Dziennik pokładowy (Barman-Raven)  4.8/5 (5)

47 min. czytania

Iwan Ajwazowski, „Cesarzowa Maria w czasie sztormu”

Dziennik pokładowy „Santissima Trynidad” karaweli w służbie Jej Królewskiej Mości Filipa II, kapitan Alejandro deCalvo.

2 lipca 1578 Santo Antao

Zakończyliśmy załadunek towaru. Ze względu na jego specyfikę udało nam się, oprócz wypełnienia górnego pokładu, załadować dodatkowo magazyny zapasem płótna żaglowego, indygo i pachnideł z drewna sandałowego. Spis dodatkowego ładunku w załączeniu. Żywność oraz zapasy wody zostały uzupełnione.

Senior Miguel Serrano pełni funkcję pierwszego oficera, jest jedyną nową osobą na statku, pozostali caballeros mają spore doświadczenie na morzu.

Stan załogi: czterdzieści osób.

Zgodnie z rozkazem w Santo Antao dołączyły do nas córki gubernatora Flandrii.

Weźmiemy kurs wprost do Bahia deCadiz.

Port docelowy San Fernando.

3 lipca 1578

Pogoda słoneczna, wiatr nam sprzyja, kurs południowo zachodni. Przy utrzymujących się warunkach i prędkości dziesięciu węzłów, dotrzemy do Kadyksu w ciągu tygodnia.

Główny towar w dobrej kondycji – zleciłem opiekę nad nim bosmanowi Lorenzo, jest osobiście odpowiedzialny za utrzymanie jego dobrego stanu.

***

– Flavio, rzucaj! – Śniady chłopak, jak małpka czepiając się lin, śmignął nad ich głowami. Wszystkim dopisywały humory. W Santo Antao, tej, jak się im zdawało, dziurze bez dostępu do świata, znajdowało się jednak kilka karczm. Po takim wypoczynku chciało się wracać na morze.

Marynarze przerzucali między sobą jakiś kawałek kobiecej bielizny, jeden z nich próbował im go odebrać. Co chwila wybuchali śmiechem.

– Maria da ci do wiwatu, jak się dowie, że jej ukradłeś majtki!

– Daj powąchać! – przekomarzali się ze sobą.

Czasami byli jak rozbrykane dzieci, ale naprawdę była to grupa twardych i wypróbowanych już w niejednej sytuacji morskich wyg. Zupełnie nie wiedział czemu darzyli go takim uznaniem. Był bosmanem, ale w przeciwieństwie do innych podoficerów nie izolował się od braci marynarskiej. Ostrzegano go przed zbytnim fraternizowaniem się, ale jeszcze żaden z nich nie okazał mu nieposłuszeństwa. Gdyby się temu przyjrzeć uważniej, niewiele ich różniło. Tyle tylko, że jego ojciec służył w załodze kapitana deCalvo i dzięki temu Lorenzo został przyjęty na bosmana, zamiast zwykłego marynarza. Braki wiedzy uzupełniał na bieżąco – z jednej strony od kapitana w czasie codziennych lekcji, z drugiej od marynarzy. Siłą fizyczną nie ustępował żadnemu z mężczyzn na pokładzie.

– Chłopaki, chłopaki! Wystarczy – uspokoił ich, bo do nadbrzeża zbliżyła się przedziwna kawalkada. Na jej przedzie maszerował Miguel Serrano – nowy pierwszy oficer.

Don Serrano, w przeciwieństwie do kapitana, był drobnym mężczyzną z ciemnym zarostem na trójkątnej twarzy. W peruce z czarnymi lokami wyglądał prawie kobieco, stąd też przydomek jaki nadano mu od pierwszego dnia: Morenita (brunetka).

– Senior Lorenzo! – bosman wystąpił na przód.

– Proszę załadować towar do magazynu.

Młody bosman spojrzał zdziwiony, o jakim towarze mówi – załadunek żywności skończyli kilka dni temu.

– Kolejna porcja… – usłyszał za plecami szepty marynarzy. Uznał, że później dowie się, o co w tym wszystkim chodzi.

– Si senior – przepuścił Morenito przez trap i zbiegł na ląd.

Towarem okazali się niewolnicy, a właściwie rzecz ujmując niewolnice. Pospinane łańcuchami, przyodziane w workowate okrycia, słaniały się na nogach.

– No to ruszamy… – wskazał głową drogę na statek.

Człapały przez drewniany trap, pobrzękując przy każdym kroku okowami na stopach. Wyglądało to jak pochód skazańców, idących na śmierć. Lorenzo miał okazję przyglądać się egzekucji w jednym z portów. Ta sama rezygnacja, ten sam bezwład członków, to samo apatyczne spojrzenie. Pół ludzie, pół zwierzęta. Niewolnicy wywoływali w nim nieokreśloną odrazę. Do tej pory, na szczęście, nie miał z nimi zbyt wiele kontaktu.

– Reszta czarnuchów jest pod górnym pokładem – podpowiedział jeden z marynarzy zebranych przy burcie i przyglądających się załadunkowi.

– González, skoro wiesz gdzie, to idziesz ze mną.

Schodzili pod pokład gęsiego. Na początku przygarbiona sylwetka Gonzáleza, potem kobiety, a na końcu młody oficer. Weszli do magazynu. Jedyne oświetlenie pochodziło z kratownicy u góry pomieszczenia. Snop światła pocięty na małe kwadraty padał na trzy rzędy ludzi, podpiętych do ciągnących się pod sufitem łańcuchów. Nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek przewozili niewolników. To miejsce zostało specjalnie przystosowane. Pomyślał, że sporo się zmieniło przez kilka dni jego pobytu na lądzie.

W powietrzu unosił się smród potu i ekskrementów.

– Rusz się! Nie mam ochoty przebywać tu dłużej, niż to konieczne – marynarz zaczął doczepiać nowoprzybyłe niewolnice do reszty grupy.

Bosman widział, że Gonzáleza aż świerzbi, by podzielić się wszystkimi posiadanymi informacjami.

– No, gadaj. O co tu chodzi?

– Zaczęli przywozić te dziewczyny, jak tylko bosman i reszta zeszli na ląd.

Rzeczywiście, zauważył, nie było tu ani jednego niewolnika – tylko kobiety.

Krostopata twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie. Pochylając się w stronę bosmana, mężczyzna wyszeptał:

– To ładunek specjalnie dla seniory deVizella.

Młody podoficer odszukał w głowie skąd znał to nazwisko – Anna deVizella, była kochanką króla Filipa II. A przy tym czerpała niemałe zyski z nierządu. W katolickiej Hiszpanii domy uciech mogły funkcjonować, tylko posiadając możnych protektorów.

– Fiu fiu… – gwizdnął – To się nam trafił ładunek.

Napotkał pytające spojrzenie.

– Nie, nic… Skończyłeś? – marynarz przytaknął.

– Chodźmy już stąd. Ktoś tu sprzątał? – zapytał bosman, zakrywając ręką nos. Smród był obezwładniający.

– Nie senior, nie było rozkazu…

Wyszli spod pokładu. Dopiero teraz można było odetchnąć bez odruchu wymiotnego.

Lorenzo wypłukał resztki zapachu z nosa, obmywając twarz w czystej wodzie.

– Panie bosmanie, kapitan woła pana do siebie.

Wszedł do kajuty. Zatrzymał się w progu.

Trwała narada. Zwalista sylwetka kapitana deCalvo pochylona była nad mapami.

– Czy ładunek jest już zakończony i czy mamy uzupełnione zapasy wody? – Kapitan odpytywał wszystkich z ich zadań. W końcu przyszła kolej i na niego:

– Załoga w komplecie?

– Wszyscy na pokładzie – odparł, odruchowo stając na baczność.

– Dobrze, zatem odbijamy – w oczach kapitana można było odnaleźć coś na kształt

uśmiechu.

– Senior Serrano, przejmuje pan stery.

W kilka chwil później na pokładzie zawrzało jak w ulu. Komendy przecinały się w powietrzu jak strzały muszkietowe.

– Brasować reje! Wybierać szoty!

– Jest brasować reje! Jest wybierać szoty!

Lorenzo z podziwem patrzył jak pierwszy oficer kieruje załogą. Być może Serrano nie był najmilszym człowiekiem, ale na rzemiośle żeglarskim znał się doskonale. Santissima Trynidad zgodnie z rozkazami drgnął i poruszył się.

– Kotwica w pionie! Wstała!

A zaraz potem:

– Czysta kotwica!

Kabestan obracał się jeszcze przez kilka sekund.

– Kotwica pod kluzą! – rozległ się głos jednego z bosmanów.

Wielkie płachty żagli spłynęły w dół. Przez chwilę łopotały, jak wielkie motyle złapane w siatkę, żeby po chwili chwycić wiatr i napiąć się pod jego naporem.

– Tak trzymać!

– Jest tak trzymać senior! – jak echo brzmiało potwierdzenie rozkazu.

Ląd powoli oddalał się od burty.

Młody oficer przyłapał się na przemożnej ochocie, by wyskoczyć w ostatniej chwili i zostać na brzegu. Ale już po chwili, kiedy poczuł pod nogami znajome kołysanie, tęsknota za stałym lądem uleciała, ustępując euforii. Radości, która wypełniała go za każdym razem, gdy wyruszał w rejs. Podniecenie, które nie mogło równać się z niczym innym. Czuł siłę i jedność ze statkiem, delikatna chwiejność pokładu była miłą odmianą po nieruchomości lądu. Tu był jego dom, tutaj czuł się u siebie.

Trójmasztowiec pod pełnymi żaglami żwawo przecinał powierzchnię wody.

Kolejny dzień przywitał ich pięknym słońcem i wiatrem wiejącym niezmiennie, jak pod linijkę. Bosman wałęsał się po tylnym kasztelu, szukając zajęcia dla rąk i głowy. Z jednej strony taka pogoda powodowała, że rejs nie był wymagający fizycznie, z drugiej, po niedawnym postoju w porcie, trudno było przywyknąć do monotonii fal. Wdrapał się na mars, ale wokół nie było niczego, na czym mógłby zawiesić oko. Aż po horyzont tylko falująca płaszczyzna szaroniebieskich fal.

Przechodząc z rufy na dziób, minął okratowaną część pokładu. Smród wiejący od nawietrznej był nie do wytrzymania. Przypomniał sobie o ich nietypowym ładunku.

Po chwili zastukał do kapitańskiej kajuty.

– Wejść! – uchylił drzwi.

– Senior Lorenzo, co pana do mnie sprowadza? Jeszcze nie czas na nasze lekcje…

Zobaczył, że kapitan pochyla się nad grubym kajetem oprawionym w skóry.

– Wejdź, wejdź – kapitan przywołał go do siebie.

– Jakie wieści przynosisz od tej marynarskiej hołoty? – starszy mężczyzna przymrużył oko.

– Panie kapitanie, chodzi o pasażerki…

– Już je wywęszyłeś? A prosiłem, żeby nie wychodziły na pokład – znów obdarzył młodego człowieka jednym ze swoich ojcowskich uśmiechów.

– El Capitan… – zdziwiona mina Lorenzo musiała wyglądać idiotycznie.

– No, córki gubernatora – młody człowiek jeszcze szerzej otworzył usta ze zdziwienia.

– Ale chodzi o niewolnice w doku… – udało mu się wyjąkać.

– A, o to – roześmiana twarz dowódcy spochmurniała – Co z nimi?

– Trzeba by coś zrobić, bo strasznie śmierdzą.

– Dobrze. Wylejcie na nie kilka wiader wody. I dajcie im coś do jedzenia. Cholera, zapomniałem, że trzeba dać im jeść. Będziesz osobiście za nie odpowiedzialny.

– Panie kapitanie, czy to prawda, co mówią marynarze?

– A co mówią?

– Że ten ładunek jest dla kochanki króla…

Kiedy to powiedział, wiedział już, że palnął głupstwo. Zaczerwienił się jak sztubak.

Kapitan zachował kamienną twarz.

– Słuchaj synek. Ten towar to standardowy haul… – ton kapitana przywodził na myśl lodowe sople – Te murzynki płyną z jednego portu do drugiego i tak się złożyło, że to nasz statek został do tego wybrany.

– Wiesz czemu to właśnie na nas padło? – zawiesił głos – Bo umiemy trzymać język za zębami. Rozumiesz? Z jednego portu do drugiego…

– A od dziobowego kasztelu trzymaj się z daleka – pogroził bosmanowi palcem – Nie wiadomo, co, wam, młodym może strzelić do głowy.

– Teraz idź i zadbaj, żeby towar dotarł we właściwym stanie do portu.

– Si senior – młody człowiek zamknął za sobą drzwi z poczuciem ulgi.

Za mniejsze rzeczy można było zawisnąć na rei. Inna sprawa, że kapitan zrzucił na niego obowiązek, z pełnym przekonaniem, że od teraz będzie w tej kwestii całkowicie dyskretny. Co też go podkorciło, żeby wtykać nos w nie swoje sprawy. A teraz miał na głowie coś, czego normalnie nie podjąłby się za żadne skarby świata.

Z westchnieniem zrezygnowania zszedł po schodach w stronę doku.

Postanowił, że zacznie od pozbycia się smrodu, jaki bił przez kratownicę.

Dwóch marynarzy na jego polecenie zaczęło wlewać wiadrami morską wodę poprzez

uniesioną kratę. Widać było, jak kobiety na dole nastawiają się pod kolejne chluśnięcia.

Posklejane włosy, brudne twarze i wyciągnięte w górę ręce – obraz nędzy i

rozpaczy. Jeśli mieli dowieźć ładunek w całości, trzeba było o niego choć trochę

zadbać.

Bosman rozejrzał się po pokładzie szukając pomocy. Nieopodal González wylegiwał się w cieniu rzucanym przez ożaglowanie.

– Rusz się! – zapakował na ręce marynarza tyle jedzenia, ile był w stanie unieść.

– Czy ktoś wie, ile ich jest pod pokładem?

– Nie mam pojęcia.

– Dobra, policzymy je na dole.

Pod pokładem już prawie nie było czuć przykrego zapachu. Wszystko, co wlało się

do środka, odpłynęło otworami po obu burtach.

Gdy weszli do pomieszczenia niosąc jedzenie, kobiety rzuciły się na nich. Gdyby nie powstrzymujące je łańcuchy, zostaliby stratowani.

– Mówicie po ludzku?

Jedna podniosła rękę:

– Panie, ja mówić trochę hiszpański.

