
Jay Davis, „Femme-Fatale-163”, CC BY-NC-ND 2.0
Rozdział 4
Studnia mrocznego korytarza wciągała mnie tak, jak samobójców wciąga piasek plaży upstrzony głazami sto jardów poza krawędzią klifu, albo ruch samochodów w piątkowe popołudnie ulicą widzianą z dachu wieżowca, gdy sami nie wiedzą, czy chcą nadal żyć, czy wybrać wieczne odpoczywanie. Odgłos kroków odbijał się od ścian i przyprawiał mnie o klaustrofobię. Równy, powolny rytm butów stawianych na kamiennej posadzce, ku jedynemu widocznemu miejscu, gdzie strumień światła rozpraszał się w ciemnościach. Raz. Dwa. Trzy. Oddech. Raz. Dwa. Trzy. Oddech… Raz. Dwa. Trzy… Zatrzymałem się w tym wycinku światła i popatrzyłem do środka. Niewiele mogłem dostrzec, oślepiony blaskiem gołych żarówek świecących z każdej ze ścian i z sufitu, ale na pewno nie mogłem nie zobaczyć Betty.
Stała na rozstawionych stopach, podpierając dłonie o biodra, z brodą wysuniętą do przodu i z uniesionym do góry biustem. Pozbyła się marynarki i zdążyła zdjąć spódnicę, pozostając tylko w szpilkach, pończochach i w koszuli. Nic nie mówiła, stojąc w bezruchu, jakby była posągiem dumy, wypinając biodra do przodu na lekko ugiętych kolanach i prezentując mi całą piękność podbrzusza. Zegarek na moim nadgarstku zwolnił i stanął, by przeciągnąć sekundy w godziny, gdy serce dobiegało do mety sprintu na sto jardów, z kutasem starającym się nie pęknąć pod ciśnieniem krwi. Betty uniosła rękę na wysokość piersi i gestem dłoni wskazała, bym wszedł. Wszedłem. Opuściłem dłonie wzdłuż spodni i zacząłem przyglądać się pokojowi. Nie był to salon, ani nie była to sypialnia i na pewno nie był to pokój na poddaszu, który mógłby być wynajmowany każdemu, kto tylko tego chce, a dla którego zabrakło miejsca gdzie indziej. Dębowe, prawie czarne meble pasowały do surowości ścian, ale na pewno nie mogły być meblami ustawianymi w banalnych salonach i w równie banalnych sypialniach. Wyglądały tak, jakby ogołocono całe Salem, zmywając tylko z desek krew kobiet i usuwając swąd spalonych ciał, a potem wszystko pięknie odnowiono, przeniesiono przez wieki i wtargano tutaj. Torquemada czułby się jak u siebie, w swoim siódmym niebie, a Dante miałby pełen obraz piekła i nic nie pozostałoby dla jego wyobraźni. Proste dyby sąsiadowały z hiszpańskim kozłem, klęczniki poustawiane były wzdłuż ścian obok krzyży, a same ściany pełne były wmurowanych haków, których przeznaczenia tylko idiota by się nie domyślił. Takie same haki wkręcono w odkrytą więźbę dachową. Na jednym z nich wisiała pięknie skręcona pętla szubienicy, na podłodze zaś walały się zwoje lin, łańcuchów i żelaznych, kutych kajdan, których rozmiary wskazywały na to, że nie tylko ręce i nogi można było nimi krępować. Na stojaku leżała nawet zwyczajna beczka. Jasne, jak się ma wyobraźnię, to i dla beczki znajdzie się miejsce i przeznaczenie. W przeszklonej szafie wisiały zabytkowe, zachowane z czasów Royal Navy Nelsona wielorzemykowe baty, zwane przez marynarzy kotami o dziewięciu ogonach, pejcze nadzorców niewolników z farm Południa, bicze poganiaczy mułów i woźniców. Była także kolekcja szpicrut, od tych tanich, należących do podoficerów kawalerii, aż po bogato zdobione szpicruty pruskich junkrów. Na środku pokoju stała, zbita z surowych kantówek i desek prycza, która pomieścić mogłaby pół plutonu marines z pełnym oporządzeniem i starczyłoby jeszcze miejsca na garandy. O dziwo, leżała na niej świeża pościel. Piramida poduszek zatrzymywała się gdzieś pod sufitem, prześcieradło zwisało aż na podłogę zajmując przynajmniej akr, a kołdry złożone były w regularną kostkę. Postawiłem walizkę i wytarłem spocone dłonie w chusteczkę do nosa. Szukałem barku i go znalazłem tuż za beczką. Butelki bourbona i whisky były pełne, z kolorowymi nalepkami gorzelni na które nie będzie mnie stać jeszcze przynajmniej pół wieku, gdybym nawet pracował codziennie za stówę plus koszta służbowe, w tym na wynajętego Rolls-Royce’a z kierowcą w liberii.
– Pewnie wystarczy wejść do hotelu z ulicy, poprosić o pokój i tak zwyczajnie zostać zaprowadzonym tutaj, by położyć się wygodnie i zasnąć snem purytanina? – powiedziałem, nalewając sobie po rant szklankę wódki. Bez wody sodowej i bez lodu. Upiłem do połowy, pozwalając, by alkohol podrażnił język i podniebienie i dopiero potem wrzuciłem kostkę z kryształowego wiaderka.
– Mylisz się, mój niebieskooki chłopcze. Nie udawaj, że masz aż tak krótką pamięć, by nie zapamiętać, że nie było wolnych pokoi w tym terminie? Gdzie się podziała twoja wschodnia ogłada i uprzejmość? Nalej i dla mnie, tak pełną, jak nalałeś dla siebie przystojniaku. Będziemy stali i słuchali twoich błyskotliwych, sarkastycznych odzywek, czy wykażesz się inicjatywą? – jej głos różnił się od tego, jaki słyszałem wcześniej i zaczynał mnie drażnić. Nie byłem chłopcem, do cholery! Tylko w knajpie przyjaciela mogłem znieść podobne określenie mojego wieku, bez chęci wyprowadzenia ciosu pięścią w szczękę. Najwyraźniej chciała mnie sprowokować do takiej reakcji, a na pewno do utraty opanowania. Niedoczekanie twoje, suko! Odstawiłem swoją szklankę na barku, wybrałem z rządka innych, czystych szkieł następną, udałem że sprawdzam jej czystość pod światło i nalałem do pełna. Postawiłem obok mojej.
– Sama sobie weź. Jeśli wiesz, jak masz podejść, ty…– przerwała mi szeptem:
– Ty suko?
Powoli, zbyt powoli osuwała się na kolana. Operator projektora w kinie zasnął, oglądając dziesiąty raz ckliwy melodramat i nie zauważył, że pasek spadł z rolek, a taśma z obrotów, a na ekranie obraz kobiety poruszał się w gęstej galarecie. Alkohol, który wypiłem, zaczynał działać, rozpływając żyłami razem z krwią i rozgrzewał ciało, karmiąc go przy okazji omamami. Przestawałem wierzyć własnym oczom. Wreszcie kolana Betty dotknęły podłogi. Klęczała tak wystarczająco długo, by wziąć dwa oddechy, chyba tylko po to, by pokazać jeszcze raz swoje falujące piersi. Przymknąłem oczy, odwracając głowę w lewą stronę. Jeszcze jeden taki gest, a każę chirurgom właśnie tak skręcić mój kark na stałe. Betty pochyliła się do przodu i teraz także jej dłonie znalazły się na podłodze. Uniosła głowę w moją stronę i wydyszała szeroko otwartymi ustami:
– Tak mam przyjść do pana, panie Lowenhertz?
