
Źródło: Pexels.com
Na odprawie dowódca zapowiedział:
– Trzy zespoły patrolowo-szkoleniowe. Pierwszym dowodzi […]. Drugim dowodzi sierżant Jakub Lipiński. Przydzielam mu […]. Dziś będziesz miał, Kuba, nową grupę z kobietą. Uważaj! Pamiętasz szkolenie obyczajowe?
– Tak jest!
– No! Trzecim zespołem dowodzi […]. Zadania jak zwykle. Stanowicie wsparcie bojowe afgańskich patroli. O wszystkim decyduje dowódca miejscowej grupy, wy odpowiadacie tylko za ich bezpieczeństwo. Pytania?… Wykonać!
Pierwszy patrol drugiego zespołu zakończył się o 18:30. W bazie sierżant Lipiński zdawał raport jako ostatni.
– Panie pułkowniku, mam pytanie.
– Mów.
– Ta kobieta nie miała broni. Co należy do jej zadań?
Kolejnego dnia szef wyszedł przed bazę. Ustawił lokalsów w szeregu i zlustrował. Afganka prężyła się jako ostatnia w drugim zespole.
– Wasze nazwisko, żołnierzu?
– Sana Ashur, sire.
– Gdzie wasza broń, żołnierzu?
– Nie przydzielono mi jej, sire – odpowiedziała niezłą angielszczyzną.
Dowódca bazy zwrócił się do dowódcy drugiego zespołu:
– Żołnierz bez broni? Dlaczego?
– Obronimy ją, sire – odparł Afgańczyk z uśmiechem.
Pułkownik się wściekł.
– Wy ją!? Holy shit! Co to znaczy!? To nie bagaż ani utrzymanka! To wasz towarzysz broni! W zagrożeniu ma tak samo bronić was, jak wy jej! Od jutra każdy żołnierz ma mieć broń służbową. Sierżancie – przeniósł wzrok na Lipińskiego – od Dulęby pobierzecie dla niej beryla[1], dwa magazynki i dwie paczki amunicji. Broń po patrolu zdacie do magazynu. Przed wyjazdem pokażcie jej, jak się strzela. Wykonać!
– Tak jest!
Tego dnia zadanie opóźniło się o pół godziny. Kuba przećwiczył ładowanie magazynka, objaśnił bezpiecznik i przełącznik ognia oraz korygował ułożenie wąskich, śniadych dłoni Sany na osłonie łoża podczas celowania. Miała smukłe palce o wydłużonych, migdałowatych paznokciach. Przez te pół godziny reszta Afgańczyków drugiego zespołu komentowała „lekcję” w swoim języku, co Sanę najwyraźniej peszyło.
Następnego dnia do wyjazdu zespołu drugiego na patrol nie doszło. Szef bazy postanowił sprawdzić umiejętności strzeleckie nowej grupy.
Na strzelnicy okazało się, że poza Saną nikt z jej członków nie ma zapasowej amunicji. Za to w strzelaniu Afganka była najgorsza.
– Nauczcie ich strzelać, sierżancie – rozkazał Kubie pułkownik i odszedł. Widać było, że nie chce się denerwować.
Podczas instruktażu sierżant zauważył, że gdy objaśnia zadanie, kobieta – w przeciwieństwie do reszty członków zespołu – nie patrzy na niego.
– Żołnierzu Sana, czego tam szukacie pod nogami?
Wyprężyła się regulaminowo, ale wzroku nie podniosła.
– Niczego, sire.
– To dlaczego, żołnierzu, nie patrzycie na mnie, gdy do was mówię?
– Tak mnie nauczono, sire.
– Kto was tak uczył, żołnierzu?
– Matka, sire.
Tu cała grupa, zarówno Afgańczycy, jak i ci Polacy, którzy to słyszeli, gruchnęła śmiechem. Tylko kobieta pozostała poważna.
– Matki możecie słuchać w domu. W wojsku macie słuchać dowódcy i instruktora. Jasne, żołnierzu?
– Jasne, sire – odpowiedziała po krótkiej zwłoce. Nadal patrzyła w piach pod jego nogami.
– Patrzeć na mnie, jak mówię! To rozkaz! – zdenerwował się sierżant, jak uprzednio szef bazy. W Polsce kurwą by rzucił, ale tu w porę przypomniał sobie szkolenie.
Oczy miała szare i ogromne. W życiu nie spotkał dziewczyny o tak zniewalającym spojrzeniu.
Odwiedziła go w nocy.
Wywabiony zmysłowym blaskiem księżyca wyszedł do niej. Gdy stanął przed barakiem, uniosła powieki i spod długich rzęs obdarzyła go niewinnym spojrzeniem, nie zdając sobie sprawy z jego lubieżności. Miesiąc w pełni odbijał się w jej oczach, zazdroszcząc im wielkości i blasku. Powoli zdjęła kamizelkę kuloodporną i niedbałym ruchem rzuciła ją w piach. Potem zaczęła rozpinać rzepy kurtki mundurowej. Gdy główny suwak zjechał na dół, poły się rozchyliły i pod mundurem ukazało się nagie ciało. Było szarobeżowe; nie wiadomo, czy za sprawą księżycowego światła, odbijającego się od pustynnych barw uniformu, czy wrodzonej barwy skóry, ale kolor ten dziwnie współgrał z barwą jej oczu. Gdy w końcu oswobodziła z odzieży górną połowę ciała, nachyliwszy się, złożyła kurtę w przepisową kostkę i ułożyła na kamizelce. Zaciągnięty pasek spodni akcentował jej wąską kibić, a same spodnie, pęczniejąc poniżej talii, sugerowały szerokie biodra i pełne pośladki. Wyprostowała się, ukazując piersi o pięknych proporcjach. Zakołysały się, mimo że nie można było ich zaliczyć do nadmiernie obfitych. Brodawki sutkowe ledwo widział; księżycowa poświata słabo wyodrębniała je z granitowego koloru otoczek.
Poczuł swędzenie w członku.
Spod jej długich rzęs ponownie wyłoniły się oczy, prześlizgując się spojrzeniem po jego sylwetce, jakby doceniając kształty i mięśnie skrywane jedynie przez cienką bawełnianą koszulkę i bokserki. Zatrzymała wzrok na jego podbrzuszu. Przez moment na kobiecych wargach zaigrał ślad uśmiechu aprobaty. W odpowiedzi obnażył tors.
Marzył o ciągu dalszym. Począł rozbierać ją z pozostałych elementów wojskowego wyposażenia. Ukląkł przed nią, by rozpiąć rzepy butów. Wsparła się o jego plecy i podniosła nogę, umożliwiając zdjęcie pierwszego z nich. Gdy zsunął skarpetę, światło księżyca zaigrało na szaroróżowych paznokciach. Zachwycił się jej drobną stopą i podniósł ją do warg, by pocałować… Po chwili obnażył drugą. Miała wąskie kostki. Wciąż klęcząc przed pustynną boginią, rozpiął klamrę jej pasa i przez chwilę biedził się z zapinkami wokół rozporka. Myliły mu się kierunki, bo miał odruch zdejmowania swoich spodni, a nie cudzych. W końcu przemógł wszystkie utrudnienia; dolna część munduru opadła, odsłoniwszy bokserki; wojskowe zaopatrzenie unifikuje płcie.
Napięcie w członku zbliżyło się do bolesnego.
Złapał za górną krawędź jej majtek. Zanim pociągnął je w dół, wyobraził sobie, co kryją, i w tym momencie przebudził się, tryskając spermą we własne posłanie.
Światło księżyca oświetlające wnętrze baraku sypialnego z osiemnastoma łóżkami olśniewało egzotyczną obietnicą niczym spojrzenie Sany.
Afgańczycy mieli instynktowną zdolność wykrywania ajdików, więc tego można było się uczyć raczej od nich. Za to dzięki ćwiczeniom i kolejnym patrolom rosły inne ich umiejętności. Członkowie drugiego zespołu przestali wypadać z desantu bezładną kupą i do wiosek wchodzili z ubezpieczeniem po sprawdzeniu otoczenia. Już nie zostawiali Sany w pojeździe, jak na początku, ani w niebezpiecznych sytuacjach nie puszczali dziewczyny na wabia przodem, jak w drugim tygodniu.
Kuba zorientował się, że jako jedynego z Afgańczyków rozpoznaje dziewczynę nawet od tyłu i z większej odległości. Zaskoczony, długo myślał, co ją wyróżnia, aż pojął, że rusza się inaczej niż jej koledzy. Oni biegli ciężko, niemal szurając czołgami[2], a ona poruszała się z kocią gracją. Jako jedyna zawsze zmieniała rytm przemieszczania się, a na dłuższym dystansie usiłowała zygzakować, co nie zawsze podobało się jej kolegom, którym wchodziła w drogę.
Wspomniał o tym w raporcie.
Zespół drugi swój chrzest bojowy przeszedł w drugim tygodniu, ale co to za chrzest! Skończyło się na adrenalinie. Talib puścił serię z AK; pociski zadzwoniły po pancerzu rosomaka[3], nieszkodliwie przebiły błotnik humvee[4] i zanim kaemiści nacisnęli spusty, a guner[5] obrócił wieżyczkę w kierunku strzelca, napastnik zniknął między chatami. Po chwili zawarczał silnik oddalającego się motocykla, oznajmiając koniec zagrożenia i bezkarność zamachowca.
Ostatni patrol w trzecim tygodniu nie zakończył się tak dobrze.
Zaczęło się od tego, że pod prowadzącym MRAP-em[6] wybuchł fugas[7]. Na szczęście ładunek był słaby, wóz wytrzymał, ale siedzący w nim ostro podskoczyli i wszyscy poza Saną rozbili sobie głowy. Zanim medyk założył im opatrunki, zostali ostrzelani z moździerza. Wezwano wsparcie lotnicze, ale – jak zwykle, zanim się pojawiło – napastnicy zniknęli we wsi, gdzie mieszając się z cywilami, byli nietykalni. Dla dwóch afgańskich patrolowców był to koniec akcji; humvee odwiózł ich do bazy, skąd amerykańskim śmigłowcem dotarli do szpitala.
