Samarytanin (Marcin Mielcarek)  4.59/5 (13)

10 min. czytania

hotel wonderland, „Hannah, Oregon, 2009”, CC BY-NC-ND 2.0

Musiałem wyjść, to znaczy wyjść i się przejść, w środku nocy, trzęsąc się cały z nerwów i zimna. Znów przez telefon pokłóciłem się ze swoją kobietą, a raczej po prostu z kobietą, bo czy jakikolwiek mężczyzna może nazwać jakąś kobietę swoją? Poważnie zastanawiałem się nad tym, czy ona nie robiła tego wszystkiego specjalnie – celowo dawała mi popalić. Jaka motywacją się za tym kryła, nie wiedziałem – może nuda, może zasady, a może po prostu była złą kobietą. Bo rozumiecie – spotykaliśmy się sporadycznie, bardzo sporadycznie, ale ona i tak wiedziała, kiedy zrobić mi awanturę z niczego, wiedziała kiedy i jak zaatakować, mieszkając cholera sto kilometrów ode mnie.

– Znowu siedzisz i chlasz, tak? – zapytała.

Moje picie, zresztą jak każdą kobietę, bardzo ją wkurwiało.

W tle było słychać jakieś głosy, jeden na pewno męski. Uwielbiała męskie towarzystwo, miała kilku przyjaciół, jeszcze więcej kolegów. Z kobietami się raczej nie zadawała. Mówiła, że kobiety są fałszywe, natomiast mężczyźni są prości, bo myślą i chcą tylko jednego.

– Nic ci do tego – odpowiedziałem. – Nie ma cię tu, więc nic ci do tego.

– To ciebie TUTAJ nie ma!

Właściwie cała ta nasza relacja, czy jak to w ogóle nazwać, była pozbawiona sensu. Jasne, zdawałem sobie sprawę – nie, ja byłem tego pewien – że pieprzyła się za moimi plecami, pieprzyła kiedy nie patrzyłem, a że nie patrzyłem na okrągło, to sami rozumiecie, jak to musiało wyglądać. Jeżeli chodziło o mnie, moje sumienie, to nie robiłem takich rzeczy – na ogół. Za dzieciaka zbyt długo musiałem przesiedzieć w tej cholernej, kościelnej ławce, bo zdążyli mi wbić do głowy coś takiego jak poczucie moralności, kara za grzechy, wyrzuty sumienia. Miewałem wyrzuty sumienia kiedy piłem, miewałem wyrzuty sumienia kiedy kłamałem. Kraść nie było okazji, tak samo jak zabijać czy gwałcić. Zdradzać kobiety też nie było okazji, bo przeważnie żadnej nie posiadałem.

Szedłem więc sobie chodnikiem, czarno i głucho, w powietrzu nawet coś przyjemnego, no i te jasne światła w oknach. Jakby zapalone znicze na starym cmentarzu.

Niemoja kobieta tkwiąca cholerny kawał stąd, całą noc do mnie wydzwaniała, a ja naiwny odbierałem, licząc że ma dla mnie jakieś miłe słowo.

– Co robisz? – zapytała, mlaszcząc do słuchawki.

– Chlam – odparłem.

– Ughhhhh – jęknęła oburzona i rozłączyła się.

Znaliśmy się bardzo krótko. Poznałem ją i była to szybka, intensywna znajomość, ale kilka dni później przeprowadziła się do innego miasta. Nie widziałem żadnego sensu w utrzymywaniu z nią kontaktu, bo nie zamierzała wracać, a ja nie byłem na tyle głupi i bogaty, aby się przeprowadzać. Dzwoniła do mnie codziennie i powiem szczerze, że z początku nawet mi się to podobało, wiecie, taka przynajmniej odmiana, odrobina ciepła, życzliwości, po całej tej kanonadzie podłych przypadków, jakie ma się w życiu. Ale szybko stało się to po prostu męczące. Zrozumiałem, że traktuje mnie jak osadzonego – ona w charakterze klawisza, swoimi telefonami jakby zaglądała przez judasza, czy wygodnie mi w celi. Poważnie już myślałem o tym, by zablokować jej numer, byłem na to właściwie gotowy, już się za to brałem, kiedy zobaczyłem na chodniku faceta. Stał przy ruchliwej ulicy, której nawet nocą pędziło sporo aut. Stał i chwiał się, kołysał. Wyglądało jakby chciał wskoczyć pod koła, ale nie mógł się zdecydować, cholerny piernik balansujący na granicy życia i śmierci. W końcu upadł, ale zamiast trafić na asfalt, przewrócił się na chodnik. Tknięty pędzlem altruizmu, który wystawał spod spódnicy Najwyższego, podszedłem do tego faceta. Był kompletnie pijany i fakt ten ani mnie zaskoczył, ani wkurzył.

