
J. Nilsson Photo, „Whitney Yacht Bikini”, CC BY-ND 2.0
W lipcu Janek zamierzał wziąć trzy tygodnie urlopu. Wybierał się na Mazury, popływać na swojej Sasance, którą nazwał „Aretuza”. Kupił ją dwa lata temu od kolegi ojca, który przestał już pływać. Jacht był w doskonałej kondycji, miał wtedy zaledwie pięć lat. Wnętrze zabudowane zostało według zamówienia poprzedniego właściciela. Osobna kabina dziobowa z drzwiami, w mesie[1], na lewej burcie dinetka, czyli stolik między dwiema kanapami, na których mogły wygodnie siedzieć cztery osoby, a w razie potrzeby można ją było rozłożyć do spania na dwie. Na prawej, tuż przy przegrodzie, znajdował się ciąg gospodarczy z trzypalnikową kuchenką, zlewozmywakiem i małą lodówką pod nim. Przy zejściówce[2], również po prawej stronie, zabudowano kabinę sanitarną z chemiczną toaletą, prysznicem i maleńką umywalką. Naprzeciwko umieszczona została duża szafa, pod którą zamontowany był gazowy piecyk służący do podgrzewania wody i ogrzewania wnętrza w chłodne dni. Kilka dobrze rozmieszczonych punktów świetlnych dopełniało komfortu mieszkania na jachcie.
Nowy właściciel dodatkowo wyposażył swój nabytek w urządzenie do samodzielnego kładzenia masztu, a wszystkie fały[3] i szoty[4] doprowadził do kokpitu[5], żeby można było pływać w pojedynkę, ponieważ lubił samotne rejsy.
Mimo ukończenia trzydziestu pięciu lat, nie miał jeszcze swojej rodziny,. Kiedyś, jeszcze na uczelni, zakochał się w koleżance z innego kierunku studiów, ale po obronie dyplomu wyjechała do innego miasta i ich drogi definitywnie się rozeszły. Miewał jakieś romanse, krótkie znajomości, które czasem trwały dłużej lub krócej, ale nigdy więcej, niż dwa – trzy tygodnie.
W tym roku zamierzał popłynąć na północ Mazur, na jezioro Dobskie, gdzie na wyspie znajduje się rezerwat kormoranów. Czekał go rejs przez cały mazurski szlak, od Nidzkiego, gdzie w Krzyżach trzymał swoją Sasankę, przez Ruciane, śluzę Guziankę i dalej na północ, aż za Giżycko. I jeszcze na koniec miesiąca sprowadzał jacht na Zalew Zegrzyński. Postanowił przypomnieć sobie szlak przez Pisę i Narew, który poznał jeszcze w liceum, spływając kajakiem do Warszawy.
W słoneczny, bardzo wczesny poranek, drugiego lipca Janek wyruszył autobusem w kierunku jezior. W Rozogach czekał na niego dobry znajomy z Krzyży, u którego w ubiegłym roku zostawił Sasankę. Dojechali na miejsce, gdzie „Aretuza” stała przycumowana do małego pomostu. Wrzucił plecak do kabiny i zajął się przygotowaniem jachtu do rejsu. Otworzył luk w pokładzie dziobowym, nad przednią kabiną, żeby wywietrzyć wnętrze i wyciągnął żagle. Obydwa przygotował do postawienia. Podłączył akumulator do instalacji elektrycznej, co pozwoliło na korzystanie z pompki do wody, lodówki i oświetlenia. Po kilku godzinach ciężkiej pracy wszystko było gotowe. Zamierzał jeszcze tego samego dnia wypłynąć i dotrzeć na wysepkę w pobliżu przejścia pod mostem w Rucianem-Nidzie, gdzie chciał przenocować przed pokonaniem śluzy Guzianka i dalszym rejsem na północ.
Po wczesnym obiedzie postawił żagle i skierował dziób „Aretuzy” na północ. Niezbyt mocny, wschodni wiatr wypełnił żagle i jacht ruszył, tnąc dziobem wodę z ledwo słyszalnym pluskiem. Mocne, lipcowe słońce grzało przyjemnie plecy sternika, siedzącego w kokpicie. W zasięgu wzroku poruszało się jeszcze kilka łodzi. Jedne, podobnie jak Sasanka płynęły w kierunku Rucianego, a kilka innych żeglowało na południe, w stronę końca jeziora Nidzkiego. Koło siedemnastej dobił do wysepki, stanowiącej cel podróży na dzisiaj.
