że mogę swoim komentarzem popchnąć kobiety, które z różnych przyczyn nie mogą mieć dzieci do próby samobójczej. Słowem- mój komentarz przechyli czarę goryczy tej grupy.
W tych zdaniach nie ocenia się opowiadania – jasno i klarownie następuje personalne zwrócenie się do konkretnych osób.
Skoro ktoś powiedział A, niechże pociągnie to dalej i powie B.
Hejt jest penalizowany (trzy art. KK 212, 216, 257) + dodatkowo namowa do samobójstwa art. 151 KK.
Z urzędu można zgłosić art. 257 i 151 KK.
Jeżeli ktoś ma odwagę nas ( Tomp, Absynt i ja) nazwać hejeterami, niech wykona obywatelski obowiązek i zgłosi to organom ścigania. Odpowiednie służby dojdą do nas (ułatwię to Adminowi i podam swoje dane). Nie ucieknę za granicę i stanę przed Sądem. Niech on określi moja winę lub wskaże że jestem niewinny.
Ba, wystąpię z wnioskiem by Sędzia była kobieta.
Nie wspominam już o tym że komentarze hejterskie winny być natychmiast kasowane przez Moderatora.
Znajdzie się tu taki, kto zgniecie mój/nasz hejt w zarodku. Jest wina, musi być kara. Za 151 KK grozi chyba do 5 lat.
Megas Alexandros
2025-11-13 at 23:20
Jammer106, bardzo Cię proszę, nie rób dramy.
Zwróć uwagę, że Ania w kolejnym komentarzu wycofała się z oskarżenia i przyznała, że „hejt” to za mocne słowo. A już mieszanie w to kodeksu karnego, w dodatku przepisów, które mają się do sytuacji jak pięść do nosa…. chłopie, 6 dych na karku i takie pomysły?
Jak mawiają Anglosasi, „Oh, for fuck’s sake”.
Przeczytaj lepiej „Sekretne kwiaty” naszej dzisiejszej debiutantki. Będzie to lepsze wykorzystanie czasu, niż wertowanie Kodeksu karnego.
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2025-11-14 at 10:43
Jammerze, tak, zdecydowanie zeszliśmy z tematu opowiadania jako takiego, ale dyskusja nadal jest blisko związana z jego tematyką, chyba nawet coraz bliżej. Zaczęło się w końcu od tego czy decyzja bohaterki o posiadaniu dziecka była jej autentyczną decyzją. Na kobiety wywierana jest pod tym względem olbrzymia presja, presja, którą wszyscy trzej wyrażacie też w tej dyskusji. I tak, ta presja pcha czasem niektóre z nich do popełniania samobójstwa. Ty powiesz jedno nieprzemyślane zdanie, ktoś inny drugie i koniec końców ktoś trzeci zakończy życie. Nie zepchnie go z dachu żadna konkretna osoba, ale wszystkie się do tego przyczynią. Dlatego bardzo ważna jest empatia i zniuansowanie, których brak zarzuciłam Wam wcześniej.
Tobie zdanie „czymże jest powołanie kobiety, jak nie wydanie potomka?” wydaje się neutralne, bo jesteś mężczyzną i nie słyszałeś w życiu miliona pytań „a kiedy dziecko?” ani tekstów o tym, że macierzyństwo jest dopełnieniem kobiecości. Ludzie bez namysłu rzucają takie zdania, nie zastanawiając się nawet do kogo. Tymczasem jeśli trafią w czuły punkt, bo na przykład kobieta jest właśnie po piątym poronieniu, może się to skończyć tragicznie. Nie wiesz do kogo trafiają Twoje słowa.
Kobiety są pełnymi, pełnowartościowymi ludźmi, nawet, gdy nie są matkami. Mają prawo do własnych uczuć, emocji, pragnień i do samodzielnego zdecydowania, co jest celem ich życia.
Ja mówię o tym, że kobiety są różne, Ty, że masz prawie sześćdziesiąt lat, znasz kilka, więc wiesz lepiej. Nie znasz wszystkich, nie znasz ich historii, nie siedzisz w ich głowach i najwyraźniej nie potrafisz słuchać. Ani rozmawiać. Warto and tym popracować.
Wbrew temu, co mi zarzucasz, nie bronię Ci posiadania własnego punktu wiedzenia – chcę tylko, żebyś przyjął do wiadomości, że każdy ma własny.
Uśmiechy
A.
jammer106
2025-11-14 at 00:40
Albo jestem niezbyt dociekliwym człowiekiem albo…
„Odnoszę wrażenie, Tomp, że nie zauważyłeś mojej odpowiedzi na Twój post z 7 XI (tej długiej tuż pod odpowiedzią Aleksandra), w której piszę również o niepłodności mężczyzn.
Może rzeczywiście hejt to nieco za mocne słowo, szczególnie w stosunku do Twoich wypowiedzi”
… wydaje mi się że te słowa to do Tompa, nie do mnie. Chyba że do niego szczególnie, a do pozostałej dwójki nieszczególnie, albo wcale.
I to słowo „może”? Może tak, może nie. Każdy niech sobie dopowie.
Brak jasnej deklaracji. Np. Przesadziłem/am lub prostego przepraszam, ale to…
Nie kręcę dramy, bronię się przed oskarżeniami. Nie mi oceniać czy słusznymi, czy też nie.
Gdyby mnie nazwał/nazwała męskim organem – przyjmę, urazy nie czuję, bo nieraz takim byłem.
