Pojedynek Dziesięciolecia  4.57/5 (10)

17 min. czytania

 

Z okazji okrągłej rocznicy powstania Najlepszej Erotyki dwóch śmiałków postanowiło zmierzyć się w pojedynku, którego myślą przewodnią było właśnie dziesięciolecie Najlepszej Erotyki. To od ich wyobraźni i kreatywności zależało, jak rozwiną tę ideę w swoich Miniaturach.

A Was, drodzy Czytelnicy, zapraszamy do czytania, oceniania i komentowania!

 


Seelenverkoper – Dziesięciolecie (72% Waszych głosów)

A ja mówię

„Daj mi spokój”

Ja nie mam ochoty

Ja to pierdolę

M. Świetlicki

Z okazji dziesiątej rocznicy postanowiłem sobie zaszaleć. Początkowo rozważałem upicie się na smutno z dużą ilością wysokoprocentowych trunków w wersji deluxe, ale plany te nie miały zupełnie sensu. Sraczki dostaję po hot wingsach z KFC, nieregularne pory posiłków doprowadzają mnie do zwijania się z bólu, a alkohol zwracam na tyle szybko, że niemożliwym staje się dostateczne upodlenie. W połowie wyśpiewywania miliona szkarłatnych róż do żarówki zwisającej z sufitu dostałbym torsji, a świat utonąłby w wymiocinach.  Nie, żeby to cokolwiek zmieniło w jego odbiorze.

W końcu to dziesiąta rocznica mojej, było nie było, największej i najbardziej niszczycielskiej miłości w życiu. Jakoś tak chyba nie wypada – usilnie argumentowałem sam przed sobą po zamknięciu wszystkich okien przeglądarek z ciekawymi ogłoszeniami z trzech sąsiednich województw. Błyskawicznie dostosowując się do tak zmiennej sytuacji postanowiłem  wziąć urlop od życia. Nic wielkiego. Dwadzieścia cztery do czterdziestu ośmiu. Pod warunkiem, że ograniczę sen do minimum i odwiedzę wcześniej aptekę, powinienem dać radę. Wykonałem więc kilka telefonów, zamówiłem apartament, modląc się w duchu, by nie okazał się zbyt dużą norą, po czym wrzucając do torby najpotrzebniejsze rzeczy, ruszyłem w trasę.

Prawie. Musiałem jeszcze wcześniej wpaść do znajomego. Obiecał pomoc w zamian za nieustanne podwózki z drugiego końca miasta. Jebany sierściuch, jakiego posiadam, musi być regularnie karmiony, inaczej odstawia swój popisowy numer tańca na gównie po całym przedpokoju z potrójnym akslem zakończonym na białej ścianie. Kiedy dotarłem wreszcie na najwyższe, dziesiąte piętro bloku z wielkiej płyty i głębokiego PRLu, do mieszkania w którym sypia otrzymałem sms, żebym klucze wrzucił mu do skrzynki na listy, bo postanowił wyrwać się jeszcze na browara z kolegami z pracy. Zaoszczędzę przynajmniej kilka minut na głupiej gadce i wymianie uprzejmości– pomyślałem, po czym znów wpakowałem się do wąskiej i niskiej, lekko terkoczącej windy w której ktoś rozrzucił w napadzie radości solone paluszki i niedopałki.

Kątem oka zauważyłem po drugiej stronie korytarza dziewczynę mocującą się z zamkiem,  która rozpaczliwie wymachiwała dłonią i z ciężkim westchnieniem wsunąłem stopę przed domykające się drzwi. Minuta zwłoki nie mogła w końcu pokrzyżować moich planów. Odwraca się na pięcie i podejmuje zabójczy sprint na czubkach szpilek odbijając się od płytek z PCV jak gazela. W końcu wpada do windy i rozpaczliwie naciska przycisk parteru. Jest starsza niż myślałem. Ma może trzydzieści lat, długą i wąską twarz z wystającą szczęką oraz grubą warstwą makijażu. Ciasno spięte w koka włosy o kolorze słomy dodają jej kilka centymetrów i zamieniają całkiem symetryczną sylwetkę w coś na podobieństwo rachitycznej miss anorektyczek okresu pandemii. Ogólnie w moim typie. Spuszczam wzrok by przez chwilę podziwiać jej koronkowe rajstopy, krótką, czarną mini i dolny skrawek bluzki ze Star Warsów. Następnie w napadzie purytańskiej moralności odwracam oczy i z neoficką ciekawością pogrążam w lekturze wyskrobanych nożem napisów.

Komentarze dotyczące skomplikowanych zagadnień moralnych godnych pióra samego Kanta odnośnie tego kto, komu i za ile obciąga przeplatają się z wysublimowanymi analizami bieżącej sytuacji politycznej kraju. Tusk to złodziej. Kaczyński nie lepszy. To co powiesz o Glapińskim. Prawie zupełnie zatarte: Józef Tkaczuk na prezydenta.