Kiwnąłem głową.
Rozdział 5
Podchodziła na czworaka bardzo powoli, kręcąc biodrami za każdym razem, gdy kolana odrywały się od podłogi, oddychając tak głęboko i głośno, jakby zmieniła się w dzikiego drapieżnika. Charczała, a z kącików jej ust spływały na brodę smugi spienionej śliny, zaś oczy błyszczały jaskrawo spod półprzymkniętych powiek. Rozwichrzone włosy podniosły się do góry, pomimo tego, że o nic nie mogły się naelektryzować. Ostry, ciemny makijaż dopełnił wrażenia i wydawało mi się, że to jej dłonie oparte o deski podłogi zbierają kosmiczną energię wiedźm. To już nie była kobieta-kot, kobieta-kuguar, kobieta-lwica. Ona była lwicą. Niebezpieczną, podnieconą bliskością ofiary lwicą, zaklętą w ciało tęgiej, pięknej kobiety, której zapach pozbawiał mnie świadomości. Ani zmęczenie, ani alkohol, ani moje wrodzone opanowanie nie przeszkodziły w tym, by kutas nabrzmiał do takich rozmiarów, by sprawiać ból równie silny, jak mocne schwytanie w szczęki imadła. Albo w szczęki oszalałej lwicy. Ten zapach! Czy tak właśnie pachniało powietrze podczas sabatu wiedźm, czarownic, szeptuch? Zobaczyłem, skąd się wziął. Za Betty, na tekowej podłodze ciągnęły się dwa roztarte kolanami ślady wilgoci. Spływała z jej wnętrza na uda, potem na kolana, by na koniec wsiąknąć w surowe drewno. Iloma galonami kobiecego moczu, squirtu, potu i lubrykantu przesiąkły te deski? Ile lat musiało to trwać, by zaimpregnować podłogę tak, że dzisiejszej nocy nawet powietrze przesiąknięte było zapachem cipki szalejącej z pożądania kobiety? Kręciło mi się w głowie, jakbym siedział w śmigłowcu z rozerwaną pociskiem AA głowicą i przez jedyną szybę oglądał wirujący dookoła świat. Jakiś mały Chińczyk przed sekundą podszedł do mnie i poczęstował swoim papierosem z tytoniem zmieszanym z opium, by zaraz rozwiać się w chmurze dymu i zniknąć. Kolana uginały się pode mną, a podłoga starała się uderzyć mnie w twarz. Nagle wszystko się zatrzymało i znów zobaczyłem przed sobą Betty. Była u moich stóp i prawie leżała na podłodze, unosząc w górę jedynie biodra. Nie miała już na sobie koszuli i jej nienaturalnie ogromne piersi wypadły z miseczek gorsetu. Lewy sutek zakleszczył się w szparze pomiędzy deskami, lecz nic nie wskazywało, by Betty to zauważyła albo poczuła. Czarne majtki straciły swój krój, wrzynając się w zakamarki ciała i odsłaniając duże, mięsiste pośladki, a pomiędzy nimi pokryty żółto– szarymi wzorami zwierzęcy ogon. Nie piję więcej. Kobiety nie mają ogonów. Od dziś, aż do następnej popijawy nie przełknę ani kropli alkoholu. Usłyszałem głos mojego wietnamskiego przyjaciela:
– Nawet southern comfort w mojej knajpie nie ruszysz?! I to tylko przez jeden głupi korek z ogonkiem w dupie? Nie wiedziałeś, że ludzie lubią tak się zabawiać własnym ciałem? Taki duży, a taki dziecinny.
Potrząsnąłem głową, dałem sobie kuksańca w ciemię i głos zamilkł. Ten dziwny pokój, Betty u moich stóp i powietrze pachnące jej pizdą pozostały. To nie był wielki sen, a wszystko działo się naprawdę. Powoli trzeźwiałem, ale kutas ani myślał opaść, czy chociaż zmniejszyć objętość. Wciąż czułem ból zamiast znanego mi od szczeniaka przyjemnego mrowienia. Co ja powiedziałem? Szczeniaka? Tak. Byłem szczeniakiem, tak jak Betty była suką.
Przyczołgała się już do mnie i aż jęknąłem, gdy unosząc się i obejmując mnie za kolana wyrwała sutek spomiędzy desek. Wiedziałem, że musiało ją to zaboleć, a pomimo to nie reagowała na ból, trwając w swoim transie i euforii. Klęczała teraz przede mną, mocno obejmując ramionami moje nogi i przyciskając piersi do ud. Patrzyła rozpalonymi ślepiami w moje oczy, jakbym sam zmienił się w wielką statuę monstrualnego, marmurowego penisa. Otworzyła szeroko usta, wysunęła czerwony język na długość o wiele większą, niż to się zdarza normalnie i zaczęła lizać wybrzuszenie moich spodni, pozostawiając na nich taką ilość śliny, że wystarczyłoby na napełnienie całego Morza Bismarcka. Śluz z główki mojego kutasa przeniknął przez warstwy tkanin i zmieszał się ze śliną. Betty mruczała, jęczała, syczała, cmokała nieprzytomnie, zasysając w swoje gardło mieszankę wilgoci ze spodni i przygryzając od czasu do czasu łatwo wyczuwalną główkę kutasa. Przyzwyczaiłem się już do trwającego bólu i te ukąszenia Betty-lwicy zaczęły sprawiać mi przyjemność. Trzeźwiałem i przytomniałem. Powoli wracały zmysły i jasne spojrzenie. Pochyliłem się nad klęczącą Betty, ująłem jej głowę w dłonie i spróbowałem coś do niej mówić. Nie reagowała, zajęta perwersyjną pieszczotą. Krzyknąłem jej imię, ale i to nie odniosło skutku. Puściłem policzki i wsunąłem palce w jej włosy. Szarpnąłem mocno w prawo i lewo, a potem odchyliłem całą głowę do tyłu, tak daleko, jak tylko mi się udało. Patrzyłem w szeroko otwarte, sucze oczy i nie widziałem w nich nic, oprócz bezgranicznego pożądania. Ona cała była pożądaniem. Spróbowałem ją podnieść z podłogi. Musiałem użyć całej siły, jaką w tej chwili dysponowałem. Podnosiła się bardzo powoli, trzymając mnie mocno w objęciach i ocierając piersiami o marynarkę, kaburę mausera i szelki. Nadal była nieprzytomna. Lewą ręką trzymałem ją za włosy, a prawą uderzyłem w policzki. Raz i drugi. Poskutkowało. Jej oczy znów stawały się oczami kobiety.
– Betty?! Betty?! Słyszysz mnie?! Odpowiedz, czy mnie słyszysz i rozumiesz! – krzyknąłem jej prosto w twarz, mając usta prawie na jej ustach. Poczułem zapach jej oddechu i o mało sam nie straciłbym przytomności. Pachniał każdą wilgocią seksu.
– Taaak. Tak. Słyszę ciebie, Mark – odpowiedziała tak niskim i tak drżącym głosem, że prawie wystrzeliłbym wytryskiem.