Gdy wrócili z patrolu, pułkownik stanął przed oddziałem.
– Żołnierzu Sana, dlaczego macie całą głowę?
Afganka odpowiedziała, ogniskując wzrok na grdyce dowódcy bazy.
– Miałam hełm, sire.
– Ranni, wystąp! Kto z was miał na głowie hełm?
Cisza.
Dowódca bazy przeszedł się wzdłuż grupki z poharatanymi głowami, każdemu zaglądając w oczy. Następnie stanął przed dowódcą zespołu.
– Udzielcie żołnierzowi Sanie pochwały przed frontem oddziału. Jako jedyna zrealizowała postanowienia regulaminu.
Afgański porucznik nie miał wyjścia. Kuba z resztą Polaków patrzył z satysfakcją, jak przekonanym o własnej wyższości afgańskim mężczyznom z rozbitymi głowami za wzór stawia się dziewczynę w hełmie.
Kicia była w bazie niejako na etacie. Jej śliczne szarobeżowe futerko w jasne prążki do złudzenia przypominało ich polowe mundury. Nocą znikała gdzieś, zajmując się swoimi sprawami, w ciągu dnia polowała na tutejsze myszy, ale wieczory spędzała w difaku[8] – wiedziała, że zawsze coś jej z żołnierskich racji skapnie. Często sama się dopraszała kąska: to wskakiwała na stół i wpatrywała się w jedzącego jakby z wyrzutem, to ocierała się o nogę żołnierza, a jej ogon wyginał się wtedy jak znak zapytania, to siadała obok, podnosiła łebek i wodziła za łyżką kursującą między menażką a ustami. Mało kto był odporny na takie kocie gierki.
Ocierała się o jego nogę. Jej mięciutkie ciało przyjemnie masowało skórę, a szarobeżowa szyja ocierała się o łydkę. Zadzierała głowę, szukając kontaktu wzrokowego. Oczy miała wielkie, zniewalające. Przesunął rękę wzdłuż ciała, leciutko podrapał za uszami, przesunął dłoń na kark i wodził po nim palcami. Wyczuł wibrowanie i usłyszał mruczenie potwierdzające zadowolenie z pieszczoty. Po chwili uniosła się wyżej; jej miękkość sprawiała mu coraz większą przyjemność. Rozkoszne pulsowanie jej brzucha nasilało się; poczuł je na członku. Wymacał zapięcia i zaczął je luzować. Pomogła mu i wkrótce leżała przy nim naga, jak przedtem miękka, giętka i przymilna. Przyciągnął ją, splatając swoje ciało z jej; całował delikatnie jak małą kotkę. Oddawała mu pocałunki, nie szczędząc ocierania się o jego brzuch i tors, a kocie wibrato rozpalało go do białości. Członek mu nabrzmiał chęcią ejakulacji. Rozsunął jej nogi, wszedł między nie, prąciem szukając szpary…
Znów nie obudził się na czas, by nie zmoczyć bokserek.
Po kilku spokojnych dla zespołu drugiego dniach kolejny zakończył się tragicznie.
Przystąpiwszy do rutynowej inspekcji jednej z wiosek w dawno nieodwiedzanej okolicy, Afgańczycy po wyjściu z MRAP-a i dwóch humvee dostali się pod dwustronny ostrzał – z zabudowań i z pobliskich skał. Zalegli pod ogniem z pierwszych chat, tracąc na wstępie dwóch prowadzących. Sławek wezwał wsparcie lotnicze; miało pojawić się za czternaście minut. Kuba w rosomaku, mimo trudności, jakie powodowały tarasujące drogę pojazdy, podjechał ściągnąć rannych, ale kaem z góry uniemożliwiał bezpieczne otwarcie drzwi desantu – albo wystawiali się na strzelca ze wzgórza, albo na wioskowych; tymczasem ich trzydziestka miała za mały kąt wzniosu, by zaszkodzić tym ze skał, a strzelcy z chat to pojawiali się, to znikali i dla działka byli złym celem – po Nangar Khel polski kontyngent miał zakaz ostrzeliwania chat. Ustawili się tak, by osłonić leżących przed ogniem z wioski i Kuba darł się, by kaemiści z MRAP-a i humvee przydusili tego na górze, ale ci go nie słyszeli albo nie rozumieli – dwie lufy milczały skierowane w niebo, a trzecia pruła bezładnymi seriami po wiosce.
Zareagowała Sana. Leżała na skrzydle, praktycznie nieosiągalna dla strzelców z chat. Przekręciła się na plecy i z tej pozycji grzała w kierunku wzgórza. Za chwilę dwóch innych spośród leżących zrobiło to samo, co umożliwiło podjęcie pierwszego z postrzelonych.
– Trup – zaskrzypiało radio.
Bez komendy podjechali po drugiego.
– Żyje – rozbrzmiała w słuchawkach dobra wieść. – Ręka. Kamizelka wytrzymała.
Ostrzał z góry osłabł. Kuba kazał się wycofać, by nie ryzykować trafienia przez RPG[9]. Dziwił się, że talibowie jeszcze ich nie użyli.
Jak na zamówienie zadudniła trzydziestka.
– Mam go!!!
– Kogo?
– RPG, skurwysyna!
Ci z Afgańczyków, którzy mieli bliżej, podczołgali się lub podbiegli pod osłonę rosomaka.
– Kto tam został pod wsią? Widzisz kogoś, Stachu?
– Widzę trzech. Dwóch czołga się do MRAP-a. Jeden leży na plecach. Nie rusza się.
– Gdzie?
– Ostatni z lewej. To chyba dziewczyna!
– Kurwa! – zaklął Sławek, a Kubie zrobiło się gorąco.
– Desant! Załadujcie się z zabitym do ich MRAP-a. Jak Afgany się zbiorą do kupy, spierdalajcie. Tu zostaje medyk, Sławek i ranny.
Podjechali prawie na styk. Przesiadka zabrała pół minuty.
– Szybko po Sanę!
Po chwili stanęli obok leżącej bez ruchu kobiety. Niestety powrócił ostrzał z góry i z wioski. Kaemy w humvee wciąż milczały. Strach było wyjść.
– Osłoń ją jakoś, do kurwy nędzy!! – zdenerwował się sierżant na gazola[10].
– Bliżej się, kurwa, nie da, bo ją rozjadę!
Kuba otworzył tylne drzwi. Wprawdzie były poza polem ostrzału z góry, ale kule ze wzgórza padały dookoła tak gęsto, że aż dziw, że nie poszatkowały leżącej bezwładnie Afganki. Stwierdził, że nie ma na co czekać. Wyskoczył. Leżała o dwa kroki od zbawczego włazu i o dwanaście szans na śmierć każdej sekundy ostrzału. Pociski dzwoniły o pancerz rosomaka i wzbijały obłoczki pyłu, jeśli trafiły w skaliste podłoże. Złapał Sanę za ramiona, podciągnął pod właz, podniósł, a medyk i Sławek przejęli ją od niego i wciągnęli do środka. Wskoczył zaraz za nią. Z ulgą zatrzasnął drzwi.
– Spierdalamy! – krzyknął.
Pojazd skoczył do przodu, a trójka w desancie trzymała się, czego się dało, by przyblokować rannego i nie polecieć na nieprzytomną kobietę leżącą wzdłuż podłogi. Kubę wprasowało w drzwi włazu. Gdy przyspieszenie osłabło, opadł na Sanę. Ze Sławkiem zdjęli z niej kamizelkę i szukali obrażeń. Krwi nie było, choć małą ranę w półmroku przedziału bojowego można było przeoczyć.
Kuba zostawił ją medykowi, a sam zabrał się za oglądanie zdjętej z niej kamizelki kuloodpornej. Faktycznie, na przodzie w kevlarze tkwił pocisk.
– Dostała w pierś, ale wkład wytrzymał – poinformował wszystkich.
Nie wiadomo, czy usłyszeli, bo w tym momencie medyk się rozdarł:
– Defibrylator!!
Wnet znalazł się w jego rękach, gdy tymczasem Kuba ze Sławkiem w pośpiechu rozpinali jej kurtkę i rozcinali bluzę, odsłaniając piersi. Na wysokości mostka widniał rozległy krwiak.
Za trzy sekundy ciałem dziewczyny zaczęły wstrząsać skurcze. Sławek wzywał helikopter i podawał lotnikom koordynaty, a Kuba połączył swoje usta z jej, wtłaczając przez nie powietrze.
Modlił się o cud. Żeby serce Sany było całe. Żeby podjęło pracę. Żeby nie minęły owe cztery minuty dzielące szansę na życie od śmierci mózgowej.
Gdy śmigłowiec zabierał sześciu rannych do szpitala w Kabulu, Sana była przytomna i tylko upór Kuby spowodował, że wzięto ją razem z innymi na badania.
Na odprawie następnego dnia podano, że z rannych przeżyło pięciu, ale tylko Sana zostanie wypisana ze szpitala już jutro i wróci do zespołu.
Rzeczywiście wróciła, ale nie do zespołu i nie sama. Towarzyszył jej sześćdziesięcioletni Afgańczyk o wyglądzie patriarchy i czterech mężczyzn z bronią. Posterunek na wjeździe dyskretnie wzmocniono i postawiono w stan Charlie. Patriarcha przedstawił się jako szejk Abdul Kadir Modżaddedi i zażądał rozmowy z dowódcą bazy. Sytuacja była delikatna, bo niewprowadzenie do wnętrza powodowało obrazę, rozbrojenie i rewizja osobista były politycznie niedopuszczalne, a regulamin zakazywał goszczenia miejscowych w barakach bazy z powodu ryzyka zamachu. Szef wybrnął z tego dylematu w sposób iście salomonowy: przy wjeździe szybko rozstawiono namiot, postawiono stolik i krzesła, ułożono poduszki. Pułkownik wyszedł do bramy bazy z Renatą, która była tłumaczem, i zaprosił szejka do stolika. Samego. Renata wyjaśniła, że prawo bazy zakazuje obecności uzbrojonych gości.