Wiem, że spodziewa się, że będę się na nią gapił. Chciałbym. Tyle, że sam sobie obiecałem okazać silną wolę i niezłomność przez te dwie, góra trzy minuty, które spędzimy razem w tej śmierdzącej szczynami klitce. Tyle, że winda skrzeczy po raz ostatni, gdzieś pomiędzy trzecim, a czwartym piętrem, stal jęczy rozpaczliwie i zapada totalne zaciemnienie.

– Kurwa mać– słyszę swój głos, gdy słowa totalnego zaskoczenia i rozpaczy prawie mimowolnie wyskakują z moich ust. Po kilku uderzeniach serca wyciągam z kieszeni telefon i odpalam latarkę.  Widzę przerażone spojrzenie dziewczyny. Usta wykrzywiają się jej w podkówkę, zupełnie szpecąc buźkę, po czym wybucha głośnym płaczem. Od razu sięga do przycisku dzwonka i ogłusza mnie jazgot sygnału alarmowego. Jest trzecia w nocy i wątpię by ktoś normalny na niego zareagował. Sprawdzam zasięg. No tak. Klatka Faradaya. Na starej Nokii może złapałbym jeszcze jedną kreskę, ale na smartfonie mogę o tym zapomnieć. Brutalnie i bez zastanowienia odsuwam dziewczę na bok i po krótkim rozbiegu niczym Kapitan Ojczyznosław nacieram na metalowe drzwi licząc po cichu, że jak w porządnej produkcji Marvela wylecą z zawiasów i utoruję sobie drogę ku wolności. Otrzymuję coś równie dobrego, bo tępy ból rozchodzący się w dół barku, który przypomina mi o rzeczywistości, czterdziestce na karku i tym, że jeśli jednak zamierzam prowadzić dziś auto, to powinienem zadbać by nie połamać wszystkich kości.

Rzucam torbę na podłogę i rozsiadam się na niej. Wsłuchuję w wyjącą windę i wtórującą jej dziewczynę. W mroku tracę rachubę czasu. Dopiero kiedy obie milkną sprawdzam godzinę. Spóźnię się na spotkanie. To nie ulega żadnym wątpliwościom. Nawet jeśli będę pędził sto czterdzieści na godzinę dotrę do niej dopiero koło ósmej. Zbyt późno, by zrobić zakupy i przyrządzić śniadanie. Najwyżej kupię coś na stacji benzynowej i podgrzeję. Kiedyś na Shellu były nawet croissanty, a jeśli znajdę miód… Patrzę na ciągle dygoczącą współpasażerkę feralnej jazdy.

– Usiądź – mówię szczodrze, wskazując dłonią przeciwny róg wspólnego więzienia – na stojąco nie zwojujesz więcej. Jest noc z niedzieli na poniedziałek. Szybko nikt nam nie pomoże. Wydaje mi się, że musimy poczekać do rana. Poza tym miło mi, jestem Rafał.

Naburmuszona siada naprzeciw mnie i dopiero teraz widzę, że makijaż przecinają głębokie bruzdy wyżłobione przez łzy.

– Karolina – mruczy i podkurcza nogi pod samą brodę, dzięki czemu widzę, że tego dnia nie ma na sobie majtek oraz, że wcale nie założyła rajstop, a pończochy. Jej kobiecość przypomina sporą morelę o zaciśniętych wargach. Szybko dociera do niej, na co się gapię. Prostuje nogi i w konsekwencji jej stopy lądują mi na kolanach, a jeden pantofelek przelatuje mi nad głową, niczym wystrzelony z GRADu.

– Zboczeniec – dorzuca. Prawie godzinne stanie zmęczyło ją widocznie na tyle, że straciła ochotę na kolejne wygibasy i po prostu zamiera w bezruchu.

– Wierz mi, kochanie – mruczę wściekły, cały czas zaciskając ręce wokół siebie na kształt przedziwnego kaftanu, tak by moje dłonie nie dotknęły jej dolnych kończyn – że pomimo obiegowych opinii o męskich seksualnych marzeniach o zacięciu się windzie, inaczej wybrałbym przynajmniej scenografię. Poza tym, trochę się śpieszę.

Patrzy na mnie z lekkim niedowierzaniem, po czym wybucha śmiechem. Nie umiem mieć jej tego za złe. Kiedy wreszcie dochodzi do siebie kręci głową i sięga do samotnej szpilki. Ściąga ją ze stopy i oglądając komentuje:

– Są strasznie niewygodne. Bolą mnie łydki. Zastanawiam się, po co je w ogóle włożyłam.

– Domyślam się, że dla niego.

– No  tak. Dla niego.

– Spóźniłaś się? – pytam i wyłączam latarkę w telefonie widząc, że pozostało mi już tylko trzydzieści procent baterii, a godzina sugeruje, że powinienem powoli przyzwyczajać się do czekającej mnie prędkości stu pięćdziesięciu kilometrów i kawy zamiast rogalika. Chyba kiwnęła głową.

