
Annie Chartrand, „Did You Miss Me?”, CC BY-NC-ND 2.0
Rozdział 1
Słońce opierało się o dachy najbliższych budynków i zalewało ulice czerwoną poświatą zbliżającego się zmroku. Nie miałem najmniejszej ochoty na to, by wstać i opuścić żaluzje. Wieczorami na nic nie miałem ochoty. Moja jedyna ochota mieściła się po przeciwnej stronie ulicy, w spartańskim wnętrzu oficyny, gdzie jakiś dobry Wietnamczyk zechciał śnić swój ,,amerykański sen” karmiąc i pojąc komiwojażerów, kierowców ciężarówek zaopatrujących w to wszystko, co jest potrzebne, by miasto mogło przetrwać upalny, prawie letni dzień, chłopców na posyłki, listonoszy, policjantów, miejscowych chuliganów, a na samym końcu i mnie. Opuściłem tylko kapelusz niżej, tak by rondo oparło się o mój nos. Nos, jak każdy nos w mojej profesji, przeżył więcej niż jego właściciel, i nikt już nie policzy, ile razy pielęgniarki w przygodnych ambulatoriach, szemrani medycy z dyplomami z daleka śmierdzącymi ordynarnym fałszerstwem lekarzy, albo policyjni lekarze składali go w jedną całość, by choć trochę przypominał swoje pierwotny kształt. Mogłem teraz otworzyć oczy, nie ryzykując oślepienia. Byłem zmęczony tym cholernym upałem, rozgrzewającym miedziane blachy domów pamiętających jeszcze prezydenta Roosevelta i zamieniającym asfaltowe nawierzchnie ulic w potoki lepkiej mazi, w której grzęzły opony aut i buciki młodych dziewczyn, które w taki żar poprawiały swój nastrój kupując nowe sukienki w małych, rodzinnych sklepikach. Theodora Roosevelta, a nie tego biednego inwalidę Franklina. Byłem zmęczony miastem i byłem mocno zmęczony robotą, którą wykonywałem z coraz mniejszym zacięciem. Śmieciarz może być przecież zmęczony.
Tego miejsca nigdy nie da się wyczyścić tak dokładnie, jakby się chciało. Nigdy miejscowi śmieciarze nie poczują satysfakcji z dobrze wykonanej roboty i nigdy nie wrócą do swoich domów i swoich rodzin z uśmiechem na ustach świadczącym o spełnieniu obowiązku. Miasto, nawet takie małe jak te, to nie salon w domku na przedmieściu, ani – w mniejszej skali – pokój w kawalerce, w bardzo podobnych do siebie kamienicach. Nie będzie nigdy nieskalanego odrobiną kurzu porządku. Śmieci bowiem rodzą się same, z tych wszystkich miejskich odpadów, z każdego rzuconego na beton chodnika peta, z opakowania batonika zawierającego odrobinę zmielonych ziaren zboża, mnóstwa cukru oraz gumy arabskiej, dodanej po to, by cały ten bajzel trzymał się kupy.
Powietrze wylatujące z moich płuc zaświszczało pomiędzy pokiereszowanymi zębami i wyleciało w pustą przestrzeń przede mną, po drodze wprawiając wykrzywione uśmiechem stoika usta w lekkie wibracje. To był ten rodzaj westchnienia jakiego starałem się unikać. Było zbyt teatralne jak na moją wrażliwość. Wrażliwość śmieciarza do wynajęcia za marne dwadzieścia dolców, plus koszty. Czasem tylko pojawiała się niewielka premia, która pozwalała mi utrzymać wynajęty pokoik udający poważne biuro i starczała na utrzymanie w stanie znośnym jasnoszarego Forda Mercury 1940. Cwaniak z niego. Udało mu się przeżyć osiem lat ciężkiej, fizycznej harówki i jeszcze miał młodzieńczą siłę na wykonanie ostatniego zrywu. Większy cwaniak ode mnie. Tylko poczucie obowiązku wobec klienta pozwoliło mi ruszyć się z miejsca, sięgnąć do kieszeni spodni po chusteczkę do nosa nadającą się jeszcze do użycia i wytarcia spływających spod kapelusza strużek potu. Wstałem z fotela, podszedłem do ściany i przekręciłem wyłącznik sufitowego wiatraka. Był i tak bezużyteczny przy tej pogodzie i jego łopaty rozganiały w powolnych obrotach kilka much walczących ze sobą pod sufitem. Przypominały mi widok samolotów latających nad naszymi głowami, byśmy mogli w spokoju robić swoje. Uśmiechnąłem się i na cały głos zadałem dziecinne pytanie:
– Przyznać się, muchy! Które z was to ,,Zeke’’, a które to ,,Wildcaty’’?!
Odpowiedzi się nie doczekałem.
Na starym biurku, które kiedyś stało w gabinecie kierownika jakiejś osiedlowej szkoły podstawowej, leżały moje szelki z przypiętą do nich wielką kaburą do kija od miotły. Handbrusche. Mauser C96, wymyślony przez miłujących pokój braci Mauser jeszcze w czasach kaisera Wilusia. Przywiózł go z Europy do domu mój instruktor strzelania, i jednocześnie przełożony w pracy, z Wielkiej Wojny za oceanem. Nauczył mnie być policjantem, a potem zginął, zastrzelony zupełnie banalnie, podczas obrony ulicznego kiosku z gazetami, przez bezmyślnego śmiecia, jakich pełno było w tamtych czasach na ulicach i w salonach Santa Monica.
Bo śmiecie zawsze są tak samo brudne, te z ulicznego rynsztoka i te z wyglancowanych do klaru salonów wyrosłych z boomu przemysłowego, gdy Europa kupowała wszystko, jak leci, byleby tylko szybko i na kredyt. Wątpię, by te transakcje były choćby na wpół legalne i założę się o ostatniego papierosa, że obligacje były drukowane na pięć minut przed podpisaniem umowy. Założę się o jeszcze jedno. O to, że nie tylko ja, emerytowany glina, który udaje prywatnego detektywa, doszedł do identycznego wniosku. I, tak jak ja, nie może nic z tym zrobić, bo przecież istnieje prawo. A prawo okazuje się zbyt skostniałe, by to uwzględnić w swoich zapisach. Może kiedyś to prawo się zmieni i powstaną grupy specjalnych policjantów? Już nie takich otępiałych osiłków, jak dzisiejsze krawężniki, ani tak zmęczonych życiem facetów z brzuchami jak mój, ale dżentelmenów w drogich garniturach, nieskazitelnie białych kołnierzykach koszul i ze złotymi spinkami do mankietów wykładami brylantami, absolwentów Harvardu i MIT, których jedynym obowiązkiem będzie być cwańszym od cwaniaków z Wall Street.
Mauser Bolo, bo tak się tutaj nazywał, na pewno nie był idealnym pistoletem dla detektywa. Był cholernie duży i każdy ślepiec z białą laską, niezdarnie włóczący się trotuarem zauważyłby go po każdą marynarką. Miał jednak dwie wielkie zalety. Mogłem przypiąć przedłużony magazynek z dwudziestoma pięcioma dziewięcio-milimetrowymi nabojami, które powalały na ziemię konia, a co tu dopiero mówić o człowieku. By go zastąpić musiałbym mieć dwie ,,jedenastki”. Tylko że ja nie mam czterech rąk. O dwa rozmiary za duża marynarka wisiała na oparciu krzesła. Musiała być za duża, bym miał cień szansy na schowanie tej armaty. Jeszcze raz przetarłem czoło i skronie, założyłem szelki, na nie marynarkę, obejrzałem się, czy chesterfield dopalił się w popielniczce, otworzyłem drzwi i wyszedłem. W przedpokoju pełniącym zaszczytną funkcję poczekalni, a w której nikt nigdy nie czekał, potknąłem się o krzesło postawione, nie wiem czemu, na samym środku, zakląłem słowiańskim krótkim przekleństwem oznaczającym matkę kobiety zarabiającej dupą, którego nauczyli mnie koledzy mojej czasów pracy na Greenpointcie, a które było tak dźwięczne i trudne do prawidłowego wymówienia i odstawiłem je znów na swoje miejsce. To znaczy pod ścianę.
Duże, ujęte w ramę z pokrytego zdobieniami wiśniowego drewna lustro wisiało na swoim miejscu. Udałem, z teatralnie przesadzonym grymasem, zdziwienie na twarzy, że wciąż wisi tam, gdzie wisiało zawsze i sprawdziłem, czy nadal mogę popatrzeć samemu sobie w oczy. Mogłem, choć było to coraz trudniejsze. Zbyt mocno różniłem się od tego chłopaka z fotografii stojącej na biurku i przedstawiającej absolwentów szkoły oficerskiej. To nie o wygląd mi chodzi, choć można doszukać się jeszcze podobieństwa, ale o to, czym różnią się wyobrażenia idealisty od prawdziwej pracy z ludźmi, których obiecałem chronić ode złego. Przez te lata mocno wyblakły policyjne ,,blachy”, a definicje dobra i zła rozmyły się ze sobą tak, jak farbki wodne pierwszoklasistów uczących się trudnej sztuki malowania domków dla lalek.