Afgańczycy zareagowali gniewnie, ale po krótkiej naradzie przez odsuniętą zaporę przeszedł patriarcha z Saną, która była w mundurze bez broni. Pułkownik, tłumaczka i główny gość siedli przy stoliku. Sana stała. Adiutant przyniósł kawę.
Szejk Modżaddedi angielskim posługiwał się na tyle słabo, że po pierwszych uprzejmościach Renata zaproponowała przejście na farsi. Starzec prychnął nieuprzejmie, a następnie dumnie oznajmił polskiemu dowódcy swoją angielszczyzną:
– I nie mówać kobeta.
– Cóż, mów do mnie – odpowiedział po angielsku szef bazy, pogładziwszy się po ogolonej brodzie. – Ona… – Spojrzał na Renatę. – …będzie moimi uszami i ustami. – Mówiąc to, pokazywał palcami, jakie organy ma na myśli.
Gdy Renata powiedziała to samo w farsi, Abdul Kadir zdobył się na dłuższą przemowę, w czasie której kilkukrotnie wskazał Sanę.
– Szefie, on mówi, że Sana została zhańbiona przez naszych żołnierzy. Domaga się sprawiedliwości. Przez sprawiedliwość on rozumie zastrzelenie ich – powiedziała tłumaczka po polsku.
– Spytaj, kto to był, co dokładnie zrobił i kiedy.
Po minucie rozmowy z Afgańczykiem Renata zrelacjonowała ją dowódcy:
– W naszym tanku w czasie ostatniej bitwy. Dwa dni temu w kilku rozebrali ją tam do goła, macali po piersiach i jeden ją całował.
Pułkownik zrobił się czerwony na twarzy i mało nie wybuchnął. Całe szczęście, że mógł swoje zdenerwowanie odreagować po polsku:
– Kurwa mać! Czy te jołopy uważają, że reanimacja to jakieś pierdolone zaloty albo gwałt? Powiedz mu, że to było konieczne, by ratować życie żołnierza, i nie ma nic wspólnego z jego płcią. Spytaj, czy gdyby Sana była mężczyzną, też zastrzeliliby ratownika.
Po chwili przekazała odpowiedź Modżaddediego:
– Powołuje się na islam. Kobietę rozbiera i całuje tylko mąż.
– Naprawdę? Na iranistyce też tak cię uczyli? A co z Amerykanami w śmigłowcu, co z personelem szpitala w Kabulu? Wszystkich ich zabiją, bo widzieli jej piersi? Weź tę Sanę na bok i pogadaj na osobności, o co tu chodzi. Czyżby ona skarżyła się na tych, co uratowali jej życie?
Renata i szejk Abdul Kadir wymienili jakieś uwagi w farsi.
– Mówi, że na wszystkich rozwiązłych Allach ześle śmierć. Że w Kabulu o prawo Proroka zadbają inni, jak on dba tu. Posłucham teraz, co powie Sana.
Powiedziała coś do starego i zlekceważywszy jego wrogie spojrzenia i jakieś sarkania, odeszła z dziewczyną na trzydzieści kroków.
Wróciła sama po kilku minutach.
– Szefie, to nie ona doniosła, a koledzy z zespołu, ci ranni. Mówi, że jest tak, że albo ona zginie, albo nasi. To u nich sprawa honorowa. Wiem, że co bardziej ciemni muzułmanie tak robią. Spytałam, czy ma męża. Nie ma. Spytałam, czy u nich obowiązuje wykładnia dopuszczająca misjar. To w sunnizmie małżeństwo czasowe i zezwala na wszystkie kontakty, w tym seksualne. W zasadzie tu bardzo pasuje, bo powstało dla mężczyzn na długich wyprawach wojennych. Sana mówi, że słyszała o misjar, ale nie zna żadnej, która by taki związek zawarła. Może nie znać, bo to kontrakt tajny i pewnie nikt się tym nie chwali.
– Zaraz, zaraz! Co ty właściwie sugerujesz?
– Myślę, że to łatwy sposób, by i wilk był syty, i koza cała. Pokażmy, że Sana jest czasową żoną tego, co ją rozebrał, i już. Nasz siwawy gość… – Nie użyła ani imienia, ani nazwiska szejka, bo zorientowałby się, że mówi o nim. – …nie będzie mógł nic zrobić. Nawet nie będzie mógł winić Amerykanów ani lekarzy w Kabulu, bo żona należy do męża i innym nic do niej i do tego, co on z nią robi.
– Powoli, bo nie rozumiem! Jak „pokażmy”? Co „pokażmy”?
– Chodzi o zwykły dokument. Podpisze Sana i ktoś z naszych. Kwitek o misjar przechowuje mężczyzna, więc będziemy go szukać. Długo. Bo na przykład musimy poczekać, aż jej mąż wróci do bazy z zadania.
Pułkownik popadł w namysł.
– Ale to małżeństwo… Czy ono nie musiałoby być zawarte przed tą bitwą i akcją ratowniczą?
Renata uśmiechnęła się z politowaniem.
– Ale szef prostolinijny. A o antydatowaniu słyszał?
– Udaję, że nie słyszałem – odburknął. – Co trzeba zrobić?
– Pan pułkownik wyznaczy kogoś z tamtej akcji reanimacyjnej na czasowego męża, ja ściągnę z sieci wzór dokumentu, młodzi podpiszą, a potem machnie pan flepem przed oczami siedzącego tu mahometanina i żegnaj genia. Kto z tamtych z rosomaka jest na miejscu?
– Wszyscy. Zespół drugi jako zespół nie istnieje.
Renata uśmiechnęła się kpiąco.
– To może Sany zapytam, kogo by chciała za męża?
– Feministka się znalazła. Może ich zapytasz, kto by ją chciał? Chyba że dziewczyna ma kozę w posagu, to wtedy na pewno wszyscy się zgłoszą na wyprzódki. – Pułkownik pokazał, że i on umie zadrwić.
– Ha, ha! Nie tylko ona bez kozy, ale jeszcze jej zapłacić musi. Ten mąż.
Szef się zaniepokoił:
– Ile?
– Niewiele… – Drwiący uśmieszek nie schodził Renacie z warg. – Teraz widać, ile dla was, samców, jest warta kobieta. – Spoważniała. – Sto dolarów wystarczy, ale dwieście, trzysta lepiej by wyglądało.
– Coś opuściliśmy. A Sana? Co ona na to?
– Pewnie się zgodzi. Nie będzie chciała, by krewni ucięli jej głowę albo zabili wybawcę. Nie jest fundamentalistką.
– To działaj. Ale się śpiesz! Kawę mamy wstrętną, ale i tak nie mam ochoty marnować jej więcej na tego popierdolonego starca.
– Tak jest, szefie!
Z chętnym do zapłaty stu dolarów za afgańską żonę nie było problemów. Sana wybrała sierżanta, a Lipiński zgodził się od razu. Nie minęło południe, a Sana i Kuba byli według prawa islamskiego od czterech dni mężem i żoną. Na dwa miesiące, bo wtedy kończyła się X zmiana. Szejk ze swoją obstawą wyniósł się jak niepyszny. Sana została; już nie należała do ojca ani rodu – należała do męża.
Skutkiem tego Kuba dostał polecenie odwiezienia jej do miasteczka, na którego obrzeżach mieszkała. Aktualnie tylko z matką i siostrą, bo ojciec przebywał w Heracie, a trzej bracia służyli w wojsku.
Sana wsiadła do humvee zaintrygowana i jakby obrażona. Popatrywała na polskiego męża przez pół drogi, zanim się odezwała:
– Czemu mnie odwozisz?
– Dostałem rozkaz. Chciałaś wracać piechotą? Piętnaście mil?
Pomilczała chwilkę, zanim wypaliła:
– Nie podobam ci się?
Kuba nie wiedział, co odpowiedzieć. Szkolenie obyczajowe przed misją nie obejmowało takiej sytuacji. Zastanowił się i doszedł do wniosku, że najlepiej pociągnąć Sanę za język. Niech mówi o swoich oczekiwaniach wobec zaistniałej sytuacji. On się dowie i może coś mądrego wymyśli.
– Czego chcesz ode mnie?
– Ja… Nie ja mam chcieć, ale ty. Będę ci posłuszna. Żona ma słuchać męża. Tak naucza Prophet.
Nie znał tego słowa, ale domyślił się, że chodzi o religię.
– Czego jeszcze islam naucza o mężu i żonie?
– Prophet mówi, że musisz ze mną… seksować? Chyba że ci się nie podobam. Myślałam…
Kubę zamurowało.
– A ty byś chciała???
– To po co mnie wziąłeś?
Znów go zatkało. Gorączkowo myślał o całej tej nowej sytuacji. Z formalnoprawnej sztuczki Renaty zrobił się związek, który Sana traktuje całościowo i poważnie.
– Gdyby nie ten mariaż, ten misjar, ktoś by zginął. Renata mówiła, że tylko tak możemy uratować życie.
– Ale jestem twoją żoną. Chcę nią być. Ciebie wybrałam, a nie tamtych. A ty mnie odrzucasz… – odpowiedziała z wyrzutem.
Ponieważ wiedział, że za kolejnym zakrętem i wzgórzem wyłoni się cel podróży, zjechał między skały i zatrzymał wóz. Sprawa wymagała dłuższego obgadania.
– Nie odrzucam… – zaczął wyjaśniać, ale Sana mu przerwała:
– To rób, co mąż powinien.