– Chciał się ze mną przespać – szepnęła w końcu – apteki w pobliżu były zamknięte, więc wróciłam do domu po prezerwatywy. To fajny gość. Ciacho. Pewnie teraz rżnie którąś z moich koleżanek nie obawiającej się tak bardzo seksu bez zabezpieczenia. Idiotka ze mnie, co? Mogłam wziąć tabletkę dzień po i usnąć dziś w jego ramionach, a nie gadać z tobą.

Mija parę chwil krępującej bezradności i to ona przerwała milczenie:

– Gdzie ty się śpieszysz?

Mogłem być szczery. Dziwne uczucie. Zazwyczaj nazywam to inaczej. Nawet przed samym sobą, ale teraz w tej klatce z całkiem obcą dziewczyną trzymającą nogi na moich kolanach normy społeczne jakoś straciły na znaczeniu. Zagubiły się w ciemności. Wolno opuściłem zmęczone ręce i położyłem dłonie na jej stopach.

– Śpieszę się do kobiety, którą kocham. Na śniadanie z nią. Spacer. Potem cukiernię. Kino albo wyjście do teatru, seks i pocałunek na dobranoc. Po czym będę musiał ponownie wsiąść do samochodu i wrócić do swojego życia, którego nienawidzę.

Powoli przesuwam palcami po jej pończochach. Bawię się sznurkami tworzącymi koronkę. Zaczynam masować podeszwy stóp i czuję jak zaczyna je odsuwać, ale po chwili znów wkłada mi je w dłonie.

– Nie brzmi źle.

– Nie. Tyle, że wcześniej muszę pokonać kilka setek kilometrów, a z moich obliczeń wynika, że tracę już nawet spacer.

– Zostaje kino lub teatr.

– Wybieramy się na „Leningrad”. Ma być Kiljan i to jego mruczenie, że milion szkarłatnych róż, że czy pamiętasz ten romans. Tylko pewnie przez tę wojnę na Ukrainie ostatecznie odwołają. To źle brzmi. Śpiewać ruską punkową piosenkę.

Przysuwa się i teraz moja dłoń może sięgnąć prawie do połowy jej ud. Jedną ze stóp opiera na mojej klatce piersiowej. To sprawia, że jeśli tylko sięgnę dłonią, będę mógł poznać ją znacznie bliżej, niż podejrzewałem wsiadając do windy.

– To brzmi romantycznie – mruczy.

Wzruszam ramionami. Sam dla siebie. Oczywiste, ze nic nie dostrzeże przez tę ciemność.  Mój plan brzmi romantycznie, szczególnie, jeśli nie muszę podawać kontekstu. Tego, że kradnę jedynie pojedyncze godziny uwagi z życia kobiety, którą kocham. Przebłyski lepszego humoru. Krótkie wyjścia do kina czy wieczorny pocałunek niezdarnie przykrywają piekło codzienności na którą ją skazałem, podobny do autorytarnego władcy z dawno minionych czasów. Całun spowija jej faceta tankującego wódę od poniedziałku do piątku, a w niedzielę walącego coś znacznie mocniejszego. Gościa, co to w przypływie złości przypierdoli jej tak, że dziewczyna z pozycji stojącej przechodzi natychmiast do lotu koszącego przez kuchnię. Faceta, który ją regularnie gwałci i poniża. Ja natomiast pomimo tych dziecięciu lat i uczucia rozrywającego moją duszę dalej pozostaję parszywym, lekko bezradnym tchórzem. Tyle, że w chuj romantycznym.

Kaskadę głupich przemilczeń przerywa mi koszulka, która tradia mnie w twarz. Pachnie kobietą, ale nie tą, na którą dziś liczyłem.

– No co? – słyszę głos blondynki. – Zrobiło się gorąco i spociłam się jak mysz.

Rzeczywiście w naszej klatce temperatura wyraźnie wzrosła, a powietrze stało się gęste i dławiące. Patrzę na twarz małego Anakina Skywalkera, spraną po wielokroć i niewyraźną zza której wyłania się cień Lorda Vadera. Złowieszczego alter ego, które w przeciwieństwie do Jacka Lloyda pokochały miliony.

– On lubi Gwiezdne Wojny? Jest jakakolwiek szansa na to, że cię teraz szuka? – pytam.

Zmienia pozycję i siada obok mnie. Po tej samej stronie klatki. Wsuwa ramię pod moje i opiera głowę na ramieniu. Czuję oddech i nagle zdaję sobie sprawę, że jej koszulkę ściskam w dalszym ciągu w dłoni, wobec czego dziewczyna siedzi przy mnie prawie zupełnie naga.