Z Marines wyniosłem kilka szram i fryzurę. Krótko przystrzyżone włosy, podgolone wysoko na skroniach i ścieniowane na kraku, z długą czupryną na górze, mieściły się dokładnie pod kapeluszem. Kiedyś miały nawet kolor, lecz od dawna były już srebrzystoszare. Uszy przetrwały płytkie okopy malutkich, nieznanych wcześniej pacyficznych wysepek i wciąż miały swój regularny kształt. Szczęka tylko cudem nie odpadła od czaszki po wszystkich walkach bokserskich na gołe pięści. Niektórym kobietom moja twarz mogła się nawet podobać. Jasnoniebieskie oczy widziały wszystko i przekazały obraz do mózgu. A tam rodziły się myśli i wnioski. Tym zarabiałem na życie. Myśleniem i łączeniem ze sobą faktów. Zarabiałem na życie samotnika.
Nie wytrzymałbym codziennych pytań ,,jak w pracy, kochanie?”, ,,chcesz hamburgera, czy wolisz pizzę?”, ,,wyskoczymy gdzieś na miasto, by zjeść kolację?” Nie odnalazłbym się w czymś tak banalnie nudnym, jak małomiasteczkowa stabilizacja i ciche, spokojne rodzinne stadło, z żoną może i niezbyt urodziwą, niezbyt lotną, lecz dobrze gotującą, kochającą dzieci i uśmiechającą się na rodzinnych fotografiach uśmiechem z reklam past do zębów.
Spojrzałem w lustro, tym razem nie myśląc i jeszcze raz skrzywiłem usta w uśmiechu. Marynarka z lnianej przędzy ukrywała dobrze moją broń, spodnie nadal zachowały kanty, a buty nie wyglądały tak, jakbym je ukradł śpiącemu włóczędze. Mogłem wyjść, by pokazać się wśród ludzi i nie być straszydłem na niegrzeczne dzieci, którym głupie mamy grożą starą śpiewką:
– Jak będziesz niegrzeczny, to ten pan ciebie zabierze!
,,Zjem coś na dole, a potem dopiero pojadę do tego szemranego hoteliku i trochę popytam się ochrony. Może skuszą się na dziesięć jednodolarowych banknotów i puszczą parę z gęby? Wezmę butelkę southern comfort, bo to pomaga w rozmowach budując atmosferę wzajemnego zrozumienia” – pomyślałem, przekręcając klucz w drzwiach. Odwróciłem się w typowym dla każdego weterana odruchu przez lewe ramię i ruszyłem korytarzem w stronę windy. Żarówki w lampach wiszących pod sufitem rozgrzewały się dopiero i przez chwilę nie widziałem nic. Co mógłbym, zresztą, tu zobaczyć? Tylko rząd drzwi po obu stronach, zieloną, olejną lamperię i biały tynk na suficie. Nie stać mnie było na wynajęcie biura w lepszej dzielnicy, ale nie dbałem o to. Dbałem tylko o interesy klientów. Cokolwiek to mogło znaczyć, byle tylko było dopuszczone przez prawo.
Nacisnąłem przycisk przywołania i czekałem na przyjazd windy. Siłownia ożyła , jakbym dotknął magicznej różdżki i cały, o tej porze pusty już budynek zadrżał od wysiłku maszynerii równie starej jak mury. Powinienem iść schodami, ale i one nie były wcale w lepszym stanie. Żaden wybór, czy połamię sobie nogi potykając się o dziury po wytłuczonych i startych płytach ze sztucznego kamienia, czy w lądującej cztery piętra niżej windzie. Przyjechała po dobrej minucie i z równie zawrotną szybkością zwiozła mnie na dół. Wsunąłem dłonie do kieszeni marynarki i skierowałem się wprost do knajpy. Znów szpetnie zakląłem, gdy buty utknęły w rozmiękłym asfalcie ulicy.
,,Dobra, jutro zrobię spacer po sklepach i kupię nowe. Nawet jak dla mnie cztery sezony to za długo”– myślałem, gdy przechodziłem przez wahadłowe drzwi ,,Saigonu”. Stary, zgorzkniały i pomarszczony jak zwiędła reneta Wietnamczyk podniósł głowę znad księgi rachunkowej, spojrzał na mnie i udał, że umie się uśmiechać.
– Dzień dobry, mister Lovenhertz. Podać coś do jedzenia? – zapytał nienaturalnie poprawną, książkową angielszczyzną, a potem dodał:
– Musi pan jeść, bo źle pan dziś wygląda.
– Też mi odkrycie? Wyglądam tak samo, jak wczoraj i jak przedwczoraj. Od kilku lat wyglądam tak samo źle. Daj to, co zwykle i przestań mi ojcować, przyjacielu.
Usiadłem na wysokim stołku i spojrzałem mu w oczy. Milczałem i zastanawiałem się, dlaczego lgnę do takich ludzi? Zwykłych, poszarzałych, niewidocznych. Z sercami jak brylanty. Domyślił się, o czym myślę, a może po prostu wyczytał to z mojego czoła, bo przerwał niezręczną ciszę:
– Mówiłem, byś coś zjadł, a nie wypił.
– Nie mam czasu na jedzenie porządnych, gorących obiadów. Muszę ratować małżeństwa, majątki, chronić przed skandalami córki bogobojnych rodziców, które pakują się w erotyczne kłopoty, a także synów marnotrawiących rodzinne majątki na owe dziewczyny z nadmiarem libido.
Nic nie odpowiedział. Odwrócił się do oszklonego regału zastawionego butelkami z alkoholem, wybrał właściwy bourbon, wyjął nową, pełną butelkę i postawił ją na ladzie. Pochylił się, by spod baru wydobyć szklankę z rżniętego szkła. Stał z nią w ręku, gdy zapytał:
– Pracujesz synu, czy masz już wolne, bo nie wiem, co mam ci podać?
– Mam niedokończone zlecenie na bardzo grubą robotę. Muszę jeszcze być w formie. Postaw szklankę. Butelkę odbiorę rano. Jeśli będzie jakieś ,,rano”.
Stary człowiek popatrzył na mnie oczami pełnymi wschodniego stoicyzmu i wydawało mi się, że chciał jeszcze coś powiedzieć, ale on milczał, bo nic nie musiał mi mówić. Wiedział przecież, że jestem jedynym Amerykaninem, który rozumie ciszę i jego milczenie. Mam wypić powoli wódę i jednocześnie dać odpowiedź na proste pytanie:
– Czego ty chcesz, synu?
Cichy Azjata wciąż patrzył w moje oczy. Milczał. Tacy ludzie nie otwierają gęby, gdy nie ma takiej potrzeby. Teraz właśnie nie było. Wciąż stał sztywno ze szklanką w dłoni, zawieszoną nad blatem jak w stopklatce w starym, niemym filmie.
– Postaw ją wreszcie i nie drocz się ze mną. Nalej do połowy. Do połowy pełną – to był raczej szept, niż cokolwiek innego. Bałem się głośniej odezwać.
– Nie droczę się z tobą. Droczę się z twoją kobietą.
Co miałem odpowiedzieć?
– Przecież ja nie mam kobiety. Nie mam żadnej kobiety, nie tylko takiej, o której powiedziałbym ,,moja”.
– To miej. Ja przestanę się droczyć i wreszcie nie będę do ciebie mówił ,,synu”. Gdy zadzwoni, pytając, czy tu jesteś, to odpowiem, że od dawna cię nie widziałem, a potem, gdy odłożę słuchawkę, naleję ci do pełna następną szklankę.
– Wiesz co? Spierdalaj do tej twojej Azji!
Zaśmialiśmy się obaj i nastrój zniknął tak samo nagle, jak się pojawił.
– Przepraszam.
– Nie przepraszaj, synu. Nie masz za co mnie przepraszać. Lepiej zrobisz, gdy pokażesz się kiedyś tutaj, gdy będę otwierał drzwi i zamówisz dwie szklanki tej twojej kiepskiej wódy.
– Southern comfort nie jest kiepska.
– Dla mnie jest. Wiesz? W mojej wsi taki jeden staruszek pędził bimber. W dżungli, by Francmani go nie złapali. Nauczył się tego w czasach sprzed Wielkiej Wojny, w Legii Cudzoziemskiej od pewnego Żyda. To dopiero była wódka! Jak on ją nazywał? Już sobie przypomniałem: ,,Paltse leesats”.