W kwestii s..syna – odpowiem ostro, bo obraża moja matkę.
W szeroko pojętych wyrażeniach, wskazujących że popełniłem czyn zabroniony, za który powinienem ponieść karę – daje temu, który wygenerował owe oskarżenie opcję zgłoszenia to to odpowiednich organów, za to odpowiedzialnych. Niech one rozstrzygną kto ma rację i wydadzą sprawiedliwy wyrok. To chyba naturalne i normalne.
Teraz hejter, za chwilę dostanę strzała w komentarzu że jestem… I tak przejść bo komentujący/ca , no właśnie co?
„A już mieszanie w to kodeksu karnego, w dodatku przepisów, które mają się do sytuacji jak pięść do nosa” – no właśnie te przepisy tyczą się hejtu. Dokładnie. Kodeks Karny z omówieniem dokładnie je wskazuje. Dlatego polecam każdemu, który, kogokolwiek nazwie w ten sposób, zapoznanie się z tą ciekawą lektura, dla własnego dobra.
„chłopie, 6 dych na karku i takie pomysły?” – nie wiem co wiek ma tu za znaczenie. Powinno to po mnie spłynąć , jak po kaczce, podkulić mam ogon, bo mi już bliżej do końca żywota?
Dostałem zarzut, nazwano mnie (podobnie jak i innych dwóch) hejterem, a nie jest to miłe, ani fajne. Nie wiem czy słusznie, czy też nie, ale pragnę to wiedzieć. Kto w tej sytuacji jest władny rozstrzygnąć? Ja się hejterem nie czuję (subiektywne zdanie) , osoba, która to napisała, ma inne zdanie, przeciwne do mojego. Potrzebny jest ktoś bezstronny, i sorry, ale w sytuacji gdy grozi za to kara odsiadki bezwzględnej 151 KK, to jest nim Sąd.
Nie zależy mi na sprostowaniach i innych rzeczach. Ważcie komentatorzy i Autorzy to co piszecie. Najpierw pomyśl, potem napisz, nie na odwrót.
Rozumiem że Autor tego stwierdzenia działał w emocjach, coś się zagotowało, mój komentarz mu nie „przypasił”, też człowiekiem jestem i dużo rzeczy zrozumiem.
Sekretne kwiaty przeczytam, obiecuję.
Pozdrawiam.
jammer106
2025-11-14 at 11:19
Aniu,
Rozumiem że nadal traktujesz mnie jako hejtera, po komentarzu którego, ktoś może sobie zrobić krzywdę.
Zgłoś mój post do moderacji jako hejterski, a następnie udaj się do najbliższej prokuratury lub jednostki policji i zgłoś podejrzenie popełnienia przestępstwa. Być może uratujesz kogoś.
Ania
2025-11-14 at 12:34
Nie stać Cię na odrobinę autorefleksji?
Ania
2025-11-12 at 16:14
Odnoszę wrażenie, Tomp, że nie zauważyłeś mojej odpowiedzi na Twój post z 7 XI (tej długiej tuż pod odpowiedzią Aleksandra), w której piszę również o niepłodności mężczyzn.
Może rzeczywiście hejt to nieco za mocne słowo, szczególnie w stosunku do Twoich wypowiedzi, ale cały ten wątek dotyczący dzietności wydaje się… cóż… bardzo emocjonalnie nacechowany.
Uśmiechy
A.
jammer106
2025-11-12 at 18:59
Droga Aniu,
„jak i Jammera106…” – skoro zostałem wywołany, to odpowiem, zastrzegam jednak że ostatni raz.
Nie ja pierwszy zauważyłem w swoim komentarzu, coś co OSOBIŚCIE mi nie grało. Dość odważna teza, z którą SUBIEKTYWNIE nie musze się zgadzać i jest dla mnie dziwna.
Nie, nie wsiadłem na Ciebie (jak na Discordzie napisała Androidka), nie hejtowałem, napisałem komentarz. Nie jest to żadne porozumienie „jąder” tudzież penisów, kontra Ty , bo pierwsza zauważyła to Lamia ( podejrzewam- kobieta). Skoro cztery osoby (Tomp, Lamia, Absent Absynt i ja) mamy zbieżne zdania z 8 komentujących to coś jest na rzeczy.
Bronisz swojej racji, jak Częstochowy i nie przyjmujesz że ktoś może mieć inne zdanie. Pal licho, gdybym to tylko ja wrzucił swoje „wiejskiego kmiotka filozoficzne przemyślenia” , nie znam się „byle co zjem, byle co napiszę”, ale tu prócz mnie Szanowana trójka Czytelników, wskazuje podobne odczucia po lekturze, jakże interesującego opowiadania.
Moim zdaniem, trudno Ci przyjąć te uwagi, a komentujących traktujesz nieco z góry (moje odczucie). Dyskusja schodzi na drobne szczegóły (podobnie było jak dyskutowaliśmy pod moim opowiadaniem i w pewnej chwili poprosiłem o przerwanie lub przejście na priv, bo za chwile dyskutowalibyśmy na temat różnic grubości włosa męskiego od damskiego w kwestii depilacji) . Słowem – jedno moje niefortunne zdanie, stało się celem prawie naukowych wywodów. Według mnie, nie tędy droga w komentarzach. Oceniam to jako sztuczne nabijanie komentarzy i też to tam ująłem. No cóż, taki jestem i lubię konkrety, choć może to wyglądać że pasuje i podkulam ogon, nie mając nic więcej do powiedzenia.