Rankiem, po śniadaniu, położył maszt i na silniku przepłynął pod mostami, zatrzymując się w przystani „U Faryja”. W pobliskim sklepie zrobił zapasy na kilka dni. Ruszył dalej i pokonując małe jeziorko o nazwie Guzianka, podpłynął do śluzy, aby pokonać prawie dwumetrową różnicę poziomów i wydostać się na Bełdany. Wiatr, podobnie jak wczoraj, wiał słabo. Czekało go kilka godzin spokojnego żeglowania. Następny przystanek postanowił zrobić przy promie w Wierzbie. Na jeziorze panował duży ruch, ciągle musiał uważać na inne łodzie, żeby nie spowodować kolizji. Słońce przypiekało mocno, a słaby wiatr nie dawał żadnej ochłody. Wczesnym popołudniem Janek dopłynął do brzegu nieopodal promu w Wierzbie. Ustawił łódkę rufą do brzegu i wskoczył do jeziora ochłodzić rozgrzane po całym dniu ciało.
Wieczorem usiadł w kokpicie, popijając chłodne piwo i obserwował w zapadającym zmierzchu, jak zapalały się światełka łodzi stojących przy brzegu, czy nieliczne ogniska, odbijające się w gładkiej powierzchni wody. Z oddali dochodziły odgłosy śpiewów i rozmów. Lubił prowadzić takie obserwacje. Rozmyślał nad swoim dotychczasowym życiem. Samotność zaczynała mu już trochę doskwierać. Owszem, kolejne, krótkie przygody z kobietami urozmaicały codzienność, ale dojrzał już do założenia rodziny. Niestety, do tej pory nie spotkał kobiety, z którą mógłby spędzić życie i mieć dzieci. Teraz też przyszło mu na myśl, że przyjemnie było by z kimś porozmawiać, wspólnie oglądać inne obozowiska, czy choćby wypić to piwo. Dopił trunek i z takimi myślami poszedł spać.
Następnego dnia obudził go nieznośny upał panujący pod pokładem. To wschodzące słońce nagrzało wnętrze jachtu. Spojrzał na zegarek, dochodziło wpół do siódmej, najwyższa pora, żeby zacząć dzień. Po kąpieli przygotował sobie kilka kanapek i zaparzył aromatyczną kawę. Na wodzie jeszcze było pusto, tylkodochodzące z okolicy odgłosy świadczyły, że dzień się zaczynał. Siedząc na pokładzie patrzył na przygotowujących się do wypłynięcia żeglarzy. Sam zamierzał odpłynąć z tego miejsca w ciągu godziny, czekał tylko na trochę mocniejszy wiatr po nocnej ciszy. Koło dziesiątej wiało na tyle, że postanowił ruszyć do Mikołajek, gdzie planował uzupełnić zapasy. Nigdzie się nie spieszył, najbliższy, obowiązujący go termin to koniec urlopu dwudziestego dziewiątego lipca. Najbardziej lubił takie włóczęgi pod żaglami, kiedy nic nie musiał.
W Mikołajkach zrobił niezbędne zakupy i zjadł smażoną rybę. Wracając na jacht, zobaczył młodą, wysoką kobietę, stojącą przy „Aretuzie”. Jej twarz wydała mu się znajoma, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i kiedy ją spotkał.
– Dzień dobry! – Usłyszał miękki, melodyjny głos. – Czy płynie może pan w kierunku Giżycka?
– Owszem, za chwilę ruszam na północ, ale nie wiem, kiedy tam dopłynę. Nie mam żadnych zobowiązań terminowych, włóczę się po jeziorach.
– A zabierze mnie pan? – zapytała. – Spóźniłam się na rejs ze znajomymi, mają czekać na mnie w Giżycku za trzy dni.
Janek gorączkowo usiłował przypomnieć sobie, skąd zna ten głos i tę twarz. Naraz olśniło go. Przecież widział tę kobietę na szkoleniu jesienią, prowadziła wykład z organizacji pracy. Nawet zatańczyli kilka razy na wieczornym spotkaniu. Zapamiętał także jej imię, Teresa. Już wtedy coś w nim drgnęło, świetnie tańczyła i bardzo miło spędzili wieczór. Ale więcej się już nie spotkali, aż do dzisiejszego dnia.
