Skoczek – rozdział z powieści jeszcze nieopublikowanej (Marcin Mielcarek)  4.67/5 (6)

7 min. czytania

maxwelld, „Hotel with Lily”, CC BY-NC 2.0

Spotkaliśmy się w barze. Od razu mnie rozpoznała. To była właściwie kręgielnia, a nie zwykła pijalnia, wszedłem tutaj po raz pierwszy i okazało się, że mają całkiem znośne ceny piwa, więc zostałem na trzy. Mogłem też sobie popatrzeć, jak inni starają się trafić kulą w pionki. Było to nawet zajmujące zajęcie, na pewno lepsze niż oglądanie meczów żużlowych czy curlingu w telewizji. Siedziałem w ciemnym kącie, ale ona i tak mnie dostrzegła. Przyszła z jakimś gościem, który wyglądał na miłego faceta, ale wróciła ze mną.

– A co z nim? – zapytałem.

– A co ma być? – odparła zdziwiona. – To przecież randka z Tindera. Po prostu wróci do domu i zwali konia pod prysznicem. Myślisz, że to pierwszy raz?

– Nie wiem.

– Niektóre dziewczyny szukają w ten sposób tylko kogoś, kto postawi im kolację.

– I taki był twój plan? Sama kolacja?

– Nie.

Miała na imię Ula i była z tego samego sierocińca co ja. Była też dziewczyną, z którą zrobiłem to po raz pierwszy, a potem jeszcze kilka razy. Miałem wtedy szesnaście lat, ona kończyła osiemnaście. Jakoś udawało mi się w środku nocy wślizgiwać niepostrzeżenie do pokoju, który dzieliła z taką jedną Kaśką. Ula organizowała prezerwatywy i nie było to takie wcale proste, bo gdyby wyszło to wszystko na jaw, na przykład jakaś wścibska opiekunka by je znalazła albo ktoś by nas podkablował, mielibyśmy naprawdę przesrane. Dyrektorka ośrodka wmawiała nam, że jesteśmy tak jakby rodziną, zachęcała do nazywania siebie siostrami i braćmi, więc według jej poronionej narracji spałem ze swoją siostrą. Właściwie to z dwiema siostrami. Za każdym razem, kiedy my robiliśmy swoje z Ulą na jej łóżku, pogrążeni w ciszy, strachu i ekscytacji, Kasia leżała z otwartymi oczami po drugiej stronie pokoju i przyglądała się temu co robimy. W końcu oznajmiła szeptem, że ona też chce spróbować. Była w tym samym wieku co ja, pulchna blondynka o niebieskich oczach i wiecznie niezadowolonej minie. Wgramoliłem się do niej jeszcze tej samej nocy. Zrobiliśmy to, zaczynając od misjonarza. Kasia rozłożyła szeroko nogi, nie pozwoliła ściągnąć z siebie nocnej koszuli i zamknęła oczy. Chciałem pocałować jej duże usta, ale jakoś nie potrafiłem się przemóc, bo miałem wrażenie, jakbym kopulował z trupem. Potem zmieniliśmy pozycję – nie mogłem już dłużej patrzeć na jej tragicznie martwą twarz. Trwało to kilka minut, miałem problem, żeby skończyć. Po wszystkim przestała być dziewicą czy też przestała na samym początku.

– I jak było? – zapytałem.

– Nie podobało mi się – odparła niemal obrażona.

Jednak i tak kiedy odwiedzałem Ulę, czasami musiałem też wskoczyć do wyrka Kasi. Cały precedens skończył się, kiedy Ula wybyła z tego przytułku i oczywiście zrobiła to zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Większość z podopiecznych tych zakichanych ośrodków tak właśnie robiła. Kasia pewnie postąpiła podobnie, chociaż ona wciąż tam siedziała, kiedy ja odchodziłem. Chciała zostać cholera pedagogiem.

Z Ulą zabraliśmy się taksą do jej mieszkania, które kupiła razem ze swoim mężem na kredyt. Była mężatką przez pół roku, drugie pół roku była wdową. Jej mąż jeździł na tirach po zachodzie Europy, ale wracał każdego tygodnia na weekend. Chyba go kochała. W każdym razie w pewną niedzielę nad ranem zostawił krótki list i poszedł rzucić się pod pociąg. Prawie nie dało się zidentyfikować ciała.

– Spaliłam ten list – wyznała.

– Jak miał na imię twój mąż? – spytałem w końcu.

– Nie musisz tego wiedzieć.

Zbyła mnie z takim chłodem, że żałowałem tego pytania przez resztę wieczora.

Mieszkanie było bardzo ładne, w nowym apartamentowcu. W wielkim salonie stały meble z prawdziwego drewna i wygodna kanapa, włochaty dywan, kilka żywych, zielonych roślin, a także ogromny telewizor. W rogu wisiała też aparatura od klimatyzacji.

– Podoba ci się? – zapytała odnośnie mieszkania.

– Tak – przyznałem.

– Za miesiąc je sprzedaję. Nie stać mnie obecnie na to miejsce. Zresztą już nim rzygam. Kiepsko się tutaj czuję. Prawdopodobnie wyjadę też z kraju i nie pytaj, bo jeszcze nie wiem gdzie. Pewnie jak najdalej.

Ula zrobiła nam po drinku w kryształowych szklankach. Piła brandy ze średniej półki. Potem zapytała, czy mam coś przeciwko kresce. Kiedy odpowiedziałem, że nie, spytała czy chcę się poczęstować. Nie byłem pewien.

– Co jest, cholera, Hubert? – rzuciła z rozbawieniem. – Ta stara jędza dyrka zrobiła z ciebie harcerzyka? Nie chce mi się w to wierzyć!

Pierwszy raz wciągałem kokę nosem. Potem oboje dostaliśmy lekkiego kopa i postanowiliśmy spożytkować energię w łóżku. Dragi sprawiały, że robiła się napalona.

– Prawie jak w moim pokoju, co? – spytała, kiedy powoli zacząłem ją rozbierać.

– Podobało mi się to w twoim pokoju – powiedziałem.

– Wiedziałeś, że byłeś moim pierwszym?

– Nie. Mówisz poważnie?

– Tak.

– Wydawało mi się, że jesteś cholernie doświadczona. Emanowałaś opanowaniem, prowadziłaś mnie, mówiłaś, co mam robić i tak dalej.

Zaśmiała się i wyznała, że to przez filmy dla dorosłych, które namiętnie kiedyś oglądała. Chwilę później udało mi się ją rozebrać. Ula była naprawdę ładną kobietą, ale jej twarz, coś w jej twarzy, w jej oczach, zdradzało gorycz, którą serwowało życie. Niezbyt wysoka, z ciemnymi włosami sięgającymi do ramion i kilkoma tatuażami na całym ciele. Miała niewielkie, spiczaste piersi z różowymi brodawkami, wąską talię i raczej małe, ale jędrne pośladki. Łechtaczkę ozdobiła sobie niewielkim kolczykiem, metalową kuleczką.

– Zrobiłam go zaraz po wyjściu z tego naszego obozu, chyba jako wyraz buntu wobec świata. Podoba ci się?

– Chyba tak.

– Jemu się nie podobał, ale nic nie mówił na ten temat.

– Dlaczego?

– Pewnie z miłości.

Po pierwszym, bardzo długim i intensywnym razie – w połowie wylądowaliśmy na podłodze – wzięliśmy prysznic, a potem po mojej odmowie Ula sama wciągnęła kolejną krechę. Wyznała mi, że zaczęła brać dopiero po śmierci męża. Kokaina oraz brandy pomagały jej w miarę normalnie funkcjonować. Na pewno pozwalały odciąć się od bólu i pogrążyć w mglistym smogu zobojętnienia.

– Byłam w ciąży, czwarty miesiąc, ale poroniłam dzień po jego śmierci – powiedziała dziwnie płaskim głosem. – Zupełnie jakby moje ciało odrzuciło dziecko samobójcy. Być może to pewien biologiczny aspekt, taka zagrywka natury. Przecież jego potomek również miałby skłonności do samounicestwienia, miałby je w genach. W przyrodzie nie jest to chyba zbyt pożądane.

– Nie wiem co mam powiedzieć, Ula.

– Najlepiej nic. Po prostu słuchaj, bez mielenia jęzorem. Większość kolesi tego nie potrafi. Większość kolesi to beznadziejne typy zapatrzone tylko w czubek własnego chuja.

– A ilu było tych kolesi?

– Po tobie, o dziwo, tylko mój mąż. Poznałam go bardzo krótko po tym, jak się usamodzielniłam. A po nim, znaczy po jego śmierci, już z górki. Nie wiem ilu dokładnie. Chyba kilkunastu. Bliżej dwudziestki.

– Rozumiem.

– Nie wiem czy rozumiesz, pewnie wcale nie rozumiesz, ale nieważne. Przyznam ci się natomiast, że zawsze chciałam być matką. Może to głupie, ale uważam, że macierzyństwo to jedna z rzeczy, którą każda kobieta powinna doświadczyć, o ile samo macierzyństwo można rozpatrywać w kategorii rzeczy czy sprawy.

– Teoretycznie jeszcze masz czas.

Spojrzała na mnie nieciekawie, a potem wyznała, że woli kiedy mój język służy do lizania jej cipki, a nie konstruowania kolejnych głupich zdań. Dlatego chwilę później się do tego zabrałem, na tej kanapie w salonie, który zamiast jednej ściany miał niezasłonięte okna, więc sąsiedzi z przeciwnego bloku mogli sobie bez przeszkód wszystko oglądać. Pomyślałem, że pewnie się już przyzwyczaili i na nikim nie robi to większego wrażenia. Ula wyła jak na filmie dla dorosłych, kiedy to nurkowałem między jej rozgrzanymi udami. Po tym jak sprawiłem jej jeden orgazm, to ona zajęła się mną. Wzięła go do ust i pozwoliła, bym został w nich do miłego końca.

– Długo myślałam nad własnym samobójstwem – wyznała, kiedy siedzieliśmy znów ubrani. – Właściwie nadal myślę. Ty też myślisz o tym, by się zabić?

– Nieustannie.

– I jak byś to zrobił?

– Pewnie skoczyłbym z wysokości. Tak najprościej.

– Ja pewnie po prostu przedawkuję.

Siedzieliśmy potem słuchając Nirvany, to był chyba ulubiony jej zespół. Pamiętam, że od zawsze kręcił ją Cobain, miała plakat z nim schowany pod łóżkiem. Nie widziałem zdjęć jej męża, ale szedłem o zakład, że musiał być do niego podobny. Kiedy zaczęło się Something in the Way, wypowiedziałem takie zdanie:

– Słuchaj Ula, chciałem tylko powiedzieć, że naprawdę mi przykro z powodu tej całej sytuacji w której się znalazłaś…

– Weź, kurwa, przestań pierdolić takie kocopoły, dobrze? – zaatakowała mnie, koka pewnie podbijała jej poziom agresji. – Kto jak to, ale ty chyba powinieneś wiedzieć, że tacy jak my ostatnie czego potrzebują to współczucie. Rzygam współczuciem. Nie potrzebuję go, kurwa mać.

Potem pochyliła się i wciągnęła ostatnią kreskę. Odchyliła głowę i zamknęła oczy. Wyglądała przerażająco i pięknie jednocześnie. Jak samotna, wygłodniała wilczyca, z którą stajesz oko w oko zimą w lesie.

– It’s okay to eat fish – zaśpiewała cicho – cause they don’t have any feelings…

Nagle z nosa pociekła jej krew. Zdawała się tym w ogóle nie przejmować, ale ja zerwałem się, ogarnięty strachem i niepokojem.

– Nie odwalaj mi tu czasem Umy Thurman – rzuciłem, łapiąc ją za ramiona.

– To nic takiego. Wyluzuj…

Wstała, poszła do łazienki i wróciła z kawałkiem papieru w nosie.

Nie posiedziałem u niej już zbyt długo, właściwie sama wygoniła mnie za drzwi jakieś pół godziny później, to był już środek nocy, zimno i ciemno. Oczywiście wytłumaczyła, że fajnie było spotkać się po latach, ale mam się do niej czasem nie odzywać. Nie potrzebowała odnawiać więzi, nie potrzebowała nowych przyjaciół i nie potrzebowała troski i opieki.

– Bez urazy Hubert, ale nie mam ochoty cię już więcej widzieć – wyperswadowała mi w drzwiach. – Mam nadzieję, że jesteś na tyle bystry, aby to zrozumieć.

Zatrzasnęła mi je przed nosem.

Oczywiście, że to wszystko rozumiałem.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Jest w tym spotkaniu dwojga rozbitków życiowych coś bardzo przejmującego i smutnego. Może to, że nie potrafią w sobie wzajemnie znaleźć oparcia i tylko pogłębiają swoje cierpienie? Mimo to mam wrażenie, że chętnie poczytałabym o nich więcej.

Więcej niestety nie będzie, bo to tylko krótki epizod. Ale to też coś o tym wszystkim mówi.

Zdecydowanie czuć w tym opowiadaniu tragizm, zamierzchły i przyszły. Niektórym los, ten wredny kutas, po prostu nie chce odpuścić.

W opowiadaniach Marcina cenię sobie jego zdolność zarysowania w niewielu słowach sytuacji, która natychmiast staje się zrozumiała, mocno przybijająca lub pokręcona i zazwyczaj na długo zapada w pamięć. I tym razem jest właśnie tak – Autor prędko zarysowuje temat: spotkanie dwojga wychowanków z sierocińca, których kiedyś łączyło coś więcej i których życie zaprzeczyło mądrości ludowej, że „złe dobrego początki”. Niestety, złe także złego początki. Gdy startuje się z niskiego poziomu bardzo trudno to potem nadrobić.

Bohaterowie próbują, coś tam udaje im się zbudować, lecz prędzej czy później los przypomina sobie o nich i nie odpuszcza. Moment, gdy przyznają się, że obydwoje myślą obsesyjnie o samobójstwie i nawet wymieniają się pomysłami jest szczególnie mocny. Chciałoby się rzec, co za chujowy świat.

Domyślam się, że nie otrzymamy na ich temat nic więcej. I chyba nawet nie potrzebujemy. W tym ujęciu jest wszystko, co trzeba o nich wiedzieć. Happy endu raczej tu nie będzie, natomiast kilka rozproszonych w czasie smutnych finałów – jak najbardziej. Ale jak wspomniałem, historia zapada w pamięć i zostanie ze mną przez dłuższy czas.

Pozdrawiam
M.A.

Opowiadanie tchnące autentycznością i bardzo, bardzo smutne. Jak ostatnio wszystkie od Marcina.

Napisz komentarz