Nie podsuwam naukowych badań, statystyki itp. Podpieram się doświadczeniem życiowym (blisko 60 wiosen), Znam wiele kobiet szczęśliwych że mają dzieci i same mówią że małżeństwo i macierzyństwo jest ich spełnieniem, a przytulenie nowej istotki było czymś najpiękniejszym w ich życiu., ba byłyby gotowe za owe dziecko oddać życie (podobnie jak w świecie zwierząt, samice walczą w obronie potomstwa), znam też takie, które są nieszczęśliwe, ze nie mogą owego potomstwa mieć i jest to ich dramat życiowy, oddałyby wszystko za takie szczęście.
Według mnie – Twoja bohaterka jest zwykłą kobietą i tworzy standardowe polskie małżeństwo ( chyba że jestem niezbyt uważnym czytelnikiem), taka Zosia lub Kasia z blokowiska obok, którą spotykam codziennie idąc do pracy, a z jej „starym” czasami pije browara. Nagle w niej się coś obudziło – jakaś wojowniczka, po kilku latach (max 10), a wcześniej to co? Zahukana, idąca za głosem innych? Mnie się to kłóci, może dlatego że zbyt mało wiem o niej, tylko jakieś pojedyncze stwierdzenia. Nie kupuję tego.
Podsumowując – wyleczyłaś mnie z pisania komentarzy, przynajmniej pod Twoimi opowiadaniami. Przeczytam, pozostawię ocenę, a osobiste przemyślenia pozostawię dla siebie. Ty masz swoją wizję, ja odczytuję to inaczej, bo inny niż Ty jestem, a Ty podświadomie pragniesz mnie przeciągnąć na swoją stronę i stwierdzić że Twój punkt widzenia jest jedynie słuszny i basta.
PS. Twoje oceniłem sumą 14/15.
Pozdrawiam, mając nadzieję że nie uraziłem Cię, i że nie odebrałaś mojego komentarza (ogólnie zmieniłbym konstrukcje komentarzy na tym portalu na wzór LOL, gdzie odpowiedź na komentarz Autora nie jest liczona jako komentarz, tylko jako odpowiedź).
Jeżeli Cię jednak obraziłem, to przepraszam, nie to było moim zamiarem i gdybyś mnie nie wywołała, nie produkowałbym się tą odpowiedzią.
Pozdrawiam.
Megas Alexandros
2025-11-12 at 21:18
Dobrze, jammer106, muszę spytać, bo czegoś tu nie rozumiem.
O co chodzi z tym „nabijaniem komentarzy”, który już niepierwszy raz zarzucasz temu i owemu rozmówcy? Wydawało mi się, że to dobrze, gdy dyskusja jest potoczysta, a pod opowiadaniem pojawia się dużo wypowiedzi. To świadczy o tym, że portal żyje, a ludziom chce się mówić o tekstach, a także wokół nich; bo niby dlaczego debata ma się odbywać tylko i wyłącznie o utworze, jeśli zawarte w nim wątki i myśli inspirują do szerszej rozmowy?
Czy wolałbyś, by pod opowiadaniami trwała cisza, ewentualnie, by ograniczały się wyłącznie do wypowiedzi w stylu do „dobrze napisane, oby tak dalej”? Żeby dyskusje przenosiły się wyłącznie na 'priva’? Szczerze, nie rozumiem tego podejścia. Mamy tutaj agorę, na której możemy się swobodnie wypowiedzieć. Po co to tłumić i hamować? Jaka z tego korzyść?
Pozdrawiam
M.A.
jammer106
2025-11-12 at 23:58
„Wydawało mi się, że to dobrze, gdy dyskusja jest potoczysta, a pod opowiadaniem pojawia się dużo wypowiedzi. To świadczy o tym, że portal żyje, a ludziom chce się mówić o tekstach, a także wokół nich; bo niby dlaczego debata ma się odbywać tylko i wyłącznie o utworze, jeśli zawarte w nim wątki i myśli inspirują do szerszej rozmowy?” – no to ja przepraszam. Zawsze wydawało mi się że komentarz ma się tyczyć opowiadania. Według kryteriów warsztat, erotyka, pomysł. Na dywagacje inne, bardziej dogłębne brałem pod uwagę coś takiego jak forum lub coś temu podobnego.
Jeżeli jest inaczej, głowę popiołem posypuję i proszę o przebaczenie. Zachowałem się jak g….rz.
Nabijanie komentarzy to według mnie takie właśnie dysputy o jednym niefortunnym zdaniu, Autor napisał spódnica, a potem wyszło że była w spodniach lub cos podobnego. Każdy swoje doda, Autor każdemu krytykującemu odpisuję i robi się nagle 20 komentarzy bo i inny swoje dorzuci.
Komentujący, dla mnie równa się jeden Czytelnik. Jak skomentuje czterech różnych to mam 4 komentujących i cztery komentarze, a nie 8 komentarzy, bo każdemu odpowiedziałem. Tym sposobem według mnie jest generowanie komentarzy, opcja komentujący-autor-komentujący (ten sam) to jeden twór, i niech sobie dywagują do końca świata i jeden dzień dłużej, a może tam się dołączy ktoś inny i chwała za to. Tylko to nie jest komentarz, bo po chwili z opowiadaniem ma to tyle wspólnego… no może 1% (czasami) .