– Już mówiłam, że znajdzie sobie inny obiekt zainteresowania i raczej nie wpadnie na pomysł, by szukać mnie po całym mieście. Nawet nie potrafi zapamiętać, gdzie mieszkam. Lubi Star Wars, ale uważa, że w przeciwieństwie do trylogii sequeli to prequele zniszczyły oryginalne trzy części. Nie ma za grosz gustu, za o w dalszym ciągu posiada boski tyłek i sporego kutasa.

Mam sflaczały tyłek, a mój penis z roku na rok wystraszony życiem, obowiązkami i inflacją po milimetrze kurczy się i karłowacieje. Muszę przyznać, ze wtedy zrobiło się trochę niezręcznie, ale moja dłoń po odnalezieniu nowego azymutu w dalszym ciągu pieściła uda Karoliny

– Nie zdziwi jej to, że nie przyjechałeś? – pyta w końcu, chociaż oddech staje się coraz bardziej przerywany, a ona sama porusza się tak, jakby miała zaraz przeżyć orgazm.

Kiedy zaczynam opuszkami gładzic jej rozchylające się wargi, wiem, że na pewno przestała słuchać. Nie muszę wkładać nawet palców. Dochodzi błyskawicznie. Cicho. Wstrzymuje oddech, wbija paznokcie w moje ramię, a rękę oplata nogami tak ściśle, że przez chwilę mi drętwieje i czuję tętniącą w jej żyłach krew. Zbliża usta do moich i rozchyla oczekując pocałunku, ale nie umiem się do niego zmusić.

– Raczej odetchnie z ulgą – mruczę po dłuższej chwili, gdy zastanawiałem się nad odpowiedzią. Zrobi coś innego. Pójdzie na basen. Spędzi dzień w ogrodzie albo na plaży. Przygotuje się dla swojego faceta wracającego z pracy po dwóch małpkach. Powita go na korytarzu, pocałuje i zaciągnie do łóżka.

Zapomniałem, że w kieszeni mam jeszcze paczkę papierosów. Jakoś po seksie po prostu wypada. Wyłuskuję dwa zmięte i pogniecione, wkładam do ust i odpalam od jednego płomienia. W rozbłysku zapalniczki widzę, że jedna z piersi Karoliny wyswobodziła się z ucisku stanika, więc czym prędzej zaciągam się i ponownie zapada ciemność.

Podaję jej Lucky Strike’a i palimy w milczeniu. Gdzieś w połowie zdarza się cud. Ten staroć musiał mieć czujnik dymu i właśnie uruchomił się system przeciwpożarowy. Windę wypełnia pomarańczowy blask i rusza w trybie awaryjnym, który sprowadza ją na parter. Przez trzy ostatnie piętra przyglądam się ponuro, jak moja towarzyszka znika w pośpiesznie naciąganych ciuchach. Patrzę na ekran telefonu i smutno konkluduję, że minęły zaledwie trzy godziny. Kiedy drzwi wreszcie otwierają się, i widzę pusty korytarz dociera do mnie, że oprócz czasu straciłem znacznie więcej. Ochotę.

– Masz ochotę na poranną kawę?– pyta nieśmiało Karolina i uśmiecha się.

 


Radosky – Pomnik Najlepszej (28% Waszych głosów)

Gdzieś… W dalekiej przyszłości…

Usta łączyły się z ustami, ponętne piersi Czerwonej Soni odciskały piętno na moim torsie, dłonie nachalnie gładziły plecy, a pot lał się tym bardziej, im dłużej trwały zmagania naszych ciał.

– Chciałbym zrobić to inaczej… – wyszeptałem do ucha kochanki. – Tak, jak pisała o tym Mejwenka Ania!

Skaczące ciało Soni zatrzymało się w bezruchu.

– Ona pisała wiele zdumiewających rzeczy…

– Mam na myśli bondage…

Dziewczyna wbiła paznokcie w moje plecy.

– Chcesz mnie wydymać? Niekończący Pi to ćwiczył… Ćwiczył dopóty, dopóki przypadkiem się nie udusił!

– Znam sekret, przeczytałem niepublikowane dotąd fragmenty tekstów Mejwenów z Najlepszej Erotyki…

– Mówisz o księdze Dziesięciolecia Najlepszej Erotyki? Więc ona istnieje?

Pokiwałem głową. Sonia okazała się łatwiejsza niż przypuszczałem. Po tym, jak spenetrowałem strefę zero, pozostałość po cywilizacji Mejwenów, spenetrowałem Czerwoną… Owszem miała rację, wspomniana księga istniała, a ja wszedłem w jej posiadanie. I tak, chciałem ją wydymać. Pracowałem jako wolny strzelec, a ona jako suka gończa Pani N., Sułtanicy Waginariatu, a zarazem zagorzałej miłośniczki twórczości Anonima S.  Tyranicy, która pozbawiła obywateli wszelkiej własności, by móc samej cieszyć się bogactwem. Taki stan rzeczy, a w zasadzie ich brak, nie czynił mnie szczęśliwym.