Wysiadła z samochodu i rozpięła kurtkę. Kocimi ruchami zsunęła ją z ramion i rzuciła na kamienie. Wyginając się zalotnie i stale wpatrując kokieteryjnie w jego oczy, rozpięła sprzączkę i tańcząc ciałem bez odrywania butów od ziemi, wysuwała pas szlufka za szlufką.
Kuba patrzył jak urzeczony. Poczuł, jak mu nabrzmiewa prącie.
Rzuciła pas na kurtkę. Oparła lewą nogę o próg pojazdu, rozpięła rzepy i wyswobodziła stopę z buta. Zachowując balans ciała godny baletnicy, zsunęła skarpetę i niczym zawodowa striptizerka pończoszkę rzuciła ją na podłogę. To samo zrobiła z prawym butem i drugą skarpetą. Kontynuując kusicielski taniec, odwrócona tyłem, ale wciąż zerkająca na Kubę spod długich czarnych rzęs, postąpiła trzy kroki ku leżącej górze munduru. Tam odchyliła kibić o ćwierć obrotu i zagiętym palcem przywoływała męża, wabiąc go do siebie.
Kuba najpierw wysiadł i zbliżył się do prowokującej go kobiety, a dopiero potem pomyślał: „Co ja właściwie robię?”. Jednak było już za późno.
Giętkie palce o migdałowato wydłużonych paznokciach rozpięły mu kurtkę. Szczupłe ręce powoli zebrały ją z jego ramion – najpierw z lewego… potem z prawego… Poluzowały rzep na nadgarstku… Pociągnęły za lewy rękaw, aż odsłoniły najpierw muskuły ramienia, a potem łokieć i nadgarstek, aż cała jego ręka została obnażona. Potem to samo z prawą… Rzep… Ramię… Łokieć…
Kurta wylądowała obok swej towarzyszki.
Sana uklękła na ziemi, pochyliła się i rozpinała jego buty. Lewy… Wsparł się o jej plecy, podniósł nogę. Zdjęła… Skarpetę też… To samo z prawym… Skarpeta… Wyprostowała kibić. Zabrała się za sprzączkę pasa. Rozpięła… Opuściła suwak rozporka i wysunęła guzik z dziurki. Spodnie opadły, ukazując bokserki, pod którymi pęczniał członek…
Kuba był pod wrażeniem orientalnej, kobiecej magii. Kiedyś w Polsce w pewnym klubie, w którym nieźle popił z kolegami, jakaś dziewczyna równie wstawiona jak on rozbierała go w podobny i zarazem niepodobny sposób. Tamtej śpieszyło się do jego kutasa, gwałtowne ruchy nie przypominały tajemniczego misterium, tylko raziły wulgarnością chuci. Wtedy się jej poddał; był zbyt pijany, by się oprzeć lub przejąć inicjatywę, ale nadmiar alkoholu spowodował fiasko – dziewczynę torsje wzięły wcześniej, niż udało się jej ożywić mu prącie. Oboje rozstali się bez żalu; zostawił ją rzygającą w męskiej toalecie, a sam wrócił do kumpli. Dziś zupełnie nie mógł sobie przypomnieć jej wyglądu; nie pamiętał koloru włosów ani stroju, pamiętał tylko jej karminową, rozmazaną szminkę.
Wargi jego afgańskiej żony były bez szminki. Uniosła głowę, by zmierzyć go uwodzicielskim spojrzeniem, a on zogniskował na nich wzrok. Były cudownie wykrojone; zadziwił się, że dotąd nie zwrócił uwagi na ich piękno. Gdy opuściła mu bokserki, kutas sam znalazł drogę do tej doskonałości, wypełniając ją swą żołędzią.
Zdjął koszulę i podkoszulek, by nie przeszkadzały mu w podziwianiu pięknych widoków na jej twarz, usta pieszczące członka i okolone długimi rzęsami oczy. Szczególnie oczy… Patrzące na niego…
Musiała mieć praktykę z mężczyznami, bo wyczuła moment, w którym był gotowy, ale jeszcze nie przekroczył punktu bez odwrotu. Wstała, zdjęła koszulkę. Stanika nie nosiła, jej piersi, mniejsze niż w sennym rojeniu, miały również jaśniejsze brodawki, które bardziej odznaczały się z ciemniejszych otoczek. Krwawosiny placek przypominał, że jeszcze dwa dni temu modlił się nad nim, by przeżyła.
Miękko chwyciła jego dłonie i położyła je na swoich spodniach, jasno sugerując, co ma zrobić. Rozpiął je i opadły, odsłoniwszy zwykłe białe figi, jakże różne od wyśnionych wojskowych bokserek. Ściągając je ku dziewczęcym kostkom, wykazał więcej kontroli niż w sennych fantazjach – nie miał wytrysku. Na wzgórku łonowym odsłoniły się gęste kędziorki. Przypomniało mu się drugie senne zwidzenie. Nie mógł się pohamować, ukląkł przed nią, położył dłonie na jej pośladkach i wtulił twarz w szarawe futerko. Mościł się w nim policzkiem, wcisnął nos w miejsce między złączonymi nogami, wchłaniał zapach pustyni, aromat egzotyki i woń śluzu – kadzidło kobiecości i pożądania.
Sana powoli uniosła stopę i uwolniła nogę od krępujących ją spodni i majtek. Ruch ten spowodował, że Kuba zyskał dostęp do jej szparki, co skrzętnie wykorzystał – sięgnął językiem do łechtaczki. Zadrżała, rozszerzyła nogi i wysunęła podbrzusze ku przodowi, ku pieszczocie jego języka, muśnięciom nosa, ssaniu warg. Udostępniając swoje skarby, rękę oparła o jego głowę, nadając rytm karesom. Wkrótce zaczęła głośniej oddychać, a zwiększona wilgoć zasygnalizowała mężczyźnie, że pora przejść do kolejnego etapu.
Podniósł się i pokazał na kurtki.
Ułożyła się posłusznie, a on użył spodni, by podłożyć je pod siebie. Legł obok niej; wciągnęła go na siebie zachłannym ruchem, nie mogąc się doczekać spełnienia.
– Nie bój się, dziś jestem infertile – szepnęła mu w ucho, gdy nie wszedł w nią.
Nie zrozumiał.
– To bezpieczny okres – wyjaśniła innymi słowami. – Dziś nie będzie dziecka.
– Skąd wiesz? – spytał podejrzliwie. Ostatnią rzeczą, której by chciał, był afgański potomek.
– Matka mnie nauczyła – wyjaśniła z uśmiechem, świadoma skojarzenia, jakie przywołuje.
– Może wolisz ustami? – zapytał z nadzieją, że Sana wybierze brak ryzyka. Jakoś nie ufał tej matczynej antykoncepcji.
– Nie. Mąż musi to impale swą żonę. Chcę być deflowered.
Znów nie zrozumiał, ale inicjalne „nie” było kategoryczne. A że nieznane słowo skojarzyło mu się z palem, jego pal przypomniał mu, że jest gotów i nie rozumie, dlaczego jego właściciel zwleka.
Więc przestał zwlekać.
Wchodząc w nią, napotkał pewien opór. Gdy go przemógł, Sana przygryzła wargę w grymasie bólu. Zamarł.
– Czy jestem twoim pierwszym? – spytał. Dotąd o tym nie pomyślał; jej umiejętność kuszenia i swoisty bezwstyd odebrał jako świadectwo doświadczenia seksualnego.
Odpowiedziała po krótkiej chwili, puściwszy wargę.
– Tak. Nie miałam mężczyzny przed tobą.
Kuba nie miał dotąd do czynienia z dziewicami. Jakoś nie pomyślał, że kiedykolwiek po maturze na taką natrafi. Trochę spanikował, bo nie wiedział, co teraz robić. Aby dać jej i sobie czas, zaczął pieścić jej piersi. Były mięciutkie, wręcz aksamitne. Próbował pobudzić do sterczenia brodawki, ale było mu niewygodnie opierać się na jednej ręce. Wysunąć się z niej? Robić swoje?
Nie chciał jej sprawić bólu.
– Mogłaś powiedzieć… – Wyrzut zawarty w tych słowach był podświadomy, ale jak już wybrzmiał, Kuba uzmysłowił sobie, że istotnie ma do niej żal. Zaczął się tłumaczyć, bardziej przed sobą niż przed nią:
– Rozbierałaś mnie i siebie… Tak ekscytująco… byłaś taka sprawna, otwarta… Nie pomyślałem… Skąd to wszystko umiesz, jeśli jestem pierwszy?
– Matka mnie nauczyła – odpowiedziała poważnie, ale potem oboje wybuchnęli śmiechem. W efekcie naprężenie prącia zmniejszyło się, osłabiając ból od rozdartej błony.
– Masz interesującą matkę.
– Tak, jest wspaniałą kobietą. Nauczyła mnie wszystkiego o mężczyznach i o mnie. Ona, ale i kuzynki, koleżanki, szwagierka…
– One wszystkie tak dobrze znają mężczyzn?
– My, kobiety, opowiadamy sobie o wszystkim. O mężczyznach, o seksie z nimi też. Nie mamy przed sobą tajemnic; zawsze coś może pomóc drugiej. Obowiązkiem żony jest zadowalać męża; skąd miałaby wiedzieć, jak to robić, gdybyśmy nie dzieliły się doświadczeniami, sposobami, sztuczkami?
– Ty o mnie też będziesz opowiadać?
– Pewnie! Ależ będzie sensacja, jak się dowiedzą, że mam męża!
Kubie członek sflaczał; poczuł się nieswojo, dowiedziawszy się, że stał się mężem poniekąd publicznym.
– I co im opowiesz?
– Ja będę boast, jak cię caressed i rozbierałam, aż ci penis urósł. Podziękuję szczególnie Rabii, bo to ona nauczyła mnie lizania penisa. I będę boast, jak ty caressed mnie. Jak lizałeś clitoris.