” Żeby dyskusje przenosiły się wyłącznie na 'priva’” -czy moje dywagacje z Tompem na temat współbieżności wirnika śmigłowca winny się znaleźć w komentarzach? Może tam, może nie. Może powinniśmy to wyjaśnić właśnie na priv, nie generując sztucznych komentarzy i ja lub on posypując głowę popiołem, stwierdzić, no tak nie miałem racji. A tak wrzucając instrukcję, badania socjologiczne, statystykę ect właśnie generujemy KOMENTARZE , a to według mnie komentarzem nie jest, tylko wymiana poglądów.
Zobacz Megasie – Twój komentarz i moja odpowiedź nijak ma się do opowiadania i to jest właśnie to. Generowanie komentarzy, niezwiązanych z opowiadaniem.
Pozdrawiam.
Ania
2025-11-13 at 08:35
Drodzy Panowie,
dla jasności, w żadnym momencie nie twierdziłam, że obrażacie mnie personalnie i nie chodzi mi też bynajmniej o fragmenty, w których oceniacie postępowanie czy postawę życiową fikcyjnej postaci.
Zdecydowanie chodzi mi o Wasze wypowiedzi, w których o niski poziom dzietności, a nawet o upadek cywilizacji obwiniacie kobiety. Kobiety są obwiniane o wszystko, łącznie z tym, że są bite i gwałcone. Łatwo wskazać palcem kozła ofiarnego, trudniej pochylić się nad prawdziwymi, złożonymi przyczynami problemu. I tak, Tomb, to dotyczy również Ciebie, bo mimo, że do tego równania dodałeś mężczyzn, stwierdziłeś też, że egoizm kobiet jest bardziej groźny niż egoizm mężczyzn. Wpisujesz się tym w szerszy trend – wytykanie kobietom egoizmu jest teraz modne i tego rodzaju hasła atakują nas dosłownie zewsząd.
Nade wszystko, jako mężczyźni, wypowiadacie się autorytarnie o tym, co kobiety czują, czego chcą, co je uszczęśliwi i jaki jest sens ich życia. Bez cienia empatii i jakiegokolwiek zniuansowania. Tymczasem każda kobieta jest inna i ma prawo do własnych uczuć, emocji, poglądów i wyborów. O zgrozo, ma nawet prawo do nieposiadania instynktu macierzyńskiego!
Jammerze, po pierwsze Lamia wypowiadała się na temat bohaterki, nie celu istnienia wszystkich kobiet tego świata. Po drugie nie wątpię, że znasz wiele kobiet, które uszczęśliwiło macierzyństwo, ja też, ale nie da się tego uogólnić na wszystkie kobiety, to po prostu niektóre z nich. Nie mówiąc o tym, że nawet jeśli macierzyństwo jest ważną częścią ich życia, nie jest wcale powiedziane, że jedyną istotną, a tymczasem z tej dyskusji można wywnioskować, że powinny zajmować się wyłącznie rodzeniem i wychowywaniem dzieci. Co do natury… cóż, samice czasem bardzo bohatersko bronią młodych, a czasem je porzucają, wyraźnie przedkładając własne życie nad sukces reprodukcyjny. Mało tego, zdarza się, że zjadają swoje młode!
Swoją drogą podczas badania CBOS z 2023 tylko 10% Polek (i 6 % Polaków) w wieku 18-45 lat zadeklarowało, że nie chce mieć dzieci. Naprawdę świat by się nie zawalił, gdyby tej grupie dać święty spokój.
Uśmiechy
A.
Absent absynt
2025-11-13 at 12:21
Za pozwoleniem, w moich wypowiedziach ani razu nie pojawiło się słowo 'egoizm’. Nie zarzucam nic ogółowi kobiet, a już na pewno nie hejtuję osób bezpłodnych, które za sprawą obiektywnych czynników nie mogą spełnić się w naturalnej dla człowieka roli, jaką jest rodzicielstwo.
Pisałem wprost o:
a) ruchach antynatalistycznych, wywodzących się z prądów kontrkulturowych lat 60-tych i 70-tych,
b) szczególnie toksycznych nurtach w ramach feminizmu, które w mężczyznach widzą wrogów, a w heteroseksualnych związkach oraz macierzyństwie – wyłącznie zniewolenie kobiet.
Jedne i drugie od lat zatruwają swoimi ideologicznymi miazmatami głowy millenialsów, a teraz również Z-etek. Przy okazji wbrew deklarowanym celom (danie kobietom prawa do wyboru) feministkom udaje się shame’ować te kobiety, które zamiast kariery zawodowej czy naukowej wybrały skupienie na życiu rodzinnym i wychowaniu dzieci. Przezywając je kurami domowymi i sugerując, że ich wybory podyktowane są fałszywą świadomością albo presją społeczną. Ciekawe, że nie widzą we własnym zachowaniu ulegania presji wspomnianych powyżej ruchów.
Skutki widać jak na gołej dłoni: gwałtowny spadek dzietności, mimo obiektywnie coraz lepszych warunków do łączenia rodzicielstwa z pracą (w ciągu ostatniego dziesięciolecia radykalnie wzrosła liczba żłobków – które teraz trzeba zamykać, bo dzieci brakuje; firmy też w ostatnich latach stały się bardziej otwarte na pracę zdalną i w niepełnym wymiarze).
Jako kraj i naród jesteśmy coraz zamożniejsi, mamy coraz więcej możliwości. A według najnowszej prognozy GUSu w 2060 będzie nas tylko 28,4 mln. I to jest tragedia.