Wypiłem, dzieląc alkohol na dwie połowy. Odstawiłem szklankę na ladę, sięgnąłem do kieszeni po zmiętą niemiłosiernie dwójkę, rozprostowałem ją starannie i podałem przyjacielowi. Otworzył automatyczną kasę, przez chwilę przyglądał się smutno w prawie puste przegródki i włożył ją obok banknotów jednodolarowych.
– Zachowam butelkę na rano. Pamiętaj, by ją zabrać. I nie musisz pamiętać o portfelu, mister.
Puściłem mu oko. Optymista. On wierzy, że przyjdę rano. Ja już tego taki pewny nie byłem. Poprawiłem mausera pod marynarką, spojrzałem jeszcze raz do lustra zamontowanego nad barem, sprawdziłem czy gliniarz z drogówki nie będzie miał się do czego przyczepić i wyszedłem na zewnątrz. Mercury stał tam, gdzie go zostawiłem. Usiadłem za kierownicą, przechyliłem ponad prawe siedzenie i wyjąłem ze schowka plan miasta. Hotel, w którym nocował zaginiony syn marnotrawny, czarna owca bogobojnej rodziny, znajdował się na przedmieściach, w ich północnym skraju, tuż przy drodze prowadzącej do niemal identycznego miasta, większego o jedyne sto tysięcy mieszkańców i szerzej znanego z tego, że leży obok miejscowej, nadmorskiej atrakcji turystycznej. By tam dojechać musiałem pokonać kilka mil. Niby niedaleko na mapie, ale to nie było kilka mil autostradą, ale wąskimi uliczkami, pełnymi zaparkowanych aut, małych ciężarówek dostawczych i skrzyżowań z ruchem okrężnym oddalonych od siebie o pięćdziesiąt jardów. Droga mogła zająć mi nawet godzinę, gdyby zdarzyła się chociażby mała stłuczka, albo policjantom zachciało się kontrolować obce numery rejestracyjne. Nafosforyzowane wskazówki zegara wmontowanego w deskę rozdzielczą były dobrze widoczne w zapadającym późnym wieczorze. Kwadrans na dziewiątą. Idealna godzina, by strudzony wędrowiec bez celu zechciał przez jedną noc wyspać się w prawdziwym łóżku. Przekręciłem kluczyk w stacyjce pod kierownicą, poczekałem aż silnik się rozgrzeje, wejdzie na obroty i nabierze wigoru, wrzuciłem jedynkę i wyjechałem zza auta stojącego przed mną.
Tuż przed dziesiątą byłem na miejscu.
Rozdział 2
Wielki szyld informujący o zjeździe z szosy oświetlony był tak, by nawet bardzo zmęczeni kierowcy ciężarówek oraz letnicy jadący z południa na północ, mogli go zobaczyć. Drogowskaz tuż za szyldem skierował mnie na drogę wyłożoną bitumiczną cegłą, oświetloną wiszącymi na łańcuchach rozpiętych pomiędzy słupami latarniami, które kołysały się teraz na boki, poruszane powiewem nocnego wiatru i oświetlały pobocze obsadzone niewysokimi drzewami. Pół mili dalej znajdował się podjazd i parking wystarczająco duży, by zmieścić nawet nowoczesne, ogromne i hałaśliwe ciężarówki na osiemnastu kołach, rozpychające się po zbyt wąskich drogach całego kraju, z szoferami, którzy nie różnili się niczym od dawnych woźniców dyliżansów. Zwolniłem, rozejrzałem się za wolnym miejscem i zatrzymałem pomiędzy dwoma ogrodowymi lampami, gdzie – paradoksalnie – było najciemniej. Tutaj samochód będzie wciąż widoczny, ale trzeba było by przyjrzeć uważniej, by odczytać znaki rejestracyjne. Dobre, dyskretne miejsce na stare auto prywatnego detektywa.
Szedłem wystudiowanym, równym i niezbyt szybkim krokiem zmęczonego długą podróżą kierowcy, z walizką w lewej dłoni. Miałem ją przygotowaną w samochodzie właśnie na takie wypadki, gdybym musiał spędzić noc poza domem, lub poza cywilizacją. Były w niej: jedna zmiana bielizny, jakaś czysta koszula, marynarka i spodnie od biedy pasujące do kompletu, szczoteczka do zębów, ręcznik i maszynka do golenia. I druga para kajdanek, oprócz tej, którą nosiłem przy sobie, gdyby sprawy mogły pójść bardzo źle.
,,Cholera, zapomniałem zabrać wódkę. Trudno, zaproszę ochronę do baru i postawię im kilka kolejek. To powinno załatwić sprawę” pomyślałem, zatrzymując się przed wejściem.
Budynek postawiono niedawno, w stylu pasującym do zabytkowej zabudowy pobliskiego miasteczka, lecz tutaj, na tym odludziu, wyglądał jak oranżeria pośrodku Sahary. Wysoki parter górował ponad zbyt dużą oficyną i piwnicami, a nad nim były dwa piętra i spadzisty dach wyłożony zabytkową dachówką pochodzącą zapewne z rozebranych miejscowych ruder albo szop. Wysokie okna zaopatrzono w zamknięte już drewniane okiennice, spomiędzy których sączyły się smugi światła padające na wybrukowany chodnik. Elewacja nie była otynkowana. Nagie, klinkierowe cegły i drewniana konstrukcja dodawały uroku i przyciągały wzrok. Spodziewałem się zastać prawie barak, a czekał na mnie prawdziwy hotel z klasą o wiele większą, niż można było oczekiwać na dalekich przedmieściach. Moja niechęć do nocnej pracy ulotniła się równie szybko jak wypłata robotnika budowlanego w połowie miesiąca, a pojawiła się ciekawość: co znajdę w środku?
Wszedłem po schodach na ganek i skierowałem się wprost ku dużym, podwójnym drzwiom umieszczonym pomiędzy kolumnami podtrzymującymi zadaszenie. Otworzyłem je z zadziwiającą lekkością. Dość szeroki hall był jasno oświetlony kinkietami i zwisającymi z sufitu kutymi w żelazie lampami w stylu gazowych latarni. Podłoga wyłożona była kamiennymi płytami, a ściany pozostawione w surowych i zimnych z wyglądu cegłach. Instalacja była odsłonięta, ale elektrycy dobrze zrobili swoją robotę i przewody ułożone na ścianach i na suficie dodawały tylko klimatu prostoty. To zupełnie nie przypominało żadnego z hoteli, w których kiedykolwiek się zatrzymywałem. Zacząłem, z zawodowego nawyku, zastanawiać się, co może kryć się pod takim dachem?
Na wprost wejścia była recepcja – zwykły, barowy kontuar, a jego jedynym wyróżnikiem było to, że zrobiony był z grubych, sekwojowych bali. Nad nim wisiała tabliczka z napisem ,,RECEPCJA” – tak, jakby ktoś mógł pomylić się z przeznaczeniem tego mebla. Po obu stronach pulpitu znajdowały się dwie pary drzwi, a za nimi schody prowadzące na piętra. Pod ścianami stał rząd klubowych foteli, stoliki na kawę i prasę, a dalej jeszcze kilka żeliwnych popielniczek. Ok. Będę miał gdzie zapalić. Odruchowo uderzyłem dłonią po kieszeni, sprawdzając, czy pamiętałem o papierosach. Syknąłem. Trafiłem dłonią wprost w drewnianą kaburę mausera i od razu poczułem to na małym palcu. Zabolało. Starzeję się, zwyczajnie się starzeję!
Podszedłem do pulpitu, przyjrzałem szafce na klucze, przesunąłem na bok książkę meldunkową i nacisnąłem przycisk. Rozległy się dwa dźwięki elektrycznego dzwonka przypominające do złudzenia prawdziwy dzwonek do przywoływania służby, a w sekundę później otworzyły się drzwi i wyszła z nich kobieta. Domyśliłem się, że musiałem być obserwowany od czasu, gdy zatrzymałem Mercurego na parkingu, bo jej reakcja była zbyt szybką, jak na zachowania zwykłych recepcjonistek w pospolitych hotelach. Drugie drzwi to na pewno biuro hotelowej ochrony. Zajrzę do nich, gdy tylko się ulokuję w pokoju. Przyjrzałem się recepcjonistce, udając, że tego nie robię. Nigdy mi się ta sztuka nie udawała, ale co szkodzi spróbować jeszcze raz?
Zobaczyłem okrągła, pełną buzię kobiety, dla której Balzac straciłby głowę i majątek, z modnym makijażem i z idealnie dobraną ciemnoczerwoną szminką na pełnych i wydatnych, lecz równych i symetrycznych ustach. Trwała ondulacja brązowo– czarnych włosów nie przesłaniała błękitu oczu, które jeszcze przed chwilą musiały mocno wpatrywać się w ciemność, bo źrenice były nadal rozszerzone i błyszczące. Mały, kształtny nosek ponad ustami dopełniał obrazu, tworząc sympatyczną, ciepłą kobiecym wdziękiem twarz. To, co widziałem, w zupełności wystarczyło, bym zaczął się niepokoić. Była zbyt pociągająca. Takie twarze miały portrety pin up girls wymalowane pod kabinami wszystkich ,,mitchelli”, ,,marauderów” i ,,flying fortress” przez artystów-amatorów zbijających fortunę na wszystkich polowych lotniskach Pacyfiku – od Henderson na Guadalcanal, aż po Clark Field na Filipinach. Była to klasyczna piękność, do złudzenia przypominająca Hedy Lamaar.
Stanęła wyprostowana za pulpitem. Zdążyłem tylko rzucić okiem poniżej, ale ta chwila wystarczyła, bym zobaczył całą jej sylwetkę. Miała widoczną nadwagę, pomimo tego była kształtnie zbudowana albo umiała przekuć mankamenty urody na atuty i tak dobierać ubrania, by biust i biodra wraz z nieco za grubymi udami były tym, co mężczyźni lubią najbardziej. Ciemno stalowa, klasyczna marynarka, ołówkowa spódnica odkrywająca kolana i odrobinę ud i biała, prawie męskiego kroju bluzka dopełniała całości wizerunku. Na stopy wsunęła ostatni krzyk mody, takie buciki, które nazywa się szpilkami – od szczupłości i długości obcasa. Czerwona, aksamitna wstążeczka zawiązana była w starannie ułożoną kokardkę wprost na szyi, ponad kołnierzykiem perfekcyjnie wyprasowanej bluzki.
– Czym mogę panu służyć? – Zapytała głosem kobiety chcącej dać odpoczynek mężczyźnie i wiedzącej, czego ten mężczyzna od niej oczekuje.
Obojętnie, co rozumiem pod słowem ,,odpoczynek”. Najchętniej odpowiedziałbym:– Wszystkim. Możesz służyć mi wszystkim. – Ale zamiast tego rzekłem:
– Mam sprawę do załatwienia poza miastem i muszę być rano w formie na tyle dobrej, by przedszkolak nie powalił mnie w pierwszej rundzie na deski. Wystarczy mi mały pokoik gdzieś na poddaszu z dyskretnymi sąsiadami, nie niepokojącymi chrapaniem. Ma pani coś takiego?
Uśmiechnęła się szerzej i tym razem to ona przyjrzała się mojej twarzy. Nie mogłem wyczytać z jej miny, czy oględziny wypadły dobrze, bardzo dobrze czy wręcz przeciwnie. Miałem za to czas, by samemu oszacować to, co mogłem zobaczyć.
Guziki garsonki się nie dopinały, bo nie mogły się dopiąć. Kobieta była o co najmniej rozmiar większa, niż ubranie, które miała na sobie. Najwyraźniej to gorset pod bluzką utrzymywał całość w stanie nieskazitelnie doskonałym. Musiałbym być oślepiony reflektorami przeciwlotniczymi, gdybym nie widział, że piersi nie mogły się utrzymać w i tak za małych miseczkach.
– Naprawdę chce mieć pan pokoik na poddaszu? Oczywiście, że mamy tam pokoje, ale nigdy jeszcze nikt nie poprosił o ich wynajęcie i są używane jako prywatne pokoje personelu. Ale – tu zrobiła małą pauzę na głęboki wdech, mający zaprezentować mi obfity biust – dla pana zrobię wyjątek. Chce pan? Bo te pokoje, a raczej pokoiki, mają coś w sobie, co warto zapamiętać i do nich powracać.
– Tak. Chciałbym – odpowiedziałem dziwnie oficjalnie i zupełnie jak nie ja. – To moja licencja. Może mnie pani wpisać do księgi gości?
– O? Pierwszy raz będę gościła u siebie prywatnego detektywa. Jest to dla mnie bardzo miła perspektywa – uśmiechnęła się na niezamierzony, farmerski rym. – Czy będzie pan tutaj wnikliwie węszył? A może ukryje się pan gdzieś w dyskretnym miejscu i będzie pan podglądał gości albo, czego nie wykluczam, nasz personel? Ma pan ze sobą aparat fotograficzny, by robić niedyskretne zdjęcia? – Powiedziała to tak swobodnie, że kolana zaczynały się pode mną uginać. Jej powieki przymknęły się powoli, a oczy wpatrywały w moje. To nie była zwykła uprzejmość, to było już niemal jawne zaproszenie! Gdzieś wyczytałem sentencję mówiącą o tym, że uśmiech kobiety rzadko kiedy prowadzi do czegoś więcej, ale mężczyzna musi być idiotą, by tego nie sprawdzić. Przyjechałem do pracy, a ta dziewczyna coraz bardziej mnie rozpraszała i zaczynałem popełniać coraz więcej błędów. Chrząknąłem, by ulżyć swojemu gardłu:
– Przyjechałem odnaleźć syna marnotrawnego. Zatrzymał się tutaj, a potem odjechał i zniknął gdzieś na wybrzeżu. Pomyślałem, że może detektywi hotelowi coś wiedzą i udostępnią mi kilka drobnych, ale być może cennych informacji.
Potrząsnęła przecząco głową:
– Więc chce pan prowadzić przesłuchania za pomocą wszystkich dostępnych metod? Wątpię, by nasi chłopcy zwrócili uwagę na kogokolwiek, bo więcej energii wkładają w podrywanie dzierlatek i ich mamuś podróżujących bez ojców i mężów, niż w swoją pracę. Ale…
– Tak? Słucham?
– Ale ja także mam oczy i widzę to i owo – powiedziała z uśmiechem odsłaniającym piękny garnitur białych zębów.
– Zwłaszcza siwego faceta spoza miasta kręcącego się po parkingu? I to tak, by dokładnie go oszacować?
Zaczerwieniła się. Zaczerwieniła się wstydem dziewczynki przyłapanej na zabawie niedozwolonej dla grzecznych dziewczynek. Zaczerwieniła się wstydem zmieszanym z podnieceniem.
– Tak. Taaak. Przyglądałam się panu. Jesteśmy daleko od ludzi, a jedynymi gośćmi są tu kierowcy, kurierzy i ludzie z głębi kraju jadący nad wielką wodę. Pan od razu rzucił się w oczy i dziwi mnie, że jest pan detektywem. Przecież nawet w milionowym tłumie nie uda się panu ukryć. Nie z taką sylwetką i nie z taką twarzą. Ale to pan już od dawna wie, bo przecież mówi to panu każda kobieta, która tylko ma na tyle zdrowego rozsądku, by zdążyć odezwać się do pana, zanim całkiem straci głowę. I, być może, wszystko inne.
– Tak, wiem – odpowiedziałem. – Nie wiem tylko, dlaczego dla mnie jest to raczej dopust, niż szczęśliwy dar natury. Być może kiedyś to pani opowiem. Być może…
Przerwała mi:
– Betty. Tak mam na imię, więc proszę nie mówić do mnie pani. Będzie mi przyjemniej. I co zrobimy z tym pokojem? Zaprowadzić pana? – Słowo ,,pan” wypowiedziała tak dziwnie, z takim niespotykanym akcentem, jakbym miał domyślić się, że musiało to oznaczać coś więcej, niż tylko grzecznościowy zwrot.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi. Ona też się uśmiechnęła, błyskając perłami zębów. Kontrast do krwistoczerwonych warg kłuł w oczy i pobudzał wyobraźnię. Poczułem się niepewnie, gdy mój organizm zareagował na bodźce i oraz fantazje. Przestąpiłem z nogi na nogę, by zrobić więcej miejsca w spodniach. Za duża marynarka przydała się jeszcze raz, gdy jej poły zasłoniły widoczne z daleka wybrzuszenie w okolicach rozporka. Żaden mężczyzna nie czuje się zbyt pewnie w miejscu publicznym, gdy widać jego podniecenie wynikłe z zupełnie błahych powodów, bo nikt przecież nie chce wyjść na maniaka seksualnego. Musiałem się zaczerwienić, bo jeszcze raz spojrzała mi w oczy z tym swoim uśmiechem. Już wiedziała! Znam ten uśmiech doskonale, widywałem go przecież nie raz, gdy wypróbowywano na mnie wszystkie kobiece sztuczki, tricki i gierki, by wyprowadzić w pole i owinąć dookoła palca. I żadnej jeszcze się to nie udało, choć zdarzało się, że prawie straciłbym głowę. Dosłownie, gdy panienka miała zbyt szybką dłoń i często sięgała do swojej torebki po mały, damski automat kalibru 22, który z tej odległości zabija równie skutecznie, co moja armata. Betty jednak nie chciała mnie zabijać, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Przecież ,,Zabiję cię, jeśli teraz skończysz” pada z kobiecych ust w zupełnie innej sytuacji. Odwróciła się do mnie plecami, lekko pochylając, by sięgnąć po książkę meldunkową. Zrobiła to jednak tak powoli, bym miał dużo czasu na spojrzenie na jej tyłek. Był duży. Stanowczo zbyt duży, bym nie chrząknął. Idealnie wpisywał się w mój gust! To jeszcze nie byłoby najgorsze, co mogło mnie spotkać, gdybym nie zauważył tak wysokiego rozporka spódnicy, który sięgał prawie do majtek i odsłonił całe uda, by pokazać nagie miejsce, dokąd nie sięgały już pończochy. Nylonowe, cieliste pończochy ze szwem. Westchnąłem, a w myślach wykrzyczałem krótkie przekleństwo. Wyprostowała się, położyła książkę na blacie i otworzyła ją na czystej, niezapisanej jeszcze stronie. Widziałem tylko odwrócone do góry nogami, równe tabele do wypełnienia. Erekcja nieco opadła, gdy szykowałem się do przeliterowania mojego nazwiska, bo wiedziałem, że to się tak skończy. Zawsze był to problem, gdy jakiś urzędnik musiał wypełnić swoje formularze. Moja wina, że nazywałem się tak dziwnie? Na wszelki wypadek wyjąłem licencję prywatnego detektywa i podałem Betty. Sięgnęła po nią w taki sposób, w jaki kobieta sięga dłonią po swoją rozkosz. Właśnie tak to zrobiła! Tak, jakby sięgała po moje ciało!