– Każ im stanąć w rzędach.

Kobieta zaświergotała w jakimś murzyńskim narzeczu. Tłum rozsunął się i ustawił tak, jak pozwalały na to łańcuchy.

– Rozdaj im chleb i mięso – marynarz ruszył wzdłuż szeregów, rozdając na boki ciemne bochenki chleba i suszoną wołowinę.

Dopiero teraz, kiedy wzrok przyzwyczaił się do półmroku, był w stanie dostrzec szczegóły. Znakomitą większość stanowiły dziewczęta niewiele młodsze ode niego. W tłumie mógł dostrzec zaledwie kilka starszych niewolnic. Wszystkie były okryte łachmanami, spod których wystawały nagie fragmenty brudnych ciał.

Marynarz podszedł z już pustymi rękami. Stanął obok. We dwójkę przyglądali się posilającym się wokół nich niewolnicom. Ocenił, że było ich w sumie około pięciu dziesiątek.

– Senior, wie pan co mówią..?

Pamiętając swoją wpadkę przy kapitanie, bosman powstrzymał się od komentarza.

– Mówią, że ten towar ma iść do domów uciech w Madrycie – González popatrzył pytająco, jakby oczekując reakcji.

– Nie twoja i nie moja sprawa.

– Jasne, ale pomyślałem, że skoro już je przewozimy…

– Ty już lepiej nie myśl. Idziemy. Przyniesiesz im jeszcze wodę. Zrozumiano?

– Tak jest senior, wodę.

Lorenzo wyszedł na zewnątrz. Nie bardzo podobała mu się perspektywa zostania nadzorcą niewolników, ale nie odważyłby się kwestionować decyzji kapitana. Jeśli ten motłoch miał być materiałem na nierządnice, to trzeba w niego włożyć sporo wysiłku. Murzynki pod pokładem przypominały bardziej utytłane w brudzie bydło, niż obiekty seksualne. Na szczęście to nie był jego problem.

To, czym miał się zająć, to zaprowadzenie porządku.

***

Nudziło jej się. Potwornie. Leżała na niewygodnym łóżku okrętowym i próbowała zabić nudę. Przez chwilę obserwowała lot kilku much pod sufitem. Zadziwiające, jak te zwierzęta potrafiły zmieniać tor, po którym poruszały się ich ciała. Prawo, lewo, prawo, prawo. Ciężko było nadążyć za nimi wzrokiem. Jedna z nich przysiadła na chwilę na belce. Spacerowała na wprost jej twarzy, wyszukując malutką trąbką drogę przed sobą. Luizie nie chciało się nawet podnieść ręki, by zgonić owada. Do muchy dołączyła jej towarzyszka. Nagle, bez ostrzeżenia, zerwała się niby do lotu, a już po chwili przygniotła pierwszą swoim czarnym ciałem. Szamotanina trwała kilka sekund. Bzyczenie nasiliło się. Odwłok napastnika drgał w opętańczym tempie. Samiec właśnie zapłodnił samicę. Po krótkiej chwili muchy znów krążyły pod sufitem.

„Madre de Dios! Czemu ja nie mam takiego pana muchy? Chętnie bym się mu nastawiła. Szybko, brutalnie, na podłodze, albo na łóżku. Raz, dwa – tak, żeby skończył we mnie i wyszedł”.

Sięgnęła ręką do swojej kobiecości, ale spuchnięta od onanizmu łechtaczka była już zbyt obolała. Zrezygnowała z kolejnego orgazmu, wiedząc, że nie przyniesie rozładowania napięcia buzującego w lędźwiach.

„Czemu na tym statku nic się nie dzieje? To jakieś przekleństwo; najpierw ta rozmodlona dziura, a teraz ta barka. I jeszcze irytująca obecność starszej siostry. Zakłamana, pruderyjna idiotka. Podróżować w towarzystwie samych mężczyzn i nie skorzystać z takiej okazji było grzechem. To właśnie był grzech. A nie te banały o czynieniu dobra. Już ja bym im zrobiła dobrze…” – uśmiechnęła się do własnych myśli. „Ojciec specjalnie wysłał starszą przedstawicielkę rodu, by uniemożliwić mi dobrą zabawę. Szczerze nienawidziła tej zażartej katoliczki. Gdybym tylko mogła…”

Poprzez drzwi i uchylone okno wpadały ożywcze podmuchy wiatru. Niosły podniesione głosy. Na pokładzie działo się coś ciekawego. Na pewno ciekawszego niż obserwacja pieprzących się much.

Zerwała się na równe nogi. Przymierzyła kapelusz i już naciągała rękawiczki, kiedy do jej części kajuty weszła Teresa, jej starsza siostra. Nienagannie zapięta na ostatni guzik, z parasolką gotową do otwarcia.

– Wiedziałam, że będziesz chciała wyjść – zagaiła pretensjonalnym tonem – Myślę, że trochę świeżego powietrza przyda się nam obu.

Luiza pędem wypadła z kajuty. Dopiero oburzone spojrzenie siostry zatrzymało ją przy barierce. Opanowała swoją ciekawość i dystyngowanie przeszła ostatnie kilka kroków.

Na śródokręciu zgromadzili się chyba wszyscy marynarze. W samym środku kręgu, jaki tworzyli, stało kilkadziesiąt murzynek skutych kajdanami.

Hałas, który wywabił je na zewnątrz spowodowany był sprzeciwem jednej z kobiet, która odmawiała wejścia do wielkiej balii z wodą ustawionej na pokładzie. Pomimo kajdan, przyciskała do siebie brudne odzienie, które polecono jej zdjąć. Jeden z marynarzy brutalnie zdarł z pleców koszulę, osłaniającą kobietę. Wśród tłumu mężczyzn dało się słyszeć pomruk zadowolenia.

Jeden z nich uderzył murzynkę w twarz. Upadła na kolana, wciąż zakrywając się resztkami odzieży. Tłum zacieśnił się jeszcze bardziej.

Luiza poczuła przyspieszające tętno. Czyż nie o tym marzyła pośród wielu bezsennych nocy? Czuła w wyobraźni zapach spoconych, męskich ciał napierających ze wszystkich stron. Totalna bezradność, bezbronność i upokorzenie. Wystawienie na widok publiczny intymnych miejsc i obezwładniająca męska siła. Od emocji aż zakręciło się w jej głowie. Chwyciła mocniej barierkę, zaciskając palce na wypolerowanym drewnie. Podniecenie rozlało się po całym ciele. Obolała kobiecość zwilgotniała natychmiast. Przypływ krwi rozgrzewał, sprawiał, że otarte od masturbacji płatki napęczniały i już rozchyliły się w oczekiwaniu.

Wtem tłum rozstąpił się, pozwalając przecisnąć się młodemu człowiekowi z falą ciemnych włosów. Szerokie plecy zwężające się ku talii i mocny zarys ramion sprawiały, że mężczyznę można byłoby uznać za atletę, nie marynarza.

Poprzez wiatr docierały do niej tylko strzępki słów: kapitan… zapłacił… własność… złota… każdą…

Składając je razem, domyśliła się, że niewolnice stanowią jakiś zastaw, za który w porcie mieli otrzymać złoto. I że za jakiekolwiek uszkodzenia, czy ślady będzie trzeba wypłacić odszkodowanie. Mężczyzna mówił mocnym władczym tonem. Marynarze odstąpili od murzynki.

– No i zepsuł całą zabawę! – pomyślała zawiedziona na głos.

Karcące spojrzenie siostry było jedyną odpowiedzią.

Brunet przywołał jedną z niewolnic. Przez moment coś do niej mówił. Po chwili kobiety ustawiły się ciasno obok siebie w rzędzie. Pierwsza z nich szybko pozbyła się ubrania i w pośpiechu wskoczyła do balii wypełnionej wodą. Wtórowały temu niewybredne komentarze zgromadzonych naokoło marynarzy.

– Ale ma cycki!

– Pokaż się ślicznotko, no pokaż!

– Już ja bym się z tobą zabawił!

Kobieta została po chwili wyciągnięta z wody. Stała naga, drżąc z zimna w podmuchach wiatru. Nawet ze znacznej odległości Luiza dostrzegała skupione, zdrętwiałe, ciemniejsze od reszty ciała sutki. Musiała przyznać, że niewolnica była piękną kobietą. I tak cholernie apetyczną, w tym swoim drżeniu i bezradności. Rozbudzone podniecenie znów uderzyło jej do głowy, a przebudzone motyle w brzuchu znów wzbiły się do lotu. I wtedy napotkała wzrok ciemnowłosego dowódcy. Patrzył wprost na nią. Hrabianka jeszcze nigdy nie spotkała takiego wzroku – trochę zaciekawionego, trochę prowokującego, a trochę rozbawionego. Odpowiedziała swoim najlepiej wystudiowanym zalotnym uśmiechem. Nie speszył się. Stał wciąż na szeroko rozstawionych nogach i patrzył bez zmrużenia oczu. Wtem ukłonił się, odwrócił i zszedł schodami pod pokład. Ta jego naturalna bezczelność była całkiem interesująca.

Powróciła wzrokiem do niewolnic.

W tym czasie wymyta murzynka została okryta zgrzebną, workowatą koszulą. Kolejna z nich z piskiem przerażenia została wrzucona do wody.

Ten, kto dokonywał zakupu czarnoskórych kobiet, chciał chyba zaspokoić najróżniejsze upodobania docelowych właścicieli. Były tu kobiety zarówno wysokie, jak i niskie, z dużym biustem, jak i z małym, o szerokich, jak i wąskich biodrach, młodsze i starsze – wszystkie one jednak wyróżniały się urodą twarzy. Hrabianka uczestniczyła w kilku aukcjach, ale tylu ładnych murzynek jeszcze na raz nie widziała.

Popatrzyła znów w stronę prowizorycznej łaźni – kolejna kobieta zanurzyła się w zimnej wodzie i odebrała z rąk pilnującego jej mężczyzny kawałek mydła. Przesunęła nim po ciemnej skórze. Zachowywała się całkiem inaczej od towarzyszek niedoli. Zdawała się nie zauważać tłumu gapiów. Myła się spokojnie, gładząc delikatnie swoje ciało wystawione na widok publiczny. Piana spływała spomiędzy jej palców, znacząc ramiona jasnymi smugami, zatrzymując się przez moment w zagłębieniu obojczyków i zsuwając się prawie niezauważalnie na drobne piersi. „Wygląda jak murzyńska Wenus” – przemknęło przez myśl zapatrzonej Luizie. „Mieć ją dla siebie… Zobaczyć, jak oddaje się narastającemu pożądaniu, jak traci nad sobą kontrolę, jak w spazmach drga i jęczy. Wiele dałabym za coś takiego. Co? Ja i kobieta? A może właśnie tak… Tego jeszcze nie próbowałam. To mogłoby być zabawne.”

Kolejne murzynki przechodziły przez kąpiel, aż do ostatniej wzbudzając pokrzykiwania i przechwałki załogi statku.

Luiza poczuła niesmak, kiedy przypomniała sobie poranne marzenia. Żaden z nich nie był godzien nawet dotykać skrawka jej sukni.

Byli tacy żałośni w tym ich samczym samozadowoleniu. Śmieszni z ich opowiadaniem, co by zrobili. Nieszczęsna i pożałowania godna tłuszcza, brudny motłoch, który poza nieudolnym stroszeniem piórek nie wart był nawet spojrzenia. Chociaż zuchwały uśmiech bruneta…

Wróciła do kajuty jednocześnie nabuzowana i zniechęcona. Rzuciła się znów na łóżko. Rozbudzone libido domagało się zaspokojenia, a zrezygnowany umysł nie był w stanie wykreować żadnego pomysłu.

„Muszę przetrwać ten rejs. Aby tylko dotrzeć do cywilizacji – tam sobie poradzę ze znalezieniem odpowiedniego caballero. Choćby na jedną noc.”

***

Dziennik pokładowy „Santissima Trynidad” karaweli w służbie Jej Królewskiej Mości

Filipa II, kapitan Alejandro deCalvo.

4 lipca 1578 godz. 10:00

Od północnego wschodu nadciągają chmury burzowe. Płyniemy pod pełnymi żaglami, starając się wyprzedzić nadchodzący szkwał. Prędkość jedenaście węzłów.

Kolejne dni mijały w rytm pełnionych wacht i odwiedzin w luku magazynowym. Codziennie stawiał się również na lekcje udzielane mu przez kapitana. Ślęczał nad mapami i starał się nie myśleć o córkach wielmoży, od których dzieliło go zaledwie kilka pomieszczeń. Wciąż przed oczami stawał uśmiech młodszej z nich. Czy była to czysta uprzejmość, czy może oznaka sympatii?

Po kilku dniach pogoda uległa załamaniu.

Przez całą noc chmury kłębiły się, zagarniały niebo to od wschodu, to od północy. Wiatr to wzmagał się, to cichł. Poranek przywitał ich wysoką falą. Burza szła w ślad za nimi, rzucając cień na morze. Karawela kołysała się majestatycznie, zapadając się głęboko w bruzdy i dźwigając ciężko kadłub na wzgórza oleistego oceanu. Jej maszty i reje skłaniały się nisko i zataczając koło podnosiły na powrót z trzeszczeniem.

Nieuchronnie zbliżał się do nich sztorm niesiony na skrzydłach wiatru, którego siły nie potrafili w pełni wykorzystać, aby uciec przez nawałnicą.

Załoga w pośpiechu szykowała statek do nadchodzącego starcia z żywiołem. Marynarze wisieli na wantach, z trudem utrzymując równowagę przy coraz silniejszych podmuchach szarpiących ubrania. Wszystkie żagle zostały skrócone. Mimo to, statek mknął na pełnej szybkości, rozbryzgując z impetem grzebieniaste fale.

Bosman Lorenzo stał przy sterze, przekazując rozkazy kapitana.

Wtem jedne z drzwi, dotychczas szczelnie zamkniętych, otworzyły się z hukiem. Dwie jasne postacie przypadły do burty i pochyliły się nad jej krawędzią.

Kapitan spojrzał w tę stronę.

– Bosmanie, proszę zając się hrabiankami. Mają zostać w swoich kajutach.

– Tak jest kapitanie! – Lorenzo zbiegł z mostku i zręcznie wymijając marynarzy, pośpieszył w kierunku kobiet.

– Seniorita… – jedna z kobiet w długiej sukni obróciła twarz w jego stronę. Jej pociągła twarz była cała blada. Podkrążone oczy dodatkowo nadawały jej niezdrowego wyglądu. Zaraz też wychyliła się z powrotem w stronę morza. Ciałem obydwóch wstrząsały torsje.