Ania
2025-11-13 at 12:30
Przeczytaj, proszę, co napisałeś. Nie zarzucasz nic ogółowi kobiet, ale wszystko zrzucasz na omamione ideologiami kobiety…
Przy okazji, przed strajkami w sprawie zaostrzenia prawa aborcyjnego, feminizm był bardzo niemodny i młode kobiety ostro się od niego odcinały. Część, choć mniejsza, pewnie nadal to robi.
Uśmiechy
A.
Absent absynt
2025-11-13 at 12:50
Czytam i czytam i nie znajduję. Aniu, wskażesz mi, gdzie
„wszystko zrzucam na omamione ideologiami kobiety…”?
Nie lubię się powtarzać, ale napisałem tak:
„Jedne i drugie (ideologie, nurty kontrkulturowe) od lat zatruwają swoimi ideologicznymi miazmatami głowy millenialsów, a teraz również Z-etek.”
Nie wskazałem ani płci tych, którzy te ideologie głoszą, ani płci tych, którzy im ulegają. Resztę dopowiedziałaś już Ty.
Ania
2025-11-13 at 13:59
Czyli chcesz powiedzieć Absyncie, że uważasz, że to mężczyźni ulegają toksycznym nurtom feminizmu, które w mężczyznach widzą wrogów, a w heteroseksualnych związkach oraz macierzyństwie wyłącznie zniewolenie kobiet? Ciekawe…
Absent absynt
2025-11-13 at 15:33
Chcę powiedzieć Aniu, że powinniśmy się odnosić do tego, co powiedział rozmówca, a nie do tego, co nam się wydaje, że powiedział.
A propaganda antynatalistyczna działa na obydwie płci, to oczywiste.
Ania
2025-11-13 at 15:47
Zdecydowanie wymieniłeś dwa konkretne nurty: antynatalizm i skrajny feminizm, wyraźnie też obu tym nurtom przypisałeś winę ze spadek dzietności.
Absent absynt
2025-11-13 at 16:28
Skrajny feminizm oczywiście bardziej przemawia do kobiet, ale ma wpływ na obie płcie – zatruwając relacje między nimi i pogłębiając wzajemną nieufność. Warto choćby wspomnieć globalny 'trend’ #boysober i 'modę’ na niewchodzenie w związki hetero, bo to ponoć żenada.
Ania
2025-11-14 at 10:02
Ale masz, Absyncie, świadomość skąd wziął się feminizm? I że narracje mówiące o tym, że za całe zło tego świata odpowiadają kobiety ogłupione tą czy inną ideologią, tylko dodają mu paliwa?
Problemem nie jest ta czy inna płeć, tylko fakt, że ludzie okopują się na swoich pozycjach, zamiast rozmawiać i próbować zrozumieć drugą stronę. Nie tylko w kwestii równouprawnienia zresztą.
Padł w dyskusji zarzut, że próbuję przeciągnąć Was na moją stronę, tymczasem próbuję Was jedynie przekonać, że nie ma jednego, jedynego słusznego spojrzenia na świat. Każdy ma prawo do swojego, związanego z jego doświadczeniem życiowym.
Jestem kobietą i nie mam instynktu macierzyńskiego. Nie mogę powiedzieć, że instynkty macierzyński nie istnieje, bo tego po prostu nie wiem. Jestem tylko sobą i znam tylko ograniczoną ilość kobiet, które mogą mi opowiedzieć o swoim doświadczeniu. Ale skoro jestem kobietą i nie mam instynktu macierzyńskiego, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie wszystkie kobiety go mają. I nawet, gdybym była jedyną taką kobietą, będzie to prawda. Ty natomiast jesteś mężczyzną, a więc nie jesteś nawet jedną kobietą, a co dopiero wszystkimi, nie masz więc najmniejszych podstaw, żeby twierdzić, że wszystkie kobiety mają instynkt macierzyński. Twierdząc tak, odmawiasz bycia kobietami, tym wszystkim, które go nie mają…
Podejrzewam, że zawsze istniał pewien odsetek kobiet, które nie chciały mieć dzieci i które widziały dla siebie inną drogę – na kartach historii możemy znaleźć ich ślady. Czy rośnie? Być może… ale pisałam o tym wcześniej, w poście, który wszyscy równo postanowiliście zignorować, zamiast podjąć merytoryczną dyskusję…
Swoją drogą widzę pewną niespójność w Twoim światopoglądzie, bo skoro przyrost naturalny jest tak ważny, wszyscy jako społeczeństwo (lub ludzkość) powinniśmy się starać, żeby kobiety chciały rodzić dzieci, a wydajesz się oburzony faktem, że państwo tak wiele robi dla kobiet…
Uśmiechy
A.
Absent absynt
2025-11-14 at 10:43
Aniu, bynajmniej nie czuję się oburzony, że państwo tyle robi dla kobiet (rodzin, macierzyństwa). Popieram całym sercem politykę prorodzinną.
Oburzyłem się natomiast na Twoją kompletnie nieprawdziwą wypowiedź, o braku wsparcia ze strony państwa – dlatego wymieniłem katalog świadczeń, jakie państwo zapewnia. Możemy się nie zgadzać co do poglądów, ale do licha, nie powinniśmy się spierać o powszechnie wiadome fakty. Polska oferuje szeroką gamę zachęt (finansowych i nie tylko) do posiadania dzieci.