Jej długie i smukłe palce z ostro spiłowanymi paznokciami przez krótką chwilę przesunęły się po moich palcach – niekształtnych, brzydkich, pokrytych zgrubieniami i drobnymi bliznami. Dwie dłonie zupełnie do siebie niepasujące, pomyślałem i zrobiło mi się nostalgicznie smutno. Przestałem być mężczyzną, a znów stałem się tylko prywatnym łapsem. Podniosła odrobinę głowę do góry, odgarnęła grzywkę opadającą jej na oczy i popatrzyła na moją twarz.
– Proszę nawet tak nie myśleć. Niech się pan nie waży! Wie pan, dlaczego nie boję się wracać do domu o czwartej nad ranem? Wie pan, dlaczego mogę w środku nocy wyjść na spacer do parku i usiąść na ławce nad brzegiem jeziora ubrana tylko w koszulę nocną, pantofelki i trencz? Bo pan i pana koledzy dokładne wysprzątali nasze miasteczko. Koniec więc z głupimi myślami!
– Skąd wiesz, Betty, o czym myślę? – Odparłem niepewnym, drżącym głosem, jakbym znów miał kilkanaście lat i odpowiadał na pytania mojej nauczycielki historii. Znów byłem małym chłopcem, a ta dziewczyna przejmowała władzę nade mną. Nad tym, co myślę i być może nad tym, co zrobię – jeśli w ogóle będę miał siły zrobić cokolwiek z własnej woli.
– Nie słyszał pan o istnieniu wiedźm? Jeśli nie, to niech się pan przypatrzy. Oto ja, wiedźma Betty. No, dobrze. Żartowałam. Wyczytałam pańskie myśli z pana oczu. Zobaczyłam w nich nagły smutek i zrobiło mi się przykro, bo pomyślałam, że to z mojego powodu. Proszę podać mi swoją dłoń, panie…
Pytanie o nazwisko zawisło w powietrzu gęstym i lepkim jak melasa.
– Lowenhertz. Imię i nazwisko przeliterujesz z moich papierów’, Betty. Nic nie poradzę na to, że moim dziadkom przyszło do głowy urodzić się we wschodniej Europie. I tak mam szczęście, bo znam kilka takich nazwisk, przy których napisaniu nawet wsiowego szeryfa z Arizony szlag trafia. Przynajmniej nie jestem ten przysłowiowy ,,sky”.
Uśmiechnęła się, a moje myśli uspokajały się jak kręgi fal, gdy rzucony przez dzieciaka kamień odbije się kilka razy od powierzchni, by na końcu zatonąć z pluskiem. W wielu hotelach spałem i chlałem w swoim życiu, widziałem uśmiechy przyklejone do ust cholernie wielu podobnych portierek i recepcjonistek i nauczyłem się odróżnić biznesowe sztuczki od prawdy. Betty się uśmiechała. Mimo to nie podałem jej dłoni. Co to, to nie! Nie przerobi mnie na ciepłe kluchy kilkoma uśmiechami! Zrobiłem coś z moimi ustami, by widać było na nich wysiłek przy próbowaniu cieplejszego uśmiechu:
– Wpisz mnie w tę tabelkę, uśmiechnięta dziewczyno i podaj klucze. Od ładnych kilkunastu minut staram się zatrzymać tutaj w sprawie zawodowej, a wciąż przekomarzam się ze ślicznotką zza kontuaru. Na nocleg nie zarobię, pracując w takim tempie i przez tydzień będę musiał zmywać naczynia po wszystkich gościach, by hotel mógł odrobić straty. Jak dobrze, że nie jestem tu w sprawie picia, bo zasnąłbym trzeźwy jak irlandzki niemowlak!
Rozśmieszyłem ją tym najbardziej prostym tekstem, który wyczytałem kiedyś w czasach nudy w zbiorku zabawnych opowiadań o detektywach i gangsterach. Z szuflady pod ladą wyjęła zwykłe pióro ze stalówką i zabytkowy kałamarz z błękitnym atramentem. Zamoczyła w nim stalówkę, pochyliła nad księgą bardzo nisko, bym mógł poczuć zapach jej włosów i równym, wystudiowanym stylem copperplate przepisała moje imię i nazwisko, jakby kaligrafowała dyplom ukończenia wydziału prawa uniwersytetu Harvarda . I znów nie mogłem oderwać wzroku od jej zmysłowych dłoni. Zaczynałem się niepokoić coraz bardziej. Nie lubię sytuacji, gdy wiem, że inicjatywa została przejęta przez kobietę, a ja mogę tylko reagować na jej posunięcia. Betty właśnie to zrobiła , dobrze bawiąc się moją świadomością, że tym razem to ja jestem zwierzyną łowną. Oddychałem zbyt głośno. Skończyła wreszcie wstawiając w osobnej rubryce datę i godzinę, a potem podała mi obsadkę:
– Podpisze się pan? – zapytała znów z przeciąganym słowem ,,pan”.
Najrówniej, jak umiałem, wpisałem swoje imię i nazwisko. Nie wyszło mi tak ładnie, jak jej. Odwróciłem przy okazji kartkę, by sprawdzić, czy nie zobaczę tam nazwiska człowieka, którego szukałem. Nie było żadnych nazwisk, choćby tylko przypominających Questa. Po charakterze pisma zauważyłem, że tamtą stronę wypełniał ktoś inny. Jasne, przecież Betty nie stoi tutaj niewzruszenie od trzydziestu kilku lat! Wypuściłem powietrze z płuc nosem, parskając przy tym jak stara chabeta ciągnąca drabiniasty wóz z sianem. Marzyłem o tym, by to wszystko się już skończyło, bym usiadł w kącie pod ścianą i zapalił papierosa. Traciłem swoją pewność siebie i powoli zapominałem, po jaką cholerę w ogóle brałem to zlecenie i po co tutaj przyjechałem. Nagle świat ograniczył się tylko do Betty.
– Zaprowadzę pana na górę. Nie chcę, by pan błądził korytarzami. – A potem dodała:
– Gdy obserwowałam pana na parkingu, nie przypuszczałam, że rozmowa może być przyjemniejszą od niedyskretnego podglądania. Nie zrezygnuję dobrowolnie choćby z minuty rozmowy z panem, panie Mark, a spacer schodami da mi przyjemność, na którą liczę.
Wyszła zza kontuaru trzymając w dłoniach klucze, prezentując przede mną linię bioder. Przewróciłem oczami, pokazując białka i odchylając szyję na lewą stronę. ”Nie oddała mi ich, więc na pewno sama otworzy drzwi i wejdzie ze mną do pokoju. O jakiej przyjemności ona mówi?”– pomyślałem w chwili, gdy poczułem narastającą erekcję. Natychmiast poprawiłem marynarkę, ale i tak nie zdążyłem. Przeciągle opuściła wzrok i zatrzymała spojrzenie na rozporku. Kąciki jej ust drgnęły, ale się nie uśmiechnęła. Przymknęła tylko powieki i głośno odetchnęła. A potem spojrzała mi w oczy i ostudziła napięcie:
– Proszę za mną, panie Lowenhertz. Za mną, a nie przy mnie. Czy pan mnie rozumie?