Pomilczeli chwilę.
Wyszedł z niej, a raczej wypadł. Powiedział:
– Sorry, ale dla mnie to nowa sytuacja. Nie byłem nigdy żonaty… zwłaszcza z Afganką, muzułmanką… Dziś popieszczę cię językiem.
Obrócił się i przywarł ustami do jej krocza. Nie trwało długo, jak zaczęła reagować na jego oralne pieszczoty. Wyprężała łono, rękoma wspartymi na jego łopatkach podpowiadała tempo. Pełne biodra odpychane od ziemi mocnymi nogami pracowały jak u poznanej kiedyś czterdziestolatki.
Był wtedy elewem na kursie dla podoficerów wojsk lądowych w Poznaniu. Młode, wysportowane ciacha w mundurach, jak on, były na celowniku wielu kobiet. Wszyscy kursanci mogli przebierać w ofertach. Pewnej niedzieli skusił się na ponętną milfę i nie żałował. Ona też nie. Nauczyła go minety. Odwdzięczył się czterema orgazmami, sam mając trzy, zjadł kolację godną króla i został odwieziony do jednostki na minutę przed regulaminowym czasem powrotu z przepustki.
Dzięki niej dziś dał orgazm Sanie. Jak się domyślał, był to jej pierwszy. Podskakiwała, wyginała się i krzyczała jak tamta doświadczona poznanianka.
Kuba podpytał Renatę, co ma zrobić w sytuacji, gdy Sana traktuje misjar poważnie i powołując się na religię, ma szereg wymagań wobec niego i związku. Zapewne wskutek jej późniejszej rozmowy z pułkownikiem dowództwo zreorganizowało zespoły patrolowe i Sana przestała jeździć na zadania z Kubą. Po namyśle uznał to za właściwe. Odtąd też udzielano mu przepustek w piątki (w te dni mahometanie mają święto i nie pracują) i nawet dawano humvee do wyłącznej dyspozycji na popołudnie i wieczór.
W pierwszy z tych piątków Sana powitała go w wejściu do swego domu wystrojona i wymalowana jak operetkowa primadonna. Zza futryn okolicznych drzwi, narożników domów i z okien wyglądały liczne głowy dziewcząt i kobiet. Siostra i matka Sany nie wyszły, by go powitać, ale domyślił się ich obecności za szparą półprzymkniętych drzwi. W Polsce wręczyłby gospodyni kwiaty lub inny prezent, ale Renata powiedziała, że tu mężczyzna nie obdarowuje kobiet. Zresztą zaraz drzwi się zamknęły i został z żoną sam na sam.
– Już mi się tam zagoiło – zakomunikowała na wstępie.
– Myślisz tylko o seksie?
– Nie tylko – odparła z frywolnym uśmiechem. – Myślę też o tobie.
– I co o mnie myślisz?
– Że chcę ci się odwdzięczyć za orgazm. Matka, kuzynki i znajome mężatki mówiły, że nigdy im się nie zdarzyło, by mąż nie miał orgazmu, ale zrobił go żonie. Matka powiedziała nawet, że ona swój pierwszy miała po roku małżeństwa. Pamięta to do dziś, jak każdy następny. A lizania przez męża doświadczyły tylko dwie. Wszystkie mi envy! Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa!
Wciąż nie mógł się przyzwyczaić, że słowo „dyskrecja” ma wśród afgańskich kobiet inne znaczenie.
– I dlatego tak się wystroiłaś? Piękna suknia. Nigdy takiej nie widziałem.
– To dla ciebie. To suknia weselna matki. Ale to nie wszystko! Resztę zobaczysz, jak mnie rozbierzesz – odparła z zagadkową miną.
– Lubię, jak sama się rozbierasz.
– Hmmm… No to patrz!
Najpierw podniosła dół sukni, by ukazać czerwone szpilki. Potem, jakby drocząc się z nim, to podnosiła rąbek sukni, to go opuszczała, aż raz podniósłszy przód powyżej kolan, ukazała górę samonośnej pończochy. Po czym stanęła tyłem do Kuby, odwróciła zalotnie głowę i poprosiła:
– Rozepnij…
Pociągnął suwak. Bajecznie wzorzysta, ręcznie wyszywana suknia spłynęła w dół i odsłoniła całą w zasadzie nagą kibić Sany. Wprawdzie plecy i pupa były w body w cielistym kolorze podobnym do stilonowych siatkowych pończoch, ale i tak Sana prezentowała się, jakby była naga.
Odwróciła się do niego przodem i zdębiał: ta sama siateczka nie ukrywała niczego, ale obie piersi i łono zasłaniały naszyte czarne dłonie z krwawoczerwonymi paznokciami. Wyglądała jak obłapiana przez półtorej Murzynki. Spojrzała na niego w oczekiwaniu aplauzu, tymczasem on mało co nie prychnął śmiechem.
– Łaał, co za pomysł – powiedział w końcu, bo zorientował się, że Sana jest dumna z tego stroju i oczekuje pochwały. – Ale zakazuję tym czarnym dłoniom trzymać cię za biust. Skąd to masz? – zapytał z ciekawością. Gdyby nie wiedział, że jest w Afganistanie, obstawiałby Las Vegas.
– Od Dżamili. Jak tylko dziewczyny dowiedziały się, że wyszłam za mąż, zaraz podarowały mi mnóstwo bielizny erotycznej. A ja wybrałam to, co widzisz. Ale tobie się nie podoba…? – zauważyła ze smutkiem. Najwyraźniej jego mina została dobrze odczytana. – To poczekaj chwilę.
Zniknęła za drzwiami do przyległego pomieszczenia. Usłyszał jakieś glosy i po kilku minutach wychynęła z niego boso i w innym stroju. Składał się z samych czarnych skórzanych pasków łączonych mosiężnymi pierścieniami. Okalały biust, odsłaniając piersi, eksponując pępek i krocze. Wszystkie kobiece atrybuty były na widoku i gotowe do użycia.
Jego członek zaczął nabrzmiewać, a Sana, obserwująca jego reakcję, stwierdziła z radością:
– To od siostry.
Obróciła się wokół osi, eksponując goliznę poprzecinaną rzemykami.
– Nie wiedziałem, że islam pozwala na takie coś.
– Dlaczego? – zdziwiła się. – Żeby sprawić przyjemność mężowi, można włożyć cokolwiek i można być nagą.
– Tęskniłaś do tego?
Pierwszy raz widział, jak Afganka się płoni. Nakryła oczy rzęsami. Opuściła głowę.
– Tak… – powiedziała cicho i wstydliwie.
– Te paski są wygodne. Nie trzeba ich zdejmować, aby zrobić z kobietą co się chce.
– Więc zrób… – szepnęła.
Zatem zrobił.
Pół godziny później oboje byli zmęczeni i spełnieni.
Gdy odpoczęli i poprzytulali się, ekscytując się nawzajem swoimi ciałami, Sana poszła się umyć i wróciła we wzorzystej sukni. Zapowiedziała:
– Teraz chodźmy na poczęstunek. Mama i Khadija przygotowały dla nas parę tradycyjnych potraw. Będzie qobeli palao, buloni kaczalu, bodemdżone surh kiarda i jakaś niespodzianka. Opowiesz mi o Polsce. Jeszcze miesiąc temu nie wiedziałam, że jest taki kraj, a teraz mam męża Polaka. Allach jest wielki!
Okazało się, że zasiadł przy stole sam, a Sana donosiła z kuchni garnek za garnkiem i misę za misą. Nakładała najpierw jemu, a później sobie i przenosiła je do następnego pomieszczenia. Zauważył, że drzwi pozostają zawsze uchylone. Jedli, zanim pojawiała się z następną misą czy garnkiem. Przy stole wypytywała o jego rodzinę, kraj i zwyczaje.
– A twoje matka i siostra? Dlaczego nie jedzą z nami? – spytał.
– Ależ jedzą! I słuchają pilnie, co mówisz. A jak im nakładam, mówią, o co mam pytać. Są bardzo tobą zainteresowane. Jesteś pierwszym Polakiem, którego poznały.
– Podziwiam, że wy wszystkie tak dobrze znacie angielski. Lepiej niż ja.
– To ze szkoły. Mama zna słabo, ale Khadija jej tłumaczy, gdy nie rozumie.
Potraw i pytań było tyle, że – inaczej niż w Poznaniu – spóźnił się do bazy i podczas rannej odprawy dostał opieprz oraz oficjalne upomnienie. W ciągu dnia Sławek i cały pluton dopytywali go o intymne szczegóły „nocy poślubnej”. Kpinkom oraz podpuchom nie było końca, więc żeby dać im popalić, Kuba ze szczegółami opisał ucztę „weselną”. Przedstawiał ją tak plastycznie i smakowicie, że koledzy skręcali się z zazdrości i stwierdzili, iż gdyby nie brak alkoholu, toby wszyscy nawet jutro ożenili się z Afgankami.
Dwie soboty później Kuba zorientował się, że chyba się w swojej czasowej żonie zakochał. Ponadroczne rozstanie z Anką oddaliło ich od siebie nie tylko fizyczne, ale i emocjonalnie, jednak dopiero poznawszy Sanę, dostrzegł to wyraźnie. Z Afganką łączyło go coraz więcej; jego myśli krążyły bardziej wokół niej niż wokół polskiej narzeczonej i złapał się na rozważaniu, czyby nie sprowadzić Sany do Polski. Bo skoro jest jego żoną… Wprawdzie czasową, ale zawsze to jego żona. Czy polskie prawo uznaje to małżeństwo?
Chwilowo nie dzielił się tymi myślami z nikim. Następne tygodnie i rozmowy w kolejne piątkowe spotkania zbliżyły ich do siebie do tego stopnia, że musiał poznać stanowisko Sany. Na dwa tygodnie przed końcem zmiany i tym samym misjar zapytał ją, czy chciałaby zawrzeć z nim prawdziwe małżeństwo i pojechać do Polski.
