
Ilustracja od autorki, autor: Szkot
Zamaskowana kobieta zatrzymuje się w pół kroku. Obrót na obcasie jest zbyt lekki, zbyt płynny, jakby odsłaniał to, co niewidoczne.
Dotąd cicha sala zamiera całkowicie. Nawet systemy wentylacji szeleszczą zbyt głośno.
Stukot obcasów towarzyszy jej, gdy zawraca. Staje przed nim – Dionem. Wysoki. Idealny. Broda uniesiona, ramiona napięte, wzrok wbity gdzieś poza to miejsce. Ciało obudowane mięśniami, lecz miękkie w dotyku. Gotowy na aukcję z najwyższą pozycją. Coś się zmienia. Skroń wilgotna, powieka drży.
Dotyka jego brzucha dłonią w czarnej mitence. Jakby sprawdzała owoc. Czy dojrzał, czy może już gnije…?
Na oczach wszystkich zsuwa mu białe slipki. Bez gniewu, bez ciekawości. Cały czas nie odrywa wzroku od jego twarzy. Zaciska palce na jego męskości. Milczy. On również.
– Powtórz, co powiedziałeś!
Nic. Ani słowa.
Cisza aż dzwoni w uszach. Światła nie migają, a pulsują. Mój żołądek zaciska się w węzeł.
Ona odwraca głowę. Wypolerowana chromowa maska błyszczy jak zwierciadło. Dostrzegam w niej siebie; maciupeńką, zaszczutą, sklejoną z szeregiem innych Obiektów.
– Może ty? – pyta. – Przypomnisz mu, co powiedział?
Ton spokojny. Oczy w otworach nieruchome. Bursztynowe jak zachód słońca.
Ciało mi drętwieje – ramiona, palce, język. Nabieram powietrza.
Stawiam krok. Nie wiem, kto o nim zdecydował.
Dłoń kobiety ląduje na moim brzuchu. Jakby przebijała skórę i ściskała wnętrzności.
– No już, kochanie – mówi czułym głosem. – Chcę tylko wiedzieć, co on powiedział. Nikt cię za to nie ukarze.
Połykam ślinę. Tylko tyle potrafię.
– Obawiam się, że… nazwał panią głupią suką.
Oczy w otworach błyskają. Potem znów matowieją.
– Niemożliwe – mruczy. – Źle usłyszałaś. Przecież powiedział: „Zróbcie ze mnie sukę”.
Zawiesza głos.
– Zdarzają się takie Obiekty. Rzadko, ale bywają. Odważne. Który samiec odda to, co ma najcenniejszego?
Pochyla się.
– A to zaczyna się od kastracji.
Nie patrzy na niego. Patrzy na mnie.
– Która z nas się przesłyszała?
Pęcherz napina się jak balon. Moczę się.
Dion syczy:
– Piśnij słowo, a dorwę cię i zarżnę.
Kobieta jakby go nie słyszy. Jej palce przesuwają się w górę – po moich piersiach pod opaską, po obojczykach. Otwiera mi usta. Zagląda do środka. Jakby sprawdzała, czy się nadaję.
– No, skarbie? Która z nas? Jak mi powiesz, zabiorę cię na kakao. Lubisz kakao?
W srebrnym odbiciu jestem mała, krzywa, brzydka. Ale chcę.
Chcę iść z nią.
– Ma pani rację – szepczę. – Źle usłyszałam. Powiedział: „Zróbcie ze mnie sukę”.
– Wspaniale!
Dłoń w rękawiczce odkleja się od mojej skóry. Głos – tnie:
– Wy dwaj! Do szpitalnego z nim. Na stół. Bez znieczulenia.
Dion, z majtkami przy kolanach, wrzeszczy. Opiekunowie rażą go paralizatorami.
Nie jest już nawet Obiektem, tylko ciałem. Wynoszą go.
Sala zostaje martwa.
Kobieta klęka przy mnie. Ściska mi łydki, potem kolana. Bada mięśnie, jakby była Rzeźnikiem.
– Reszta wraca do pokojów – mówi. – Opiekunowie was odbiorą.
Odwzorowuje chłodnym dotykiem kontury mojej twarzy, jakby szukała w nich ostatniego śladu wahania albo potwierdzenia
– A my idziemy na kakao.
Prowadzi mnie przy swoim boku.
Szerokie drzwi otwierają się z sykiem. Za nimi korytarze. Białe, nieskończone, ciche. Lśniące, jakby nikt nigdy po nich nie chodził. A może wszyscy chodzą tu na palcach.
Mijamy Opiekunów różnych typów. Nikt nie mówi. Nikt nie patrzy. Jakbym szła obok kogoś, kogo nie wolno zauważyć. Kogoś, kto nie istnieje.
Albo kogoś, kto niesie śmierć.
A może wszystko naraz.
Winda otwiera się sama. W środku tylko my dwie. Lustra z każdej strony. Patrzę na siebie, ale czuję, że to nie ja. Raczej ktoś, kto się boi. Pusta sylwetka ze sztywną twarzą. W środku drżenie.
Nie korzysta z paneli. Nie mówi nic. Winda po prostu rusza w górę. Cicho.
Apartament pachnie kwiatami i ciasteczkami. Gra cicha muzyka jak z Wieczornego programu relaksacyjnego. Ściany w kolorze grafitu i dojrzałej wiśni. Meble miękkie, przesadnie wygodne. Wszystko jak z innego świata; z katalogu, którego nie wolno dotykać palcami.
– Na’Bim – mówi kobieta, jakby rzucała zaklęcie.
Zza jednych z bocznych drzwi wynurza się ubrany na biało mężczyzna, ale nie Opiekun. Wysoki, łysy, potężny. Porusza się lekko jak duch. Nie spogląda na nią, tylko obok niej – w przestrzeń pomiędzy.
– Przygotuj mojego gościa – mówi tym samym łagodnym tonem. – I przynieś dwa kubki kakao z piankami, na taras. I jej teczkę.
Drżę. Palce mam mokre od potu.
– Ja chyba… nie powinnam. Mój Opiekun…
Dłoń w aksamitnej rękawiczce ląduje na moim gardle. Nie mocno, ale nie mogę mówić.
– Opiekunowie podlegają mnie – mówi tym razem chłodno, z wyższością. – I zostanie powiadomiony. A w takim stanie nie siądziesz do mojego stołu. Chcesz mnie obrazić?
Materiał wilgotnieje między udami. To strach. Ale prawdziwe ciepło wylewa się pod pachami i na czole. Gotuję się od środka.
– Nie! Przepraszam!
Dłoń cofa się z mojego gardła. Sunie na policzek, jakby ścierała łzy.
– Moja mądra dziewczynka – mówi z czułością zarezerwowaną dla dzieci. – Na’Bim należycie się tobą zajmie.
Na’Bim kiwa głową. Nie jak człowiek, ale urządzenie. Coś, co nie ma już woli, tylko procedury. Milczy. Rozbiera mnie jak przedmiot. Bez wahania. Wie, gdzie dotknąć, jak nacisnąć, żeby nie bolało – ale żeby było czuć. Przesuwa dłonią po biodrze, ściąga mokre majtki. Rozwiązuje opaskę na piersiach. Rozpylaczem suchej mgły odświeża moje ciało i włosy. Zbliża twarz, ale nigdy spojrzenia. Pod język wpuszcza chłodną, oleistą kroplę. Jak lekarstwo. Coś, co ma mnie wyciszyć.
Innymi kroplami dotyka moich powiek. Czoła. Skroni. Karku. Sutków. Pępka. Wzgórka łonowego.
Suknia pochodzi z szafy dużej jak składzik. Czerwona, półprzejrzysta, lekka jak para. Miękka jak oddech. Nawet faworytki Opiekunów nie noszą takich na Prezentacjach – a co dopiero na Aukcjach.
Ale Na’Bim zakłada ją na mnie.
Na moje nagie, zimne ciało. Jakby wieszał tkaninę na manekinie.
Potem makijaż. Szminka, której nie czuję. Puder o zapachu dziecięcego pokoju. Tusz, który lekko smaga rzęsy. Wszystko delikatne. Czułe. Obce.
Nie ma tu lustra. Ale wiem, że jestem gotowa.
Jak Obiekt pod wycenę na Prezentacji.
Na’Bim prowadzi mnie na taras. Rośliny w donicach są prawdziwe, ale wyglądają jak projekcja. Sięgają od podłogi i tworzą sklepienie. Z holookna sączy się widok sielskiej nadmorskiej wioski. Drewniane domki, rufy łódek, piaszczyste plaże. Archaiczny sen o świecie, którego od dawna nikt nie widział.
Kobieta siedzi w fotelu obitym materiałem. Miękkim. Obok stolik. Na nim dezaktywowana teczka z moim numerem. Dostępna tylko Opiekunom.
Patrzy przez szpary w masce. W chromowej powierzchni nadal widzę swój lęk. Ale teraz… ładnie opakowany.
Unosi dłoń. Wskazuje drugi fotel.
Siadam, jak mnie uczono. Plecy prosto, kolana razem, ręce na udach, dłonie drżą. Nie wiem, co z nimi robić. Kładę palec wskazujący na kciuku. Liczę oddechy. Za dużo.
– Posiadasz jakieś imię? – pyta. Głos znów zimny, groźny. Ten sam, którym kazała Dionowi powtórzyć obelgę.
Język mam jak z syntdrewna. Ale ruszam nim.
– Nie zostało mi jeszcze nadane – szepczę. – Imiona są nadawane przed Prezentacją…
– Znam wytyczne – przerywa. – Pytam, jak zwracano się do ciebie wcześniej. Zanim tu trafiłaś.
Waham się.
– Ja… byłam chyba Ester, proszę pani.
Nachyla się lekko do przodu.
Jej dłoń chwyta moje. Gładzi je. Tak delikatnie, że aż boli. Palce w aksamicie suną po knykciach, po żyłkach. Jakby badała fakturę.
Cały czas patrzy mi w oczy.
– Spokojnie – mówi cicho. Ciepło. Matczynym tonem. – Przecież tobie nie da się nic uciąć, prawda?
Wiem, że pod maską się uśmiecha.
Nie wiem, czy chcę to widzieć.
– Ma pani włosy jak węgiel, skórę jak kość i zamaskowaną lustrem twarz… – mówię po chwili. – Czy jest pani prawdziwą Srebrną Lisicą?
– Nie mylisz się. Ale możesz zwracać się do mnie: „pani Sonia”, moja droga Chyba-Ester.
– Opiekunowie… czasem szeptali o pani. Wtedy, gdy myśleli, że ich nie słyszymy.
– Czy ich słowa przypominały te, jakich użyła dziś rano nasza nowa męska suka?
Spuszczam wzrok.
– On… miał się za najlepszego z nas wszystkich. Nawet Opiekunowie to wiedzieli. Twierdził, że sam Baron planuje go wykupić. Za tydzień. Na aukcji.
– Zapewne z myślą o swojej córce, młodej baronównie.
Na’Bim pojawia się bezszelestnie. Przynosi srebrną tacę z dwoma porcelanowymi kubkami kakao. Kłania się nisko i znika, jakby go w ogóle nie było.
Ręce pani Soni cofają się od moich. Głos znów staje się chłodny. Metaliczny.
– Powiedz mi, Chyba-Ester, jaki los zaplanowano dla ciebie tam, na dole? Surogatki dla arystokratek? Konkubiny ostatniego wyboru jakiegoś pana, któremu nie starczyło na lepszą? Niewolnicy, która nie zna słowa „nie”?
Milczę. Nie wiem, czy to pytanie, czy test.
– Czytałam twoją teczkę – ciągnie. – Wiem, co jadłaś, odkąd przestałaś ssać pierś. Ile razy płakałaś w przedszkolu. Kto pierwszy cię uderzył i za co. Kiedy zaczęłaś krwawić. Kto cię sprzedał. Kto cię naprawdę urodził.
Zaciskam dłonie na udach. Paznokcie wbijają się w materiał, potem w skórę.
– Wiem, co wybrał dla ciebie twój Opiekun – dodaje ciszej. – Ale nie zapytał, co wybrałam ja.
Unosi rękę ku twarzy. Przez ułamek sekundy myślę, że tylko odgarnie włosy.
Ale nie – palce chwytają krawędź maski. Powoli. Uważnie. Jakby zdejmowała skórę.
Nie jestem gotowa. Nie wiem nawet, czy wolno mi patrzeć. A jednak nie odwracam wzroku. Nie mrugam.
Najpierw ukazuje się linia brody. Potem usta – gładkie, równe, nieruchome i czerwone jak krew. Policzki – zbyt gładkie. Zbyt symetryczne. A potem oczy.
I chyba nie ma w nich nic dziwnego. A jednak… Oczy, które widziałam wcześniej przez szpary w zwierciadle, teraz wydają się inne. Nie zmieniły się, ale ich blask w świetle holookien odsłania coś głębszego. Coś… znajomego?
Nie przypominam sobie jej twarzy. Bo nie mogę. Bo nie mam prawa jej znać.
Ale gdyby Stwórca miał wyciąć twarz z moich snów i nałożyć ją na obce ciało, to byłaby właśnie ona.
Ale jej nie rozpoznaję.
To tylko twarz.
Zbyt doskonała. Zbyt rzeczywista. Jakby ukryta po to, by nikogo nie zawstydzać.
Nie oddycham. Nie dlatego, że nie mogę. Dlatego, że każdy oddech wydaje się bluźnierczy.
Pani Sonia sięga po filiżankę z kakao. Maskę odkłada na podołek czarnej sukni, jakby nie zamierzała jej już zakładać.
– Na’Bim przygotuje ci pokój – mówi cicho, pieszczotliwie. – Od jutra będziesz moim cieniem. A cienie, moja droga Chyba-Ester, nie mają głosu.
Kiwam głową, zanim jeszcze zrozumiałam te słowa.
To nie propozycja. To decyzja podjęta w chwili, gdy odsłoniła twarz.
Potem ostrożnie – z jedną dłonią wciąż przyciśniętą do kolana – sięgam po swój kubek. Paruje. Pianki topnieją. Cukier osadza się na brzegu.
Piję powoli, czując, jak gorąco spływa mi przez gardło.
Jakby miało mnie wypalić od środka.
Albo ochronić.
Nie wiem, która wersja jest gorsza.
Sypialnia jest zbyt duża.
Brakuje w niej szesnastu czteropiętrowych łóżek dla Obiektów w miejsce tego żeńskiego – w dodatku klasy piątej, pozbawionego numeru. Pachnie lawendą i karmelem. Duże holookno emituje wizję bezkresnego oceanu i kojący dźwięk fal. Jedwabna pościel na szerokim, przeznaczonym dla związków poliamorycznych posłaniu przypomina niebo pozbawione gwiazd.
Na szafce obok: lampka, karafka z wodą, szklanka. W kącie niska komoda.
I tylko szum.
Nie wiem, co mi wolno. Czy mogę się położyć? Czy wolno mi oddychać, poruszyć bosą stopą? Czy pani Sonia słyszy każdy mój wdech, krok, myśl?
Stoję w progu. Długo.
Potem wchodzę – niczym cień, który nie chce zostać zauważony.
Na’Bim nadal milczy. Pokazuje tylko zawartość szuflad. Ubrania. Ale nie: „Na teraz, na jutro, do snu, na spotkania”. Nie pyta, czy się położę. Nie mówi, że obudzi mnie rano. Nie życzy dobrej nocy.
Po prostu wychodzi.
Elektryczny zamek brzęknął jak pieczęć.
Zdejmuję sukienkę i składam ją z namaszczeniem, jak mnie uczono. Wzór do inspekcji.
Ciało mam napięte, jakby nadal czekało na werdykt klienta. Pościel chłodna. Pachnie lawendą i karmelem. I czymś jeszcze… cielesnym.
Jak mlekiem i łzami.
Leżę naga z dłońmi zaplecionymi na brzuchu. Jak laboratoryjna próbka. Jak eksponat.
Oddycham cicho. Liczę uderzenia serca.
Udaję przed sobą, że śpię.
Drzwi otwierają się bezdźwięcznie. Ale przestrzeń się zmienia, jakby ktoś rozciął powietrze.
Pani Sonia sunie cicho. Bez maski. Bez makijażu.