Sonia, zwana Czerwoną, dopadła mnie, gdy szukałem swego szczęścia, eksplorując księgozbiór dawnej cywilizacji naszych protoplastów. Kogo i czego tam nie było? Bułhakow, King, Rowling, Mróz, Brown, Archer, Lipińska, Biblia, która nawet nie posiadała jasno określonego Mejwena, aż wreszcie najważniejsze znalezisko. Jedyna w całym znanym świecie księga Dziesięciolecia Najlepszej Erotyki… Było bowiem na świecie wielu Mejwenów, lecz tylko ci z Najlepszej poznali istotę i sens życia. Wszyscy znaliśmy twórczość Arei Ateny, Mr Hyde, Szarika, Miss Swiss, Seelenverkopera, Micry 21, Smoka Wawelskiego, B. S… Wszyscy naśladowaliśmy i wcielaliśmy w życie słowa przez nich napisane. Nikt jednak nigdy nie czytał tej księgi. Posiadanie takiego artefaktu niewątpliwie wykreowałoby moją postać do niebotycznych rozmiarów. Stałbym się wręcz kimś takim jak prezydent JFK u Foxm, albo cesarzowa Damarena Nefera. Może nawet zdetronizowałbym Panią N.?

A potem pojawiła się Czerwona Sonia, stając pomiędzy świętojebliwą księgą a mną. Groziła i straszyła, lecz na koniec uległa chcicy i oddała się zaleceniom Mejwenów. Spacyfikowałem ją zgodnie ze sztuką bondage. Zawiesiłem za skrępowane ręce na zardzewiałym palu wystającym z upadłej budowli. Nogi przywiązałem do jakichś smętnych betonowych odłamków, oczywiście w szerokim rozkroku, by należycie odsłonić widok na wszystkie walory. Liny starczyło jeszcze na opatulenie cycków. Związane dziewczę, nagusieńkie i napalone, z pięknie owłosionym wzgórkiem łonowym, prezentowało się nader ponętnie.

– Wydymasz mnie w końcu czy nie?

– Wydymam, wydymam…

No i ją wydymałem. Zignorowałem szamoczącą się Sonię, porwałem drogocenną księgę Dziesięciolecia, wskoczyłem do wozu mej ofiary, Redfoxa, ruszyłem przed siebie…

Daleko nie zajechałem. Rozrzucone na drodze kolczatki podziurawiły opony niczym Radosky VBR-a Isztar. Podróż zakończyłem na jakimś budynku, tracąc przytomność.

Przywitał mnie blask słońca, a potem słowa wypowiedziane dobrze znanym tonem głosu.

– Majorsky… Radziłam, groziłam i błagałam, ostrzegałam…

Oszołomiony katastrofą Redfoxa, z potłuczonymi gnatami, potrzebowałem nieco czasu, by  powiązać głos z konkretną osobą.

– Żadnego penetrowania zakazanych zakamarków strefy zero…

Stała przede mną Luna. Luna Srebrzystowłosa. Kolejna z gończych dziwek Pani N., samozwańczej Sułtanicy Waginariatu. Wydawało się, że los przestał mi sprzyjać. Działałem na nielegalu, odkrywając drogocenną księgę. Zwinąłem też brykę Czerwonej, a ją samą uwięziłem.

– I widzę, że coś znalazłeś…

Podeszła do uszkodzonego pojazdu.

– To Redfox? Chyba Sońka się takim bujała?

Zajrzała do środka. Wykrzywiła usta w grymasie. I wycelowała we mnie gnata, każąc oddać trzymaną księgę. Natychmiast też przystąpiła do przeczesywania arcydzieła, a im więcej zobaczyła, tym oczy dziewczyny bardziej lśniły.

– Artimar, Batavia, Frodli, Historyczka, Roksana, Violet… Przecież to zaginiona księga Mejwenów!

Nie pozwoliłem jej dokończyć. Wziąłem zamach i równie celnym, co desperackim uderzeniem w głowę prawie pozbawiłem Srebrzystowłosą przytomności. Rozochocona tymi Mejwenami nie zdążyła zareagować. Upadła na ziemię, broń wypadła z ręki i zamiast lufy mogła wymierzyć we mnie tylko spojrzenie wielkich, brązowych oczu. Wyglądała uroczo. Naprawdę uroczo, tak bardzo, że moje ciało przeszył rozkoszny dreszcz podniecenia. Ujrzałem w wyobraźni jak wiążę jej członki grubą liną i dokańczam to, co zacząłem parę chwil wcześniej z Sonią.

Który z twórców hołdował takim sadomasochistycznym praktykom? Anonim S, Yan Qwalsky, Ania?