Jeżeli mimo to mamy dzietność dużo niższą niż kraje, które nie oferują nawet połowy tych zachęt, to kwestia najwyraźniej jest kulturowa, a nie majątkowa.
Ania
2025-11-14 at 10:47
No właśnie nie tak znowu ewidentnie, skoro Polki na emigracji rodzą chętniej niż w kraju. Nasza polityka prorodzinna może jest droga, ale nieprzemyślana i nieskuteczna.
Tomp
2025-11-13 at 12:45
W sensie rozrodczo-biologicznym egoizm mężczyzn jest mniej groźny, bo kobieta zapładniacza zawsze znajdzie, jak będzie chciała mieć dzieci, a mężczyzna bez kobiety dzieci mieć nie będzie. Już Bunsch włożył w usta swojego bohatera (jakiegoś wojownika średniowiecznego): „Na rozpłodek zawdy wystarczy”. Było to w kontekście obrony kobiet kosztem mężczyzn, Aniu. Taka probiologiczna postawa mężczyzn wobec kobiet znacznie wyprzedzała ideologię feministyczną. Była obecna we wszystkich kulturach.
Ania
2025-11-13 at 14:03
Jednym słowem pozostajemy ciągle w tym samym uniwersum. Żeby ratować cywilizację kobiety, bez względu na brak wsparcia ze strony mężczyzn i państwa, powinny rodzić dzieci. Nawet wbrew woli potencjalnych zapładniaczy…
I nie nazwałaby obroną kobiet, traktowania ich jak zasobów i jak potencjalny łup.
Absent absynt
2025-11-13 at 15:30
„kobiety, bez względu na brak wsparcia ze strony mężczyzn i państwa, powinny rodzić dzieci. ”
Trochę przecieram oczy ze zdziwienia.
Wsparcie ze strony mężczyzn zależy od tego, jakie są relacje między partnerami, to sprawa indywidualna (+ obowiązek alimentacyjny), ale jeśli chodzi o państwo:
– sieć żłobków,
– dopłaty do żłobków z gmin,
– powszechne pokrycie kraju przedszkolami i szkołami publicznymi (dla każdego dziecka miejsc starczy),
– transport dzieci do szkół/zwolnienie z kosztów komunkacji publicznej,
– 800+
– babciowe,
– ulga podatkowa na dziecko,
– 20 tygodni odpłatnego urlopu macierzyńskiego (na jedno dzieco, przy większej liczbie rośnie),
– 41/43 tygodnie odpłatnego urlopu rodzicielskiego,
– płatne zwolnienie na opiekę nad chorym dzieckiem,
– dodatkowe płatne dni wolne na opiekę nad dzieckiem,
Mam wymieniać dalej?
Amerykanie nie mają z tego dosłownie NIC, a dzietność wyższa prawie o 150%.
Ania
2025-11-13 at 15:58
Wiesz, jakimś cudem Polki mieszkające w Wielkiej Brytanii rodzą więcej dzieci niż Polki mieszkające w Polsce, a podejrzewam, że podlegają tym samym wpływom kulturowym. Nie daje Ci to do myślenia?
Obowiązek alimentacyjny w naszym kraju to jakaś kpina, jest olbrzymie przyzwolenie społeczne na unikanie płacenia alimentów, podobnie jak na unikanie płacenia podatków. W niektórych miastach dziecko do żłobka trzeba by zapisać jeszcze przed poczęciem, żeby znalazło się miejsce (właśnie stąd pomysły takie jak „babciowe”). Najmniejszym problemem młodych matek jest to, że ta czy inna feministka nazwie je kurą domową… Bo wiesz, całe nasze społeczeństwo jest bardzo antynatalistyczne. Niby chcemy, żeby kobiety rodziły dzieci, ale najlepiej, żeby siedziały z nimi w domu i nie przeszkadzały w przestrzeni publicznej. Dziecko w sklepie to problem, dziecko w autobusie to problem… w pociągu, samolocie, na basenie, a nawet w parku… Wszystkim przeszkadzają dzieci i wszyscy lepiej niż matka wiedzą, jak jej dzieci wychowywać.
Tomp
2025-11-13 at 20:05
Ani w sprawie łupu:
Cieszę się, że uznajesz, iż mężczyźni ZAWSZE cenili kobiety. Ale do niedawna i kobiety ceniły mężczyzn. Potrafiły wiele zrobić, by odpowiedniego męża zdobyć, więc można mężczyzn nazwać pożądanym łupem. Jednakowoż w historii są wspaniałe momenty świadczące, jak kobiety ceniły mężczyzn:
https://informacje.wp.pl/kobieta/wyniosly-mezow-na-plecach-historia-ktora-szokuje-7169028851408640a
Ania
2025-11-14 at 10:02
Tompie, bycie cenionym za to kim się jest i ze względu na łączącą cię z kimś więź emocjonalną, to zupełnie coś innego niż bycie cenionym za twoją wymierną wartość…
Uśmiechy
A.
Tomp
2025-11-14 at 13:11
Ani nt. cenienia.
Najpierw trzeba kogoś cenić, a potem nawiązuje się (lub nie) z nim więź. Chyba że chodzi o więź czysto formalną: śluby małżeńskie, lenne, zakonne. A co to jest „wymierna wartość” w aspekcie czlowieka? Masz na myśli handel niewolnikami?