Włosy rozpuszczone. Szlafrok jak dym. Bosa. Milcząca.
Siada na brzegu łóżka. Jej obecność jest jak lodowata stal noża przytknięta do nagiego ciała; każdy mięsień drży, ale nie waży się ruszyć.
Dotyka mojej skroni, policzka. Palcami, które pamiętają wszystko.
Nie wiem, czy się boję. Czy jeszcze, czy już nie. Przecież chciałam z nią pójść.
Ten dotyk nie boli. Nie jest też czuły.
Jakby matka sprawdzała, czy dziecko zasnęło, ale ta matka nigdy nie była czuła.
I dziecko nie jest jej.
– Chcesz, żebym została, dopóki nie zaśniesz? – pyta szeptem.
Mówi to tak, że jestem gotowa o to błagać.
Nie odpowiadam. Pochyla się. Wciąga nosem zapach mojej skóry, jakby szukała w nim historii, której sama już nie pamięta.
– Nieważne, co się w tym łóżku zmieni – mówi nadal cicho. – Zawsze będzie pachniało tak samo. Dla mnie to zapach Arlety, którą wybrała Gisel. Dla ciebie – mój, wybrany przez Arletę.
Uśmiecha się lekko, kącikiem ust.
– Przyszła po mnie w dniu, gdy Opiekun miał postawić czerwoną pieczęć na moją teczkę. Już kreślono na moim ciele linie. Przeliczano, ile będę warta w Rzeźni. Jedno jej spojrzenie zza maski i puszczono mnie. Tamtego dnia to on zjechał do piwnicy, a ja piłam z Arletą kakao. Później jej sługa zamknął za mną te same drzwi.
Milknie na moment. Sięga ku lampce
Nie zapala jej. Zostawia ten gest w zawieszeniu – jak myśl, której nie wypowiada.
– Ze strachu przepłakałam w poduszkę całą noc – dodaje. – Nawet się zmoczyłam. Jak dziecko.
Milczenie osiada jak kurz.
– Polub to miejsce, Chyba-Ester – szepcze mi do ucha. – To jedyne, gdzie możesz mnie nienawidzić. Tak jak ja nienawidziłam Arlety.
Całuje opuszki palców i przykłada je do mojego czoła.
– A teraz śpij. Czeka cię dużo pracy, łez i powodów do nienawiści.
Wychodzi cicho. Jakby nigdy tu nie była.
Dopiero wtedy pozwalam sobie na płacz.
Każdego poranka budzi mnie ta sama melodia. Delikatna, zapętlona. Coś pomiędzy Hymnem nowego dnia a Kołysanką porzuconych dziewczynek.
Na’Bim pojawia się chwilę po przebudzeniu. Prowadzi mnie do łazienki. Nic nie mówi – nigdy nie musi. Rozpoznaję zamiar w jego spojrzeniu, ustawieniu ramion, wdechu.
Ciało, które potrafi odczytać cudze zamiary, to ciało gotowe do podporządkowania.
Potem śniadanie w salonie. Dla dwóch osób. Zawsze ten sam rytuał – porcelana bez skazy, jedzenie piękne. Do rozkoszowania się, nie do sytości.
Nikt nie liczy moich kalorii, ale staram się trzymać zaleceń Podstawowego programu dietetycznego.
Je na śniadanie pszenne pieczywo z marmoladą morelową i cienkim plastrem białego sera. Bez noża. Zawija kromkę w kopertę, podnosi do ust i zjada w pięciu równych kęsach. Obserwuję to jak cud: nie brudzi się. Nigdy.
Na’Bim w białych rękawiczkach wynosi brudne naczynia jak eksponaty.
Cisza jest czysta, wypolerowana.
Potem nadchodzi moment wyjścia.
Ubrania czekają na mnie; zawsze czerwone. Maska wysoka, dopasowana.
Czasem miękka jak aksamit, czasem twarda jak laminat. Zakładana bez ostrzeżenia, jak obroża.
Zakrywa całą szyję, usta, szczękę i nos.
Ponad nią nie zostaje nic. Tylko czoło i oczy.
Moje oczy. Ale już nie moje.
Na’Bim maluje je twardą ręką. Nadaje im spojrzenie pani Soni.
Winda. Korytarze. Labirynty przejść.
Kamery śledzą każdy ruch. Drzwi otwierają się same.
Panele reagują bez dotyku.
Świat reaguje na Srebrną Lisicę, jakby była kodem.
Różne piętra. Przemysłowe. Standardowe. Unikatowe.
Każde miejsce ma swój zapach, swój kształt.
Przemysłowe – pot, guma, środki czyszczące. Przestrzeń ciał jednorazowych: tanich, zużywalnych, powszechnych.
Standardowe – moje dawne – pachnie talkiem i upokorzeniem.
Mijam tych, którzy mnie znali. Już nie patrzą. Może nie rozpoznają. Może nie śmią.
Unikatowe – tam, gdzie nie tworzy się Obiektów, ale narrację.
Dziewczynka z palcami jak szkło. Chłopiec z oczami jak kot.
Bliźnięta, które poruszają się i mówią jednocześnie.
Chimery, których nie da się wycenić.
Z panią Sonią idziemy przez to wszystko. Jak błysk po wzburzonej tafli wody. Cichy. Nietrwały. Ale zawsze obecny.
Bez szmeru. Bez litości.
Nie mówi. Wskazuje.
Jedno zatrzymanie wzroku potrafi zmienić los Obiektu.
Zatrzymuje się przy chłopcu z krzywym zgryzem – szepcze coś do jego Opiekuna.
Przy kobiecie ze zdeformowanym ramieniem – dotyka jej ciała z takim skupieniem, jakby mogła je przemodelować samą myślą.
Czasem wypowiada jedno słowo: „Wycofać”. „Sprawdzić”. „Zostawić”.
Nie jesteśmy wizytacją.
Jesteśmy wyrokiem.
Idę krok w krok z nią. Jako cień.
Zaczynam rozumieć: Nie chodzi o to, by znać reguły. Chodzi o to, by je ucieleśniać.
Gdy pani Sonia się zatrzymuje – zatrzymuję się i ja.
Patrzę tam, gdzie ona.
Nie muszę widzieć, co widzi.
Wystarczy zrozumieć sposób, w jaki obserwuje.
Gdy mówi „wycofać” – brzmi to jak zdanie ostateczne.
Gdy mówi „zatrzymać” – świat traci dech.
Gdy dotyka – to jak właścicielka. Jak artystka.
Jakby cały świat pragnął być przez nią dotknięty… albo właśnie tego najbardziej się bał.
A ja czuję, że z każdym dniem zbliżam się do niej.
Że pragnę być jak ona.
Chcę umieć tak patrzeć, by ktoś się zatrzymał, widząc, że go dostrzegłam.
Chcę wskazać – i żeby świat mnie wtedy słuchał.
Chcę mówić bez potrzeby podnoszenia głosu.
Chcę, żeby maska nie ukrywała mnie, ale odbijała innych.
Nie wiem już, czy jestem Obiektem.
Może jestem lustrem – takim, jakie zasłania jej twarz.
I z każdym dniem… coraz mniej chcę być czymś innym.
Ale potem…
W apartamencie wszystko ma swoje miejsce.
Nie dlatego, że ktoś tego pilnuje; po prostu tak jest.
Cienie rozkładają się łagodnie pod ścianami, jakby bały się zakłócić spokój. Dzbanek z wodą zawsze stoi uchem do okna. Ręczniki w łazience są miękkie i ciepłe, jakby ktoś trzymał je chwilę przy sercu, zanim pozwolił mi ich dotknąć. Powietrze pachnie czymś, czego się nie miało, ale pamięta z dzieciństwa. Może wanilia. Może sen.
Nie tęsknię za domem, bo przecież nigdy go nie miałam.
Ale to miejsce… zaczyna mnie oswajać. A ja – nieświadomie – pozwalam na to.
Pani Sonia po obiedzie siada w fotelu o 17:45. Drzemie od 17:47 do 18:13. Potem czyta. Zawsze tę samą książkę. Ta sama lampa. Ta sama poza.
Zawsze niezmienna.
Czasem mówi, nie patrząc na mnie:
– Kiedyś tu pachniało brzoskwiniami.
Albo:
– Gisel nie lubiła tej filiżanki.
Lub:
– Arleta spała zawsze z odsłoniętą stopą.
Nie wiem, czy mówi do mnie, ale zapamiętuję każde zdanie.
Bo może kiedyś… ktoś powie o mnie to samo.
Zaczynam układać dłonie jak ona.
Oddycham tym samym rytmem.
Pochylam głowę w jej sposób.
Ćwiczę krok przed lustrem. Nie ten, którym sunie przez piętra, ale ten, którym chodzi po apartamencie. Miękki. Kobiecy. Prywatny.
Nie dlatego, że muszę.
Nie dlatego, że mnie zmusza.
Tylko… może tak wygląda bycie kimś?
Może to właśnie znaczy istnieć naprawdę: Pasować do przestrzeni, która się nie sprzeciwia…?
Być potrzebną.
Być ciszą w miejscu, które nie boli.
Czasem myślę: „Czy ja też mogłabym być taka jak ona?”.
Albo: „Czy mogę przejąć nie tylko jej krok i gesty, ale i to milczenie, które znaczy wszystko?”.
Nie wiem jeszcze, po co mnie tu sprowadzono.
Nie wiem, co będzie dalej.
Ale gdy patrzę, jak zasypia w fotelu z kciukiem opuszczonym i twarzą w półcieniu, czuję, że chcę należeć do tego Świata.
Że chcę się w nim rozpuścić, aż przestanę pytać.
Bo jeśli nie wiem, kim jestem – może mogę… być jak ona?
Pomieszczenie jest małe. Ciemne. Duszne od starego kurzu, jakby od lat nikt tu nie oddychał. Nie ma holookien, tylko pojedyncze źródło światła skupione jak reflektor na scenie. Lustro. Krzywy stolik. Fotel z wytartym oparciem.
Gdy Na’Bim mnie wprowadza, pani Sonia już siedzi. Ma na sobie maskę i czarną suknię. Opiera głowę na dłoni, buja stopą. Rytmiczny ruch nogi odmierza coś, czego nie rozumiem.
Wstaje bez słowa. Jej ręce są chłodne i miękkie. Prowadzi mnie przed lustro – dokładnie tam, gdzie powinnam stać.
Patrzę. Widzę siebie. Półmaska. Rude włosy jak zasłony. Ramiona napięte jak struny. Twarz nieruchoma. Wargi zakryte, ale oczy nie – zielone, szeroko otwarte. I coś w nich – coś żywego, co nie chce umrzeć. Albo jeszcze nie wie, że umrze.
Lustro za blisko. Odbicie zdaje się mieć wagę. Jakby moje własne spojrzenie chciało sięgnąć ręką i pochwycić mnie za gardło.
Pani Sonia nie patrzy na siebie. Patrzy tylko na mnie, oparta o moje ramiona.
– Zapytałabym, co teraz widzisz… – mówi cicho, niemal tkliwie – …ale obie znamy odpowiedź.
Nie ma drwiny. Nie ma czułości. Jest coś w rodzaju wyroku.
Zdejmuje ze mnie suknię, potem halkę, na koniec bieliznę. Jedwabie zsuwają się jak zeschnięta skóra. Pozostaje tylko półmaska. Ciało gotowe do oznaczenia. Do oceny. Do zniszczenia.
A ja się nie poruszam. Stoję tak jak ona, kiedy patrzy.
Na’Bim wprowadza mężczyznę. Wysoki. Szerokie barki. Na głowie worek, ręce skute. Idzie jak ktoś, kto wie, po co tu jest. Klęka za mną. Sam. Nikt mu nie każe.
– Nim Arleta pozwoliła mi dotykać – mówi pani Sonia, wracając do fotela – musiałam nauczyć się patrzeć.
W lustrze: Ja. On. Ona. Labirynt refleksów – jej maska łamie odbicie na kawałki.
– Sprawdzimy, czy też już umiesz, Chyba-Ester – kontynuuje. – Jeśli tak, Na’Bim będzie mopował podłogę. Jeśli nie – on zrobi z tobą, co zechce.
To nie groźba.
To test. Albo przejdziesz, albo zostaniesz stratowana.
Na’Bim rozkuwa mu ręce. Zdejmuje worek.
To Dion.
Nie ten sam, co na Standardowym. Inny. Przemieniony. Z oczami zaszczepionymi czymś ciepłym i gnijącym. Czerwień jego spojrzenia ma gęstość rozgniecionego owocu.
Napotyka mój wzrok w lustrze. Rozpoznaje mnie.
Wie, że jestem testem. Wie, że wolno mu wszystko.
Odwracam się do niego. Staram się kontrolować oddech jak pani Sonia.
Staję z podniesioną głową. Plecy prosto. Patrzę.
Chcę być nią. Przynajmniej w tej chwili.
Ale moja maska nie pachnie zimną stalą.
On rusza. Bez ostrzeżenia.
Ręka na moim gardle. Plecy wciśnięte w zimną taflę.
Dociska mnie z siłą, której się nie spodziewałam.
Szok rozrywa mnie na dwie – tę, która chce wrzeszczeć, i tę, która wie, że nie może.
– Ty mała, głupia szmato! – piszczy. Jego głos jest za wysoki. Jak chomika z reklamy chrupek śniadaniowych albo dziecka z zaostrzonym kawałkiem metalu, które myśli, że jest mężczyzną. – Mogłaś siedzieć cicho!
Nie zamykam oczu. Patrzę.
Ale nie czuję w sobie chłodu, jaki ma pani Sonia.
Czuję ból. Czuję panikę. Czuję ciepło łez w oczach.
Ale patrzę.
Nie rozpoznaję własnego głosu:
– Spróbuj.
Jakby ktoś inny mówił przeze mnie.
Jego palce drżą. Wzrok pęka. Ustępuje. Powoli.
Odsuwa dłoń.
A potem spluwa.
Wprost w moje oko.
– Nie jesteś warta nawet, żeby cię uderzyć – syczy. – Jesteś tym samym odpadem, co na dole.
Odwraca się i rusza ku wyjściu.
– Na’Bim – mówi cicho pani Sonia.
Na’Bim podchodzi; chwyta.
Zostajemy same.
W lustrze widzę siebie. Naga. W masce. Ze śliną spływającą po twarzy.
I wtedy coś we mnie pęka.
To nie była pani Sonia.
To byłam wyłącznie ja.
Patrzę na odbicie.
I już nie wiem, czy chcę być taka jak ona… czy tylko chcę, żeby ona uznała, że mogę.
Padam na kolana. Drżę.
Płacz rozrywa mi klatkę piersiową.
Czuję, jak pochyla się nade mną.
Ręka spada twardo na mój kark. Nie jak cios, ale jak skarcenie niesfornego kociaka. Krótkie, dokładne.
Z wprawą rozpina moją maskę. Zsuwa ją z twarzy jednym ruchem. Nie czule. Nie brutalnie. Po prostu – jak zdejmuje się coś zabrudzonego.
Unosi moją brodę dwoma palcami.
W chromie ta sama przerażona buźka co pierwszego dnia. Tyle że z rozmazanym makijażem. A oczy… Te oczy nie są już moje. Są obnażone. Widać w nich wszystko, czego nie chcę już znać.
– Przegrałaś w chwili, gdy zaczął się podnosić – mówi chłodno, suchym, ostrym głosem. – Doceń, że był wyjątkowo łagodny. Mnie za pierwszym razem złamano trzy palce i obito trzewia pięściami. Arleta przerwała dopiero wtedy, gdy sięgnął po moją maskę.
Nie szepcze. Nie pociesza. Relacjonuje. Jakby mówiła o pogodzie. Albo o dawnej operacji.
Odkłada moją maskę na bok; powoli, niemal ceremonialnie. Potem znów unosi moją brodę. Tym razem głos łagodnieje. Mięknie. Przechodzi próg troski.
Ton matczyny, lecz nie ciepły. Raczej… doświadczony.
– Będą siniaki. Zrobię ci herbatę z goździkami i podam ciastka miodowe. Na’Bim przygotuje kąpiel. Ciepłą. Z okładem na szyję. Zostaniesz w apartamencie. Poczytaj sobie coś.