– I co, Majorsky? Bardziej chcesz mi włożyć czy opierdolić własność N.? Tak jak podpierdoliłeś Redfoxa…

I ku zachęcie, Luna rozsunęła uda, ukazując pełnię powabu różowej perły. Wiedziałem, co uczyniliby protagoniści Mejwenów. Braliby Srebrzystowłosą na wiele sposobów. Ja jednak kierowałem się nie dogmatami przodków, lecz przebiegłą strategią. Odpuścić raz, nawet dwa, by potem, korzystając ze sławy i bogactwa, oddawać się nieustannie praktycznej stronie twórczości oraz zaleceniom Mejwenów…

Z takim postanowieniem rzuciłem się na leżącą wojowniczkę, przyciskając ciężarem ciała do ziemi. Nie oponowała, pewna, że za chwilę wtargnę do środka. Zamiast tego złapałem za ręce, gwałtownie obróciłem na brzuch i spętałem nadgarstki liną.

– Lubisz na ostro, co?

Oderwałem się od niej z trudem. Obok stała Goldenbitch – ośmiocylindrowy pochłaniacz oktanów Srebrzystowłosej. Wystarczyło tylko wskoczyć w to cacko i odjechać z księgą Dziesięciolecia Najlepszej Erotyki…

Zamiast tego ponownie zerknąłem na Lunę. Leżała na ziemi i szamotała się z liną. Krótka, skórzana spódniczka podwinęła się na boki, ukazując powab kształtów zgrabnego tyłeczka…. Rozkoszne linie pośladków prowadziły wprost ku wspomnianym płatkom kobiecego kwiatu…

Wróciłem spojrzeniem ku pojazdowi, a potem raz jeszcze ku wojowniczce. Blask słońca odbił się spomiędzy jej ud i uświadomiłem sobie, że Srebrzystowłosa zdobi metalowym kolczykiem nie tylko górne, ale również dolne wargi.

– Jestem rozpalona jak silnik Goldenbitch po całodziennym pustynnym patrolu…

Rozum wrócił do głowy, powściągnął chciwość. Dostąpiłem oświecenia danego Mejwenom. Mogłem przecież wydymać Lunę w pięć minut i dopiero potem odjechać w dal! Crunchowałem na tej pustyni od tygodnia, z Sonią zacząłem, ale nie dokończyłem. Czerwony shotgun sterczał więc tak nabuzowany, że niemal samoistnie wypalił… Wystarczyło go tylko odbezpieczyć…

Spodnie opadły, posłuszne bądź to ruchowi dłoni, bądź też sile myśli, sam nie wiedziałem. Przykucnąłem tuż nad tyłkiem Srebrzystowłosej, wymierzyłem kutasa ku otworowi i bezceremonialnie naparłem…

– Nie masz abonamentu na tę dziurę – zakpiła Luna, zaciskając uda tuż przed moim szperaczem. – Musisz go opłacić…

Abonamenty, przeklęta spuścizna cywilizacji Mejwenów.

– Daj mi, a ja podaruję ci dziesiątą część bonusów, które uzyskam z odnalezionej księgi.

– Fifty fifty! – Nagie pośladki zatańczyły, kusząc i zachęcając…

– Jedna ósma!

– Piąta część i wyliżesz mi!

Leżała pode mną naga i spętana, mogłem zrobić z nią wszystko, czego tylko zapragnąłem… Wykorzystać, niczym Kassander Andromedę u Megasa Alexandrosa, lecz zamiast tego wolałem zyskać zmysłową kochankę, kogoś takiego, jak bohaterki opowiadań Rity czy Batavii. Przystałem na propozycję.

Ustami zanurkowałem ku liniom jej kanionu. Język zrosił szlak między pośladkami, rękoma ścisnąłem półkule, otulając nimi twarz. Ciepło i błogość stały się udziałem nas obojga. Prowadzony instynktem dotarłem do intymnej wargi. Lewej i prawej, złapałem i przygryzłem subtelne płatki, potem delikatną łechtaczkę, wreszcie twardy kolczyk. Luna tymczasem jęczała głośno, ruchami bioder wzmagając obopólne doznania. Spętane na plecach ręce i ograniczony zakres ruchów zdawały się dodatkowo ją pobudzać. Oderwałem twarz od cipki i otwartą dłonią smagnąłem w pośladek.

– Lubisz na ostro!?

– Zasłużyłam, byłam niegrzeczną dziewczynką…

Uderzyłem jeszcze raz i kolejny. Luna zawyła z rozkoszy. Pochwyciłem penisa i tym razem nie napotykając oporu, wepchnąłem się do wnętrza dziewczyny. Złączenie z nią, stworzenie jedności omal nie wywołało finiszera z mojej strony, ale z trudem zdołałem się powstrzymać. Pauza operacyjna nie trwała jednak długo. Srebrzystowłosa na to nie pozwoliła. Wijąc się i miotając, wojowniczka nieustępliwie pobudzała nasze najczulsze punkty. Naparłem po raz kolejny, wchodząc na całą długość męskości. A potem wespół z kochanką oddałem się błogosławieństwu Mejwenów.

Rozkosz nadeszła niebawem, a gdy już się pojawiła, to uderzyła ze zdwojoną mocą wyposzczonych ciał. Mojego oraz Luny, która najwyraźniej również sporo crunchowała.

Wspólny taniec, wzmożone oddechy, wymiana wszelakich płynów ustrojowych dobiegły końca. Po chwili odzyskałem zdolność jasnego myślenia. I przypomniałem sobie obietnicę podarowania części zysków z księgi Dziesięciolecia. Podniosłem się skonsternowany. Czy jeden orgazm wart był odkrycia stulecia? Jak w mojej sytuacji postąpiliby legendarni herosi? Franciszek u Karela Godli, Szemchazaj Radoskyego, Kassander Megasa, czy Lady Berengaria Nefera?

Zerknąłem na wciąż leżącą, związaną dziewczynę. Nektar wylewał się z pizdy.

– Majorsky, gdzie opchniemy to arcydzieło? Oby tylko Pani N. się nie dowiedziała…

Jacy my? – pomyślałem. Księgę odnalazłem sam, ryzykując życiem w sarkofagach protoplastów. Orgazm, którego niewątpliwie doświadczyła, także okazał się moją zasługą. Podciągnąłem spodnie, schowałem szkarłatnego mściciela. Pochwyciłem księgę, wskoczyłem do pojazdu Luny, Goldenbitch.

– Wybacz mała, ale trafiłaś na łajdaka. Ten skarb jest mój…

Odpaliłem silnik, wcisnąłem pedał gazu. W oddali niósł się krzyk Srebrzystowłosej…

– Ty jebany męski szowinisto…

Najwyraźniej w niewieście odezwały się typowe dla takich sytuacji sentymenty feministyczne. Nie przeszkadzała jej zdrada wobec Pani N., natomiast krótkie bzykanko, słowa wypowiedziane w desperacji uznała za równoznaczne z umową. Cóż za małostkowość! A przecież sami Mejweni ponad wierność i zobowiązania cenili wyżej ulotną przyjemność…

Gnałem dróżkami pomiędzy kopcami gruzów, obficie wspomagając ocieplenie klimatu wydzielinami z rur wydechowych bryki Luny. Nagle świat zawirował. Kątem oka dostrzegłem jeszcze taranujący mnie pojazd i kilka koziołków później wisiałem na siedzeniu głową w dół. Odpiąłem pasy, wyczołgałem się spod przewróconej Goldenbitch. I poczułem na głowie nacisk podeszwy buta.

– Skąd masz ten pojazd, skurwielu?

Głos wydawał się znajomy, ale z prawdopodobnym wstrząsem mózgu, nie potrafiłem natychmiast utożsamić go z konkretną postacią.

– Co zrobiłeś Lunie, złamasie?

Roksa! Roksa Dziaroręka! Kolejna z gończych suk Pani N. Jej Waginariat pełen był takowych sztuk. A i tak dopisało mi szczęście, że nie trafiłem na jednego z jej kastratów… Dziewczę złapało mnie za włosy, unosząc głowę. Spojrzała z bliska w  twarz.

– Nie rób mnie w chuja! Pamiętasz Szuwara Mrt Grega? To mój przodek! Nie dam się wyciulać!

– Taaa, a moja babcia to Gregowa dzidzia… – Zakpiłem, gdyż doskonale wiedziałem, że w świecie postmejwenowskim mało kto zawracał sobie głowę wychowywaniem dzieci, a jeszcze mniej osób znało rzeczywistych rodziców. Wszyscy o wiele bardziej skupiali się na akcie poczęcia…

Otrzeźwił mnie strzał z liścia w twarz. Musiałem wykpić się z tej afery, więc wymyśliłem na poczekaniu:

– Luna odsprzedała mi Goldenbitch w zamian za księgozbiór Mejwenów, który odnalazłem w ruinach!

Roksa kolejny raz strzeliła mnie po pysku.

– Srebrzystowłosa nigdy nie wydymałaby Pani N.!

Postanowiłem zmiękczyć oponentkę desperackim ruchem ręki, wprost pod jej spódniczkę. W odpowiedzi filuternie rozchyliła usta. Brechtanie psotki Dziarorękej odniosło natychmiastowy efekt. Palce miałem mokre, a usta pełne frazesów…

– Jestem napalony jak Ferrara podczas aktu tworzenia!

Dwa paluszki weszły do środka. Przykucnąłem przed Roksą, druga ręka powędrowała ku cyckonoszowi. Członek, który jeszcze przed chwilą kurczył się ze strachu, stał się prężny i potężny… Widząc to, wojownicza nimfetka odpowiedziała dotykając wolną dłonią wybrzuszenia w spodniach.

– Najpierw cię wydymam, potem się rozliczymy – oznajmiła.

– Nie masz abonamentu na tego twardziela…

– Daj mi się nadziać, a może cię puszczę…

– Może?

– Zależy od tego, jak się spiszesz…

Czułem w palcach, jak dosłownie mięknie. Kilka oddechów później ujeżdżała mnie z rozrzuconymi włosami. Potem wziąłem ją od tyłu, chlastając przy tym pośladki, wreszcie  kochaliśmy się twarzą w twarz…

Po wszystkim, po rozkosznych manewrach, kończących ekstazach… Nie związałem Roksy lecz pozwoliłem zasnąć na mym ramieniu. Z gracją rusałki wyswobodziłem się z objęć, porwałem drogocenną księgę Dziesięciolecia, wziąłem w nieformalny leasing pojazd Dziarorękej, Baby Grega, i odjechałem w dal.

Gnałem prędko, ciesząc się dźwiękiem ośmiu cylindrów, niezwykłym znaleziskiem, jak i wspomnieniem zaliczenia niezłych sztuk. Gdzieś na linii horyzontu spostrzegłem inną brykę. Pochłaniała odległość niczym napalony wyznawca kolejne strony opowiadań JiNna czy Keenarf. Obłok spalin szlachetnie podkreślał jej moc. Ileż to mogła mieć cylindrów? A ile koników?

Zatrzymaliśmy się oboje tuż przy monumencie wzniesionym przez dawnych ludzi. Jedni zwali go, ze względu na kształt, „Wielką Cipą”, inni pomnikiem Najlepszej Erotyki. Ujrzałem wynurzający się z kabiny skórzany, wysoki aż po kolano but. Potem obnażone udo, tułów odziany w jednoczęściowy kostium ze skóry żubronia, ściskający rzucające się w oczy, bujne piersi. Pani N. zaprezentowała się w pełni swego majestatu.

– Majorsky… Majorsky… Majorsky… Chciałeś mnie wydymać!?

Nogi się pode mną ugięły, ale szybko odzyskałem rezon. Uśmiechnąłem się zawadiacko. Zwiodłem Sonię, wydymałem Lunę, podobnie jak i Roksę, czułem, że Mejweni mi sprzyjają. Dlaczego nie miałbym więc uczcić odkrycia księgi Dziesięciolecia Najlepszej Erotyki dymając także samą Sułtanicę Waginariatu?

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Obydwa opowiadania bardzo udane. Trudny wybór. Pierwsze kameralne, niemal nastrojowe, z próbą ukazania w krótkim tekście wewnętrznego świata bohaterów. Drugie szarżujące od pierwszego do ostatniego akapitu, zbójeckie, dynamiczne, nie pozbawione również akcentów humorystycznych. Ostatecznie zagłosowałem na dwójkę. Może dlatego, że bardziej lubię takie teksty od zanurzania się w „innerspace”? A może dlatego, że w bardziej bezpośredni sposób nawiązuje do motywu przewodniego, czyli dziesięciolecia NE? Tak czy inaczej, gratulacje dla obydwu Autorów.

W tej bitwie wzięły udział tylko dwa opowiadania, ale za to jakie!

Pierwsze – prawdziwie romantyczne, na ile romantyzm jest jeszcze możliwy w naszych czasach utraconych snów i złudzeń. Drugie – łotrzykowskie i szalone, z lekko zarysowanym tłem post-apo. Pochłonąłem je z dziką radością i zaraz zabrałem się za ponowną, tym razem bardziej uważną lekturę. Przy okazji poznałem nowe, bardzo ładne słowo – mejwen. Zawsze to miło, być mejwenem!

Na które opowiadanie zagłosuję? Tego nie zdradzę, bo obydwa są przednie. Więcej takich dzieł, a Najlepsza przetrwa parę kolejnych dekad 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Obydwa opowiadania ciekawe, ale wybieram pierwsze, bo bardziej życiowe i silniej do mnie przemawia.

Jako urodzona romantyczna wybieram pierwsze opowiadanie, choć drugie też niczego sobie, a słowo 'waginariat’ chyba na stałe wejdzie do mojego słownika 🙂

Czy głosowanie nie miało trwać do 24 lipca do północy? To dlaczego już jest zamknięte, a wyniki ujawnione?

Przepraszam, to mój błąd. W pierwszej wersji głosowanie miało trwać do piątku do północy. Później termin wydłużyłam, ale daty już nie zmieniłam…

Dziękuję serdecznie, już zagłosowane 🙂

Wielkie gratulacje dla Mejwena Seelenverkopera!
Oby Jego twórczosc przetrwała wieki.

I do następnej potyczki…

Gratulacje dla obydwu Autorów! Wasze opowiadania zrobiły mi bardzo dobry dzień!

Pozdrawiam
M.A.

Ominęło mnie głosowanie, niestety 🙁
Ale opowiadanie Koperka spoko, te drugie nie moja bajka choć bardziej na temat 🙂
Uśmiechy dla wszystkich Czytelników i Twórców 🙂

Napisz komentarz