Ania
2025-11-14 at 13:24
Nie, najpierw trzeba kogoś poznać, żeby zacząć go cenić, a potem można nawiązać relację… przynajmniej w dzisiejszych czasach teoretycznie tak to działa.
Kiedyś owszem, kobietami handlowano jak bydłem, a ich wartością było to, ile mogą urodzić dzieci i czy nadają się do pracy.
Megas Alexandros
2025-11-06 at 23:49
Dobry wieczór,
jak już wspomniano w komentarzach, styl w jakim opowiadanie zostało napisane jest niemal doskonały, język piękny. To coś więcej niż dopracowanie, to autentyczne natchnienie.
Z drugiej strony fabuła, konstrukcja bohaterów… usilnie starają się przekonać mnie, że w XXI wieku romans umarł i zostały tylko puste formy, które ponowocześni ludzie starają się nieudolnie wypełniać. Indywidualizm zatriumfował tak dalece, że mało komu chce się jeszcze być dla drugiej osoby… co najwyżej służy ona do masturbacji. Uważna lektura tego tekstu skłania raczej do snucia ponurych przemyśleń.
Jak udało się to wszystko upchnąć w tak krótkim tekście? Każdy akapit można tu rozkładać na czynniki pierwsze. Ania jest uważną obserwatorką społecznych zachowań i to procentuje. Choć konkluzje zapewne ucieszą niewielu z nas.
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2025-11-07 at 09:10
Ja po prostu nie lubię lania wody, Aleksandrze, każde słowo ma znaczenie 😉
A czy romans umarł? Cóż… trochę tak, ale nic nie jest takie proste… Tym co napędzało dawne, wielkie romanse, był fakt, że były zakazane. Bo zakazany owoc kusi. Jeśli wszystko mamy podane jak na tacy, nie ma co kusić. Tyle tylko, że w tych wielkich romansach była wielka namiętność i to ona była podmiotem miłości, bo na pewno na partner, o którym nie wiedziało się niemal nic. Namiętność była kierowana przy pierwszej lepszej okazji do pierwszego lepszego obiektu. Dziś mamy wybór, mamy też (przynajmniej w naszym kręgu kulturowym) możliwość lepszego poznania drugiej osoby, co umożliwia głębsze i trwalsze relacje, ale przy okazji zabija namiętność…
Uśmiechy
A.
Yumiko
2025-11-13 at 13:22
Nie wiem, co ciekawsze, opowiadanie, czy dyskusja, którą zainspirowało.
Opowiadanie ładniej napisane.
Dyskusja bardziej pouczająca.
Razem zdołały wyrwać mnie z nawyku czytania z ukrycia i zachęcić do zamieszczenia pierwszego komentarza.
Daję 5/5 obydwu utworom.
Ania
2025-11-13 at 13:57
Bardzo mi miło 🙂
Dziękuję
A.
Areia Athene
2025-11-16 at 12:20
Zacznę od tego, od czego w komentarzu pod tekstem zacząć by należało, czyli od opinii na jego temat 🙂
Aniu, to jest bardzo piękne i subtelne opowiadanie. Zaskakuje mnie tylko fakt, że powinno być radosne, bo przecież oboje bohaterowie są ze sobą spokojni i szczęśliwi, a jednak jest przeraźliwie smutne. A przynajmniej ja to tak odczuwam…
Zaskakuje mnie również przebieg dyskusji pod opowiadaniem. Jak to możliwe, że nikt jeszcze nie użył argumentu o podaniu szklanki wody na starość?! 😉
A teraz na poważnie. Mam w głowie wiele myśli, wiele odpowiedzi na pytania i wiele kolejnych pytań. Zacznę od trzech wątków, które podczas pierwszego czytania komentarzy poruszyły mnie najbardziej.
1. Na początku moja wielka pasja, czyli badania społeczne i statystyki. Nie mam czasu zapoznać się z pełnym opisem badań przytoczonych przez Absenta, dlatego posłużę się wnioskami, które z nich wyciągnął. Badanie, które sprawdza wyłącznie zależność między dzietnością a skłonnością do samobójstw, jest warte mniej niż papier, na którym wydrukowano jego wyniki. Sprowadza bowiem całą osobowość i sytuację społeczną kobiety do jednego wymiaru, pomijając tak ważne czynniki jak chociażby pochodzenie, miejsce zamieszkania, więzi rodzinne i towarzyskie, życie zawodowe i sytuacja finansowa, stan zdrowia fizycznego i dobrostanu psychicznego kobiety. Bez żadnych badań można zgodzić się z twierdzeniem, że otoczona życzliwymi ludźmi i osiągająca sukcesy w życiu zawodowym singielka będzie bardziej szczęśliwa niż samotna matka czwórki dzieci, mieszkająca w rozpadającej się ruderze i żyjąca na skraju nędzy.
2. W ujęciu socjobiologicznym człowiek jest wehikułem dla genów, czyli nośnikiem informacji genetycznej przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Jego głównym celem jest zatem przetrwanie i reprodukcja w celu zapewnienia ciągłości genów. Z tego punktu widzenia faktycznie podstawowym obowiązkiem kobiety jest rodzenie dzieci, ponieważ tylko kobieta może tego dokonać. Na szczęście – lub nieszczęście – człowiek posiada umysł, który daje mu zdolność do autorefleksji i świadomego dokonywania wyborów; umysł, który pozwolił ludziom stworzyć i rozwinąć różne kultury, które w mniejszym lub większym stopniu umożliwiają realizację owych wyborów.