Podszedł do niej i pozwolił jej oprzeć się na swoim ramieniu.

– Przepraszam, senior…? – zawiesiła głos, czekając aż się przedstawi.

– Bosman Lorenzo.

– Senior Lorenzo, przepraszam, to takie upokarzające… – próbowała się uśmiechnąć.

Pomimo złego samopoczucia wciąż starała się zachowywać wytwornie. Była starsza od niego o kilka lat. Ciemne włosy rozwiane na wietrze i blada cera były świadectwem panującej pogody. Jej towarzyszka miała te same rysy twarzy, ale była wyższa i bardziej dojrzała. Ocierała usta koronkową chusteczką.

– Panie pozwolą. Kapitan prosi, by panie pozostały w swoich kajutach.

– Tak, oczywiście bosmanie.

– Pomoże pan mojej siostrze? Nie wiem czy biedaczka da radę dotrzeć do naszych pokoi…

Wspólnie podtrzymując starszą z sióstr, dotarli do kajuty. Na pożegnanie młody człowiek otrzymał spojrzenie niebieskich oczu pełne wdzięczności.

– Do widzenia senior Lorenzo, bardzo panu dziękuję.

Młody człowiek stał jeszcze chwilę przez zamkniętymi drzwiami, jakby przyciągała go jakaś siła. Dopiero rozprysk kolejnej morskiej fali przywrócił mu przytomność. Natychmiast odwrócił się na pięcie i wrócił na swoje stanowisko. Miał nadzieję, że kapitan w natłoku spraw nie zauważy jego rumieńca lub że weźmie go za wynik walki z wiatrem i falami.

– Załatwione? – deCalvo nie odrywał wzroku od żagli.

– Tak kapitanie – wzmagający się wiatr sprawiał, że trzeba było krzyczeć.

– Trzymaj się od nich z daleka synek. To nie są kobiety dla ciebie.

– Tak jest! Z daleka! – odpowiedział, potwierdzając na sposób marynarski zrozumienie rozkazu.

– A teraz sprawdźmy, na co stać tę łajbę – kapitan był, mimo niepogody, w dobrym humorze.

Kolejny dzień gnali na przedmurzu goniącej ich nawałnicy. Inne mijane statki zaledwie pozdrowili salutem bandery, nie próbując się nawet spotkać z ich dowódcami. Opuszczanie szalup byłoby szaleństwem w taką pogodę. Poza tym, mijane galeony też szykowały się na spotkanie z burzą i ani myślały o wzajemnych uprzejmościach.

***

Dziennik pokładowy „Santissima Trynidad” karaweli w służbie Jej Królewskiej Mości Filipa II, kapitan Alejandro deCalvo.

4 lipca 1578 godz. 17:00

Duży opad deszczu, wiatr stały północno-wschodni. Wskazania logu: jedenaście węzłów.

Na horyzoncie widoczne hiszpańskie statki. Najprawdopodobniej cztery galeony z kursem powrotnym do Kadyksu. Ze względu na pogodę musimy poprzestać na wymianie sygnałów.

5 lipca 1578 godz.10:00

Szkwał narasta z każdą chwilą. Wiatr zmienił kierunek. Skróciliśmy żagle. Idziemy na bejdewind. Załoga w pogotowiu. Granatowy horyzont zwiastuje silną burzę. W takich warunkach nie utrzymamy zakładanego czasu dotarcia do San Fernando.

Lorenzo zaglądał co dzień do doku z niewolnicami. Ich stan znacznie się poprawił. Odkąd zaczęło padać, nie trzeba było nawet dbać o ich mycie. Przelewająca się przez pokład woda, od czasu do czasu docierała aż do kratownicy.

Tym razem wysłał wcześniej Gonzáleza z jedzeniem. Marynarz bardzo chętnie brał udział we wszystkich zajęciach związanych z pilnowaniem ładunku.

Schodząc pod pokład, bosman kolejny raz wrócił myślami do spotkania z hrabiankami. Spojrzenie niebieskich oczu wciąż było obecne w jego myślach – wystarczyło zamknąć powieki i pojawiało się ponownie.

Zamyślony wszedł do magazynu.

Bardziej wyczuł atmosferę napięcia, niż zobaczył coś niepokojącego. Niewolnice, jak wystraszone zwierzątka zbiły się w grupkę po jednej stronie pomieszczenia. Nie byłoby w tym nic dziwnego, skupiły się w części osłoniętej od deszczu, ale po drugiej stronie pomieszczenia coś się poruszało, dziwnie pojękując i posapując.

Mężczyzna jedną ręką wykonał znak krzyża na piersi, drugą uniósł wyżej lampę oliwną. Posuwając się krok za krokiem, przeszedł na drugą stronę magazynu. Ostrożnie wychylił głowę zza jednej z drewnianych belek podtrzymujących strop.

W kącie magazynu można było dostrzec rozrzucone nogi kobiety. Gołe stopy wybijały nierówny rytm o deski podłogi. Nad nimi widać było opuszczone do kolan pludry i jasny tyłek mężczyzny, który postękiwał w takt ruchów frykcyjnych. Podciągnięta marynarska koszula opadła na brzuch kobiety. Jej nagie piersi tłamszone były w uścisku silnych dłoni. Murzynka pojękiwała przy każdym pchnięciu. Nie było trudno domyślić się, kto korzystał z jej ciała w ten brutalny sposób.

– González!

Marynarz oderwał się od niewolnicy.

– Ty głupi skurwysynu! – pięść trafiła w szczękę marynarza.

Mężczyzna próbował wstać, ale opuszczone spodnie blokowały jego ruchy. W końcu nogi zaplątały się i González przewrócił się na plecy. Wyglądał jak wielki żuk z nabrzmiałym przyrodzeniem.

Gwałcona kobieta odczołgała się na bok.

– Wstawaj! – bosman aż poczerwieniał z wściekłości.

– Senior Lorenzo… – gwałciciel próbował się tłumaczyć. Z rozciętej wargi strużką płynęła krew.

– Zamknij się! Wkładaj gacie i wypierdalaj stąd!

Poorana śladami po ospie twarz marynarza wyrażała zarówno strach i wściekłość.

– Masz czekać na mnie za drzwiami.

Kopnięta z wściekłością beczka z wodą, przewróciła się, rozlewając swoją zawartość po podłodze. Lorenzo usiadł na niej, próbując odzyskać trzeźwość umysłu. Ze złości aż trzęsły mu się ręce. Najchętniej doniósłby na Gonzáleza prosto do kapitana. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to była jego odpowiedzialność i że jeśli zamelduje, co się stało, to oprócz marynarza i jego spotka kara.

Podniósł się i wyszedł sprawdzając, czy wszystkie zamki są dokładnie zamknięte. Zwrócił się do czekającego przed schodami marynarza.

– Ty głupi psie! Wiesz, co będzie, jak to się wyda? Że naruszyłeś towar dla króla? Jak ci się zdaje?

Niska sylwetka marynarza skurczyła się jeszcze bardziej.

– Nie mam zamiaru dać się powiesić, bo chciało ci się pochędożyć.

Mężczyzna przetarł dłonią spuchnięte rozcięcie.

– Ani słowa! Rozumiesz? Nikomu ani słowa, bo zabiję! Chociaż to i tak bez różnicy, bo i tak, jeśli się wyda, to zawiśniemy obaj.

– A teraz zejdź mi z oczu, ty świnio!

Wyszedł na pokład. Ciężkie ołowiane chmury zawisły nad statkiem. Wiatr smagał mokrymi zakosami. Młody człowiek podniósł kołnierz marynarskiej kurty. Na mostku, zastępując kapitana pojawił się znowu pierwszy oficer. Okutany w ciemny płaszcz stał na szeroko rozstawionych nogach, zaciskając dłonie na sterze.

Przy takiej wichurze nie dało się długo wytrzymać na zewnątrz. Do wachty bosmana zostało jeszcze sporo czasu. Postanowił, że położy się spać. Rzucił się na swój hamak.

Słuchając ściszonych głosów marynarzy długo nie mógł usnąć. Uśmiech i niebieskie spojrzenie wciąż pojawiały się w jego głowie. Nie ważne na czym próbował skupić uwagę, obraz twarzy hrabianki powracał do niego. Im bardziej starał się o niej nie myśleć, tym wyraźniejszy obraz pojawiał się pod zamkniętymi powiekami. W końcu zmorzył go sen.

***

Dziennik pokładowy „Santissima Trynidad” karaweli w służbie Jej Królewskiej Mości Filipa II, kapitan Alejandro deCalvo.

5 lipca 1578 godz.12:00

Straciliśmy narzędzia nawigacyjne, uszkodzony bezanmaszt, burza przybiera na sile.

W pierwszej chwili po otwarciu oczu nie był w stanie zorientować się, gdzie się znajduje. Ze zdziwieniem stwierdził, że wypadł z hamaka. Wokół trwała bieganina. Cały statek drżał i trzeszczał. Młody człowiek zerwał się na równe nogi. Wbiegając po schodach, został dwukrotnie zalany falami wdzierającymi się przez niedomknięte drzwi. Karawela przechyliła się na lewą burtę.

Na pokładzie panował chaos. W zacinającym szkwale można było zobaczyć, że środkowy maszt leżał strzaskany w poprzek kadłuba.

Skupiona wokół niego załoga pracowała w pocie czoła, starając się oddzielić słup masztu od jego strzaskanej podstawy. Bosman chwycił podaną mu siekierę i dołączył do rąbiących. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że jeśli szybko nie usunął zwalonego masztu, nie mają szans na ratunek. Z każdą chwilą, z każdą przełamującą się przez dziób falą, rosło zagrożenie wywrócenia się karaweli. Jeszcze chwila i złamane drzewce wysunęło się poza burtę. Ułamana reja zatoczyła łuk i uderzyła w tłum marynarzy. Lorenzo pochylił się w ostatniej chwili. Odruchowo skłonił głowę, przed przelatującym kawałkiem drewna. Wyprostował się i odetchnął głęboko. Nie poczuł nawet, gdy jedna z belek ciągnących się za masztem uderzyła w tył jego głowy. Stracił przytomność.

***

Dziennik pokładowy „Santissima Trynidad” karaweli w służbie Jej Królewskiej Mości Filipa II, Bosman Miguel Lorenzo lipiec A.D. 1578

Kapitan deCalvo nie żyje. Morze pochłonęło go wraz z we wszystkimi oficerami. Zginęli po tygodniowej walce z nawałnicą, która dopadła nas kilka dni po wyruszeniu z portu. Jestem najstarszy stopniem. Postanowiłem kontynuować zapiski kapitana, aby potomni, którzy znajdą nasze kości mogli poznać historię tego nieszczęsnego rejsu.

Wraz ze mną ocalała tylko garstka marynarzy oraz najmłodsza córka hrabiego deNavarro Luiza. Znajdujemy się w nieznanych nikomu stronach. Rozbity kadłub statku jest dobrze widoczny z plaży, na której udało nam się, dzięki Opatrzności Bożej, wylądować. Sztorm ucichł, wokoło panuje cisza, przerywana tylko czasem wrzaskami dzikich zwierząt, czających się w gęstwinie drzew za naszymi plecami. Modlę się do Przenajświętszej Panienki, byśmy zostali uratowani.

Lorenzo podniósł głowę znad dziennika.Popatrzył na swoich towarzyszy – wymizerowani, bez woli walki, całkowicie zrezygnowani prezentowali żałosny widok. Wszyscy skupili się wokół ogniska, które jakimś cudem udało im się skrzesać z gałęzi znalezionych na obrzeżu plaży. Ogrzewali się przy ogniu, susząc przemoczone ubrania.

– Bosmanie, co teraz z nami będzie?

– Czy ktoś nas tu znajdzie?

Zadawali wciąż te same pytania, które pozostawały bez odpowiedzi. Cóż miał zrobić? Tak samo jak reszta nie miał pojęcia, gdzie się znajdowali. Tak samo jak reszta czuł się bezradny. Przecież tak naprawdę zupełnie przez przypadek był bosmanem, normalnie wciąż uczyłby się jako zwykły marynarz. Jedyne co udało mu się uratować ze statku, to ten skórzany kajet kapitana z kilkoma gęsimi piórami wetkniętymi za okładkę.

Podniósł wzrok. W zatoce wiatr lekko marszczył powierzchnię morza. Dalej widać było kadłub karaweli zaklinowany pomiędzy dwiema skałami. Obydwa maszty leżały złamane wzdłuż statku. Domyślał się, że z drugiej strony można było zobaczyć rozprute poszycie kadłuba. Wszystko, co było ich domem, co pozwalało przeżyć znajdowało się na statku.

– Tak, to jest to! Musimy wrócić na statek!

– To szaleństwo!

– Przecież ledwie się stamtąd wyrwaliśmy.

– Za mocno chyba walnęło go w głowę!

– Cicho! Musimy wrócić po rzeczy. Nie rozumiecie? Tam jest wszystko; siekiery, liny, muszkiety, jedzenie, rum…

Zerwali się na równe nogi gotowi rzucić się do jedynej szalupy, jaka przetrwała starcie z żywiołem.

– Stać! Pasqualo jest ranny. Roberto zostajesz z nim i z hrabianką pilnujecie ognia.

– Antonio, González i reszta pakujemy się do łodzi! Zabierzemy, co się da, zanim nadejdzie przypływ. Po chwili na plaży przy ognisku zostały tylko trzy osoby.

Szalupa pchana długimi pociągnięciami wioseł szybko przepłynęła dystans do rozbitego statku.

– Jeden zostaje w łodzi, reszta szuka. Zabierajcie najważniejsze rzeczy – młody bosman całkowicie przejął inicjatywę.

Na zaklinowany między skałami kadłub wspięło się kilka postaci. Po dotarciu za krawędź burty, marynarze rozpierzchli się na wszystkie strony.

Znudzony Antonio rozciągnął się wygodniej na ławce w łodzi. Oczekiwanie przedłużało się. Łagodne kołysanie i prześwitujące przez chmury słońce wprawiało w senność i rozleniwiało. Wtem dało się słyszeć hurgot zsuwających się po kadłubie rzeczy. Tuż obok niego, na dnie łodzi, z hukiem wylądowała siekiera.

Marynarz zerwał się na równe nogi, kołysząc niebezpiecznie szalupą.