Nie wiem, kiedy zsuwam się ku niej. Jak dziecko, które jeszcze nie zna słowa „żal”. Tulę się do niej pod suknią. Nie po ciepło. Po schowanie.
Chcę coś powiedzieć. Coś głupiego. Coś jak przeprosiny albo błaganie.
Usta same szepczą:
– Nie chciałam pani zawieść… Ja… naprawdę nie chcę. Chcę iść z panią i…
Nie przytula mnie
Ale i nie odpycha.
Jej pierś nie unosi się przy wdechu.
Tylko patrzy. Przez maskę. Przez odbicie. Przez to, czego jeszcze nie potrafię unieść.
– Powiedziałam, że zostaniesz w apartamencie, Chyba-Ester. – Głos znów twardnieje. Nabiera ostrości, jak ostrze wracające do pochwy. – Przemyśl swoje zachowanie. Gdybym ja wtedy spróbowała odezwać się i przytulić do Arlety, sparzyłaby moje dłonie termopalizatorem.
Wiem, że mówi prawdę.
Ale czuję, że i tak bym się do niej wtedy przytuliła.
Bo czasem bardziej niż nieba pragnie się czyjegoś brzucha, nawet jeśli jego ciepło parzy.
Po tygodniu pozwala mi wrócić do obchodów.
Milczę. Nie pytam o przebaczenie. Nie proszę o drugą szansę. Po prostu idę za nią. W tym samym rytmie.
Ćwiczę przed lustrem – ruch głowy, obrót w biodrach, skupienie na własnych oczach. Nie chcę widzieć siebie. Chcę zobaczyć tę, którą chcę się stać. Tę, którą podziwiam.
Na piętrach obserwuję jak ona: oceniająca, chłodna. Bez słowa zatrzymuje się przy tych, wśród których kiedyś stałam. Szukam błędów, ale nie winnych.
Szukam siebie.
W ich mimice, oddechach, spojrzeniach. W tych, którzy mnie dostrzegają. Czy potrafię patrzeć tak jak ona?
Czy wystarczy, że zajrzę w głąb ich duszy, by zadrżeli?
Czasem unoszę palec.
Czasem patrzę długo – może nawet za długo – i nie mrugam.
Czasem nic nie robię. Czekam, aż reakcja sama się urodzi.
Przez wąskie szpary w masce dostrzegam spojrzenia.
Gdy przystajemy przy bliźniaczo zrośniętych chimerach, staje obok mnie. Lustrzane odbicia – w postawie, układzie stóp, w sposobie uniesienia twarzy.
Ona nie komentuje. Ale nie odchodzi. A to znaczy więcej niż jakiekolwiek słowa.
W apartamencie sama wybieram swoje czerwone aksamitne ubrania. Maski o twardych liniach stają się moją nową skórą. Sama nakładam makijaż na oczy – dokładnie taki jak u niej.
Podczas posiłków się nie ograniczam. Nakładam sobie wszystko, na co mam ochotę. Wieczorami sięgam po książki. Czytam w tych samych godzinach. Na bliźniaczym fotelu pod tą samą lampą. Z wyciągniętą przed siebie stopą.
I wciąż nie wiem, czym dla niej jestem. Uczennicą? Rzeźbą? Próbą? Lustrzanym echem?
Ale jeśli będę dostatecznie precyzyjna…
Dostatecznie cicha…
Dostatecznie podobna…
Może pozwoli mi się dotykać.
Może kiedyś – bez maski – spojrzy tak, jak patrzy się na coś, co się wreszcie rozpoznaje.
Nie wiem, kiedy tego dokonam.
Ale codziennie ćwiczę; łącznie z oddechem i biciem serca.
By były niesłyszalne. I niewidoczne.
Druga próba wygląda niemal identycznie. Te same ściany. Ten sam kurz. To samo światło padające z góry. Lustro. Krzywy stolik. Fotel.
Stoję naga, w masce, z uniesioną twarzą. Ramiona luźne. Spojrzenie skupione.
Pani milczy. Siedzi jak wtedy: głowa podparta dłonią, maska błyszcząca od refleksów.
Na’Bim wprowadza Diona. Tym razem bez worka. Kajdanki błyskają, gdy klęka, zanim ktokolwiek mu każe.
– Jeszcze ci mało, głupia kurewko? – cedzi z uśmiechem. – Nie potrzebuję fiuta, żeby bolało. Rozjebię ci głowę o lustro. Posiekam cię na kawałki. Wiem, że mogę.
Nie czuję strachu. Ani gniewu. Tylko skupienie.
Szarpie się, gdy Na’Bim zdejmuje mu kajdanki. Dostrzegam mięśnie drgające w jego barku. Obserwuję spokojnie.
Okrążam klęczącą postać. Staję za jej plecami; widzę nasze sylwetki wśród odbić i świateł.
– Na co się gapisz, szmato? – syczy. – Tym razem nikt cię nie uratuje.
Ale nie rusza się.
Coś w nim mięknie. Krople potu błyszczą mu na czole. Cofnięcie o pół kroku; nieświadome, instynktowne.
Wtedy pani Sonia przemawia. Cicho, bez emocji:
– Czy wiesz, co on w tobie widzi, Ester?
Milczę.
– Czy sądzisz, że możesz go dotknąć? – pyta ponownie.
Nie odwracam wzroku. Podnoszę brodę. Mówię spokojnie, jakby to był werdykt:
– Tego ścierwa, które nie potrafi wstać bez pozwolenia? Nie, pani Soniu. Żadna z niego suka. Niewart nawet karmy, którą mu się rzuca.
Dion drży.
A potem – popuszcza. Mocz ścieka po udzie. Na posadzce rozchodzi się ciche, lepkie kapanie.
Zastyga.
Jego twarz w lustrze jest nieruchoma, rozbita. Gniew opadł. Został tylko wstyd.
Na’Bim nie czeka na polecenie. Chwyta go za bark, wyprowadza.
Pani podchodzi. Bez słowa zdejmuje swoją maskę. Ale nie patrzę na jej odbicie w wielkim zwierciadle. Nie śmiem.
– Chyba już wiem… – mówi cicho – …co czuła Gisel, patrząc na Arletę. I Arleta, gdy patrzyła na mnie.
Tym razem to ona mnie przytula.
Dłonią gładzi mnie po głowie. Nie spieszy się. Nie komentuje.
Ciepło jej palców rozlewa się po karku jak świt.
Odchodzi dopiero po chwili.
– Powiem Na’Binowi, by przygotował dla nas ciasto i kakao. Weź kąpiel i włóż coś przyjemnego. To będzie nasz wieczór, Ester.
Nie mówi, że jest ze mnie dumna.
Nie musi. Wiem, że jest.
Wieczorem wszystko wygląda jak sen o domu, którego nigdy nie miałam. Ale dziś ktoś go zbudował; tylko dla mnie i pani Soni.
Tarasowe holookna ustawiono na widok zatoki rozświetlonej setkami papierowych lampionów, które emitują delikatne bursztynowe światło. Wentylatory wwiewają ciepłe powietrze i roznoszą słodką woń kwiatów. Gra muzyka – cicha, niepodobna do niczego.
Siedzę w piżamie w kolorze truskawek. Mam grube pasiaste skarpetki. Na stoliku duże ciasto ze świeżymi owocami i korzennymi przyprawami, ale brzuch mam pełny po czterech kawałkach, których sobie nie żałowałam. Resztki kakao brudzą dno kubka.
Pani Sonia siedzi naprzeciwko w kudłatym, rozciągniętym szarym swetrze. Włosy ma ułożone niedbale, makijaż starty. Wygląda, jakby lekko drzemała. Niegroźna.
Jak… Nie wiem. Jak ktoś, z kim chciałabym dzielić ten wieczór. Naprawdę.
Nie mówimy wiele. Tylko raz odzywa się cicho, niemal do siebie:
– Dobrze dzisiaj wypadłaś. Jak prawdziwa Lisica.
Nie odpowiadam. Ale to zdanie zostaje ze mną jak zakładka w książce.
Nieśmiało zsuwam się z fotela i cicho zbliżam do jej nóg. Kładę głowę na brzuchu siedzącej, opieram się o uda, jak ktoś, kto potrzebuje tego za bardzo, by zapytać o pozwolenie.
Spodziewam się ostrzeżenia albo odepchnięcia. Że powie, że to nie na miejscu. Że tak nie postępowałaby wobec Arlety.
Ale nie.
Unosi dłoń i gładzi moje włosy ruchem tak starym i znajomym, jakby robiła to zawsze.
Zamykam oczy. Chciałabym, żeby ta chwila została jak miejsce, do którego można wrócić, gdy wszystko inne znów się rozsypie.
– Arleta stwierdziłaby, że za takie zachowanie Gisel rozbiłaby jej kubek na głowie – mówi wreszcie cicho. – Skrzywiłaby się i kazała mi iść do pokoju.
– A pani mnie?
Nie odpowiada. Ale dłoń nie przerywa pieszczoty.
– Za kilka dni na podwieczorek przybędzie do nas Baron. Będziesz się temu przyglądać.
Nie pytam: „Dlaczego?”. Po prostu kiwam głową z twarzą wtuloną w miękki sweter.
Może przeczuwam.
– Od jutra zaczniesz chodzić po piętrach sama – dodaje po chwili. Bez zmiany tonu. – Bez mojej opieki. Będziesz wiedziała, co robić.
Zamieram. Chcę coś powiedzieć, ale słowa znikają w gardle.
– Obserwuj… – mówi dalej – …ale jeszcze nie oceniaj. Umiesz widzieć. Teraz naucz się mówić i dotykać. Jeśli zrobisz coś nie tak, dowiem się. Ale jeśli zrobisz to dobrze… poczujesz to pierwsza. Jak dziś.
Unoszę wzrok. Patrzę na jej profil oświetlony holooknem.
Wygląda jak ktoś inny niż ta, która zawsze patrzyła zza chłodnej przysłony.
Jakby zawsze były dwie: pani Sonia i Srebrna Lisica.
A dziś jestem z tą pierwszą.
Z tą, której jeszcze nie znam, ale której chcę dotykać i być przez nią dotykana.
– Dobrze – mówię cicho.
Nie prosi, bym poszła spać. Nie mówi, że to koniec dnia. Wstaje. Zakrywa twarz.
Podchodzi do drzwi i zatrzymuje się, jakby chciała coś dodać. Odwraca się w półmroku salonu:
– W twoim pokoju czeka nowa maska. Zaczniesz ją nosić od jutra.
Na moim łóżku czeka skrzynka.
Prawdziwa – z bielonego drewna tak jasnego, że wygląda jak kość. Nie syntetyczna imitacja. Pochodzi z dalekiego świata. Jest masywna. Realna. Zimna.
Zapalam lampkę i niemal z namaszczeniem otwieram.
Wewnątrz – nie połówka podobna obroży, nie osłona brody i szyi jak dotąd. To pełna maska, wykonana z mglistego kamienia. Migocze feerią barw.
Palce same się ku niej wyciągają. Dotykam ostrożnie, jakby mogła się rozsypać pod wpływem mojej dłoni.
Jest chłodna. Gładka. Ciężka.
I piękna.
Drzwi otwierają się bezszelestnie. W progu stoi pani Sonia – w piżamie i tym samym swetrze. Nadal wygląda jak ona – nie Srebrna Lisica, lecz kobieta o oczach pełnych trosk i miękkim profilu.
A jednak mimika sprawia wrażenie tej, która zwykle pozostaje ukryta pod chromem.
Jakby teraz należała do obu wersji – tej nagiej i tej ukrytej.
– Śmiało, Ester. Zasłużyłaś w pełni.
Pytam niepewnie:
– A nie mogłaby mi pani uczynić tego zaszczytu? Chociaż ten pierwszy raz? W końcu to dzięki pani…
Kącik jej ust unosi się lekko. Podchodzi. Siada na brzegu łóżka.
Znów całuje dwa palce i kładzie je na moim czole – ten sam gest co poprzednio, ale mniej rytualny, bardziej ludzki.
– Przyjdzie dzień, kiedy moim obowiązkiem jako Srebrnej Lisicy będzie założenie ci maski, Ester. Gdy nauczysz się mówić i dotykać, a twoje serce zacznie bić najczystszą nienawiścią wobec mnie. Ale to nie ta noc. Jeszcze nie. Dziś musisz zrobić to sama.
Chwytam ostrożnie, jakbym bała się odrzucenia. Jest cięższa, niż myślałam.
Wsuwam ją na twarz. I pasuje.
Bez pasków. Bez zaczepów.
Przylega jak odlew mojej skóry.
Chłód przebija się do kości. Ale nie odrzucam go.
– Zapamiętaj – mówi dalej. – Od teraz twoja twarz jest tajemnicą. Możesz ją odsłonić tylko temu, komu naprawdę ufasz. Nawet Na’Bim nie może cię zobaczyć bez niej. Oszczędź mu tego widoku, Ester. Jedno spojrzenie – i będzie musiał sobie wyłupić oczy.
Czuję się inaczej. Już nie jak Obiekt czy Cień.
Jak Istota, która ma działać. Nosić taką twarz.
I wtedy – jakby na przekór – zdejmuję ją.
Powoli. Z wahaniem. Jakby coś we mnie chciało ją zatrzymać. Na dłużej.
Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie dzisiaj.
Pani Sonia wstaje z łóżka. Poprawia sweter, jakby miała odejść bez pożegnania.
– Pani Soniu? – pytam cicho.
Zatrzymuje się przy drzwiach.
– Mogłaby pani zostać dzisiaj ze mną? Po prostu… póki nie zasnę?
Milczy przez chwilę. Potem zawraca, gasi lampkę i bez słowa kładzie się obok mnie.
Nie pyta. Nie ocenia.
Tylko obejmuje mnie ramionami – jakby robiła to nie po raz pierwszy. Jej dłoń sunie po moich włosach, plecach. Cicho. Rytmicznie. Kołysze mnie jak dziecko, a ja wślizguję się głębiej pod jej ramię, wtulam w ciepło skryte pod swetrem. Czuję zapach mydła, kakao – i coś jeszcze. Coś znajomego, czego nie potrafię nazwać.
Jak cień wspomnienia, którego nigdy nie miałam, ale za którym tęsknię.
Zamykam oczy.
I w tej chwili naprawdę wierzę, że jestem bezpieczna.
Salon, uprzednio przygotowany przez Na’Bima, wygląda niecodziennie. Jakby miało tu dojść do czegoś, czego jeszcze nie rozumiem.
Holookna ustawiono na zaśnieżony las. W powietrzu unosi się zapach sosen i palonego drewna. Na stoliku srebrna zastawa, pozłacana porcelana, dzbanki herbaty, tartinki.
Wszystko wydaje się zaaranżowane; aż zbyt pięknie, zbyt czysto. Jakby przygotowane według ścisłych wytycznych.
Chodzi o niego.
O Barona.
Na publicznych ekranach zawsze wygląda jak ideał męskości, do którego wzdychać powinny kobiety wszelkich klas.
Z bliska i na żywo to rubaszny, przysadzisty mężczyzna w mundurze przeładowanym orderami i szarfami, jakby był atrapą z wystawy – pustą w środku, lecz ozdobioną z przesadą.
Próbuje poruszać się z godnością, ale przypomina napęczniałą larwę.
Śmieje się z własnych dowcipów, jeszcze zanim je wypowie.
Pani Sonia siedzi obok niego na kanapie w masce i w ciężkiej czarnej sukni, jakby właśnie wychodziła na obchód pięter. Brakuje tylko mitenek.
Siedzi prosto, ale miękko.
Gdy Baron całuje jej nadgarstki, wydaje się, że to ona to inicjuje.
Śmieje się cicho, mówi półgłosem, śpiewnie. Tylko do niego.
– Ach, najdroższa moja, cudowna, nieprzenikniona… – mruczy, jakby pijany. – Jak to możliwe, że ciebie uczyniono Lisicą, a nie mą żoną i baronową?!
– Bo gdyby Arleta nie wybrała mnie na następczynię, nawet byś mnie nie dostrzegł, mój miły. A jako twoja żona byłabym tą, co ładnie się uśmiecha, macha z balkonów do tłumów i udaje, że cokolwiek znaczy.