– Co tu się dzieje, Betty?! Kim jesteś i co tu robimy?! Co ty chcesz zrobić, Betty?! – zaczynałem delikatne przesłuchanie, gdy moja natura detektywa wygrała z namiętnościami. Betty dochodziła do siebie szybciej ode mnie i odpowiedziała, zupełnie niezmieszana tym, co przed chwilą się wydarzyło:
– Dostanę tą szklankę wódki od ciebie, czy nadal będziesz nieobecny, mój opanowany, zimny i stanowczy detektywie z małego miasta, na prowincji zabitej deskami? Podaj mi szklankę, chłopcze.
Podałem. Wypiła po męsku, łyk za łykiem, jakby to była zimna herbata, albo woda sodowa podana w upalny, letni dzień w ulubionej restauracyjce gdzieś na obrzeżach miasta. Skrzywiła usta także po męsku. Odstawiła pustą szklankę na barku, kolejny raz potrząsnęła głową, a gdy alkohol dotarł do żołądka, uśmiechnęła się i wyszeptała mi do ucha:
– Przesłuchujesz swoje klientki tak jak przyszły do twojego biura, czy każesz, by się rozebrały już w drzwiach? Chcesz, bym ściągnęła majtki? Przecież i tak są mokre, lecz jedyne z całej mojej garderoby, które jeszcze nie zostały porwane.
Pokazałem dłonią fotel-tron z tymi wszystkimi hakami, okuciami, kolcami, otworami na dłonie i kostki.
– Siadaj, Betty! Siadaj, jak chcesz. I zdejmij z siebie te cholerne majtki! Chciałaś je zdjąć już wtedy, gdy zostawiłem Mercurego na parkingu i szedłem do motelu, a ty się mi przyglądałaś. Być może już wtedy miałaś je na kolanach a twoje dłonie majstrowały przy wargach sromowych. Zdejmij je teraz i siadaj!
Odsunęła się ode mnie o pół kroku, pochyliła i powoli zsunęła majtki z bioder. Gdzieś z dołu dolatywała do nas muzyka miejscowego bandu. Swingowe brzmienie rozpraszało nocną ciszę, majtki zatrzymały się tuż powyżej kolan, a biodra wysunęły się w przód. Usiadłem na pryczy i patrzyłem wprost na różową szparę pomiędzy wargami, zafascynowany tym, jak rozchylają się i łączą w skurczach. Nie byłem w stanie ani oderwać od nich oczu, ani poruszyć się, ani zrobić nic innego. Byłem nastolatkiem, który przyszedł po kolegę z klasy i nie zastał go w domu, a drzwi otworzyła jego mama, której zachciało się mieć kaprys i pokazać, jako pierwsza w życiu, dzieciakowi dojrzałą, gotową na seks cipę, szeroko otwierając drzwi i rozkładając uda. Jeszcze dziś pamiętam czarny, mokry trójkąt włosów przyklejony do podbrzusza. Skąd się brało tyle wilgoci?! Dotknęła wtedy swojego ciała i rozchyliła wargi. Różowa czeluść mnie wciągnęła i sperma trysnęła w chłopięce majtki. Wtedy uciekłem i długo jeszcze bałem się pukać do drzwi. Dziecięcy wstyd paraliżował mnie lepiej od uderzenia policyjną pałką. Drżałem przestraszony, gdy w miejscowym sklepiku stawała w ogonku, uśmiechała się do mnie i bezczelnie wpatrywała w mój rozporek. Teraz znów drżałem z podniecenia, ale nie chciałem, by przedstawienie Betty się zakończyło. Niech trwa wiecznie, a ja nie chcę być dorosłym!
– Mark, dzieciaku. Zanim ty doszedłeś do drzwi, ja doszłam do orgazmu. I wiesz, co? Wcale nie majstrowałam przy wisience na torciku. Nie musiałam. Wyobraźnia sama mi go dała. Wiedziałam już, że codziennie czekam tylko na ciebie. Tak, wielu tutaj się zatrzymywało i odchodziło po dłuższym, czy krótszym czasie. Z reguły – krótszym. I nigdy nie żałowałam ich odejścia. Gdy zobaczyłam twojego gruchota, już wiedziałam, że nadchodzi moje spełnienie i że to zdarzy się dzisiejszej nocy. A teraz patrz na moją pizdę i podziwiaj. Bądź nadal małym chłopcem wkraczającym w świat perwersji.
Usiadła na tronie, prawie kładąc się na nim i rozkładając grube, potężne uda na oparciach. Teraz widziałem ją całą. Jej piękną twarz, wspaniałe piersi, sterczące sutki, duży, podniecający brzuch i pulchne podbrzusze z najpiękniejszą z pizd, jakie w życiu dane mi było oglądać. I ten korek w dupie. Suka. Oddychała głęboko, zapatrzona w moje oczy, skupiona w oczekiwaniu na przeznaczenie, nie okazująca ani odrobiny strachu, ani uncji przerażenia. Widziałem niejedną twarz podnieconej do granic nieprzytomności kobiety, widywałem twarze kobiet otumanione narkotykami, albo witaminami wstrzykiwanymi przez lekarzy o bardzo wątpliwej reputacji, z dyplomami nieistniejących wydziałów medycznych, lecz nigdy nie były to twarze choćby w połowie podobne do buzi Betty. A, tak! Buzia małej dziewczynki, która przekroczyła taflę lustra i znalazła swoje przeznaczenie. Moja Betty! Moja! Moja!
Rozejrzałem się dookoła, poszukując miejsca, gdzie leżały kajdanki i żelazne dyby połączone łańcuchami. Kajdanki mogłem wziąć z kieszeni, lub z walizki, ale ja używałem już tych nowoczesnych, samozaciskających się, a nie kajdanek Darby’ego. Nie pasowałyby do tego wnętrza i nie pasowałyby dla Betty. Przeszedłem się powoli w stronę stojaka z akcesoriami, starając się iść w rytmie dość wyraźnie słyszalnego bluesa. Jakaś nowoorleańska czarna amatorka śpiewała o swojej wielkiej miłości do białego mężczyzny, zbyt często używając słowa,,master” zamiast normalnego,,sir”. Stanowczo orkiestra gra zbyt głośno, pomyślałem sięgając już po kute w żelazie zabytkowe łańcuchy i kajdanki. Betty uważnie mi się przyglądała, nie mówiąc jednak ani słowa. W jej oczach widziałem zaciekawienie i uśmiech szczęścia, gdy wróciłem do niej i zatrzymałem się na wysokości jej piersi. Miałem zamiar ścisnąć jedną z nich i nawet położyłem na nią dłoń, ale okazała się zbyt dużą, bym mógł aż tak rozcapierzyć palce. Musiałem rzucić,,zabawki” na podłogę i użyć obydwu rąk, by choćby spróbować objąć nimi ogromnego cyca!
Przygryzła dolną wargę i syknęła, ale nic nie wskazywało na to, by to jej przeszkadzało.
– Betty? Teraz ciebie skrępuję, a potem postaram się, byś wreszcie powiedziała mi prawdę. Zacznijmy od prawdy, proszę. Po raz pierwszy w życiu chcę, by znajomość z kobietą zaczęła się dla mnie nie od kłamstewek dla prywatnych detektywów, ale od prawdy. Rozumiesz mnie, Betty?
Pokiwała głową na znak, że rozumie. Próbowała to powiedzieć, ale moje zaciśnięte na piersi palce powodowały, że z gardła wydobywało się jedynie cichutkie pojękiwanie. Puściłem dłonie. Dopiero wtedy Betty wzięła głęboki oddech ulgi. Wciąż jednak milczała, czekając na moje pytania i rzucając błyskawice oczami. Wiedziała, że ma piękne, kocie oczy i wiedziała też, że jeszcze kilka sekund, a stanę się jej niewolnikiem. Musiałem coś zrobić i to natychmiast, jeśli miałbym nadal prowadzić w tej grze.