3. Znam wiele kobiet. Znam szczęśliwe i nieszczęśliwe mężatki, szczęśliwe i nieszczęśliwe matki; znam też szczęśliwe i nieszczęśliwe singielki. Znam kobiety, które żałują, że nie mają dzieci i takie, które żałują, że je mają. Znam kobiety, które chciały mieć dziecko, a później nie potrafiły go pokochać oraz kobiety, które nie chciały, a jednak z całego serca pokochały. Znam kobiety, które mają silny instynkt macierzyński i takie, które go nie mają; kobiety, które są na 100% pewne swojej decyzji – jaka by ona nie była – i takie, które przez wiele lat się wahają. Jest to „badanie” przeprowadzone na zbyt małej próbie, by można było wyciągać z niego wiążące wnioski, ale wystarczy, by stwierdzić, że nie ma żadnej reguły.
Ania
2025-11-17 at 14:05
Może nie potrafię pisać radosnych opowiadań… a może po prostu nie widzę wystarczająco dużo radości w relacjach, które zapełniają pustkę, ale nie są oparte na miłości czy chociaż namiętności… Takie relacje mogą być oczywiście bardzo piękne, ważne, pełne czułości i wzajemnej troski, a jednak są trochę jak małżeństwo z rozsądku.
Odnosząc się do poruszonych przez Ciebie wątków:
Ad 1) Trudno się nie zgodzić, ale sądząc po powyższej dyskusji to tylko kobieca perspektywa, panom najwyraźniej się wydaje, że instynkt macierzyński sprawia, że kobiety przestają czuć głód, chłód, ból i żyją samą miłością.
Ad 2) Cała dyskusja zaczęła się od mojego pytania (a nawet trzech): „czyli najważniejszą misją życiową kobiety jest urodzenie dziecka, tak? I sądzisz, że wszystkie kobiety, tak same z siebie, bez najmniejszej presji ze strony otoczenia, są o tym od urodzenia przeświadczone? Rodzimy się z głębokim przekonaniem, że zostałyśmy do tego powołane?” Ten kontekst jest ważny, bo pytanie dotyczy bardziej tego, jak kobiety postrzegają swój sens życia niż tego, jaką rolę pełnią w rozmnażaniu, a mimo to dyskusja momentalnie zaszła na ten drugi temat, jakby sens życia dyktowała jedynie biologia. Tymczasem jesteśmy dość skomplikowanymi istotami i bardzo dużą rolę w naszym życiu odgrywa kultura.
W sensie biologicznym rzeczywiście można powiedzieć, że człowiek jest wehikułem dla genów (jak każdy inny organizm), ale w sensie socjobiologicznym jest czymś więcej. Jesteśmy z natury istotami społecznymi, a to sprawia, że poza przetrwaniem i reprodukcją genów, należy też rozpatrywać przetrwanie i reprodukcję szeroko pojętej kultury. Z tego punktu wiedzenia ważniejsze niż urodzenie dziecka jest jego wychowanie, a sukces reprodukcyjny grupy, bynajmniej nie wymaga, sukcesu reprodukcyjnego wszystkich jej członków. Ekstremalnym przykładem są owady społeczne wśród których w „rodzinie” rozmnaża się tylko jedna samica, ale u innych zwierząt społecznych wspólne dobro też czasem oznacza rezygnację niektórych osobników z rozmnażania się. Człowiek na dodatek rodzi się wyjątkowo bezbronny i niesamodzielny przez co całe lata wymaga opieki. Jego pełna socjalizacja wymaga szerokich kontaktów społecznych, a przy obecnej, bardzo szerokiej specjalizacji, nawet samo jego fizyczne przetrwanie jest zależne od współpracy tysięcy, jeśli nie milionów, ludzi. I każdy ten człowiek, bez względu na jego udział w biologicznej reprodukcji, jest trybikiem wielkiej machiny, która zapewnia przetrwanie gatunku i/lub konkretnej społeczności…
Ad 3) Badania nad szczęściem wskazują, że ilość i jakość naszych relacji z innymi ludźmi (a nawet po prostu istotami żywymi) jest najlepszym wyznacznikiem szczęścia. Potencjalnie więc posiadanie dzieci rzeczywiście może wpływać na poczucie szczęścia, o ile oczywiście uda nam się z nimi stworzyć głęboką i długotrwałą relację, co przecież nie jest regułą… Tyle tylko, że znów mówimy tu bardziej o wychowywaniu dzieci niż samym ich rodzeniu. Niemniej z drugiej strony te same badania sugerują, że nasz poziom szczęścia jest raczej dość stabilną cechą osobniczą, tylko od czasu do czasu na chwilę wytrącaną z równowagi przez ważniejsze wydarzenia. Otóż zarówno radosne, jak smutne wydarzenia wpływają na ludzki nastrój jedynie przez określony czas, zwykle nie dłuższy niż dwanaście miesięcy. Ślub, wygrana na loterii czy urodzenie się pierwszego dziecka (kolejne dzieci ponoć mają dużo słabsze oddziaływanie) uszczęśliwia nas na pewien czas, a rozwód, utrata pracy czy choroba unieszczęśliwia, ale koniec końców długofalowo żadne z tych wydarzeń nie sprawia, że jesteśmy mniej lub bardziej szczęśliwymi ludźmi. Co sugeruje, że szczęście trzeba raczej szukać w sobie 😉
Uśmiechy
A.