– Idioto! Chcesz mnie zabić? – krzyknął do góry, w stronę kadłuba.

Zza krawędzi wynurzyła się pucołowata twarz jednego z członków załogi.

– Musicie to opuszczać na linie albo przynajmniej w coś zawinąć – Antonio zmełł w ustach przekleństwo.

Kolejne ładunki zjeżdżały już obwiązane linami i zawinięte w ubrania.

Udało im się wypełnić połowę szalupy, gdy zadecydowali, że pora zawracać.

Kiedy wszyscy zameldowali się w łodzi, Lorenzo z góry polecił im, by rozładowali pakunki i wrócili po niego. W tym czasie miał zamiar przygotować kolejne rzeczy do załadunku.

Łódź odbiła już od statku, kiedy bosman, stąpając ostrożnie po przechylonym pokładzie wszedł do kajuty na rufie.

Zobaczył porozrzucane po podłodze suknie, elementy biżuterii, jakieś spinki i grzebienie. Ignorując drogie kamienie, otworzył kolejne drzwi. W pokoju zauważył kobiece ciało. Starsza z sióstr deNavarro leżała z rozbitą głową na samym środku pokoju. Podszedł do niej, jakby upewniając się, że już nie żyje. Pod podeszwami chrzęściło potłuczone szkło. Tył głowy kobiety przecinała czerwona szrama. Nic dla niej nie mógł zrobić. Odłożywszy na bok zakrwawiony świecznik, chwycił całe naręcze sukien i zapakował je do podróżnej sakwy. Rozejrzał się raz jeszcze, próbując zidentyfikować wśród tego rozgardiaszu te elementy, bez których żadna kobieta nie mogła się obejść. Buty! Pochylił się w poszukiwaniu obuwia. Na siłę wcisną kilka par trzewików do sakwy. Do otwartego, już w większej części zapełnionego worka, zgarnął ramieniem z szafki z kosmetykami wszystko, co ocalało w czasie burzy. Zadowolony z efektów swoich działań wyszedł z kajuty.

W pierwszym momencie uznał to za odgłosy dogorywającej karaweli – jęczenie napinanego i powoli pękającego drzewa. Potem dotarło do niego, że statek nie poruszał się ani na centymetr, a głosy pochodziły z jednego miejsca. Blisko powalonych masztów. Przeszedł jeszcze kila kroków i znów zatrzymał się, nasłuchując. Opuściwszy osłonę, jaką dawał od wiatru pogruchotany kasztel, nie słyszał nic oprócz wiatru. Fale przyboju hałasowały rozbijając się o okoliczne skały. Był już w stanie dać za wygraną, kiedy poprzez ten szum dotarły jednak do niego jakieś głosy.

Nachylił się nad okratowaniem, na którym leżały grube pnie masztów. Nagle z ciemności luku wynurzyła się twarz z szeroko otwartymi oczami.

– Senior, porfavor – jedna z niewolnic wyciągniętą dłonią chwyciła go za koszulę i łamanym hiszpańskim poprosiła o ratunek.

– Jezus Maria! – odskoczył, jak rażony piorunem.

– Senior, senior! – do pojedynczego głosu dołączyły kolejne.

Na szczęście łódź z marynarzami właśnie przybiła i kolejni mężczyźni pojawiali się już zza krawędzi pokładu.

Lorenzo wciąż blady z wrażenia przywołał ich do siebie.

– Nie utopiły się?

– No, jak widać.

– Co z nimi robimy?

– Jak to co..?

– A jak je stamtąd wydostaniesz?

– Nie ma szans żebyśmy dźwignęli maszt, a co dopiero dwa…

– Bosmanie…

– Co jest Antonio?

– A jakby tak z innej strony: od tyłu.

– Antonio, a ty tylko o jednym…

Wszyscy gruchnęli śmiechem. Odkąd pojawił się jakiś cel i zadania do wykonania, cała grupa była w lepszych nastrojach.

– No wie pan, jakbyśmy przebili się nie od pokładu, ale od strony rufy?

– Ty to masz łeb – Lorenzo klepnął marynarza po ramieniu.

– Zostały jeszcze jakieś siekiery? Dawajcie je tutaj.

Już po chwili pod pokładem dało się słyszeć głuche odgłosy siekier. I przekleństwa, kiedy raz po raz, któryś z okrętowych drwali ślizgał się na mokrych stopniach.

Bosman nie czekał bezczynnie. W tym czasie wykroił nożem żagiel. Zawinął go w rulon i z pomocą pozostałych na pokładzie marynarzy wyrzucił ciężką płachtę za burtę.

– Panie bosmanie! Przebili się.

Z dołu słychać było kolejne przekleństwa i dźwięk żelaza wściekle uderzającego o metal. Po chwili od strony rufy, jedna po drugiej zaczęły wychodzić murzynki. Ich korowód nie miał końca.

– Ile ich jest?

– Będzie ze trzydzieści…

– To wypada jakieś… pięć na jednego.

– Jełopie wpierw nauczyć się liczyć…

– Świetnie, ale co im damy jeść?

– Niech się jedzą nawzajem.

– Teraz, to zaczniemy od tego, że przeniosą nam wszystko na brzeg.

Pamiętając o wcześniejszym zachowaniu Zapaty i skłonnościach Antonio, bosman wyznaczył dwóch innych marynarzy do pilnowania statku. Pozostali mieli płynąć łodzią, do której przywiązana miała być grupa murzynek. Pozostałe miały gromadzić zapasy na statku i przygotowywać je do transportu.

Po kilku godzinach intensywnej pracy, na brzegu piętrzyły się beczki, pakunki, liny, żagle i wszystko, co udało im się wywieźć z rozbitego okrętu. Korzystając z płótna żaglowego rozstawili prowizoryczny namiot, w taki sposób, żeby osłaniał ich od wiatru. Wśród uratowanych rzeczy znalazły się między innymi muszkiety, jedna ćwierćfuntówka i zapas prochu, dzięki czemu, nie czuli się już tak bezbronni.

Nad zatoką powoli zachodziło słońce, barwiąc na czerwono spokojną toń wody. Ustawiona w ognisku zupa bulgotała w kotle.

Lorenzo z uśmiechem przyjął wręczone mu naczynie z ciepłą strawą. Poczucie bezradności zostało zastąpione nadzieją. Siedział wśród marynarzy i śmiał się razem z nimi, słuchając opowieści i żartów. Pomyślał, że warto byłoby wystawić warty, ale po tylu emocjach i przeżyciach nie chciał dodatkowo zmuszać nikogo do czujności. Ponadto załoga już odkorkowała beczułkę z rumem i solidnie z niej popijała.

Postanowił, że będzie pilnował obozowiska – jako jedyny miał zapas sił niewyczerpanych żeglugą w czasie burzy. I jako jedyny ograniczył się do jednego kubka alkoholu. W krótkim czasie marynarze zaczęli śpiewać i tańczyć wokół ognia.

Przygotował muszkiet i zestaw wyciorów. Jednak zanim wziął się za czyszczenie broni, sięgnął do dziennika kapitańskiego. Przebiegł oczami ostatnie zapiski. Ich sytuacja uległa znacznej poprawie – przede wszystkim mieli zapasy żywności i broń.

Zaczął pisać:

Dziennik pokładowy

lipiec A.D. 1578, 1 dzień po lądowaniu

Bosman Miguel Lorenzo

Udało nam się uratować z rozbitego statku narzędzia potrzebne do przeżycia. Oprócz tego okazało się, że oprócz nas samych, ocalała większość z ładunku niewolników.

Na statku zalazłem ciało starszej z hrabianek deNavarro. Nie żyła od co najmniej kilkunastu godzin. Najprawdopodobniej zginęła od uderzenia w głowę w czasie sztormu.

Odłożył kajet na bok. Nie miał ochoty na pisanie. Nie był przekonany, czy pomysł z kontynuacją zapisków kapitana był dobrym pomysłem. Miał poczucie, jakby nie okazywał dość szacunku dla zmarłego, z drugiej zaś wiedział, że kapitan chyba nie miałby mu tego za złe.

Rozłożył na kolanach muszkiet. Prawie bez udziału świadomości zaczął go czyścić. Sprawdził mechanizm spustowy, dokładnie wytarł spłonkę i wyczyścił kurek, na końcu zaczął czyścić wyciorem lufę, starając się usunąć najmniejsze nawet ziarenka piasku.

Skupiony na swojej pracy nie usłyszał cichych kroków za sobą.

– Bosmanie… – kobiecy głos wyrwał go z zamyślenia.

– Niech pan nie wstaje – Luiza deNavarro usiadła na piasku obok niego.

Ubrana w jasną sukienkę, przewiązaną w wąskiej talii szarfą, wyglądała jakby zgubiła się na spacerze, gdzieś w jednym z portów w Hiszpanii. Pomyślał, że wygląda uroczo. W poblasku ogniska jej skóra wydawała się ciemniejsza i jakby rozświetlona na złoto. W rozszerzonych źrenicach obijały się płomienie ogniska.

– Czyta pan nawet w takich okolicznościach? – wskazała głową na dziennik.

– Nie, raczej piszę… To dziennik kapitański – odparł.

– Aha. Więc teraz jest pan naszym kapitanem? – nie wiedział czemu, ale poczuł

się, jakby został przyłapany na jakiejś wstydliwej czynności.

– Nie. To znaczy w jakimś sensie… jestem najstarszy stopniem – wyjaśniał, czując, że się rumieni.

Nie wiedział, co było w tej kobiecie, że wprawiała go w taki popłoch i skrępowanie.

– To pewnie są jakieś ważne sprawy – odsunęła dziennik od siebie.

– To ja już nie będę panu przeszkadzać, chciałam tylko podziękować za uratowanie moich rzeczy.

Lekko podniosła się z piasku.

– Dobranoc panie… kapitanie – wyczuł nutkę rozbawienia w jej głosie, – … i niech pan uważa, bo wykłuje pan sobie oko – roześmiała się.

Dopiero teraz zauważył, że wciąż machinalnie poruszał wyciorem we wnętrzu lufy strzelby trzymanej na kolanach. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale dziewczyna znikła jak duch w ciemności nocy. Znów poczuł się głupio. „Do licha, co się ze mną dzieje?”

Skończył konserwację broni, załadował muszkiet i sprawdził, czy w razie konieczności będzie mógł szybko po nią sięgnąć. W oddali, poza jasną strefą ogniska, słychać było piski i szurania. Coś na kształt głośnego ryczenia, szczekania i wycia. Potem szamotanie w gałęziach zarośli i przeciągłe charczenie. Odgłosy walki tak jak się zaczęły, tak ucichły, jakby ucięte nożem.

Bosman podniósł się z muszkietem na ramieniu.

Ruszył przed siebie w ciemność. Po kilkunastu krokach przystanął i obejrzał się przez ramię. Obozowisko było widoczne jak na dłoni. W kręgu światła świętowali marynarze, pod namiotem spała hrabianka, a tuż obok płonęło mniejsze ognisko przeznaczone dla niewolnic.

Zauważył sylwetki przesuwające się w ciemności.

Z ulgą wypuścił powietrze z płuc, kiedy okazało się, że to jakiś marynarz ciągnął za sobą, opierającą się czarnoskórą kobietę. Poprzez śpiewy przy ognisku, słychać było krzyki. Mężczyzna był brutalny i ewidentnie pijany. Problemy z koordynacją nadrabiał przemocą. Przewrócił ją na ziemię, zrywając z niej resztki ubrania. Próbując się opierać przeważającej sile, wyszarpnęła się na chwilę. Dopadł do niej i nie zważając na szlochy i błagania, rozpostarł ręce wgniatając je w piasek. Kolanami przepychał jej kolana tak długo, aż udało mu się rozewrzeć uda. Chwilę jeszcze szukał odpowiedniej pozycji i wcisnął się w jej wnętrze. Z kobiety nagle jakby uszło powietrze. Przestała się bronić, przestała wierzgać nogami, jej dłonie zaciśnięte w pięści rozluźniły się. Mężczyzna miarowo poruszał biodrami. W końcu wydał z siebie gardłowe chrapnięcie, zamarł na moment, a potem podciągnął spodnie, splunął głośno, odwrócił się i wrócił do ogniska.

Lorenzo zadawał sobie sprawę z tego, że nie ma sensu w chronieniu niewolnic. Marynarze doskonale wiedzieli, dokąd miał być wysłany ten transport. Po pierwsze uznał to za oczywiste prawo białych ludzi, a po drugie groźba kary ze strony władzy królewskiej nie miała już racji bytu. Patrząc na rozbawionych marynarzy doszedł do wniosku, że niezbędne jest znalezienie lepszego obozowiska. Tu, na plaży byli zupełnie bezbronni. Wystawieni na wiatr wiejący od morza, a oprócz tego w szybkim tempie ubywało zapasów wody pitnej.

Następnego dnia zebrał wszystkich przy dogasającym ognisku. Należało wysłać ekspedycję do lasu. Być może, przy okazji uda się upolować coś do jedzenia. Ci, którzy pozostaną w obozie mieli zadbać o zabezpieczenie zapasów. Najlepsi strzelcy zostali wyznaczeni na myśliwych. To oni mieli wyruszyć na rekonesans.

Pozostała jeszcze kwestia niewolnic. Ktoś musiał się zająć pilnowaniem ich i wyznaczaniem dla nich pracy.

– Przecież one do niczego, poza chędożeniem, się nie nadają – rzucił któryś z marynarzy.

Pozostali zawtórowali mu śmiechem.

W tym momencie hrabianka podniosła się z piasku.

– Będą mi potrzebne dwie dziewki. Nie jest to wykwalifikowana służba, ale lepsza taka niż inna. A z resztą możecie robić, co chcecie.

– Podzielmy je między siebie, dla każdego wystarczy – ospowatą twarz Gonzáleza wykrzywił lubieżny uśmiech.

– Już sobie którąś upatrzyłeś? Patrzcie jaki chojrak! – wśród marynarzy zapanowało poruszenie.

– W tej chwili mamy ważniejsze sprawy, niż… – próbował oponować Lorenzo

– Podzielmy je, ale na zadania. A oprócz tego, każdy będzie mógł z nich „korzystać” wedle uznania – przyszła mu z pomocą Luiza deNavarro.

Zapadła cisza.

– Myślę, że to pomysł do zaakceptowania.

Przywołano murzynkę mówiącą po hiszpańsku.

– Podzielimy was teraz na grupy: kuchnia, poszukiwania, pakowanie. Będziesz tłumaczyć. Rozumiesz?