Sana spłoniła się, ale widział, że też już musiała o tym myśleć, bo nie wydawała się zaskoczona, tylko rozradowana.
– My nie możemy wychodzić za mężczyzn innej religii. Według niektórych i nasz misjar jest zakazany, bo nie jesteś muzułmaninem. Musiałbyś zostać wyznawcą Allacha.
– Albo ty przestać.
Zasmuciła się i zamilkła.
Uciekł się do tego, co mu wpajała:
– Czy żona nie należy u was do męża? Czy jako mąż mogę nakazać ci wszystko? Wyjazd do Polski? Zmianę zwyczajów? Zmianę religii?
Rozpłakała się i do końca dnia już nic nie powiedziała.
Tego dnia Kuba pierwszy raz wrócił do bazy godzinę przed wyznaczonym terminem.
W następny piątek odbyli poważną rozmowę o przyszłości. Sana oświadczyła, że w tak istotnej sprawie musi się wypowiedzieć jej ojciec. Kuba z kolei zobowiązał się podczas urlopu w Warszawie rozeznać, jaki jest status Sany w polskim prawie i czy dostanie ona polski paszport. W sumie dali sobie czas do namysłu. Wszystko miało się rozstrzygnąć za pięć tygodni, gdy Kuba wróci z Polski, a afgańska rodzina wyrazi swoje stanowisko wobec córki i siostry.
**********
[1] beryl – polski karabinek automatyczny
[2] czołgi – buty w żargonie wojskowym
[3] rosomak – polski kołowy transporter opancerzony
[4] humvee – amerykański wojskowy pojazd terenowy (na rynek cywilny produkowany pod nazwą hummer)
[5] guner – strzelec-operator wieżyczki z armatką/kaemem w żargonie wojskowym
[6] MRAP – pojazd opancerzony o zwiększonej odporności na miny
[7] fugas (ajdik) – mina domowej roboty
[8] difak – stołówka w żargonie wojskowym
[9] RPG – ręczny granatnik przeciwpancerny
[10] gazol – kierowca wozu opancerzonego w żargonie wojskowym
Przejdź do kolejnej części: Ghula 2. Warszawa
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
jammer106
2025-08-12 at 20:00
Szanowny Tompie,
Z wielką radością przyjąłem fakt że zdecydowałeś się opublikować tę serię. Czytałem ją rok temu i taka perełka ocierająca się o bliskie mi klimaty winna tu zawitać o wiele wcześniej.
Warsztat – jak zawsze u Ciebie perfekcyjny, innego nie mogłem się spodziewać. Nakreślenie postaci wyraziste i czuć pomiędzy ta parą chemię i uczucie (w przeciwieństwie do mojej Klaudii, która jest cyborgiem z miesiączką), bardzo dobrze oddane uczucia kobiety, nakreślenie sytuacji. Opisy miłosne ze smakiem , bez epatowania zbędnymi szczegółami. Wszystko podane jest jak smaczne danie i z niecierpliwością czekał będę kolejnej części.
Fabuła – spójna, autentyczna, bez zbędnych dłużyzn. Bardzo dobre wczucie się w psychikę kobiety i bohatera (zazdroszczę bo mi się to nie udaje). walor „edukacyjny” też widoczny w postaci zachowania i zasad rodowitych Afganów (rodzina Sany). Słowem- kolejny majstersztyk fabularny.
Długość opowiadania (tej części), dobrana optymalnie, nie powoduje u Czytelnika zmęczenia (również zazdroszczę, patrząc na swoje dłużyzny). Nie odczuwałem, czytając z wielką przyjemnością że sceny erotyczne są wbite na siłę, wspaniale komponują się z akcją (co nie zawsze mi się udaje).
Przedstawiony słowniczek, pokazuje również klasę Autora. Słowem Arcydzieło. Trzy razy po pięć zasłużone i taką ocenę wystawiam.
W kwestii słownictwa i kwestii militarnych. są malutkie, powtarzam malutkie kamyczki, ale, Tomp nie jest zawodowym wojskowym. to opowiadanie to nie biografia jednego z generałów dowodzących PKW w Afganistanie, czy Iraku. Dla zwykłego obywatela jest to czytelne i co najważniejsze przyswajalne i podane w sposób prosty łatwy i przyjemny, a o to przecież chodzi. Z tych małych kamyczków, ja czepiacz jammer wskaże tylko jeden, z pewnością wyraz ten jest użyty zgodnie z gramatyką, i czym tam jeszcze można sobie dopowiedzieć.- „afgańskich patrolowców” – to stwierdzenie od razu mnie (a mam zboczenie w tym kierunku, graniczące nieraz z obsesją) kojarzy się ze spektrum działań wodnych ( rzeczny patrolowiec, patrolowiec PMW, patrolowiec SG), dwóch członków patrolu, dwóch zwiadowców, dwóch z awangardy, dla mnie (subiektywne zdanie), brzmi lepiej.
No i wyrosła mi konkurencja w tematyce militarnej, silna, powiedziałbym bardzo silna.
Gratuluję i czekam na kolejną część.
Tomp
2025-08-12 at 21:35
Szanowny jammerze106,
SJP PWN podaje, że „patrolowiec” ma dwa znaczenia: 1) okręt lub samolot patrolowy i 2) członek patrolu. Tak więc czuję się wytłumaczony. Faktem jest, że w NKJP zdecydowana większość użyć słowa dotyczy okrętu, „samolotu” żadne, a „członka patrolu” (w tym przypadku policjanta) dotyczy zaledwie jedno, co świadczy o powszechności Twoich skojarzeń.
Doceniam Twój aplauz dla tej pierwszej części .Ghuli, acz jest ona tylko wstępem do drugiej (i ostatniej) części, którą będziesz mógł przeczytać w najbliższy czwartek. Myślę, że Twoja dobra opinia zostanie wtedy wystawiona na próbę, bo wojskowe klimaty będą w niej odgrywały marginalną rolę. Generalnie (UWAGA SPOJLER!) Ghula nie jest kroniką erotycznych przygód wojaka.
Tak więc możesz czuć się spokojny; na pewno nie zastąpię Cię w pisaniu o wojsku i nie mam ani zamiaru, ani umiejętności, by być konkurencją dla Twoich stricte wojskowych erotyków.
Megas Alexandros
2025-08-13 at 00:25
Dobry wieczór,
tematem i zasadniczą osią fabularną „Ghuli” jest konflikt kulturowy. Dla Polaków, Amerykanów, ludzi szeroko pojętego Zachodu Afganistan musiał być niezwykłym szokiem, na który nie mogły ich przygotować choćby wcześniejsze interakcje z muzułmanami w krajach arabskich czy w Afryce. Afgańska wersja islamu okazała się zdecydowanie bardziej hardkorowa – częściowo zakorzeniona w plemiennych tradycjach tego kraju, a częściowo w backlashu wobec przymusowej modernizacji narzuconej przez Sowietów (przed najazdem radzieckim konserwatyzm i liberalizm potrafiły jakoś współistnieć w jednym kraju, w interiorze kobiety nosiły burki, a w Kabulu krótkie spódnice, jak na słynnej fotografii z lat 70tych: https://mediaproxy.snopes.com/width/1200/https://media.snopes.com/2021/08/GettyImages-women-afghanistan.jpg ).
Tompowi udało się opisać ten niełatwy temat – zwłaszcza dziś, gdy konflikty kulturowe przelały się przez granice i mamy z nimi do czynienia na szeroką skalę w Europie – z taktem, zręcznością i niemałą dozą poczucia humoru. Choć oczywiście postawa członków klanu Sany, ich gotowość do mającego ratować ich honor zabójstwa wciąż przeraża. Świetny pomysł tłumaczki – by wykorzystać do załagodzenia sporu islamską instytucję misjar – okazał się strzałem w dziesiątkę. Przynajmniej na krótką metę. Przy okazji – dotąd byłem przekonany, że małżeństwa na z góry określony czas funkcjonowały raczej w szyityzmie. Zainspirowany powyższym tekstem sprawdziłem – i faktycznie, niektóre nurty sunnizmu również je dopuszczają. Po raz kolejny okazuje się, że z tekstów publikowanych na NE można się wiele nauczyć!
„Ghula” traktuje o konflikcie kulturowym, ale też o tym, że miłość jest zdolna go przezwyciężyć. Pozwala obalić zdawałoby się niewzruszalne bariery, jej język umożliwia kontakt i porozumienie się osobom ze skrajnie odmiennych środowisk. Problem w tym, że miłość łączy dwie konkretne osoby – i tylko je. Społeczeństwo wokół pozostaje nieodmienione. Indywidualne, transformacyjne doświadczenie ściera się z zachowawczością tłumu. Napięcie musi znaleźć jakieś ujście.
Jeden element wydał mi się mniej prawdopodobny – daleko posunięty liberalizm kobiecej części rodziny Sany, zwłaszcza na tle wsteczności i zacofania mężczyzn z tego samego klanu. Ich otwartość w kwestiach seksu, a także pokątnie prowadzona edukacja seksualna, choć bardzo sympatyczne, zdają mi się raczej wytworem przepojonej optymizmem fantazji Europejczyka. Jeśli wiemy coś na podstawie licznych badań społeczności tradycjonalistycznych – to to, że kobiety, zwłaszcza starsze, często przodują w konserwatyzmie i bywają filarem oraz ostoją opresji, która dotyka ich własną płeć.
Znając już całość „Ghuli”, jestem bardzo ciekaw, jak zostanie przyjęta druga i ostatnia zarazem część, która ukaże się u nas pojutrze. Mnie uderzyło to, jak bardzo się od siebie różnią. Biorąc jednak pod uwagę, co jeszcze przydarzy się Kubie i jego ukochanej, pewnie nie mogło być inaczej.
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2025-08-13 at 02:12
Opis otwartości muzułmanek w relacjonowaniu w gronie kobiet intymnych kontaktów z mężami nie jest moim wymysłem. Oparłem go na jakimś blogu, który wspominał explicite, że do akademika (a relacja dotyczy kraju islamu) przyszła świeżo zamężna kobieta i opowiadała wszystkim koleżankom noc poślubną z najdrobniejszymi szczegółami. Autor podkreślał, że inaczej niż chrześcijanki, muzułmanki nie mają przed sobą tajemnic w kwestiach intymnych. Dziś nie potrafię dać linku do tego bloga. Robiąc kwerendę do opowiadań nie nastawiam się na dokumentowanie faktografii. Widocznie to błąd, bo okazuje się, że potem wykazanie, że „w Konstantynopolu byli Murzyni” może być trudne. 🙂
Od razu dodam, że mnogość i powszechność strojów erotycznych dla kobiet w krajach muzułmańskich też oparłem na informacji internetowej. Autor opisujący to zjawisko (Europejczyk) był tym niebywale zaskoczony, że sklepy z taką odzieżą są w (jakiejś, nie pamiętam jakiej) stolicy kraju islamskiego tak liczne, wielkie i bogato zaopatrzone. Z tej relacji (było na zdjęciu) pochodzi właśnie opis siatkowego body z naszytymi czarnymi rękami.
Megas Alexandros
2025-08-13 at 11:08
Tompie,
zważ, że w swoim komentarzu wyrażałem przede wszystkim uznanie dla „Ghuli”, nie wiem więc czemu w odpowiedzi skupiłeś się jedynie na jedynej krytycznej uwadze, którą wyraziłem 🙂
Skoro jednak już o tym rozmawiamy, wydaje mi się, że jako Europejczykom zbyt łatwo przychodzi nam czasem traktowanie zbiorowości „krajów muzułmańskich” jako monolitu. Nawet kraje arabskie, zamieszkane przez, bagatela, 400 milionów ludzi, takim monolitem nie są i sytuacja w bardziej liberalnych – jak Tunezja, Maroko czy nawet Egipt jest skrajnie odmienna od tej w Arabii Saudyjskiej czy Jemenie. A co dopiero mówić o muzułmańskich krajach niearabskich, jak Iran, Afganistan czy Indonezja.
Ja również natrafiałem na relacje, o których wspominasz, tyle, że dotyczyły one Egiptu. Kraju mocno zintegrowanego gospodarczo z Zachodem, z wielkimi, względnie liberalnymi metropoliami, względnie liberalną interpretacją islamu (Uniwersytet Al-Azhar), no i nie odmawiającego (z zasady) swoim obywatelom dostępu do Internetu. W Afganistanie, w którym zdecydowana większość populacji (73%, dane za 2024 r.) mieszka na obszarach wiejskich, na poziomie cywilizacyjnym sprzed paru wieków, bez dostępu do Internetu, pod rządami wyjątkowo restrykcyjnej wersji islamu, realia są zapewne inne.
Nie czepiam się nawet strojów, te zapewne nie zostały zakupione w ekskluzywnym sex-shopie w Kabulu, a przeszmuglowane z jakiegoś państwa o mniej surowej obyczajowości. Wątpię natomiast w edukację seksualną prowadzoną przez wiejskie kobiety należące do tego samego klanu, co ten barbarzyńca, Abdul Kadir Modżaddedi. Po prostu w tym momencie moje zawieszenie niewiary mocno się ugięło, to wszystko 🙂
No, ale gdyby nie owa licencia poetica, nie mielibyśmy okazji do tej rozmowy. Więc i z niej płynie oczywisty pożytek!
Pozdrawiam
M.A.
Thorin
2025-08-13 at 17:25
No wreszcie!
Brakuje takich opowiadań, opisujących doświadczenia naszych chłopaków w tym skalistym piekle, jakim był Afganistan. A przecież przez ten kraj prowadził szlak bojowy parunastu tysięcy Polaków w mundurach.
Myślę sobie, że przy tylu młodych facetach jeżdżących w ramach kontyngentu na półroczne zmiany (niektórzy byli na kilku), któryś musiał tam poznać miłość życia. Na przekór różnicom kulturowym, religijnym, językowym. No musiał. Reguła wielkich liczb w działaniu.
Jestem ciekaw, jak dalej potoczy się romans Kuby i Sany. Choć wszystko wydaje się być sprzysiężone przeciw nim, trzymam kciuki, by im się udało. Sana zdaje się fajną dziewczyną, której nie stłamsiły bardzo trudne realia, w jakich musiała żyć. Może nieco prostą i naiwną, ale szczerą w swoich uczuciach. Jak rozwiążą problem odmiennej wiary? Ona wydawała się przywiązana do swego wyznania. Kuba jest bardziej religijnie indyferentny. No i w islamie apostatów karze się śmiercią, w polskim katolicyzmie – zmarszczeniem brwi proboszcza przyjmującego oświadczenie.
Czekam więc na rozdział 2. Cieszę się, że będzie już zaraz!
Tomp
2025-08-14 at 14:45
„Brakuje takich opowiadań, opisujących doświadczenia naszych chłopaków w tym skalistym piekle, jakim był Afganistan”.
Problem z obecnością takich (i wielu innych) treści na NE polega na tym, że trudno wiarygodnie wpleść erotykę w każdą „mięsistą” fabułę. Na to właśnie uskarża się jammer106 (powyżej), ale przecież każdy widzi, że typ portalu (Najlepsza EROTYKA) stanowi istotne ograniczenie dla ambitnych amatorów piszących opowiadania.
Cieszę się, że Ghula Ci się podoba, i – podobnie jak jammera106 – ostrzegam, że po przeczytaniu części drugiej, gdy okaże się, o czym to opowiadanie jest w istocie, możesz zmienić zdanie. 🙂
jammer106
2025-08-14 at 17:09
„Autor opisujący to zjawisko (Europejczyk) był tym niebywale zaskoczony, że sklepy z taką odzieżą są w (jakiejś, nie pamiętam jakiej) stolicy kraju islamskiego tak liczne, wielkie i bogato zaopatrzone.” Damaszek, Bejrut, Aleppo, nie mówiąc już takich krajach jak Egipt, Tunezja , Maroko. Tam jak najbardziej. Pończochy w Afganie -nie zaprzeczam nie potwierdzam, nie byłem. W Bejrucie widziałem kobiety w nylonach (co to było czort wie) , w Iraku w okolicach bazy nie widziałem w rajtach lub pończochach żadnej lokalski. Nawet nasze panny nie chodziły nylonach ( kąpałem się w Libanie, w Morzu śródziemnym w listopadzie i było cieplejsze niż Bałtyk w sierpniu). No chyba ze ukryte dla kochanka, kto te baby zrozumie. Na koronkową bieliznę narzekają ,a same to noszą. Jedyny kanał szmuglu do Afganu to Pakistan i tam w stolicy do wyboru do koloru. Tylko mi się kłoci ta matka, Kobieta w tak radykalnym odłamie nie ma prawa głosu. Ma urodzić dzieci i je „wychować”.
Mój kolega z misji wyleciał jak przypierdasił facetowi w twarz za to ze uderzył kobietę (Liban), drugi miał w Iraku postepowanie bo stawił się za kobietą w stosunku do której padały dość wyzwolone stwierdzenia od irackich policjantów. Po prostu chwycił za chabety gościa i wyjebał na dwór. Postępowanie umorzono, bo był ludzki prorok wojskowy, a i dowódca nie wiedział podstaw by karać.
Słowem jaki kraj , takie obyczaje.
My Polacy tego nie zrozumiemy, w kraju gdzie kobietę się całuje w rękę.
Velaya
2025-08-18 at 16:02
Co zabawne, feministki o to całowanie w rekę też się nieraz burzą i twierdzą, że to element patriarchatu. Niektórym nijak nie dogodzisz, jammer106!
A ja sądzę, że wziąwszy pod uwagę, jak nasza płeć jest traktowana na trzech czwartych globu (właściwie wszedzie poza Europą i Amerykami), to naprawdę nie powinnyśmy narzekać na polskie całowanie po rękach i przepuszczanie w drzwiach. Nawet jeśli jest w nich odrobina protekcjonalizmu.
jammer106
2025-08-14 at 17:46
” Na to właśnie uskarża się jammer106 (powyżej), ale przecież każdy widzi, że typ portalu (Najlepsza EROTYKA) stanowi istotne ograniczenie dla ambitnych amatorów piszących opowiadania.” – gdzie się tak uskarżam , konkretnie proszę. mam przytoczyć swój post., gdzie nigdzie nic takiego nie ma.
Mój komentarz w kwestii seksu brzmi następująco „Opisy miłosne ze smakiem , bez epatowania zbędnymi szczegółami. Wszystko podane jest jak smaczne danie i z niecierpliwością czekał będę kolejnej części.
Fabuła – spójna, autentyczna, bez zbędnych dłużyzn. Bardzo dobre wczucie się ”
Drugi – „Nie odczuwałem, czytając z wielką przyjemnością że sceny erotyczne są wbite na siłę, wspaniale komponują się z akcją (co nie zawsze mi się udaje).”
Dwa stwierdzenia, chyba miłe dla Ciebie a Ty mnie tak, No sorry. Jammer to chłopak ( powiem dobitniej po rosyjsku „mużyk” bo tak zacząłeś mnie traktować.
Każdy inteligentny szympans nie dostrzeże w moim komentarzu i tym bardziej ocenie ( do której się przyznałem),a co najgorsze próbie ochrony tego opowiadania ( zgłosiłem trolla, tak to kurwa ja to zrobiłem), złych intencji.
Kąsasz dłoń która Cię głaskała.
Tomp
2025-08-14 at 21:01
Szanowny jammerze106!
„Nie odczuwałem, czytając z wielką przyjemnością że sceny erotyczne są wbite na siłę, wspaniale komponują się z akcją (co nie zawsze mi się udaje)”.
Właśnie to miałem na myśli pisząc: „Problem z obecnością takich (i wielu innych) treści na NE polega na tym, że trudno wiarygodnie wpleść erotykę w każdą „mięsistą” fabułę”.
Widzisz, ja (też?) jestem prosty chłop. Czy mam się bać napisać cokolwiek, byś nie zrugał mnie za grzechy niepopełnione? Po co szukasz wszędzie nieistniejących podtekstów?
Za napisanie alarmującego (i już skasowanego) komentarza o trollu dziękuję. NE zadziałała.
Za stawianie mnie poniżej „inteligentnego szympansa” się nie gniewam, bo Cię znam i wiem, że nie chcesz mnie obrażać, tylko taki masz język. Umiem czytać między wierszami i rozumiem kontekst.
Pozdrawiam.
Megas Alexandros
2025-08-15 at 09:41
Tompie,
od tego mamy kategorię „bez seksu”, by nie trzeba było nic wplatać na siłę. Jeśli w danym rozdziale nie ma miejsca erotykę, wystarczy opatrzeć tekst taką kategorią i wszyscy są właściwie ostrzeżeni 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2025-08-15 at 13:41
Rozdział rozdzialem, ale czy NE publikuje KAŻDE opowiadania? Całościowo nieerotyczne też?
Dotąd myślalem, że nie.
Megas Alexandros
2025-08-15 at 17:54
Chyba jeszcze nigdy nikt do nas takiego tekstu nie zgłosił – w każdym razie ja nie pamiętam, by tak się stało… NE to w sumie portal tematyczny czy raczej przywiązany do pewnego motywu (bo tematów porusza się u nas co nie miara). Może to zniechęca twórców opowiadań dalekich od erotyki 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Tomp
2025-08-15 at 21:02
„Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce.”.
Wygląda na to, że potencjalni autorzy umieją czytać, co samo w sobie jest pocieszające. 😉
Lamia
2025-08-14 at 19:42
Ten cały misjar to ciekawa rzecz. W krajach o bardzo restrykcyjnej obyczajowości takie małżeństwa na określony czas stają się małżeństwami na godziny – tak pracują i zapewniają sobie bezpieczeństwo prostytutki. Opłata dla mułły udzielającego szybkiego ślubu jest niejako wliczona w cenę usługi.
Niby wszyscy wiedzą, że to fikcja, ale miejscowe duchowieństwo jest zadowolone, bo wszystko pozostaje w zgodzie z ich interpretacją islamu.
Inna kwestia, że dziewczynie, która była choć w jednym małżeństwie czasowym (nawet takim prawdziwym) dużo trudniej potem znaleźć 'stałego’ męża. Wraz z bezpowrotnie utraconym dziewictwem traci też sporą część swej wartości na rynku matrymonialnym.
Autor sprytnie wplótł ten wątek w swoją fabułę, umożliwiając bohaterom zbliżenie się do siebie. Przez to cała sytuacja nabrała autentyzmu. No i brawo dla Renaty, cichej gwiazdy drugiego planu. Dowódca powinien ją do medalu przedstawić.
Tomp
2025-08-14 at 21:08
Blog polkanapustyni.pl tak pisze o dziewictwie w islamie w aspekcie szans na małżeństwo:
************
MIT – Kobieta musi być dziewicą, by wyjść za mąż
W islamie istnieją rozwody, a tym samym osoby ponownie wchodzące w związek małżeński mają za sobą najpewniej doświadczenia seksualne. Seks przedmałżeński jest grzechem, jednak nasze uczynki powinny pozostać między nami i Bogiem, jeśli więc kobieta nie jest dziewicą, nie tylko nie ma obowiązku informować o tym swojego przyszłego męża, ale wręcz ujawnienie tego stanowiłoby grzech sam w sobie.
Sprawdzanie dziewictwa jest praktyką kulturową, która nie wynika z religii.
**********
W apekcie Renaty, to tłumaczki na naszych misjach często nie takich cudów dokonywały, o czym wiem z pierwszego źródła, bo jedną znam.
Pan Hyde
2025-08-16 at 22:37
No tak, tłumaczka dokonała cudu, ocaliła dziewczynę. Ale na nic się to zdało, kiedy wojak był frajer-pompkiem. Dostał wszystkie elementy na tacy, wszystkie trzy (tj. kobieta jest przedmiotem należącym do męża/ojca + małżeństwo na czas się kończy, a więc też stosunek własności wygasa, rzecz przestaje mieć właściciela, jak bezpański pies + życie człowieka znaczy mniej niż jakieś tam tabu lokalnej kultury) i nie złożył puzzla. Wystawił dziewczynę na mord honorowy i jeszcze pewnie się zdziwił. Tomp nie zdradza, kto zabił. Nawet nie mówi, że doszło do mordu. Mówi dopiero w cz. 2. Ale że doszło – wiemy, bo nie mogło nie dojść. Technikalia możemy sobie łatwo dośpiewać: Przybywa brodacz do ojca dziewczyny. „Zrobisz to sam, czy ktoś ma ci pomóc?” Albo „Wiesz, co trzeba zrobić. Prawda?” I zrobione.
Bardzo ładna przypowieść, Tompie!
Znajduję w niej potwierdzenia m.in. tego, że historia uczy, że niczego nie uczy. Czy wojak nie wiedział, jak w jego kraju/kręgu kulturowym traktowano kobiety kolaborujące z wrogiem? Na co po wyzwoleniu mogły liczyć Polki czy Francuski utrzymujące stosunki z Niemcami podczas okupacji? Nie wiedział, a jeśli wuiedział, to nie umiał przenieść tej wiedzy na swoją osobistą sytuację. Czy nie wiedział, jak religie znane mu z własnego kraju/kultury podchodziły do apostatów i apostazji? Jeśłi był średnim statystycznym, to nie wiedział. Nie wiedząc, nie miał szans w konfrontacji z pokrewną religią, a właściwie z religią w ogóle. Jak mawiał klasyk: ignorancja nie boli.
A portal to ponoć erotyki… najlepszej. 😉
Tomp
2025-08-16 at 23:32
Szanowny MrHydzie,
upraszczasz.
W islamie problemem jest niejednoznaczność wykładni, co istotnie różni go od chrześcijaństwa. Amerykanie (i Polacy) w Afganistanie dla jednej strony byli sprzymierzeńcami, dla drugiej wrogami. Najwyraźniej rodzina Sany uważała ich za sprzymierzeńców, bo inaczej nie pozwolono by jej przywdziać munduru (znaczy być w wojsku rządowym). Stąd nie sądzę, by jej rodzina uczestniczyła w mordzie (jak to zrozumiała Krystyna z półsłówek Kuby).
Sam upływ terminu misjar nie powoduje, że dzień przed terminem Sana była OK, a dzień po nie OK. Sana była OK dla jednych, wg jednej wykładni islamu, a nie OK dla drugich, wg ich wykładni. Na dodatek dochodzi czynnik, czy czasowy mąż jest muzułmaninem, dodając kolejną wykładnię.
W takim nieprzewidywalnym (nawet dla muzułmanów) galimatiasie interpretacji nie liczy się teoria, tylko ten, kto ma siłę przekonywania w postaci siły militarnej. Na tym polega cały ambaras z terroryzmem islamskim. Mułła sobie może gadać, imam może dawać fatwy, a fanatyk własnej (niekoniecznie nawet islamskiej) religii wysadzi się wśród… nie wiadomo kogo.
Ta przydługa wypowiedź da się streścić do zdania: nikt, a tym bardziej Kuba, nie był wtedy w Afganistanie pewien, co się stanie z taką Saną. Do frajer-pompki daleko.
PS Polacy i Amerykanie, ewakuując się z Afganistanu, zabierali z sobą miejscowe mundurowe kobiety, które z nimi współpracowały. Wtedy już wiedzieli, co im grozi. Ale to kilka lat później niż akcja Ghuli.
Pan Hyde
2025-08-17 at 07:51
„W islamie problemem jest niejednoznaczność wykładni, co istotnie różni go od chrześcijaństwa.” Powiedziałbym, że wykładnie są (przynajmniej w zamyśle autora wykładni) raczej jednoznaczne. Mogą natomiast wzajemnie się wykluczać i w islamie, i w chrześcijaństwie, i w ebioniźmie, i s samarytaniźmie… Dla mnie patrzącego z lotu ptaka różnice między tymi, nazwijmy je roboczo „monoteizmami”, nie wydają się istotne.
Rodzina Sany nie uważała Amerykanów za wrogów, bo by nie pozwoliła przywdziać munduru… Hm. A czy polscy i żydowscy policjanci i ich rodziny uważały Niemców za niewrogów? A członkowie Brygady Świętokrzyskiej? Stop, Hajdzie, nie prowokuj! Przywołaj lepiej policję i wojsko francuskie, to pod rządami Vichi.
A co z brodaczem głoszącym maksymę: zniewaga krwi wymaga? Trzymał z obalonym reżimem talibów, czy z nowym proamerykańskim? Czy ten nowy rząd był wolny od brodaczy?
Dlaczego rodzina nie opłakiwała Sany? (cz. 2) Nie żyła?
Tomp
2025-08-17 at 12:48
Stawiasz szereg pytań co do pozascenicznych szczegółów. Nie widzę się w roli Tolkiena, który, aby wyjaśnić (chyba głównie sobie) podłoże Hobbita i Władcy Pierścieni, napisał zupełnie nieczytalny Silmarilion.
Pan Hyde
2025-08-17 at 13:41
Pozostanie mi więc interpretować dzieło po mojemu, niekoniecznie zgodnie z zamysłem Autora 😉