Stanąłem w rozkroku przed tronem, udając że rozpinam rozporek chcąc wyciągnąć kutasa i wepchnąć go między rozwarte i gotowe wargi cipy. Nie zrobiłem tego. W zamian dotknąłem dłoni kobiety i muskałem je opuszkami palców. Betty uspokajała się i nawet zaczęła cichutko nucić do rytmu muzyki. Dopiero wtedy mocno złapałem jej nadgarstki, by mi się nie wyrwała i pociągnąłem je do siebie. Teraz Betty leżała na plecach na miejscu, gdzie normalnie znajdują się uda i pośladki. Przełożyłem ramiona kobiety pod kolanami i skułem je pojedynczo ze sobą, łącząc kajdany łańcuchem. Okazał się za długi i musiałem przełożyć szeklę, by Betty zmusić do uniesienia ud jeszcze wyżej. Teraz miałem przed sobą oba otwory – pizdę i tyłek z wciąż tkwiącym w niej ogonem. Nie musiałem się obawiać, że kobieta ucieknie w bok, że się zasłoni, że będzie się broniła. Sierść ogona łaskotała mi palce, gdy powoli wyjmowałem korek. Bardzo powoli. Jednak chciałem, by Betty – moja Betty – dostawała ode mnie tyle przyjemności, ile jestem w stanie jej ofiarować. Odrzuciłem ogon gdzieś za siebie, nie przejmując się, że mogę trafić stalowym ciężarkiem w okno i zbić szybę, alarmując ochronę. Cholera, dlaczego wcześniej nie uderzyło mnie, że nie dostrzegłem nigdzie ani jednego hotelowego detektywa? Było już jednak za późno na zastanawianie się, za późno na myślenie. Oddychałem powietrzem pachnącym ciałem mokrej kobiety. W moich nozdrzach wierciły się tornada słodyczy, soli, indyjskich korzeni i miodu, tym bardziej, że właśnie na wargach cipy pojawiły się małe, herbaciano-miodne krople moczu. Powieki mi opadły, a kolana same się ugięły. Zdążyłem jeszcze wyciągnąć język do pocałunku, gdy moje usta trafiły wprost na miejsce w ciele kobiety, pomiędzy wejściem cipki a odbytem. Gdybym tak strzelał z mojego garanda na Pacyfiku, to wróciłbym do domu z,,Purpurowym Sercem”, a nie z pamięcią zapchaną wspomnieniami o zielonym piekle. To, co całowałem i lizałem nie było zielone. Było…Piekłem! Tak diabły zabawiają się z niedoruchanymi dziewicami, które w swoich anielskich i niewinnych duszyczkach marzyły o tym, by taki wyposzczony pluton Marines wziął je wprost na wulkanicznym piasku plaży. Całowałem każdą z warg, szczypałem swoimi wargami, zlizywałem z nich najmniejsze krople, nie rozróżniając smaku potu, śluzu, squirtu, uryny, wpychałem gruby język tak głęboko w szparę, jak tylko potrafiłem i rozmazywałem na policzkach wszystko to, co może wyciekać z szalejącej pod moimi pocałunkami Betty. Krążyłem czubkiem języka na delikatnym ciele wnętrza cipy, wysuwałem go, by dotknąć anusa, zalewając go śliną i nie pozostawiając go niedopieszczonego. A potem wracałem ustami do pizdy, by objąć ją całą, ogromną, pulchną, napęczniałą w podnieceniu. Wielka fasolka łechtaczki wysuwała się coraz bardziej spomiędzy fałd i mogłem ją ssać i lizać, starając się, by moje podniecenie tym, co robię nie było zbyt brutalne. Brałem dla siebie tyle przyjemności, ile tylko mogłem wziąć, nie myśląc nawet o tym, że Betty nie może się bronić, nie może zasłonić podbrzusza dłońmi, ani nie może zacisnąć ud na mojej szyi, by mnie poddusić i zmusić do tego, bym przestał. A ja nie miałem zamiaru przestać, dopóki nie poczuję na swojej twarzy mokrych orgazmów! Poczułem się zawiedziony, że stało się to za szybko, że na moje policzki, na nos i do ust trafiły urywane, krótkie jak sygnały iskrówki Morse’a, strugi kobiecego wytrysku. Dziewczyno! Daj mi się wykazać, co?
Betty wyginała się na wszystkie strony gdy tylko skurcze orgazmów przelatywały przez mięśnie i ścięgna, nie mogąc znaleźć ujścia w napiętych łydkach, udach, ramionach. Kajdanki i łańcuchy trzymały ją zbyt mocno. Szarpnęła nogami jeszcze raz, zadzierając je niemal za głowę, podrzuciła w górę łydki, napięła mięśnie ud i znieruchomiała.
Wczołgałem się na dyszącą kobietę i nie pozwoliłem jej dojść do siebie, całując tym razem jej usta. Żadna różnica. Tak ma być. I usta, i pizda mają być całowane tak samo namiętnie i tak samo zachłannie! Ci Słowianie z centrum Europy wiedzą, co czynią. Całując dłoń kobiety zawsze robią to tak, by jej się zamarzyły te męskie usta na zupełnie innej części ciała. Chciała odgryźć mi język. Wtedy przestałem. Wyprostowałem się, obtarłem policzki i brodę dłonią, rozsmarowałem wilgoć na policzkach Betty, wsadziłem w jej usta mokre jeszcze palce i przybrałem marsową minę.
– A teraz odpowiesz mi na kilka pytań. Zbyt wiele zasłaniasz swoim ciałem suko, bym nie domyślał się, że czeka na mnie jeszcze niejedna niespodzianka…
Rozdział 6
Wciąż stałem obok tronu Betty. Tylko dlaczego po drugiej stronie stoi detektyw Mark Lowenhertz i dlaczego nie słyszę, co do mnie mówi? Widzę jego poruszające się usta, widzę gestykulujące w moich gestach ramiona, ale jego nerwowej mowy nie mogę usłyszeć? Jest nas dwóch. Jest Mark zauroczony do nieprzytomności hotelową recepcjonistką i jest prywatny łaps Lowenhertz. To nie o te głupie dwie setki chodzi, ani o obiecaną premię, jeżeli odnajdę chłopca i sprowadzę go do domu. Przeżyję bez tych pieniędzy – niewielkie mam potrzeby. Coś w lodówce, butelka bourbona, ulubiony tytoń, książka zakupiona na pchlim targu i czytana do poduszki. No i buty. Koniecznie muszę kupić nowe buty. Kobiety podobno zaczynają oglądać mężczyznę od butów.
,, Jakie kobiety, Mark? Nie istnieją kobiety! Jest Betty!”, pomyślałem, a wtedy prywatny detektyw Lowenhertz rozpuścił się w powietrzu, jak poprzednio ten chiński chłopczyk i wietnamski barman.