– Si senior. Sisi rozumieć; kuchnia, sprzątanie, bagaże.

Hrabianka złapała bosmana za łokieć.

– Tę chcę dla siebie.

– Jak seniorita sobie życzy – czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za jej wygodę.

Kobiety podchodziły rzędem. Jak na targu niewolników, stawały przed komisją złożoną z Lorenzo i Luizy i odchodziły do wskazanych im grup. Każda z nich, gdyby je umyć i odziać, mogłaby zawrócić w głowie nie jednemu mężczyźnie. Ewidentnie były dobrane pod względem ich kobiecych walorów. Przy jednej z kolejnych hrabianka deNavarro zatrzymał korowód. Podeszła do murzynki. To była ta niewolnica, która w czasie kąpieli na statku zachowywała się tak wyniośle. Podniosła jej ręce do góry, zacisnęła na dłonie na piersiach, obróciła ją dookoła i sprawdziła uzębienie.

– I ta też się nada – przyciągnęła niewolnicę za sobą.

Po kilkunastu minutach mieli wyznaczone grupy zadaniowe. Kobiety zostały odesłane do bagaży, kilka z nich wsiadło na łódź i ruszyło jeszcze raz w stronę statku, kilka podążyło w ślad za grupą myśliwych.

Bosman w towarzystwie hrabianki ruszył, omijając górę pakunków leżących na plaży, w stronę prowizorycznego namiotu.

Za kolejnym z pakunków wpadli niemalże na parę uprawiającą ze sobą seks. Stanęli w pół kroku. Marynarz odwrócony tyłem, nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest podglądany. Jedną rękę opierał na karku niewolnicy, podczas, gdy druga zaciskała się na jej biodrze. Murzynka stała oparta o bagaże z wysoko zadartym tyłkiem i rozstawionymi nogami. Jej piersi kołysały się w rytm pchnięć.

Bosman już miał ruszyć do przodu, kiedy jego towarzyszka powstrzymała go skinieniem dłoni. Spojrzał na kwintesencję niewinności wspartą o jego ramię. Kobieta miała wypieki na twarzy, spierzchnięte wargi i przyspieszony oddech. Wpiła się palcami w jego przedramię, łapczywie pożerając wzrokiem scenę rozgrywającą się na ich oczach. A tam, marynarz przyspieszył tempo ruchów. Jego biodra klaskały o pośladki murzynki.

Luiza deNavarro jak zahipnotyzowana patrzyła na scenę brutalnego seksu. Dyszała tak głośno, że młody bosman był zdziwiony tym, że jeszcze nie zdradziła ich obecności. Biust widoczny pod materiałem sukni falował w rytm oddechu. Ręka, którą ją trzymał, aż zbielała w uścisku jej dłoni. Z niedowierzaniem patrzył na reakcje swojej towarzyszki.

Marynarz przed nimi zaczynał finalny sprint do szczytowania. Jego biodra w oszałamiającym tempie zderzały się z tyłkiem kobiety. Murzynka zakwiliła pod wpływem bólu i wtedy Lorenzo wyczuł jak hrabianka osuwa się na ziemię. Podtrzymał ją w ostatniej chwili przed upadkiem, a ona jakby utraciła władzę w nogach, przelewając się przez jego ręce. Po kilku sekundach odzyskała świadomość.

– Proszę wybaczyć, to ten upał… – rozłożyła niesiony ze sobą wachlarz i schowała za nim twarz. Jasnoniebieskie oczy z rozszerzonymi źrenicami wpatrzone w niego przypominały oczy węża.

– Chodźmy już – ponagliła go. Nie czekając, ruszyła przed siebie.

Odprowadził ją do namiotu, całą drogę zastanawiając się, co spowodowało taką reakcję.

To niepokojące spojrzenie, które z jednej strony kokieteryjnie zapraszało, a z drugiej odpychało wyniosłością. Była piękna. Oszałamiająco delikatna w ruchach, ujmująca w każdej pozie i zachwycająca w każdym geście. Ale było w niej coś niepokojącego. Miał wrażenie, że w pięknej hrabiance tkwią dwie zupełnie inne kobiety. Jedna, ciepła, pomocna, słuchająca, szczerze skupiona na innych i druga, wyniosła, władcza i w jakiś sposób niedostępna, czasami nawet agresywna. „Cóż, jak mawiała jego babcia: kobieta nie bita, to kobieta zepsuta. Ciekawe, czy wystarczyłoby kilka klapsów… Chyba się zakochałem” – uśmiechnął się pod nosem.

***

lipiec A.D. 1578, tydzień po lądowaniu

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Jak się okazuje, wylądowaliśmy na ziemi bogatej w zwierzynę łowną. Ekspedycji poszukującej miejsca do rozbicia stałego obozu udało się odnaleźć doskonałą lokalizację. Przenieśliśmy tam wszystkie uratowane ze statku rzeczy. Obozowisko, dzięki dużej ilości drzew zapewnia materiał do budowy drewnianych chat. To prowizoryczne schronienie zapewnia nam dach nad głową. Udało się również uzupełnić zapasy słodkiej wody. Od momentu wylądowania minął już tydzień. Na jednym z okolicznych wzgórz urządziliśmy punkt obserwacyjny. Jak dotąd, na horyzoncie nie pojawił się żaden statek.

Staram się wypełniać swoje codzienne obowiązki i nie myśleć o tym, na jak długo jesteśmy tu uwięzieni. Pozostałości załogi Santissima Trynidad naturalnie zaakceptowały moje przywództwo. Żyjemy wedle naszych możliwości, respektując prawo Boże i prawa natury. Zniesiona jest własność prywatna – dzielimy wszystkie trudy i niewygody po równo. Jedynym wyjątkiem jest osoba hrabianki deNavarro, co do której, wedle praw i urodzenia, przykładamy wszelkich starań, by nie cierpiała niedoli w tym dzikim kraju.

Nie żyje Pasquino – ostatnia ofiara burzy, która pochłonęła nasz statek. Rany odniesione w czasie sztormu spowodowały jakieś wewnętrzne uszkodzenia. Nikt z nas nie jest lekarzem. Nie mogliśmy mu pomóc.

lipiec A.D. 1578, 10 dni po lądowaniu

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Zmieniła się pogoda. Od północnego wschodu napłynęły chmury, z których od dwóch dni nieprzerwanie leje deszcz. Nieodległy strumień, z którego czerpaliśmy wodę zamienił się w rwący potok. Obniżyła się temperatura. Obawiam się o zapasy suszonej żywności. Przy takiej wilgotności może zacząć pleśnieć i gnić.

Ani śladu żagli na horyzoncie. Odwołałem marynarzy z punktu obserwacyjnego, gdyż i tak nie byliby w stanie dostrzec niczego przy takim zachmurzeniu.

A.D. 1578, 21 dni po lądowaniu,

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Zgubiłem rachubę dni. Wydaje się, że mamy już nowy miesiąc. Gdybym był u mojej matki, na stole królowałyby owocowe tarty. Wciąż pada. Grunt przesiąknięty jest wodą do tego stopnia, że woda nie ma jak wsiąkać w ziemię.

A.D. 1578, 22 dni po lądowaniu

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Złapaliśmy jednego z marynarzy na kradzieży i tak już topniejących zapasów żywności.

W normalnych okolicznościach nie poniósłby za coś takiego odpowiedzialności.

W tej sytuacji musiałem wyznaczyć dla niego karę.

Mam poczucie władzy nad życiem. Jestem tu jakby sam, z pełną kontrolą i pełną odpowiedzialnością. To dziwne uczucie; odpowiadać tylko przed Bogiem i historią.

Gdybym kazał powiesić tego biednego chłopca, straciłby życie.

Marynarz stał na deszczu, przywiązany do ogromnego zwalonego pnia. Wszyscy skupili się wokół, starając się unikać sączącej się z nieba wody. Luiza wraz ze swoimi służącymi stała nieopodal Lorenzo. Uśmiechnęła się do niego na powitanie. Zastanawiał się, w jaki sposób udaje jej się w tak spartańskich warunkach wyglądać tak elegancko. Długa, wyraźnie wcięta w biodrach suknia wysmuklała jeszcze bardziej jej postać. Misternie zaplecione wokół głowy włosy dopełniały całości. Czekała i z zainteresowaniem przyglądała się, jak González przygotowuje się do wymierzenia kary. Trzydzieści batów. Nie standardowe pięćdziesiąt, bo nie mogli pozwolić sobie na długotrwałe leczenie w tych warunkach.

Zapatrzony w postać hrabianki Lorenzo nie zauważył, że kat jest już gotowy.

– Senior?

– Zaczynajmy.

Przygarbiony González poprawił rzemień owinięty wokół nadgarstka.

Pierwsze uderzenie poniosło się głośnym klaśnięciem.

Odsłonięte plecy marynarza zaznaczyła czerwona szrama. Kolejne razy następowały jeden po drugim.

Przy każdym uderzeniu Luiza podrygiwała nieświadomie, jakby współodczuwając ze skazańcem. Czuła pulsowanie tętna w skroniach i zaciskające się z ekscytacji mięśnie w podbrzuszu. Z każdą sekundą serce biło mocniej, barwiąc policzki rumieńcem podniecenia. Świst przecinającego powietrze bata przygotowywał na krwisty szlak na umięśnionych plecach.

Kojąca rozgrzane czoło mżawka deszczu, nie była w stanie ostudzić rozbudzonego pożądania. Miała świadomość, że pod mokrą od deszczu suknią ma zupełnie stwardniałe sutki i coraz bardziej wilgotną kobiecość. Starała się nie pokazać nic po sobie, ale czuła wzrastające napięcie w każdym mięśniu ciała. Ileż dałaby za to, żeby zamienić się ze skazańcem i ukoić tę żądzę, utopić zmysły w oczyszczającym bólu.

I jeszcze ten jego wzrok. Co też takiego było w tym spojrzeniu, co sprawiało, że każda najmniejsza nawet bliskość burzyła krew w żyłach i uginała przed nim kolana.

Ona – hrabianka, na kolanach przed byle oficerem! O niedoczekanie! Nie ugnie się przed nim i tym jego magnetyzmem, który palił podbrzusze i nie dawał w nocy zasnąć. Modliła się żarliwie do Najświętszej Panienki, by znikł, by przestał tak na nią patrzeć. A potem śniła brudne, grzeszne sny o tym, jak oddaje się najpierw jemu, a potem wszystkim wokoło tylko dlatego, że on sobie tego zażyczył. Była zła – wiedziała o tym. Jej siostra powtarzała tak często, że opętał ją diabeł, że jest w mocy zła. A kiedy zwierzyła jej się, jakie wizje ją nawiedzają, świętoszkowata siostra wysłała ją do konfesjonału, bo przecież nie przystoi, by młoda dziewczyna miała takie sny.

„Co teraz powiesz siostrzyczko?” – uśmiechnęła się do siebie.

Więzień chłostany za to, że przynosił w tajemnicy smakołyki do jej chaty, zawył, szarpnął się w swoich więzach i stracił przytomność. Oczywiście, że mogła zażądać wszystkiego i oczywiście, że otrzymałaby wszystko. Ale w ten sposób było zabawniej. Czuła, że podniecenia wykapuje z niej kropla po kropli, spływając po udzie. Egzekucja dobiegała końca. Na swoim karku czuła jego badawcze spojrzenie. Ten wzrok przenikał przez ubranie i odzierał z jakiejkolwiek prywatności. Mimo sukni stawała przed nim całkiem naga.

– Seniorita, proszę się schować, przemoczy się pani zupełnie – i bezczelny uśmiech.

– Tak… kapitanie – chociaż w ten sposób mogła się odgryźć.

„Chciałabym, żebyś mnie przytulił, chciałabym poczuć ciepło twojego policzka przy moim, chciałabym… Niemożliwe, ale chyba się zakochałam.”

***

A.D. 1578, 25 dni po lądowaniu,

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Dni mijają jeden za drugim. Przy życiu trzyma nas nadzieja na uratowanie. Pogoda ustabilizowała się – w ciągu dnia czyste niebo, w nocy ulewne deszcze. Nie brakuje nam żywności, zarówno polowania, jak i obfitość owoców chronią nas przed głodem. Na horyzoncie maszty statków. Są jednak zbyt daleko, by rozpoznać typ i banderę pod którą płyną. Niech będą to i Anglicy, byleby wyrwać się z tego miejsca.

A.D. 1578, 25 dni po lądowaniu,

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Statki zniknęły. Wyrzucam sobie, że nie przygotowaliśmy się odpowiednio. Wszyscy marynarze pracują nad powstaniem stosu drewna, który mógłby posłużyć do sygnalizacji przy pierwszej nadarzającej się sytuacji.

Bosman jeszcze raz wrócił myślą do idiotycznego zaniedbania, jakie popełnili. Ze złością odrzucił patyk, który obracał w dłoniach, stojąc na zboczu wzgórza. Teraz nie miało to już znaczenia, ale szansa, którą zmarnowali mogła być ich ostatnią nadzieją. Kopnął ze złością w spróchniały pień. Pannica zawróciła mu w głowie i zamiast myśleć o rzeczach ważnych, jemu przyszło na amory.

– Skąd ta złość, kapitanie? – głos Luizy wyrwał go z zamyślenia.

– A co hrabianka tu robi, w dodatku sama?

– Przecież nie jestem sama, jest pan tu ze mną, senior Lorenzo – uśmiechnęła się przekornie.

– Kapitanie… – drażniło go to, że tak go nazywała – ma pan jakieś imię?

– Hmh, tak mam.

– A podzieli się pan nim ze mną, czy to jakaś tajemnica?

– Miguel – czuł się bezbronny wobec jej pytań.

– Zatem Miguelu, mogę się do pana tak zwracać? Powiedz, czy wydostaniemy się kiedyś stąd?

– Seniorita Navarro… – zaczerpnął oddech.

– Luiza – wtrąciła.

– Luizo, mam nadzieję, że nastąpi to już niedługo. Widzieliśmy statki na horyzoncie, co może oznaczać, że jesteśmy w pobliżu szlaków wodnych i że pojawią się kolejne.

Kobieta wyraźnie posmutniała.

– Nie cieszysz się? Wiem, spartoliłem sprawę z tym ogniskiem.