Rozdział 3
Rozumiałem aż za bardzo. Na strych było bardzo, bardzo daleko. Wysokie kondygnacje wymusiły długie schody ze spocznikami w połowie pięter, które w dzień rozświetlone były światłem padającym z całkowicie przeszklonych witryn zastępujących okna. Wieczorami i w nocy ciągle paliły się przytłumione kinkiety, dając złudne wrażenie przytulności, jednak wystarczająco silne, by bez trzymania się za poręcze można było dźwigać walizki na górę. Nawet nie pomyślałem o windzie, choć przecież musiała tu być! Wiedziałem, że wybierze schody. Od tysięcy lat każdy zwycięzca musi mieć swoją wielką paradę. Betty wygrywała swoją wojnę i wynik ostatniego starcia był z góry przesądzony. Mogłem tylko szacować straty. Osłodziła mi to tak, jak umiała najlepiej. Nikt nie musiał jej uczyć. Miała to w genach. Szła o dwa stopnie przede mną, wystarczająco daleko, bym miał swobodę i wystarczająco blisko, by być w zasięgu moich ramion, stawiała stopy w idealnej linii i napinała przy tym mięśnie łydek, pozostawiając za sobą mgiełkę delikatnego zapachu perfum, przełamaną powiewem czegoś, czego nie potrafiłem skojarzyć. Szew na pończochach nie przesunął się ani o ułamek cala, w zamian za to spódnica podnosiła się coraz wyżej i wyżej, nie zasłaniając już niczego. Oprócz nas nie było tu nikogo, więc nie zawracała sobie głowy gestem, który zawsze mnie śmieszył, gdy kobiety poprawiały zbyt krótką i zbyt mocno dopasowaną spódnicę, która zadarła się o jeden cal za wysoko. Zawsze przecież się zadziera, bo na tym polega uroda zbyt krótkich i zbyt wąskich spódnic, a ta była stanowczo zbyt krótka i zbyt wąska. W zamian za to była tym, co zaczynałem mieć ochotę zerwać z tej bezczelnie bezwstydnej kobiety!
Weszła przede mną na półpiętro, wyprzedzając o kolejne dwa kroki, a przy okazji dając pokaz, jak prawidłowo powinno się chodzić na szpilkach, w równym rytmie i tempie, mając w głowie metronom i prawie płynąc w powietrzu, gdy podeszwy bucików odrywały się od podłogi. Moje oczy nie odrywały się zaś od jej pupy, gdy biodra kreśliły swoją regularną elipsę. Dyszałem, głośno wydychając powietrze nozdrzami, jakbym wchodził na Empire State Building na szczudłach. Dłonie spociły mi się z emocji, a erekcja napięła bokserki i zaczynała już boleć pod spodniami. Powieki opadały, jakby obciążane workami z cementem, a na szyi tętnica pulsowała kolejną porcją krwi, zanim ta poprzednia dotarła do mózgu. Zachwiałem się, tracąc równowagę. Oparłem dłoń o ścianę, a walizka wypadła z rąk na podłogę. Przewróciła się i usłyszałem dźwięk kajdanek, przetaczających się w środku. Musiały trafić na stalowe pudełko z maszynką do golenia, bo zabrzmiały jak dzwonek zwiastujący niebezpieczeństwo. Było już jednak za późno, bo powinny dzwonić katedralnymi dzwonami wtedy, gdy stawiałem Mercurego na parkingu, abym zrobił powolną rundę dookoła i natychmiast odjechał tam, skąd przyjechałem. Leżałbym teraz w swoim łóżku, czytał kolejne opowiadanie o cwanych gangsterach, łebskich policjantach i sprytnych prywatnych detektywach, popijał kolację alkoholem i wypalał kolejnego zrobionego ręcznie papierosa. Byłoby miło, przyjemnie i znajomo. Tak, jak przyzwyczaiłem się przez ostatnie lata. Starzeję się w zastraszającym tempie, szybciej, niż starzeje się mój umysł i szybciej, niż wygasa moja skłonność do aktywności. Jeszcze dwa spokojne, powolne, głębokie oddechy i otworzyłem oczy.
Betty czekała na mnie, stojąc lewą stopą na pierwszym z następnych stopni. Odwróciła się w moją stronę, jakby zapominając o zadartej spódnicy i uniesionej nodze. Patrzyła mi w twarz niemal zatroskana, czy ze mną jest wszystko w porządku? Pewnie, że było ,,w porządku”. To tylko zabrakło krwi, by wypełnić wszystkie członki mojego ciała. Jeśli wydawało mi się, że mam twardą erekcję, to miałem rację – wydawało mi się. Betty nie zapomniała ani o spódnicy, ani o uniesionym udzie. Ona stała tak, jak kazała stać jej natura wygłodniałej wiedźmy, zwodzącej zwierzynę łowną ku całkowitemu zatraceniu. Podszedłem do niej, wciąż z dłonią opartą o ścianę by się nie przewrócić, wpatrzony w łuk nóg i w najpiękniej na świecie zarysowaną linię trójkątnego czarnego jedwabiu pomiędzy nieco zbyt grubymi udami. Nagość ponad pończochami przekreślało sześć, albo osiem troczków do pasa, co jeszcze mocniej stymulowało moją erekcję. Bolo w kaburze pod pachą nagle zmalał do wielkości damskiej automatycznej beretty.
– Jestem pewna, że każda z twoich klientek ma ochotę wyskoczyć przy tobie z sukienki najszybciej, jak tylko jest to możliwe, Panie Nieporuszony Twardzielu – wyszeptała, gdy zatrzymałem się na chwiejnych nogach tuż przy niej.
– Nie oczekuję od moich klientek dodatkowego bonusu w postaci ich ciał. Oczekuję szczerych odpowiedzi na moje pytania, Betty.
Położyłem obie dłonie na ramionach dziewczyny i powoli przesuwałem palce po jej ciele, aż znalazły się we włosach. Mocniej je ścisnąłem, wiedząc że ten uścisk musi boleć. Pochyliłem głowę nad jej głową, by zadać pierwsze prawdziwe pytanie, gdy niemal wybiła mi zęby swoim językiem, a potem mocno przygryzła dolną wargę. Szarpnąłem ją za włosy, ale nie dała się oderwać od moich ust. Przy okazji wbiła swoje udo pomiędzy moje nogi trafiając tam, gdzie chciała trafić – na mojego sterczącego kutasa. Syknąłem, ale nie byłem niezadowolony. Oddawałem jej pocałunki raz za razem, smakując jej język, wargi, ślinę i samemu rozpychając się językiem w jej ustach. O dziwo – oczy wciąż miała otwarte i z uwagą wpatrywała się w moją twarz.
,,Co chcesz zobaczyć, wiedźmo? pomyślałem. Że wzięłaś mnie podanego na talerzu? Jak swojego?”
Puściłem jej głowę i odsunąłem się o pół kroku, chcąc rozpiąć do końca jej garsonkę, by sięgnąć po każdą z ogromnych piersi. Wiedziała, co ją czeka.
– Pan się zapomina, panie Lowenhertz. Ktoś tu jednak może wejść i zobaczyć mnie w dość jednoznacznej sytuacji, a tego chciałabym uniknąć najdłużej jak tylko można.
– Nie wydaje mi się, by była to prawda, Betty. O tej porze ci, co mają być na górze są już na górze, a nocny personel pracuje tam, gdzie powinien – odpowiedziałem, trzymając recepcjonistkę za poły marynarki. Przyciągnąłem ją do siebie i zamknąłem usta mocnym pocałunkiem, traktując swój język jak knebel. Jednocześnie sięgnąłem prawą ręką niżej, aż dotarła tam, gdzie chciałem. Jęknąłem zaskoczony tym, co poczułem, gdy schwyciłem mocno całą dłonią ukrytą pod majtkami cipkę. Przesiąknięte były na wskroś kobiecą wilgocią, która spływała pomiędzy moimi palcami i ściekała po udach aż do pończoch…
Pamięć przywróciła mi wspomnienie perfum, gdy szła blisko przede mną. Tamta nienazwana woń, który wtedy wyczułem, był zapachem jej majtek! Korzennym, słodko, słono, gorzkim zapachem zalanej wilgocią cipki! Ostatnie resztki świadomości podsunęły mi pytania nie mające żadnego znaczenia: Od kiedy jest mokra? Od kiedy szedłem po tropach pozostawianych specjalnie specjalnie dla mnie i kierujących wprost w matnię? Czy jeszcze na placu, gdy zostawiłem tam Mercurego i przeszedłem się spacerkiem te głupie kilkadziesiąt jardów? A może dopiero przy ladzie, gdy mogła z bliska oszacować swój łup? Kim ona jest, że tak łatwo dałem się owinąć wokół jej bioder? Nie dała mi myśleć dalej, bo próbowała zrobić naleśniki ze swoich piersi, rozgniatając je na moim torsie i dociskając udo do mojego podbrzusza.
– Ależ on jest duży – szepnęła mi wprost do ucha, próbując przebić bębenek językiem.– Zawsze jest pan tak wyposażony? Jej język był równie gorący jak uda i równie zabójczy dla męskiego opanowania. Co byłoby, gdybym był nieogolony, a ona pocałowałaby mnie grzecznie jak pensjonarka w policzek? Tym językiem ogoliłaby mnie lepiej, niż maszynki Gillette.
– To zabytkowy Mauser. Ma tyle samo lat, co ja. Dlatego go noszę.
– Proszę nie udawać, że nie wie pan, co miałam na myśli. A na broni trochę się jeszcze znam. Natomiast to, co teraz dzieje się w spodniach jest o wiele ciekawsze, niż pruski zabytek pod marynarką.
Odsunęła się na długość ramion, a ja mogłem wreszcie wziąć oddech. Powietrze smakowało roztopionym żelazem i nie uspokoiło bicia mojego serca. Patrzyła na moją twarz, szacując wiek każdej ze zmarszczek, kąt zagięcia ust i pochylenia nosa, sprawdzała kolor moich tęczówek i to, czy przedziałek we włosach został wytyczony od linijki. Widocznie musiałem przejść ten wnikliwy przegląd, bo położyła dłoń na mojej piersi i powoli zsuwała ją na dół, wzdłuż marynarki, aż zatrzymała się na pasku. Był równie stary jak reszta moich rzeczy i miał za sobą całą historię. Czułem jednak do niego zbyt wielki sentyment, by zmienić go na coś nowszego. Tak – jak Mercury – przeżył razem ze mną moje sukcesy i dawał nadzieję w chwilach porażek, gdy zapijałem je w każdej napotkanej spelunie.
– Jest ładny, taki…– przerwała i zmieniła temat. – Jak pan myśli? Co może dać zadowolenie kobiecie?
Zmrużyłem oczy, udając że się zamyślam. Wiedziałem, co może dać spełnienie kobiecie takiej jak ona, ale nie powiedziałem tego. Rozejrzałem się za popielniczką, bo przecież na każdym z takich spoczników zawsze stoją popielniczki, wysokie popielniczki z nierdzewnej blachy, czasami pokryte czarną emalią. Wyjąłem papierośnicę i zapaliłem skręta hotelowymi zapałkami, wydmuchując dym ustami i wciągając go nosem. Mój mózg zaczynał pracować.
– Nie wiem? Brylanty? Biżuteria bez okazji i kwiaty raz do roku na urodziny? – Starałem się być naturalnym wierząc, że da się nabrać na moje przedstawienie. Mężczyźni, a przynajmniej ci mężczyźni, których znałem, dawali kwiaty kobietom raz w roku. O ile nie zapomnieli daty. Urodzin, ślubu, pierwszego spotkania, pierwszego pocałunku. Jakiejkolwiek daty ważnej dla niej. Mogłem być takim mężczyzną. Podniosła głowę do góry, wysuwając swój nosek w błękitną chmurę dymu, wzięła oddech wdychając zapach, rozpięła powoli guziki marynarki i usiadła na schodach. Dokładnie przede mną.
– O, tak. Kwiaty? Na pewno. Ale niech pan pamięta, że nie tylko one mogą uszczęśliwić kobietę – odpowiedziała coraz cichszym i bardziej zmysłowym głosem. Jej kolana rozchylały się coraz szerzej, zupełnie naturalnie, tak jak moje kłamstwa o brylantach i biżuterii. Wreszcie zostały zatrzymane rozciągniętą do granic możliwości spódnicą i Betty siedziała tak, jak żadna dama nie usiadłaby nigdy przed obcym mężczyzną. No, chyba że dama miałaby ochotę na kilka kwadransów zapomnienia o byciu damą. Zaciągałem się tytoniem, delikatnie się uśmiechając i od czasu do czasu strzepując nieistniejący popiół do popielniczki. Przyglądałem się kobiecie i znów czułem, że przejmuję inicjatywę w tej grze. Niech siedzi, niech czeka, niech niecierpliwi się i niech myśli. Niech wierzy w to, że jej perwersyjne pozy nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, że nagość ponad pończochami, przylegające ściśle do ciała mokre majtki, biała koszula dopasowana do sylwetki o jeden rozmiar szczuplejszej, lecz odkrywająca zarys wysokiego gorsetu z ogromnymi piersiami w środku, mogące skusić każdego mężczyznę, tym razem nie zadziałają. Erekcja, którą sprawdziła udem, już minęła i jeśli nawet była twardą i nabrzmiałą, to mogła być uznana za odruch warunkowy. Niejedną taką erekcję wywołała w swoim życiu i niejednemu mężczyźnie kazała się z nią męczyć. Zaciągnąłem się ostatni raz, powoli, prawie teatralnie zwracając uwagę na każdy gest zgasiłem resztki skręta, uważnie sprawdzając, czy się nie tli. Zgasł.
– Idziemy do mojego pokoju, Betty. – Powiedziałem, starając się nadać głosowi obojętne brzmienie. – I nie próbuj mnie kusić w ten sposób. Wciąż pamiętam, po co tu przyjechałem i wcześniej czy później dowiem się, gdzie zniknął mój gagatek.
– Brakuje tylko ,,I nie wódź mnie na pokuszenie, ale mnie zbaw ode złej”, co panie Sherman? – Odpowiedziała z sarkazmem, ale podniosła się, poprawiła spódnicę, sprawdziła, czy szwy układają się właściwie, zdjęła do końca garsonkę, przełożyła ją przez ramię i ruszyła na górę. Nie mogła jednak odmówić sobie kręcenia biodrami. Zrobiła dwa kroki, odwróciła się sprawdzając, czy na nią patrzę. Znów błysnąłem białkami oczu i pochyliłem szyję na lewą stronę.
– Nigdy się nie poddajemy?
– Wydawało mi się, że prywatni detektywi są inteligentnymi mężczyznami i nie zadają niemądrych pytań kobietom, które wiele mogłyby dla nich zrobić. O wiele więcej, niż wszystkie inne przede mną.
– Skąd wiesz, jakie kobiety przewinęły się przez moje życie, Betty?
– A czy ja powiedziałam coś o życiu? Powinien być pan precyzyjniejszy w wypowiedziach, bo zweryfikuję zdanie o panu i już teraz oddam klucze. Chce pan? Miałam na myśli pewien mebel w sypialni samotnego dojrzałego mężczyzny.
– Łóżko?
– Brawo! Jestem pod wielkim wrażeniem pańskiej inteligencji, panie Lowenhertz. Tak szybko pan się domyślił. – Złośliwość osłodziła uśmiechem. Śnieżnobiałe zęby kontrastowały mocno z czerwienią ust.
Zamilkła i poszła dalej, dając mi czas na rachunek sumienia. Ruszyłem za nią i przypominałem sobie te wszystkie kobiety, które były na tyle wyraziste, bym o nich pamiętał. Stawiałem mechanicznie krok za krokiem, uważając tylko, by nie obijać kantem walizki o kamienne schody i widziałem przed oczami kobiece twarze wraz z imionami. Wszystkie pozostawiły we mnie swój ślad, wszystkie wpłynęły na mnie i ukształtowały mnie do takiej postaci, jakim jestem teraz, ale żadna z nich nie była w stanie zatrzymać mnie przy sobie na dłużej, niż do czasu wygaśnięcia zauroczenia. ,,Jesteś łajdakiem, Lowenhertz”– pomyślałem, ,,Nawet pomimo tego, że nie mieścisz się nawet w średniej krajowej . Wciąż jesteś łajdakiem.”
Chyba musiałem zwolnić kroku, bo gdy stanąłem na następnym spoczniku, Betty czekała na mnie, aż wejdę. Tym razem jednak wcale nie wyglądała na wygłodniałego wampa. Jej twarz była twarzą kobiety zatroskanej, empatycznej, rozumiejącej życie równie dobrze jak ja. Podeszła do mnie i przytuliła się, obejmując silnym uściskiem i kładąc głowę na wysokości mojego serca. Wyczuła, jak mocno bije. Jej włosy pachniały jak leśna polana w środku wiosny, gdy zioła i drobne kwiaty wyglądają najpiękniej na świecie, gdy zieleń traw odradza się po śniegach zimy i błotach przedwiośnia. Zakręciło mi się w głowie i musiałem zamknąć oczy, by się nie wywrócić. Zresztą, i tak bym nie zdołał, bo ramiona Betty trzymały mnie mocno i nic nie wskazywało, by ten ucisk miał zelżeć.
– Nie myśl, Mark. Proszę cię, nie myśl. – Wyszeptała. – Zrób to dla mnie i nie myśl.
Pocałowałem ją w te oszałamiające włosy, otworzyłem oczy i zapytałem ni to sarkastycznie, ni to na poważnie:
– Powiedz mi Betty, gdzie się mylę. Wydawało mi się, że kobiety poszukują właśnie myślących mężczyzn, a ty? Ty, gdy już na takiego natrafiłaś, to każesz mi nie myśleć?
– Bo pan myśli nie o tym, o czym chciałam, by pan myślał. To już historia; piękna, wspaniała, warta pamiętania, ale nadal tylko historia. A pan powinien myśleć o tym, co jest przed panem, co jeszcze na pana czeka, co może jeszcze pan przeżyć. O tym powinieneś myśleć, Mark! O tym myśl. I …knuj.
Dałem jej klapsa, nie trafiając jednak w pośladek:
– Już od dawna knuję…
– To jeszcze naucz się trafiać w moją pupę. Jest chyba dostatecznie duża.
Puściła mnie i jakby nic się nie wydarzyło, poszła przed siebie. Zwyczajnie, jak każda pospolita kobieta idąca po schodach. Tak, jakby nic nie powiedziała, nic nie zrobiła, nic się nie stało i tylko prowadziła zwykłego gościa do jego zwykłego pokoiku na poddaszu. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy weszliśmy w ostatni korytarz. Stałem w świetle żeliwnej lampy i patrzyłem w ciemności korytarza po moich obu stronach. Próbowałem odszukać wyłącznik, lecz nigdzie go nie odkryłem. Ściany były gładkie i palce wyczuwały tylko chropowatość cegieł i piasek zaprawy. Dotknęła mojego policzka a potem górnej wargi. Przesunęła palcem od jednego jej kącika do drugiego.
– Poczekaj tutaj. Zaraz ciebie zaproszę, panie Lowenhertz.
Zniknęła w ciemnościach po mojej prawej stronie i słyszałem tylko miarowy stukot obcasów o kamienie podłogi. Rozpoznałbym ten dźwięk nawet zalany w sztok, otumaniony narkotykami, z głową wsadzoną w wiadro z wodą. Usłyszałem chrzęst zamka i drzwi na końcu korytarza otworzyły się zalewając ciemność smugą światła. Kolana mi zadrżały i serce przyśpieszyło. Z głębokości korytarza dobiegł mnie jej miękki, cichy głos.
Jak w transie ruszyłem przed siebie.
Przejdź do kolejnej części – Zlecenie na bardzo grubą robotę – rozdziały 4-6
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Tomp
2025-08-21 at 21:07
W sumie ciekawa podróbka Chandlera. Niepokoję się tylko, jak ta podróbka zniesie jakiś erotyzm, który być może ma zamiar pojawić się później.
Szkoda, że redaktor nie poprawił ani błędów ortograficznych, ani edycyjnych, ani bardzo wielu interpunkcyjnych. Ich nadmiar psuł mi radość z czytania czegoś równie na tym portalu niecodziennego, jak wojskowe opowieści jammera106.
Wobec Autora tylko jedna uwaga: Chandler ustrzegł się przed laniem wody w opisach. Umiał się skracać. Jego fraza też była ekstrakrótka i zachwycała celnością sformułowań. Dosadnością języka, Autorze, mu dorównujesz; dorównaj i w reszcie, a zyskasz we mnie fana.
Caraxes
2025-08-21 at 21:46
Nie ma tu erotyzmu, Tomp? Czy aby czytaliśmy ten sam tekst? Erotyzm pojawia się w chwili gdy na scenę wchodzi Betty. Przecież to bohaterka utkana głównie z seksapilu, recepcjonistka w stylu pinup, której odrobine zbyt grube uda spowijają nylonowe pończochy ze szwem, a każde wypowiedziane zdanie drży od zmysłowości.
Erotyka to nie tylko sam stosunek, do którego, jak jestem pewien, prędzej czy później dojdzie, bo tacy bohaterowie jak Lovenhertz i Betty nie zdołają długo powstrzymać się przed wylądowaniem w łóżku. To także cała driga do sypialni. A my już nią kroczymy.
Louis Cyphre
2025-09-06 at 23:27
To miał być pastisz, a skoro widać, że jest pastiszem, to chyba mi wyszedł. Piszę tak, jak mówię, więc mówię źle w swoim własnym języku ojczystym.
Znam proporcje i ani mi się śni choćby stać obok Chandlera.
Za błędy przepraszam. Postaram się ich unikać.
Tomp
2025-09-07 at 00:03
Pastisz wyszedł. Jeśli nie „znakomicie”, to na pewno dobrze. 🙂 Ortografia i interpunkcja są w gestii redaktora.
Megas Alexandros
2025-08-22 at 10:12
Podoba mi się klimat noir tego opowiadania, znajomość realiów epoki, sporo szczegółów, które pogłębiają czytelniczą „immersyjność” tekstu. To zdecydowane atuty tego rozpoczynającego się właśnie kryminału.
Mam nadzieję, że w kolejnych rozdziałach będzie rozbudowana strona fabularna. Po 3 rozdziałach wciąż nie wiadomo, jaka to „bardzo gruba robota”, poza tym, że chodzi o jakieś zaginięcie.
No i mam nadzieję, że Betty będzie miała okazję do rozwinięcia skrzydeł. Myślę, że to bohaterka o sporym potencjale.
Pozdrawiam
M.A.
Velaya
2025-08-22 at 21:21
Zaczyna się smakowicie. Dawno nie było tutaj kryminału w stylu Chandlera i Hammetta. Oby autor zdołał utrzymać poziom do samego końca.
Jak mawiał Calvin Candie w „Django”: you had my curiosity. Now you have my attention.
Thorin
2025-08-24 at 14:10
Opowiadania napisane przez mężczyzn czyta się inaczej niż te, które tworzą kobiety. Tu na pierwszy rzut oka widać, że słowa płyną od faceta i to nienajmłodszego. Dzięki temu osiągana jest wiarygodność, która sprawia, że łatwo się wchodzi w świat widziany oczyma detektywa Lovenhertza. Oczywiście dobrze nakreślony klimat i autentyczny bohater to dopiero pierwsze dwa kroki do sukcesu. Teraz przyda się jeszcze ciekawa intryga i 'damulka warta grzechu’. W sumie Betty jest niezłą kandydatką ale zobaczymy, czy nią zostanie. Postacie kobiece zdecydowanie lepiej tworzą z kolei autorki.
Tomp
2025-08-24 at 16:22
„Postacie kobiece zdecydowanie lepiej tworzą z kolei autorki.”
Z tym twierdzeniem niezupełnie mogę się zgodzić.
Każda płeć rysuje swoją, tak jak sama się widzi. W obu przypadkach daje się zauważyć, że na ogół bohaterki autorek są podobne do twórczyń, a bohaterowie autorów – do twórców. Często przerysowanych, zmienionych, ale jednak.
Stąd w kobiecym opisie bohaterek przeważa opis jaźni, a że w oczach kobiety każdy mężczyzna ma jej niedostatki, to i postacie męskie są plaskie. Skupieniu się na wnętrzu towarzyszy często trudność w opisie psyche, bo nie jest łatwo zamknąć go w słowach. Tu ujawniają się braki warsztatu.
W opisie mężczyzny kobiety są obserwowane z pewnej odległości i stąd cechy bohaterek są wyraźniej zaznaczone (czytaj: w kobiecej optyce uproszczone) bez wikłania się w złożoność i niejednoznaczność osobowości, co akurat literaturze wychodzi na zdrowie, bo beletrystyka nie jest traktatem neuro-psychologicznym.
A i tak wszystko zależy od talentu autorów.
Thorin
2025-08-25 at 09:47
Mam wrażenie, że użyłeś dużo większej liczby słów, by napisać to samo, co ja (jednocześnie się ze mną nie zgadzając…).
Tomp
2025-08-25 at 20:52
🙂
Ania
2025-11-05 at 16:03
Tak, zdecydowanie widać, że słowa płyną od faceta – kobieta wiedziałaby co to garsonka ;p
A tak poważniej. Są teksty, do których pasują bohaterki zarysowana grubą kreską, a są takie, w których niezbędne jest pewne pogłębienie psychologiczne. Mężczyźni potrafią pięknie opisać swoje spojrzenie na kobiety, ale gdy próbują pisać z perspektywy kobiety, nader często ponoszą sromotną porażkę…
Uśmiechy
A.
Tomp
2025-11-05 at 18:33
Moim zdaniem prostego mężczyzny kąśliwe niedopowiedzenia i mizoandryczne uogólnienia są bardziej raniące niż pisanie otwartym tekstem. I na koniec „uśmiechy”… Z treści wpisu domniemywam, że „z” a nie „do”.
Ania
2025-11-06 at 11:47
Nie wiem skąd podobna nadinterpretacja. Język polski robi bardzo precyzyjne rozgraniczenie między śmianiem się i uśmiechaniem. Łatwo też możesz sprawdzić jak kończę inne moje komentarze…
Tomp
2025-11-12 at 20:25
Przytaczam słownikową definicję rzeczownika „uśmiech” (za SJP Dor):
Charakterystyczna mimika twarzy służąca wyrażeniu radości, wesołości, niekiedy ironii, zakłopotania; bezgłośny śmiech.
Które znaczenie mam przypisać „uśmiechom” kończącym Twoje komentarze?