– Mogę panią zabrać, pływam sam.
– Dziękuję – odparła. – Teresa jestem. Zaraz, my to już się chyba spotkaliśmy i to nie tak dawno…
– A właśnie, przed momentem uzmysłowiłem sobie, skąd cię znam. Jesienią, na szkoleniu prowadziłaś wykład, a potem tańczyliśmy.
– Co za niespodzianka?! Wiedziałam, że żeglujesz, ale nie myślałam, że cię tu spotkam.
– Zapraszam na pokład. – Z uśmiechem podniósł jej torbę z pomostu i wrzucił do kokpitu – Z przyjemnością zabiorę cię do Giżycka. Będzie weselej.
– Umiem żeglować, w trakcie studiów zrobiłam patent sternika, a od pięciu lat pływam ze znajomymi.
Nic o niej nie wiedział, poza tym, że pracowała w firmie konsultingowej, organizującej szkolenia. Wystarczyło mu, że nie jest całkiem obca, że już kiedyś się spotkali. Otworzył zejściówkę i zaprosił Teresę do wnętrza. Pokazał szafkę, gdzie mogła schować rzeczy.
– Jadłaś obiad? – zapytał.
– Tak, rybę w smażalni. – odpowiedziała Teresa. – Tam cię zobaczyłam i postanowiłam zapytać, czy mnie zabierzesz. Nie byłam tak do końca pewna, czy to rzeczywiście ty, ale zaryzykowałam.
– A z tymi znajomymi to prawda? Czy tylko pretekst?
– Najprawdziwsza prawda. Miałam przyjechać wczoraj, ale spóźniłam się na autobus. Dzwoniłam do nich, ale nie mogli poczekać, bo dziś byli umówieni z kimś w Rydzewie.
– Dobrze, pogadamy później. Teraz odpływamy. Mam zamiar zatrzymać się naprzeciwko wejścia do kanałów, a jutro popłynąć dalej.
– Dobrze, to co mam robić?
– Położymy maszt i na silniku przepłyniemy pod mostami.
Żeglarze sprawnie wykonali manewr i mrucząc silnikiem odpłynęli, biorąc kurs na jezioro Tałty. Zaraz za mostami postawili z powrotem maszt i żagle załopotały na wietrze. W porównaniu do poranka, wiatr wzmógł się i jacht pochylony nieznacznie na lewą burtę, pruł wodę na północ, w stronę kanałów. Teresa przejęła rumpel[6], a Janek usiadł swobodnie, obserwując nową towarzyszkę, która doskonale sobie radziła. Wiało z południa, więc żegluga odbywała się bardzo spokojnie, pełnym baksztagiem[7]. W miarę oddalania się od Mikołajek fala nieznacznie rosła, ale kobieta spokojnie prowadziła „Aretuzę”, nie pozwalając łodzi na „myszkowanie”.
Janek przyglądał się uważnie Teresie, siedzącej w kokpicie. Jej biała skóra, jeszcze nie opalona, kontrastowała z granatem kostiumu. Zauważył zgrabna figurę, utrzymywaną zapewne dzięki cotygodniowym wizytom na siłowni. Przypomniało mu się spotkanie sprzed kilku miesięcy i w głowie zakiełkowała myśl, żeby poznać bliżej tę piękną kobietę, że może to być coś więcej, niż tylko wspólny, parodniowy rejs do Giżycka. Po kilku godzinach zbliżyli się do wejścia na kanał Tałcki, który odchodził w kierunku wschodnim. Na przeciwległym brzegu znajdowało się przyjemne miejsce na nocny postój. Piaszczysty brzeg pozwalał na łagodne lądowanie. Kilkanaście metrów od lądu rzucił kotwicę i delikatnie osadził łódź na piasku, przywiązując cumę dziobową do drzewa.
Ponieważ słońce było jeszcze wysoko i przyjemnie grzało, zaprosił Teresę do wspólnego pływania w jeziorze. Chłodna woda orzeźwiła ich rozgrzane całodziennym upałem ciała. Po kąpieli przygotował w ekspresie pachnącą kawę i usiedli z kubkami pod daszkiem, rozpiętym nad kokpitem, który dawał osłonę przed słońcem.