„Nie tylko to partolisz…” – przemknęło przez głowę Luizy. Zastosowała wszystkie spojrzenia, całą dostępną gamę gestów, aluzji, setki przypadkowych dotknięć, a on wciąż bał się wykonać ten decydujący krok. „Jesteśmy sami, jestem tu twoja, pocałuj mnie, czy coś…!” Podniecenie paliło podbrzusze. Doskonale rozpoznawała symptomy tego pierwszego zauroczenia. Emocji potrajających siły, pompujących w żyły energię witalną nieporównywalną z niczym innym na świecie. Bezustanne pobudzenie, buzujące pod każdą komórką skóry pragnienie i ciekawość drugiej osoby. Energia nie do powstrzymania. „Boże! Wszyscy w obozie to widzieli! Plotki i komentarze krążyły zarówno wśród marynarzy jak i niewolnic. Tylko ten jeden idiota niczego się nie domyślał…”

– Nie do końca o to mi chodziło… Miguelu, czy w twoim sercu jest jakaś kobieta?

„No i spłonął rumieńcem. Czemu raz zachowujesz się jak wytrawnie pogrywający samiec, a raz jak nieopierzony młokos?”

– Będąc do końca szczerym… Muszę wyznać… To ty jesteś wybranką mojego serca Luizo.

Poczuła łaskotanie podniecenia i jednocześnie ulgi.

– Nie odpowiadaj – poprosił – Będę cię nosił na rękach, przychylę nieba, oddam całego siebie…

–… – próbowała się wtrącić, ale zamknął jej usta, kładąc na nich dłoń.

– Wiem, że to nie będzie trwało, kiedy już nas uratują, ja jestem zwykłym marynarzem, a ty jesteś z arystokracji, ale chociaż na ten moment, kiedy zostaniemy tu na wyspie, nie odrzucaj prawdziwej miłości…

– Ja też pana kocham, kapitanie – wtuliła się w jego ciało i nadstawiła usta do pocałunku.

Jego wargi pachniały aromatycznie, jak nieznana przyprawa albo kadzidło.

Ledwie objął jej ciało, w okolicznych zaroślach zaszeleściło i na polanę wysypało się kilku marynarzy.

– Tu pan jest bosmanie!

– Szukaliśmy pana, bo znikła gdzieś seniorita deNavarro… ale widzę, że już się znalazła – szeroki uśmiech był świadectwem tego, że marynarz nie był zaskoczony, zastając tę dwójkę razem.

– Dobrze, już dobrze – Lorenzo próbował zachować twarz.

– Odprowadzisz panienkę do obozu, a my tutaj, ten… dołożymy drew do stosu.

***

A.D. 1578, 26 dni po lądowaniu,

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

W punkcie obserwacyjnym zamontowaliśmy, oprócz stosu drewna, również działo ocalałe z rozbitego okrętu. Wraz z zapasem prochu będzie powiększeniem naszych szans na ocalenie.

W ramach ćwiczeń oddaliśmy kilka strzałów. Nośność pozwala na strzał w okolice zatoki.

Wciąż nurtuje mnie śmierć Teresy deNavarro. Rozwikłanie tej zagadki będzie jednak chyba niemożliwe zważywszy, że wrak Santissima Trynidad znikł pod powierzchną morza po ostatniej burzy i deszczach.

– Dziś wieczorem…?

– Gdzie?

– Za obozem, przy strumieniu.

– Będę.

Przedzierając się przez zarośla myślała tylko o jednym.

Poświęciła całe popołudnie na przygotowania – z resztek bielizny wybrała najdelikatniejsze pończochy, po namyśle zrezygnowała z majtek, nie chciała by coś stanęło na przeszkodzie dłoniom Lorenzo.

Zwiewna, jasna sukienka bardziej odsłaniała, niż przykrywała cokolwiek. Do tego pantofelki, ostatnie z tych jeszcze nie noszonych. Na to wszystko zarzuciła jedynie ciemną opończę.

Niewolnice natarły jej ciało wonnymi olejkami. Długo wybierała pomadkę. W końcu zdecydowała się na tę, która miała komponować się z odrobiną ocalałych perfum.

Nie mogła się doczekać. Czy będzie zaborczy, gwałtowny i spieszący się? Czy może ten pierwszy raz rozpoczną delikatnie i subtelnie, by za drugim i trzecim oddać się gwałtownemu spełnieniu?

Chciała spełnienia. Wyczekiwała na ten moment, odmawiając sobie własnej stymulacji. Ograniczyła się tylko do posmakowania czarnoskórej Wenus. To było mało, stanowczo za mało.

Robiła krok za krokiem, ściskając uda, by podniecenie nie zmoczyło sukni. Dziś, zaraz, za moment i będzie mogła oddać się najbardziej dotąd pożądanemu kochankowi. Nie obchodziły jej konsekwencje. Chciał poczuć smak jego ust, chciała wczepić się palcami w gęste włosy, chciała poczuć jego dłonie na swojej skórze, chciała, by dotykał jej wszędzie, chciała sprawiać mu przyjemność własnymi ustami i chciała poczuć gorzkość jego nasienia na języku. Płynne pragnienie wypełniało jej żyły. To już za moment… za chwilę…

Wokół strumienia zapalone były smołowe szczapy. Ich blask rozświetlał ciemności. Wytyczona przez nie ścieżka wiodła wprost w jego objęcia. Ostatnie metry pokonała prawie biegiem. Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała głęboko. Pachniał sobą i tym nieokreślonym korzennym aromatem.

– Jesteś…

– Jestem.

– …piękna.

– Dla ciebie mój ukochany. Cała jestem dla ciebie – popatrzyła mu w oczy. Oprócz nieskrywanego zachwytu czaił się w nich jednak jakiś cień.

– Coś się stało?

– Nie, nic właściwie.

– Powiedz kochany, mi możesz wszystko powiedzieć.

– Jedna myśl nie daje mi spokoju.

– Jaka myśl? – poczuła zaniepokojenie. Chciała się z nim kochać, a nie rozwiązywać jakieś problemy.

– Widziałem ciało twojej siostry. Tam na statku.

– Tak, biedaczka. Nie przeżyła sztormu.

– No właśnie, sam nie wiem…

– To proste. Ona nie żyje, ale my tak. Musimy cieszyć się tym ze wszystkich sił – przytuliła się do niego. Wyczuła ustami szyję. Język do spółki z wargami rozpoczęły powolną wspinaczkę do jego ucha.

– Tak kochana, masz rację – silne ramiona zamknęły się wokół jej talii. Czuła przez materiał koszuli włosy na klatce piersiowej. Delikatnie zacisnęła zęby na jego ramieniu. Poczuła, jak przez ciało kochanka przebiegł dreszcz. Udami przytulonymi do jego nóg wyczuła potężniejącą z każdą chwilą męskość. Rozmiar sztywności obiecywał wiele doznań dzisiejszej nocy. Jej samej już nie trzeba było wiele – czekała tak długo, że jakiekolwiek poruszenie z jego strony przeszywało jej ciało niczym prąd. Czuła, że kobiecość rozchyla się pod dotknięciem szorstkiej tkaniny jego spodni. Odchyliła się w tył, pozwalając spierzchniętym ustom Lorenzo badać przez materiał sukni nabrzmiałe sutki. Wsunęła dłonie pod pasek jego spodni. Stąd już tylko centymetry dzieliły ją od tego, co chciała zmieścić dziś w swoim środku.

Wtem ciało kochanka zesztywniało. Odsunął ją od siebie.

– Słyszysz? Słyszysz to!? – nie słyszała i nie chciała słyszeć.

Po sekundzie dotarły do niej krzyki.

– Ahoj! Światła na horyzoncie! Ahoj! – wystrzał z działa poniósł się echem po okolicy.

– Luizo, to nasz ratunek! Chodź, idziemy!

– Nigdzie nie idę!

– Masz rację. Wracaj do obozu. Ja pójdę na wzgórze, trzeba rozpalić ognisko – zaaferowany nie zwracał na nic uwagi. Chwycił ją za dłonie.

– Rozumiesz, prawda? Idź prosto do obozu, potem się tam spotkamy.

Zarzucił na siebie, wiszący na drzewie kubrak i pobiegł, zostawiając Luizę samą.

Zrezygnowana obróciła się w stronę obozu. Czy chciała tam wracać? W oczach stanęły łzy. Obraz zamazał się, pochodnie – cóż za banalny, ale jednak romantyczny gest – rozmazały się w żółte, nieregularne gwiazdki.

– Niech cię trafi szlag! – wykrzyczała w stronę wzgórza sygnalizacyjnego.

Weszła w krzaki na oślep. W ostatniej chwili zobaczyła drzewo, o które o mało co, a rozbiłaby sobie nos.

Wtem jakaś siła zatrzymała ją w miejscu. Męskie dłonie. A potem ciało. Przygnieciona do chropowatej kory drzewa nie mogła się poruszyć.

– Ciii… – szeptem rozkazał mężczyzna.

Pomimo wolnych rąk nie mogła go dosięgnąć. Zatrzepotała nimi jak schwytana w siatkę ćma.

Na jej karku spoczęła jedna z silnych dłoni. Poczuła twardą, chropowatą skórę. Wszystkie zmysły miała wyostrzone. Dotarł do niej szum poruszanych wiatrem liści, szemrzenie niedalekiego strumyka, zapach błotnistego gruntu, aromat jej własnych perfum, zapach podniecenia, które z niej wyciekało jeszcze przed chwilą i gorący oddech tuż przy swojej twarzy.

– Ciii… – powtórzył napastnik.

Jakby na próbę zwolnił ucisk na jej ciało. Niewyrywała się. Znała wszystkich mężczyzn na wyspie. Czuła, że ten ktoś z tyłu nie chce zrobić jej krzywdy. Pochylił jej głowę, odsuwając się jednocześnie krok wstecz. Mogła oprzeć się o drzewo dłońmi. Rozluźniła się odrobinę i odetchnęła. W tym czasie uda napastnika przywarły do jej ud. Wyraźnie wyczuwała gorące zgrubienie. „A jednak dziś znalazłam kochanka” – pomyślała ze złośliwą satysfakcją. Wypięła pupę, szukając kontaktu z przyrodzeniem mężczyzny.

Twarde, spracowane dłonie przejechały po jej ciele i zatrzymały się na piersiach. Ścisnęły boleśnie sutki. Ukłucie przeszywającego bólu aż ją uniosło, a potem od obojczyków, przez lędźwia i brzuch rozlała się fala rozkoszy. Szorstkie palce trafiły między uda, wprost do świeżo wydepilowanych płatków. To połączenie delikatności jej łona i chropowatych dłoni napastnika było niezwykle przyjemne. Rozchylił mokre od soków podniecenia wargi i wsunął w nią twarde palce. Miała wrażenie, jakby w środku trzymała drewniany trzonek. Zacisnęła się na tej twardości, starała się nie dopuścić do tego, by z niej wyszedł.

Pragnęła zemsty bardziej niż samego seksu, ale perspektywa tego, co miało się stać, była jeszcze bardziej nakręcająca właśnie przez to, że był to swoisty rewanż. Odegranie się. „Nie dam się tak traktować! Co on sobie wyobrażał? Teraz, to ja ci pokażę…”

Po chwili wyczuła gorąco obnażonego fallusa. Jej kobiecość rozchyliła się w oczekiwaniu. Powoli zbliżał się, emanując ciepłem. Wszedł w nią jednym mocnym ruchem. Poczuła się jak znakowana klacz – jego męskość była jak rozgrzane żelazo. Odpłynęła pod wpływem płomienia pulsującego w jej wnętrzu. Skupiając się na doznaniach, zapomniała, by zaprzeć się o drzewo, więc pod pływem pchnięcia pochyliła się jeszcze bardziej aż oparła głowę o chropowatą korę. Poruszał się w niej szybko, gwałtownie, pośpiesznie. Jego gorącość promieniowała cudownym ogniem, mieszanką bólu i rozkoszy nie do oddzielenia.

Orgazm przyszedł w serii kurczów. Zacisnęła się w sobie. Wyraźnie czuła każdy centymetr zanurzonego w niej członka. Organ wyprężył się i po ułamku sekundy zalał jej pochwę gejzerem chłodnego nasienia, gasząc pożar, który sam wywołał.

Luiza całkowicie pozbawiona sił opadła na kolana. Podniosła głowę, by zobaczyć twarz mężczyzny, który wprowadził ją w stan ekstazy, jakiego nie udało się jej doświadczyć nikim innym. Nie było nikogo.

„Niemożliwe, by moja własna pożądliwość spłatała mi takiego psikusa.” Sięgnęła między uda. Spomiędzy nabrzmiałych płatków wciąż wyciekał ejakulat napastnika.

„To jednak stało się naprawdę, to rzeczywiście się wydarzyło.”

Podniosła się i na drżących nogach ruszyła prosto do obozu.

***

A.D. 1578, 27 dni po lądowaniu,

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Zostaliśmy zauważeni. Dziękuję Przenajświętszej Trójcy za dar niebios. Trójmasztowiec opuścił już szalupy ratunkowe. Widzę jak zbliżają się do brzegu. Wciąż nie udało mi się zauważyć bandery, zdaje się że to francuska karawela. Jeśli tak jest w istocie, zostaliśmy uratowani przez sojuszników.

Bosman nie spał już dwie doby. Na cześć ratujących jak i ratowanych urządzono pożegnalną ucztę. Ze statku przywieziono beczki z winem, wyjęto wszystkie zapasy mięsa i owoców. Jako najstarszy stopniem wśród rozbitków, pełnił honory gospodarza. Kapitan francuskiego statku nie wylewał za kołnierz i równie hojnie dolewał bosmanowi. Zanim minęła północ, Lorenzo z trudem utrzymując równowagę wstał od stołu. Z trudem udało mu się dotrzeć do linii drzew. Nad ranem nie był w stanie sobie przypomnieć pozostałej drogi do obozowiska.

***

Prowokowała. Z pełną świadomością, pomimo szumiącego w głowie wina, które nie było w stanie odebrać przyjemności ze świadomego podejmowania ryzyka. Widziała, z jaką łatwością przyszło mu skatowanie marynarza, którego chciała wykorzystać, by zwrócić na siebie uwagą Lorenzo. Widziała, jak obchodził się z czarnymi niewolnicami, gwałcąc je nocami. Prowokowała z pełną świadomością tego, co może się z nią stać. Odchyliła suknię, odsłaniając swoją nagą kobiecość. Ważył w ręku nóż, na ostrzu którego drgały refleksy przytłumionego światła lampy.