– Hej, kolego, wszystko w porządku? – zapytałem.

– Do domu – odparł.

– Chcesz iść do domu?

– Tak.

Podniosłem go i zacząłem prowadzić. Słaniał się i był ciężki, wcale mi nie pomagał. Do tego coś majaczył, bełkotał, wyrzucał bez ładu i składu pojedyncze słowa, sylaby jakby był cholerną maszyną losującą. Trzymał się kurczowo mojego rękawa, szarpał go, prawie rozerwał materiał bluzy. Po kilku minutach żałowałem, że w ogóle postanowiłem mu pomóc. Szedłem jednak dalej, skazany przez własną głupotę.

– To tu? – zapytałem, kiedy nagle się zatrzymał.

Pokiwał głową, więc dopytałem jaki numer.

– Czwórka.

Zadzwoniłem pod czwórkę, ale nikt nie zareagował. Wcześniej posadziłem tego faceta na ławce. Uznałem, że chyba i tak dość już dla niego zrobiłem. Kiedy właściwie zdecydowałem się wracać do siebie, powiedział mi, że ma w kieszeni klucze.

– O Jezu… – westchnąłem, naprawdę poważnie zastanawiając się, dlaczego dobroć nie popłaca.

Wziąłem od niego klucze i otworzyłem drzwi. To był stary, niewysoki blok bez windy. Za szklaną gablotą wisiała kartka z ogłoszeniem odnośnie pogrzebu kogoś z osiedla. Wróciłem po tego faceta i pomogłem mu wejść na drugie piętro po schodach. Kiedy wkładałem już klucz do dziurki, zatrzymał mnie i powiedział, żebym zapukał.

– Dlaczego? – zapytałem.

– To nie moja chata.

– Jak to nie twoja?

– Ano.

Nie zdążyłbym nawet się podrapać, a otworzyła nam blondynka, o włosach krótkich niczym u faceta, która wyglądała na dobrą pięćdziesiątkę, to znaczy jej twarz wyglądała jakby za dużo w życiu przeszła. Jej ciało natomiast – okryte jedynie białym, krótkim ręcznikiem – wydawało się młode, było to ciało mogące należeć do chudej nastolatki.

– Brałam kąpiel – powiedziała, wpuszczając nas do środka. – Na bezsenność zawsze pomaga mi gorąca kąpiel.

Nie wiedziałem dlaczego wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Być może chodziło o to, że w tym mieszkaniu było jakoś tak ciepło i miło, w powietrzu unosił się przyjemny, słodki zapach, którego źródłem były palące się kolorowe świeczki. Zdjąłem buty i poszedłem do salonu, za swoim nowym kolegą. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak miał na imię.

Ona miała Cecylia, przedstawiła mi się niemal z marszu. Zauważyłem, że lubi mówić.

– Pomóż mi położyć go do łóżka – oznajmiła, łapiąc za rękę tego faceta, który zdążył już zalec na kanapie niczym kłoda.

Zawlokłem go do znacznie mniejszego pokoju i położyłem na łóżku. Cecylia zaczęła go rozbierać, najpierw buty, potem skarpetki. Wyglądało na to, że ma w tym wprawę.

– Złap go za drugą nogawkę – poleciła.

Potem zdjęliśmy mu kurtkę i koszulkę i został w samych slipach. Wyglądał komicznie i tragicznie jednocześnie.

– Przekręćmy go na bok. Wiesz, nie chcę, żeby przypadkiem udławił się swoimi wymiocinami – powiedziała. – Nie wybaczyłabym sobie tego.

Kiedy już zgasiła światło i wyszliśmy z jego pokoju, chyba widziała konsternację na mojej twarzy, bo oznajmiła, że są kuzynostwem.

– Właściwie nie wiem dlaczego go tutaj trzymam – wyznała, prowadząc mnie do salonu. – Nie płaci mi za pokój, praktycznie nie pomaga w domowych obowiązkach, a na domiar wszystkiego często mnie podgląda kiedy idę się myć. Muszę nawet zamykać swój pokój na noc, bo kiedyś nakryłam go, jak stał nad moim łóżkiem, całkiem nagi, ze wzwodem i się brandzlował. Wydaje mi się, że kradnie też moją bieliznę, bo za często muszę kupować nową.

– Ma coś nie tak z głową?

– Myślę, że to po prostu kwestia samotności. Pomyśl tylko, jaka kobieta chciałaby takiego faceta?

– Jakie kobiety w ogóle chcą facetów?

– Otóż to.

Zapytała mnie czego się napiję, a ja odpowiedziałem, że wystarczy woda. W międzyczasie ona się ubrała, a do mnie zadzwoniła niemoja kobieta. Była dobrze po pierwszej, a ona zamiast spać, wydzwaniała do mnie. Zastanawiałem się czy może tak wygląda właśnie miłość. Kiedy Cecylia weszła do salonu z herbatą, byłem w trakcie rozmowy.

– Gdzie jesteś? – zapytała przez telefon niemoja kobieta.

– Nie wiem – odparłem.

– Nie denerwuj mnie. Jesteś z jakąś kobietą, tak?

– Nie do końca.

– Co to znaczy cholera, że nie do końca?

– Słuchaj, nie powinienem był w ogóle odbierać od ciebie o tej porze.

– Posłuchaj no mnie gnoju, jeżeli chodzi o jakąś inną kobietę, to…

Zaczęła rzucać pod moim adresem inwektywami. Nie miałem zamiaru rzecz jasna tego wysłuchiwać, dlatego się rozłączyłem, a potem wyłączyłem telefon.

Cecylia nie zapytała z kim rozmawiałem, uznałem to za miłe. Jeszcze bardziej miłe wydało mi się natomiast to, że w szklance z wodą pływał plasterek cytryny, a także dwie duże kostki lodu. Szukałem w pamięci podobnego aktu życzliwości i jakoś nie mogłem niczego takiego sobie przypomnieć. Na pewno nie ze strony kobiet, z którymi kiedyś byłem.

– Skąd znasz Grzegorza? – zapytała.

Odparłem, że w ogóle nie znam, a potem streściłem całą historię. Siedziała na kanapie i patrzyła na mnie tą swoją zniszczoną twarzą, kiedy jej wyjątkowo młode uda i łydki błyszczały się w świetle świec. Nie potrafiłem dopasować jej twarzy do jej ciała i ten dysonans mnie jednocześnie irytował i ciekawił.

– Miło słyszeć, że są na świecie dobrzy ludzie – skwitowała całą opowieść, a potem zapytała: – Uważasz się za dobrego człowieka?

– Żaden tam ze mnie pieprzony samarytanin.

– Czyli co? Nie jesteś dobrym człowiekiem?

– Tego nie powiedziałem.

– A zabiłeś kogoś?

– Nie.

– Okradłeś?

– Kiedy miałem siedem, może osiem lat, to wyciągnąłem jakieś promocyjne naklejki ze zbiorczego opakowania jogurtów.

– A co z kobietami?

– Co z nimi?

– Jak je traktujesz?

– Lepiej niż one mnie.

– A jak traktują cię kobiety?

Wzruszyłem ramionami, a potem powiedziałem, że ma bardzo ładne mieszkanie. Wyznała mi, że pracuje niemal na dwa etaty – stąd brały się jej problemy ze snem. Poza tym miała nietypowe hobby, a mianowicie – kupiła sobie bardzo drogi mikroskop.

– Od zawsze mnie to interesowało i nie rozumiem, jak to się stało, że nie poszłam na studia i nie pracuję obecnie w jakimś laboratorium. Zawsze miałam świetne oceny z biologii i chemii.

Cecylia pracowała jako sprzątaczka i kasjerka w jednym z dyskontów.

– Chcesz zobaczyć jak pod mikroskopem wygląda woda? – zapytała.

– Pewnie – odparłem.

Kazała mi wziąć szklankę, a potem zaprosiła mnie do swojej sypialni. Miała ogromne łóżko, które zajmowało większość pomieszczenia, przesuwana szafa z lustrem z lewej strony, no i toaletka, na której stało lusterko, masa kosmetyków, a także całkiem sporych rozmiarów mikroskop. Cecylia wyciągnęła pudełko ze szkiełkami, a także pipetę. Wsadziła ją do mojej szklanki, a potem umieściła kilka kropli na szkiełku. Wsadziła wszystko pod mikroskop, a potem powiedziała, żebym podszedł i zobaczył. W wodzie coś pływało, jakieś żółto-zielone plamki.

– Co to za ciemne kropki? – zapytałem.

– Pewnie minerały – odparła.

– A takie małe zielone? Pływa sobie w najlepsze.

– Może jakieś żyjątko.

– Żyjątko?

– No, żyjątko.

Spodobało mi się, że gapienie przez ten mikroskop, dlatego zacząłem sprawdzać przeróżne inne rzeczy. Mleko, sok z cytryny, keczup, płyn do mycia naczyń, domestos. Cecylia zapytała mnie, czy napiję się wina. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie. Wino też sprawdziłem pod mikroskopem.

– Widzę, że ci się podoba – stwierdziła.

– Tak, to całkiem fajna zabawa.

Siedzieliśmy na jej łóżku i popijaliśmy wino i rozmawialiśmy. Dwa czy trzy razy Cecylia zajrzała do swojego kuzyna, ale ten spał snem sprawiedliwego. Kilka razy zapytała mnie, czy jestem głodny i kiedy w końcu odpowiedziałem, że mogę coś zjeść, wydawała się zadowolona.

– Robię świetne kanapki – powiedziała. – Przynajmniej tak mówią ludzie.

Siedziałem na krześle w jej kuchni i obserwowałem jak się krząta, otwiera szafki, drzwi lodówki, wyciąga przeróżne składniki. Miała na sobie długą koszulkę, chyba nawet męską, bo wydawała się dużo za duża, sięgającą jej niemal do kolan. Gapiłem się na jej cienkie jak patyki nogi w skarpetkach. Kanapka, którą położyła mi na talerzu, naprawdę była niezła.

– To kwestia pieczywa i majonezu – stwierdziła. – Jem chleb tylko z piekarni, w marketach mają odmrażany syf.

Napiliśmy się jeszcze wina, a potem Cecylia usiadła mi na kolanach i zarzuciła ręce na szyję. Patrzyłem na jej twarz i ogarnąłem nie jakiś taki smutek. Pomyślałem sobie, że gdyby tylko wyglądała inaczej, mogłoby coś z tego być. Mimo to odwzajemniłem jej pocałunek.

– Mogę spojrzeć na twoją ślinę przez mikroskop? – zapytała.

– Okej – odparłem, mimo, że ta prośba wydała mi się trochę dziwna.

Sam zerknąłem na swoją ślinę, ale nie było w niej nic ciekawego. Potem położyliśmy się na jej łóżku, a ona gładziła moją klatkę piersiową.

– Mam do ciebie sprawę – zaczęła. – Tylko nie śmiej się, ani się nie wściekaj.

– Dobrze.

– Chcę ci zadać pytanie. Mogę?

– Śmiało.

– Ale ono będzie dziwne.

– Nie ma sprawy.

– Mogę spojrzeć na twoją spermę pod mikroskopem?

Przyznam, że na moment mnie zatkało, a zatkało, bo cholera takie pytanie przecież nie pada codziennie.

– Cecylio, słuchaj… – zacząłem, nie bardzo wiedząc jak mogę z tego wybrnąć.

– Nic nie będziesz musiał robić – oznajmiła energicznie. – Po prostu się połóż, a ja zajmę się resztą.

Pokiwałem głową, że się zgadzam. Ściągnęła ze mnie spodnie – jak mówiłem wcześniej, miała w tym wprawę – a potem gacie i kiedy zobaczyłem jak jej tragiczna twarz zbliża się do mojego krocza, zamknąłem oczy.

Poczułem najpierw jej dotyk, ciepły, ale niepewny, a potem poczułem jak składa na mnie swoje wargi. Całowała mnie od dołu do góry, nie ominęła nawet jąder. Później doszedł język, całkiem mały i szorstki, niczym u kota. W końcu jej wargi spoczęły na główce, pieściła ją z dziwnym oddaniem. Kiedy wsunęła go sobie do ust, jęknąłem. Zaczęła go pochłaniać, najpierw pracowała tylko głową, potem dołączyła dłoń. Było mi dobrze, ale jednocześnie myślałem o czymś innym, myślałem o kimś innym, bliżej nieokreślonej kobiecie o twarzy jak anielica. Nie było to w porządku, poczułem się nawet podle, dlatego otworzyłem oczy. Kiedy napotkałem jej wzrok coś mnie tknęło i nagle ogarnęła mnie gorączka. Skończyłem w jej ustach.

Cecylia kilka chwil później wstała i umieściła wyplutą spermę na szkiełku. Gapiła się na to długi czas.

– Chodź, zobacz – powiedziała, machając do mnie zachęcająco ręką.

Podniosłem się i podszedłem. Zajrzałem przez mikroskop i zacząłem obserwować. Zobaczyłem całą armię biało-szarych kijanek posuwających w przeróżnych kierunkach. Niektóre z nich wydawały się martwe, niektóre nie wyglądały na zdrowe, były jakieś za okrągłe, za małe albo za duże, trafiły się nawet takie z dwoma główkami, ale znakomita większość zaiwaniała gotowa do działania. Fakt, że oglądałem to, co oglądałem, wydawał mi się absurdalny.

– Cecylio… – zacząłem, ale położyła dłoń na moich ustach, aby mnie uciszyć.

– Było miło – powiedziała cicho. – Dziękuję za to, że się zgodziłeś.

– Słuchaj, chcesz jeszcze napić się wina, pogadać?

– Już późno, wiesz? Powinnam się położyć, jutro z samego rana muszę być w pracy.

Nie zapytałem czy mogę zostać, było to zbyt oczywiste. Poszedłem jeszcze do łazienki się odlać, a kiedy wychodziłem w korytarzu zastałem Grzegorza. Popatrzył na mnie jakby zastanawiając się, kim ja właściwie jestem. Nie odezwał się jednak słowem.

Wyszedłem z mieszkania i schodami pognałem na dół. Noc była cicha, zimna. Włączyłem telefon. Miałem kilka esemesów od kobiety, która mieszkała sto kilometrów ode mnie. Nie chciało mi się ich nawet czytać.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Mając niemal dwadzieścia lat, odkryłem, że Baśnie J.Ch. Andersena są specyficzne: w odróżnieniu od wszystkich innych nie mają początku ani końca. Nie mają też morału. Stanowią coś jakby fotografię, chwytają coś ulotnego, co po prostu jest. Tak jakoś bezpretensjonalnie.
Twoje opowieści mają podobną konstrukcję, co mi odpowiada.
Mniej odpowiadają mi usterki językowe. Niektóre prowokują do podejrzeń, że autor napisał, ale nie przeczytał dzieła ani razu. Interpunkcję poprawiłby zwykły sentencechecker.
Po prostu artysta ma w nosie rzemiosło. 🙁
Ale jest Atrystą. 🙂

Tak, staram się tych tekstów nie czytać. Oczywiście żartem. Ale fakt, tutaj niestety nie zajrzałem do opowiadania po wszystkim, wiec przepraszam za jakieś mniejsze i większe wpadki.

Choć opowiadanie jest w paru miejscach naprawdę zabawne, to jednak przesyca je smutek i rezygnacja. Związek damsko-męski jako niemożliwość, bliskość jako nieuchwytne złudzenie. Jedyne na co można liczyć, to momenty życzliwości. Czy to wiele? Na pewno więcej niż nic, zwłaszcza w takim zimnym, samotnym świecie…

Dziękuję za komentarz i dostrzeżenie pewnych motywów.

Zawsze mi trochę żal tych marcinowych bohaterek. Zmęczone życiem i mężczyznami, sterane pracą na dwóch etatach, przedwcześnie postarzałe, przywiędłe, zużyte. Po prostu po terminie ważności. Nikt tak chyba nie opisuje kobiecości w XXI wieku, która wprawdzie wiele sobie wywalczyła, poszerzyła sferę wolności i samostanowienia lecz zapłaciła za to słoną cenę.

Jest w tym wiele prawdy, w tej cenie.

„Kobieta po terminie ważności” to chyba największa obelga wobec kobiety i najostrzejszy seksizm, jaki czytałem. Literacko świetny, ale jako admirator kobiecości jako takiej, podpaliłbym stos, gdybyś nad nim stała przywiązana do pala. 🙂

Czyli z umiłowania kobiecości spaliłbyś na stosie kobietę?

Ach, ci faceci. Zawsze przedkładają doskonałość teorii nad realnością praktyki 🙂

„przedkładają doskonałość teorii nad realnością praktyki”. Tak, tacy są mężczyźni. Szukają ideału, ale za to, gdy taki znajdą… 😉

Może bohater tego opowiadania to samarytanin (co odróżnia go korzystnie od kilku poprzednich narratorów w opowiadaniach Marcina), ale jednak nagrodę otrzymał. A i Cecylia uzyskała dzięki niemu materiał do badań i realizacji swojej pasji.

Tak więc, mimo smutnego nieco zakończenia, można powiedzieć, że mamy tu rzadki u tego Autora happy end 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Megasie jak zwykle w punkt. Ale zdjęcie tej Pani to daliście za ładne. Z taką to by bohater został trochę dłużej 😉

Leave a Comment