– Teresa, powiedz, czy dalej pracujesz w tej firmie konsultingowej? – zapytał.
– Tak, i sporo muszę jeździć po kraju – odpowiedziała. – Często mam zajęte weekendy, ale podobno ma się to zmienić, będę przygotowywać szkolenia w biurze. A ty, co robisz teraz?
– Dalej pracuję w tej samej firmie produkcyjnej – odparł. – Mam pod opieką dwa zakłady niedaleko Warszawy. We wrześniu otwieramy nowy oddział w Radomiu. Ale teraz nie myślę o tym, pływam do dwudziestego, albo coś koło tego i ściągam łódkę na Zegrze. Mam zamiar popłynąć Pisą i Narwią. Zajmie mi to pewnie ze cztery dni.
– Ja się umówiłam ze znajomymi na tydzień. – Potem może wyczarteruję coś na drugą połowę lipca, chcę opłynąć Śniardwy i na kilka dni zatrzymać się na Warnołtach.
– Niezły plan, a masz już coś zarezerwowane?
– Wstępnie omówiłam to w Rucianem, w tym czasie „U Faryja” mają wolnego Maka 606. W sam raz dla mnie.
– A może popłyniesz ze mną? – zaproponował Janek – Możemy razem wrócić z północy na Śniardwy.
Teresa uważnie spojrzała na niego. Zaskoczyła ją ta propozycja i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zasadniczo planowała pobyć przez dwa tygodnie sama, uspokoić nerwy po rozstaniu z narzeczonym, który okazał się być draniem, zdradzającym ją od dłuższego czasu.
– Jeszcze nie wiem, ale propozycja jest kusząca. Miałam wprawdzie inne plany, ale może to dobry pomysł… pod warunkiem, że będziesz znosił moje „humory”.
– To jest możliwe. A jak długo masz pływać z tymi znajomymi? – Janek już snuł plany „zdobycia” Teresy.
– Do dziesiątego – powiedziała – potem przyjeżdżają ich dzieci i pewnie wysiądę w Mikołajkach.
– To zapraszam cię od dziesiątego na „Aretuzę”, popłynę z tobą na te Śniardwy – zdecydował się zmodyfikować swoje plany. – Spotkamy się w porcie. Masz telefon?
– Tak, zaraz podam ci numer.
Przed kolacją jeszcze raz wskoczyli do wody. Teresa tym razem włożyła jednoczęściowy kostium, opinający jej zaokrąglone biodra i podkreślający duży, sprężysty biust. Pływali, chapiąc się jak dzieci, Janek podpływał do swej towarzyszki pod wodą i niespodziewanie wyrzucał ją w górę. Spadała do wody, krztusząc się i parskając.
Gospodarz przygotował kanapki, herbatę, wyjął zimne piwo z lodówki i zaprosił kobieytę do stołu. Słońce powoli zachodziło, oświetlając ostrym blaskiem łódź, stojącą przy wschodnim brzegu. Wiatr ucichł zupełnie i prawie lustrzana powierzchnia jeziora odbijała promienie słoneczne, oślepiając żeglarzy. Usiedli w kokpicie obok siebie, plecami do słońca, grzejąc je resztkami ciepła kończącego się dnia.
– Co pijesz? Piwo, czy herbatę?
– Piwo – odpowiedziała – zimne.
– To proszę – podał dziewczynie szklankę napełnioną złocistym płynem.
Ognista kula schowała się już za horyzontem, pozostawiając jaśniejszą poświatę nad przeciwległą stroną jeziora. Powoli zapadała cisza, od czasu do czasu mącona przytłumionym odgłosem rozmów innych żeglarzy, których jachty stały wzdłuż brzegu, przygotowane do nocnego spoczynku. Janek delikatnie położył rękę na plecach Teresy i przyciągnął ją do siebie. Wyczuł, że pod cienkim t-shirtem nie ma stanika. Poddała się temu z nieukrywaną przyjemnością, kładąc głowę na jego ramieniu. Pierwszy raz od dwóch miesięcy poczuła błogi spokój. Przysunęła się jeszcze bliżej, przywierając mocno do boku mężczyzny. Jankowi naraz zrobiło się gorąco, a członek zareagował szybkim wzwodem. Odwrócił głowę Teresy do siebie i pocałował jej pełne, ciepłe usta. Kobieta zadrżała. Nagle oderwał się i spojrzał jej w oczy.
– Przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło – powiedział cicho.
– Nic się nie stało, to było cudowne – odparła – jakby mnie prąd poraził. Chcę jeszcze.
Powtórnie połączyli usta, tym razem dociskając mocno wargi do siebie. Język Teresy penetrował wnętrze ust mężczyzny, a dłonie masowały mu plecy. Janek wsunął ręce pod jej koszulkę i powolnymi ruchami masował piersi, co rusz zahaczając kciukiem o brodawki, które pod wpływem tej pieszczoty zrobiły się twarde i sterczące. Ogarnęła ich tak silna żądza, że błyskawicznie zdarli z siebie resztki ubrania i Teresa usiadła mu okrakiem na biodrach, nabijając się na twardego penisa. Ujeżdżała go poruszając się kolistymi ruchami, czując jak mocno wypełnia jej mokre wnętrze. Nie mogło to trwać zbyt długo, Janek szybko wytrysnął, a ona również zaraz doszła, jęcząc mu prosto w ucho. Opadła na pierś kochanka, dysząc ciężko. Przez kilka następnych minut dochodzili do równowagi, uspokajając oddechy.
– To było wspaniałe! – Głośno szepnęła po chwili.
– Dałem się ponieść, ale jesteś cudowna – odparł, patrząc jej w oczy. Chciał jeszcze coś dodać, ale zamknęła mu usta pocałunkiem.
– O ciążę się nie martw, dziś nie zajdę – dodała z filuternym uśmiechem, domyślając się, tego, co mogło przyjść mu do głowy.
Siedzieli w kokpicie jeszcze prawie godzinę, patrząc na gwiazdy, migoczące na prawie czarnym niebie. Księżyc w nowiu nie pokazywał srebrnej tarczy. Postanowili jeszcze raz popływać, ale tym razem, w ciemnościach nocy, mogli uczynić to nago.
Po wieczornej kąpieli wrócili na pokład „Aretuzy”. Janek zapalił światło w kabinie. Założyli pidżamy i usiedli w mesie przy gorącej herbacie. Milczeli. Każde z nich zastanawiało się, dlaczego doszło do tego zbliżenia.
– Jeszcze raz przepraszam – Janek pierwszy przerwał ciszę. – To był impuls.
– Gdybym nie chciała, to bym ci na to nie pozwoliła – odpowiedziała Teresa cichym głosem. – Sama się dziwię, że tak zareagowałam. Ale było cudownie, jeszcze nigdy nie kochałam się tak spontanicznie.
– Zadziałałaś na mnie jak przysłowiowa czerwona płachta na byka, jak iskra wysokiego napięcia.
– Uwielbiam seks. Ostatni raz kochałam się parę miesięcy temu, więc sam rozumiesz… – zawiesiła głos i po chwili dodała: – Podobasz mi się. Dzisiaj wreszcie poczułam się dobrze w twoich ramionach.
– Z wzajemnością – odparł. – I mam wrażenie, że jeszcze to powtórzymy.
– I to nie raz… – ze śmiechem zwróciła się do mężczyzny.
Jeszcze prawie godzinę siedzieli, pijąc herbatę i przekomarzając się.
Około północy zmęczenie całym dniem, pełnym różnych wrażeń i niespodziewanych zdarzeń wzięło górę. Janek złożył stolik i zaczął przygotowywać koję dla pasażerki. Teresa złapała go za rękę.
– Chcę spać z tobą. – Mówiąc to pocałowała go.
– Zmieścimy się – zgodził się, oddając pieszczotę.
Położyli się. Janek przygarnął przyjaciółkę, otaczając ramieniem jej plecy. Dziewczyna położyła głowę na piersi mężczyzny, a jego dłoń delikatnie pieściła jej plecy. Narastało między nimi jakieś nieuchwytne napięcie. Zobaczył podniesioną głowę Teresy i wpatrzone w niego pożądliwe oczy. Namiętnym pocałunkiem rozgniótł jej wargi, językiem smakował jej język. Ręce same zsunęły się poniżej pleców, by ugniatać i masować pośladki. Nie pozostała bierna i wkrótce poczuł, jak jej dłoń wślizguje się pod spodnie. Jedną ręką rozpinał jej pidżamę, drugiej nie potrafiąc oderwać od jędrnej pupy. Oddechy przyspieszyły. Rosnące pożądanie znów wzięło górę nad rozumem. Położył się na niej, całował usta, schodził wargami na piersi i znaczył mokrym językiem obwódki sutków, co rusz trącając stwardniałe brodawki. Każdemu trąceniu odpowiadał jęk i drżenie całego ciała Teresy. Sztywny członek dotykał wejścia do mokrej kobiecości, podrażniając łechtaczkę. Dziewczyna uniosła nogi, oplotła nimi biodra Janka. Docisnęła go do siebie, a penis wsunął się do wilgotnego i gorącego wnętrza. Wszedł gładko do samego końca, jęknęła głośniej i jeszcze mocniej zacisnęła uda. Po chwili rozluźniła je i rytmicznie dociskając do siebie, nadawała tempo. Równocześnie biodrami wychodziła naprzeciw ruchom mężczyzny. W miarę, jak podniecenie obojga rosło, tracili nad sobą kontrolę. Teresa wiła się i głośno jęczała z przyjemności. Ona pierwsza dotarła na szczyt, ciało wygięło się jeszcze raz i opadło. Poczuł skurcze na członku, co wyzwoliło orgazm również u niego. Opadł na nią i leżeli tak kilka minut, uspokajając oddechy. Po chwili położył się obok niej. Zmęczony dość szybko zapadł w sen.
Leżąc w nocnej ciszy, słysząc miarowy oddech Janka, śpiącego obok, Teresa zastanawiała się nad dzisiejszymi wydarzeniami. Nieoczekiwane spotkanie zmąciło jej względny, dopiero co osiągnięty spokój. Przypomniała sobie jesienny wieczór na szkoleniu, już wtedy zauważyła, że podoba jej się ten mężczyzna . Świetnie tańczył, był dowcipny i absolutnie nienachalny, jak większość panów na takich wyjazdach. Ale wówczas do niczego nie doszło, przecież miała jeszcze narzeczonego, a on nie próbował jej podrywać. Wieczór zakończyli jako dobrzy znajomi. I tylko tyle. Aż do dzisiaj, gdy zobaczyła go w porcie, nagle ubiegłoroczny epizod stanął jej przed oczami. Jeszcze nie była, pewna, czy to rzeczywiście on. Pan inżynier w garniturze i eleganckim krawacie wyglądał zupełnie inaczej, niż ogorzały żeglarz w luźnym, wakacyjnym stroju. Od rozstania z narzeczonym, w kwietniu, nie zwracała uwagi na mężczyzn. Dopiero w Mikołajkach uświadomiła sobie, że świat nie kończy się na jednym facecie. Leżący obok Janek pochrapywał przez sen. Uspokoiła się i popatrzyła przez bulaj na uśpione jezioro. Gwiazdy na czystym, granatowym niebie wesoło mrugały, jakby chciały powiedzieć, że życie jest pasmem niespodzianek, czasem bardzo przyjemnych. Woda delikatnie kołysała „Aretuzą”. Wkrótce zmorzył ją sen.
Rankiem zbudziły ją promienie wschodzącego słońca, padające przez okienko prosto na twarz. Ostrożnie, żeby nie obudzić towarzysza, wstała i wyszła do kokpitu. Na okolicznych jachtach jeszcze panowała cisza, była jedną z pierwszych osób, które już zaczęły dzień. Zeszła na ląd, żeby się pogimnastykować. Po kwadransie wróciła do wnętrza i zobaczyła głowę sternika wychylającą się z kabiny. Chronometr na grodzi wskazywał godzinę ósmą.
– Dzień dobry – powitała go z uśmiechem. – Idziemy popływać?
– Z przyjemnością.
Szybko założyli stroje kąpielowe i wskoczyli do wody. Orzeźwiająca kąpiel zmyła z nich resztki nocnej senności. Po powrocie na pokład wspólnie przygotowali śniadanie. Około dziesiątej Janek położył maszt i ruszyli na silniku w kierunku kanałów, żeby przedostać się na jezioro Jagodne i dalej na północ. Rejs kanałami i przez małe jeziorka po drodze nie przysparzał żadnych problemów. „Aretuza” mrucząc małym silniczkiem pokonywała kolejne kilometry trasy. Przy wyjściu z ostatniego odcinka kanałów na jezioro Jagodne, zatrzymali się, żeby postawić maszt i zjeść obiad. Wiatr osłabł i żegluga stała się powolna. Po drodze jeszcze raz Janek musiał położyć maszt, żeby pokonać przejście pod mostem na krótkim kanale Kula, pomiędzy jeziorem Jagodnym a Bocznym. Późnym popołudniem dotarli na Niegocin, w okolice Rydzewa. Tam postanowili zatrzymać się na nocny postój. Dobiegał końca trzeci dzień wspólnego rejsu. Nazajutrz, w Giżycku, mieli czekać na Teresę znajomi.
Po kąpieli usiedli w kokpicie, obserwując liczne jeszcze łodzie na Niegocinie, zmierzające na północ lub na południe. Słońce na zachodniej stronie nieba pięknie oświetlało wodę, rysując cienie masztów i żagli na jeziorze.
– Piękny widok – zaczęła Teresa. – Lubię obserwować ruch na wodzie.
– Ja też często siedzę sobie na pokładzie i patrzę, jak inni pływają.
– Czy twoja propozycja wspólnego pływania za parę dni jest dalej aktualna?
– Oczywiście! Najchętniej, zatrzymałbym cię u siebie już teraz, ale rozumiem, że masz plany ze znajomymi.
– Tak, bardzo ich lubię. Znamy się od kilku lat i co roku pływamy razem. Poprzedniego lata ich dzieci były na obozie i mogliśmy żeglować całe dwa tygodnie.
– To zróbmy tak, jutro popłyniesz z nimi, a dziesiątego, w sobotę, czekam na ciebie w Mikołajkach. Pożeglujemy razem na Tyrkło, gdzie znam jedno miejsce z dobrym podejściem, a później na Roś i spłyniemy Pisą do Narwi.
– Świetny plan, jeszcze nie poznałam tego szlaku. Kiedyś miałam wracać wodą na Zalew Zegrzyński, ale zabrakło czasu.
– Pisa jest ładna, ale to trudny szlak. Tak kręty, że czasem nie wiadomo, w którą stronę świata się płynie… Pokonywałem go już kilka razy. Zobaczymy, jaka będzie pogoda. Na spływ potrzebujemy czterech – pięciu dni, więc możemy pływać po jeziorach do dwudziestego czwartego lipca, czyli mamy dwa tygodnie na swobodną włóczęgę. A może dasz się namówić na Kisajno, w „Zimnym kącie” jest piękne miejsce do biwakowania…
– Z tym opływaniem Śniardw to był tylko luźny projekt, wcale nie muszę. – Teresa spojrzała na towarzysza z zadowoleniem i dodała nieśmiało: – Z tobą mogę wszędzie…
Słońce zeszło nisko na horyzont, dając znak, że dzień ma się już ku końcowi. Jezioro opustoszało, tylko pojedyncze jachty zmierzały w stronę brzegów, poszukując miejsca na nocleg.
Nagle Teresa wstała, nachyliła się do Janka i namiętnie go pocałowała. Potem złapała go za rękę i pociągnęła do kabiny.
– Chcę się z tobą kochać, natychmiast – wyszeptała mu do ucha. – Jesteś mój, pragnę cię. Popłynę z tobą wszędzie, gdzie tylko mnie zabierzesz, ale teraz chodź.
Wewnątrz zdarła z niego ubranie i popchnęła na koję. Sama też pozbyła się kostiumu. Całowała zachłannie, mocno, przygryzając wargi i penetrując językiem jego usta. Leżąc na nim, obcałowywała pierś, tors i znacząc drogę mokrym językiem, zeszła do członka, który już się obudził i podnosił główkę. Złapała go zębami, uważając, by nie zrobić mu krzywdy. Chłopak jęknął i poddał się pieszczocie. Poruszała głową szybko, rytmicznie, czubkiem języka liżąc wędzidełko. Penis wyprężył się. Jednocześnie palcami ostrożnie muskała jądra. Drugą rękę wsunęła sobie między nogi, mocno pocierając łechtaczkę, już mokrą od wyciekającej z pochwy wilgoci. Ogarnęła ją dzika żądza. Brała go głęboko, aż do gardła, traciła oddech, lecz mimo to nie ustawała. Tak intensywne działanie musiało wkrótce przynieść skutek. Poczuła pulsowanie członka i uderzenia spermy w podniebienie. Trzymając zaciśnięte wargi, połknęła wszystko, co dał jej kochanek. Po kilkunastu sekundach sama osiągnęła mocny, ale krótki orgazm. Zmęczona opadła na koję, między nogi Janka, jeszcze dysząc ciężko.
Chłopak wziął ją za ramiona i ułożył obok siebie. Pocałował usta dziewczyny, czując swój smak na języku.
– To było niesamowite! – Zawołał cicho, patrząc w jej oczy.
– Chciałam poznać twój smak. Uwielbiam seks oralny. Czasem nawet wolę to, niż wszystko inne.
– Musisz płynąć z tymi znajomymi? – Zapytał. – Nie chcę się rozstawać, nawet na kilka dni…
– Chcę, już dawno się umówiliśmy. Poza tym muszę trochę pomyśleć, bo wszystko dzieje się tak szybko, chyba trochę za szybko. To tylko pięć dni…A kiedy minąbędę z tobą już do końca.
– Jakoś wytrzymam, nie mam wyjścia… Pokręcę się po Śniardwach i poszukam ładnych miejsc, a w sobotę będę czekał w Mikołajkach. A teraz zjemy kolację.
Słońce już prawie zaszło, zapadał zmierzch. Światła zapalały się wzdłuż brzegów jeziora. Wiatr ucichł całkowicie, powierzchnia wody, jak lustro, odbijała gwiazdy, pojawiające się na granatowym niebie. Wąski sierp księżyca po nowiu ukazał się na wschodzie. Żeglarze usiedli na pokładzie „Aretuzy” z kubkami herbaty w dłoniach.
[1] Mesa – główna kabina jachtu
[2] Zejściówka – zamykane wejście do wnętrza
[3] Fały – liny służące do podnoszenia osprzętu
[4] Szoty – liny do obsługi żagli
[5] Kokpit – otwarta część jachtu za kabiną, z siedzeniami dla załogi i sternika
[6] Rumpel – rączka steru
[7] Baksztag – kurs jachtu z wiatrem, wiejącym ukośnie od tyłu
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Tomp
2025-07-15 at 00:16
Skandaliczna interpunkcja i kilka błędóów innego rodzaju, w tym wynikające z niechlujstwa.
Fabuła nie powala, a sztuczność narracji nie zachęca do czytania., Po przebrnięciu przez przydługi i bezsensowny wstęp stwierdziłem, że ten trud nie był wart włożonego weń wysiłku. Sposób prowadzenia fabuły przypomina AI, ale ona chyba napisałaby to bez wymienionych usterek językowych.
Murz
2025-07-15 at 00:40
Z jednej strony opowiadanie przypomina suche sprawozdanie czy dziennik pokładowy – tego dnia Janek płynął tu, tego dnia tam, tu położył maszt, tam go postawił… co gorsza sztywne dialogi nie są w stanie ożywić ogólnie sztywnej narracji.
Z drugiej strony jednak, w opowiadaniu czuć słońce i ten baksztag w plecy od prawej. Myślę, że zapaleni żeglarze ocenią ten tekst zupełnie inaczej i znajdą w nim zalety niedostrzegalne dla, bez urazy, ale szczurów lądowych 🙂
Emilia
2025-07-15 at 15:10
Wakacyjna lektura na lipiec. Temperatura emocji między bohaterami mogłaby być gorętsza, a dialogi bardziej porywające, ale ogólnie czytało się przyjemnie. Na pewno przydałoby się więcej opisów, a nie tylko stwierdzania faktów i ruszania dalej. Przecież zaczęły się wakacje! Nie ma się dokąd spieszyć.
Veronique
2025-07-17 at 16:40
A ja nie pogardziłabym takim przystojniakiem z jachtem! Nie musiałby nawet wiele mówić, co rozwiązałoby problem sztywnych dialogów 🙂
Po prostu lipiec, słońce, jeziora, łódka i włóczęga. Czasem niewiele trzeba więcej od życia.