Podszedł powoli i pewnie. Złapał ją za włosy. Zebrane w garść, ciągnęły od skóry, wiodąc jej głowę ku górze. Jednym, mocnym szarpnięciem podniósł ją na równe nogi. A potem nadszedł ból. Upragniony, wyczekany, bolesny i pieszczący zarazem. Ostrze przejechało wzdłuż nagiej piersi. Czuła na szyi oddech. Przyspieszony, ciepły, kojący i odrażający zarazem. Zamknęła oczy, oddając się w jego władzę.

Szorstka dłoń powędrowała wzdłuż uda, podnosząc suknię i odsłaniając pośladki. Była spragniona, oczekująca, gotowa. Sama wysupłała piersi ze stanika. Zamknął jej ramiona w uścisku, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Druga dłoń złapała ją za pierś. Boleśnie. Rozsmarował krew na dłoni – wsunął palce w jej usta. Poczuła metaliczny posmak.

„Złap za włosy, mocno!” – szeptała w myślach – „Za włosy do tyłu, mocno”.

Tymczasem poczuła znajomą gorącość pomiędzy udami.

„Pobaw się mną, jeszcze poczekaj!” Palce w ustach blokowały oddech. A w dole jego twarda męskość nieustępliwie napierała na jej srom.

Poczuła go w sobie. „Nie tak, jeszcze nie!” – bezgłośnie krzyczała, próbując się opierać jego zabiegom.

Wyjął palce z jej ust, obrócił ją w miejscu.

Zobaczyła nadlatującą dłoń. Nie była w stanie nic zrobić. Siarczysty policzek obrócił jej głowę.

– Zamknij się – wycharczał w jej ucho, mimo że nie odzywała się ani słowem.

Rzucił ją na łóżko, wyszukał męskością drogę i wdarł się w jej wnętrze.

Ujęła w dłonie jego pokrytą siatką blizn twarz. Bezskutecznie starała się odnaleźć w sobie to pragnienie i żądzę, która spowodowała tę sytuację.

– O tak… – poruszał się w niej gwałtownie i szybko. Jeszcze kilka ruchów i poczuła w sobie gorąco wytrysku. Marynarz opadł pomiędzy jej umazane krwią piersi.

Poranek nadszedł szybciej niż oczekiwała.

Otworzyła oczy i zobaczyła utkwione w sobie zaskoczone spojrzenie bosmana.

Obejrzała się za siebie. W umazanej krwią pościeli zobaczyła rozluźnione snem oblicze Gonzaleza, który nieświadomy niczego przekręcił się na drugi bok.

– Co to ma znaczyć…? – usłyszała pytanie Lorenzo.

Obróciła ku niemu wściekłą, wykrzywioną w nienawistnym grymasie twarz.

– Czemu się nie odważyłeś? Dlaczego nie zapanowałeś nade mną? Wystarczyło, byś okazał stanowczość, pewność, odwagę i to byłby twój tryumf. Ale ty nie byłeś w stanie się przemóc.

Wstała z łóżka, żeby mieć oczy na tej samej wysokości. Owinęła się w prześcieradło.

– Co z ciebie za mężczyzna, skoro nawet nad kobietą, która cię kocha nie masz panowania? Miałeś po wielokroć szansę. Wystarczyło, żebyś chwycił za włosy, zmusił, bym pełzała u twych stóp, uderzył w twarz, wziął całą władzę. Byłam gotowa oddać ci wszystko, całą siebie, poddać się twojej woli. Chciałam być twoja, czuć na sobie silny, zdecydowany, dumny wzrok mężczyzny, który pokazał mi moje miejsce. Chciałam poczuć w sobie uległość, pokonać swoją dumę i wyniosłość. Chciałam, byś mnie złamał, byś pokonał moje rozkapryszenie i próżność.

Ale wiesz, że jak daję wszystko, to wymagam tego samego. Daję wszystko, zabieram jeszcze więcej. A ty byłeś taki wahający się, taki… za wiele myślący. Cóż mi po twoich czułych słówkach, cóż po pocałunkach, kiedy nie zapanowałeś nad moją chucią? Chciałam byś brał mnie z całych sił, chciałam być gwałcona, poniżana, opluwana. Chciałam, byś ujarzmił mnie jak dzikie zwierzę, żebyś zatańczył ze mną jak matador na corridzie tańczy z bykiem.

Mogłam być z tobą taka szczęśliwa…

Ale ty bałeś się sięgnąć. Ba-łeś-się! Gonzalez się nie bał. I dostał to, czego chciał.

– Zabiję cię! – wściekłość bosmana znalazła ujście w krótkim warknięciu.

– Nie tak szybko – Gonzales już nie spał. Spokojnie podniósł się z łóżka, odsłaniając nagie ciało pokryte tatuażami.

– Chłopcy bierzcie go! – do chaty wpadło dwóch marynarzy, stając z nożami za plecami bosmana.

– Już pan tu, bosmanie, nie dowodzi. Ale nie zabijemy pana, senior Lorenzo. To panu, w gruncie rzeczy, zawdzięczamy ocalenie nas – głos Gonzalesa był spokojny, ale brzmiała w nim nutka krwiożerczej groźby, jaką mają nowi wodzowie, zwracający się do pokonanego przewodnika stada.

– Zostanie pan tu sam, ale może będzie miał pan dużo szczęścia i ktoś pana znajdzie, kto wie? – tryumfował.

– Zabierzcie go, a my się zbieramy – naciągnął spodnie i koszulę.

Luiza była już spakowana. Podniosła podróżną torbę, w której mieściły się wszystkie kosmetyki. Rozejrzała się po wnętrzu chaty. Raz jeszcze obrzuciła wzrokiem łóżko – nie zostało tu nic wartego uwagi. Wyszła na zewnątrz. Kilka kroków dalej stał Lorenzo. Podeszła do niego. Żeby upokorzyć go jeszcze bardziej, splunęła mu w twarz. Zareagował błyskawicznie. Pociemniało jej przed oczami, a policzek zapiekł żywym ogniem. Dopiero teraz zareagowali marynarze, łapiąc bosmana za ręce.

– Jak śmiałeś! – Luiza aż zatrzęsła się z wściekłości. Chwyciła pistolet wystający zza paska jednego z mężczyzn. Rozległ się huk wystrzału. Na moment spowił ich bladoniebieski dym. Kiedy siwa chmura rozwiała się, zobaczyli bosmana Lorenzo leżącego na ziemi i zaciskającego dłonie na przestrzelonej nodze.

– Nienawidzę cię! Ty pierdolony skurwysynu! Zdychaj? Tyle czasu na ciebie zmarnowałam. Ale teraz zdychaj! Słyszysz? Zdychaj! – marynarze odciągnęli wciąż przeklinającą kobietę, której w kącikach ust utworzyła się piana.

– To jasna krew. Niedługo umrze… – zbadał ranę jeden z marynarzy.

– Zostawcie go. Idziemy – wydał polecenie nowy przywódca grupy.

Wymarsz po raz kolejny wstrzymała – już opanowana – hrabianka.

Podeszła do Lorenzo. Podniosła rąbek sukni. Nożem oderwała szeroki pas od jej skraju. Obcasem przygniotła rękę bosmana, którą próbował tamować krew, wyciekającą przez otwór po kuli.

– A teraz skup się! – nacisnęła na zalane czerwienią dłonie, sprawiając, że twarz rannego skrzywiła się w grymasie bólu. Zawiesiła na gałęzi pasek oddarty od sukienki.

– Patrz! Patrz mówię… Widzisz? Tu wieszam ci kawałek materiału. Jak zdołasz, to się ratuj. Żeby nikt nie powiedział, że ci nie pomogłam.

Odwróciła się i poszła w stronę przystani. Po kilku krokach zawróciła i znów pochyliła się nad Lorenzo.

– Aha. To ja zabiłam Teresę. I tak zresztą nigdy jej nie lubiłam – ruszyła przed siebie, w dół zbocza.

Po chwili dogonił ją Zapata.

– O co z tym wszystkim chodziło? – wskazał na wiszący na drzewie materiał.

– Pomyślałam, że tak będzie… zabawniej – uśmiechnęła się do niego. Od tego jej uśmiechu przebiegł mu zimny dreszcz po plecach.

***

A.D. 1578, 27 dni po lądowaniu,

Dziennik pokładowy

Bosman Miguel Lorenzo

Dzięki opasce uciskowej nie straciłem jeszcze przytomności. Udało mi się dotrzeć tu, na punkt obserwacyjny. Nie jestem jednak w stanie uzupełnić wypalonego stosu. Mam nikłe szanse na ocalenie. Rana postrzałowa wciąż krwawi – czuję, jak przez palce wycieka ze mnie życie. Wiem, że umieram.

Jedyne, co mi pozostało, to na Twoje ręce czytelniku składam prośbę, żebyś przekazał, o ile to będzie możliwe, byś przekazał Luizie deNavarro, że…

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Mam sekundę po przeczytaniu całości więc tylko uwaga, że raziło mnie współczesne słownictwo w tekście z epoki niemal lodowcowej. Przykład „niż obiekty seksualne”.
Autor opisał historię tak, aby informacyjnie zaspokoić czytelnika. Aby wszystko było mniej więcej spójne, i żeby B wynikało z A. Pytanie czy tego oczekuje w takim opowiadaniu czytelnik. Mam wrażenie, że autor nie lubił w momencie pisania tematu erotyki. To jest opowiadanie o czymś innym. Erotyka jest stłamszona, włączona pod przymusem jakby.
A temat dawał wielkie możliwości. Możnaby pisać scenami. Ręce czytelników nie zaznałyby spokoju 🙂
N.B.Klimat tamtej epoki daleko lepiej czułem w Opowieści o korsarzu Janie Martensie (czy jakoś tak).
Technicznie nienaganne. 🙂
Pozdrawiam,

Karel

Mnie opowiadanie nie wciągnęło. Zgadzam się z Karelem, że potencjał tej opowieści nie został wykorzystany. Pierwsza część długa i nużąca.

Najbardziej podobały mi się kadry dotyczące Luizy., do momentu kiedy wyszła z niej nieludzka bestia, strzelająca do zakochanego w niej mężczyzny – nie kupuje tego. To do mnie nie przemawia.

Najbardziej podobają mi się Twoje biograficzne teksty, które to niektórzy nazywają onanizowaniem się. O tym piszesz genialnie, ja zresztą lubię, kiedy mężczyzna się mną onanizuje – to tak na marginesie. Uwielbienie i zachwyt jakim obdarzasz kochanki, jest kwintesencją tego, co najbardziej mnie fascynuje między dwojgiem ludzi. Twoją biografię kupiłabym. Jest prawdziwa i przesycona emocjami, które kocham. Natomiast historie, które wymyślasz, są zimne i dla mnie nieciekawe, prócz wątków w których czerpiesz inspiracje z prawdziwych osób.

Mi się spodobało. Wystarczająco długie, żeby dobrze poznać bohaterów, ale bez przynudzania. Perfekcyjnie zbudowane napięcie, punkt kulminacyjny mocny i zaskakujący. Odniosłem tylko wrażenie, że potencjał tematu niewolnic nie został do końca wykorzystany.
Poza tym, jak na tematykę marynistyczną, dla mnie za mało smaczków żeglarskich. Być może to ja jestem zboczony na tym punkcie, a reszta czytelników patrzyła skonfundowana na słowa w stylu "szot" lub "bras".

Zauważyłem, że do opowiadania wkradło się kilka literówek i innych małych błędów, jak np. "Ta sama rezygnacja, bez sam bezwład członków…", czy "żebyś kiedykolwiek przewozili".

Odebrałam to opowiadanie jako szkic do pełnej opowieści. Narracja jest chwilami zbyt szybka, nie ma takiego epickiego rozmachu, na jaki według mnie ta historia zasługuje. Stworzyłeś szkic do minipowieści i przez to wiele wątków jest ledwie zarysowanych. Karel słusznie zauważył, że potencjał nie został w pełni wykorzystany. Sceny erotyczne są suche, pospieszne, trudno wczuć się w emocje bohaterów, skoro tak szybko przeskakujesz od jednego do drugiego.
Podejrzenie, że siostra Luizy nie umarła śmiercią naturalną, a została zabita nie wynika z żadnych wcześniejszych przemyśleń.

W ogóle narracja ze strony Luizy jest "rwana", trudno się z nią utożsamiać. Ta bohaterka przypomina mi postać z serii Miss.Swiss o Lizbonie, jednak w tamtym opowiadaniu udało się autorce stworzyć wiarygodny i pełny portret zepsutej i okrutnej szlachcianki. W "Trynidadzie" czegoś mi zabrakło.

Z drobiazgów: "skupione sutki"??
"Obraz zamazał się, pochodnie – cóż za banalny, ale jednak romantyczny gest – rozmazały się w żółte, nieregularne gwiazdki." Nie bardzo rozumiem o jakim geście mowa – o rozmazaniu gwiazdek czy o tym, że bosman ruszył na plażę zaalarmowany przybyciem statku.

Jednak to opowiadanie bardziej mi odpowiada niż twoje autobiograficzne historie. Styl nie brzmi pretensjonalnie, jest klarowny, męski i konkretny. To mi się podoba.

Po pierwsze, gratuluję doskonałego opowiadania. Nieczęsto czytam je z taką przyjemnością.
Niewymuszone nazwy bohaterów. Takie… naturalne. Nie przypuszczałam, że tematyka marynistyczna może być tak wciągająca. Czytając „Dziennik pokładowy” nasunęło mi się pytanie. Czy pisząc to opowiadanie czerpałeś może z tekstów Conrada?
Po opisach przyrody czułam się syta – nie uważam, żeby były za krótkie czy jakimś szkicem dopiero. Wolę takie, niż rozbudowane na 10 wersów, jak w „Chłopach”. Jednakże scena miłosna Antka z Jagną była iście mistrzowska. I właśnie takich tutaj mi zabrakło. Czuję lekki niedosyt po opisach gwałtów. Szkoda, że nie były bardziej rozwinięte.
Za to chcę pochwalić motyw z muchami. Bardzo ciekawy fragment. Na pewno przyciągnąłby moją uwagę, gdybym przeczytała go z tyłu okładki książki.
I bardzo się cieszę, że była przemoc. Gwałt. Niewolone kobiety. Uwielbiam.
Moją wątpliwość natomiast budzą dwie rzeczy.
Pierwsza to zakończenie. Nie potrafię go ulokować w czasie i przestrzeli. Może po prostu zgubiłam wątek.
Druga to Twoje przecinki. Za dużo ich. A może to po prostu Twój styl pisania. Jeszcze go nie poznałam, więc nie potrafię tego stwierdzić.
„Przez chwilę łopotały, jak wielkie motyle złapane w siatkę, żeby po chwili chwycić wiatr i napiąć się pod jego naporem.” Ale tutaj to dumę poczułam, że tak pięknie przecinki powstawiane. 😉
„Ląd powoli oddalał się od burty.” I w jakiś sposób to zdanie mi się spodobało.