Położyłem dłoń na uniesionym w górę udzie Betty i rozkoszowałem się dotykiem nylonowej pończochy. Krew w żyłach nagrzała się do temperatury roztopionej stali, a palce zaczęły drżeć tak, jakbym nagle znalazł się w stanie skrajnego delirium. Opuszczałem dłoń w dół, przesuwając ją wzdłuż szwu i zatrzymałem dopiero wtedy, gdy znalazła uspokojenie na nagiej kobiecej skórze. Gorączka wciąż trwała, pobudzana wilgotnością i zapachem ciała. Spojrzałem na twarz Betty. Zbyt długo jej nie widziałem! Stanowczo zbyt długo. Wydawało mi się, że śpi. Miała opuszczone powieki, oddychała nosem, a jej gigantyczne piersi unosiły się w długich, głębokich oddechach. Przesunąłem dłoń jeszcze niżej i przejechałem paznokciem palca wskazującego po miejscu, gdzie uda przemieniają się w pośladki. Pisnęła, ale oczu nie otworzyła. Nie mogłem dłużej czekać.
– Betty? Obudź się, Betty.
Nie odpowiedziała, nie otworzyła oczu. Napięła mięśnie łydek i wyprostowała stopy wyginając palce w nienaturalnych ułożeniach. Skurcz szarpnął udami. Opuściłem dłoń jeszcze niżej, na pupę. Lewą dłonią pogłaskałem policzek kobiety i musnąłem palcem wskazującym jej usta. Wtedy dopiero otworzyła oczy, by na mnie spojrzeć. Przez chwilę zastanawiała się, skąd mnie zna i co ja tu robię, a potem uśmiechnęła się i wypowiedziała moje imię:
– Mark. Och, Mark.
I to było wszystko, co zdołała powiedzieć. Powieki jej opadły, oddech zwolnił rytm i ciało zwiotczało w błyskawicznym, kolejnym śnie. W takim stanie nie powie mi nic. Będzie majaczyć, pomyli fantazje z rzeczywistością, opisze swoje pragnienia… Ppowie mi wszystko, z wyjątkiem tego, czego chciałem się od niej dowiedzieć. Noc dopiero się zaczynała, do rana było jeszcze kilka godzin, mam więc czas na obranie właściwej taktyki. Zastanowiłem się nad kilkoma możliwymi wariantami, odrzuciłem zbyt mocne – a przynajmniej zbyt mocne według mnie – i pozwoliłem Betty pospać jeszcze trochę. Akurat tyle, ile trwa spalenie papierosa. Zapaliłem zapałkę o blat barku i już dotykałem ogniem skręta, gdy w oczy rzucił mi się świecznik z nieużywanymi jeszcze, wysokimi białymi świecami. Zapaliłem po kolei je wszystkie i zdążyłem zrobić to, zanim ogień zapałki mógł oparzyć mi palce. Papieros zapaliłem za drugim razem. Wypuściłem dym nozdrzami i uśmiechnąłem się. Dobrze mi tutaj. Mógłbym spędzić tu resztę życia, siedząc na starość w miękkim, wygodnym fotelu i zawinięty w koc w zimowe wieczory, pisać o tych wszystkich kobietach, które nigdy nie wypowiedziały tak ciepło mojego imienia, a które z taką lekkością szczebiotały codziennie,,jestem twoja, Mark”. Żadna nie była.
Betty spała. Równy rytm oddechu nie był zakłócany majakami i piersi unosiły się wysoko, tak wysoko, że mogłem je podziwiać z naprawdę bardzo bliska. Przyciągały mój wzrok do siebie w sposób, w jaki wcześniej nie przyciągał żaden biust. Nie poruszałem się, nie drżałem, nie czułem ekscytacji. Byłem aż za bardzo spokojny i pozbawiony emocji. Jedynie kutas wymykał mi się spod kontroli i wciąż uparcie próbował przebić się przez tkaniny bokserek i spodni na zewnątrz. Ukradkiem włożyłem dłoń pod pasek i poprawiłem ręką jego ułożenie w nogawce. Pokiwałem głową z uśmiechem człowieka łapiącego się na bezsensownym działaniu. Przecież Betty spała, więc nie musiałem tego robić skrycie!
– Boli? – szepnęła wibrującym głosem. – Musiałeś poprawić, bo taki utwardzony sam się nie ułoży. Dlaczego mnie o to nie poprosiłeś, Mark? Masz mówić mi takie rzeczy na przyszłość. Zrobisz tym przyjemność nie tylko sobie. Niech mnie diabli porwą! I nie tylko taką przyjemność. Naprawdę uważasz, że język, wargi i usta mam tylko po to, by mówić i jeść? Wiesz do czego mogą doprowadzić sprawne usta zadurzonej kobiety?
– Wiem. Do zguby. Nauczyłem się omijać tego rodzaju pułapki i znam niemal wszystkie kobiece fortele, po które sięgały te ślicznotki z Santa Monica, którym zdawało się, że mogą głębokim dekoltem i rozporkiem po pośladki zamienić mój mózg w stertę snopków słomy. Wcześniej, czy później i tak odkrywałem zatajane sekrety, niedomówienia, przemilczania i bezczelnie prostackie kłamstwa.
– Posłuchaj Mark… Jesteś ostatnim facetem, któremu mam ochotę wciskać kobiece, słodkie kłamstewka, bo nie chcę, byś wsiadł do swojego poczciwego forda i odjechał gdzie tylko masz ochotę odjechać. Zbyt długo czekałam na tym odludziu na ciebie i zbyt wielu mężczyzn przewinęło się przez moje życie, bym chciała byś zniknął tak nagle, jak nagle pojawiłeś się w ten cholernie zwyczajny wieczór.
Rozłożyłem ramiona szeroko i pokazałem Betty gdzie jesteśmy.
– Czy to miejsce można nazwać zwyczajnym? Betty, błagam. Nie wyprowadzaj mnie z równowagi. I tak nieźle się gimnastykuję, by pozostać tylko detektywem, a nie męskim detektywem. Wiesz, że w branży pojawiły się kobiety? Są lepsze od facetów, bo mają wprawę w rozmowach z mężami, gdy ci wracają do domów na chwiejnych nogach, z koszulami poplamionymi szminką i z pozostałością damskich perfum we włosach.
– Związałeś mnie, przykułeś kajdanami w niewygodnej pozycji na moim własnym tronie i jeszcze pytasz, czy jest to zwyczajne miejsce? A do jakiego miejsca pasuje taki mężczyzna, jak ty? Do zwyczajnego? Jesteś tym osobnikiem, którego wyłuskuje się w milionowym tłumie. I nie o urodę mi chodzi, Mark, choć i ona doskonale pracuje na twój wizerunek. Nie, Mark! To nie jest zwyczajne miejsce, tak jak ty nie jesteś zwyczajny, ani ja nie jestem zwyczajna. Doszedłeś do tego sam, czy dopiero teraz się o tym dowiedziałeś?
Udałem złość.
– Schowasz swój sarkazm do biustonosza? Na mnie on nie działa, lubiąca pogrywać ostro pannico. To znaczy, sarkazm nie działa. Biustonosz owszem. Gorseciarka musiała się nieźle napracować, by pomieścił tak wydatne piersi. Mae West to niemal heblowana deska przy tobie.
Uśmiechnęła się i już, już chciała coś odpowiedzieć, lecz o ostatnim momencie rozmyśliła się i tylko spojrzała mi w oczy. Przecież wiedziałem, co miała na końcu języka, a czego nie powiedziała. Tego, co każda świadoma swojej urody i siły kobieta mówi w takiej chwili:,,Wiem!”.
– Mark? Zaczyna boleć. Rozkuj mnie, błagam. Możesz sobie znaleźć inną zabawkę, ale teraz już mnie rozkuj. Choć na chwilę, na malutką chwilę, bym mogła odpocząć.
Nie musiała prosić dłużej. Wyjąłem z kieszeni klucz i delikatnie otworzyłem kajdanki na nadgarstkach, wiedząc że te Darby’ego są bardzo uciążliwe. Potem rozpiąłem szeklę i zdjąłem łańcuchy. Dopiero wtedy uwolniłem kostki, trzymając nogi Betty by nie spadła z tronu, ze sztywnymi mięśniami i podciągniętymi ścięgnami. Ostrożnie postawiłem stopy kobiety na podłodze, zabraniając jej, przynajmniej na razie, próbować wstać i iść gdziekolwiek. Nie zrobiłaby nawet jednego kroku i upadłaby na deski jak bokser, który od dawna powinien zakończyć walki, ale któremu wciąż brakuje pieniędzy na dziwki i tani alkohol i zgodził się na ustawiony teatrzyk dla gawiedzi. Przytuliłem Betty mocno do piersi i spytałem:
– Kochanie, dlaczego nie widziałem agentów ochrony? Gdzie oni teraz są? Powiedz mi, jak chroniony jest hotel? Oprócz ciebie, kto jeszcze jest recepcjonistką? Powiedz mi, Betty, prawdę.
– A co zdążyłeś zauważyć, Mark? Drzwi za ladą po prawej prowadzą do pokoju ochrony, a te lewe do gabineciku recepcjonistek. Byłam w nim ja, natomiast w pokoju ochrony nie było nikogo. Agenci z dzisiejszej zmiany byli akurat tam, gdzie powinni pracować.
Uszczypnąłem Betty w lewy sutek.
– To był ostatni eufemizm dzisiaj, dobrze kochanie?
Kiwnęła głową, że tak.
– Oboje są w piwnicy, gdzie mamy wszystko to, bez czego ten hotel nie mógłby istnieć. Pilnują bezpieczeństwa naszych gości. Sala jest teraz niepilnowana, bo kierowcy ciężarówek i tak są spokojni i trzeźwi. To dobrzy klienci, więc kolacje są obfite i smaczne. Akurat ich chronić nie musimy.
– Powoli Betty. Jak to, oboje? To znaczy mężczyzna i kobieta? Ten hotel chronią kobiety? Wiesz co? Naprawdę poważnie zastanowię się nad emeryturą, oddam do muzeum swoją,,armatę”, albo sprzedam ją na licytacji a sumkę przeznaczę na pomoc weteranom. Kupię sobie psa i będę chodził do mojej wietnamskiej knajpki czytać dzienniki sprzed dwóch tygodni, popijać herbatę z ulubionej filiżanki i marzyć o szklance podłego bourbona raz w miesiącu. Co ta wojna zrobiła z kobietami? Są, do cholery, lepsze od mężczyzn! Stare pryki w koloratkach tego nie przeżyją. Wiesz, że w szafie na półce leży moja koloratka? Kiedyś… ci opowiem. Więc kogo chronić trzeba? Bardzo dobrych klientów?
– Tak. Bardzo dobrych klientów z polecenia.
– Betty, dlaczego wciąż mówisz mi tylko tyle, by tak naprawdę nic nie powiedzieć, a czego sam bym się nie domyślał? Przecież oglądałem budynek, patrzyłem na każdy szczegół tak, jakbym był architektem i z przyzwyczajenia oglądał projekt innego inżyniera, zaglądałem w każdy kąt i zwyczajnie wiem, że nikt o zdrowych zmysłach nie buduje aż tak drogo wykończonego motelu przy podrzędnej drodze. Nawet drodze prowadzącej na wybrzeże. Bo, choćby zatrzymywały się tu tysiące ciężarówek, to i tak nakłady zwróciłyby się za kilkaset lat. Więc to inni goście stanowią źródło utrzymania, tak?
– Mark? Gdybym opowiedziała ci wszystko o motelu, o jego personelu i jego gościach, to istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że mógłbyś mi nie uwierzyć. Obiecałam ci prawdę, ale nie obiecałam, że będę traktowała ciebie jak wsiowego głupka. Opowiem ci tyle, byś mógł sam zapracować na swoje honorarium. Wiesz, ile lat czekałam ma myślącego mężczyznę i jak daleko stąd go szukałam? Cholernie długo i cholernie daleko.
– Żyję i pracuję wystarczająco długo, by wiedzieć, że wystarczy, bym odnalazł wszystkie kłamstwa a to, co pozostanie, choćby nie wiem jak fantastyczne, będzie prawdą. Nie obawiaj się, że coś jeszcze może mnie zadziwić. Zrozum, ja dałem słowo, że wywiążę się ze zlecenia i odnajdę chłopca. Muszę odnaleźć albo jego, albo dowody, że nie żyje. Przecież Cadillac nie rozpływa się w powietrzu, ani nie porywają go Marsjanie i gdzieś przecież musi być. Gdzie zatrzymują się samochody personelu? Nie widziałem zbyt dużo osobówek na parkingu przy podjeździe.
– Dawna stajnia została zaadoptowana na warsztat i garaże jednocześnie. Możemy wykonywać tam naprawy samochodów po długiej podróży, a przy okazji trzymamy tam nasze auta.
– Zaprowadzisz mnie?
– Tak, Mark, ale nie dziś. Są już zamknięte, a ja nie chcę dodatkowo męczyć chłopców. Bez tego są i tak bardzo zajęci. Pójdziemy rano, pokażę ci wtedy wszystko, czym dysponujemy.
W ten sposób nie dojdę do niczego. Nie będę miał ani jednej nitki, za którą mógłbym złapać i dotrzeć do prawdy. Ten motel przetrwał tylko dlatego, że żaden policyjny szpicel, żaden miejscowy szeryf nie przebił się przez misternie zbudowaną zasłonę. Betty karmiła mnie papką przygotowaną dla naiwnych łapsów, którzy zadowalali się zdawkowymi, prawdopodobnie brzmiącymi odpowiedziami. Jak dalej tak pójdzie, to utknę tu na wieczność i o znalezieniu braciszka o gorącej, hiszpańskiej krwi będę mógł zapomnieć. Wtedy naprawdę przejdę na emeryturę, jako nocny stróż w hoteliku o dziesięć klas gorszym od tego. Podniosłem butelkę z bourbonem, sprawdziłem pod światło, ile jeszcze zostało i rozlałem resztę alkoholu po połowie. Ta dziewczyna ma mocną głowę, mocniejszą niż niejeden facet, a nawet wstawiona,tak, jak teraz, wciąż zachowuje kontrolę nad wszystkim. Jej upić się nie da. Pozostaje więc najstarsza metoda. Prymitywna, atawistyczna, zwierzęca. Dotknąłem opuszkiem palca wskazującego wierzchu jej dłoni i przeciągnąłem nim miękko aż po nadgarstek, do miejsca, gdzie jeszcze niedawno tkwił kabłąk kajdanek, przysunąłem się tak blisko, by silnie docisnąć udem na nagie udo Betty, wsunąłem dłoń w jej włosy i zacisnąłem palce. Odruchowo sama odrzuciła głowę do tyłu, oddając usta do pocałunku. Zrobiłem to, prawie rozgniatając je swoimi ustami i wpychając język pomiędzy jej wargi. Taki pocałunek musiał przypomnieć jej o tym, jak niedawno ją pieściłem. I przypomniał, bo uda powoli się rozchylały, a na wargach pizdy pojawiły się pierwsze smugi mlecznobiałego śluzu. To jest jedyna metoda, bym mógł poznać prawdę. Najsilniejszy ze wszystkich instynktów, ostateczny i nieposkromiony. Zachłanny seks.
Całowałem Betty i przechylałem ciało na plecy, kładąc ją na pryczy. Poddała mi się natychmiast, asekurując swoje opadanie w otchłań dłonią położoną na moim rozporku. Miała za co trzymać, bo i bez tej ostrej pieszczoty czułem, że moja erekcja nie zmniejszała się nawet wtedy podczas przesłuchania. A teraz uśmiechała się lubieżnie, czekając na mój następny ruch. Wiedziała, co zrobię. Opuściła powoli powieki i równie powoli je uniosła. Nie mogłem tego gestu odczytać inaczej, jak tylko jako przyzwolenie na każdą moją zachciankę. Aż taka uległa? – przebłysk myśli pojawił się i zniknął. Później się nad tym zastanowię!
Wstałem i podszedłem do stojaka, na którym wisiały luźno zwinięte liny o różnych grubościach, kolorach i z różnych roślin. Najwięcej było jednak tych konopnych, łatwych do rozpoznania nawet dla mnie. Wiedziałem do czego służą. Pacyfik jest bowiem ogromnym oceanem z milionem małych wysp i płycizn koralowych, czasem wartych wyłącznie tyle, ile wart jest pas startowy, za który głupie narody gotowe są poświęcić życie swoich chłopców. Widziałem aż zbyt często, co pozostawało po atakach Japsów, naszych kontratakach, zaciekłych szturmach i równie heroicznych obronach. Żadna ze stron nie chciała się poddać. Oni, dlatego że durny kodeks im zabraniał, a my dlatego, że wiedzieliśmy, co nas czeka w razie kapitulacji. Widziałem, jak brutalną śmierć można zadać człowiekowi, jak można go torturować i wymuszać na nim wszystko, co tylko się chce za pomocą lin wiązanych na ciałach. Liny w sypialni Betty służyły właśnie do tego, wyłączając śmierć, bo nie wyobrażałem sobie, by tutaj mogło się zdarzyć coś takiego. Betty przyglądała mi się swoimi błękitnymi oczami w których płonął ogień, a w których mogłem wyczytać zadowolenie z tego, że domyślam się jej potrzeb. Wybrałem te w naturalnym kolorze, surowe i pachnące wciąż polami, na których rosły rośliny o najpiękniejszych na świecie zapachach.
– Zrób to. Proszę, zrób to wreszcie, Man… – Betty przerwała, by szybko dokończyć – Mark.
Pomyliła imiona? W takiej chwili? Naprawdę myślała o dawnym kochanku? Niemożliwe! Od czasu, gdy z nią rozmawiam, nie pomyliła się ani razu. Nigdy też nie skłamała – co nie znaczy, że mówiła wszystko, co wie. To ja musiałem tą prawdę odnaleźć! Rozłożyła szeroko ramiona i uda, dając mi pokaz tego wszystkiego, czego tak bardzo pożądałem. Chciałem mieć na zawsze jej piersi, jej brzuch, jej biodra, jej usta i jej pizdę o ciągle głodnym wnętrzu, pachnącą tak, że odłożyłbym na bok butelkę bourbona, gdyby dano mi wybór pomiędzy zapachem podnieconej Betty, a stołkiem prezesa trustu gorzelnianego. Przywiązywałem do okuć zamocowanych na krawędziach desek ręce i nogi Betty, z każdym ruchem coraz bardziej niecierpliwy i coraz bardziej pragnący, by ta zabawa już się zakończyła, a ja mógłbym znaleźć ukojenie we wszystkich zaułkach ciała tej kobiety. Wyczuła to natychmiast i ostudziła moje zapędy.
– Cierpliwości Mark. To smakuje dopiero wtedy, gdy skończysz wiązania i zobaczysz efekt swojej pracy. Wierz mi, że tego widoku nie zapomnisz już nigdy. Bo jesteś tym pierwszym, który dobiegł aż do tej bazy. Rozumiesz Mark? Pierwszym.
Posłuchałem się, zwolniłem ruchy i smakowałem dotyk lin, kształtowałem węzły, poprawiałem nieistniejące fałszywe przeploty, wyrównywałem długości tylko dlatego, by jak najdłużej cieszyć się wspaniałościami związanego, obfitego ciała tej dziewczyny. Mojej dziewczyny. Mojej Betty. Oszalałem. Tyle lat udawało mi się odsuwać na bok sentymenty i tyle lat odchodziłem w chwilach, gdy czułem, że zaczynam tęsknić. Kiedyś odpowiedziałem na pytanie, czego pragnę najbardziej na świecie, że chcę tęsknić tak mocno, by ta tęsknota bolała fizycznie, bym rzygał z tęsknoty, by ból brzucha zginał mnie na ulicy w pół, bym nie miał ani jednej spokojnej nocy i bym chciał tylko tego jednego – być przy niej. I, gdy tylko czułem, że mogę to poczuć do kobiety z którą spędzałem noce, bojąc się spełnienia owego marzenia, odchodziłem. Teraz wiem, że gdy wyjadę stąd rano, to wrócę po południu, gdy zamknę swoje biuro, gdy tylko pomacham przyjacielowi w wietnamskiej knajpce, biegnąc szybko do starego, poczciwego Mercury’ego. Oszalałem, ale nie zwariowałem. Jeszcze tliła się we mnie iskra rozsądku. Malutka, nikomu niepotrzebna iskierka rozsądku.
Kończyłem już wiązania. Ostatecznymi były te na szyi Betty. Uważałem, by nie zgnieść krtani, ale by oploty były na tyle mocne, by nie mogła poruszać głową. Na wszelki wypadek zrobiłem warkocz z liny i włosów, odchylając kark mocno poza krawędź łoża do tortur. Wyprostowałem się i popatrzyłem na to, czego dokonałem. Betty miała rację! Moje serce opuściło stare śmieci i biło mi teraz w gardle, żyły na szyi i na przedramionach pulsowały w szaleńczym rytmie, a ścięgna nóg napinały mięśnie prawie do skurczów. Za chwilę mogłem wybuchnąć. Betty otworzyła usta, ale tym razem nie po to, by coś mi powiedzieć. Ona otworzyła usta po to, by ssać. Mała dziewczynka śliniąca się na widok koszyka lizaków w witrynie cukierni za rogiem uliczki, mogąca tylko pomarzyć o takim luksusie, bo tata jakiś czas temu stracił pracę w zbankrutowanej stalowni i skromne oszczędności pozwalają tylko na codzienny obiad. W Wielkim Kryzysie nie wszystkie rodziny z jej kamienicy posiadały ten luksus. Teraz była dorosłą, piękną kobietą, lecz wspomnienie z dzieciństwa pozostawiło po sobie ślad w jej pulchnej figurze i nadal pozostał w jej ustach wspomnienie owocowych lizaków.
Przyglądała się, jak rozpinam sprzączkę paska i jak wyjmuję go ze szlufek, jak rozpinam guziki rozporka i jak zdejmuję spodnie, skarpetki i bokserki. Jęknęła, gdy przed jej oczami pokazał się mój kutas. Ja byłem przyzwyczajony do widoku mojej erekcji, widywałem ją przecież codziennie przez tyle lat, więc wydawało mi się, że jest normalną, zwyczajną erekcją, podobną do erekcji każdego innego mężczyzny. Ale Betty nie była przyzwyczajona i rozszerzyła oczy w przesadnej reakcji na wielkość moich klejnotów rodzinnych.
Wyraźna, przekrwiona główka oglądana od dołu rzeczywiście mogła przerażać i przywodzić na myśl głowę ogromnego węża, oślizłego i pokrytego sino-fioletowymi zgrubieniami pulsujących żył, który już zaatakował i za chwilę wbije w ciało bezbronnej kobiety swoje zęby i wtryśnie jad. Nie wiem, dlaczego pierwsze skojarzenia pokazały mi scenę kuszenia w Księdze Rodzaju? Przecież Ewa nie MOGŁA WIEDZIEĆ, jak smakuje seks. W ogóle nic nie wiedziała. Kobieta leżąca pode mną nie była Ewą i wiedziała dużo więcej, niż chciała mi powiedzieć. Wcześniej, czy później wyciągnę z niej prawdę. Rozpalone ognie w oczach Betty świadczyły, że stanie się to dużo później.
– Nie mogę szerzej otworzyć ust, kochanie. Nie mogę…. a bardzo bym chciała.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Thorin
2025-09-12 at 00:35
Miałem spore oczekiwania wobec kolejnej porcji rozdziałów, które zaserwował nam Louis Cyphre – bo przecież kto nie lubi dobrego kryminału w stylu noir? Ale ta część trochę mnie jednak rozczarowała:
– akcja straciła tempo; w poprzedniej części sporo się działo, tu bohaterowie pokonują parę pięter i zaczynają się zabawiać w pokoju hotelowym,
– mimo tej szampańskiej zabawy nie dochodzi między nimi do klasycznego zbliżenia tylko robią jakieś bdsmowe wygibasy,
– fabuła nadal leży. Wciąż mało wiemy o tytułowej grubej robocie,
– Lowenhertz robi się coraz bardziej dziwaczny, a przez to trudno go zrozumieć i mu kibicować,
– Betty średnio wychodzi bycie femme fatale.
Nie wiem co z tego wszystkiego wyniknie, mam tylko nadzieję, że Louis ma dobry pomysł ma pociągnięcie tego dalej.
Louis Cyphre
2025-09-13 at 23:16
Mam pomysł.
Gdybym go nie miał, to nie nawet bym nie zaczynał pisać o Lowenhertzie- napisałbym o Betty. Jest dziwaczny? Mi to nie przeszkadza, bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą pisać o ,,normalsach”. Zwyczajne dzieje.
Lamia
2025-09-13 at 17:34
Przeczytałam obie części, czyli 6 rozdziałów. Wciąż nie wiem, o co chodzi w zagadce detektywistycznej. Jakieś zaginięcie, ale czemu śledczy rozmawia wyłącznie z recepcjonistką?
Za to klimat i atmosfera oddane świetnie. I to właśnie sprawia, że czytałam dalej. Kiedy ciąg dalszy?
Louis Cyphre
2025-09-13 at 23:25
Zaginął młody utracjusz, który nie daje znaku życia, ale nagle na jego koncie, zamiast wypłat, pojawiają się drobne ( proporcjonalnie) wpłaty samego właściciela.
Rozmawia z recepcjonistką, bo:
– Lubi grubaski i lubi z nimi rozmawiać, jeśli ma o czym. Nawet o pogodzie, albo o robocie. Kloss miał właśnie tak w trzecim odcinku.
– Aż tak nie daje się zmanipulować grubasce, by przestać myśleć. Bowiem dla wielu kobiet, męskie myślenie to zaleta i cecha tylko z rzadka spotykana.
– Grubaska nie dała mu szansy rozmawiać z kimkolwiek innym.
A poza tym chcę zachować tajemnicę zlecenia tak długo, jak długo będę umiał, bo przecież muszę czymś zaskoczyć Czytelniczki i Czytelników.
Tomp
2025-09-14 at 00:23
Miałem duże oczekiwania wobec rozwoju akcji w – jak się zdawało – czarnym kryminale wzorowanym na Chandlerze, ale autor ich nie spełnił.
Nie tylko nie okiełznał pustosłowia opisów, ale jeszcze je rozbudował i wzbogacił o koszmarki stylistyczne. Zaczęło się od przypomnienia słowami „studnia […] korytarza” passusu posłanki Anity Błochowiak z komisji ds. Rywina o „korytarzach poziomych i pionowych”. Potem czytam o „rytmie butów stawianych na posadzce” i zastanawiam się, kto je stawia, po co (do czyszczenia przez boya?) i skąd ich tyle ma (a może tylko dwa, a rytm jest „na raz”?). Następnie bohater zatrzymuje się „w wycinku światła”. Inny stoi na „rozstawionych stopach”, przez co zachodzę w głowę, czy chodzi o kawałki mosiądzu albo stali nierdzewnej i kto je rozstawia na korytarzu, a także po co i dlaczego na nich stawać?
Betty ukazuje się „tylko w szpilkach, pończochach i koszuli” i „prezentuje piękność (piękno?) podbrzusza”, ale to oszustwo, bo potem się dowiadujemy, że nadal ma majtki. Mimo, że nosi korek analny ze zwierzęcym ogonem.
A dobrnąłem dopiero do początku drugiego akapitu!
Dobra, Tompie, zaznacz tylko, że i ortografia kuleje i przejdź do recenzowania treści.
Po pierwszej części zastanawiałem się, jak autor wplecie erotykę w oszczędną i szorstką prozę w typie Chandlera, a tymczasem twórca zrezygnował i z akcji kryminalnej, i z erotyki i zdecydował całe trzy kolejne rozdziały poświęcić porno. Nie dość, że obrzydliwemu i mało zrozumiałemu przez mętne opisy, to i powodującemu pytanie o sens osadzenia w akcji, którą zdominowało. Jedyny plus, że sama tandeta narracji dobrze wpisuje się w pastisz.
Liczę, że w następnych rozdziałach autor przekona mnie, że wie co robi, choć nadzieja na jakość, którą żywiłem po pierwszej części, poważnie zmalała.
Louis Cyphre
2025-09-14 at 09:06
Nie postawiłem sobie za cel życia spełniania oczekiwań innych ludzi. Moim celem jest spełnianie moich oczekiwań. Niezależnie od tego, czy mówię i piszę poprawnie, czy niepoprawnie.
Przypominam, że ludowa prawda o tym, że zadowolić wszystkich się nie da, wciąż jest aktualne.
Byłbym narcyzem takim, jak się o mnie mówi, gdybym uważał, że mogę – choćby w połowie- równać się z tym cholernym pijakiem Chandlerem, a już na pewno nie mam zamiaru porównywać się do Mastertona.
Kudy mi do nich?
Nie zarabiam na old fashioned bourbon piórem i klawiaturą. Zarabiam na obiad w knajpie wkrętakami i miernikami.
Dostałem od kobiety zlecenie, by zabić.
Zabić zły czas.
I zrobiłem to.
Źle, czy dobrze, to już bez znaczenia.
Zwyczajnie zabiłem.
W jaki sposób to zrobiłem to kwestia drugorzędna.
Czy wezmę Twoje uwagi do siebie?
TAK!
Tego opowiadania nie poprawię, ale mocno wezmę do serca poprawność językową, gdy przyjdzie czas na następną nowelkę. Przynajmniej się postaram, do jasnej cholery!