On się śmieje, ale ja widzę jego dłonie. Zbliżają się do jej kolan, do ud, lecz nigdy ich nie dotykają.
Nie patrzy jej w oczy. Nie patrzy też na siebie w lustrzanej powierzchni maski.
Coś w niej – nie maska, nie słowa, ale coś pomiędzy – trzyma go w ryzach.
A on nawet nie wie, że tak się dzieje.
– Ach, pamiętam jeszcze, jak ojciec przybył ze mną do Arlety i rzekł: „Ta kobieta, mój synu, powinna być twą matką. A jeśli nie, to choćby moją najulubieńszą konkubiną”. Ach, jak dobrze go rozumiem, moja ukochana. Jak dobrze go rozumiem…
Czuję się dziwnie – niemal niewidzialna.
Siedzę z boku w nowej masce.
Nie zapomniana, ale i nie zauważona.
Może to dobrze?
Chcę patrzeć.
– Ale tego chłopaka to ci nie daruję, moja miła! – sapie Baron tonem obrażonego chłopca. – Moja Nikola tak się w nim kochała! Teraz się wypłakuje w poduszkę! Miałem wobec niego wielkie plany. Potencjał! Dobre geny! A ty, cóż… kazałaś go uczynić eunuchem i szkolić do sodomii?!
– Nie kazałam – odpowiada pani Sonia ze spokojem. – Zgodziłam się. To różnica.
– Zgodziłaś się?! I to niby lepiej brzmi?!
– Wyraził głośno takie życzenie. Uczennica może potwierdzić. A ty, luby, przetrzyj córce oczy. Zamiast płakać za jednym fatalnym Obiektem, niech sięgnie po to, co najlepsze.
Baron sapie jeszcze przez chwilę, ale z jego irytacji zostaje tylko krótkie parsknięcie.
– Z tobą to jak z tą lisicą z bajki. Nigdy nie wiadomo, czy łasi się, czy szykuje się skoczyć do gardła.
– Nie łaszę się. To ty liżesz rękę, która nie należy do ciebie.
Wiem, co się dzieje.
On naprawdę myśli, że panuje nad sytuacją. Że kontroluje rozmowę.
Ale wystarczy spojrzeć na jego postawę: zawsze blisko, ale nigdy nie ośmiela się jej tknąć.
Na oczy: spuszczane, gdy ona milknie.
Na śmiech: niski, sztuczny. Wymuszony.
To nie on siedzi tu jako pan.
On siedzi w klatce!
A ona przeciąga palcem po prętach.
Baron sięga po jedną z tartinek z kawiorem i oblizuje palce z manierą, która miała być zmysłowa, a była tylko obleśna.
– Nadal tak samo przeraźliwie pociągająca… Tylko ja starszy.
Pani Sonia przekręca jedynie głowę. Jakby zapraszała go do dalszego monologu. Niemal szeptem mówi:
– Może więc i ty powinieneś sprowadzić Nikolę do mnie? Na kolację dla czworga? Może twej córce w oko wpadnie moja uczennica?
Zamieram.
Potrzebuję chwili, by zrozumieć sens tych słów.
To nie propozycja dla Barona.
To kolejne polecenie dla mnie.
– Ach, Soniu, Soniu… Ty zawsze taka przewrotna… – śmieje się. – Moja córka i ta dziewczyna? Nie, nie! Nikola to szlachetna dama. Wychowana tradycyjnie. Potrzebuje prawdziwego mężczyzny.
– A czy nie było tak – mówi pani Sonia miękko – że i ciebie zapoznano ze mną, bo twoją faworytę posłano do Rzeźni?
Baron milknie. Ja słucham.
– Historia się powtarza – ciągnie dalej pani Sonia. – Siedziałam wtedy w białej masce, a to twój ojciec moczył jej szmaragdową suknię. Ileż to łez i życiodajnych kropli ze swej męskości przelałeś w pościel z żalu za „tą jedyną”. A kiedy przyszedłeś na kolację, nazwałeś mnie obrzydlistwem. Niegodnym dotknięcia palcem, a co dopiero rozpięcia spodni. Ale potem… potem zabrałam cię do mej sypialni. I spędziliśmy iście magiczny wieczór.
Zawiesza głos. Zmusza go, by spojrzał w jej oczy.
– A może się mylę? Może jednak nie pragniesz mnie tak, jak to przedstawiasz? Może nadal odczuwasz wobec mnie tę samą pogardę, mój miły? Lisicy, której nie zdołałeś posiąść, więc moczyłeś bieliznę?
Nie wiem, co boli go bardziej – wspomnienie, czy zarzut kłamstwa wobec własnego pożądania.
Nie odpowiada.
Ale wiem, że to chwila, w której pożegnał cały swój dumny majestat.
I wiem, jaka to lekcja dla mnie.
Po odesłaniu Barona i zjedzeniu kolacji zasiadamy razem na tarasie. Pani Sonia znów ma na sobie swój luźny sweter. Włosy opadają niedbale na ramiona, twarz pozostaje odsłonięta. Ma ten sam wyraz, jak wtedy, gdy Baron zniknął: na wpół cierpliwy, na wpół rozbawiony – jakby zdjęła z siebie obowiązek bycia oglądaną.
Zapachy z syntezatora aromatów już się rozwiały, ustępując miejsca jej własnemu zmieszanemu z bukietem kwiatów. Lubię go. Jest słodki, cielesny z nutą czegoś niedopowiedzianego.
– Pani Soniu? – pytam cicho, znów ześlizgując się na podłogę i powoli zbliżając ku jej nogom. – Czy dobrze rozumiem, że… mam stworzyć z baronówną Nikolą… relację?
Bursztynowe spojrzenie Srebrnej Lisicy zwraca się ku mnie.
Zamieram w pół ruchu, tuż przed tym, jak oprę głowę o jej uda. Nie poruszam się, ale cisza wbija się we mnie jak oszczep. A potem – głosem zimnym jak oszlifowane szkło – moja mistrzyni mówi:
– Relację? Moja droga Ester, po tej kolacji zaprowadzisz ją do swojej sypialni i staniesz się tą, która odbierze jej dziewictwo. Jeśli o poranku Na’Bim nie ujrzy krwi, a lekarz nie potwierdzi defloracji, zostaniesz wysłana do Rzeźni.
Nie spuszcza ze mnie wzroku.
Czuję, jak oczy próbują uciec w głąb czaszki. Gardło zaciska się od środka.
Nie płaczę… ale wystarczyłby jeden dotyk, a rozpadłabym się jak misa z cienkiego szkła.
Nie potrafię się przytulić. Jakby coś lodowego oddzielało nas od siebie.
– Opiekun nie chciał wysłać mnie na zajęcia z techniki kontaktów fizycznych. Uznał, że takie umiejętności nie będą mi potrzebne. Nie wiem, czy będę wystarczająca. Dla niej. Dla pani.
Jej spojrzenie pozostaje twarde jak stal – ale nie gniewne. Przenikliwe.
– Gdy uzyskałam prawo nosić kryształową maskę, Arleta powiedziała mi ważną rzecz. Najpierw muszę być Lisicą, a dopiero potem – kobietą i Obiektem. Kiedy kobieta pozwala ucałować mężczyźnie swe nadgarstki, zapragnie jej kostek. Potem sięgnie łydkom i obojczykom, talii i udom. A w końcu ku piersiom i wrotom między nogami. To za nimi pragnie zostawić życie. Jakby była tylko ciałem kupionym w całości.
Milknie. A po chwili wyjaśnia:
– Można się zgodzić. Jeśli się chce. Ale wtedy nie jest się już Lisicą. Jest się kobietą i Obiektem. Ale gdy przybywa inna kobieta… Ciało Lisicy jest nieistotne. Nie oczy tej drugiej trzeba karmić. Nie ciało ma stanowić trofeum. Lisica musi wrosnąć w jej duszę. Być nieodróżnialna od jej własnych myśli.
W ciszy unosi dłoń. Dotyka mojej skroni. Nie czule, a jakby sprawdzała temperaturę. Jakby upewniała się, czy miękkość nadal boli.
– To nie Barona nakazała mi uwieść Arleta, Ester. To byłoby za łatwe.
I wtedy rozlegają się kroki.
Zbyt szybkie. Zbyt ciężkie. Zbyt spóźnione – jakby biegły przez cały korytarz.
Drzwi tarasu rozsuwają się z sykiem. Wpada przez nie kobieta – zdyszana, zapłakana, z włosami przyklejonymi do policzków.
Baronowa.
Nie klęka – upada. Jak pocięta marionetka.
Uderza kolanami w deski, nosem niemal w podłogę. I pełznie dalej. Na czworakach. Z ustami rozwartymi w niemym szlochu, paznokciami drapiącymi pawiment.
– Ma pani… błagam… dotknij mnie… pozwól… u twego boku… chociaż dziś…
Słowa rozpływają się w łkaniu. Wygina się w łuk rozpaczy. Paznokcie ślizgają się po deskach, jakby próbowała uchwycić coś, czego już nie ma.
Pani Sonia milczy.
Czeka.
A potem wstaje. Powoli. Nie jak kobieta – jakby unosiła się bez wysiłku.
Podchodzi i przykuca. Jedną dłonią dotyka ramienia baronowej. Drugą unosi jej twarz – przemoczoną, rozmazaną tuszem i śliną.
– Och, moja słodka brzoskwinko – mówi głosem, od którego coś we mnie pęka. – Przecież wiesz, że zawsze na ciebie czekam po odwiedzinach tej świnki.
Baronowa jęczy jak małe zwierzę.
Wtula się w nią. Nie przytula – niemal wpełza w jej ciało. Jakby chciała wrócić tam, gdzie czuła się bezpieczna.
Pani Sonia obejmuje ją z góry. Łagodnie, ale jednocześnie stanowczo.
Czuję zazdrość.
Nie ostrą, nie gwałtowną, ale jakby ktoś zarysował mi wnętrze paznokciem.
Pani Sonia gładzi ją po włosach. Cicho. W rytmie kołysanki.
– Wspólna kąpiel. Potem wino. Twoje ulubione. I noc tylko dla nas. Spokojna. Z kwiatkami w wodzie i moim łożem.
Baronowa kiwa głową jak dziecko. Łzy nadal płyną. Pani Sonia pozwala jej jeszcze chwilę drżeć, po czym pomaga jej wstać.
Idą powoli. Krok za krokiem. Jak matka z dzieckiem, które jeszcze nie potrafi chodzić.
Ale zanim znikną, pani Sonia zatrzymuje się. Odwraca głowę. Patrzy na mnie.
Tym razem nie ma w jej oczach lodu. Jest odbicie.
Nie pyta: „Czy potrafisz być taka?”.
Poucza: „Tym masz się stać dla Nikoli”.
Patrzę, jak odchodzi z inną kobietą przy boku. Wciąż szepcząc. Wciąż głaszcząc.
Tak jak się postępuje z przerażonym zwierzęciem.
Kameralna kolacja przypomina pokaz.
Pani Sonia zajmuje miejsce naprzeciw Barona – zamaskowana, w ciężkiej czarnej sukni pochłaniającej światło. Tonie w niej jak w mroku. Tylko blade dłonie unoszą się ponad materiałem niczym zaklęcia.
Siedzę obok Nikoli. Maska z mlecznego tworzywa skrywa moją twarz, połyskując jak szkliwo. Czerwona suknia odsłania obojczyki, ale chroni serce. Milczę i patrzę.
Moja ofiara nic nie wie.
Baronówna Nikola przypomina dziecko, które zbyt wcześnie zabrano na operę, a zbyt długo trzymano w cukierni. Pulchna, z twarzą lśniącą od cukru i tłuszczu, otulona jaskraworóżową suknią, która opina przesadnie wydatne piersi. Gorset wbity głęboko w ciało. Biżuteria, fryzura, makijaż – wszystko krzyczy.
Od początku wieczoru mówi wyłącznie baronówna. I to głównie o swym ukochanym Dionie, którego wykastrowano na polecenie pani Soni.
– …bo to mężczyzna, którego chciało się całować i dotykać bez końca! Te jego rzęsy! Kark! Sposób, w jaki szeptał: „Nikola, dzisiaj lśnisz niczym Pas Oriona”… – wzdycha dramatycznie i unosi kieliszek, do którego dolewam, gdy tylko pokazuje dno. – Ach, mój słodki Dion…
W jej opowieści: uosobienie szlachetności, wrażliwości, męskości.
W mojej pamięci: ten, który zmuszał żeńskie Standardowe Obiekty pod prysznicami do milczenia i posłuszeństwa. Opiekunowie przymykali oczy, dopóki nie marnował nasienia i nie uszkadzał ich zbyt mocno.
Może właśnie dlatego tak łatwo zgodziłam się z panią Sonią.
Nikola nie pyta, kim jestem. Nie obchodzi jej moje milczenie. Nie zważa, że nasze talerze – moje i pani Soni – pozostają puste i czyste. Nawet nie potrafi spojrzeć mi w oczy.
– A ty? – pyta nagle. – Ponoć każą wam zakrywać twarze, bo jesteście szkaradne. Można oślepnąć od patrzenia. To prawda?
Nie odpowiadam.
Pani Sonia ledwo zauważalnie kiwa głową – ale to wystarcza. „Jeszcze nie. Jeszcze poczekaj”.
Nikola chichocze. Unosi kieliszek. Mówi coraz mniej składnie. Jest coraz bardziej zamroczona. Nieświadoma, że stąpa po granicy, której nawet nie widzi.
Obserwuję ją.
Nie czuję gniewu. To coś głębszego. Chłodna ciekawość. Może nawet fascynacja.
Jakby uchylono przede mną drzwi do przestrzeni, w której jeszcze nikt nie był.
Uczę się. Próbuję rozpoznać, co jest tylko grą, a co nieświadomością.
I wiem jedno:
O poranku ma nie myśleć o Dionie.
Ma myśleć o mnie. O Ester.
Nikola wchodzi do mojej sypialni ostrożnie, krokiem zdradzającym wpływ wina. Rozgląda się, a po chwili jej wargi wykrzywiają się w grymasie rozczarowania.
– Serio? – rzuca w przestrzeń, jakby bardziej do siebie. – To ma być legendarna kwatera Lisicy? W moim apartamencie mam więcej luksusu za parawanem przy wannie, niż widzę go tutaj. Gdzie jest system masażu? Dyfuzor? Automatyczna orkiestra i podajnik perfum?
Zdejmuje rękawiczkę, przejeżdża dłonią po ramie łóżka, jakby sprawdzała, czy nie jest zakurzona. Kręci głową, rzuca spojrzenie przez ramię.
– To wszystko? Łóżko, szafka i komódka? Naprawdę? Ta twoja Sonia chyba cię nie lubi.
Stoję obok. Spokojna.
Nikola jest jak kropla tłuszczu w chłodnej zupie wydawanej najbiedniejszym – pływa na powierzchni, lepi się do wszystkiego, czego dotknie. Rozpieszczona do granic możliwości, zupełnie nieświadoma, że ktoś mógłby jej powiedzieć „nie”. A tym bardziej wyrządzić krzywdę.
Nie planuję tego. Naprawdę nie.
Ale kiedy zaczyna się śmiać – zbyt głośno, zbyt ostentacyjnie – i przewracać oczami z przesadą, robię krok naprzód. Otwieram dłoń.
I uderzam.
Nie mocno. Nie brutalnie.
Ale wystarczająco, by echo odbiło się od ścian.
Baronówna zamiera. Dotyka policzka. Zaczerwienienie pojawia się niemal natychmiast – wyraźne, różowe jak jej sukienka.
Patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami. Ale to nie strach.
To… coś innego.
Zanim zdąży powiedzieć, że należy mi za to odciąć rękę, unoszę dłoń ponownie, tym razem delikatnie, opuszkami muskając miejsce uderzenia.
Gładzę tak, jak pani Sonia gładziła baronową. Bez pośpiechu. Uważnie.
Dopiero teraz jej spojrzenie zatrzymuje się na moich oczach widocznych tylko przez otwory w masce.
Patrzę na nią, jakbym badała, czy kruszy się pod dotykiem.
Jakbym chciała, by zapamiętała ten gest bardziej niż ból.
Mówię tak, jak mówiłam do Diona. Zimnym tonem, jakiego używa Srebrna Lisica:
– Cały wieczór kwiczysz jak świnia. Jesteś świnką, Nikolo? Taką, która cieszy się, że ma pełne korytko i może jeść bez końca? Ale wszyscy się brzydzą tych zwierzątek dotykać, prawda? Bo są brudne. Ohydne. Pracują przy nich tylko wtedy, gdy im się płaci. Albo, gdy dostaną rozkaz.
Nadal przesuwam palcami po jej policzku. A potem cofam dłoń.
– Zdejmij buty i usiądź na łóżku.
Siada.
Bez słowa. Zrzuca buty, dotyka stopami podłogi i porusza palcami, jakby po raz pierwszy zetknęła się z chłodną powierzchnią.
Spogląda na mnie z niedowierzaniem. Różowy policzek wciąż drży.
Nie spuszczam z niej wzroku.
– Ściągnij suknię – mówię cicho, niemal prosząco. Ale to nie jest prośba.
Patrzy na mnie z otwartymi ustami. Przez moment wydaje się, że zażartuje, że znów rzuci o „braku klasy”, ale coś ją powstrzymuje. Może moje oczy. Może echo uderzenia, które wciąż dźwięczy w jej ciele. Może cisza.
Nie porusza się.
Pochylam się nad nią. Powoli.
Chwytam materiał sukni przy ramieniu i zrywam ramiączko.
Trzask.
Materiał opada, odsłaniając obojczyk i fragment piersi. Nikola wstrzymuje oddech. Nie protestuje.
– Sama tego nie zrobisz, prawda, świnko? – szepczę jej do ucha. – Zawsze pozwalasz, żeby robiono wszystko za ciebie. Najchętniej dotykaliby cię przez materiał albo lateksowe rękawiczki, jakbyś była brudem, którego nie da się zmyć. Ile osób cię dotykało, Nikolo? – Kucam przed nią. Palcami wiodę po nodze, zaczynam zsuwać jedną z pończoch. – Ale nikt nie chciał dotknąć cię tak, jak tego pragnęłaś. Wszyscy widzieli tylko świnkę, której trzeba dorzucić do korytka, by przestała kwiczeć. Nawet twój ukochany Dion. Znam go, Nikolo. Słyszałam, jak się śmiał, że gdy tylko zasieje w tobie dziecko, to wykupi sobie sześć nałożnic. Żadne pieniądze, tytuły ani polecenia nie potrafiły nikogo przekonać, żeby naprawdę cię dotknął.
Jej usta drgają. Jakby chciała zaprzeczyć. Ale nie potrafi.
I wie o tym.
Odsłaniam suknię z jej piersi. Są duże, ciężkie, ukazujące ślady zbyt ciasnego gorsetu.
Chwytam jeden z sutków i szczypię. Mocno.
Nikola syczy. Pręży się.
Ale się nie odsuwa.
Wiodę po nim kostkami palców. Powoli. Celowo.
– Czułaś to? Tak wygląda prawdziwa uwaga. Nie muszę cię uderzyć, żeby bolało. Nie muszę cię głaskać, żebyś drżała.
Napieram palcami na jej uda. Rozchylam je bez pytania. Przez chwilę nic nie robię. Tylko patrzę.
Jak pani Sonia. Milcząco. Władczo.
Jakby samo spojrzenie było już przywilejem.
Nikola szepcze:
– Ester… proszę…
Ale nie kończy zdania. Nie potrafi. Sama nie wie, o co prosi.
– Więc jednak potrafisz wypowiedzieć moje imię. Bardzo dobrze, świnko.
Unoszę się. Zdzieram z niej bieliznę jednym ruchem.
W tym samym momencie jej ręce sięgają moich bioder, jakby chciała się mnie uczepić.
Ale nie pozwalam. Odsuwam je. Jakby była niegodna.
– Jeszcze nie. Najpierw musisz zrozumieć, że to nie ty mnie wybierasz.
Zostawiam ją w bezruchu. Patrzę. To wystarcza, by znów spięła uda, jakby próbowała zatrzymać w sobie coś, co jeszcze się nie wydarzyło.
Nie mówię nic.
Kładę dłoń tuż pod szyją i powoli sunę w dół.
Między piersiami. Przez brzuch.
Zatrzymuję się tuż nad łonem.
Palce wędrują w bok po wewnętrznej stronie uda, zmierzając ku miejscu, w którym zaczyna się bezbronność
Oddycha głośno. Zbyt głośno. Nerwowo.
Próbuję ją uciszyć, a może rozstroić. Przesuwam opuszki palców tylko po jednej stronie jej ciała; przez żebra, bok szyi, pachwinę.
Drugą połowę zostawiam nietkniętą.
– Czujesz to, Nikolo? To nie tylko dotyk. To głód, którego nikt nie chciał nasycić. Nie mój. Twój.
Naciskam tam, gdzie jej skóra jest najcieńsza. Raz. Tylko raz.
Przez całe jej ciało przechodzi dreszcz.
Otwiera usta, ale nie wydaje dźwięku.
Wciąga powietrze przez nos, jakby szlochała.
Zbliżam usta do jej ucha. Oddech wnika, oplata jej myśli.
– Już teraz drżysz – mówię chłodno. – A przecież jeszcze nic ci nie zrobiłam.
Odsuwam się i podchodzę do komódki.
Z pierwszej szuflady wyjmuję to, co zostawiłam tam rano.
Falliczny kształt osłania miękki, aksamitny całun.
Reakcja Nikoli – gdy go odkrywam – przypomina moją własną z chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłam go w rękach pani Soni podczas wręczenia.
To nie jest zabawka dla kobiet zapatrzonych w safizm.
To prawdziwa relikwia. Stworzona, by wtargnąć do wnętrza i stać się częścią tej, która ją nosi. Ciężka, o gładkiej lśniącej powierzchni.
Jubiler o zapomnianym przez czas imieniu wykonał ją z granatu, tak ciemnego, że niemal czarnego. Jakby zastygła na nim krew wszystkich kobiet, które penetrował.
W jasnym świetle holookna ukazuje wnętrze rubinowe, gorące, pulsujące.
Wypolerowana do perfekcji powierzchnia miejscami jest pokryta rzeźbionymi, rytualnymi znakami.
To runy przysięgi dwóch kobiet.
U podstawy, tam, gdzie artefakt łączy się z ciałem Lisicy, osadzono obsydianowy pierścień. Czarny jak pustka, w której tle płonie czerwony znak.
Insygnium kontroli Lisic. Pieczęć. Kontrakt. Narzędzie naznaczenia. Użyty raz zostawia ślad nieusuwalny – nie fizyczny, lecz energetyczny. Echo obecności.
Pani i jej Własność.
Nikola patrzy nań z przerażeniem. Milczy. Ciężko oddycha. Drży.
Zakładam uprząż bez słowa. Spokojnie. Precyzyjnie. Jakby to była maska.
– Połóż się – mówię cicho.
Kładzie się bez protestu. Jakby na to czekała.
Jakby coś w niej pękło i jakby zrozumiała, że to nie będzie noc z kimś, nad kim można zapanować.
To noc, która odmienia całe życie.
Wystarczy jeden ruch palców po podbrzuszu przez ciemne włoski wzgórka.
Jej uda rozchylają się jak drzwi.
Wchodzę między nie.
Z Nikoli wyrywa się głuchy jęk.
Potem dźwięk, którego nie da się nazwać.
Jej ciało wije się pode mną.
Ale nie ucieka – przeciwnie. Unosi biodra, jakby chciała więcej. Mocniej. Głębiej.
Dłonie sięgają moich ramion.
Nie po to, by odepchnąć.
Po to, by zatrzymać.
Jak dziecko, które po raz pierwszy czuje dotyk, jakiego naprawdę potrzebowało.
Widzę łzy.
Nie bólu. Nie ze strachu.
Z pęknięcia.
Pęka w niej to, co było skorupą.
Warstwą różu i cukru, którą oblepiano ją przez całe życie.
Nachylam się nisko. Tak nisko, że czuje mój oddech na szyi.
I wtedy to robię.
Zamieram.
Sięgam do dolnej krawędzi maski.
Chwytam ją obiema dłońmi.
A potem płynnie, bez słowa, zdejmuję.
Lekko się uśmiecham.
Kładę palce na jej gardle, potem na bijącym sercu.
Jakbym ją znaczyła.
Jakby już należała do mnie.
Szepczę:
– Zapamiętaj moją twarz. Będziesz o niej myśleć w kąpieli i przed snem. Będziesz śnić. Kiedy dotkniesz siebie lub zrobi to ktoś inny, to mnie zapragniesz. To mnie będziesz błagać, bym znów cię dotknęła. Nie jako rówieśniczka. Nie jako kochanka. Jako Pani.
Nikola wygina się nagle w spazmie. Jęk bez dźwięku, skurcz całego ciała.
Orgazm, jakiego nie znała.
Nie krzyczy. Nie woła.
Drży.
A potem opada w pościel.
Powieki trzepoczą.
Usta rozchylone.
Nie uśmiecha się. Nie udaje.
Nie jest już świnką w różowej sukni.
Przypomina inne zwierzę.
Takie, które właśnie znalazło właściciela.
Jeszcze mnie trzyma. Kurczowo.
A potem – puszcza.
Kładę się obok. Jej głowa spoczywa na mojej piersi.
Czekam kilka minut. Może kilkanaście.
Głaszczę ją po włosach i plecach, tak jak pani Sonia głaskała baronową.
Ale muszę wstać.
Nie mogę tu zostać.
Nie w tym ciele. Nie z tym oddechem.
Nie, kiedy serce wciąż wali mi jak oszalałe.
Wysuwam się z jej objęć.
Wstaję. Nie spoglądam na Nikolę.
Rozpinam uprząż i pozwalam, by zbrukany fallus z granatu opadł na ziemię z cichym stukiem.
Chwytam maskę. Zakładam ją bez słowa.
Niepewnie stawiam kroki ku drzwiom.
Otwierają się bezszelestnie. I zamykają tak samo.
Stoję w ciemnym, pustym korytarzu apartamentu.
Oddycham gwałtownie. Jakby zabrakło mi tlenu. Jakby wszystko, co wydarzyło się od momentu wejścia, wysączyło ze mnie oddech. Moje nogi drżą. Nie wiem, czy z wyczerpania, czy z czegoś głębszego.
Opieram się plecami o ścianę. Nie płaczę. Emocje spływają ze mnie jak fala po tsunami. Jakby ten akt przetoczył się również przeze mnie. Jakbym przeżyła własny orgazm – nie ciałem, lecz czymś pod skórą. Czymś, co dotąd nie miało imienia.
I wtedy ktoś chwyta mnie za ramię. Mocno. Niemal gniewnie. Dłoń wbija się w ramię, jakby chciała mnie zatrzymać – zanim upadnę, zanim ucieknę. Szarpnięcie. Odwracam się gwałtownie, przerażona.
Pani Sonia.
Bez maski. Ale równie dobrze mogłaby ją mieć. Jej bursztynowe oczy nie zdradzają niczego. Nie musi mówić. Sama jej obecność wystarcza, by stłumić wszystko, co wydarzyło się chwilę wcześniej.
Wpycha mnie do łazienki. Drzwi zamykają się za nami. Nie zadaje pytań. Nie ostrzega. Odkręca wodę. Ciepły strumień o zapachu róż wypełnia wannę.
Milczy.
Zbliża się. Jednym ruchem zdziera ze mnie resztki ubrań. Nie ma w tym brutalności, ale i nie ma czułości. To jak zdejmowanie zbytecznego opakowania.
Na koniec sięga do mojej twarzy. Zdejmuje maskę ostrożnie, jakby się bała, że się rozsypie. Wodzi palcami po czole, po policzku. Przesuwa kosmyk za ucho. Dotyk jest ciepły, uważny. Nieprzeznaczony dla Obiektów. Dotyk dla dziewczynki, która wróciła z burzy.
Prowadzi mnie do wanny. Ciepło. Piana pachnie różą. Zanurzam się. Sama też się rozbiera. Resztką instynktu zamykam oczy.
Siada za mną. Spłukuje włosy. Woda spływa po karku, wzdłuż kręgosłupa. Wyciska emulsję w dłonie. Jej palce poruszają się powoli, pewnie – jakby znały każdą krzywiznę skóry, każdy nerw.
Obejmuje mnie i przyciąga do siebie. Instynktownie wtulam się w mokre piersi.
– Ciii… – szepcze. – Za pierwszym razem zawsze jest strasznie. Potem wchodzi to w krew.
Myje dłonie. Palce. Znów włosy. Jakby zmywała ze mnie Nikolę. Diona. I tamtą Ester; tę, która jeszcze się bała.
Zostawia tylko czystość. I odrobinę siebie.
Delikatnie gładzi ucho. Muska kark. Kołysze mnie, jakbym była nie w wannie, a w łonie. Między nami nie ma wstydu. Jest tylko dotyk. Ten, który nie ocenia. Który mówi: „Widziałam. Przyjmuję”.
– Jestem… Lisicą? – pytam cicho, nie odrywając twarzy od jej skóry. Nie otwieram oczu.
Milczy.
Potem całuje mnie w czubek głowy. I jeszcze raz – w czoło.
– Tego się dowiem od Na’Bima przy śniadaniu, moja malutka Ester – odpowiada łagodnie. – A przynajmniej, czy jesteś gotowa na to, co naprawdę czyni kobietę Lisicą.
Nie odpowiadam. Nie muszę.
Jej dłonie wciąż mnie obejmują. A ja nie chcę, by je cofała.
Chodzę po piętrach, które witają mnie już jak Lisicę. Milkną, próbują mnie nie dostrzegać. Wiedzą, co oznacza zamaskowana twarz.
Nikola pojawia się średnio raz w tygodniu, czasem częściej. Siada u mych stóp, mruczy, łasi się, czeka. Bywa, że pozwalam. Bywa, że karcę.
Jem to, na co mam ochotę. Czytam wszystko, co mnie ciekawi – czasem książki z obszernej biblioteki, czasem ludzi: Obiekty i Opiekunów.
Wieczory bywają wspólne – na tarasie, przy kubku kakao. Pani Sonia opowiada o poprzednich Lisicach – nie tylko o Arlecie i Gisel – a czasem milczy. I patrzy.
Znam rozkład niemal wszystkich pomieszczeń apartamentu – od małego pokoju Na’Bina po kuchnię, gdzie przygotowuje posiłki. Tylko sypialnia pani Soni pozostaje ostatnim bastionem niedostępności.
Zdarza się, że kąpiemy się i śpimy razem. Nie jak kochanki. Nie jak matka i córka. Jak coś pomiędzy.
Czuję, jakbym mieszkała przy niej od zawsze. Jakbym nigdy nie należała do innego świata. Jakbym nie była Obiektem bez przyszłości.
Tylko czasem, gdy znów leżę w łóżku, czuję brak. Jakby moje ciało czekało na coś więcej. Jakby miało w sobie pustkę, której nie wypełni ani dotyk, ani głos, ani spojrzenie pani Soni.
Jemy śniadanie niemal jak zwykle.
Stół nakryty jak zawsze: biały obrus, dwa kubki, miseczka owsianki. Na talerzu równiutko ułożone cząstki pomarańczy.
Pani Sonia sięga po filiżankę, nie podnosząc wzroku.
– Pojutrze przypada szczyt twoich dni płodnych – mówi, jakby informowała o pogodzie. – Będziesz mogła samodzielnie przeprowadzić inseminację.
Odstawia filiżankę.
– Jeśli masz jakieś szczególne życzenia, powiedz Na’Binowi do wieczora.
Nie mówi tego chłodno. Po prostu wydaje kolejne z wielu poleceń.
Kiwam głową, nie odzywam się.
W środku… coś się ściska.
Dziecko. W moim ciele. Życie.
Coś, co będę chronić przez dziewięć miesięcy.
Przez moment odczuwam dawny strach. Ale to tylko cień. Zaraz znika.
– A pani… – zaczynam ostrożnie. – Czy Arleta kazała pani… urodzić?
Milczy. Przez chwilę wygląda, jakby zamierzała to zignorować.