Chętnie dałabym za to opowiadanie pięć gwiazdek, ale błędy, błędy, błędy…
Zostaną one umieszczone w drugim komentarzu, bo w tym by się nie zmieściły.

Podwójne spacje

„zleciłem opiekę nad nim bosmanowi Lorenzo”
„nic się nie dzieje? To jakieś przekleństwo”
„Ich blask rozświetlał ciemności.”

De Navarro czy deNavarro?

„Tyle tylko, że jego ojciec służył w załodze kapitana deCalvo”
„Zwalista sylwetka kapitana deCalvo”
„córka hrabiego deNavarro Luiza.”

Tutaj jest to pisane łącznie.

„„Na statku zalazłem ciało starszej z hrabianek de Navarro.”
„To ładunek specjalnie dla seniory de Vizella.”
„Anna de Vizella”

O, a tutaj oddzielnie.

Dlaczego raz piszesz to w ten sposób, a czasami inny? Jest jakaś konkretna zasada, do której się w tych przypadkach stosujesz?

Literówki, błędy stylistyczne (językowe?) oraz logiczne
„I tedy napotkała wzrok ciemnowłosego dowódcy.”
Wtedy*

„Nad zatoką powoli zachodziło słońce, bawiąc na czerwono spokojną toń wody.”
Barwiąc*

„Skończył konserwację broni, załadował muszkietu”
Muszkiet* (?)

„Udało mi się dotrzeć to, na punkt obserwacyjny.”
Tu*

„Ślęcząc nad mapami i starał się nie myśleć o córkach wielmoży, od których dzieliło go zaledwie kilka pomieszczeń.”
Błędne stylistycznie (językowo?).
Może być: ślęczał nad mapami i starał się nie myśleć…

„– A teraz sprawdźmy, na co stać tę łajbę – kapitanowi był, mimo niepogody, w dobrym humorze.”
Kapitan* (?)

„– Stać! Pasqualo jest ranny. Roberto zostajesz z nim i z hrabianką pilnujecie ognia.
(…) Po chwili na plaży przy ognisku zostały tylko dwie osoby.”
Dwie czy trzy? Bo jest mowa o dwóch mężczyznach i kobiecie.

Przecinki.

„śniady chłopak, jak małpka, czepiając się lin, śmignął nad ich głowami.”
Zbędny przecinek po ‘jak małpka’, ponieważ burzy płynność czytania. I nie do końca wiadomo czy jest śniady jak małpka, czy jak małpka czepia się lin.

„podpowiedział jeden z marynarzy, zebranych przy burcie i przyglądających się załadunkowi.”
Zbędny przecinek po ‘marynarzy’.

„Młody podoficer odszukał w głowie skąd znał to nazwisko – Anna de Vizella, była kochanką króla Filipa II.”
Zbędny przecinek.

„Szybko, brutalnie, na podłodze, albo na łóżku.”
Zbędny przecinek przed ‘albo’.

„Jeden z marynarzy brutalnie zdarł z pleców koszulę, osłaniającą kobietę.”
Zbędny przecinek po ‘koszulę’.

„Miał nadzieję, że kapitan w natłoku spraw nie zauważy jego rumieńca, lub że weźmie go za wynik walki z wiatrem i falami.”
Źle przecinek przed ‘lub’.
„Po pierwsze uznał, to za oczywiste prawo białych ludzi”
Zbędny przecinek przed ‘to’.

„Radości która wypełniała go za każdym razem, gdy wyruszał w rejs.”
Brak przecinka po ‘radości’.

„Rzeczywiście, zauważył, nie było tu ani jednego niewolnika – tylko kobiety.”
Nie rozumiem tego zdania, bo mylą mnie przecinki. Czy ‘rzeczywiście’ odnosi się do zdania wypowiadanego przez narratora, który opisuje myśli bohatera? A może ‘zauważył, ŻE nie było…’?

„Nie wiadomo, co wam, młodym może strzelić do głowy.”
Źle przecinki. Bo jeżeli by wyciąć to wtrącenie „co wam” to wyjdzie ‘nie wiadomo młodym może strzelić do głowy.’

Reszta błędów

„Krostopata twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie.”
Krostowata* (?)

„– Panie bosmanie, kapitan woła pana do siebie.
Wszedł do kajuty kapitana.”
Powtórzenie.

„Postanowił, że będzie pilnował obozowiska – jako jedyny miał zapas sił nie wyczerpanych żeglugą w czasie burzy.”
Niewyczerpanych* (?)

„O nie doczekanie!”
Niedoczekanie*

„A potem śniła o brudne, grzeszne sny”
Bez ‘o’.

„ Pochylił jej głowę, odsuwając się w jednocześnie krok wstecz.”
Zbędne ‘w’.
___

Miłego wieczoru,
Judyta.

Krostopata jednak istnieje. Mój błąd.

Poprawione :] dzięki

Do usług. 😉

Bardzo dużą pracę wykonałaś, Judyto. Jestem pod wrażeniem.
Co do przecinków, nie wszędzie jestem przekonany, ale to szczegół i szkoda czasu na dyskusje.
Pozdrawiam,
Karel

Dziękuję. 🙂

Opowiadanie wciągające, chociaż mało erotyczne, jak zauważył Karel Godla. Od strony marynistycznej zabrakło mi opisu katastrofy żaglowca. Sztorm, ciężka żegluga, awarie ożaglowania i potem już tylko rozbitkowie. Reszta jest ok. Sam żegluję od czterdziestu kilku lat i temat jest mi znany. Zresztą dlatego zainteresował mnie tytuł opowiadania. Ponadto lubię literaturę żeglarską. Czytałem Robina Knox-Johnstona, K. Baranowskiego, L. Teligę i parę innych książek o żeglowaniu po orzach i oceanach, i nie tylko.
Zgadzam się z Ritą co do przedstawienia postaci Teresy i jej stosunków z Luizą, z tego nie wynika motyw zabójstwa. Sama Luiza mogłaby dawać nieco wyraźniejsze znaki Miguelowi o swoim zainteresowaniu nim. Jej zachowanie dokładnie wpisuje się w arystokratyczne pochodzenie i gierki stosowane w tej sferze, lecz z jej inteligencją powinna była dostrzec nieco inny poziom bosmana. To mogłoby zmienić trochę bieg wydarzeń. No, ale pewnie autor miał inną wizję, nie będę polemizował. Po prostu tak sobie myślę….
Drobne błędy nie wpływają na całość, czyta się z przyjemnością, choć później jest pewien mały niedosyt. Może się czepiam, ale to prawo komentatora…

Pozdrawiam
Micra21

Ha!

Zabawne, że moje preferencje odnośnie opowiadań Barmana-Ravena są zupełnie przeciwne preferencjom Wiki 🙂 Ja zdecydowanie wolę jego teksty fabularne, a historie "biograficzne" poruszają mnie w ograniczonym stopniu, tym bardziej, że mam wrażenie, iż są gorzej napisane, niż fabularne perełki.

Jeśli chodzi o "Dziennik pokładowy" to w moim prywatnym rankingu ląduje on poniżej "Ilse", a powyżej tekstów biograficznych. Opowiadanie o Wilczycy z Buchenwaldu było dziełem skończonym, fabularnie spełnionym. Nowe opowiadanie Barmana-Ravena wiele obiecuje i trochę mam żal, że ostatecznie nie spełnia owej obietnicy w całości. Moim zdaniem Autor powinien poważyć się na napisanie serii poświęconej załodze "Santissima Trynidad", bo miał tu materiał na nieco dłuższą opowieść.

W tym miejscu uprzedzam wszystkich, którzy jeszcze nie czytali "Dziennika" – dalej będą spoilery. Czujcie się uprzedzeni!

Bardzo podobały mi się opisy życia na statku i pierwszych dni rejsu. Narracja była tutaj ciągła i pozwalała zorientować się w sytuacji. Nakreślone zostały portrety psychologiczne Lorenzo, Luizy, a nawet – choć w znacznie mniejszym stopniu – Teresy i Gonzaleza. Ciekawy był wątek niewolnic przeznaczonych do madryckich burdeli. Szczególnie interesowała mnie "murzyńska Wenus", chciałem się o niej dowiedzieć coś więcej. Była ku temu okazja, gdy po katastrofie została włączona do osobistej służby Luizy.

Niestety, po przybyciu na wyspę coś złego dzieje się z narracją – jakby Autor zaniepokoił się,że ma za dużo materiału i postanowił szybko zakończyć historię. Opowieść robi się urywana, traci płynność. Pojawia się kilka wątków wziętych znikąd. Nagle Lorenzo zaczyna się zastanawiać nad śmiercią Teresy. Marynarze buntują się właściwie bez powodu i żadnego wcześniejszego ostrzeżenia. Gonzalez z brutalnego i tępego marynarza zmienia się w charyzmatycznego przywódcę buntu. Luiza nagle, z sekundy na sekundę zamienia się z panny o mrocznych fantazjach w zimnokrwistą zabójczynię. Niestety, żadne z tych wydarzeń nie miało czegoś, co po angielsku nazywa się "foreshadowing" czyli umiejętnie umieszczonych we wcześniejszych partiach tekstu sugestii, że coś takiego może się wydarzyć. Dlatego też w pewnym momencie Czytelnik "odrywa się" od tej historii, przestaje w nią wierzyć. A co za tym idzie – przestaje mu ona sprawiać przyjemność płynącą z lektury.

Nie wiem, jak mając taki wątek jak ten dotyczący "żywego towaru", można go nie wykorzystać. Czarnoskóre piękności stają się tu wyłącznie ofiarami gwałtów, żadna z nich, nawet "Murzyńska Wenus" nie osiąga fabularnej autonomii. Szkoda.

Z tego materiału można było wyciągnąć znacznie więcej. Bo warsztat przecież jest – Barman-Raven potrafi "robić słowem" o ile nie zdarzają mu się irytujące powtórzenia i nie popada w pretensjonalne klimaty (tutaj szczęśliwie tego uniknął). Są fragmenty świetne (scena z muchami!), są zapadające w pamięć.

Mógł być czytelniczy orgazm, a jest tylko kilka miłych chwil i – ostatecznie – dojmujące poczucie niespełnienia.

Barmanie-Ravenie! Apeluję do Ciebie! Nie bój się pisać cyklu opowiadań albo mini-powieści!

Pozdrawiam serdecznie, choć nie do końca usatysfakcjonowany
Megas Alexandros

Ja wiem, czy zabawne – Megasie? Odkąd istnieje ludzkość – ludzie różnią się opiniami i sposobem odczuwania – my, że tak powiem, różnimy się bardzo – jak dwa skrajne bieguny. Mam tylko nadzieję, że nie wierzysz w to, że Twoja opinia jest jedyną, słuszną prawdą absolutną, a tylko opinią (tu ciśnie mi się na usta przykład o dupie…;)).

Dziękuję za komentarze.
Rzeczywiście historia Jana Kuny zwanego Martenem była jedną z inspiracji, ale to, co przeczytaliście było wynikiem mojej własnej popapranej wyobraźni. Mówiąc wprost, ta historia najzwyczajniej w świecie mi się przyśniła.
Różnice między Megasem a Wiki pokazują, że nie da się wszystkim dogodzić. Erotyka… będąc zmęczonym opisami zniewolenia i ulegania nie powinienem się brać za tematy związane z niewolnictwem. Mea culpa.
Judyto – byłem przekonany, że w tak długim tekście "przywalisz mi" większą ilością przecinków. 😉 Dziękuję za uważne czytanie.
Zdecydowanie widać jak na dłoni, że wystraszyłem się długiej formy. "Zbyt długiej". Wezmę to jeszcze na warsztat.
Niewykorzystanie wątku z niewolnicami było zamierzonym środkiem. Ten wątek miał być dominującym w pierwszej wersji. Kiedy jednak pojawiła się główna bohaterka, świadomie porzuciłem wątek niewolnic. Jak widać niepotrzebnie. Foreshadowing – znów obawa przed zbyt dużą ilością liter. Katastrofa morska – także samo.
Być może wrócę do Was z nową poprawioną wersją "Dziennika pokładowego".

Nie wiem, jak inni, ale ja chętnie przeczytam tę poprawioną wersję (i rozbudowaną) wersję!

Pozdrawiam
M.A.

I ja się dopiszę do listy ciekawych wersji bez przyspieszonego końca. Na początku czytało się fajnie, ale koniec zastał mnie z przysłowiowym znakiem zapytania w głowie. Oszalała ta Luiza czy co jej się stało? I właściwie skąd to się wzięło? I tutaj Megasowi pragnę podziękować za edukację. Tak się zastanawiałam co się stało z tym opowiadaniem po połowie, ale nie umiałam tego ująć słowami. A Megas opisał dokładnie to co czułam i czego nie rozumiałam.I już profesjonalnie wiem jak to zwać 🙂 Dzięki 🙂

Cała przyjemność po mojej stronie, ekstensyfikacjo 😉

M.A.

Nieśmiało pozwolę sobie zwrócić Waszą uwagę na to, że tekst został rozbudowany i poprawiony.
Ciekaw jestem opinii.

Z każdym opowiadaniem kolejna część mnie sama się Tobie oddaje…

Ja jestem tu nowy i stąd dwa pytania formalne:
Dlaczego komentarze są z roku 2023, a tekst z 2024?
Dlaczego linijki są takie poszatkowane? Wielokrotnie po jakimś wyrazie w środku zdania następuje przejście do nowego akapitu bez żadnego powodu?

Cześć, Tomp.

Opowiadanie Barmana-Ravena były kiedyś publikowane na Najlepszej. Potem nasze drogi się rozeszły i opowiadania na pewien czas zniknęły. Przywracamy je na jego życzenie wyrażone zanim nas opuścił. Więcej tutaj: https://najlepszaerotyka.com.pl/2023/10/30/zwyky-wieczor-kotki-i-kruka/

Co do edycji tego opowiadania, napisz mi proszę na priva, gdzie są problemy i postaram się je usunąć ASAP. Teksty Barmana były publikowane jeszcze na poprzedniej wersji portalu, może coś źle się przeniosło.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz