Strażniczka Bałtyku IV – „IDA-59M” (jammer106)  4.92/5 (20)

57 min. czytania

Źródło: StockCake

Centrum Operacji Morskich (COM) kilkanaście minut później. 3 listopad.

 

Brzeziński pragnął mieć jak najpełniejszy obraz sytuacji. Gdy otrzymał meldunek, że wszyscy zostali podjęci na pokład łodzi SAR i że ta znalazła się w rejonie polskiego FIR, natychmiast podjął decyzję o wysłaniu tam śmigłowca.

– Co mamy w gotowości? Meldować! – rzucił krótko.

– Anakonda zatankowana, „w dwójce”, nasza ratownicza „czternastka” startuje z lądowiska przy szpitalu w Gdyni – usłyszał w odpowiedzi.

– Podnoś Anakondę do „jedynki”, niech startują natychmiast! Mają zabrać z pokładu łodzi I oficera, i jak dadzą radę, to jeszcze jakichś oficerów. Muszę mieć jak najdokładniejsze dane od nich, i to na cito – rozkazał.

Maszyneria, którą wprawił w ruch, działała teraz bez zastrzeżeń. Miał wystarczająco ludzi, każdy z nich zajmował się swoją działką, nikt nie zadawał zbędnych pytań.

– Szwedzi będą gotowi za godzinę, podałem im koordynaty, gdzie ostatni raz byli – usłyszał od swojego kolegi.

Starszy komandor, w przeciwieństwie do Brzezińskiego, emanował spokojem. Operacyjny był w nerwach, na wysokich obrotach.

– Ile im zajmie dotarcie do rejonu?

Dostrzegł skwaszoną minę leciwego mężczyzny.

– Ten okręt wyciąga maksymalnie szesnaście węzłów, nie pójdą na pełnej mocy. Liczę, że czternaście węzłów to maksimum. Kilkanaście godzin – usłyszał.

Zaklął w duchu. Podziwiał Szwedów; w tak krótkim czasie potrafili skompletować załogę i zgłosić gotowość do działania. Wstydził się za Polską Marynarkę Wojenną.

– Dobrze, koordynuj ich działania. Dzięki za pomoc – odparł.

Zauważył, że łysawy komandor chce mu coś powiedzieć. Ten, zdobył się na odwagę.

– Słuchaj, nie nurtuje cię to, dlaczego nie wystrzelili boi ratunkowej? – zapytał go cichym głosem.

– Nawet o tym nie myśl, oni żyją i wydostaniemy ich stamtąd – uciął krótko.

– Komandorze, „czternastka” z Darłowa ląduje na Babich Dołach, a nasze dwa ZOP-y wracają z rejonu akcji – zameldował mu chorąży.

Nie miał już w rejonie wypadku żadnego śmigłowca. Wcześniej wylądował Kaman SH-2G z przestraszonymi pilotami. Wiedział, że byli mocno spanikowani, gdy przesłuchiwał ich oficer WSI. Meldunki spływały zewsząd. Przydzielony mu do pomocy kapitan wszystko notował w dzienniku działań bojowych. Przynajmniej w tej papierkowej robocie go wyręczał.

– Jakieś wieści z dozorowca Straży Granicznej? – zadał kolejne pytanie oficerowi zajmującemu się współpracą z innymi służbami.

– Nic, nie znaleźli nic – odparł zapytany.

To był dobry symptom. Gdyby okręt rozbił się, na powierzchni byłaby spora plama oleju oraz jakieś rzeczy. Cały czas w głowie Brzezińskiego tłukło się pytanie specjalisty od ratownictwa morskiego – dlaczego nie wypuścili boi? Nie brał pod uwagę najgorszego scenariusza, wypychał go ze swojej świadomości.

– Jak nasze okręty?

– Idą zgodnie z planem.

Nic więcej na tę chwilę nie mógł zdziałać. Dobrze zdawał sobie sprawę, że czas działa na niekorzyść tych nieszczęśników uwięzionych w stalowym cielsku okrętu podwodnego. Pocieszał się, że są to marynarze Marynarki Wojennej, a nie pasażerowie wywróconego do góry dnem wycieczkowca. Zawodowcy, których nie zeżre panika.

 

Dowództwo Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Moskwa. Dwadzieścia minut po wypadku w Kaliningradzie.

 

Pośpiesznie zebrane grono generałów i admirałów, znajdujących się na miejscu, szybko opracowywało decyzję. Wypadek, który wydarzył się w Kaliningradzie, spadł na wszystkich zebranych jak grom z jasnego nieba. Mieli już wstępne informacje. Sklejali to wszystko do kupy, starając się zrozumieć, co tam się wydarzyło. Przewodził wszystkim szef GRU, generał armii Walentij Korabielnikow, pełniący jednocześnie funkcję Szefa Sztabu Generalnego.

– Fiodor, obejmiesz chwilowo stanowisko Dowódcy Floty Bałtyckiej, ja załatwię to z prezydentem – zwrócił się do admirała Fiodora Pietruczkina – Co proponujesz na tę chwilę? – dodał po chwili.

Admirał wstał, nabrał powietrza w płuca, zdając sobie sprawę, że przypadła mu niełatwa misja.

– Przerwać działania w rejonie zatonięcia polskiego okrętu podwodnego. Uspokoić sytuację. Nie podejmować na razie żadnych działań. Resztę decyzji podejmę na miejscu – odparł dość spokojnym głosem, zdając sobie sprawę, że za chwilę zostanie wysłany samolotem do Kaliningradu.

Generał kiwnął głową na znak, że akceptuje to, co zaproponował Pietruczkin.

– Zabieraj się, Fiodor. Samolot już czeka na Szeremietiewie. Do czasu twojego przybycia rozkazałem, by żadna informacja nie przedostała się do mediów. Cały budynek Dowództwa Floty Bałtyckiej poleciłem izolować przez 561 Morski Punkt Rozpoznania i 311 specjalny „otriad” przeciwdywersyjny. Za chwilę powinni być na stanowisku dowodzenia w Kaliningradzie. Oczekuję na meldunki. Jesteś wolny – dał mu wytyczne i poinformował o swoich działaniach Korabielnikow.

Admirał założył na głowę czapkę i odmeldował się. Gdy tylko zamknął drzwi sali obrad, generał armii rzucił pozostałym zebranym teczki personalne obu nieżyjących osób.

– Słucham, jak planujecie zamaskować to szambo? – zapytał.

Wszyscy zebrani zdawali sobie sprawę, że ta odprawa nie skończy się szybko.

 

Dowództwo Floty Bałtyckiej FR. Kaliningrad. W tym samym czasie.

 

Wołodia był całkowicie zaskoczony, gdy na stanowisko dowodzenia wpadło pięciu uzbrojonych żołnierzy „specnazu” wraz z dowodzącym nimi majorem. Wcześniej słyszał jakieś informacje, że w budynku obok padły strzały. Wtedy też polał sobie kolejną porcję wódki.

Powstał, gdy zbliżył się do niego ów major. Operacyjny był starszy stopniem. Rozochocony alkoholem chciał pokazać mu, kto ma władzę. Nie będzie mu byle kto rozkazywał. To nie były już te lata, gdy każdy bał się tych „z wojsk specjalnego przeznaczenia”.

– Proszę wyjść! – wrzasnął na majora bełkotliwym głosem.

Potężny cios kolbą karabinka AK-74 ostudził butę pijanego oficera. Wylądował z powrotem w fotelu, zalany krwią. Nim zdążył cokolwiek zrobić, poczuł, jak ma wykręcane ręce, a jego twarz ląduje na blacie biurka, za którym siedział.

– Ty pijana świnio, zgnijesz w łagrze – usłyszał.

Poczuł, jak z jego kabury przy pasie wyciągany jest służbowy pistolet. Pozostali żołnierze, pełniący z nim służbę, posłusznie stali przy ścianach pomieszczenia, nie mając zamiaru stawiać oporu.

– Kto jest najstarszy stopniem? – zapytał major specnazu, przekazując pijanego oficera w ręce jednego ze swoich podwładnych.

– Major Ostipowicz – przyznał się jeden z tkwiących pod ścianą.

– Obejmujesz dowodzenie. Odwołać wszystkie loty. Posadzić wszystkie maszyny. Do czasu przybycia nowego dowódcy, te wydane przez starego są anulowane. Jasne!!! – wrzasnął na wystraszonego oficera marynarki.

– Tak jest.

– Zero informacji na zewnątrz, zero kontaktów z rodzinami. Ogłosić przerwę w ćwiczeniach bez powrotu jednostek do bazy. Rozkaz Szefa Sztabu Generalnego. Za chwilę dostaniecie informację potwierdzającą. Nikt nie opuszcza budynku bez mojej zgody. Każda decyzja konsultowana z Moskwą. Zrozumieli!!! – dowodzący akcją nie żartował.

Nikt nie wiedział, czy stał się jakiś pucz, przewrót, czy coś gorszego. Do pomieszczenia wpadło kolejnych czterech ludzi, tym razem ze specjalnego 311 otriada.

– Budynek obsadzony – zameldował majorowi porucznik z przeciwdywersyjnego pododdziału.

Blisko dwustu żołnierzy z obu jednostek odizolowało cały kompleks budynków dowództwa i służb dyżurnych Floty Bałtyckiej.

Wyprowadzili pijanego Wołodię. Zamroczony alkoholem i uderzeniem kolbą w twarz nie za bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje. Spętanego wrzucono do pojazdu stojącego na tyłach budynku.

– Do nas, do tiurmy – padł jasny rozkaz dla kierowcy i dwóch szeregowców.

Kiwnęli głowami na znak, że zrozumieli, nakładając operacyjnemu jutowy worek na głowę. Pojazd powoli ruszył.

 

*****

 

Trzech żołnierzy z 561 MPR (Morski Punkt Rozpoznania) zabezpieczało miejsce zbrodni. Z szacunku dla zwłok okryli je kocami zabranymi z wartowni i czekali na przybycie swojego dowódcy. Zamaskowani, w kominiarkach, z bronią gotową do strzału, stali przy ciałach, w towarzystwie oficera dyżurnego obiektu, który jako pierwszy dotarł do kancelarii dowódcy Floty Bałtyckiej.

Na ścianach widoczne były rozbryzgi krwi i płynu mózgowo-rdzeniowego. Ciało mężczyzny było ubrane, w przeciwieństwie do kobiety, która leżała całkowicie naga. Musiała popełnić samobójstwo, strzelając sobie w usta, ponieważ jej głowa była całkowicie zmasakrowana. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to ona zabiła admirała, gdyż widać było, że trafiła go pięcioma pociskami w korpus.

Spętany, rozbrojony i rzucony w kąt kancelarii oficer dyżurny trząsł się ze strachu. Miał tę wątpliwą przyjemność być pierwszym, który tu dotarł.

Major pojawił się po chwili. Jego podwładni wiedzieli, że najpierw musiał opanować sytuację na stanowisku dowodzenia.

– Zabierzcie go do nas – usłyszeli polecenie.

Przez radio połączyli się z kolejną sekcją. Major pochylił się i odsunął na bok koc. Jego oczom ukazało się ciało pięknej zgrabnej kobiety. Była całkowicie naga. Na wewnętrznej stronie jej ud dostrzegł białawą ciecz. Nie miał wątpliwości, gdy palcem dotknął tego płynu – to była sperma.

„Skurwysyn”

Zakrył ciało z szacunkiem. Zauważył leżący obok niej pistolet APS. Założył nitrylową rękawiczkę i wziął broń do ręki. Z kieszeni wyciągnął zapisaną kartkę i porównał numery seryjne z tym, co miał zapisane. Kombinacja liter i cyfr zgadzała się. Odłożył pistolet na swoje miejsce.

Odkrył drugie ciało. Naliczył pięć przestrzelin w korpusie mężczyzny. Pociski przeszły na wylot. Spojrzał na twarz nieboszczyka, a następnie nakrył je. Wiedział, co ma przekazać do Moskwy. Miał „prikaz”, by w tej sprawie bezpośrednio meldować, z pominięciem swojego bezpośredniego przełożonego.

Wstał z kucek i poprawił swojego AK-74.

– Zostajecie tutaj, zaraz przyjedzie karetka od nas. Niech zabierają ciała – polecił podwładnym.

– Tak jest – usłyszał, wychodząc z pomieszczenia.

Znalazł toaletę. Puścił wodę i nabierając ją w dłonie opłukał twarz. Niejedno już widział w swoim życiu. Niejedno ciało, jakie przyszło mu oglądać, było w gorszym stanie, lecz widok zgrabnej kobiety, zgwałconej przez tego „admirałka”, go poruszył.

„Trzymaj się Loszka”

Skierował swe kroki w kierunku dyżurki oficera dyżurnego. Stamtąd zameldował swoje spostrzeżenia i podejrzenia do Moskwy.

 

Dozorowiec Straży Granicznej „SG-022”. Rejon zatonięcia okrętu „828”. W tym samym czasie.

 

„Andkor” był zdziwiony tym, co stało się przed chwilą. Oba rosyjskie Ka-27PŁ nagle zawróciły w kierunku obwodu kaliningradzkiego.

„Skończyło im się paliwo i za chwilę nadlecą kolejne dwa z fregat” – pomyślał na początku.

Nie, nic takiego się nie stało. Nagle nad dozorowcem nastała cisza. Zniknął latający gdzieś wyżej Ił-38M, nie nadleciał rozpoznawczy Su-24MR, nie przyleciała kolejna para Kamowów.

„Co u licha?”

„Jaśko” pojawił się u jego boku po chwili. Odwrócił się do niego.

– Dowódco, idą nasze trzy okręty. Jeden z dzwonem i sprzętem dla nas. Szwedzi wysyłają ten okręt, na którym szkoliliśmy się dwa lata temu – zameldował, co usłyszał od radiowca.

– Zmień mnie, idę trochę odsapnąć, jakby co…

– Jasne, nie musi dowódca mówić.

Rozumieli się bez słów. Tak długo ze sobą pracowali, że mogli określić, kiedy, który ma gorszy dzień.

Podał „Jaśkowi” lornetkę noktowizyjną. Było już tak ciemno, że tylko w ten sposób mogli coś dostrzec. Dozorowiec kreślił esy-floresy na wodzie. Nie miał sonaru, jedynie radar pogodowy i nawigacyjny. Szukali czegoś, sami nie wiedzieli czego. Ich spektrum działania było pod wodą. Najpierw jednak należało znaleźć tę podwodną łódź.

„Czemu do jasnej cholery nie wypuścili boi ratunkowej?” – tłukło się „Andkorowi” w głowie.

Wszedł do sterówki. Porucznik SG podał mu gorący kubek z kawą.

– Uratujemy ich, nie martw się – usłyszał.

Klepnął go w ramię, odbierając naczynie z czarnym płynem. Kawa była przednia. Podziękował.

– Daj tam, tam ostatnio te ruskie zakończyły – zaproponował.

Mijali porozstawiane boje hydrolokacyjne. Nasze i ruskich.

„Trzymaj się Góral” – pomyślał, pijąc gorącą kawę.

 

Okręt podwodny klasy KILO o numerze burtowym „828” godzinę później.

 

Klaudia zauważała, że atmosfera w przedziale dowodzenia stawała się coraz cięższa. Bukowski nie był tak spokojny jak wcześniej. Chodził po przedziale i nerwowo strzelał palcami. Co chwila dopytywał się o poziomy wodoru i tlenu. Akumulatory jeszcze działały, ale z rozmów marynarzy wywnioskowała, że ich poziom jest niewystarczający, by podnieść okręt z dna.

Już wcześniej mówili, że jest to ryzykowne. Wtedy, kiedy ich poziom naładowania był wyższy. Okręt pożerał energię. Ograniczono jej zużycie, wyłączając zbędne źródła światła i wszystko, co było zbyteczne. Otworzone były drzwi wodoszczelne, by każdy z obsadzonych przedziałów miał podobny poziom tlenu. Można było sobie na to pozwolić. Uszkodzone były oba sonary.

O ile kadra zawodowa na okręcie nie panikowała, to marynarze zasadniczej służby wojskowej pękali. Nie wszyscy, bo nie było ich dużo – trzech czy czterech z grupy ratunkowej i ranni.

– Uratują nas prawda? – usłyszała od młodego chłopaka, którego położyła wcześniej.

Pogłaskała go po twarzy i uśmiechnęła się. Dotknął jej dłoni. Nakryła jego rękę swoją.

– Tak, uratują nas – odparła, choć wcale w to nie wierzyła.

– Wie pani, mam dziewczynę, bardzo do pani podobną, ale pani jest odważniejsza – otworzył się marynarz.

– Ty jesteś odważny, ratowałeś okręt, gdy płonęła maszynownia, ona będzie z ciebie dumna – odpowiedziała chłopakowi.

Zobaczyła blask w oczach tego młodzieńca. Jakby się obudził, jakby wyrwał się z marazmu.

– Naprawdę pani tak myśli?

– Ja nie myślę, ja wiem.

Podniósł się i pocałował ją w dłoń. Cofnęła rękę. Czuła się głupio.

– Odpoczywajcie, wszystko będzie dobrze – rzuciła i wyszła z ich kajuty.

Zamknęła drzwi i oparła się o nie. Nie była w lepszej kondycji psychicznej niż oni, a jednak starała się ich pocieszać.

„Musisz być silna”

Wróciła do przedziału sterowania. Rozglądała się, szukając Sebastiana. Nie dojrzała go. Zaniepokojona podeszła do „Pikora”.

– Poszedł do przedziału torpedowego, spokojnie – usłyszała.

– Po co? – zapytała.

– Tylko tamtędy możemy się wydostać jak nie przyjdzie pomoc z zewnątrz – odparł jej sucho.

– Jak?

– Poprzez wyrzutnie torpedowe, nie słyszałaś o tym?

Zawirowało jej w głowie. Poczuła, jak nogi uginają się w kolanach. Powoli traciła przytomność. Gdyby nie „Pikor” runęłaby na podłogę. Zdołał chwycić kobietę i podtrzymać.

– Już, wszystko dobrze, już – usłyszała stłumiony głos i poczuła, jak ktoś lekko uderza ją po twarzy.

– Klaudia – rozpoznała głos Sebastiana i poczuła, jak inne dłonie biorą jej ciało na ręce.

Na wpół przytomna objęła ramionami jego szyję. Zdała sobie sprawę że Sebastian opieprza „Pikora”.

– Przestań – poprosiła.

Dochodziła do siebie. Po chwili stanęła na nogach. Tkwiła przed nim, a on położył obie dłonie na kobiecych barkach. Oparł swoje czoło o jej i patrzył prosto w oczy Klaudii.

– Wyjdziesz, stąd, rozumiesz, wyjdziemy stąd razem, tak samo jak i reszta – zapewniał.

Po raz kolejny się rozryczała. Teraz była głaskana przez obu mężczyzn. „Pikor” po chwili przestał.

– Ściągnij wszystkie kombinezony ratunkowe i aparaty. Sprawdź ich działanie. Musimy być gotowi na najgorsze – wydał rozkaz chorążemu.

Nie musiał mu powtarzać dwa razy. „Pikor” zniknął po chwili. Pozostali sami.

Delikatnie otarł łzy z jej oczu. Wziął prawą dłoń Klaudii i pocałował. W jego spojrzeniu ujrzała determinację, jakby to, co mówił, było pewnikiem, którego nikt nie ma prawa podważyć.

– Kocham cię i zrobię wszystko, by cię uratować – usłyszała.

To był Radek w drugim wcieleniu. Młodszy, ale taki sam jak on. Może nie tak perfekcyjny, jak nieżyjący już partner, ale tak samo odważny i gotowy do poświęceń. Na swój sposób inny, ale jakże do niego podobny.

– Kocham cię – szepnęła cichutko, jakby bała się tego wyznania.

Wtulił ją w siebie tak mocno, że ledwo mogła zaczerpnąć tchu. Zatopił usta w jej ustach. Poddała się temu, na swój sposób właśnie tego teraz potrzebowała.

– Poruczniku – usłyszał głos „Ola”.

Jego podwładni mieli zawsze specyficzne wyczucie czasu. Odsunął się od niej i odwróciwszy się, zlustrował podwładnego.

– Kapitan zaprasza, jest odprawa.

Kiwnęła mu głową. Zostawił ją i po chwili zniknął.

 

Lotniska Chrabrowo. Federacja Rosyjska, okręg kaliningradzki. Dwie godziny później.

 

Dyspozycyjny Tu-134 dowództwa Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej podchodził do lądowania. Gładko siadł na pasie i podkołował we wskazane miejsce. Gdy tylko się zatrzymał, pod kadłub podjechały schodki oraz służbowy samochód. Lot miał status priorytetowy i tak został obsłużony. Admirał wraz z towarzyszącymi mu osobami szybko opuścił pokład maszyny. Razem z adiutantem wsiadł do podstawionej limuzyny, podczas gdy reszta czekała na autobus.

Pędzili ulicami Kaliningradu w kolumnie uprzywilejowanej. Fiodor przypominał sobie młode lata. To tutaj zaczynał jako młodszy lejtnant swoją przygodę w marynarce. Tu poznał swoją ukochaną – Irinę, z którą nadal dzielił życie. Powróciły wspomnienia. Przez szyby pojazdu obserwował jak zmieniło się to miasto. Czy na lepsze? – sam nie wiedział.

Szybko dotarli pod budynek dowództwa. Major ze specnazu czekał, by go powitać. Admirał machnął ręką, nie chcąc słuchać niepotrzebnych według niego meldunków.

– Co tu mamy? – zapytał bez ogródek.

– Szczerze?

– Mówcie wprost, majorze.

Popatrzył na niego. Po wyrazie twarzy oficera specnazu wiedział, że to, co usłyszy, nie będzie przyjemne.

– Romans, ale mi to nie leży. Według mnie to gwałt. Wywaliła w niego pięć pocisków, wcześniej odbyła stosunek, najprawdopodobniej z nim. Mamy materiały biologiczne. Zabiła się sama – usłyszał krótki żołnierski meldunek.

– Kontrolujemy sytuację? Prasa, media? – padły pytania.

– Na razie spokój, wszyscy na miejscu. Moi ludzie panują nad sytuacją – zameldował major.

– Służba dyżurna?

– Zawinąłem pijanego operacyjnego, to jakiś jełop, stawiał się, lekko spacyfikowany.

– Prawidłowo.

– Za chwilę podjedzie autobus, wymieniamy służbę dyżurną. Wszyscy ci, co tu byli, do was na dołek. Róbcie swoje majorze. Dziękuję.

– Ku chwale Rosji.

 

Centrum Operacji Morskich (COM) Gdynia. Pół godziny później.

 

– Komandorze, dwa nasze okręty na pozycjach, mamy zgodę z FIR Kaliningrad na wysłanie tego, co chcemy – zameldował z dumą w głosie kapitan, który go wspierał.

Brzeziński był jak wniebowzięty. Nie rozumiał, co się stało u Rosjan, że w tak wspaniałomyślny sposób podeszli teraz do ich akcji ratunkowej.

Najpierw wycofanie Kamowów, teraz zgoda na wlot wszelakich statków powietrznych, bez względu na ich status. Odblokowano dla SAR-u całą przestrzeń do FL 95.

„Co tam się do cholery dzieje?” – tłukło się w głowie Brzezińskiego.

Służby dyżurne nie zmieniały się w Rosji o tej porze. Może godzinę wcześniej jak u nas, ale nie teraz. Fatum? Przeznaczenie? Szczęście? Sam nie wiedział, jak to tłumaczyć.

ORP „Wodnik” i ORP „Zbyszko” rozpoczęły poszukiwania, lecz było to jak szukanie igły w stogu siana. Wcześniejsze działania, prowadzone przez dwa Mi-14PŁ z Darłowa, również nie przyniosły wymiernych rezultatów. Tak, jakby „828” rozpłynął się pod wodą.

Specjalsi wciąż przebywali na pokładzie dozorowca Straży Granicznej, czekając na przybycie ratowniczego ORP „Piast”, który, dogoniwszy najwolniejszą jednostkę, jaką był kuter „H-8”, zbliżał się do celu.

– Przygotować jednego Kamana, niech siądzie na „Wodniku”, a gdy te dwa Mi-14 z ZOP-u będą gotowe, niech startują – rozkazał.

Póki Rosjanie byli tak wspaniałomyślni, należało wykorzystać okazję. Nie było pewności, czy po godzinie lub dwóch nie zmienią zdania.

Od alarmowego zanurzenia łodzi podwodnej minęły już dobre trzy godziny. Na podstawie informacji od pierwszego oficera i dwóch pozostałych marynarzy, przetransportowanych Anakondą, mógł mniej więcej określić prawdopodobne miejsce, gdzie okręt osiadł na dnie. Wiedział, że zacięły się stery kierunku, baterie były naładowane w 50%, a załoga miała problem z instalacją napełniającą zbiorniki balastowe. To dawało pewien obraz sytuacji, w jakiej znajdował się 828. Dozorowiec meldował, gdzie Rosjanie rzucili boje; byli tam wcześniej i z pewnością mieli dokładniejsze dane dotyczące kierunku, w którym płynęła łódź.

– Spróbujcie połączyć się z ruskim SAR-em, jeżeli mają jakieś dane, niech nam je prześlą – rozkazał jednemu ze swych podwładnych.

Nie liczył na odzew, ale gdyby tego nie zrobił, miałby wyrzuty sumienia. Zbliżył się do niego porucznik, specjalista z zakresu nawigacji, a po chwili dołączył do nich kapitan – ekspert z działu maszynowni.

– Zrobiliśmy symulację. Wstawiliśmy prawdopodobną prędkość opadania i po analizie map oraz głębokości, nasz „828” powinien znajdować się gdzieś w tym sektorze – zameldowali, wskazując zakreślony na morskiej mapie okrąg o średnicy półtorej mili morskiej.

– Dużo, cholera, dużo – zauważył Brzeziński.

Jedno w tym sektorze było na plus – głębokość oscylowała w granicach 50-71 metrów, co umożliwiało użycie dzwona. Gdyby było poniżej 30 metrów, dzwon nie mógłby być użyty ze względu na zbyt małe ciśnienie „przyssania”.

– To tylko teoretyczne założenia. Braliśmy pod uwagę stan morza i założone parametry. Różnica w opadaniu o 1 metr/minutę diametralnie zmieni sytuację – dodał kapitan.

Po kilkunastu minutach zameldowano mu, że wszystkie okręty są w rejonie wypadku. Specjalsi dostali się na pokład ORP „Piast”, który miał służyć jako okręt dowodzenia.

– Kaman gotowy do startu, ZOP-y będą gotowe za kwadrans – usłyszał.

Miał siły i środki gotowe po podjęcia działań ratowniczych. Do szczęścia brakowało mu tylko jednego – określenia pozycji spoczywającego na dnie „828”.

Dozorowiec „SG-022” wracał do portu po wykonaniu swojego zadania. Był zbędny, jego miejsce zajęły okręty PMW.

 

Okręt podwodny klasy KILO o numerze burtowym „828”. Cztery godziny po alarmowym zanurzeniu.

 

Od dobrych dwóch godzin, a konkretnie po zakończeniu odprawy, marynarze uderzali o pokład okrętu metalowymi narzędziami. Taką decyzję podjął dowódca. Jeżeli gdzieś nad nimi były okręty ratownicze z uruchomionymi stacjami hydroakustycznymi, istniała nadzieja, że ich usłyszą. Przynajmniej w ten sposób podwodniacy zajmowali się czymś pożytecznym.

Czuć było atmosferę przygnębienia i apatii. Udzielało się to każdemu. Dowodzącemu przez głowę przewalały się tysiące myśli i dziesiątki pomysłów. Procedury wszakże mówiły jedno – czekać na ratunek. Dopóki jest powietrze i okręt jest szczelny, nie podejmować żadnych ryzykownych decyzji. Wszystko byłoby proste, gdyby na powierzchnię wypłynęła ratownicza boja. Ta jednak z nieznanych przyczyn tego nie zrobiła. Drugiej boi nie było.

– Jak poziom tlenu i wodoru? – zapytał po raz kolejny Bukowski.

– W normie, sukcesywnie jak dochodzi do wartości alarmowych, dopuszczam – odparł operujący tym systemem marynarz.

Pikor zebrał w przedziale dowodzenia i torpedowym dziewiętnaście kompletów skafandrów ewakuacyjnych oraz aparatów ucieczkowych. Sprawdził te ostatnie. Wszystkie były sprawne i nabite. Kombinezony nigdy nie były używane, część miała jeszcze na sobie talk.

Klaudia siedziała na podłodze, oparta plecami o zimny metal poszycia. Tuż obok niej w tej samej pozycji tkwił Sebastian. Oparła o jego bark głowę. Nic nie mówili. On od dłuższego czasu delikatnie gładził jej drobną rękę co ją uspokajało. Bliskość mężczyzny była dla niej zbawienna. Nie czuła strachu, mniej się stresowała. Był opoką, a jego spokój udzielał się kobiecie.

– Opowiedz mi o nim – poprosił ją szeptem.

– O kim? – zapytała.

– O Radku, jakim był, co robił? – doprecyzował.

Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Były takie ciepłe i wyraziste. Przez chwilę patrzyli na siebie, nic nie mówiąc.

– Był najwspanialszym facetem, jakiego znałam. Ale po co ci to…? – zaczęła i urwała po chwili.

– Chcę mu dorównać, choć pewnie nie dam rady – odparł.

– Jesteś prawie jak on, choć znamy się krótko, to widzę w tobie jego – otworzyła się.

Ponownie oparła głowę o jego bark i zaczęła opowiadać o Radku. Sebastian słuchał z zaciekawieniem. Nie przerywał jej, choć czasami go korciło. Słuchał w skupieniu. W jego umyśle ukazywała się romantyczna historia z elementami dramatyzmu.

– Poruczniku, dowódca prosi – usłyszał głos „Ola”.

Podnosząc się, pocałował ją w czoło. Zdołała jeszcze pogłaskać go po twarzy. Uwielbiał dotyk jej delikatnych dłoni. Czuł wtedy, jak ciarki przechodzą mu po skórze.

Pozostawił Klaudię samą i skierował kroki w znanym już kierunku.

 

*****

 

– Zebrałem was tu wszystkich, bo musimy wspólnie podjąć ważną decyzję – usłyszał na wstępie.

Cały zamienił się w słuch. Oprócz niego przy niewielkim stole siedzieli II oficer, sternik, nawigator, oficer ds. uzbrojenia i chorąży od łączności. Bukowski był blady.

– Za chwilę minie piąta godzina, odkąd siedzimy na dnie. Boja ratunkowa nie wyszła na powierzchnię, o czym dobrze wiecie. Na dobrą sprawę nie wiemy, gdzie jesteśmy; możemy to określić jedynie w przybliżeniu, dużym przybliżeniu. Znamy głębokość – 66 metrów i poziom przechylenia okrętu – około 30 stopni – rozpoczął „pierwszy po Bogu”.

Powtarzał się. Wszyscy tu zebrani usłyszeli to, gdy byli na pierwszej odprawie. Na razie jego słowa nie wnosiły niczego nowego. Nikt jednak nie odważył się mu przerwać. Każdy czekał na to, co jeszcze ma do powiedzenia.

– Mamy trzy opcje do wyboru. Pierwsza to czekać na ratunek, nic nie robiąc. Druga – spróbować podnieść ten okręt, a trzecia – opuścić go przez wyrzutnie torpedowe – kontynuował. Wreszcie padały jakieś konkrety. – Słucham waszych propozycji – zakończył.

Nastała cisza. Każdy trawił w sobie to, co przed chwilą usłyszał. Wzrok każdego był wbity w blat stołu, przy którym siedzieli.

– Rozpatrzmy wszystkie za i przeciw dla każdego rozwiązania – zaproponował II oficer.

– Nie. Głosujmy. Każda z opcji wiąże się z ryzykiem – przerwał mu Bukowski.

Słowo kapitana okrętu było święte. Sebastian podziwiał go za to, że ten nie podjął decyzji samodzielnie. Miał do tego prawo i mógł to uczynić, wolał jednak zebrać specjalistów i na zasadzie głosowania wypracować optymalne rozwiązanie. W pewnym stopniu asekurował się; w przypadku podjęcia błędnej decyzji mógłby się wytłumaczyć, pod warunkiem, że przeżyje.

– Kto jest za dalszym oczekiwaniem? – zadał pytanie. Rękę podnieśli łącznościowiec i II oficer.

– Kto za próbą wynurzenia? – padło drugie pytanie, a sam dowódca podniósł dłoń.

Stało się jasne, że wygrała trzecia opcja. Nie można było wstrzymać się od głosu. Pytaniem pozostawało, czy Bukowski przyjmie ten werdykt. Był najważniejszą osobą na okręcie. Jednym posunięciem mógł anulować te wyniki.

– Naprawdę mamy uciec stąd jak szczury, pozostawiając nasz drugi dom na dnie? – zapytał zebranych z niedowierzaniem.

Wyglądał na zawiedzionego wynikiem głosowania. Sebastian milczał. To podwodniacy byli specjalistami na  okręcie.

– Dowódco, próba podniesienia wiąże się ze stratą powietrza. Nie wiemy, jak głęboko zaryliśmy; nie mamy pewności, czy napełniając zbiorniki balastowe powietrzem się uniesiemy. Próbę podniesienia okrętu oceniam za najbardziej ryzykowną. Stracimy powietrze bez gwarancji wynurzenia – odezwał się sternik.

– Jeżeli zaryliśmy zbyt głęboko, to uratować nas może tylko wynurzenie alarmowe. Napełnimy balasty powietrzem, nie mamy możliwości sterowania. Jeżeli się nie uda, to zginiemy wszyscy – dodał II oficer.

– Poczekajmy, poczekajmy jeszcze godzinę, dwie. Nasi nas znajdą – odezwał się łącznościowiec.

Sebastian dostrzegł, jak nawigator tłamsi coś w sobie. Podskórnie wiedział, że ten coś wie, ale nie chce powiedzieć. Nie chce lub ma obawy.

– Panie chorąży, a pan? – rzucił do niego bez pardonu.

Wywołał go. Tamten musiał coś powiedzieć. Spojrzał na specjalsa. Sebastian poczuł, że to, co zrobił, dało odwagę temu marynarzowi.

– Przechył okrętu wynosi dokładnie 31 stopni. Nie dobije do nas żaden dzwon ani pojazd ewakuacyjny. Przepraszam, kłamałem wcześniej – przyznał się, mówiąc to ze wzrokiem wbitym w ziemię.

Nastała grobowa cisza. Stało się jasne, że wygrała trzecia opcja. Bukowski wstał.

– Przepraszam panów, muszę chwilę przemyśleć to, co usłyszałem na osobności, wrócę za chwilę – oznajmił.

Z szacunku do niego wstali wszyscy. Wzrokiem odprowadzili oddalającą się sylwetkę komandora. Gdy zniknął im z pola widzenia, zasiedli za stołem.

– Nie dziwcie się, nastała dla niego ciężka chwila – podsumował II oficer.

Sebastian podszedł do oficera łączności.

– Aparatura, musimy ją zniszczyć – zakomunikował mu krótko.

– Jezu, takie cudo – odparł tamten.

Miał prosty rozkaz, musiał go wykonać. Nie było czasu na sentymenty. Zauważył, jak chorąży bije się z myślami.

– Musimy, taki mam rozkaz, czy to się panu podoba, czy nie – oznajmił. – Po odprawie dwójka moich ludzi pójdzie z panem i zniszczy ten sprzęt.

Chorąży z bólem serca kiwnął głową na znak, że się zgadza. Nie miał wyjścia. Rozkaz to rozkaz.

 

*****

 

– Dowódco, Jezu, medyk!!! – usłyszała krzyk Klaudia.

Natychmiast poderwała się na równe nogi i skierowała kroki w stronę, skąd dobiegał głos. Nie było to daleko. Pokonała jedne wodoszczelne drzwi i znalazła się przy marynarzu pochylonym nad komandorem.

– Zemdlał, chyba zemdlał – poinformował ją podoficer, który tkwił przy swoim dowódcy.

– Dawaj do mesy oficerskiej, Przynieś mi plecak medyczny. Już!!! – wrzasnęła na niego.

Dowodzący oddychał, był cholernie blady.

– Na coś pan choruje? – zapytała.

Poruszał ustami, lecz nie mógł wydobyć z siebie słowa. Chciał jej coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Usiadła w kucki i położyła jego twarz na swych kolanach. Był przytomny, patrzył na nią. Widziała, że ma płytki oddech. Dobiegł do niej Sebastian.

– Co z nim?

– W porządku, sytuacja go przerosła, to chyba jakaś fobia, nie wiem – odparła.

Dostał drgawek. Najprawdopodobniej silny stres wywołał u niego taką reakcję. Pojawił się podoficer z plecakiem medycznym.

– Nie przeszkadzaj, proszę – zwróciła się do Sebastiana.

Cofnął się razem z innymi. Szybko znalazła odpowiedni medykament. Lata praktyki i kurs ratownika medycznego robiły swoje. Poczuła, że znów jest w akcji.

– Już, już, wszystko będzie dobrze – szeptała, aplikując mu środek uspokajający.

Trafiła z diagnozą. Drgawki ustały. Bukowski leżał na podłodze, powoli dochodząc do siebie.

– Co z nim? – zapytał II oficer.

– To wszystko go przerosło, psycha siadła – odparła typowym slangiem.

Nie była psychiatrą ani psychologiem. Nie siedziała w głowie komandora. Mogła jedynie domniemywać, tyle i aż tyle. Jedno było pewne – najważniejszy na okręcie był chwilowo wyłączony z „walki”.

– Dowodzisz pan teraz – stwierdził Sebastian, patrząc na II oficera.

– Za ile on będzie zdolny do… – tu drugiemu podoficerowi zabrakło wyrazu.

– Za godzinę, za dwie, na razie potrzebuje spokoju. Dawaj tu pan dwóch ludzi, niech przeniosą go do mesy – odparła, niejako rozkazując.

Wytarła komandorowi usta, które były wcześniej pokryte pianą. Dwójka marynarzy załadowała go na nosze i przeniosła do mesy oficerskiej.

– Jesteś niesamowita – stwierdził Sebastian.

– Nie, robię swoje – odparła, pakując plecak.

 

 

Rejon akcji. Prawdopodobne miejsce zatonięcia okrętu podwodnego „828”. Pół godziny później.

 

 

Dwóch specjalsów, ubranych w specjalistyczne kombinezony nurkowe, tkwiło przy dzwonie ratunkowym. Czekali tylko na komendę, modlili się, by ta w końcu padła. W środku urządzenia siedział „Hart”. Jego zadaniem, w przypadku odnalezienia miejsca katastrofy, było przejęcie dwóch-trzech członków załogi i ewakuacja ich na powierzchnię. Rolą pozostałej dwójki było umocowanie dzwona do jednego z włazów jednostki. Należało jednak znaleźć ten okręt podwodny, a to na razie wychodziło im kiepsko.

– Czemu nie zrzucą kotwic, do kurwy nędzy? Co chwila nas znosi – zauważył „Jaśko”.

– Bo jak nasi są tam na dole i pierdolniesz na nich kotwicą, to kaplica. Rozjebiesz im poszycie – odparł „Andkor”.

Dwa ZOP-owskie Mi-14 przeszukiwały wskazany akwen. Co chwila przenosiły opuszczane sonary, chcąc za wszelką cenę znaleźć tych nieszczęśników. Ani opuszczany sonar, ani detektor anomalii magnetycznych, ani dodatkowe pławy radiohydroakustyczne nie były w stanie zlokalizować „828”. Coś tam niby słyszano, coś niby się nie zgadzało w anomaliach, ale pewności nie było.

– Kończymy poszukiwania, odchodzimy, tankujemy się i wracamy – zameldowały obie załogi Mi-14PŁ, nie znajdując niczego.

– Do chuja z nimi!!! – zaklął „Pumciak”, widząc, jak oba śmigłowce kierują się w stronę Gdyni.

– Nie bluźnij, robią wszystko, co mogą, toż oni latają tu jak wściekli – krótko zgasił go „Andkor”.

Dobrze znał „Pumciaka”. To był typ w gorącej wodzie kąpany. Nienawidził stagnacji i pustki. Człowiek walki jak każdy z nich.

Sonary nawodnych okrętów też nic nie przyniosły. Gotowi nieść pomoc czekali na tę jedną komendę. Mamy go – tam jest. Mieli śmigło na „Wodniku”, mieli obok siebie trzy jednostki gotowe działać. I dupa, bez potwierdzenia pozycji łodzi spuszczenie dzwonu było bezsensownym przedsięwzięciem.

– Andkor, uratujemy ich, ja to wiem – rzucił „Jaśko”.

 

 

Centrum Operacji Morskich (COM), w tym samym czasie.

 

 

– Szwedzki „Belos” dojdzie w rejon wypadku za około pięć godzin. Prosi tylko o dane ratowanej jednostki i liczbę osób – usłyszał Brzeziński od swojego podwładnego.

– Dziewiętnaście, okręt klasy KILO zbudowany w ZSRR – odparł matowym głosem.

Wierzył w to szwedzkie cacko. Cztery komory dekompresyjne i pojazd ratowniczy. Typowe combo, którego naszej Marynarce Wojennej brakowało.

„Niech wydają więcej na mistrzostwa SZ w badmintonie, na gówno warte podróże historyczno-wojskowe, na plakaty i kalendarze. Radek w tym kalendarzu będzie w listopadzie, a chuja, bo wtedy święto zmarłych, to w promocji dostanie październik, a pozostałe miesiące, te mniej atrakcyjne jak luty i maj, dostanie ta załoga z Hoplita 01” – przeklinał dowodzących w MON.

Zbliżył się do niego łysawy komandor. Poczuł do faceta specyficzny „flow”. Przerwał nic nieznaczącą rozmowę telefoniczną z Warszawą. Tamci cały czas chcieli mieć dane, najlepsze, najbardziej aktualne. Przez nich w porcie, w Ustce, była konferencja prasowa z udziałem uratowanych.

Fakt. Większość uratowanych zlała dziennikarzy, marząc tylko o tym, by znaleźć się wśród bliskich, ale znalazły się takie mendy, co plotły androny.

– Panie Stanisławie, bo tak pozwolę sobie do pana mówić… – zaczął.

– Staszku, proszę – usłyszał w odpowiedzi.

– Mów – dokończył.

– Ja na ich miejscu uciekałbym z okrętu. Tak jak ci wcześniej mówiłem, nie ma boi. Jeżeli żyją… – zaczął Stanisław.

– Żyją, żyją na pewno – przerwał mu Brzeziński.

– Dobrze, tylko kurwa, oni sobie zdają sprawę, że z jakiejś przyczyny boja nie odpaliła albo chuj wie co. My nie mocujemy spawem boi ratunkowej jak na ruskich okrętach podwodnych. Coś się pojebało i ty, i ja to wiemy. Mało tego, oni też o tym wiedzą – przekonywał Brzezińskiego stareńki komandor.

– Co proponujesz?

– Nic, wystawić obserwatorów z noktowizorami, niech lustrują teren – usłyszał.

 

 

Polski okręt podwodny klasy KILO o numerze burtowym „828”, pół godziny później.

 

 

Klaudia od kilku minut tkwiła w przedziale torpedowym razem z Sebastianem, „Olem” i czwórką marynarzy. Przerażona obserwowała, jak trzech mężczyzn zakłada pomarańczowe kombinezony ratunkowe. Nie docierało do niej, że wkrótce sama znajdzie się w tej podobnej sytuacji. To nie mogło dziać się naprawdę – to był koszmarny sen, z którego miała zamiar się obudzić.

– Wychodziliście już, trenowaliście to na „spluwaczkach”? – dopytywał się „Ola”, oficer do spraw uzbrojenia.

Stał przy zaworach ciśnieniowych i innych urządzeniach sterujących pracą wyrzutni torpedowych.

„Spluwaczkami” nazywano kompleks urządzeń, w którym co trzy lata, podczas pięciodniowego kursu, wszyscy marynarze pełniący służbę na okrętach podwodnych szkolili się na sytuacje podobne do tej, w której się teraz znaleźli. Tam jednak warunki były cieplarniane, zawsze w przypadku błędu można było powtórzyć to, co zrobiło się niewłaściwie. Nad wszystkim czuwali instruktorzy, woda miała temperaturę siedemnastu-osiemnastu stopni i do pokonania było osiem metrów, a nie sześćdziesiąt sześć. Ćwiczono wyjście przez właz ewakuacyjny, a nie przez wyrzutnię torpedową o średnicy 53,5 cm. Do pokonania był kawał żeliwnej rury, a nie 9-metrowy cylinder wyrzutni.

– Klaudia, słuchaj teraz, proszę, słuchaj uważnie – poprosił ją Sebastian, mocno ściskając prawą dłoń kobiety.

Miała łzy w oczach. Powoli zaczynała zdawać sobie sprawę, że to dzieje się naprawdę. Obserwowała, jak pierwsza trójka zakłada kombinezony. Sebastian na chwilę puścił jej dłoń i podszedł do „Ola”, by mu pomóc.

Te kombinezony wyglądały postapokaliptycznie, zwłaszcza część twarzowa, przypominająca stare maski przeciwgazowe, potocznie nazywane „słoniami”.

– Słuchajcie wszyscy, choć i tak będę to powtarzał każdej trójce. Wsuwacie się do rury wyrzutni. Zablokuję ją i powoli napuszczę do wnętrza wody. Potem wyrównam ciśnienie. Z waszej strony proszę tylko o sygnały. Każdy z was będzie miał metalowy klucz. Jeden stuk o rurę – jesteśmy gotowi, dwa uderzenia – coś jest nie tak. Ostatni, który opuści wyrzutnię i będzie na zewnątrz, uderza trzy razy, ale o kadłub. Nie obawiajcie się, ja rozpoznam różnicę, gdzie kto uderzył. Te trzy uderzenia dają mi sygnał, że mogę zamknąć wyrzutnię i przygotować ją dla drugiej trójki. Jeżeli ktoś ma spękać, to teraz, bo powrotu nie widzę. Powietrze sprężone będzie wypychać wodę i może was zabić. Słowem, bilet w jedną stronę –  Klaudia stawała się coraz bardziej przerażona.

Uzupełnieniem kombinezonu ISP-60 był aparat ucieczkowy IDA-59M. Oba te elementy tworzyły komplet ratowniczy załogi okrętów podwodnych.

Marynarz ściągnął wiszącą przy włazie ewakuacyjnym boję ratunkową z liną, zwaną „bojrepem”. Na linie tej, rozwijanej samoczynnie po przymocowaniu do kolucha znajdującego się na rufie okrętu podwodnego, znajdowały się „muslingi” –koraliki sygnalizujące, w którym miejscu należy zrobić przystanek dekompresyjny. W linę należało wpiąć się za pomocą karabińczyka, przypominającego ten do wspinaczki górskiej. Końcówka liny, zakończona nim, była przymocowywana do kombinezonu.

„Olo” i dwaj marynarze zakładali na siebie aparaty ucieczkowe. Klaudia nadal nie wierzyła w to, co widzi, a jej panika narastała. Dowodzący akcją oficer od uzbrojenia podciągał paski na kombinezonach, tak że przez boczne zawory wydostało się powietrze. Sprawdził membrany w zaworach, przedmuchał je, a następnie jeszcze raz upewnił się, że aparaty działają.

– Powodzenia, panowie, i do zobaczenia na górze – pożegnał ich, otwierając wyrzutnię torpedową.

Klaudia o mało nie zemdlała, gdy zobaczyła wąską rurę. Pierwszy z marynarzy wrzucił do wnętrza bojrepa i przy pomocy dwóch innych, nieubranych w kombinezony, wpakował się do środka. Opuszczający okręt ludzie wyglądali, jakby przeniesiono ich z innej epoki. Jej kombinezon ratowniczy przy tym starociu skonstruowanym w latach 60. ubiegłego wieku wyglądał jak futurystyczny wytwór.

– Dobrze, teraz wy zakładajcie kombinezony i zawołać kolejną trójkę – zakomenderował uzbrojeniowiec i zamknął wyrzutnię torpedową po tym, jak w jej wnętrzu zniknął ostatni z pierwszej trójki. – I teraz proszę o ciszę – dodał po chwili, blokując ją.

Weszło kolejnych trzech marynarzy. Sebastian wrócił do Klaudii i pociągnął ją bliżej wyrzutni. Bez żadnego skrępowania ściągnął z niej służbowy kombinezon, bo nie dałoby się na niego założyć ratowniczego. Stała, nie protestując, poddając się temu bez oporów.

Dał się słyszeć pojedynczy sygnał. Tamci w metalowym walcu byli gotowi.

– Zalewamy – szepnął marynarz, zaczynając majstrować przy zaworach.

Chciała stąd uciec i zaszyć się gdzieś w kącie. Wizja, że za chwilę znajdzie się w tej rurze, w ciemnościach, ubrana w stary kombinezon i zdana na technikę ubiegłego wieku, przerażała ją. Bała się, po raz pierwszy tak się bała. Nawet wtedy, gdy ratowała Marzenę, i gdy zginął Radek, nie odczuwała strachu tak bardzo, jak teraz. Tkwiła sparaliżowana, nie mogąc z siebie wydać żadnego dźwięku ani ruchu. Posłusznie tylko patrzyła, jak Sebastian ściąga z niej kombinezon, zostawiając ją w komplecie bielizny termoaktywnej – koszulce z długim rękawem i legginsach.

Oficer regulował ciśnienie pokrętłami. Musiał je wyrównać do takiego, jakie panowało na zewnątrz okrętu. Każde dziesięć metrów w głąb powierzchni dawało różnicę ciśnień wynoszącą jedną atmosferę. Byli prawie na siedemdziesięciu metrach. Czasami różnica 0,5 atmosfery mogła być zabójcza dla nurków.

Klaudia patrzyła na porucznika od uzbrojenia i zdała sobie sprawę, że życie tej trójki i kolejnych zależy w dużym stopniu od jego działania. Widziała, jak delikatnie kręcił zaworami, jak co chwila zerka na manometry. Facet miał nerwy ze stali.

– OK, otwieram wyrzutnię – mówił sam do siebie. – Zawołajcie Piotrka z torpedowego, pomoże mi – dodał.

Któryś z trójki, która weszła po nich, zawołał doświadczonego bosmana. Ten pojawił się po chwili.

– Pomożesz mi, proszę cię, kontroluj, co dwie pary oczu to nie jedna – zwrócił się do niego.

Czekali, czekali na te magiczne trzy uderzenia, mówiące, że tamta trójka wyszła cała i zdrowa. Czas dłużył się niesamowicie. Wydawało się, że sekundy trwają wieczność. W końcu usłyszeli trzy uderzenia o pokład okrętu.

– Jest, udało się – cieszył się jak dzieciak uzbrojeniowiec.

Pierwsza trójka rozpoczęła swoją powolną drogę do życia.

– Sebastian, ja nie dam rady – szepnęła.

Omiótł ją zimnym wzrokiem. Głęboko spojrzał jej w oczy, jakby chciał przewiercić kobietę wzrokiem.

– Musisz, musisz. Jeżeli zrezygnujesz, zostaję tu z tobą. Pomyśl o dziecku. Dasz radę, będę z tobą, zrobimy to razem – cedził przez zęby.

– Może oni teraz, a my po nich? – zaproponowała, szepcząc.

– Nie! Teraz! – wyrzucił z siebie, głosem nieznoszącym sprzeciwu.

– Boję się, zginiemy – jęczała.

Kiwnął głową przecząco. Wiedziała, że nie odpuści.

– Poruczniku, pan na spokojnie wytłumaczy jeszcze raz, co i jak, pani bosman jeszcze nigdy tego nie robiła – poprosił uzbrojeniowca.

Porucznik uśmiechnął się serdecznie. Omiótł Klaudię wzrokiem. Musiał zdawać sobie sprawę jak ta się boi.

– Ustawimy wszystko w aparacie jak należy. Przed wszystkim je sprawdzę. Porucznik, który wynurzy się z panią, i mój kolega z łączności nie pozwolą, by stała się pani krzywda. Przede wszystkim bez paniki. Oddychamy spokojnie, płytki wdech, głęboki wydech. Spokojnie, bez nerwów. Gdy zatrzymacie się na przystanek dekompresyjny, proszę oddychać spokojnie, tam postoicie cztery albo osiem minut i tak kolejno. Przystanki będą oznaczone musingami. Koledzy będą regulować czas. W ciągu minuty na przystankach proszę zrobić czternaście spokojnych wdechów i wydechów. Wiem, że pani nurkowała, to dla pani będzie proste. Jak osiągniecie głębokość 55 metrów, przejdziecie na wspomaganie tlenem, porucznik pani przełączy aparat, do tej głębokości oddychasz na trimixie. Podstawa to nie wpaść w panikę, nie oddychać szybko i łapczywie, i nie spieszymy się. Pośpiech zabija – wyjaśnił jej najlepiej, jak mógł.

Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała, choć niewiele do niej dotarło. Starała się zapamiętać jak najwięcej, lecz muslingi i trimixy były dla niej ciemną magią. Zdała sobie sprawę, że jest zdana na Sebastiana i musi robić to, co on jej każe.

– Dasz radę, wierzę w ciebie, zrób to dla mnie, a przede wszystkim dla synka – usłyszała od Sebastiana.

– Da pani radę, musi pani, wierzę w panią – dodał porucznik z uzbrojenia.

Powoli zakładała kombinezon ratunkowy. Zdała sobie sprawę, że już nie ma odwrotu. Jeżeli chciała zobaczyć jeszcze Radeczka, musiała zdobyć się na to ryzyko.

 

 

*****

 

 

Opuszczenie okrętu podwodnego w zestawie ewakuacyjnym, poprzez wyrzutnie torpedowe lub luk ewakuacyjny, jest ostatecznością. Zawsze dąży się do tego, by ewakuacja została przeprowadzona przy pomocy dzwona ratowniczego lub specjalistycznego pojazdu. W takim przypadku nie ma problemu z przystankami dekompresyjnymi, ponieważ ciśnienie panujące w dzwonie i okręcie podwodnym jest identyczne. Takie działania ratownicze określane są jako „suche” i są najbezpieczniejsze zarówno dla załogi, jak i dla ratowników.

Jednak gdy dzwon lub pojazd ratunkowy nie mogą dobić do poszkodowanej jednostki, pozostaje tylko ta trudna, czasochłonna i obarczona dużym ryzykiem droga ucieczki.

Zbyt szybkie wynurzanie się powoduje, że azot pozostający w organizmie nie ma gdzie uciec, co prowadzi do choroby dekompresyjnej, a nawet śmierci. Nie można zapominać o narkozie azotowej – jest ona podobna do upojenia alkoholowego, a zdarzały się przypadki, gdy nurek wyciągał aparat oddechowy, widząc wyimaginowaną rybkę, i zaczynał ją gonić, myśląc, że ta się utopi. Kobiety na dnie dostrzegają piękne kwiaty i pragną je zerwać.

Sprzęt ratowniczy na okrętach klasy KILO wcale nie jest tak zły, jakby się wydawało. Co prawda Rosjanie wprowadzili nowsze kombinezony i aparaty ratunkowe, lecz te starsze modele wciąż się sprawdzają. Ich zaletą jest to, że nie potrzebują żadnej elektroniki do sterowania. Sam kombinezon jest delikatny (3 mm lateks) i łatwo go uszkodzić, poruszając się po ziemi, jednak nie jest stworzony do użytkowania na powierzchni. Proste rozwiązania techniczne są jego atutem. Jest toporny (rękawice są trzypalczaste), ale można go w prosty i szybki sposób założyć (tu kłania się kwestia doświadczenia i ćwiczeń).

Aparat ucieczkowy IDA-59M to typowy „rebreather mieszany”. Wyposażony jest w trzy butle. Pierwsza zawiera trimix, czyli mieszaninę oddechową, dzięki której można bezpiecznie oddychać na dużych głębokościach. W drugiej znajduje się tlen, który wzbogaca mieszaninę poprzez stałe dozowanie od głębokości 55 metrów do powierzchni. Do tego dochodzi pojemnik wypełniony tzw. masą 03, oczyszczającą mieszaninę z wydychanego dwutlenku węgla. Aparat ten działa bowiem w obiegu zamkniętym. Posiada cztery zakresy głębokości dla różnych szybkości przepływu ciągłego (0-20 metrów; 20-37 metrów; 37-55 metrów; >60 metrów – brak przepływu ciągłego) i zapewnia 2,5 godziny ciągłej pracy, przy założeniu, że głębokość nie przekracza 90 metrów. Mankamentem jest waga – 15 kilogramów. Dobrze wyszkolony nurek poradzi sobie z nim bez najmniejszych problemów. Najgorszym jest przeczołganie się z tym aparatem umieszczonym na piersi przez wąską rurę wyrzutni torpedowej.

Pozostawała jeszcze kwestia ewakuacji ostatniego marynarza, który obsługiwał maszynerię wyrzutni torpedowych. Chcąc się ewakuować, był zmuszony zalać cały przedział torpedowy, narażając się na ogromne ryzyko (nagła zmiana ciśnienia, niekontrolowana przez pokrętła) i dopiero wtedy mógł opuścić okręt. Innego wyjścia nie było.

 

 

*****

 

 

– Powodzenia, widzimy się na górze, nie bój się, dasz radę – usłyszała przerażona Klaudia od porucznika, czując, jak klepnął ją w ramię.

Wstyd jej było, lecz ze strachu zsikała się. Pierwszy do wyrzutni załadował się Sebastian, potem ona, a na końcu łącznościowiec. Długa na dziewięć metrów tuba wyrzutni torpedowej ją przerażała. Oświetlony przedział torpedowy był dla niej oazą spokoju. Teraz zagłębiała się w rurze coraz dalej. Z trudem, obciążona ciężkim aparatem ucieczkowym, pokonywała kolejne centymetry. Czuła zimno. Starała się oddychać spokojnie, lecz nie bardzo jej to wychodziło. Na twarzy miała specyficzną maskę, a dwa okulary nie dawały takiego widoku, jak pełna maska do nurkowania, do jakiej była przyzwyczajona. W prawej dłoni trzymała jakieś żelastwo, które dostała od oficera. Przed sobą widziała tylko nogi Sebastiana obleczone kombinezonem.

Strach wzmógł się w momencie, gdy nie dostrzegła w tubie żadnego światła. Zdała sobie sprawę, że wyrzutnia torpedowa została zamknięta. Marynarz z tyłu uderzył raz w rurę wyrzutni.

„Boże, nie, uderzę dwa razy, nie chcę” – przeszło jej przez myśl.

Nie zdobyła się na to. Zbyt pragnęła zobaczyć syna. Woda powoli wlewała się do wyrzutni. Była cholernie zimna. Nie widziała jej, ale czuła, jak wypełnia wnętrze walca. Pamiętała, jak wcześniej wtuliła się w Sebastiana i, patrząc mu prosto w oczy, zapytała:

– Uratujesz mnie, prawda?

Jego wyraz twarzy i wzrok nie mogły kłamać. Objął ją dłońmi i mocniej przycisnął do siebie. Czule pocałował we włosy.

– Tak, przysięgam.

Woda zalała całą wyrzutnię. Czuła, jak po chwili rośnie ciśnienie we wnętrzu rury. Gdyby mogła, zatkałaby sobie uszy. Nurkowała przecież, była ratowniczką, ale na osiem, góra dziesięć metrów, i to dawno, dawno temu.

 

Zwykłemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jak to jest czołgać się w sprzęcie do nurkowania przez zalaną wyrzutnię torpedową o długości dziewięciu metrów i średnicy 53,3 cm. W całkowitych ciemnościach. Jak ciężko jest pokonać każdy centymetr, ba, milimetr, gdy ma się wrażenie, że nigdy nie opuścisz tego cylindra. W pewnym momencie ma się wrażenie, że już nigdy nie wyjdziesz z tej cholernej rury i zostaniesz tu na zawsze. Strach krępuje ruchy, siły opadają, lecz najważniejsza jest wola walki. Nie można pozwolić, by panika zawładnęła umysłem i odebrała wolę walki. Walczysz i pokonujesz kolejne centymetry, walczysz, bo walka jest w twoim DNA. Walczysz, bo masz dla kogo żyć.

 

„Ten ostatni to będzie miał…” – tu Klaudii zabrakło wyrazu.

Poczuła, że dotarła do końca wyrzutni i zaczęła lecieć głową w dół. Mocne dłonie Sebastiana pochwyciły ją i skierowały ku górze. Dopiął kobietę chwilowo karabińczykiem do siebie, czekając na tego trzeciego.

Dojrzała światło latarki. Ta była przyczepiona do liny bojrepu. „Olo” był profesjonalistą. Zostawił im taki znak. Małą rzecz, a jakże potrzebną. Dopóki nie siądą baterie, ten snop światła będzie jak latarnia morska dla zagubionych żeglarzy.

Było ciemno, cholernie ciemno. Gdyby nie światło z latarki, zgubiłaby się i nie wiedziała, co robić. Sebastian puknął ją w głowę. Byli we troje poza wyrzutnią. Przepiął Klaudię do tego marynarza, wskazał mu, gdzie ma się udać. Sam dopłynął do kadłuba okrętu.

„Boże on o wszystkim pamięta” – przeszło jej przez myśl, gdy dojrzała jak uderza o pokład swoim kluczem.

Ten klucz, który miała, wypuściła z dłoni opatulonej rękawicą, gdy wysunęła się z wyrzutni. Zaklęła wtedy w duchu na swoją gapowatość.

Razem z łącznościowcem płynęła w kierunku liny bojrepa. Podpięli się do niej. Po chwili dotarł Sebastian. Przypiął ją do siebie.

Uderzył Klaudię delikatnie dłonią w okular. Najwyraźniej dawał jej znak, by patrzyła na niego. Podniósł kciuk z trzypalczastych rękawic, pytając najwyraźniej, czy wszystko w porządku. Podniosła swój kciuk. Nie mógł tego dostrzec, lecz uśmiechnęła się. Cała trójka ruszyła ku górze.

Wysforowała się naprzód. Sebastian mocno ściągnął ją, pociągając za linę. Pragnęła jak najszybciej znaleźć się na powierzchni. Opanowała się.

„Spokojnie, Klaudia, spokojnie, masz dla kogo żyć”.

Płynęli ku powierzchni, jakby za wolno. Denerwowała się. Brała mocne hausty powietrza z aparatu. Próbowała uspokoić oddech, ale nie mogła. Coś, co było silniejsze niż ona, mówiło jej, by wynurzać się szybciej. Co chwilę czuła, jak Sebastian ściąga ją w dół, zdawała sobie sprawę, że wyprzedza ich dwójkę. W końcu pociągnął tak mocno, że znalazła się tuż przy nim. Uderzył dłonią w jej głowę. Chwycił za ramiona i ściągnął w dół. Najwyraźniej dawał Klaudii do zrozumienia, że robi coś źle.

„Uspokój się, debilko”

Wszechobecna ciemność ją przerażała. Pragnęła jak najszybciej dostać się na powierzchnię, by dojrzeć gwiazdy i księżyc. Tam była panią sytuacji. Ich powolne tempo ją irytowało.

Dotarli do pierwszego przystanku dekompresyjnego. Sebastian pomajstrował przy jej przełączniku zakresu głębokości. Dostała wsparcie tlenowe. Musieli być już na głębokości poniżej 55 metrów.

„Boże, tak długo i tylko dziesięć metrów” – pomyślała załamana.

Tkwili tu całe wieki. Ten postój wydawał jej się zbyteczny. Całkowicie zapomniała o tym, by spokojnie oddychać w tempie czternastu wdechów i wydechów na minutę. Jej mózg zajęło co innego. Coś, co mogło ją zabić.

Ruszyli dalej, ku powierzchni. Specjals cały czas musiał ją ściągać w dół. Niczym boja wypuszczona z okrętu, usiłowała jak najszybciej wydostać się na powierzchnię. Czuła jak Sebastian co chwila uderza ją w głowę i ściąga ku dołowi.

„Jezu, niech wreszcie się to skończy, mam już dość”.

Po drugim przystanku zaczęła mieć zwidy. Najpierw dostrzegła rybki, które podpłynęły do niej i uśmiechały się. Z początku odrzucała ten widok, zdając sobie sprawę, że jest nierealny, ale po kilku minutach wydał jej się prawdziwym. Wyciągnęła dłoń, chcąc je pochwycić. Uciekły. Były na tyle mądre, że co chwila podpływały do niej, były coraz bliżej, a ona, głupia, nie potrafiła ich złapać.

„I znów postój”.

 

 

*****

 

 

Na wpół przytomna, po kolejnym postoju, ruszyła w dalszą drogę. Była to tak wolna podróż, jakiej nigdy wcześniej nie odbyła. Po kilku minutach w ciemności głębi dojrzałą ludzką postać. Czy aby na pewno ludzką? Obiekt poruszał się tak szybko, że wydawało się, iż to pomieszanie ryby z człowiekiem. Przyglądała się temu zjawisku z ciekawością. Kto to jest? Cóż to za istota? Po raz kolejny to coś przemknęło obok, prawie na wyciągnięcie ręki.

Wyciągnęła dłoń, pragnąc dotknąć tego czegoś, pochwycić. Ukazał się ponownie.

To był Radek. Starszy o kilka lat, ale wciąż Radek. Nurkował bez maski, bez butli, swobodnie. Miał brodę, co ją zdziwiło, i wydawał się jakiś inny, zimny. Jego spojrzenie nie należało do człowieka, jakiego znała.

„Radek, ty żyjesz” – chciała mu powiedzieć.

Pragnęła wyrwać się z tej uwięzi, popłynąć za nim.

Wyciągnął dłoń przed siebie, jakby jej zabraniając. Palcem wskazał górę, patrząc na nią poważnym wzrokiem, jakby nie chciał, by się do niego zbliżyła.

Coś jej nie pasowało. Nie miał na sobie tego kombinezonu, w którym zginął. Był ubrany w czarny skafander.

„Uratuj mnie, chodź ze mną, mamy syna, Radeczka, on czeka na ciebie” – starała się mu przekazać, ale nie była w stanie tego zrobić.

Przyłożył sobie palec do ust. Jeszcze raz wskazał jej palcem górę i pogroził nim. Obrócił się bokiem.

Dostrzegła na prawym ramieniu skafandra rosyjską flagę, napis „Russian Federation” i emblemat, którego nie znała.

Zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Poczuła, jak Sebastian ponownie majstruje przy przełączniku. Ocknęła się. Zwidy minęły.

„Co się ze mną dzieje?”

 

 

*****

 

 

Pokonali już ponad dwie trzecie głębokości. Cały czas jednak należało pamiętać o tych cholernych przystankach. Przedostatni na ośmiu metrach przed wynurzeniem, cholerne osiem minut i ten końcowy, na trzy metry przed powierzchnią Bałtyku. Również trwający osiem minut.

Nie wiedział, co się działo z Klaudią – czy to choroba dekompresyjna, czy czort wie co. Wiedział jedno –że zrobi wszystko, by ją uratować, z poświęceniem swojego życia włącznie.

Dobrze już wiedział, że ją kocha ponad życie. Była tą jedną jedyną.

Nagle stała się nieprzewidywalna. Zaczęła wyciągać dłonie, by coś pochwycić, potem chciała się odpiąć od bojrepa.

„Nie, kurwa, nie. Nie stracę jej” – przyrzekł sobie.

Walczył o nią jak nigdy. Miał w dupie tego łącznościowca. Był marynarzem, musiał sobie dać radę sam. Najważniejsza dla niego była ona.

„Czy ja się jeszcze do tego nadaję? Czy nadal jestem tym polskim Navy Seals?” – przeszło mu przez myśl.

Czuł, że opanował sytuację. Tak mu się wydawało. Stanęli na kolejny przystanek.

 

 

Rejon wynurzenia pierwszej grupy. Dwie mile morskie od rejonu operowania zespołu ratowniczego PMW. Morze Bałtyckie. Późne godziny nocne.

 

 

„Olo” wraz z dwoma pozostałymi marynarzami szczęśliwie osiągnęli poziom morza. Obok ich miejsca wypłynięcia tkwił bojrep. Momentalnie przełączyli się w aparatach na oddychanie atmosferyczne i wykrzyczeli głośno kilka niecenzuralnych wyrazów.

To pomogło. Po pierwsze, dało upust emocjom, a po drugie, taka była procedura po wynurzeniu się.

– I co teraz, starszy bosmanie? – zapytał marynarz, z którym „Olo” wypłynął.

Wokół nie było widać żywego ducha, a skafandry nie zapewniały pełnej ochrony termicznej w listopadowych temperaturach.

– Podtrzymajcie mnie, damy radę – zapewnił ich podoficer wojsk specjalnych.

Gdy to zrobili, rozpiął pomarańczowy skafander i z kieszeni umundurowania wyciągnął radio Klaudii oraz jej lampę stroboskopową. „Góral” zabronił zabierania na powierzchnię środków pirotechnicznych i broni. Ciśnienie i delikatny kombinezon w normalny sposób to wykluczały. Dał mu jednak radio i lampę stroboskopową, mając nadzieję, że to wystarczy.

– Tu załoga okrętu 828, czy ktoś mnie słyszy? – nadał na częstotliwościach SAR. – Trzymaj lampę i ją włącz – dodał po chwili, wręczając jednemu z marynarzy stroboskop.

Oczekiwanie na odbiór było najgorsze. Nikt nie wiedział, czy ktoś usłyszał to swoiste „MAYDAY”.

– Gdzie jesteś „828”? Włącz radio na poszukiwanie, odbiór.

Specjals wcisnął w radiotelefonie ten magiczny przycisk. Jak dobrze, że ono się nie rozładowało. Marynarz odpalił lampę.

„Olo” odetchnął spokojnie – wykonał swoje zadanie. Teraz czekali na ratunek.

 

 

Centrum Operacji Morskich (COM) w tym samym czasie.

 

 

Brzeziński szalał z radości. W przypływie emocji całował swoich podwładnych w czoła i policzki. Natychmiast kazał podnieść w powietrze wszystkie dostępne śmigłowce ratownicze. Czekał tylko na podanie dokładnego „gridu” i liczby rozbitków, którzy są już na powierzchni. Skoro jednak ze wstępnych ustaleń była mowa o trzech marynarzach, to w kolejnych minutach lub godzinach należało się spodziewać kolejnych.

Podniesiono alarm bojowy na okrętach ratowniczych znajdujących się w tym rejonie. Po chwili jeden z obserwatorów wzrokowych zameldował, że widzi błyski lampy stroboskopowej. Wszystkie jednostki nawodne ruszyły w tym kierunku.

To był cud. Sami zdołali się wydostać z uwięzionej na dnie łajby. Podziwiał odwagę tych ludzi. Klapnął w końcu na fotel. Czuł, jak schodzi z niego stres.

– Słuchaj, podnosimy wszystkie brzegowe stacje SAR-u, które mają na samochodach komory dekompresyjne, niech kierują się na najbliższe lądowiska. Nie wiadomo, w jakim stanie oni są. Na miejscu mamy je na „Piaście” i „Zbyszko”, ale tam upchniemy sześć, może siedem osób – podpowiadał mu łysawy specjalista ratownictwa morskiego.

– A „Belos”? – zadał mu pytanie dotyczące szwedzkiej jednostki.

– Słusznie, tam mają cztery komory, przyjmą trochę ludzi. Porozumiem się z nimi, przekażę koordynaty, a ty odpocznij chwilę, bo zbladłeś.

Uśmiechnął się do „łysego”. Bez niego byłoby mu trudno. Odciążał go, jak tylko mógł. Był pełen podziwu dla tego faceta.

– Stasiu – rzucił.

Mężczyzna obrócił się.

– No.

– Po tym wszystkim, jak to się skończy, zapraszam cię na wódkę. Zaraz po tym, jak zdamy służbę.

– Z całą przyjemnością, przyjmuję zaproszenie.

Koordynator lotniczy meldował, że dwa Mi-14PS i Anakonda są gotowe do startu, kolejna Anakonda miała być gotowa za kwadrans.

Podziwiał te załogi. Były w „dwójce”, nigdy nie trzymano w „jedynce” zbyt długo – marnotrawstwo paliwa i umęczenie ludzi. Mieli w drugim stanie gotowości dwadzieścia minut do startu od otrzymania rozkazu. Teraz gotowi byli w siedem, gdy w „jedynce” czas wynosił dziesięć minut.

– Plany lotu zatwierdzone z FIR Kaliningrad, mogą startować – usłyszał po minucie.

– Podnosimy ich – rozkazał.

Z pokładu ORP „Wodnik” dostał informację, że stacjonujący tam SH-2G grzeje silniki. Rozpędzona przez niego maszyna działała bez zastrzeżeń.

Wyszedł na papierosa. Stał w oknie, patrząc na stojące przed budynkiem wozy transmisyjne. Zaciągał się mocno.

„Oby wszyscy przeżyli” – modlił się w duchu.

Dostrzegł biegnącego do niego bosmanmata.

– Co? – zadał krótkie pytanie.

– Warszawa na linii, chcą rozmawiać z panem.

Uśmiechnął się szelmowsko. Teraz się obudzili i chcą rozmawiać, i mieć wszystkie dane? Spojrzał na wystraszonego podoficera, ten czekał na odpowiedź.

– Powiedz im, że oddzwonię za chwilę, wysrać się poszedłem, normalna ludzka rzecz.

Mina bosmanmata była bezcenna. Stał z rozdziawioną gębą, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Ale panie komandorze – wydukał z siebie po chwili.

– Powtórz im to dokładnie, słowo w słowo, i niczego się nie bój – przerwał mu, mówiąc te słowa na luzie.

Marynarz odwrócił się na pięcie i wrócił do dyżurki. Brzeziński sztachnął się mocno i po chwili wypuścił nosem dym.

„A co? Zwolnią mnie?”

 

 

Rejon wynurzenia pierwszej grupy rozbitków. Kwadrans później.

 

 

„Andkor” i „Jaśko” byli opuszczani wyciągarką w miejscu, gdzie znajdowało się trzech rozbitków. Ubrani w specjalistyczne kombinezony i butle z powietrzem, byli gotowi nieść pomoc zarówno tym, jak i kolejnym poszkodowanym. Sprawnie i szybko dotarli do ocalałych.

– „Olo”, miło cię widzieć. Co z resztą? – rzucił na powitanie „Andkor”.

– Pełzają do góry, kapitanie. Zabierajcie ich – odparł „Olo”, szczękając zębami.

Muskani reflektorem z Kamana, rozglądali się w nadziei dostrzeżenia kolejnych rozbitków.

– „Jaśko” do roboty, zabieraj pierwszego – rozkazał mu przełożony.

Podmuch wody morskiej, unoszonej przez łopaty śmigłowca, uderzał „Ola” po twarzy.

– Rescuer 08, tu Foka 04, prawo dziesięć. Trzech rozbitków, opuść linę – kierował śmigłowiec „Jaśko”, uchwyciwszy pierwszego z poszkodowanych.

Wiertalot przesunął się o wskazaną odległość. Po chwili podnosił z powierzchni Bałtyku dwie osoby.

– Gdzie „Góral” i „Pikor”? – wrzeszczał „Andkor” do swojego podwładnego.

„Olo” ledwo słyszał pytanie.

– „Góral” płynie w drugiej grupie, „Pikor” ma być w ostatniej, po nim tylko ten, co nas wypuszczał.

Kapitan dostrzegł bojrepa. Wiedział, że po linie może dotrzeć do okrętu. Analizował podjętą decyzję, ale musiał poczekać.

– Rescuer 08, tu Foka 01. Zabierz w drodze powrotnej z pokładu „Zbyszko” dwóch nurków od nas. Potrzebuję ich pomocy – krzyknął do radia.

– Przyjąłem, Foka 01, zabrać twoje dwie foki.

Ktoś jarzący COM-ie wysłał im jednego z dwóch SH-2G z wyciągarką. To musiał być bystry gość.

– Bierz drugiego marynarza. „Jaśko” zostaje ze mną – wydał rozkaz dla przemarzniętego specjalsa.

– Kapitanie – usłyszał jego głos z nutą delikatnego sprzeciwu.

– Zrobiłeś swoje, w tym kombinezonie zamarzniesz – zgasił go.

Podpłynął do nich „Jaśko”. Przekazał mu, co zadecydował. Odprowadzali wzrokiem odlatujący śmigłowiec z trójką rozbitków.

– Schodzę pod wodę. Zostajesz. Chuj wie, co tam się na dole dzieje – poinformował podwładnego kapitan.

– Andrzej, kurwa, to niezgodne z procedurą, mamy schodzić w parach – zaprotestował „Jaśko”.

– Zostań, dołączysz, jak desantuje się tutaj „Hart” i „Pumciak” – uciął krótko dyskusję.

Nie czekając na odpowiedź, zanurkował w toń Bałtyku. Chwycił linę bojrepa i zanurzał się coraz głębiej. Czuł wewnętrzną potrzebę. Nie mógł tkwić jak kołek w płocie, gdy tam, w czeluściach Bałtyku, ktoś mógł potrzebować pomocy.

 

 

*****

 

 

Kręcił przy jej aparacie ucieczkowym. Kobieta znów zachowywała się nieracjonalnie. Gdyby miała standardową końcówkę aparatu, już dawno by się jej pozbyła. Za wszelką cenę chciała iść do góry. Powstrzymywał ją z całych sił. Dał znak marynarzowi z łączności, by ich wyprzedził.

„Nie rób mi tego, Klaudia, błagam”.

Wyciągała dłonie przed siebie, jakby kogoś widziała. Słyszał o takim zachowaniu; najwyraźniej miała narkozę azotową. Dziwiło go, tylko że tutaj, na tak małej głębokości. Ta z założenia występowała na większej.

„Przecież to się, cholera zaczęło wcześniej” – uzmysłowił sobie.

Szarpała się. Szczęśliwie nie była w stanie ściągnąć z siebie części twarzowej kombinezonu. Nie majstrowała przy zaworach. Ileż ona miała siły! Jak mocno wyrywała mu się z objęć. Jakby tam, gdzieś w oddali, widziała coś, co ją bardzo przyciągało.

Sam tracił siły, mocując się z nią. Nie zdawał sobie sprawy, że kobieta może być tak mocna. To było jak walka z topielcem, Zdawał sobie sprawę, że w tej kwestii jest na przegranej pozycji. To ona była ratowniczką, a po jej wypracowanym ruchu z ratującego mógł stać się ofiarą.

Kogoś innego uderzyłby w czuły punkt, jej nie mógł. Coś go blokowało. Jakże to tak dać w mordę lub w kroczę albo w splot słoneczny kochanej osobie? Ich przepychanki trwały już za długo. Gdy ręką zasłoniła jego maskę, wreszcie zdobył się na ten ruch. Walnął ją w twarz, tak że oddaliła się na półtora metra – tyle wynosiła długość linki, na której była przypięta do niego. Zauważył, że to zadziałało. Przeraził się jednak, że mocnym ciosem pozbawił ukochaną świadomości.

„Boże! Nie! Co ja zrobiłem!”.

Momentalnie przysunął się do niej. Patrzył przez okulary maski na jej oczy. Przeklinał sam siebie w myślach.

 

 

*****

 

 

Znów naszły ją zwidy. Powrócił Radek. Krążył wokół nich, a ona chciała go pochwycić.

„Nie uciekaj, kochany, chodź do mnie”.

Sylwetka nurka w czarnym kombinezonie raz zbliżała się, to znów odpływała na bezpieczną odległość. Pragnęła, by wziął ją w ramiona i wyciągnął na powierzchnię. Skoro żył i był tutaj, to zjawił się, by ratować jej życie – on, Rybak Dusz, ostatnia nadzieja konających w wodzie. Miała mu tyle do przekazania. Jej prośby, tam wtedy na okręcie podwodnym, zostały wysłuchane. Pojawił się. Był. To nie legenda; ten starzec, tam wtedy, gdy go podejmowała i rozmawiała z nim w Anakondzie, nie kłamał. Ktoś taki istniał i ona widziała go teraz.

Znów odpłynął, gdy ona chciała się do niego zbliżyć. Ta cholerna linka jej przeszkadzała.

„Muszę się uwolnić, muszę płynąć do Radka”.

Mocne szarpnięcie przybliżyło ją do Sebastiana. Musiała z nim walczyć; nauczona twardej walki w toni Bałtyku, musiała wrócić do Radka.

Spojrzała na ubranego w czarny kombinezon nurka. Nie był zadowolony z działań, które obserwował. Kiwał głową przecząco, w końcu skierował w jej stronę broń. Tak, był uzbrojony. Ruszył na nią. Stanął w odległości kilkunastu centymetrów. Dojrzała jego oczy – zimne, beznamiętne i złe.

Wyciągnęła dłoń.

„Mam cię” – pomyślała.

Ręka uderzyła w próżnię. Nie chwyciła nikogo. Zniknął, podobnie jak wcześniej.

 

Poczuła, jak silna dłoń ujmuje jej prawą rękę. To był nurek, realny nurek z butlą tlenową na plecach. Mogła go dotknąć. Poddała się działaniom ratownika. Powoli zbliżali się razem do tafli Bałtyku.

Olali przystanek bezpieczeństwa. To była drobnica. Ważniejsze było jej życie.

Wynurzyli się. Ona, „Andkor” i Sebastian, oraz ten marynarz z łączności.

– Klaudiaaaa!!! – wrzasnął podporucznik na całe gardło po ściągnięciu części twarzowej stroju ewakuacyjnego.

Kapitan specjalsów ściągnął jej maskę. Podniósł też swoją.

– Krzycz!!! – wrzasnął na Klaudię.

– Radeeeeek!!!!!! – wydarła się.

– Azotoza, dawaj ją pierwszą! – krzyknął do kapitana Sebastian.

– Wypierdalacie oboje! – usłyszał w odpowiedzi.

Nadlatywał Mi-14PS z Darłowa i pokładowy Kaman. Zaczynało być tutaj gęsto.

– Tu Foka 01, dawajcie priorytet dla Mi-14, status EMERGENCY, azot – krzyknął w radio „Andkor”.

– Przyjąłem, odchodzę, spuszczam desant, lewo trzydzieści. Potwierdź. – Kaman dał priorytet Mi-14

– Rescuer 012, podchodzę, zrzucam ratowników.

– NEGATIVE, dawaj kosz, mam ratownika. Podejmijcie ich!!! – wrzasnął w radio najstarszy stopniem nurek.

– ORP „Zbyszko” gotowy do przyjęcia dwóch rozbitków w statusie EMERGENCY, mamy komorę.

– Przyjąłem, bądź w gotowości. – pokwitowano.

Darłowska ratownicza „czternastka” stała w zawisie. Opuszczali kosz. Majdał się na prawo i lewo, w końcu opadł na powierzchnię morza.

– Dawaj, swoje zrobiłeś – rzucił „Andkor” do Sebastiana.

– Dzięki, dowódco – odparł Sebastian, umieszczając Klaudię w koszu. Mocno pociągnął linę dwa razy. Wyciągarka ruszyła. Poszkodowana podniosła się, jakby nie wierząc w to, co się dzieje. Podpięty obok tkwił przy niej. Głaskał ją po twarzy. Dojrzał twarz ratowniczki w śmigłowcu.

– Klaudia, kochana – rzuciła kobieta, wciągając kosz na pokład.

Gdy tylko poczuł się bezpiecznie, zbliżył się do najdroższej mu kobiety.

– Odejdź – usłyszał krótkie ostrzeżenie od tej drugiej ratowniczki.

– Jesteśmy nad Zbyszkiem, Marzena, ewakuujesz? – zapytał pierwszy pilot.

– Pytanie. Biorę specjalsa i desant. Jak mi go ruszysz na pół metra, to zabiję. Widzę bolków na dole – odparła slangiem.

Pocałował Klaudię w policzek.

– Zjeżdżamy, poruczniku, opiekuj się nią albo… – to zabrzmiało jak groźba.

Sprawnie i bez problemów desantowali się na pokład okrętu. Klaudię przejęli marynarze, on musiał złożyć przełożonym stosowny meldunek, a tu nadarzała się okazja, by to zrobić. Pognał do kabiny radiooperatora.

 

 

*****

 

 

– Nie, nie, nie pójdę tam!!! – wrzeszczała Klaudia.

Trójka szwejów z zasadniczej służby wojskowej miała radochę. Oto przed sobą mieli chwilowo otumanioną kobietę, z której mogli sobie żartować.

Na siłę zdejmowali z niej kombinezon ratunkowy; gdyby robili to delikatnie, nie oponowałaby. Te „gówniarczyki” pozwalali sobie jednak na zbyt wiele.

– Do komory wchodzi się nago, dzidzia – rzucił pierwszy z rezerwistów.

Zdawali sobie sprawę, że Klaudia jest jakby pijana. Wizja zobaczenia pani bosman nago była dla tych „szczyli” podniecająca.

– Ty, ona najebana w trzy dupy, może ją wyruchamy, niezła cizia?

– Dawajcie, chłopaki, dupa pijana, cipa sprzedana – dodał inny, rzucając typowy żołnierski slogan.

Udało im się zerwać z Klaudii tylko górę kompletu odzieży termoaktywnej. Ich oczom ukazały się krągłe piersi, ukryte pod sportowym biustonoszem. Kobieta nie miała siły się bronić, gdy trzech marynarzy natarło na nią.

– Kurwa, co jest! – usłyszeli z głębi pomieszczenia.

– Spierdalaj, chuju! – rzucili w stronę intruza.

Prosty kop w klatkę piersiową powalił pierwszego. Cios dłonią w okolice szyi wyeliminował drugiego. Trzeci cofnął się pod ścianę, podnosząc obie ręce do góry.

Sebastian zatrzymał swoją pięść kilka centymetrów przed twarzą tego ostatniego.

– Jeden ruch, jedno słowo i zajebię was wszystkich! – ostrzegł.

– Ja nic… – zaczął bąkać młodzieniec.

– Pomóż jej się ubrać. JUŻ!!! – wrzasnął na gówniarza.

Zlustrował teren. Nie dostrzegł lekarza. Na szczęście zdołał dotrzeć o czasie.

– Kurwa, ty chuju!! – usłyszał od tego, którego powalił wcześniej nogą.

Potężny kop w okolice twarzy zamknął tamtemu usta. Szwej zalał się krwią.

– Ja tam nie wejdę.

– Chodź, wejdziesz ze mną – rzucił Sebastian, biorąc ją za rękę.

Ujął ukochaną i oboje znaleźli się we wnętrzu komory dekompresyjnej. Pojawił się lekarz i chorąży z obsługi sprzętu. Szweje zniknęły, zanim tamci zdążyli przyjść.

– Zamykamy i ustawiamy. Wszystko będzie dobrze – usłyszeli od lekarza.

Pomógł założyć jej maskę na twarz. Siedzieli na ławce w środku tego żelastwa. Objął ją dłonią i przytulił do siebie. Oparła twarz o jego ramię, a on głaskał jej rękę. Uspokoiła się.

ORP „Zbyszko” odchodził z miejsca wypadku, płynąc w kierunku Gdyni. Czekało ich kilka godzin rejsu.

Żyli, i to było najważniejsze, ba dla Sebastiana najważniejsze było to, że żyła ona.

 

 

Pięć dni później. Darłowo.

 

 

– I ty mi chcesz powiedzieć, że tak wystrojona jedziesz na przesłuchanie do Gdyni? – zapytała ją matka, widząc, jak odstrzelona wyszła z pokoju.

– Tak – zbyła ją krótko Klaudia.

Mina rodzicielki mówiła sama za siebie. Nie wierzyła jej.

– Jedziesz do niego, do tego młokosa – stwierdziła szeptem, tak aby wnuk nie usłyszał.

Klaudia omiotła matkę wzrokiem. Nie umiała kłamać. Kiwnęła głową znacząco.

– Oj, Klaudia, Klaudia, po co ci to, to młody chłopak, poużywa sobie i cię odstawi jak znajdzie sobie młodszą – biadoliła dalej matula.

– Mamo, gdyby nie on, to byś mi dzisiaj kwiaty na grób przynosiła – odcięła się.

Denerwowały Klaudię te matki uwagi. Nie przypadł jej Sebastian do gustu. Nic złego od niego nie doświadczyła, a czuła do sympatii córki jakiś dystans.

Spojrzała w lustro. Nie poznawała siebie. Elegancka czarna ołówkowa spódnica do kolan, grubsze czarne rajstopy, czarne szpilki i biała gustowna bluzka. Może nie najnowszy szyk mody, ale czuła się w tym dobrze i elegancko. Gdyby matka wiedziała, ile wydała na komplet bielizny z „Triumfa” i czarne cienkie samonośne pończochy, to by padła na zawał. Do tego dobrze dobrany żakiet, płaszcz i niewielka torebka. Wbiegł Radeczek.

– Mamo, jak ty ślicznie wyglądasz. Gdzie jedziesz? – zapytał, wtulając się w Klaudię.

– Do tego szpitala, gdzie byłam, pamiętasz, gdzie mnie odwiedziłeś – skłamała synowi.

– Ta, do szpitala – pod nosem szepnęła jej matka.

– Mamo!

– No dobrze, już dobrze, tylko żebyś potem nie żałowała.

Pożegnała się z rodzicielką i synem. Czekała ją długa droga autobusem do Gdyni. Leciwy polonez odmówił posłuszeństwa, więc wstawiła go do mechanika. Omiótł ją chłód, gdy wyszła na dwór. Podniosła kołnierz płaszcza.

Szczęśliwie do przystanku nie było daleko. Nie czekała długo, autobus przyjechał na czas. Na szczęście był nagrzany. Zajęła miejsce z tyłu pojazdu. Pasażerów było tyle, co kot napłakał –sześć, może siedem osób oprócz niej. Wyjęła telefon komórkowy z kieszeni i wysłała Sebastianowi SMS-a. Autosan ruszył, a ona oparła głowę o szybę.

Cofała się myślami do poprzednich dni. Nie za dużo pamiętała z wynurzania. Przerażały ją te zjawy, jakie ją dopadały tam wtedy w wodzie. Nurek z twarzą Radka, jego gesty i ten kombinezon z naszywką oraz flagą Federacji Rosyjskiej. Uwierzyła, prawie że jest on jakimś mistycznym ratownikiem, pozostawionym w Bałtyku, by ratować ludzi w takich sytuacjach, w jakich znalazła się ona.

Zwierzyła się z tego Sebastianowi i psycholożce w szpitalu. Wytłumaczyli jej, że to silny stres i fakt, że nad nimi byli Rosjanie, wytworzyło w jej umyśle taki obraz. Nie do końca w to wierzyła. To musiało coś znaczyć, sama jednak nie wiedziała co. I ten gest Radka, by nie płynęła do niego, lecz kierowała się ku górze.

Patrzyła przez szybę autobusu na umykające krajobrazy – szare, brudne i smutne. Uśmiechnęła się, przypominając sobie, że uratowano wszystkich. Akcja ratownicza trwała do rana. Kto tylko wynurzył się na powierzchnię, był natychmiast zabierany przez śmigłowce, które krążyły nad rejonem wypadku. Dwie „czternastki”, dwie Anakondy i dwa Kamany. Nurkowie z „Piasta” i koledzy Sebastiana pomagali, jak mogli, tkwiąc na różnych głębokościach przy linie bojrepa. Szybko transportowano ocalałych na pokład szwedzkiego „Belosa” i naszego ORP „Piast”. Po paru godzinach dotarł tam też drugi z polskich ratowniczych okrętów – ORP „Lech”.

Szczęśliwie odizolowano ich od pismaków i różnego rodzaju pseudodziennikarzy ze szmatławców. Chłopaki ze specjalnego Oddziału Żandarmerii Wojskowej chronili wejścia do szpitala wojskowego. Pedantycznie sprawdzali każdego wchodzącego. Nie było mowy, żeby ktoś z tych medialnych łowców sensacji dostał się do nich.

Miała uraz psychiczny, dobrze o tym wiedziała. Każdorazowe wejście do komory powodowało u niej napad strachu. On był wtedy zawsze przy niej – Sebastian. Brał ją za rękę, tulił do siebie i razem wchodzili do tej skorupy. Ta przypominała jej pokład okrętu podwodnego. Panicznie się bała.

Doszła do siebie już drugiego dnia. Wcześniej czuła się, jakby była kompletnie pijana. Taki stan upojenia, ale bez kaca. Wtedy zadzwoniła do matki, która już wcześniej została poinformowana przez dowództwo MW, że Klaudia żyje.

– Przyjedź, mamo, z Radkiem, błagam – rzuciła w słuchawkę telefoniczną płaczliwym głosem.

Płakała ze szczęścia, gdy po kolejnej sesji w komorze na korytarzu zobaczyła synka i matkę. Maluch biegł do niej z całych sił. Objęła go, wzięła na ręce i nie chciała wypuścić. Bez opamiętania całowała go. Łzy płynęły jej po policzkach.

– Mamusiu, tak się bałem – wyszeptał wtedy maluch.

Tuliła go tak mocno, że w końcu dziecko samo poprosiło, by go wypuściła. Podeszła do niej rodzicielka. Wpadły sobie w ramiona. Obie płakały, całując się wzajemnie.

– Tak się bałam Klaudia.

– Ja też mamo, ale już wszystko dobrze.

Gdy skończyły, w rogu korytarza dostrzegła Sebastiana. Był cichym świadkiem ich czułości. Stał z boku.

– Mamo, to on mnie uratował. Jemu zawdzięczam życie – stwierdziła.

Zniknął za rogiem korytarza. Nie chciał przeszkadzać. Tak to odebrała.

Spotykali się, jak tylko mogli. Najczęściej wtedy, gdy mieli sesję w komorze. Była jedyną kobietą i miała osobny pokój na innym piętrze. Pozostali mężczyźni, w tym „Góral”, przebywali „w kupie” w wieloosobowych salach.

Był jakiś dziwny, jakby zrobił coś złego, a przecież ją uratował. Nurtowało to Klaudię. W końcu zdobyła się na pytanie.

– Tam pod wodą, gdy szalałaś, uderzyłem cię przez maskę w twarz. Przepraszam, nie mogłem inaczej, zginęłabyś – wyszeptał, patrząc wzrokiem wbitym w podłogę.

– I to cię tak gnębi? – zapytała ze zdziwieniem.

Kiwnął tylko głową. Uchwyciła go dłońmi za twarz, zmuszając, by spojrzał jej w oczy. Bez wstydu wbiła się ustami w jego usta. Całowała go namiętnie i długo. On poddał się temu, odwzajemniając pocałunek. Gdy ich wargi w końcu się rozłączyły, wzięła go za rękę i zaprowadziła do szpitalnej kawiarenki.

– Opowiedz mi wszystko, proszę, wszystko, co tam się działo.

Siedzieli naprzeciw siebie, a ona głaskała męską dłoń, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. Sebastian opowiadał wszystko spokojnym głosem. Wtedy zdała sobie sprawę, co by się stało, gdyby u jej boku był ktoś inny.

Ta kolejna noc w szpitalnym łóżku była dla niej najgorsza. Analizowała wszystko, co usłyszała. Chwilowo zwątpiła, czy może być nadal ratowniczką. Wszak poległa na całej linii. Może czas już to zakończyć? Może czas rozglądać się za jakąś ciepłą posadką?

 

Z przemyśleń wyrwał ją sygnał odebranego SMS-a. Wyciągnęła telefon z kieszeni płaszcza.

„Gdzie jesteś, kochana?” – brzmiała wiadomość.

Sama nie za bardzo wiedziała, gdzie jest. Poczekała z odpowiedzią do momentu, gdy dojrzała tabliczkę z nazwą miejscowości. Odpisała mu. Z torebki wyciągnęła lusterko, przesuwając opakowanie czarnych cieniutkich pończoch z „Gatty” Spojrzała na swoją twarz.

Makijaż był wykonany perfekcyjnie – nie wyzywający, odpowiedni dla kobiety w jej wieku. Zaryzykowała z fryzurą w loki. Fryzjerka tak jej doradziła, twierdząc, że ta ją odmłodzi. Kręcone kosmyki włosów opadały frywolnie. Ostatni raz była tak odstrzelona chyba na wesele Marzeny – gdzie była świadkową.

Oparła głowę o szybę. Powróciły wspomnienia.

 

Przed jej oczyma stanął obraz, gdy w kolejnym dniu spotkała matkę z Radeczkiem. Była w swojej sali z Sebastianem. Chłopiec dopadł mężczyznę i objął go za lewą nogę, wtulając się w nią.

– Dziękuję, że uratowałeś moją mamusię.

Łzy poleciały jej z oczu. Patrzyła na Sebastiana, który swoimi mocnymi dłońmi podniósł szkraba i przytulił do swojej piersi.

– To twoja mama ratowała, ja jej tylko pomogłem – odparł dziecku, a ona po raz pierwszy dostrzegła w jego oczach łzy.

Tulił chłopca z taką czułością, że wybuchła płaczem. Trzymał jej syna na rękach. Dziecko objęło jego twarz swoimi małymi rączkami.

– Nie cygań, to nieładnie. Babcia mi powiedziała, że to ty mamusię uratowałeś – wypalił dzieciak szczerze. – A babcia nigdy nie kłamie – dodał po chwili.

Wszyscy wybuchli śmiechem przez łzy. Ta szczerość dziecka ich rozbroiła. Maluch był w tym momencie niesamowity. Radek junior objął go za szyję. Ten obraz pozostał jej w pamięci. To było to, co w końcu przekonało ją, by dziś wybrać się do niego.

Widziała, jak wtedy Góral otarł kantem dłoni łzy zbierające się tuż przy spojówkach. Postawił dzieciaka na ziemi.

– Ty jesteś komandosem? – zapytał go Radek.

Sebastianowi głos uwiązł w gardle. Kiwnął tylko głową. Ta prostolinijność dziecka go rozbroiła.

Maluch podbiegł do matki. Objęła go dłońmi i pocałowała w głowę. Nadal nie mogła powstrzymać emocji. Jej matka stała z boku i przypatrywała się wszystkiemu. Podobnie jak reszta dorosłych otarła dłonią łzy.

 

– Kontrola biletów – przerwał jej starszy pan, wyciągając identyfikator kontrolera PKS.

Przez chwilę zastanawiała się, gdzie wsadziła bilet. W końcu znalazła go w torebce. Podziękował i poszedł kontrolować innych. Westchnęła. Z przemyśleń wyrwał ją sygnał odebranego SMS-a.

„Kocham. Czekam” – i to serduszko.

 

Pomyślała o nim ciepło i przypomniała sobie, co zrobił dla niej na pokładzie ORP „Zbyszko”. Jak spacyfikował tę dwójkę „zetolów”. Nie odpuścił im. Nim opuścili pokład okrętu, przy zgodzie dowodzącego spotkał się z nimi jeszcze raz.

To nie była walka równorzędna. Trzeci z bohaterów, ten, co się poddał na początku, zapierał się nogami, by nie zostać wciągnięty do pomieszczenia, gdzie wymierzył im sprawiedliwość. Trzech na jednego – określił im zasady walki. Jednemu złamał nos, drugiemu wybił dwa zęby, a walka trwała chyba osiem minut, z czego przez cztery uciekali przed nim. Ten trzeci, co się nie bronił, dostał potężnego kopa w krocze. Sebek bardzo nie ucierpiał w tym starciu – miał tylko otarte do krwi pięści. Szwejków postraszono, że przedział, gdzie znajduje się komora, jest monitorowany.

Poprawiła się. Nie lubiła koronkowej bielizny. To tylko facet mógł wymyślić i zmusić kobiety do noszenia czegoś takiego. Może to ładne, może i seksowne, ale cholernie niepraktyczne i niewygodne.

„A może już ja jestem taka stara?”.

Preferowała sportowy styl. Zamiast koronek i stringów, które wbijały się w zadek niemiłosiernie, wolała wygodną, sportową bieliznę. Może i te biustonosze nie podnosiły piersi tak fajnie, jak te pushups, ale gwarantowały pełen komfort.

Postanowiła się poświęcić. Raz na jakiś czas można, a nawet trzeba zrobić coś dla kogoś innego.

„Jezu, ja się naprawdę zabujałam” – dotarło do niej.

Nie dopuszczała tego do siebie, starała się tłumić, ale nie była w stanie. Pomimo przestróg matki, podjęła ryzyko.

 

„A Radek, przecież on tak długo…”

„Nie tyle, ile ty, też spotkał cię, a mówił, że Agnieszka jest tą jedyną” – ta myśl, zbiła jej wcześniejsze przemyślenie.

Przypomniała sobie spotkanie z Sebastianem, gdy wychodzili po trzech dobach ze szpitala. Patrzył na nią tym swoim szczególnym wzrokiem. Już wtedy był skłonny wziąć ją do swojej kawalerki na Oruni, którą niedawno wynajął. Jakże i ona tego potrzebowała! Nie chciała jednak zrobić tego z nim ot tak, na żywioł. Pragnęła, by to było coś, czego nie zapomni. Nie tak, nie szybko, nie byle jak.

– Zrozum mnie, muszę do domu, muszę nacieszyć się synkiem – tłumaczyła mężczyźnie.

Widziała jego smutną twarz. Pamiętała, jak ujęła ją w obie dłonie i przyciągnęła do swojej.

– Obiecuję, przyrzekam, za dwa dni się spotkamy i będę cała dla ciebie.

– Przysięgasz?

Pocałowała go w usta. Namiętnie i z języczkiem.

– Przysięgam.

 

 

*****

 

 

Wysiadła. Rozejrzała się wokół. Powoli szarzało. Skierowała swe kroki w stronę postoju taksówek. Wyciągnęła telefon komórkowy. Miała tam adres jego kawalerki. Dojrzała dwa nieodczytane SMS-y – oba od niego.

– Boże, jaki to nagleniec – szepnęła sama do siebie.

Wsiadła do pierwszego pojazdu na postoju. Podała adres. Samochód ruszył. Taksówkarz nie był rozmowny. Po kilkunastu minutach byli na miejscu. Zapłaciła. Rozejrzała się po okolicy – typowe blokowisko. Szybko znalazła właściwy budynek i klatkę. Nacisnęła numer na domofonie i po chwili usłyszała odgłos elektrozamka. Pchnęła drzwi.

– Trzecie piętro – powiedziała do siebie szeptem.

Pokonywała kolejne schody. W końcu stanęła przed drzwiami mieszkania. Czekał na nią. Jego wyraz twarzy, gdy ją dojrzał, mówił sam za siebie.

– Klaudia… – wydukał, napawając wzrok jej postacią.

Speszyła się jak pensjonariuszka. Stała przed nim na korytarzu, a on, oczarowany tym widokiem, tkwił jak kołek w płocie, w tych drzwiach.

– Wpuścisz mnie wreszcie? – zapytała nieśmiało.

Drgnął. Ubrany w ciemnogranatowy garnitur, cofnął się wreszcie, pozwalając wejść do środka. Pomógł ściągnąć płaszcz. Poczuła swąd spalenizny w mieszkaniu.

– Co ty tu zbroiłeś? – zapytała.

– Załatwiłem na cacy kaczkę, ale nie martw się, zamówiłem już drugą, po pekińsku – odparł, nie spuszczając z niej oka.

„A mówią, że faceci to najlepsi kucharze?”

Powiesił jej płaszcz na wieszaku w korytarzu. Patrzył na nią jak na jakieś bóstwo.

– No co? – zapytała.

– Jezu, jaka ty jesteś piękna – usłyszała w odpowiedzi.

Czuła, jak się rumieni, jak topnieje przed nim. Widziała te ogniki w oczach Sebastiana. Jakże on pożerał ją wzrokiem.

– Przestań – szepnęła.

Pocałował ją namiętnie w usta. Objęła jego głowę i po chwili odsunęła się.

– Poczekaj, nie chcę tak – oznajmiła mu. – Może z tej twojej kaczki da się coś uratować – dodała.

Niestety, kaczka była spalona na maksa. Dojrzała w pokoju przygotowany stolik, a na nim dwa kieliszki i butelkę szampana. To nie było wino musujące, lecz prawdziwy szampan.

– Przepraszam… – zaczął się tłumaczyć.

Przyłożyła mu palec do ust. Rozbroił ją swoją nieporadnością w kwestiach kulinarnych. Boże, każdy nieraz chce, a wychodzi… no właśnie tak jak teraz.

– Chodź, napijemy się – zaproponowała.

Usiadła naprzeciw niego. Patrzył na nią nieustannie, spojrzeniem pełnym pożądania. Otworzył szampana i nalał do kieliszków, a jego dłonie drżały.

– Za… – powiedział.

– Za … – przerwała mu.

Patrzyli na siebie jak nastolatkowie, jak mały Sebek i Klaudusia, którzy pragną przeżyć coś po raz pierwszy.

– Za nas – rzuciła Klaudia, zbliżając kieliszek do ust.

Wypili, a chwilę później usłyszeli dźwięk domofonu. Odebrali zamówioną kaczkę po pekińsku. Klaudia podzieliła ją i ułożyła na talerzach. Jedli w skupieniu, od czasu do czasu przerywając posiłek rozmową. Gdy skończyli, Klaudia nalała do kieliszków kolejną porcję szampana.

– Za spotkanie – wzniosła toast.

Jakże on na nią patrzył. Lustrował od stóp do głów, a jego wzrok płonął. Czuła narastające podniecenie, wiedziała, że on również czekał na tę chwilę.

Wstała i podeszła do niego. On, nie spuszczając z niej oczu, podniósł się z krzesła.

– Chcę i pragnę – uprzedził jej pytanie.

Wpadli sobie w ramiona. Całował Klaudię namiętnie po policzkach, włosach i płatkach uszu. Odpłacała mu tym samym. Gdy zaczął obmacywać piersi, zatrzymała go.

– Poczekaj, zaraz wrócę – szepnęła mu do ucha.

Wyswobodziła się z objęć mężczyzny i skierowała się do łazienki. Zastanowiła się chwilę po wejściu do niej. Czy tylko zmienić te grube rajty na seksowne pończochy i wyjść jak wcześniej, czy też pozbyć się ubrania i ukazać się w samej bieliźnie i nylonach?

„Ja zwariowałam, całkowicie zwariowałam”

Szybko się rozebrała. Z torebki wyciągnęła pończochy, a spódnicę, rajstopy, bluzkę i żakiet odrzuciła na stojącą w rogu łazienki pralkę. Pozostała tylko w białej koronkowej bieliźnie, czarnych samonośnych pończochach i szpilkach. Tak wystrojona wyszła z łazienki.

Sebastian czekał na nią. Mocno pochwycił w swoje silne ramiona. Splotła mu dłonie na szyi, a on niósł ją w kierunku tapczanu i delikatnie na nim ułożył. Był w samych slipkach, czarnych, jak zdążyła zauważyć.

– Kocham cię – wyznał.

Nic nie odparła. Był nad nią, całując namiętnie jej usta. Dotknęła męskich slipków, wyczuwając wilgotność. Mężczyzna jedną dłonią delikatnie pieścił piersi, a drugą kierował w kierunku łona. Nie wstydziła się. Dzień wcześniej przeprowadziła depilację, pozostawiając tylko wąski paseczek owłosienia łonowego. Powoli ściągał z niej majteczki, a ona nie pozostawała mu dłużna. Tak jak wtedy, gdy go podejmowała z SAR-owskiej łodzi, czuła twardego fallusa.

Zsunęła jego majtki, sprawnie chwytając męskość. Czuła się podniecona, wilgotna. Te siedem lat posuchy zrobiło swoje. Pragnęła, by po krótkiej grze wstępnej wbił się w nią i dał jej rozkosz.

– Och. Och, ooo – zaczął jęczeć, gdy poczęła stymulować męskość ręką.

To była krótka chwila, może siedem, może jedenaście ruchów, a Sebastian strzelił jak małolat.

Czuła tylko, jak mimowolnie porusza biodrami, a nasienie ląduje na jej brzuchu i w dłoni.

– Ej. Co się dzieje? – zapytała zdziwiona.

Nim doszedł do siebie, minęło kilka chwil. Opadł na bok, nic nie mówiąc.

– Sebastian powiedz mi co się stało? – dopytywała.

Leżał jeszcze przez chwilę nie wydając z siebie żadnego słowa. Potem gwałtownie zerwał się z tapczanu i stanął przed ścianą.

– Kurwa, znów, kurwa, jak zawsze tak samo! – wyrzucał z siebie, przywierając czołem do muru.

Poderwała się z łóżka i stanęła za nim, mocno przywarła do niego całym ciałem.

– Powiedz mi. Proszę – rzuciła.

Długo musiała czekać na odpowiedź. Widać było, że trawił  coś w sobie, a otwarcie się przed nią nie było dla niego proste.

– Dupa ze mnie nie chłop, ja tak mam zawsze. Przepraszam – wydukał po paru minutach ciszy.

Wsunęła mu dłonie pod pachy i jeszcze mocniej przyciągnęła do siebie, zaczęła całować plecy.

– Naprawdę myślisz, że za to cię kocham? Naprawdę myślisz, że dla kobiety to jest najważniejsze? – rzuciła mu pytania.

Chyba to stwierdzenie o miłości na niego zadziałało. Odwrócił się i patrząc na nią odparł.

– Przecież widzisz, jaka ze mnie pizda…

Zamknęła mu usta pocałunkiem. Delikatnie odciągnęła od ściany i klepnęła go w pośladek.

– Facet, który wyciągnął mnie z 66 metrów, najebał trzem gościom, którzy pewnie by mnie zgwałcili, który kupuje mi róże i całuje tak, jak żaden inny, mówi mi teraz, że jest pizdą? – to powiedziawszy, uderzyła go lekko otwartą dłonią w twarz. – Przestań. Przestań, bo jak tu jestem, to ci wpierdolę – zaklęła, patrząc mu prosto w oczy.

Wybuchnął śmiechem. Nadal patrzył na nią kochającymi oczami.

„Czy ja zawsze trafiam na takich dziwaków, że nie chcą się ze mną kochać, bo to zdjęcie byłej kobiety mu przeszkadza, albo się tak podjara, że się za wcześnie spuści”.

„Ale potem, Klauduś, to nie żałujesz, prawda?” – dopowiedział jej ten wewnętrzny diabeł.

– Klaudia, to nie ma sensu, sama widzisz, jestem do niczego – wyrzucił z siebie.

Uderzyła go w twarz. Tego już było za dużo. Ostrzegała. Nie uczyniła tego mocno, tylko tak… delikatnie.

– Czy ty nie widzisz, że się w tobie zakochałam? – wywaliła z grubej rury.

– Ale… – zaczął.

– Przestań, zostawiłeś mnie nagrzaną, masz chyba jeszcze usta, język i ręce sprawne, mam czekać?

Przeżyła dwa orgazmy, będąc stymulowana oralnie. Wyginała się jak baletnica podczas tego aktu. Padła, skonana po wszystkim.

 

Przebudziła się przed świtem. Sebastian był w nią tak mocno wtulony że niemożliwością było nie poczuć erekcji. Nie, nie mogła przepuścić takiej sytuacji. Najdelikatniej jak mogła wyswobodziła się z jego ramion. Delikatnie pogłaskała śpiącego mężczyznę po twarzy i siadając na nim okrakiem delikatnie podniosła biodra. Dłonią sprawnie uchwyciła twardy, sterczący organ.

Otworzył oczy, jakby zaskoczony jej działaniem. Bez słowa naprowadziła członka w kierunku swej intymności i opuściła miednicę. Z lubością poczuła jak fallus zagłębia się we wnętrzu pochwy. Sebastian chciał cos powiedzieć lecz jej wyraz twarzy, jasno mu dał do zrozumienia że w tej chwili słowa są zbędne. Uchwyciła dłońmi jego dłonie i nakierowała je na jakże spragnione pieszczot piersi. On poddał się temu bez słowa, dając jej przyzwolenie na to by kierowała po raz kolejny ich miłosnym aktem.

Powoli przyśpieszała ruchy bioder patrząc na twarz mężczyzny. Mogła w niej dojrzeć zaskoczenie, a po chwili grymas zbliżającego się męskiego spełnienia. Kilkanaście szybszych i głębszych ruchów i było jasne że Sebastian za chwile osiągnie szczyt.

– Klaudia, o tak, tak – szepnął i kobieta poczuła wytrysk nasienia.

Nie obawiała się niechcianej ciąży, była zabezpieczona. W momencie gdy dreszcze ekstazy przeszywały ciało ukochanego, pochyliła się i zagłębiła swe usta w jego, całując go namiętnie. Po chwili, gdy zdała sobie sprawę że jest spełniony, sprawnie uniosła biodra, tak że penis Sebastiana wysunął się z jej intymności.

Nie, nie doświadczyła orgazmu. Nie to, było w tym akcie dla niej ważne. Zdawała sobie sprawę, że w ten sposób go wynagradza za to co zrobił i daje nadzieję że jego ukrywana przypadłość nie jest dla niej problemem.

– A ty? – zapytał ją po chwili.

Bez słowa chwyciła jedną z jego dłoni i nakierowała na spragnioną pieszczot łechtaczkę.

– O tu, proszę, rób mi tak – rzuciła lubieżnie, nie poznając samą siebie.

Spełnienie dosięgnęło jej ciało po chwili. Nie wiedziała czy to było po kilku, czy kilkunastu minutach. Gdy spazmy orgazmu dosięgły  ciała kobiety, wygięła się w łuk i po chwili opadła spełniona obok partnera.

– Kocham cię – usłyszała od niego.

– Kocham cię – odparła i zapadła w płytki sen.

 

Obudził ją, podając śniadanie do łóżka. Uśmiechnęła się.

– Wiesz, jaki ja jestem… – zaczął się tłumaczyć.

– Głupi, to ja wiem, ty mój kochany facecie – odparła.

Tacka ze śniadaniem spadła na bok. To nie było ważne. Całował ją namiętnie i czule. Objęła jego nagie ciało i przyciągnęła bliżej siebie.

– Kocham cię – wyznała.

Chciał wstać i wyć, jaki jest szczęśliwy. Nie pozwoliła mu na to.

– Chcę znów się z tobą kochać, ale obiecaj mi, że z tym, co ukrywałeś, musisz coś zrobić – postawiła warunek.

– Warunek za warunek – odparł.

– Stoi – odpowiedziała, nie wiedząc, na co ma się zgodzić.

Spletli się w miłosnym uścisku…

Przejdź do kolejnej części – Strażniczka Bałtyku V – Biełka

Autor składa wyrazy podziękowania Czytelnikowi z portalu LOL-24 o nicku „Andkor” (który jest ratownikiem okrętowym) za pomoc w kwestiach technicznych dotyczących nurkowania głębinowego, tabel dekompresyjnych i innych . Jest on po części współautorem tej opowiastki.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Zacząłem dziś czytać „Strażniczkę Bałtyku” na przerwie lunchowej… potem przerwa dobiegła końca, a ja czytałem, czytałem, czytałem… obowiązki zawodowe poszły w zapomnienie, wrócę do nich po weekendzie, czułem jednak, że muszę się dowiedzieć, co z Klaudią, Sebastianem, pozostałymi specjalsami, załogą okrętu. Wreszcie, po czterech rozdziałach w końcu wiem, jak zakończył się dramat na uszkodzonej łodzi podwodnej. Ale to była nerwówka. Napięcie takie, że siekierę można było powiesić. Brawo dla autora za umiejętność zbudowania czegoś takiego. I za specjalistyczną wiedzę, nawet jeśli ja, laik, w pełni nie umiej jej docenić. Powinieneś człowieku scenariusze filmowe pisać!

No co jako Autor mam Ci odpowiedzieć.
Wielkie dzięki że zapoznałeś się z moimi „dziełami” i że Ciebie tak na swój sposób „zjadły”.
Za specjalistyczna wiedzę , szacun dla „Andkora” -cichego bohatera tej opowiastki, bez niego niektóre smaczki (cała kwestia „azotozy” , a również przystanków byłaby potraktowana po macoszemu) w kwestiach technicznych to jemu bijcie brawo nie mi, to jego zasługa, ja tylko to przeniosłem na klawiaturę. Nic więcej. marny szczur lądowy jestem i tyle.
„obowiązki zawodowe poszły w zapomnienie” – tak nie można, wykarm rodzinę, zarób pieniążki , a potem (żartowałem) , a tak na poważnie, czasami bosowie nie są tak wspaniałomyślni jak się czyta w robocie takie rzeczy.
” Napięcie takie, że siekierę można było powiesić. Brawo dla autora za umiejętność zbudowania czegoś takiego” – no cóż mam powiedzieć. tak planowałem i cieszy mnie że tak wyszło. Dziękuję.
„Powinieneś człowieku scenariusze filmowe pisać!” – no dajcie spokój, proszę.

Tak jak się spodziewaliśmy, odstrzelenie jurnego admirała bardzo pomogło polskiej stronie w prowadzeniu akcji ratunkowej. Czyli jednak śmierć biednej Nataszy nie poszła na marne…

Opis przedostawania się przez luk torpedowy mógłby przyprawić klaustrofobika o palpitacje serca. Wędrówka w górę pod wpływem azotowego tripu też była mocna. Ostatecznie wszystko skończyło się jednak szczęśliwie, tak, że obecnie największym problemem bohaterki stało się to… że jej komandos zbyt szybko kończy 🙂

Co dalej, jammerze? Jakie jeszcze przygody zaplanowałeś?

Witam Thorinie,
Zgadza się, jak to zauważyłeś śmierć Nataszy bardzo pomogła polskiej stronie, można by się nawet pokusić o stwierdzenie że uratowała w ten sposób 19 osób.
W kwestii że komandos za wcześnie kończy – moi bohaterowie są kreowani na normalnych ludzi, to nie herosi bez wad i przypadłości.
Co dalej? Jeżeli Ci powinien że ta seria liczy 12 opowiadań, a zakończenie jest otwarte, dające możliwość kontynuowania to będzie się działo, tylko ja nie jestem pewien czy nie zwariowałem wkręcając się w to universum.
Z kolejnymi częściami mam problem gdyż skręcają w kontrowersję w związku z wojną Rus-Ukr. Kreowanych przeze mnie obraz Rosjan staje w opozycji do tego z części 2-4 i może być opacznie odebrany. Czy kolejne przygody Klaudii trzymają poziom, według mnie tak a akcja rozgrywa się w wielu lokalizacjach, nagłe zwroty akcji, nowi bohaterowie, słowem się dzieje.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

Dobry wieczór!

Kolega Thorin wspomina o palpitacjach serca wywołanych opisem przeciskania się opuszczających okręt nurków przez luk torpedowy o średnicy 53,5 centymetra. Przyznam, że i ja w tym momencie miałem może nie palpitacje, ale na pewno lekkie migotanie przedsionków 🙂 Trudno mi sobie wyobrazić, jak faceci, w dodatku w kombinezonach do nurkowania mogli się przedostać przez tak wąską rurę. Nawet pytałem jammera106, czy nie miał na myśli promienia 53,5 centymetra… ale był nieugięty. Wciąż nie rozumiem, jak to możliwe, a przecież jest to przyjęta na okrętach podwodnych procedura,z której korzysta się, gdy wszystko inne zawiedzie.

Ostatecznie, mimo wszelkich niebezpieczeństw, ewakuacja kończy się powodzeniem – a jeszcze na pokładzie łodzi podwodnej Klaudia ma możliwość wykazania wreszcie sprawczości, której tak brakowało jej przez dwa ostatnie rozdziały. A dzięki temu szczęśliwemu zakończeniu, nasza „Strażniczka Bałtyku” ma możliwość ponownego spotkania z dzieckiem, oraz kontynuacji romansu z Sebastianem. Romansu, który dotąd był właściwie platoniczny.

Nie odnotowałem tylko jednego: czy oficerowie Formozy zniszczyli w końcu tę maszynę szyfrującą na pokładzie „828”? Mam wrażenie, że ten wątek był zapowiadany, foreshadowowany, a w końcu nie znalazł rozstrzygnięcia. Chyba, że coś przegapiłem, skupiony za mocno na walce załogi o przetrwanie.

Pozdrawiam
M.A.

Tu o NATO-wskiej procedurze ewakuacji z zatopionego wraku OP za
https://forum.jds.pl/printview.php?t=27669&start=0&sid=6491c841b300e9000e78ca6d5edfac7e

„Chyba jakieś 7 lat temu [tzn. w 2005 r.] byłem na praktycznym pokazie sprzętu ratunkowego do ewakuacji załogi z okrętu podwodnego.
Pokaz odbywał się na „spluwaczkach” w Gdyni.
Prezentowany sprzęt był/jest na wyposażeniu kilku wojsk NATO.
Ucina to dalsze dyskusje nad bezpieczeństwem takiej procedury ratowniczej.

W dużym uproszczeniu.
Zestaw ratunkowy to kamizelka zintegrowana z kapturem zakładanym na głowę.
W przypadku ewakuacji marynarz tuż przed wejściem do komory zakładał kaptur i odkręcał zawór od butelki z tlenem.
Tlen uwalniał się do przestrzeni kaptura przez dysze ze stałym wydatkiem.
Nadmiar tak powstałego nitroksu uwalniał się poprzez nieszczelności na styku kaptur-szyja
Po zalaniu komory marynarz powinien się wydostawać na zewnątrz okrętu i wypłynąć na powierzchnię.
Na powierzchni zdejmował kaptur i falował unoszony przez kamizelkę w oczekiwaniu na pomoc.

Cała akcja powinna trwać kilka minut , więc ryzyko powikłań jest minimalne.
Najważniejsze by szybko i skutecznie wydostać się z komory
Tak zapewniał przedstawiciel firmy.

Zadałem pytanie prowadzącemu pokaz.
Jaka jest maksymalna głębokość operacyjna takiego zestawu ratowniczego?
Uśmiechnął się, zmrużył szelmowsko oczy , a następnie powiedział , że badań na ludziach nie robili ,ale kozy przeżywały wynurzenie z 70m”.

Witam Szanownego Tompa,
Zestawy ratunkowe o których wspominasz były bodajże na wyposażeniu czterech polskich „Kobbenów” ( ostatniego wycofano ze służby chyba w 2017 roku) i przyznam Ci się że tez miałem dylemat jak to jest. Napuszczasz powietrza i fik do góry, gdzie analizowałem tabele dekompresyjne, specyficzną tabele we wnętrzu OP „Orzeł III” . Przeczytałem artykuł w Polsce Zbrojnej na temat tego typu kombinezonów ( osobno było szkolenie załóg Kobbenów, osobno klasy „kilo” i z użyciem różnych kombinezonów) i nie ukrywam że w pewnym momencie pomyślałem „W co ja się wpakowałem?” Przecież jest cos takiego jak freedivingu, gdzie na otwartym akwenie rekord wynosi 124 metry, a schodzą bez butli i musza się wynurzyć. Więc co z chorobą dekompresyjna, po co wszystkiego rodzaju kabiny dekompresyjne? Mózg się lasował, styki mi się grzały. Tu okazała się nieoceniona pomoc „Andkora” i analiza działań zatopionego OP K-429 . Tam marynarze właśnie przy pomocy tych zestawów wydostali się z głębokości bliskiej 40 metrów, realnie, naprawdę.
Tak można się tak szybko, bez owych przystanków wynurzyć, w trybie alarmowym, ale opatrzone jest to sporym ryzykiem a nawet śmiercią. Zawodowi nurkowie przyjmą to inaczej, zwykły śmiertelnik, ryzyko 50/50. Tak mi nurek-ratownik Andkor podpowiedział i w to poszedłem. Nie ukrywam ze przez to mamy w opowiadaniu nieco dramaturgii, strachu i stresu oraz mistycyzmu (może ten wyraz nie za bardzo pasuje), tak byłoby fik do góry i „po ptokach”. Słowem – w realnym świecie tak zrobiono to idź jammerze w realizm. No i poszedłem
Pozdrawiam, dziękując za komentarz.

Szanowny M.A.
Nie ma co prawda opisu jak specjalsi niszczą ową maszynę, jest jednak krótkie wspomnienie gdy Sebastian w jasny sposób informuje oficera łączności o tym że po odprawie dwóch jego ludzi uda się z jasnym zadaniem. To kilka zdań przed tym gdy dowodzący OP traci przytomność i Klaudia może się wykazać. Fakt, gdzieś mogłem dodać później że jeden z podwładnych Sebastiana melduje o wykonaniu rozkazu. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle że bardziej skupić się chciałem na opisach klaustrofobicznych i pokazaniu grozy i strachu podczas procesu opuszczania OP.
Serdecznie dziękuję za korektę tekstu i podpowiedzi oraz komentarz.
Pozdrawiam.

Chciałem zapytać o jeszcze jedną rzecz: czy po ewakuacji załogi była szansa, że polska – lub rosyjska marynarka podniosłaby wrak „828” z dna? Np. by odzyskać cenną aparaturę, dokumenty itd. Czy takie rzeczy praktykuje się na świecie? Pewnie nie, bo technicznie wydaje się to bardzo trudne, z drugiej strony, to czyniłoby niszczenie aparatury szyfrującej naprawdę uzasadnionym.

Pozdrawiam
M.A.

Kursk został podniesiony z głębokości nieco ponad 100 m i w znacznie trudniejszych warunkach (Morze Barentsa). Pomagali Norwedzy i trochę Holendrzy. Sami nie daliby rady, bo ruSSki w ratownictwo morskie nie inwestują.

Z drugiej strony, by spenetrować opuszczony wrak, wcale nie trzeba go podnosić.

Witam,
Po części Tomp odpowiedział na to pytanie. Od siebie dodam że w 1983 roku towarzyszom radzieckim udało się podnieść OP typu „Charlie” oznaczony jako K-429 ( okręt który zatonął dwa razy!) z głębokości 39 metrów, który nabrał do swego wnętrza 420 ton wody. Wyporność tego okrętu wynosiła 4369/ 5588 ton więc prawie dwa razy tyle co „828”, a mówimy o początku lat 80-tych ubiegłego wieku. Więc takie rzeczy się praktykuje, chodzi tu chyba głównie o stosunek ceny/jakości , uszkodzeń zatopionej jednostki. Inaczej w przypadku leciwego okrętu, inaczej w sytuacji gdy okręt był świeżo zwodowany. No i klasa okrętu – K-429 był OP o napędzie atomowym (kwestia rakiet z głowicami jądrowymi). Czy PMW ma takie możliwości, nie przesądzam, ale osobiście wątpię. Jest to najmniej dofinansowany (i był wcześniej) rodzaj wojsk w SZ RP.
Kwestia zniszczenia aparatury – tak, spenetrowanie tak płytko zatopionego okrętu dla nurków amatorów nie stanowi najmniejszego problemu ( pamiętajmy ze został otwarty właz do przedziału torpedowego i śluza wyrzutni), a co dopiero dla nurków bojowych. By uniemożliwić cos takiego należałoby przez 24/7 postawić tam okręt PMW z naszymi nurkami jako swoisty posterunek ochronny.
Amatorzy nurkowie nie szanują zasad ( zakaz nurkowania do zatopionych jednostek , które traktowane są jako morskie cmentarze). Na Bałtyku sporo takich miejsc, nawet blisko polskiego wybrzeża . Np, dopuszczony do penetracji wrak niedokończonego lotniskowca III Rzeszy „Graf Zeppelin” zalega na głębokości 59-87 metrów ( nad wrakiem/pod wrakiem) i jest często odwiedzany.

Muszę przyznać, że jak dla mnie ten cykl zdecydowanie za mało skupia się na erotyce, jakby autora bardziej kręciło pisanie o broni, okrętach i helikopterach… momentami trudno przebrnąć przez zbędne dla fabuły szczegóły, których rzetelności większość czytelników i tak nie jest w stanie ocenić. Sceny erotyczne natomiast opisane są bardzo pobieżnie i w dziwnie naiwnym stylu, biorąc pod uwagę środowisko w jakim toczy się akcja.

Niemniej doceniam, że choć Sebastian na co dzień wydaje się nadczłowiekiem, w łóżku ma jednak swoje problemy. Brawo za poruszenie tej kwestii. Dałoby się to co prawda zrobić nieco lepiej. Nade wszystko dziwne jest, że Klaudia domaga się wyjaśnienia co się stało – po pierwsze doskonale wie, po drugie skoro go kocha, powinna zdobyć się na większą delikatność. Zaręczam, że zdecydowana większość kobiet zdaje sobie sprawę jak to dla mężczyzn delikatna kwestia. Zdecydowanie lepiej by wypadło, gdyby od razu przeszła do zasygnalizowania, że oczekuje, że rozładują jej napięcie w inny sposób. Kolejna rzecz, że szybkostrzelni mężczyźni często są po prostu nadpobudliwi i nawet, jeśli kończą błyskawicznie, są w stanie w krótkim czasie ponownie osiągnąć erekcję i dojść wielokrotnie podczas jednej erotycznej sesji.

No i w zaistniałej sytuacji bardziej naturalne byłoby, gdyby stwierdziła, że muszą coś z tym zrobić, nie że on musi. W wielu przypadkach problem sam się rozwiązuje, gdy mężczyzna podejmuje regularne współżycie i oswaja się z bodźcami, ale jeśli problem jest głębszy, udział partnerki w radzeniu sobie z nim jest po prostu bezcenny – również z emocjonalnego punktu widzenia.

Różne inne „babskie” drobiazgi, jak choćby depilacja dzień przed spotkaniem, też nieco kłują w oczy. Skoro autor może robić kwerendę odnośnie łodzi podwodnych, stać go zapewne również na zrobienie kwerendy w innych tematach, na których się nie zna… Pragnę jednak podkreślić, że postać Klaudii jak dla mnie jest wystarczająco kobieca i realistyczna (zdaje się, że kiedyś padł zarzut, że to żołnierz tylko z okresem).

Uśmiechy

A.

Na wstępie, serdecznie dziękuję Ci Aniu za konstruktywny komentarz. Takiego podejścia, od kobiecej strony mi brakowało. Wyjaśnienia, co jest nie tak, gdzie występują jakieś niuanse i błędy. Autor zbyt dużo partnerek w życiu nie miał, jest monogamistą, może dlatego w „kobiecej” materii popełnia tak rażące błędy. Pozwolę sobie odnieść się, co do niektórych uwag. Z większością zgadzam się, z niektórymi niekoniecznie.
„cykl zdecydowanie za mało skupia się na erotyce, jakby autora bardziej kręciło pisanie o broni, okrętach i helikopterach…” – w 100% święta prawda i nawet nie będę się bronił. Tak jest. Kręci mnie temat militarny, kwestie erotyczne- nieraz są po prostu wbite na siłę. Gdybym tylko wspomniał że „przeżyli upojną noc, zakończoną spełnieniem” tekst byłby może i lepszy.
„i w dziwnie naiwnym stylu, biorąc pod uwagę środowisko w jakim toczy się akcja.” – gdybyś mogła przybliżyć, co rozumiesz pod owym pojęciem naiwności. Nie pasują do stereotypu żołnierza, twardziela, który bierze kogo chce i kiedy chce, a partnerki mdleją na widok jego klaty. Rozumiem że znasz bardzo dobrze to środowisko, a może tylko z opowiadań i filmów? Może Klaudia powinna być przestawiona jako „córa pułku”, co robi to z każdym i z wielką chęcią. Z tym zarzutem trudno mi się zgodzić. Obracałem się w tym środowisku blisko dwadzieścia lat, różne osoby i zachowania poznałem, od delikatnych i wrażliwych osób po najzwyczajniejszych chamów i prostaków o inteligencji ameby.
„Kolejna rzecz, że szybkostrzelni mężczyźni często są po prostu nadpobudliwi i nawet, jeśli kończą błyskawicznie, są w stanie w krótkim czasie ponownie osiągnąć erekcję i dojść wielokrotnie podczas jednej erotycznej sesji.” – niekoniecznie, kolejny stereotyp. Tutaj chyba to Ty nieco zbyt słabo znasz męską psychikę. Wstyd, stres że nie poszło jak trzeba , poczucie swojej porażki w jakże ważnym aspekcie, działają dokładnie odwrotnie. Wieczna analiza dlaczego to dotknęło mnie? Przyznanie się- nigdy. Raczej zamknięcie w sobie i chciejstwo że to jakoś samo przejdzie. Zauważ że Sebastian nie jest nastolatkiem bez doświadczeń. Miał wcześniej partnerki i z każdą było nie tak jakby chciał. Zdziwienie Klaudii że coś takiego nastąpiło. Ona doświadczyła w swoim życiu dwóch partnerów, może i coś słyszała o tej przypadłości. Poprzedni partner był w tych sprawach prawie idealny ( choć też nie było tak kolorowo jak się wydaje – odsyłam do Bałtyckiego Rybaka Dusz ). Według mnie, niektóre z kobiet potrafią zareagować na coś takiego bardziej niestosownie – zakpić, wyśmiać, skrytykować.
„ale jeśli problem jest głębszy, udział partnerki w radzeniu sobie z nim jest po prostu bezcenny – również z emocjonalnego punktu widzenia.” -zaspojleruję – w V części tak właśnie się stanie.
Nie za bardzo wiem o co chodzi z tą depilacją, dzień przed. Jak wspomniałem wcześniej, zbyt dużo partnerek nie miałem, jednak żadna z nich po depilacji nie wzbraniała się przed zbliżeniem dzień później, co innego w czasie okresu, tu dostawałem „czerwone światło”. Czy to kwestia podrażnienia skóry, jakiegoś dyskomfortu? Coś gdzieś słyszałem o tym po depilacji laserowej lub watą cukrową, ale po zwykłej zrobionej kremem lub zwykła maszynką. Zrobiła to dzień wcześniej, możemy założyć że kilkanaście godzin minęło. Nie znam się, przyznaję Ci rację, z pewnością przeszarżowałem, podobnie jak Ty z tym że ci z przedwczesnym wytryskiem szybko się regenerują.
Chętnie ( może być na priv lub w komentarzu) przeczytam o innych uwagach dotyczących błędów dotyczących „kobiecych rzeczy”. Proszę. W ten sposób wytępię swoje „babole” w przyszłości.
„Pragnę jednak podkreślić, że postać Klaudii jak dla mnie jest wystarczająco kobieca i realistyczna (zdaje się, że kiedyś padł zarzut, że to żołnierz tylko z okresem).” – Dziękuję, jest to dla mnie swoisty komplement, szczególnie z ust kobiety. Bardzo staram się by moje postacie były realistyczne.
Jeszcze raz dziękuje za naprawdę konstruktywny i rzeczowy komentarz. Bardzo sobie takowe cenię i staram się wyciągać z nich wnioski na przyszłość.
Pozdrawiam serdecznie.
Autor.

Ależ proszę 😉

Nie sądzę, żeby pewne braki można było wyjaśnić monogamią. To właśnie dłuższe i głębsze relacje z kobietami sprzyjają bliższemu poznaniu. Poza tym w dzisiejszych czasach wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Sam wybrałeś, które dziedziny uważasz za godne tego, żeby się w nie zagłębić, a które nie. Przy czym, jeśli popełnisz błędy przy opisie okrętu podwodnego, wyłapie je może promil czytelników… W razie wątpliwości pewnie najprościej byłoby porozmawiać z kobietami w Twoim otoczeniu.

Jeśli chodzi o naiwność zdecydowanie chodzi mi o styl, nie preferencje seksualne bohaterów, ale w gruncie rzeczy to może szerszy zarzut wobec Twojego tekstu, bo nie tylko nie dbasz o pokazanie jakiejkolwiek głębi psychologicznej, ale też fabułę prowadzisz w sposób, który uniemożliwia zawieszenie niewiary. W tej części na przykład, mimo że bohaterka była w najcięższym stanie, a wypłynęło raptem sześć osób, zostawiono ją bez opieki medycznej w rękach nieodpowiedzialnych żołnierzy. Z wcześniejszych zapamiętałam na przykład, że utrzymanie się godzinę na wodzie przedstawiłeś jako wielkie wyzwanie – dla osoby, która naprawdę umie pływać nie jest to najmniejszy problem, a ratownicy zdecydowanie powinni umieć dobrze pływać. Podobnie jak żeglarze. Nie wiem jaki dokładnie jest tu przedział czasowy, ale bardzo długo na polskich wodach terytorialnych cała załoga jachtu musiała mieć przynajmniej patent żeglarski, teraz nie jest to już konieczne, ale nadal nie jest tak, jak w wielu innych krajach, że każdy może sobie wypłynąć jachtem jeśli go tylko stać, a na kursach na wyższe stopnie żeglarskie przerabiane jest stawianie jachtu po wywrotce. Niemożliwe więc, żeby cała załoga jachtu była bezradna i spanikowana. Niemożliwe też, żeby nie było na jachcie kamizelek ratunkowych, kół ratunkowych czy tratwy ratunkowej. I to taki ekwipunek jest wykorzystywany w pierwszej kolejności, bo bezpieczeństwo ratownika zawsze jest najważniejsze i nie podchodzi się do tonącego bez zabezpieczeń. U Ciebie natomiast wygląda jakby standardową procedurą było ogłuszanie osoby ratowanej.

A wracając do stylu scen erotycznych. Z jednej strony mamy zdania takie jak „wpadli sobie w ramiona” rodem z ckliwych romansideł, z drugiej bohater „obmacuje” piersi Klaudii – nie „dotyka”, „bada dotykiem”, „pieści”, tylko właśnie „obmacuje”, co pasuje bardziej do nieporadnego, napalonego nastolatka.

Co do szybkostrzelności – napisałam, że szybkostrzelni mężczyźni „są w stanie”, nie że zawsze są gotowi po pięciu czy dziesięciu minutach. Ten potencjał rozwija się, gdy czują się bezpiecznie i poukładają sobie wszystko w głowie. Presja nigdy i na nikogo nie działa dobrze. I owszem, niektóre kobiety potrafią zareagować bardziej niestosownie, czasem nawet celowo, żeby zranić mężczyznę, ale nie robią tego zakochane kobiety liczące na długą i udaną relację! I tu się właśnie kłania owa głębia psychologiczna…

Depilacja natomiast to chyba dłuższy i bardziej złożony problem. Mówisz, że depilujesz sobie twarz? Owszem, przez producentów różnych urządzeń i środków do usuwania owłosienia zrobił się ostatnio zamęt z nazewnictwem i obok „golenia” i „depilacji” mamy teraz jeszcze „epilację”, niemniej tradycyjnie rzecz biorąc w przypadku użycia zwykłej maszynki powinno się mówić raczej o „goleniu”, a w przypadku na przykład trymera do podcinania włosów „strzyżeniu”. Teraz rzeczywiście czasem usuwanie zewnętrznej części włosa nazywa się depilacją, a usuwanie całości z cebulką epilacją. Nie bardzo wiemy co dokładnie zrobiła Klaudia. Jeśli się ogoliła, to przyjmując, że obeszło się bez żadnych zacięć, jest okej. Tyle, że zrobiłaby to tego samego dnia, nie poprzedniego, bo włosy łonowe, podobnie jak Twoje na twarzy, odrastają i zaczynają drapać, efekt aksamitnej gładkości jest więc bardzo krótkotrwały.

Kolejna możliwość to krem do depilacji, przy czym takich kremów nie można stosować „w okolicach intymnych”, więc mogłaby go użyć w pachwinach czy na wzgórku łonowym, ale już nie na wargach sromowych czy w okolicach odbytu. Takie kremy rozpuszczają włosy, teoretycznie nawet sięgając częściowo w głąb skóry i osłabiając cebulki, ale jeśli użyłby go pierwszy raz, efekt nie byłby zadawalający. Zadowalający efekt otrzymuje się po trzech czy czterech użyciach, a między użyciami trzeba zachować odpowiedni odstęp czasowy. Nie pamiętam czy to trzy czy siedem dni, ale informację można znaleźć na opakowaniu.

Dalej mamy mechaniczne sposoby usuwania całych włosów wraz z cebulkami takiej tak pęseta, depilator, wosk czy pasta cukrowa. Po ich użyciu występują podrażnienia. To jak silne oczywiście zależy od indywidualnych predyspozycji, ale nigdy nie spotkałam kobiety, która dzień po czułaby się atrakcyjna, bo ślady muszą się po prostu zagoić. Często po wyrwanym włosie zostaje opuchnięta krostka lub mała, czerwona ranka, w którą łatwo wdaje się infekcja, a skóra jest podrażniona. Nie wygląda to estetycznie, dotyk tak podrażnionej skóry może powodować dyskomfort, a na dodatek zwiększa to ryzyko zarażenia się chorobami przenoszonymi drogą płciową, dlatego z podjęciem współżycia zaleca się odczekać kilka dni. Po wosku lub paście cukrowej mogą też na skórze powstać małe wylewy przypominające malinki, one niestety goją się dłużej.

Jeśli chodzi o laser, włosy nie znikają magicznie po pierwszym zabiegu. Potrzebna jest seria co najmniej czterech i też w odpowiednich odstępach czasowych (liczonych w tygodniach!). Do tego, żeby laser w ogóle zadział, włosy muszą być ciemne – nie działa na blond, rude czy siwe. Tutaj też po zabiegu zostają maślące się ranki, a skóra jest podrażniona. W gwoli ścisłości zaznaczę też, że podobnie jak metody mechaniczne, usuwanie włosów laserem boli i wcale nie starcza na całe życie.

Inna rzeczy, że absurdalne jest zdanie, że Klaudia się nie wstydzi, bo się wydepilowała. Pierwsze zbliżenie z nowym partnerem zawsze wiąże się z różnymi emocjami i wątpliwościami, choć oczywiście nie zawsze ze wstydem. Nie wiesz, co nowy partner lubi ani jak zareaguje. Reakcje mężczyzn też potrafią być… niestosowne 😉

Uśmiechy

A.

Serdecznie dziękuję za odpowiedź.
Spodziewałem się długiej ale zaskoczyłaś mnie wielkością i dogłębną analizą. Szkoda tylko że nie dostałem takich podpowiedzi po drugim, trzecim opowiadaniu, z pewnością bym na wskazane niedoskonałości zwrócił uwagę i w miarę moich możliwości usunął je w kolejnych opowiastkach. Dobrze że lepiej późno niż wcale.
Odniosę się co do niektórych, lecz wierz mi że czytałem Twój komentarz chyba trzy razy i dał mi wiele do myślenia.
„To właśnie dłuższe i głębsze relacje z kobietami sprzyjają bliższemu poznaniu.” oraz „W razie wątpliwości pewnie najprościej byłoby porozmawiać z kobietami w Twoim otoczeniu.” – odpowiem krótko. nie mam córek, jestem w związku z jedną kobietą. Żona nawet nie wie że pisze opowiastki w tym klimacie. Z matką na takie tematy ze względu na jej wiek nie rozmawiałbym, z koleżankami w pracy tym bardziej (złe odebranie, podejrzenie molestowania). Bazuje na tym co wiem, a wychodzi że wiem niedużo.
„Poza tym w dzisiejszych czasach wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Sam wybrałeś, które dziedziny uważasz za godne tego, żeby się w nie zagłębić, a które nie.” – omnibusem nie jestem, przyznaję, co nie znaczy że żadnej wiedzy nie mam. W kwestii wojskowości, określam swój poziom jako dobry. Z tą wiedzą na wyciągniecie ręki to można polemizować ( czy portale internetowe takową dają i inne „mądrołki” z YouTube i podobnych). Moje opowiadanie to nie fachowy periodyk, fikcja literacka w jakimś stopniu podparta wiedzą.
„W tej części na przykład, mimo że bohaterka była w najcięższym stanie, a wypłynęło raptem sześć osób, zostawiono ją bez opieki medycznej w rękach nieodpowiedzialnych żołnierzy.” -bądź realistka Droga Aniu, nie patrz na to jak powinno być, a jak jest. Bohaterkę ewakuowano w pierwszej kolejności, prawie natychmiast, dostarczono do najbliższego okrętu z komorą. Tylko opisuje realne wojsko – porucznik kazał sierżantowi ten kapralowi a ostatni z nich zlecił to szeregowcom, lekarz i żołnierz z obsługi komory stwierdzili „Dobra, to nie piekarnia, zaraz”. To jest właśnie realizm, panująca w tamtych latach w wojsku spychologia na każdym kroku. Gdybym wszystko opisał zgodnie z procedurami, to opisywany okręt nie miałby prawa wyjść a morze (uszkodzone czujniki). Jeżeli Cię nie przekonałem, trudno.
” że utrzymanie się godzinę na wodzie przedstawiłeś jako wielkie wyzwanie – dla osoby, która naprawdę umie pływać nie jest to najmniejszy problem, a ratownicy zdecydowanie powinni umieć dobrze pływać.” – rozumiem że odnosisz się do II części Bałtyckiego Rybaka Dusz? To nie ratownicy – to kandydaci na ratowników, spora różnica. W tekście jest zaznaczone że kursanci są po dwuletniej szkle podoficerskiej, a wiesz jakie były wymogi do każdej ze szkół wojskowych by się dostać w kwestii pływania – przepłynąć 50 m (bez limitu czasu) na ocenę dostateczną. Wojskowy system potrzebował 20 ratowników, w ramach odwiecznego sztuka jest sztuka wysłano na kurs 20 elewów. Po drugie, w tej części jest wspomniane że jest to polska wersja amerykańskiego filmu „Guardian”, tylko przeniesiona na polskie realia z pewnymi moimi dodatkami. Nie wiem czy obejrzałaś ten film (Polecam), ale proces szkolenia jest skopiowany stamtąd. Analizując podręczniki US CG (mogę podesłać w formie pdf) jako laik, stwierdzam że film ten oddaje w dużej mierze realia szkolenia.
„bo bezpieczeństwo ratownika zawsze jest najważniejsze i nie podchodzi się do tonącego bez zabezpieczeń. U Ciebie natomiast wygląda jakby standardową procedurą było ogłuszanie osoby ratowanej.” – jakich zabezpieczeń? Pomyliłaś chyba ratowników WOPR z ratownikami morskimi (śmigłowcowymi). Mogę podesłać linki do materiałów z YouTube ( wyprodukowane przez US CG) to zobaczysz ich wyposażenie. nie ma żadnej bojki, która ciągną za sobą, żadnej liny. Film tez pokazuje owo wyposażenie. Co do drugiego stwierdzenia – skądś wzięło się powiedzenie „że tonący brzytwy się chwyta”.
W kwestii jachtów i ich wyposażenia – nigdzie nie stwierdziłem że nie ma tego na wyposażeniu, to jest wymóg. W kwestii umiejętności załogi – wymogi swoją drogą, życie swoją. Ludzie na kajaki nie zakładają kamizelek ratunkowych, a co dopiero na jacht. Opisywałem jeżeli mnie pamięć nie myli dwie akcje z jachtem – w jednej jest ojciec z zawałem i nieletnia córka, jacht cały. Druga to akcja gdzie Klaudia uratowała Radka, gdy grubas go oplótł ramionami. Fakt, często (dwa razy) opisuje procedurę uwolnienia ratownika w sposób jaki mi zarzucasz ( jest trzecia , ale ten odcinek nie jest tu opublikowany), pięć czy sześć razy opisują procedurę podnoszenia poszkodowanych z łodzi/jachtu.
Tyle odnośnie kwestii techniczno-taktycznych. Teraz przejdźmy do do tych gdzie poległem na każdej linii.
„Z jednej strony mamy zdania takie jak „wpadli sobie w ramiona” rodem z ckliwych romansideł, z drugiej bohater „obmacuje” piersi Klaudii – nie „dotyka”, „bada dotykiem”, „pieści”, tylko właśnie „obmacuje”, co pasuje bardziej do nieporadnego, napalonego nastolatka.” – jestem początkującym „pisarczykiem”, nie mi równać się z Tobą, Autorką 81 opowiadań. Warsztat mi kuleje, daleki do dobrego. Przyjmuje krytykę.
O szybkostrzelności – nie miałem na szczęście tej przypadłości, podejrzewam jak to może być. Nie wiem, może jesteś terapeutą w tej kwestii. może któryś z Twoich partnerów to miał i wiesz lepiej niż ja. Zdania mamy podzielone jak pewna część ciała i możemy się nie zgadzać. I bardzo dobrze, gdybyśmy byli we wszystkim zgodni, świat byłby nudny.
Wykład na temat różnic w epilacji/depilacji/ golenia/strzyżenia – przyjmuje do realizacji. 100 % racji. Posypuje głowę popiołem. Powinienem zdefiniować dokładnie.
„Inna rzeczy, że absurdalne jest zdanie, że Klaudia się nie wstydzi, bo się wydepilowała. Pierwsze zbliżenie z nowym partnerem zawsze wiąże się z różnymi emocjami i wątpliwościami, choć oczywiście nie zawsze ze wstydem. Nie wiesz, co nowy partner lubi ani jak zareaguje. Reakcje mężczyzn też potrafią być… niestosowne”- znów przytoczę odczucia mojej zony w tej kwestii. Wstydzi się jak jej kłaczki wychodzą z fig, a o niedepilowanych nogach to już nie wspomnę. Tak to przedstawiłem, jak widać nieporadnie i głupio. Chciałem dobrze, wyszło jak zawsze. W slangu porno istnieje coś takiego jak „hairy” – fakt są faceci lubiący bujne owłosienie kobiet w tamtych miejscach. Parafilie są różne, nie wiadomo na kogo się trafi.
Uwagi jakie otrzymałem od Ciebie (bardzo doświadczonej Autorki) oraz innych równie znamienitych Autorek i Autorów spowodowały że zastanawiam się – Czy aby nie porwałem się z motyką na Słońce i czy moje opowiadania są na właściwym portalu. Wszak – ani one najlepsze, ani nie erotyczne, a jak mnie wzrok nie myli, taka nazwę ma ten portal. Dogłębna analiza i wytknięte mi błędy i potknięcia wskazują na:
– ” bo nie tylko nie dbasz o pokazanie jakiejkolwiek głębi psychologicznej,” – Twój cytat, ale nie jesteś odosobniona w tym stwierdzeniu, pod to można podciągnąć również przedstawienie bohaterki „jako wojskowego z miesiączką”
– „fabułę prowadzisz w sposób, który uniemożliwia zawieszenie niewiary” -nierealna fabuła, tak to tłumaczę.
– ” stylu scen erotycznych.” -kolejny kamyczek, który już zapala czerwone światło.
– liczne błędy dotyczące narratora
– ogólnie kiepski warsztat ( interpunkcja, stylistyka, literówki, powtórzenia itp.)
Sumując wskazane błędy, dochodzą do wniosku że w każdym aspekcie tego co składa się na opowiadanie poległem na całej linii.
Tylko czy Ty Aniu, nie mierzysz mnie swoja miarą, doświadczonej Autorki z blisko setką opowiadań. Mnie, którym Tobie, Tompowi. Megasowi,Marigold, Fox, Androidce i wielu, wielu innym, nie godzien rzemyka u sandała rozwiązać?
Nie dorównam Ci, za stary już jestem. Nawet takiego zamiaru nie miałem. Piszą sobie dla przyjemności, zwracam uwagę na błędy, ot radosna twórczość prostego człowieka. „Znam swoje miejsce w szyku” – tego przez ponad dwadzieścia lat mnie nauczono i wiem że chyba publikując tu nieco przeszarżowałem.
Tylko dwie rzeczy mnie zastanawiają:
1. „Pragnę jednak podkreślić, że postać Klaudii jak dla mnie jest wystarczająco kobieca i realistyczna” – to Twoje stwierdzenie z komentarza wcześniej. Osobiście po tym drugim komentarzu, dostrzegam tu pewną niespójność. Dla mnie (ale co ja tam wiem), Twoje ostanie stwierdzenia nie grają jakoś z tym co napisałaś wcześniej.
2. Wysokie oceny – cholerka, dwa z siedmiu moich opowiadań są w TOP 10. Dlaczego się pytam? Odpowiedź po części znam – to tak żeby się świeżak nie zniechęcił, ale świeżakiem ja byłem po trzech opowiastkach. Pewnie zaraz spadną w rankingu i bardzo dobrze, bo przy takowych uwagach i niedoskonałościach nie mają prawa tam być. Swoim Czytelnikom z innych portali, głosować tu nie rozkazuję. Głupio się czuję, gdy tak dopieszczone przez Tompa i Androidkę opowiadanie stoi niżej niż moje. Odbieram to jako niesprawiedliwość. Jednak, po części staram się to zrozumieć – lud czasami zafascynowany jest Cloud MMA, a nie klasycznym boksem, jakoś kupiłem tych innych swoimi opowiadaniami. Może się jednak mylę?
Publikował dalej będę, mam tu Czytelników i tego im nie zrobię. Krytykę na klatę przyjmuje i w miarę moich możliwości poprawę obiecuję.
Pozdrawiam, licząc na kolejną konstruktywna krytykę pod kolejnymi moimi opowiastkami.

To przykre, że nie wtajemniczyłeś żony w swoją twórczość. Pisanie to bardzo czasochłonny i angażujący proces. Warto mieć zaufanego pierwszego czytelnika, który zwróci uwagę na błędy… Może powinieneś się zastanowić czy tego nie zmienić?

Co do koleżanek z pracy. Cóż. Fakt, że potrzeba trochę wyczucia, ale nie bardzo rozumiem czemu miałby rzeczową rozmowę – choćby o wadach i zaletach poszczególnych metod depilacji – odebrać jako molestowanie. Nie zawsze i nie we wszystkim doszukujemy się podtekstów, a w przypadku molestowania zwykle nie trzeba się niczego doszukiwać, bo jest najprościej w świecie prymitywne.

Spychologia w wojsku spychologią w wojsku, ratownictwo to jednak trochę inna nisza i bez wątpienia większa świadomość odpowiedzialności za drugiego człowieka. Zresztą w swoich opowiadaniach sam to pokazujesz…

I nie, nie oglądałam filmu „Guardian” (nie wiem zresztą o który chodzi, bo jest przynajmniej kilka filmów o tym tytule), nie lubię amerykańskiego kina i nie spotkałam się jeszcze z takim, który oddawałby rzetelnie jakiekolwiek realia. Nie sądzę też by polskie realia były podobne. Amerykanie pewnie musieli przepłynąć przynejmniej 100 metrów 😉

I śmiem wątpić czy ktoś, kto nie umie pływać, poszedłby na kurs na ratownika.

Jeśli chodzi o różne gusta mężczyzn, nie miałam na myśli tylko włosów, szczególnie wyłącznie łonowych. Fryzura, strój czy bielizna też są tu ważnym tematem. Kobiety zwykle przejmują się tym bardziej niż trzeba…

Żeby szlifować warsztat, trzeba pisać. Po Twoich wynurzeniach pragnę tylko zaznaczyć, że często problemem nie jest to, że napisało się za mało, tylko to, że napisało się za dużo. Czasem po prostu mniej znaczy więcej. Po kilku dniach spędzonych w szpitalu, Klaudia zapewne czuła się mało atrakcyjnie. Pewnie bardziej przeszkadzało jej, że nie goliła nóg i pach, nie miała ulubionej odżywki do włosów czy perfum. Tyle tylko, że wcale nie musiałeś opisywać jej zbiegów pielęgnacyjnych ani pisać, co dokładnie zrobiła, wystarczyło napomknąć, że w domu miała okazję o siebie zadbać i poczuć się lepiej we własnej skórze. Tak samo po co podawać markę bielizny? Jaki to ma sens poza jej darmową reklamą? Pisząc zawsze trzeba dokonywać pewnej selekcji, a znając swoje słabe strony, łatwiej podjąć decyzję dotyczącą tego, jakie rejony są bezpieczne.

I tu dochodzimy do nurtujących Cię kwestii. Postać naszkicowana grubą kreską dalej może być „wystarczająco kobieca i realistyczna”. Klaudia jest samotną matką (która najwyraźniej po raz kolejny nie przejmuje się potencjalną wpadką!), świetną ratowniczką z oddaniem wykonującą swoją pracę, jest zadaniowa i konkretna. Czytelnikowi łatwo zrozumieć jej motywacje. Nie zmienia to jednak faktu, że Ty, jako autor, bardzo pobieżnie przedstawiasz jej emocje, doznania i myśli, skupiając się raczej na wykonywanych czynnościach.

Co do wysokich ocen – każdy ma swoich odbiorców. I to jest wspaniałe. Ciebie kręcą militaria, Megasa Aleksander Wielki, Nefera starożytny Egipt, a innych krótkie opowiastki porno bez rozwiniętej fabuły. Dla każdego jest miejsce. To nie jest tak, że wszyscy czytelnicy tego portalu czytają i oceniają wszystko jak leci. Jeśli komuś spodobały się Twoje wcześniejsze teksty, będzie wracał, jeśli nie, przestanie do nich zaglądać.

Inna sprawa, że większość osób czyta szybko i pobieżnie, nie zwraca uwagi na błędy ortograficzne, interpunkcyjne czy nieścisłości w fabule, czasem wręcz przeskakuje całe akapity, bo dany fragment je nuży. Niewielu doceni poprawę warsztatu, więc nie musisz nad nim pracować. Pytanie raczej czy sam z siebie chcesz być lepszy.

Żeby szlifować warsztat, jak wspominałam wcześniej, trzeba pisać, ale samo pisanie nie wystarczy, potrzebna jest też autorefleksja. Trzeba czytać, trzeba czytać własne teksty, zastanawiać się, co można byłoby zrobić lepiej i oczywiście wsłuchiwać się w uwagi odbiorców. Bynajmniej nie chodzi o to, żeby każdą uwagę brać do siebie i każde zalecenie wprowadzać w życie. Nie ma jednej, słusznej metody pisania ani jednego tekstu, który wszyscy uznaliby za wybitny. Są za to najróżniejsze nisze – jak choćby nisza miłośników militariów – jeśli chcesz pisać głównie dla niej, prawdopodobnie rzeczywiście wystarczy, że napiszesz, że bohaterowie przeżyli upojną noc…

Uśmiechy

A.

Witam,
„Guardian” (Patrol), rok produkcji 2006, główna rola – Kevin Costner.
Co do amerykańskiego kina, nie jest idealne, trafiają się gnioty, ale takie perełki jak ” Szeregowiec Ryan”, serial „Kompania braci”, „Pacyfik” (zboczenie militarne, przepraszam) czy z drugiej strony „Zielona mila”, „Zapach kobiety” to wysoka półka. Owszem, amerykańskie kino (i nie tylko ono) , schodzi na psy i coraz częściej karmieni jesteśmy marną papką.
W kwestii wtajemniczenia żony w swoją „tfórczość” – nie jestem autorem, tylko i wyłącznie opowiastek o tak softowym klimacie. Mam sporo, aż wstyd się przyznać, gniotów typowo pornograficznych, nieraz w o dość kontrowersyjnych tematach ( pannica 20 lat/staruszek po 60-tce, orgietki, klimat CFNM, gay, gwałt i przemoc). Wbić nicka +opowiadania = znalezienie i owych. Wiem, jakie żona ma podejście co do niektórych rzeczy, nie jest ona tak wyzwolona jak kobiety teraz. Wybacz, rada może dobra, ale ryzykować w najlepszym wypadku odstawienia od alkowy, a w skrajności 30 letniego małżeństwa, nie mam zamiaru. Wyjdzie ze mnie, taki pantoflarz, bohater zza klawiatury, co to twardziela zgrywa, a w rzeczywistości to… Trudno, niechaj tak będę postrzegany, przeboleję.
W kwestii molestowania. Rok temu byłem na szkoleniu z owej tematyki. Przyjmujemy nieraz głupawe wzorce z Zachodu. Bodajże w USA ( a przecież stamtąd, garściami czerpiemy wszelakie procedury) przepuszczenie kobiety przodem ( np. do windy, na schody) może być postrzegane jako forma molestowania, bo będę przyglądał się jej czterem literom, a ona poczuje się jako obiekt molestowany gdyż wcześniej miałem „lubieżny wzrok”. Głupie wywieszenie kalendarza z rozebrana modelką, też pod to się kwalifikuje. Koleżanki niby znam, niby spoko, ale… do końca zaufania mieć nie mogę. Bezpośrednie zapytanie – Czym depilujesz okolice intymne – trochę narusza intymna sferę, przynajmniej jak mam takie wrażenie. Może jakiś dziwak jestem, może mój gatunek na wymarciu, nie wiem.
„ratownictwo to jednak trochę inna nisza i bez wątpienia większa świadomość odpowiedzialności za drugiego człowieka.” – pijane załogi karetek pogotowia jeździły w poprzednim wieku i zdarza się to teraz, pijani lekarze na dyżurach – oj, dużo o tym ostatnio się czyta i słyszy. Fakt to promil w porównaniu do całości. Akcja opowiadania to 2007 rok – słabe uposażenie żołnierzy, coraz więcej „plecaków” nie znających rzemiosła trafia do Jednostek. Marne pieniądze, kulejące szkolenie, ludzie z przypadku bo „tata” załatwił, bo w cywilu nikt by go do roboty nie przyjął = olewactwo, marazm, bylejakość.
„która najwyraźniej po raz kolejny nie przejmuje się potencjalną wpadką!” – protestuję, w tekście jest jasno zaznaczone że była zabezpieczona.
” Tak samo po co podawać markę bielizny? Jaki to ma sens poza jej darmową reklamą? ” – żadne lokowanie produktu ( Gatta i Triumph mi nie płacą). No właśnie chciałem w ten sposób przekazać że pomimo marnych zarobków, może zbyt przesadnie stara się żeby to spotkanie było czymś ekstra -” Fryzura, strój czy bielizna też są tu ważnym tematem. Kobiety zwykle przejmują się tym bardziej niż trzeba…” – no właśnie to Twoje stwierdzenie , chciałem przekazać. Zważ, że przez siedem lat jej ubiór to sportowy styl, mundur, bojówki. Od wielkiego święta, sukienka czy spódnica. Wygodny, nie mający zbyt dużo z kobiecością styl w nią wsiąkł. makijaż jeżeli już to stonowany, delikatny, zgodny z regulaminem, żadnych błyskotek, biżuterii, poza tym co jest dopuszczalne. Widać, nie udało mi się to, trudno.
Byłabyś świetną korektorką moich opowiadań w kwestii szeroko pojętej „kobiecości”. No, pomarzyć to ja sobie mogę.
Jeszcze raz dziękuję za wszelkie uwagi i spostrzeżenia.
Pozdrawiam.

Nawet dobre filmy przedstawiają tylko drobny wycinek rzeczywistości, sceny, które są istotne dla fabuły, a ta prawda – choćby o szkoleniu – leży gdzieś poza kadrem. Z tekstami pisanymi oczywiście jest podobnie, tyle tylko, że odbiorca nie mając przed sobą obrazu, potrzebuje znacznie więcej konkretów, żeby wejść w świat opowieści. To Ty, jako autor, wybierasz jakich środków użyjesz i na co skierujesz swoją „kamerę”, ale że słowa często niosą ze sobą wiele różnych skojarzeń, musisz po prostu być ostrożny.

Może dla Twojego pokolenia wymienione marki były synonimem luksusu, ale uwierz, że obecnie to się zmieniło. Jest znacznie większy wybór bielizny i rajstop (swoją drogą koronki też już rzadko drapią), tysiące marek, o których zapewne nigdy nie słyszałeś. Także jeśli dla Ciebie przekaz miał być oczywisty, nie znaczy jeszcze, że taki jest dla odbiorców…

Jeśli chodzi o rozmowy z koleżankami, wygląda na to, że bardzo dobrze zrobiłam wspominając o wyczuciu. Pytanie „czym depilujesz okolice intymne?” zdecydowanie nie jest pytaniem, które można zadać koleżance z pracy. Po pierwsze zakłada, że to robi albo powinna robić, a nie musi, po drugie od razu wchodzi z butami w jej intymne strefy. Zdecydowanie da się inaczej. Czy może polecić jakąś metodę, czy ma zdanie, jakie ma zdanie, jakie są wady i zalety… Swoją drogą w młodszym pokoleniu również mężczyźni często usuwają lub przycinają owłosienie łonowe, więc zawsze możesz spytać młodszych kolegów.

„Była zabezpieczona”. O, widzisz! Aż musiałam wrócić do tej sceny, żeby sprawdzić. To chyba jeszcze grubszy temat niż depilacja… Naprawdę gruby… A przecież antykoncepcja i choroby przenoszone drogą płciową to nie jest wyłącznie kobieca sprawa.

Uśmiechy

A.

„To Ty, jako autor, wybierasz jakich środków użyjesz i na co skierujesz swoją „kamerę”, ale że słowa często niosą ze sobą wiele różnych skojarzeń, musisz po prostu być ostrożny.” – zgoda, jeżeli jednak nad każdym słowem zacznę się zastanawiać, to opowiadanie przemieni się w swoisty raport. Przykład: zarzuciłaś mi że nie trafiłem z wyrazem obmacywać, a właściwsze jest badać dotykiem. Sprawdziłem w SJP znaczenie tego wyrazu, jedno z nich to „dotykać kogoś w celach erotycznych” Badać dotykiem dla mnie bardziej odniesienie do kwestii medycznej, a nie erotycznej. Mam prawo tak uważać i nie zgodzić się z Tobą, a Ty ze mną.
W kwestii bielizny erotycznej nie twierdzę że Triumph to top of the top. Może Victoria Secret, Corin, Samanta są lepsze. Ta, wskazana przeze mnie nie jest „barchanem”, dla mojej bohaterki zarabiającej mało i nie noszącej jej na co dzień (preferuje sportowy styl) to szczyt elegancji, jak na jej kieszeń. Mogło tak być? Mogło. Podobnie z pończochami. Rozumiem że gdybym napisał eleganckie zmysłowe koronkowe stringi i drogie pończochy znanej firmy byłoby OK. Nie popadajmy Aniu w paranoje. Bo zamiast stwierdzenia że bohater jeździł Oplem Corsa winienem napisać – samochodem z segmentu B? Podobnie z drapiącymi majtkami, mogły nieprzyzwyczajonej do tego rodzaju bielizny kobiety drapać? Mogły. Z dziesięciu pań drapie dwie i Klaudia mogła być w tej grupie. Nie patrzmy na wszystko pod względem statystyki, jakiś badań robionych na potrzeby danej firmy. Jak wychodzę z psem na spacer to według statystyki każdy z nas ma 3 nogi.
„Czy może polecić jakąś metodę, czy ma zdanie, jakie ma zdanie, jakie są wady i zalety… ” – to takie krążenie wokół tematu, zawoalowane. A skąd mam wiedzieć że się depiluje, a jak nie to co mi odpowie. Potem spytam drugą i trzecią. No pomyślą że dewiant jakiś ze mnie. Przypomina mi to rozmowę Stuhra w Seksmisji z Lamią przed stosunkiem. Droga Aniu – mam zasady, nie przekonasz mnie. Upartym w pewnych kwestiach jestem jak osioł.
Swoją drogą w młodszym pokoleniu również mężczyźni często usuwają lub przycinają owłosienie łonowe, więc zawsze możesz spytać młodszych kolegów.” – Ci starsi też, widzisz, walisz stereotypem, jak stary to zarośnięty na dole. Stareńki stereotyp homoseksualisty z lat 80-tych ubiegłego wieku. Męska skóra jest zazwyczaj grubsza i bardziej zwarta, a włosy silniejsze, wiec są podobieństwa ale różnice też.
Antykoncepcja – temat rzeka, można wymieniać poglądy dłuuugo. Czy to tylko obowiązek kobiety, nie. Męska jest nieco ograniczona (kondom, wazektomia) .
Choroby „W” – podejrzewam co miałaś mi zamiar przekazać. Przed zbliżeniem komplet badań w tym kierunku. Real Anno, real, życie… bo za chwilę dojdziemy że RTG klatki piersiowej (gruźlica) i szczepienie przeciw wściekliźnie.
Bardzo miło było przeczytać Twoje uwagi i spostrzeżenia, Cenię je sobie i część przyjmuje do wiadomości. Zauważam jednak że zeszliśmy tak grubo z meritum sprawy, czyli tej części opowiadania i dalsza wymiana winna być kontynuowana na priv. Tam możemy deliberować nawet nad tym co było pierwsze – kura czy jajko.
W tej chwili, nabijamy tylko komentarzy marnemu opowiadaniu ku uciesze obserwujących.
Pozdrawiam.

Niby co złego jest w nabijaniu komentarzy?

Komentarz, komentarzowi nie jest równy. Nic złego nie ma w tym że pod opowiadaniem są komentarze. Według mnie winny jednak odnosić się do treści opowiadania. Błędów, uwag, warsztatu, odczuć itp. Skoro jednak tutaj jest inaczej, to nie mi być rewolucjonistą i burzyć dotychczasowy ład.
Możemy pisać nawet o rodzajach antykoncepcji, chorobach wenerycznych, nurkowaniu swobodnym, wyższości Ka-29 nad Mi-24, chłodzeniu reaktora na okrętach podwodnych klasy „Charlie”. Proszę bardzo.
Megas narzeka że w podziemiu coś cicho, może to odpowiednie miejsce na takie dysputy, nie wiem. Krótko tu jestem.

Przyznam, że nie wiem, w którym momencie Twoim zdaniem zeszliśmy z tematu Twojego tekstu i warsztatu, ale skoro uważasz, że to zrobiliśmy, rzeczywiście najwyższy czas zakończyć rozmowę.

Uśmiechy

A.

Ja chciałbym się podjąć obrony słowa „obmacywać”.

Wedle słownika PWN słowo ma dwa znaczenia:
1. «dotykać kogoś, czegoś wiele razy lub ze wszystkich stron, aby rozpoznać kształt, fakturę itp.»
2. posp. «dotykać kogoś w celach erotycznych»

Macanie w pierwszym znaczeniu odpowiada „badaniu dotykiem”, ale jest bardziej charakterne w brzmieniu. Do tego dochodzi znaczenie drugie, erotyczne. Czemu więc nie wykorzystać tak bogatego w sensy słowa? Dlatego, że kojarzy się z napalonym nastolatkiem? Sebastian nie jest doświadczonym kochankiem – o czym świadczy choćby fakt, że nigdy dotąd nie zajął się sprawą swojej przypadłości. W dodatku jest trochę młodszy od Klaudii – przy niej to właściwie dzieciak. A zatem słowo jest nie tylko użyte popranie językowo, ale i też pasuje do zrywnego charakteru bohatera, który szybko zaczyna i równie szybko kończy.

A co do nabijania komentarzy, tu z kolei zgodzę się z Anią, nie ma w tym nic złego. Moderacja za to nie goni. Zdarzało się w przeszłości, że sekcja komentarzy była dłuższa od opowiadania. Jestem za powrotem do tych starych, dobrych czasów 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Niezależnie od doświadczenia Sebastiana mówimy tu jednak o dwóch zakochanych w sobie osobach, a obmacywanie ma w sobie pewną nutkę… obleśności ;p

Tak sobie czytam tę waszą dyskusję, uczę się o metodach depilacji oraz warunkach treningu ratowników morskich, szanuję specjalistyczną wiedzę obu stron, aż nagle wpadam na taki kawałek:

„nie lubię amerykańskiego kina i nie spotkałam się jeszcze z takim, który oddawałby rzetelnie jakiekolwiek realia. ”

I nagle tracę wiarę, bo ktoś zdolny do takich uogólnień, może błądzić również w innych kwestiach.

Aniu, „kino amerykańskie” to ok. 600 filmów rocznie z samego tylko USA (bo przecież są jeszcze produkcje kanadyjskie i z Ameryki Łacińskiej). Cały rozstrzał, od bezwstydnej komercji po filmy ambitne i arthousowe. To jest całe kinematograficzne uniwersum, którego nie da się skwitować jednym dezawuującym stwierdzeniem.

Równie dobrze mogłabyś powiedzieć, że nie lubisz kuchni indyjskiej po parokrotnym skosztowaniu chicken tikka masala 🙂

Przyznaję, powinnam użyć określenia „hollywoodzkiego”. A nawet takie czasem oglądam, i to współczesne, choć klasyczne było lepsze, ale przypominam, że cały czas rozmawialiśmy o jednym, konkretnym filmie i to bynajmniej nie arthousowym 😉

Aniu i jammerze106: dobrze mi się czyta Waszą wymianę opinii. Taka dyskusja jest właśnie tym, czego mi na NE brakuje. Nie postulaty, jakie przygody bohater ma przeżyć w następnym odcinku, nie bełkot „ależ on/ona dziecinny/a, głupi/a (wstaw inne)”, ale poważne rozmowy o warsztacie. Rozmawiajcie dalej; to ciekawsze niż opowiadania. 🙂

Tompie, Ty tak na serio? Czy sobie żartujesz?
Być może Ani podpowiedzi, uwagi i stwierdzenie są „w punkt”, podparte doświadczeniem i jakością jej dzieł.
Moje dywagacje, to bardziej „bełkot wiejskiego filozofa”.
Jak widzisz jednak, nie zawsze ze wszystkim się zgadzamy (kwestie techniczno-taktyczne) i bardzo dobrze, bo wtedy życie byłoby nudne.
Skoro jednak, już śledzisz nasze komentarze, chętnie wysłuchałbym Twoich uwag.
Pozdrawiam.

Sorry Winnetou, ale szef Megas prosił mnie, bym nie wchodził z Tobą w dyskusje.

Skoro tak, to niechże będzie według woli Jego.
Pozdrawiam.

Stanowczo protestuję!

Zarówno przeciw nazywaniu mnie szefem, jak i rzekomym prośbom mi przypisywanym. Dyskutujcie sobie o czym chcecie, byle tylko potem nikt nie rzucał papierami 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Leave a Comment