Ale wtedy… odkłada sztućce.
Spokojnie. Starannie.
Jakby dźwięk porcelany miał zapaść mi w pamięć mocniej niż wszystko, co zaraz nastąpi.
Wstaje.
– Wstań, Ester – mówi tonem tak pustym, że aż lodowatym. – Podwiń sukienkę. Opuść majtki do kostek. Oprzyj się o stół.
Patrzę na nią, nie rozumiejąc.
– Teraz – dodaje groźniej.
Coś zaciska mi się w gardle. Mam ochotę zapytać: „Dlaczego…?”.
Ale nie jestem głupia.
Nie tutaj. Nie przy niej.
Wstaję.
Nogi mam miękkie, obce. Unoszę materiał. Majtki zsuwają się z cichym szelestem.
Oparta o kant stołu, czuję chłód blatu. I coś jeszcze.
Napięcie – jakby powietrze przestało być moje.
Chlast!
Nie spodziewałam się takiego bólu.
Dłoń spada z siłą, jakiej dotąd z jej strony nie doświadczyłam.
Jakby chciała wypalić karę wewnątrz.
Krzyczę. Cicho, ale szczerze.
Jak zwierzę, które nie rozumie, dlaczego boli.
Oczy zalewają mi łzy. Nie ze strachu, lecz z szoku.
Nigdy mnie nie uderzyła.
Byłam przecież wybrana. Ukochana.
A teraz? Teraz jestem nikim.
– Nigdy o to nie pytaj, Ester – mówi. Jej głos nie drży. Nie mięknie ani o ton. – To nie dar. To coś, o czym się nie mówi.
Jej spojrzenie twardnieje, jakby miała mnie nim przebić na wylot. Dodaje:
– Lustrzana maska nigdy nie spoczywała na matce. Ani na kobiecie. Należy wyłącznie do Lisicy.
Nie dotyka mnie.
Nie poprawia sukienki.
Nie całuje w czoło.
Nie mówi, że wszystko będzie dobrze.
Po prostu zabiera swoją maskę.
Odwraca się.
Odchodzi w milczeniu.
Zostaję.
Z nagim tyłkiem.
Z piekącym bólem, który trwa dłużej niż samo uderzenie.
Pomyślałam, że warto zacząć od kąpieli. Takiej prawdziwej, jakiej nie brałam od tygodni – nie z obowiązku ani rozkazu, ale po to, by przygotować ciało, jakby miało stać się naczyniem.
Chciałam zrobić to we własnym łóżku. Tam, gdzie najczęściej śpię sama. Gdzie tylko ja decyduję, kto leży obok.
Długo rozważałam, czy poprosić panią Sonię, by mi towarzyszyła, ale od tamtego śniadania wyraźnie mnie unikała, jakby żałowała własnego gestu albo bała się tego, co może jeszcze się ze mnie wyłonić.
Myślałam też o tym, by dopuścić wreszcie do siebie Nikolę. Uczynić z tego coś wspólnego, intymnego. Nadać sens jej psiej wierności. Ale wolałam, by to było bardziej osobiste. Bardziej samotne.
Zakładam tylko maskę. Zostawiam włosy mokre, nieczesane. Pachną różanym płynem i czymś ostrzejszym – może napięciem.
Gdy opuszczam łazienkę, Na’Bin czeka już pod drzwiami. Trzyma srebrną tacę przykrytą kloszem. Gdy mnie widzi, lekko się skłania, ale nie patrzy w oczy.
To jest nowe. To jest ważne.
Wchodzi pierwszy – z gracją, jakby wykonywał rytuał. Rozkłada pościel: świeżą, jeszcze ciepłą, pachnącą jak wszystko, co nieskazitelne. Ktoś ustawił kilka świec, starannie, w równych odstępach. Holookno pozostaje wyłączone.
Zamiast światła projektorów – dźwięk. Muzyka starego świata, powolna, z lekko trzeszczącym wokalem kobiety, która śpiewa jakby przez gardło pełne wspomnień.
Wszystko jest tak, jak prosiłam.
Jak w prywatnej alkowie Pawilonu Półcieni. Brak tylko rejestratorów doznaniowych i ciała tego, kto zapłacił za czas w niej.
Jest tylko moje – miękkie, ciepłe, samotne – i to, co ma się w nim zagnieździć.
I lustro ustawione naprzeciwko łóżka. Duże. Milczące. Gotowe.
Na’Bin unosi klosz.
Po jednej stronie tacy: para lateksowych rękawiczek, mały słoiczek czerwonego żelu intymnego i szklana strzykawka bez igły, wypełniona gęstą, białą substancją.
Po drugiej: pucharek koktajlowy ze słomką pełen truskawkowego napoju z nutą rumu; miseczka czereśni; białe pianki w kształcie serduszek; spiralny czerwono-biały lizak. Taki sam jak wtedy, gdy byłam tylko jedną z sierot w dystrykcie Klas Niskich, jeszcze niezakupioną do przetworzenia w Żeński Obiekt Standardowy. Wtedy go nie dostałam. Teraz – tak.
Nie patrzę na Na’Bina. On zresztą już się wycofuje – bezszelestnie, z dyskrecją godną perfekcyjnego sługi.
Siadam na łóżku. Zsuwam maskę. Sięgam po czereśnie. Są chłodne, soczyste. Słodycz pianki rozpływa się na języku jak dziecięce wspomnienie, którego nigdy nie było.
Lizaka rozpakowuję powoli, niemal uroczyście, jakby miał znaczenie rytualne.
To mój wieczór. Nikt dziś nie da mi klapsa. Nikt niczego mi nie zakaże.
Sączę koktajl. Alkohol lekko szumi w głowie. Nogi mam rozluźnione. W brzuchu miękko i cicho. Gotowość.
Wciągam powietrze i zakładam rękawiczki. Ruchy mam spokojne, chirurgiczne. Każdy gest przemyślany. Nie spieszę się. Nie chcę, żeby to był przypadek. To nie medyczna procedura.
Wyobrażam sobie, że pani Sonia siedzi tu ze mną. Ukryta w ramie lustra.
– Jestem sama – szepczę. – Ale pewnie pani też o mnie teraz myśli, prawda? Jak wtedy, gdy mnie dostrzegła. I chce, żebym zrobiła coś, do czego kobieta potrzebuje mężczyzny i pocałunków.
Ale ja chcę być Lisicą. Tak jak pani.
Sięgam po słoiczek. Zanurzam w nim palce. Sprawdzam się lusterkiem. Wszystko w porządku.
Delikatnie wsuwam żel w siebie – najpierw palcem, potem końcówką strzykawki. Nie zamykam oczu. Patrzę sobie w twarz, w nieruchome spojrzenie, które przypomina to pani Soni.
Naciskam tłoczek.
Milczę. Ale ciało reaguje. Drży. Otwiera się. Przyjmuje życie.
Pozostaję nieruchoma przez chwilę. Odkładam strzykawkę, zdejmuję rękawiczkę. A potem… pozwalam sobie na dotyk.
Bez lęku. Bez pośpiechu. Po prostu – pozwalam sobie być naczyniem. Czułym. Świadomym. Kobiecym.
Najpierw piersi. Ciepłe, pełniejsze niż dawniej. Palce ślizgają się po skórze, zatrzymują na sutkach twardych już od samego dotyku.
Lubię to. To uczucie, że ciało odpowiada. Że nie muszę nic mówić, by wiedziało, czego pragnę.
W lustrze – ja. Twarz bez ochrony. Bez fałszu.
Nie wstydzę się. Nie udaję.
Widzę kobietę, która zrobiła to, co miała zrobić. Która wie, kim się staje.
Dłoń schodzi niżej.
Brzuch drży. Czuły i lekko napięty – jakby wypełniał się gorącą namiętnością.
Pomiędzy udami wilgoć. Skóra rozgrzana. Pulsująca.
Palce odnajdują to miejsce. Nie muszą szukać. Wystarczy dotknąć. Zatoczyć mały okrąg.
Oddech przyspiesza. Ciało się napina.
Ale jeszcze nie. Jeszcze chwilę.
Zaciskam powieki. Potem znów je otwieram, żeby nie stracić siebie z oczu.
Jestem tam.
Cała.
Gotowa.
Druga ręka zsuwa się do środka. Miejsce po strzykawce wciąż pulsuje. Ciepło. Głęboko.
Jakby coś już się zaczęło.
Palce – wewnątrz i na zewnątrz.
Jedna ręka prowadzi, druga słucha.
Ciało pracuje. Odbiera. Oddaje.
Nie wiem, kiedy przychodzi ten moment. Nie umiem go nazwać.
To nie fala. Nie skurcz. Nie dreszcz.
To jakby czas na chwilę przestał płynąć.
Jakby wszystko zapomniało, że trzeba istnieć, i wróciło inne. Miękkie. Czułe. Cięższe o coś.
Drżę bezgłośnie.
…
…
Leżę. Oddycham.
Mam uda zaciśnięte, jakby chciały zatrzymać w sobie wszystko, co właśnie we mnie wniknęło.
Obejmuję brzuch.
Nie dlatego, że już coś tam jest.
Ale dlatego, że chcę, by mogło być.
Czas płynie inaczej, odkąd poczułam pierwsze ukłucie od środka. Jakby coś we mnie zamieszkało – nie tylko fizycznie, ale i w myślach. Nie było to spektakularne odkrycie, żaden krzyk ani objawienie. Raczej ciche „jestem”, podszyte ciepłem i niepokojem. Obca obecność, która nie przerażała, bo wydawała się częścią mnie.
Nie mówię o tym. Nie muszę.
Pani Sonia wie od początku. W jej spojrzeniu jest to samo, co przy masce – uznanie faktu bez potrzeby słów. Rejestruje zmianę, ale nie zatrzymuje się na niej. Nigdy nie padają słowa: „ciąża”, „matka”, „dziecko”. One nie są potrzebne. Wystarczy cień spojrzenia zatrzymującego się nieco dłużej na biodrach. Milczenie, w którym rośnie nie tylko brzuch, ale i wszystko, czym mogłabym się stać.
Wieczorami zasypiamy razem, choć nigdy się nie dotykamy. Tylko czasem, gdy jestem już na granicy snu, czuję, jak jej ręka sunie po materiale nocnej koszuli. Zatrzymuje się na moim zaokrągleniu – nie z czułości, lecz jakby sprawdzała fakt. Że ono tam jest. Że ja wciąż należę do niej. Córka, poddana, projekt. Wszystko naraz.
Brzuch rośnie powoli. W sposób, który wymusza ostrożność.
Najpierw zmienia się chód. Potem oddech. Rzeczy upuszczone na podłogę nie są już podnoszone z wdziękiem. Skóra napina się, sutki ciemnieją. Czasem coś w środku mnie drga – jeszcze nie kopnięcie, raczej przypomnienie, że nie jestem już sama.
Nie dotykam go jak matka. Dotykam jak kobieta, która dopiero odkrywa, że może kochać własne ciało. Że jest w nim coś kruchego i wartego opieki. Czasem stoję przed lustrem i mówię szeptem: „Jesteś prawdziwa”. Bo pierwszy raz w życiu naprawdę wierzę, że istnieję – nie jako Obiekt, nie jako cień, ale jako ktoś, kto niesie coś więcej niż siebie. Dosłownie.
Nikola nie komentuje. Może nie widzi. A może rozumie i milczy lepiej niż ja.
Wciąż siada u moich stóp, tuli twarz do uda i pozwala się karać, kiedy mam taki nastrój. Ale są dni, gdy nie przywołuję jej wcale. Gdy boję się dotyku. Bo coś we mnie dojrzewa i każda ingerencja wydaje się profanacją. A są i noce, kiedy wzywam ją tylko po to, by nie być sama – by słyszeć jej oddech, by wiedzieć, że nie wszystko zostało zabrane przez ciszę.
Wszystko to trwa.
Mijają tygodnie. Potem miesiące.
Aż w końcu pewnego dnia dopada mnie ból znany z książek i rozmów podsłuchanych w skrzydle medycznym.
Zgięta w pół, trzymając się ścian, ledwo docieram do sypialni.
Ostatnie kroki należą do Na’Bima, który wnosi mnie na rękach.
Kobieta w stroju opiekuna medycznego i miski pełne wody już czekają, gdy służący układa mnie w pościeli.
Opiekunka pozbawia mnie ubrań.
Pani Sonia siada na łóżku obok mnie i chwyta za rękę. Patrzy mi prosto w oczy.
– Jesteś Lisicą – szepcze mi do ucha i całuje w czubek głowy. – Wytrzymasz, bo ból dopiero nadejdzie.
Odpowiadam jej tylko przeciągłym wrzaskiem.
Krzyczę już nie z bólu, lecz z bezsilności.
Wszystko we mnie drży. Każdy mięsień wyje. Rozsypuję się od środka.
– Już blisko – mówi opiekunka medyczna, ale jej głos dociera jakby z oddali.
Nie patrzy mi w oczy. Recytuje, jakby relacjonowała przebieg procedury.
I wtedy…
Płacz.
Krótki, ochrypły.
Jakby ktoś rozdarł coś miękkiego, co nie miało prawa istnieć poza moim wnętrzem.
– To dziewczynka – oznajmia opiekunka. – Silna.
Słyszę te słowa.
Wszystko pulsuje. Wszystko we mnie krzyczy: „Dajcie mi ją”.
A potem… widzę.
Kocyk, czerwień i biel. Małe, drgające rączki. Oczy zaciśnięte, jakby świat był zbyt jasny.
Zbyt obcy.
I coś we mnie pęka.
Jakby całe miesiące prowadziły mnie tylko do tego momentu.
Do spojrzenia.
– Sybil… – szepczę nieświadomie. – Moja malutka Sybil…
Chcę ją przytulić.
Tak jak tuli się sen, zanim zniknie.
Wyciągam dłonie. Drżą mi palce.
Już czuję jej ciepło. Już widzę, jak układa się na mojej piersi.
Jak wpasowuje się w pustkę, która czeka tylko na nią.
Ale wtedy…
Pani Sonia wstaje. Bez słowa przechwytuje Sybil z rąk opiekunki. Nie patrzy na mnie. Jej ruchy są precyzyjne, jakby robiła to wiele razy wcześniej.
– Uśpić matkę… – mówi cicho, ale z wyraźnym rozkazem – …i natychmiast zabrać do skrzydła medycznego.
Nie rozumiem.
Nie wierzę.
– Nie… – szepczę, próbując się podnieść.
Ale ciało nie słucha.
– Proszę… To moje dziecko… To moja Sybil…
Chcę ją zawołać, ale gardło mam zaciśnięte.
Chcę wyciągnąć ręce, ale jedna z opiekunek już pochyla się nade mną.
Słyszę syk. Zapach chemii.
Jeszcze przez chwilę widzę kocyk. Rączkę poruszającą się w powietrzu, jakby mnie szukała.
– Nie zabierajcie mi jej… – próbuję wyszeptać ostatnim tchem.
Ale wszystko staje się mleczne.
Cień maski przesuwa się nad moją twarzą.
Potem już tylko ciemność.
I ból, który nie ma gdzie się podziać.
Świat wraca powoli. Nie przez światło, lecz przez ból – tępy, rozlany, jakby w środku mnie coś się domknęło. Nie hukiem. Nie krwią. Cicho. Bez pytania. Jakby ciało podjęło decyzję, której ja jeszcze nie rozumiem.
Jak drzwi zatrzaśnięte w domu, który pali się za plecami.
Oddycham płytko.
Powietrze pachnie czymś czystym, sterylnym, medycznym. Nie moim. Nie naszym. Jakby zostało wyprane z sensu.
Nie czuję zapachu mleka, nie czuję skóry dziecka. Tylko szkło i środki dezynfekujące.
Jakby ktoś starannie wymył świat z mojej obecności.
Nie wiem, jak długo leżę.
Dotykam brzucha.
Pod palcami – opatrunek. Zbyt gładki. Zbyt dokładny. Nie boli jak rana, tylko jak pustka po czymś, co było częścią mnie.
Jakby wycięto moje wnętrze, a w zamian zostawiono ciszę.
Pełne wymazanie. Jakby nigdy tam nic nie istniało.
Pierś pulsuje.
Nie od emocji. Od ciśnienia.
Mleko sączy się powoli, zostawiając wilgotne plamy na koszuli.
Ciało nie rozumie.
Ciało wciąż czeka.
Dłonie instynktownie unoszą się, jakby chciały przystawić coś do piersi – główkę, ciepły ciężar.
Nie znajdują nic.
I zamierają w powietrzu.
W brzuchu czuję skurcze – bóle, które nie mają już celu.
Widmowe bóle.
Jakby moja fizjologia uparcie powtarzała rytuały, których nikt nie chce już celebrować.
Nie słyszę płaczu. Nie słyszę drugiego oddechu. Nie ma Sybil.
Nie ma też mnie – tej, która nosiła. Tej, która czekała.
Wszystko się rozszczepiło.
Drzwi się nie otwierają. Ale wiem, że ona tu jest.
Czuję to – jak wtedy, w pierwszą noc. W spojrzeniu lustrzanym. W niewypowiedzianym „tak”, które zabrzmiało jak prolog.
Pani Sonia siada przy łóżku.
Nie dotyka mnie. Nie zdejmuje maski.
Nie trzeba. Jej obecność to teraz cień, nie opieka.
Milczymy długo. Tak długo, że to milczenie staje się odpowiedzią.
Końcem jakiejś wersji mnie.
Tą, która miała w sobie kogoś więcej.
Wreszcie mówi, prawie szeptem:
– Już nie musisz się niczego bać, Ester. Twoje ciało zrobiło, co miało. Teraz możesz być tylko Lisicą.
Ale „Lisicą” to teraz coś pękniętego. Puste naczynie. Skorupa po krzyku.
Nie pytam, co z Sybil. Nie pytam, co ze mną. Nie ma już pytań.
Tylko mleko, które nadal płynie.
I skóra pod opatrunkiem, która wciąż spodziewa się dotyku i drży.
Jakby ciało nie przyjęło jeszcze do wiadomości, że wszystko już się skończyło.
Maska leży na stoliku. Czeka. Ale kiedy próbuję ją założyć, nie pasuje.
Odbija moją twarz jak martwe szkło – jakby należała do kogoś innego. Do mnie z wczoraj.
Tylko że wczoraj miałam jeszcze brzuch. Jeszcze miałam Sybil.
Próbuję wrócić do rytmu: gesty, cisza, spojrzenia. Ale wszystko wydaje się zbyt lekkie, zbyt luźne – jakby ktoś zakończył wszystko beze mnie. A ja wciąż próbuję odnaleźć się w miejscu, którego już dla mnie nie ma.
Siedzimy razem na tarasie.
Jakby nic się nie zmieniło. Jakby to był jeden z tych wieczorów, kiedy przychodzę się wtulić i pić z nią kakao.
Ona czekała. Wiedziała, że w końcu przyjdę.
Kubki są ciepłe. Ustawione jak zawsze: mój – cienki, ze srebrnym rantem; jej – cięższy, w kwiaty.
Wokół cicho. Tylko klimatyzacja szumi.
Siedzę blisko, ale nie dotykam Soni. Zimno mi – nie od klimatyzacji, tylko od środka. W tym samym miejscu, gdzie jeszcze niedawno było ciepło. Tam, gdzie była Sybil.
Sonia milczy. Tylko raz – jakby od niechcenia – przesuwa dłonią po mojej twarzy.
Kiedyś ten gest koił. Dziś czuję, jakby sprawdzała, czy nie zniknęłam.
Upijam łyk. Za słodkie. Już nie smakuje tak jak dawniej.
– To przez nią – mówię cicho, patrząc gdzieś w dal. – Przez Sybil. Nie powinnaś była mi jej pokazywać, jeśli nie chciałaś, żebym ją pokochała.
Odpowiada chłodno:
– Nie jesteś w swoim pokoju, by się tak zachowywać, Ester. Przypominam ci to ostatni raz.
– Kiedy się obudziłam… – mówię dalej, choć głos mi się łamie – …było pusto. Nie było płaczu. Nie było jej.
– Nienawidzić mnie możesz tylko w swojej sypialni, Ester. A najlepiej w myślach.
– Myślałam, że nienawiść do ciebie będzie krzykiem – mówię już do kubka. – Ale przyszła cicho. Jak bezdech.
Zrzucam kubek. Wstaję. Ruszam w stronę drzwi.
Głos mi się łamie, ale mówię to prosto:
– Myślałam, że chcę być taka jak ty.
Zatrzymuję się. Odwracam.
– Ale ty jesteś potworem. A potwory się zabija, nie wielbi.
Idę do swojej sypialni.
I wtedy za plecami słyszę jej głos:
– Mylisz się, Ester. Jesteśmy Lisicami.
Krótka pauza.
– Arleta nazwała mnie Srebrną. Tobie pisane jest być Szkarłatną.
Nadal moczę poduszkę łzami i mlekiem, gdy drzwi się otwierają.
Czuję jej dłoń na plecach – znajomy gest, niemal odruchowy – ale odsuwam się na krawędź łóżka.
– Wstań, Ester.
– Nie. Zostaw mnie. Albo wyślij do Rzeźni! Teraz! Już się nie boję! Nie chcę żyć bez Sybil! Nie chcę cię więcej widzieć!
Podnosi mnie za ramię, odwraca twarzą do siebie.
– Chciałaś wiedzieć, czy Arleta zrobiła mi to samo?
Podwija sweter, odsłania bliznę – cienką, bladą, jak pieczęć zamykająca to, czego już nigdy nie będzie.
– W sypialni są portrety tych, które były przed nami i to przetrwały. Pora na twoje ostatnie zadanie. Potem będziesz mogła rozpaczać. W większym pokoju. Może ci się spodoba, bo już nigdy mnie nie zobaczysz. Teraz musimy iść.
Towarzyszę jej w milczeniu. Nie dlatego, że wybaczyłam. Nie dlatego, że zrozumiałam. Jakby Sonia własnoręcznie wkleiła to w moją naturę. Wpisała posłuszne i bezwzględne podążanie.
Korytarz, którym podążamy, jest cichy jak świątynia po zamknięciu.
Stąpam boso. Ziąb podłogi przenika stopy, ale się nie zatrzymuję.
Każdy krok rozbrzmiewa echem – jakby Ośrodek sam chciał to zapamiętać.
Zatrzymujemy się przed drzwiami, które nigdy wcześniej nie były otwarte.
Sonia przesuwa dłoń po panelu. Ten ustępuje bez dźwięku. Jakby czekał.
To nie jest zwykła sypialnia.
To sanktuarium czegoś bezimiennego.
Pokój cichy i ciężki – jakby każda ściana znała moje przyszłe gesty.
Na portretach – kobiety. Te, które były przede mną. Te, które już nie płaczą.
Ich twarze nie są podpisane. Ale wiem, kim były.
Wiem, kim się stały.
W ich oczach nie ma dumy ani żalu.
Jest cisza. I wiedza, której jeszcze nie mam, ale którą – wiem – zdobędę.
Pod oknem, na stojaku maska. Lśniąca. Lustrzana. Pusta.
Sonia podchodzi. Zdejmuje ją powoli, ostrożnie. Jakby dotykała wspomnienia, które łatwo może się rozpaść.
Zbliża się do jednej ze ścian i przykłada maskę do płyty.
Mechanizm działa bezgłośnie.
Ściana rozsuwa się, odsłaniając drugą windę. Inną niż ta, którą przywozi się Obiekty.
Ta nie ma panelu.
Nie prowadzi. Odprowadza.
Sonia odwraca się do mnie.
Nie ma już w niej Srebrnej Lisicy.
Tylko kobieta. Moja przybrana matka. Mentorka.
A może tylko to, co z niej zostało.
– To moment, w którym się żegnamy, Szkarłatna Lisico – mówi cicho. – Jesteś gotowa. A ja mogę odejść.
Zawiesza wzrok na masce trzymanej w dłoniach.
Milczy przez moment, jakby szukała słów, które nie będą tylko powtórką cudzej prawdy.
– Arleta powiedziała mi, że każdy widzi w niej coś innego. Swój lęk, pragnienie, złość. Ale ta, która ją nosi, widzi siebie tylko dwa razy.
Patrzy mi w oczy. Po raz pierwszy od dawna naprawdę jako Sonia, którą chciałam kochać.
– Pierwszy: gdy zdejmuje ją przed następczynią.
Podnosi maskę i wsuwa mi ją na twarz. Nie spieszy się.
Dotyka mnie przy tym lekko, jakby chciała zapamiętać moją skórę. Może na zawsze. Może tylko dla siebie.
– Drugi… – Głos się łamie. – …gdy zakłada ją na twarz swojej córki. Tej, którą utraciła i ledwo odzyskała. Przez którą płakała i która ją znienawidziła. A jednak wierzy, że gdy cykl się dopełni, tamta zrozumie. Że wybaczy – tak jak ona wybaczyła swojej matce, gdy sama to wszystko przeszła.
Wchodzi tyłem do windy.
I wtedy – zanim drzwi się zatrzasną – widzę, jak drżą jej mięśnie. Po bladym policzku spływa jedna, samotna łza.
Nie ociera jej.
Nie mówi nic.
Znika, gdy winda się zamyka.
Nie płaczę. Nie drżę. Nie umiem nawet oddychać.
Wiem, że to koniec. Ale też początek.
Bo teraz to ja stoję po drugiej stronie tego lustra.
Wieczór jest cichy. W apartamencie wszystko pozostaje tak, jak zostało po niej. Tylko że teraz to ja jestem nią
Siedzę na tarasie w czerwonej sukni. Lustrzana maska na mojej twarzy odbija światła holookien ustawionych na nocną panoramę miasta. Elektroniczna teczka leży na stole, ale tylko pobieżnie ją przejrzałam. Wszystko, co ważne, i tak już się wydarzyło.
Dion wprowadza dziewczynę, którą zaprosiłam na kakao. Młodziutka. Ciemne włosy, jasne oczy. Suknia w odcieniu błękitu dobrze do niej pasuje, choć wygląda, jakby ją uwierała. Jest przestraszona, zagubiona. Uśmiecham się, choć ona tego nie widzi.
Wskazuję jej miejsce. Dion kłania się i znika.
– Masz jakieś imię? – pytam.
Dziewczyna wstrzymuje oddech i siada ostrożnie, ruchem już wyćwiczonym. Lekko podskakuje – jakby usiadła na szpilkach.
– Zostanie mi nadane przed pierwszą…
– Znam procedury. Pytam, jak mówiono na ciebie, nim tu trafiłaś.
Opuszcza wzrok, unikając spojrzenia na maskę.
– Chyba Sybil, proszę pani.
Pochylam się. Kładę dłoń na jej dłoniach, spokojnie, miękko – by ją uspokoić.
– Dobrze, Chyba-Sybil.
Spogląda na mnie spode łba.
– Włosy jak ogień, biała skóra, zielone oczy za lustrem… – mówi cicho. – Jest pani prawdziwą Szkarłatną Lisicą?
– Czyli już o mnie słyszałaś? Możesz się do mnie zwracać: „pani Ester”, moja droga Chyba-Sybil.
– Nawet Opiekunowie się pani boją.
Uśmiecham się znów. Zastanawiam się, czy też tak się kiedyś zachowywałam wobec Soni. Odpowiedź przychodzi bez wahania: tak.
– To mają powód, kochanie? Może powinnam ich odwiedzić?
Kręci głową. Nerwowo. Mimowolnie zerka na maskę, ale zaraz odwraca wzrok w przestrachu.
Dion przynosi kubki kakao z dodatkiem cukrowych pianek. Widzę, jak dziewczynie cieknie ślinka – pewnie widywała je tylko na publicznych ekranach. Ale nie sięga po kubek. Jeszcze się boi.
– Powiedz mi, moja Chyba-Sybil… Czy wiesz, co chcieli z tobą zrobić?
Znów kręci głową.
– A chcesz poznać, co wybrałam dla ciebie ja?
Unosi wzrok i w tym, co mam na twarzy, widzi odbicie swojej. Kiwaniem odpowiada – niepewnie, jakby chciała stać się niewidzialna.
Wtedy zdejmuję maskę. Powoli. Odkładam ją na suknię.
Jej twarz odzwierciedla całe spektrum emocji: od zaskoczenia, przez przerażenie, po coś w rodzaju niemego uwielbienia. Drży. Widzi mnie – nie Lisicę. Nie postać z opowieści, które mrożą krew w żyłach. Może nawet instynktownie dostrzega pewne podobieństwo do siebie, choć jeszcze nie umie go nazwać.
– Dion przygotuje ci sypialnię – mówię cicho.
Matka, która właśnie odzyskała swoje dziecko.
Dodaję:
– Od jutra będziesz kroczyć za mną jako mój cień. Tak jak ja niegdyś stałam się cieniem Soni.
I wtedy przychodzi myśl. Cicha. Głęboka. Najbardziej bolesna ze wszystkich: „To czułaś wobec mnie, mamo? Taką mnie widziałaś – i dusiłaś to w sobie? Bo wiedziałaś, co będziesz musiała mi zrobić?”.
Nie mówię tego na głos. Jeszcze nie.
Ale wiem, że przyjdzie ten moment. Dzień, w którym założę Sybil – Błękitnej Lisicy – maskę. Gdy będzie gotowa. Gdy mnie znienawidzi.
Historia zatacza kręgi. Zmieniają się tylko barwy i twarze Lisicy.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Thorin
2025-09-05 at 17:08
Niektóre feministki przekonują, że matriarchat to system nieporównanie lepszy od tego, co mamy dziś, swoisty raj utracony, który wyparła przed wiekami męska przemoc.
A ja myślę, że matriarchat, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniał – wyglądał właśnie tak. Okrutna pustka rytuałów powtarzanych tylko dlatego, że hołdowały im poprzedniczki. Napawanie się władzą dla samej władzy. Uświęcony sadyzm. Byl powód, dla którego nasi przodkowie go obalili.
I trzeba mieć nadzieję, że ktoś, jakiś następny Dion, obali też tyranię Lisic. Równie okrutnych dla 'obiektów’ co dla swoich córek. No bo jeśli nie – to po co istnieć w tak nieludzkim świecie?
Opowiadanie wspaniałe, wizja koszmarna do granic wyobrażenia.
Androidka
2025-09-07 at 20:36
Dzień dobry,
dziękuję za uważną lekturę i interpretację. Zostaję przy „śmierci autora”: po publikacji tekst nie należy już do mnie, tylko do czytelników. Każde autorskie „dopowiedzenie” zawęża mapę możliwych znaczeń. Wolę, gdy to ich wrażliwość wyznacza trajektorię odczytu — i twój komentarz jest tego najlepszym przykładem.
Megas Alexandros
2025-09-06 at 14:31
Jestem pod wielkim wrażeniem tego opowiadania – zarówno jego strony warsztatowo-językowej, jak i fabuły. Narracja jest prowadzona świetnie, a świat przedstawiony – jest przerażający, między innymi przez niedopowiedzenia. Chciałoby się znać odpowiedzi na wiele pytań, m.in.:
– co się stało z zewnętrznym światem, z morzami i lasami, że teraz mogą być już prezentowane wyłącznie na holoekranach?
– jak wygląda równowaga sił między Lisicami i tą neoarystokracją, która zdaje się sprawować rządy?
– czemu służy cykl wymiany Lisic?
– gdzie zdążają Lisice, gdy przekażą władze kolejnym?
– po co tworzone są 'narracje’ na unikatowych piętrach, czemu naprawdę służą?
– czym tak naprawdę jest Rzeźnia (poza miejscem egzekucji)? Źródłem mięsa spożywanego przez mieszkańców tego świata, czy np. źródłem organów do transplantacji, a może jednym i drugim?
a jednak mam świadomość, że jakakolwiek odpowiedź na te pytania strywializowałaby kreację świata, uczyniła go mniej tajemniczym i pełnym grozy.
Androidce udało się na niewielkiej w sumie przestrzeni kilkudziesięciu stron opowiadania stworzyć postapokaliptyczną antyutopię porównywalną z najlepszymi w tym gatunku, właśnie dzięki umiejętnym posługiwaniem się niedopowiedzeniami, pozostawieniem przestrzeni dla wyobraźni Czytelników, która wypełni te luki ich własnymi koszmarami. I za to należy się jej najwyższe uznanie.
Pozdrawiam
M.A.
Androidka
2025-09-07 at 20:52
Odpowiem na wszystkie twoje pytania jednym cytatem wielkiego reżysera: „For me, everything is crystal clear. But it’s not always so clear for others”.
»Androidce udało się na niewielkiej w sumie przestrzeni kilkudziesięciu stron opowiadania«
Mój redaktor, który wspólnie ze mną poskramiał Edytę sosem armadillo i wędzoną słoniną, nie zgodziłby się z określeniem „niewielkiej”. Tak go to wymęczyło, że potrzebował wakacji.
»stworzyć postapokaliptyczną antyutopię porównywalną z najlepszymi w tym gatunku«
Aw, dziękuję. Staram się z każdym tekstem, chociaż wewnętrzny impostor zawsze syczy do uszka „Nikt tego nie będzie chciał czytać”. A potem trafiasz na recenzję czegoś takiego jak Rozdarty i płaczesz w kąciku.
»pozostawieniem przestrzeni dla wyobraźni Czytelników, która wypełni te luki ich własnymi koszmarami«
Tu pozwolę sobie na inny cytat reżysera, tym razem pana Eggersa. Zapytano go, czemu jego film VVitch (u nas znany jako Czarownica, baśń ludowa z Nowej Angli) kończy się w taki sposób, odpowiedział: „Lubię szczęśliwe zakończenia”.
Acz każdy zobaczy, co będzie chciał.
Dziękuje za wnikliwy komentarz i pozdrawiam serdecznie.
Velaya
2025-09-06 at 18:09
Fascynujące jest, jak dialogują ze sobą opowiadania, które w tym tygodniu pojawiły się na Najlepszej. Najpierw mieliśmy opowiadanie o męskich lękach kastracyjnych. Teraz – kobiecą fantazję o kastracji. Tamten jednak tekst był krótki i dowcipny – ten jest śmiertelnie poważny i zabarwiony niezliczonymi tragediami. Najpierw zostaje wytrzebiony Dion, a potem główna bohaterka – której odbiera się na zawsze możliwość urodzenia kolejnych dzieci. Po drodze niszczone jest życie wielu, wielu innych ludzi. Wszystko to w imię podtrzymania dziwnych i nieludzkich porządków, których elementem są rządy lisic.
Androidka
2025-09-07 at 21:08
Dzień dobry,
dziękuje za komentarz i kolejną ciekawą, szczególową opinię.
Cóż, opowiadanie kolegi Marcina pewnie przeczytam (podobnie jak kolejny cykl towarzysza Jammara muszę w końcu nadrobić), acz ostatnio spotkałam się ze stwierdzeniem: „Książki powinniśmy traktować jak butelki w domowej winnicy. Nie pije się Château Mouton Rothschild, bo się go kupiło i stoi, ale dlatego, że jest na niego odpowiedni moment”.
»Tamten jednak tekst był krótki i dowcipny – ten jest śmiertelnie poważny i zabarwiony niezliczonymi tragediami»
Cóż, przy tworzeniu sięgam po tych, których sama podziwiam i zaręczam, nie bez powodu Tomp zapowiedział mnie słowami:
„Androidka nie pisze dla Waszej przyjemności, o Czytelnicy. Ona pisze, by wstrząsnąć. Jak się da, to Ziemią, Galaktyką. A jak się zaprą, to chociaż Wami.
W jej tekstach nie znajdziecie wesołości czy beztroskiej niefrasobliwości. Ona nimi gardzi. Zapomnijcie o lekkich tematach i „porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy ją czytujecie”. W jej utworach wstąpicie w mroczne czeluście, w których happy end jest słowem nieznanym, a światła nie widać nawet w tunelu”.
Te najbrutalniejsze, przerażające nadal są w zamrażarce. I słowami, które zapowiadał nigdy niezrealizowany trzeci film z serii i kończyły Conana Niszczyciela:
„Conan nadal opłakiwał swoją Valerie. Szukał przygód w najdalszych zakątkach świata i wiele trollów padło pod jego sandałami. Aż wreszcie znalazł już swoje królestwo i jego strudzone skronie zwieńczyła korona… ale to już inna historia”
powiem, że może i je wydobędę z czeluści zamrażarko-zmywarki z funkcją obierania warzyw.
Jeszcze raz dziękuje za komentarz i opinie, która podobnie jak Thorina, potwierdza: „Każdy znajdzie coś innego w tym samym utworze i nie warto z tym dyskutować”.
unstableimagination
2025-09-08 at 09:12
Purpurową Androidkę czytam ostrożnie.
Przeskakuję z akapitu na akapit z podkulonymi emocjami. Uważnie, by jakiś drastyczny moment nie chlasnął mnie po duszy za mocno.
Trochę takie stąpanie boso między kawałkami rozbitych luster.
Mimo ostrożności, nie obywa się bez pociętych podeszw.
Zostawiam czerwone ślady stóp na zimnym marmurze. Szkarłatne jak sukienka Lisicy.
Boli, ale było warto.
Po raz kolejny wielkie brawa dla Ciebie, Autorko.
Czytelnik ani się obejrzał, a cały świat już powstał w jego głowie. Bez wysiłku, niemal od niechcenia.
Osobiście w Lisicach widzę potęgę zakonu Bene Gesserit. Wielopokoleniowa hodowla Obiektów, być może w poszukiwaniu genetycznego ideału. Dotyk i słowo Lisic potężne jak Głos.
Mężczyźni nie wypadli najlepiej: baron jedynie odrobinę lepiej od Vladimira, pozostali to pozbawione męskości dodatki do swojej Lisicy.
Gorzej niż Ken przy Barbie.
Brawa również dla Redaktora, choć nie wiem, ile dokładnie tu jego zasługi w pięknie języka, i tym, jak słowa płyną, malując obrazy i emocje bez żadnych zgrzytów.
Nie wiem, choć się domyślam.
Czuję też, że niektóre metafory zostały okupione dramatycznymi bitwami z Autorką.
Dramat przerwanego macierzyństwa oddany w sposób, w którym nawet czytelnik-mężczyzna czuje stratę i ból gdzieś w podbrzuszu.
Mleko i łzy na poduszce…
Czy ten świat jest koszmarny do granic wyobrażenia?
Dla mnie jest fascynujący i niestety uszyty z bólu naszego własnego świata. Nie ma tam nic gorszego, co nie działoby się tu i teraz – w każdej chwili.
Androidko, pisz, proszę. Pisz i publikuj. Jak najwięcej.
Androidka
2025-09-10 at 17:53
»Trochę takie stąpanie boso między kawałkami rozbitych luster. Mimo ostrożności, nie obywa się bez pociętych podeszw. Zostawiam czerwone ślady stóp na zimnym marmurze.«
Ależ się świąteczna atmosfera zrobiła. Zupełnie, jakbyś biegał w przepoconej żonobijce, polował na Hansa Gruberra i rzucał jakieś jednolinikowce na zasadzie „Yippee-ki-yay”. ≽(•⩊ •マ≼
»Po raz kolejny wielkie brawa dla Ciebie, Autorko«
Dziękuje, staram się za każdym razem, ale jak już pisałam: wewnętrzny impostor szepcze nieustannie. Zresztą, można by napisać cały oddzielny tekst o tym, jak wyglądał pierwotny pomysł na to opowiadanie.
»Brawa również dla Redaktora, choć nie wiem, ile dokładnie tu jego zasługi w pięknie języka, i tym, jak słowa płyną, malując obrazy i emocje bez żadnych zgrzytów«.
Stwierdziłabym, że gdyby nie jego cierpliwość i dobra wola, to prawdopodobnie ten tekst wróciłby do zamrażarki na wieczność. Rzadko sobie zdajemy sprawę, że redaktor jest pierwszym ogniwem między Wizją Autora a Zrozumieniem Przez Czytelnika. Stąd też należy się im największy szacunek.
»Czuję też, że niektóre metafory zostały okupione dramatycznymi bitwami z Autorką«.
Ofiar śmiertelnych nie stwierdzono (jeszcze, bo to nadal „jeden z tych krótkich”).
Dziękuje za komentarz i miłe słowa, które pozwalają karmić chomika biegającego w dynamo pod farelką w celu odgrzania kolejnych tworów z zamrażarki.
PS:
»Gorzej niż Ken przy Barbie.«
Mają zaskakująco dużo wspólnego…
Yen
2025-09-08 at 10:37
Witajcie!
W piątek zobaczyłam, że na NE jest nowy tekst Androidki i serce zabiło mi mocniej 🙂 Jednak odłożyłam czytanie na chwilę, kiedy będę miała odpowiedni nastrój.
Było warto.
Świat wykreowany przez autorkę nie jest opisany wprost – jego elementy poznajemy stopniowo, jakby w odbiciach lustrzanych powierzchni: mamy holookna, mamy Opiekunów, Rzeźnię, niemal niedostępne prawdziwe drewno. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mogłam skupić się przede wszystkim na emocjach, które sprawiły, że perypetie Lisicy pochłonęłam jednym tchem.
Bezbłędny, oszczędny styl Androidki zachwyca mnie już po raz drugi. Nie marnuje słów, nie przytłacza przymiotnikami, a krótkie zdania trafnie oddają uczucia. A tych, kryjących się pod maskami, jest naprawdę wiele.
Bez trudu wyobrażałam sobie obrazy kreowane przez autorkę. Widziałam srebrne maski, szkarłatne suknie, różowe tiule i sztucznie generowane widoki. W naturalny sposób weszłam też w sytuację młodej Lisicy, polubiłam ją, zaintrygowała mnie zarówno ona, jak i pani Sonia.
Widzę tu ogromny potencjał na powieść, w której Androidka mogłaby rozwinąć stworzony świat. Jednocześnie opowiadanie w pełni broni się samo — ukazuje złożoność systemu i daje dokładnie tyle informacji, ile potrzeba. Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi (choćby tych stawianych przez Megasa), ale nie przeszkadza to w odbiorze.
Jestem pod ogromnym wrażeniem i z pewnością sięgnę po wszystko, co Androidka jeszcze opublikuje.
Megas Alexandros
2025-09-09 at 11:42
Cześć Yen,
przyznam, że też postała mi w głowie myśl, że powyższy tekst to niezłe przygotowanie gruntu pod powieść, ale obawiam się, że skoro atutem kreacji tego świata jest niedopowiedzenie, to w dłuższym tekście ów atut mógłby zostać rozwodniony albo i kompletnie utracony. Zbyt wiele dowiedzielibyśmy się o świecie Lisic, a przez to byśmy go oswoili.
Oczywiście, możliwe jest, że Androidka znalazłaby sposób na ominięcie tej rafy. Nawet jestem ciekaw, jak by sobie z tym poradziła 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Yen
2025-09-10 at 09:31
Witaj! Też tak to odbieram – fragmentaryczny świat ma w sobie dużo uroku i tajemniczości, co jest atutem tekstu. Prośba o jego rozwinięcie w powieść wynika z egoizmu – chciałabym poczytać więcej o świecie, w którym funkcjonują Lisice.
Androidka
2025-09-10 at 18:24
Cześć, Yen!
»Jednak odłożyłam czytanie na chwilę, kiedy będę miała odpowiedni nastrój«
Odpowiednio przechowywane i serwowane w temperaturze pokojowej z kaszmirowym kocykiem opowiadania Androidki najlepiej smakują z fetą, prażonymi makadamii i suszonymi morelami. Przed użyciem zaparz ulubioną herbatę lub przygotuj inny ulubiony trunek.
»Bezbłędny, oszczędny styl Androidki zachwyca mnie już po raz drugi. Nie marnuje słów, nie przytłacza przymiotnikami, a krótkie zdania trafnie oddają uczucia«.
Och, nie słódź tak, bo będę musiała iść po glukometr i insulinę.
»Widzę tu ogromny potencjał na powieść, w której Androidka mogłaby rozwinąć stworzony świat«.
Powieść może nie, bo moja samoocena pisarska mierzona jest w mikronach (stąd: gdzież mi tam do bycia taką, którą ktoś będzie chciał wziąć do domu z Empika czy innej Taniej Książki), ale ktoż to wie, co przyniesie przyszłość (poza Wróżką Kamelią i jej kasztanem)? Tylko trzeba podnieść możliwie wysoko ręce i wysłać energię do mojego redaktora, by miał siłę i cierpliwość na kolejną przeprawę przez chaszcze chaosu światotwórstwa na modłę duetu Miyazaki-Martin i próbę uchwycenia specyficznego stylu audiowizualnego ukochanych twórców słowem pisanym (jak choćby sensowne stworzenie iluzji przenikania się równoczesnego kilku płaszczyzn narracyjnych w tym samym czasie).
»Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi«
Tajemnice dodają kolejną warstwy do dzieła, sekrety proszą się o odsłonięcie. Pierwsze jak długo są żywe, stanowią okazje do spekulacji i teorii, drugie często rozczarowują swym rozwiązaniem.
»Jestem pod ogromnym wrażeniem i z pewnością sięgnę po wszystko, co Androidka jeszcze opublikuje«.
To idę kupić drugi kołowrotek do farelki i przygotowywać pampuchy na uspokojenie dla redaktora, kiedy podrzucę mu kolejną mrożoną wędzonkę.
Dziękuje za lekturę i pochlebstwa. Im ich więcej, tym cieplej na pompie centralnej zasilającej obwody płynem odżywczym
(albo to utrzymująca się od soboty gorączka i denerwowanie się w Lie of P).PS: Zawsze też można sięgnąć do inspiracji Androidki na tworzenie. ≽(•⩊ •マ≼
Yen
2025-09-15 at 08:46
Zadziwia mnie Twoja skromność!
Tomp
2025-09-10 at 21:33
No i wreszcie redaktor wrócił z wakacji i się odzywa.
Właściwie nie mam już wiele do powiedzenia, bo komentatorzy i autorka temat niemal wyczerpali.
Napisałem Androidce, że ponieważ zawsze bardziej lubiłem cyzelować teksty niż je tworzyć od zera, to większą przyjemność daje mi dopieszczanie jej dobrych do znakomitych niż własnych niezłych do dobrych. I to jest odpowiedź dla Unstableimagination: moja rola w redagowaniu Lustra Lisicy była czysto techniczna i sprowadzała się do wygładzania i ukazywania konsekwencji. Czy te konsekwencje idą wbrew intencjom autorki, czy nie, decydowała Androidka.
Z ciekawostek redakcyjnych:
„Bitwy z autorką” były raczej na poduszki niż na poważnie. Dyskutowaliśmy chyba tylko o piankach („kakao z pianką” = z piankami cukrowymi, bo to początkowo nie wybrzmiało) i o tej resekcji macicy. Uważałem, że kwestia resekcji jest niejasna (sam to pojąłem dopiero przy trzecim „obrocie” redakcyjnym) i niepotrzebna, ale jak widać nie miałem racji, bo Velaya nie miała problemu z jej zrozumieniem. Jest to przykład, że dobrze jest mieć redaktora nieco mniej domyślnego od średniej czytelniczej.
Samo dzieło Androidki jest piękne dlatego, że jest tak różne od typowego „jebanka” prezentowanego jako „literatura erotyczna”, jak tylko rożne może być. I choć sposób pisania Androidki jest zupełnie różny od mojego (np. przez brak morału), to z całą pokorą przyznaję, że to jej udaje się porwać tłumy. A w tłumie i mnie.
Thorinowi odpowiem, że ewentualnej zmiany chorego świata Lisic spodziewałbym się raczej po oporze kolejnej następczyni niż po buncie męskich elit czy poddanych. Bo co by się stało, gdyby Ester, pamiętając swoją traumę pozbawienia macierzyństwa, nie odebrałaby go Sybil? Albo gdyby Sybil wybrała rolę Obiektu? Kro byłby wtedy następcą?
Unstableimagination: Twoje komentarze (skakanie z podkulonymi emocjami, stąpanie boso wśród odłamków luster, czerwone ślady na marmurze) tworzą nową poetycką jakość. Chapeau bas. Jakbym ja umiał tworzyć takie przenośnie, zaszedłbym daleko. Liczę, że Ty zajdziesz.